Saga rodu Forsyte’ów. Tom 3. Przebudzenie. Do wynajęcia - John Galsworthy - ebook
Opis

Trzytomowa powieść obejmuje losy kilku pokoleń bogatej mieszczańskiej rodziny. Historia zaczyna się w 1886 r., kiedy młody Jolyon wdaje się w romans z guwernantką swojej córki, a kończy w 1920 r., gdy umiera Tymoteusz - "ostatni ze starych Forsyte'ów".

Bazując na własnych doświadczeniach, John Galsworthy opisuje z humorem i ironią charakterystyczne postawy członków angielskiej socjety epoki wiktoriańskiej. Pokazuje skomplikowane relacje rodzinne, dramaty i namiętności, burzliwe romanse, głęboko skrywane tajemnice. Barwnie kreśli sylwetki poszczególnych członków rodziny, a jednocześnie po mistrzowsku oddaje klimat obyczajowy i polityczny przełomu wieków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 484

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­na­łu

The For­sy­te Saga

Pro­jekt okład­ki

Ma­rek J. Piw­ko

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Lau­ra Ryn­dak

© ilu­stra­cja na okład­ce Knud Nie­lsen

Wy­da­nie IX, luty 2009

Edy­cja I

Ni­niej­sze wy­da­nie opar­te jest na edy­cji

Pań­stwo­we­go In­sty­tu­tu Wy­daw­ni­cze­go z 1962 r.

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. (0-22) 663-98-13, fax (0-22) 663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

Wy­daw­ca: Vi­de­ograf II Sp. z o.o.

41-500 Cho­rzów, al. Har­cer­ska 3c

tel. (0-32) 348-31-33, 348-31-35

fax (0-32) 348-31-25

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Co­py­ri­ght by Vi­de­ograf II Sp. z o.o., Cho­rzów 2009

ISBN 978-83-7183-675-6 (Se­ria)

ISBN 978-83-7835-250-1 (Tom III)

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

InterludiumPrzebudzenie

Ty­tuł ory­gi­na­łu

Awa­ke­ning

Tłu­ma­czył Jó­zef Bir­ken­ma­jer

Prze­kład przej­rza­ny i po­pra­wio­ny

Była go­dzi­na pią­ta po po­łu­dniu. Lip­co­we słoń­ce, oświe­tla­jąc hall w Ro­bin Hill po­przez gru­be okno w su­fi­cie, rzu­ca­ło pla­mę bla­sku aku­rat na za­krę­cie sze­ro­kiej klat­ki scho­do­wej. Po­środ­ku tej smu­gi świetl­nej stał mały Jon For­sy­te w błę­kit­nym płó­cien­nym ubran­ku. Wło­ski go­rza­ły mu w tym oświe­tle­niu; go­rza­ły i oczy pod zmarsz­czo­ny­mi brew­ka­mi, bo oto ma­lec – jak to już czy­nił nie­zli­czo­ne razy w ocze­ki­wa­niu na przy­jazd ojca i mat­ki – za­sta­na­wiał się, w jaki spo­sób po raz ostat­ni zejść scho­da­mi na dół. Czy prze­być czte­ry scho­dy jed­nym sko­kiem, a pięć dal­szych… na sie­dze­niu? To już prze­sta­rza­łe! Po po­rę­czy? Ale jak? Na buzi, no­ga­mi w przód? To już bar­dzo prze­sta­rza­łe! Na brzusz­ku, bocz­kiem? Do ni­cze­go! Na ple­cach z roz­krzy­żo­wa­ny­mi w dwie stro­ny ra­mio­na­mi? Nie wol­no! A może na buzi, gło­wą w przód, w spo­sób nie zna­ny do­tąd ni­ko­mu poza nim sa­mym?… Taki był po­wód zmarszcz­ki na roz­ja­śnio­nej słoń­cem twa­rzycz­ce ma­łe­go Jona.

W owym cza­sie – to jest w le­cie 1909 roku – róż­ne pro­sto­dusz­ne isto­ty, no­szą­ce się wła­śnie z my­ślą uprosz­cze­nia mowy an­giel­skiej, nie wie­dzia­ły nic, rzecz pro­sta, o ma­łym Jo­nie, w prze­ciw­nym bo­wiem ra­zie przy­zna­ły­by się doń jako do swe­go ucznia. Jed­nak­że na tym świe­cie moż­na wszyst­ko aż nad­to upro­ścić – bo oto praw­dzi­we imię chłop­ca brzmia­ło Jo­lyon, a jego ży­ją­cy oj­ciec i zmar­ły brat przy­rod­ni z daw­na już za­gar­nę­li dla sie­bie dwa inne skró­ty: Jo i Jol­ly. Trze­ba nad­mie­nić, że mały Jon uczy­nił, co w jego mocy, by zgod­niej z po­wszech­ną wy­mo­wą nadać swe­mu imie­niu naj­pierw for­mę Jhon, póź­niej zaś John; for­mę Jon przy­swo­ił so­bie do­pie­ro wów­czas, gdy oj­ciec wy­tłu­ma­czył mu, że jest to ko­niecz­ne.

Oj­ciec po­sia­dał do­tąd tyl­ko część jego ser­ca – część nie za­ję­tą przez sta­jen­ne­go Boba, co gry­wał na har­mo­nii, i przez niań­kę zwa­ną „Da”, któ­ra w nie­dzie­le i świę­ta przy­odzie­wa­ła fio­le­to­wą suk­nię, a w ży­ciu pry­wat­nym, ja­kie do­ryw­czo pro­wa­dzą i słu­dzy do­mo­wi, no­si­ła na­zwi­sko Sprag­gins. Mat­ka uka­zy­wa­ła się chłop­cu je­dy­nie na po­do­bień­stwo zja­wy sen­nej – cu­dow­nie pach­ną­ca, gła­dzi­ła mu głów­kę przed sa­mym za­śnię­ciem i cza­sa­mi przy­ci­na­ła jego zło­to­brą­zo­we wło­ski. Gdy so­bie roz­bił czo­ło o piec w dzie­cin­nym po­ko­ju, przy­szła za­ta­mo­wać krew, a gdy drę­czy­ły go złe sny, sia­da­ła na łóż­ku i tu­li­ła głów­kę chłop­ca do swej szyi. Była mu dro­ga, ale da­le­ka, po­nie­waż „Da” była tak bli­ska, a w ser­cu męż­czy­zny trud­no na raz po­mie­ścić wię­cej niż jed­ną ko­bie­tę. Z oj­cem, na­tu­ral­nie, łą­czy­ły go też wię­zy szcze­gól­ne] wspól­no­ty – mia­no­wi­cie mały Jon roił so­bie, że gdy do­ro­śnie, zo­sta­nie rów­nież ma­la­rzem, z tą tyl­ko ma­leń­ką róż­ni­cą, iż nie bę­dzie ma­lo­wał ob­ra­zów jak oj­ciec, ale ścia­ny i su­fi­ty, sto­jąc na de­sce po­mię­dzy dwie­ma dra­bi­na­mi, prze­pa­sa­ny za­pać­ka­nym far­tu­chem i owia­ny mi­łym za­pa­chem świe­że­go wap­na… Poza tym oj­ciec brał go z sobą do Rich­mond Park, gdzie chło­pak mógł jeź­dzić na ku­cy­ku, zwa­nym dla swej ma­ści Mysz­ką.

Mały Jon uro­dził się ze srebr­ną łyż­ką w buzi1 – może tro­chę za wiel­ką i zbyt wy­gię­tą. Nie zda­rzy­ło mu się sły­szeć, by oj­ciec lub mat­ka zwra­ca­li się gniew­nie czy to do sie­bie, czy do nie­go, czy do ko­go­kol­wiek in­ne­go; sta­jen­ny Bob, ku­charz, Jane, Bel­la i resz­ta służ­by, a na­wet „Da” – je­dy­na oso­ba na­kła­da­ją­ca mu pew­ne ha­mul­ce – zwra­ca­jąc się do nie­go mie­li szcze­gól­ny ton gło­su. Jon był prze­to świę­cie prze­ko­na­ny, że świat jest sie­dli­skiem do­sko­na­łej a nie usta­ją­cej uprzej­mo­ści i swo­bo­dy.

Świa­do­mość Jona – dziec­ka 1901 roku – za­czę­ła się kształ­to­wać wła­śnie wte­dy, gdy jego oj­czy­zna po owym przy­krym ata­ku szkar­la­ty­ny, ja­kim była woj­na z Bu­ra­mi, przy­go­to­wy­wa­ła się do li­be­ral­ne­go od­ro­dze­nia przy­pa­da­ją­ce­go na rok 1906. Su­ro­wość nie była w mo­dzie, a ro­dzi­ce mie­li wznio­słe po­ję­cia na punk­cie ni­czym nie skrę­po­wa­nej swo­bo­dy swe­go po­tom­stwa. Po­ła­ma­li prze­to ró­zgi, po­bła­ża­li dzie­ciom i już z góry en­tu­zja­stycz­nie prze­wi­dy­wa­li wspa­nia­łe re­zul­ta­ty tej me­to­dy. Poza tym mały Jon po­stą­pił do­brze i roz­sąd­nie, wy­bie­ra­jąc so­bie na ojca mi­łe­go męż­czy­znę lat pięć­dzie­się­ciu dwóch, któ­ry po­przed­nio stra­cił je­dy­ne­go syna, a na mat­kę ko­bie­tę lat trzy­dzie­stu ośmiu, któ­rej był sy­nem pier­wo­rod­nym i je­dy­nym. Je­że­li nie zo­stał czymś po­śred­nim mię­dzy po­ko­jo­wym pie­skiem a ma­łym mą­dra­lą, za­wdzię­czał to uwiel­bie­niu, ja­kie oj­ciec oka­zy­wał mat­ce, gdyż na­wet mały Jon mógł za­uwa­żyć, że nie była ona tyl­ko – jego mat­ką i że przy niej on sam grał do­pie­ro dru­gie skrzyp­ce w ser­cu ojca. Ja­kie zaj­mo­wał miej­sce w ser­cu mat­ki, tego jesz­cze nie wie­dział. Co się ty­czy „cio­ci” June (przy­rod­niej sio­stry w tym jed­nak­że wie­ku, iż wy­ro­sła z tego sto­sun­ku po­kre­wień­stwa), ta, trze­ba jej to przy­znać, ko­cha­ła go, ale trak­to­wa­ła zbyt ob­ce­so­wo. Tak­że i od­da­na mu „Da” mia­ła gu­sta spar­tań­skie: ką­piel przy­go­to­wy­wa­no mu chłod­ną, ko­lan­ka miał od­sło­nię­te i nig­dy go nie za­chę­ca­no, by roz­tkli­wiał się nad sobą. Gdy szło o utra­pio­ną kwe­stię wy­cho­wa­nia, mały Jon po­dzie­lał zda­nie tych, któ­rzy uwa­ża­li, że dzie­ci nie na­le­ży do ni­cze­go przy­mu­szać. Czul sym­pa­tię do ma­de­mo­isel­le, któ­ra co­dzien­nie rano przez dwie go­dzi­ny uczy­ła go ję­zy­ka fran­cu­skie­go, hi­sto­rii, geo­gra­fii i czte­rech dzia­łań. Nie były mu nie­mi­łe i lek­cje gry na for­te­pia­nie, udzie­la­ne przez mat­kę, ta bo­wiem umia­ła za­chę­cać go do ucze­nia się co­raz no­wych me­lo­dy­jek, nig­dy nie ka­żąc ćwi­czyć ta­kiej, któ­rej nie lu­bił – tak iż chło­pak wciąż pa­lił się do zdo­by­wa­nia co­raz to więk­szej zwin­no­ści nie­zgrab­nych do­tąd pa­lusz­ków. Pod okiem ojca uczył się ry­so­wać za­baw­ne świn­ki i inne zwie­rząt­ka. Nie był wspa­nia­le edu­ko­wa­nym chło­pacz­kiem. Jed­nak­że – ogó­łem rzecz bio­rąc – srebr­na łyż­ka nadal tkwi­ła w jego buzi nie przy­no­sząc mu szko­dy, cho­ciaż „Da” nie­kie­dy twier­dzi­ła, że to­wa­rzy­stwo in­nych dzie­ci „do­brze by mu zro­bi­ło”.

Ja­kież to było roz­cza­ro­wa­nie, gdy pew­ne­go razu – a było to w siód­mym roku ży­cia – uparł się przy czymś, na co ona się nie zgo­dzi­ła i po­ło­ży­ła go na obie ło­pat­ki! Ten pierw­szy ha­mu­lec na­ło­żo­ny nie­skrę­po­wa­nej in­dy­wi­du­al­no­ści For­sy­te’a do­pro­wa­dził chłop­ca nie­mal do sza­łu. W tym bez­na­dziej­nie roz­pacz­li­wym po­ło­że­niu oraz w nie­pew­no­ści, na czym się to wszyst­ko skoń­czy, było coś prze­ra­ża­ją­ce­go. A gdy­by tak ona nig­dy już nie dała mu po­wstać! Przez pięć­dzie­siąt se­kund krzy­czał wnie­bo­gło­sy cier­piąc okrut­ne mę­czar­nie. Naj­gor­sze jed­nak – to prze­ko­na­nie, że „Da” do­pie­ro po upły­wie tego cza­su uświa­do­mi­ła so­bie udrę­kę stra­chu, jaki prze­ży­wał… I w ten oto strasz­li­wy spo­sób una­ocz­nił mu się brak wy­obraź­ni isto­ty ludz­kiej! Gdy dała mu po­wstać, był nadal prze­ko­na­ny, że „Da” po­peł­ni­ła rzecz strasz­ną. Cho­ciaż nie pra­gnął skar­żyć się na nią, oba­wa, iż coś po­dob­ne­go może się jesz­cze po­wtó­rzyć, ka­za­ła mu od­szu­kać mat­kę i po­wie­dzieć:

– Ma­mu­siu, nie po­zwól, żeby „Da” jesz­cze mnie kie­dy tak przy­trzy­ma­ła na zie­mi!

Mat­ka, wzno­sząc nad gło­wą ręce, w któ­rych trzy­ma­ła dwa splo­ty wło­sów – co­uleur de feu­il­le mor­te2, jak mały Jon nie na­uczył się jesz­cze ich na­zy­wać – spoj­rza­ła na nie­go oczy­ma po­dob­ny­mi do skra­wecz­ków jego bru­nat­nej ak­sa­mit­nej kur­tecz­ki i od­rze­kła:

– Do­brze, sy­necz­ku, nie po­zwo­lę.

Mały Jon był za­do­wo­lo­ny z tego jej wy­stą­pie­nia w cha­rak­te­rze bó­stwa opie­kuń­cze­go, zwłasz­cza gdy spod sto­łu, gdzie w cza­sie śnia­da­nia ocze­ki­wał ulu­bio­ne­go grzyb­ka, usły­szał, jak mó­wi­ła do ojca:

– A więc czy ty po­wiesz „Da”, mój dro­gi, czy też ja mam to uczy­nić? Ona jest tak do nie­go przy­wią­za­na.

Na to oj­ciec od­po­wie­dział:

– Tak, ale nie po­win­na oka­zy­wać tego w ten spo­sób. Wiem do­sko­na­le, ja­kie to uczu­cie, gdy jest się po­ło­żo­nym na ło­pat­ki. Ża­den z For­sy-teów nie znie­sie tego ani przez mi­nu­tę.

Zda­jąc so­bie spra­wę, że ro­dzi­ce nie wie­dzą o jego byt­no­ści pod sto­łem, mały Jon wpadł w zu­peł­nie nowy dla nie­go stan za­kło­po­ta­nia i nie ru­szył się z miej­sca, mimo iż na grzyb­ka miał ogrom­ną ocho­tę.

Ta­kie było pierw­sze jego za­nu­rze­nie się w czar­nych ot­chła­niach ist­nie­nia. Od tego cza­su nie prze­ży­wał już żad­nych ob­ja­wień – aż do dnia, gdy po­szedł­szy do obo­ry, by na­pić się mle­ka wprost od kro­wy, udo­jo­ne­go wła­śnie przez Gar­rat­ta, uj­rzał cie­ląt­ko Ko­ni­czyn­ki… nie­ży­we! Nie dał się po­cie­szyć i w to­wa­rzy­stwie za­nie­po­ko­jo­ne­go Gar­rat­ta udał się na po­szu­ki­wa­nie „Da”; na­gle jed­nak zro­zu­miał, że nie jest ona tym kimś, kogo mu trze­ba, po­mknął co tchu szu­kać ojca i wpadł w roz­war­te ra­mio­na mat­ki.

– Cie­ląt­ko Ko­ni­czyn­ki zde­chło! Och! Och! Ta­kie jest fla­ko­wa­te!

Uścisk mat­ki i jej sło­wa: „Ależ, dziec­ko, uspo­kój się, uspo­kój”, utu­li­ły go w pła­czu. Lecz je­że­li cie­ląt­ko Ko­ni­czyn­ki mo­gło zdech­nąć… mo­gło się to samo przy­da­rzyć każ­de­mu stwo­rze­niu… nie tyl­ko psz­czo­łom, mu­chom, chrząsz­czom i kur­cząt­kom… i każ­de mo­gło stać się rów­nie fla­ko­wa­te! Ja­kież to było strasz­ne… i jak ry­chło po­szło w nie­pa­mięć!

Na­stęp­ną przy­go­dą, i to bar­dzo bo­le­sną – któ­rą mat­ka po­ję­ła znacz­nie le­piej niż „Da” – było „przy­sie­dze­nie” wiel­kie­go trzmie­la. Po­tem już przez cały rok nie zda­rzy­ło się nic o istot­nym zna­cze­niu aż do cza­su, gdy po dniu fa­tal­ne­go sa­mo­po­czu­cia chło­pak za­kosz­to­wał cho­ro­by, na któ­rą zło­ży­ły się: wy­syp­ka, łóż­ko, łyż­ka z mio­dem i mnó­stwo man­da­ry­nek. Wte­dy to cały świat roz­kwitł na­gle przed jego oczy­ma. Sta­ło się to za spra­wą „cio­ci” June; al­bo­wiem le­d­wo Jon stał się „ku­la­wym ka­czę­ciem”, June w te pędy przy­by­ła z Lon­dy­nu przy­wo­żąc książ­ki, któ­re wy­kar­mi­ły jej wi­kin­gow­ską du­szę, uro­dzo­ną w pa­mięt­nym roku 1869. Książ­ki te, sę­dzi­we i wie­lo­barw­ne, ro­iły się od prze­okrop­nych zda­rzeń. Ciot­ka czy­ta­ła je ma­łe­mu Jo­no­wi aż do chwi­li, kie­dy po­zwo­lo­no mu je czy­tać sa­me­mu; wte­dy zwia­ła do Lon­dy­nu po­zo­sta­wia­jąc chłop­cu cały stos tej lek­tu­ry. Ta stra­wa wy­wo­ły­wa­ła fer­ment w jego wy­obraź­ni, aż w koń­cu nie my­ślał już i nie śnił o ni­czym in­nym, jak tyl­ko o micz­ma­nach, okrę­tach arab­skich han­dla­rzy nie­wol­ni­ków, pi­ra­tach, tra­twach, kup­cach drze­wa san­da­ło­we­go, ma­szy­nach pa­ro­wych, re­ki­nach, bi­twach, Ta­ta­rach, In­dia­nach, ba­lo­nach, bie­gu­nach pół­noc­nych i in­nych sza­leń­czych roz­ko­szach. Gdy po­zwo­lo­no mu wstać, na­tych­miast oli­no­wał i omasz­to­wał swo­je łóż­ko – od kasz­te­lu przed­nie­go aż po rufę – po czym od­bił od okrę­tu i pły­nął w wą­skiej wa­nien­ce po zie­lo­nych wo­dach dy­wa­nu, aż do­tarł do ska­ły, na któ­rą wdarł się za po­mo­cą ma­ho­nio­wych ga­łek otwie­ra­ją­cych jej szu­fla­dy, aby przy­tknąw­szy do oka wy­so­ką szklan­kę, ro­zej­rzeć się po wid­no­krę­gu w po­szu­ki­wa­niu zbaw­czych ża­gli. Póź­niej spo­rzą­dził – nie­ste­ty, na je­den tyl­ko dzień – tra­twę z wie­sza­ka na ręcz­ni­ki, tac­ki od her­ba­ty oraz po­du­szek. Gdy przy­nie­sio­no mu kom­pot z ren­klod, nie wy­pił soku, ale zlał go do próż­nej bu­tel­ki od le­kar­stwa i za­opa­trzył tra­twę w otrzy­ma­ny tak rum; po­sta­rał się też i o pe­mi­kan, spo­rzą­dzo­ny z nie do­je­dzo­nych ka­wał­ków kur­czę­cia, utłu­czo­nych i wy­su­szo­nych nad ogniem, oraz o sok cy­try­no­wy prze­ciw­ko szkor­bu­to­wi, wy­ci­śnię­ty ze skó­rek po­ma­rań­czo­wych z do­dat­kiem odro­bi­ny za­osz­czę­dzo­ne­go soku. In­ne­go dnia zro­bił bie­gun pół­noc­ny z ca­łej swej po­ście­li z wy­jąt­kiem ma­te­ra­cy­ka i do­tarł do nie­go na łód­ce z kory brzo­zo­wej (w co­dzien­nym ży­ciu była to kra­ta sprzed ko­min­ka) po krwa­wym star­ciu z bia­łym niedź­wie­dziem, zro­bio­nym z ma­te­ra­cy­ka i czte­rech krę­gli przy­bra­nych w noc­ną ko­szu­lę „Da”. Wkrót­ce po­tem oj­ciec, pra­gnąc ustat­ko­wać wy­obraź­nię chłop­ca, przy­niósł mu Ivan­hoe, Be­vi­sa, książ­kę o kró­lu Ar­tu­rze i Lata szkol­ne Tom­ka Brow­na. Jon wziął się do pierw­szej z nich, po czym przez trzy dni bu­do­wał, bro­nił i zdo­by­wał za­mek Front de Bo­eu­fa, gra­jąc w tym wi­do­wi­sku ko­lej­no każ­dą rolę z wy­jąt­kiem Re­be­ki i Ro­we­ny; nie bra­kło przy tym i prze­raź­li­wych okrzy­ków: En avant, de Bra­cy!3 – i in­nych po­dob­nych we­zwań. Prze­czy­taw­szy książ­kę o kró­lu Ar­tu­rze stał się nie­mal wy­łącz­nie sir La­mo­ra­kiem de Gal­lis, bo choć w książ­ce było o nim nie­wie­le, jed­nak­że imię jego bar­dziej się chłop­cu po­do­ba­ło od imion wszyst­kich in­nych ry­ce­rzy; uzbro­jo­ny w dłu­gą tykę bam­bu­so­wą, ry­cerz na śmierć za­jeź­dził swe­go sta­re­go ko­nia na bie­gu­nach. Be­vis wy­dał mu się ma­zga­jo­wa­ty; zresz­tą po­trzeb­ne tam były lasy i zwie­rzy­na, tej zaś w po­ko­ju dzie­cin­nym bra­kło, po­mi­nąw­szy dwa koty, Fit­za i Puc­ka, któ­re nie po­zwa­la­ły na po­ufa­le­nie się. Na Tom­ka Brow­na był jesz­cze za mło­dy. To­też dom ode­tchnął z ulgą, gdy po czte­rech ty­go­dniach po­zwo­lo­no mu wy­cho­dzić na dwór.

W owym mie­sią­cu – a był to ma­rzec – drze­wa szcze­gól­nie przy­po­mi­na­ły masz­ty okrę­to­we. Wio­sna ta, cza­row­na dla ma­łe­go Jona, sta­no­wi­ła okres cięż­kiej pró­by dla jego ko­lan, ubra­nek, nade wszyst­ko zaś dla cier­pli­wo­ści „Da”, zmu­szo­nej prać, ce­ro­wać i ła­tać jego odzie­nie. Co­dzien­nie, le­d­wo skoń­czy­ło się śnia­da­nie, ro­dzi­ce, któ­rych okna wy­cho­dzi­ły na tę stro­nę, mo­gli wi­dzieć re­zo­lut­ną twa­rzycz­kę i ja­sne wło­ski syn­ka, wy­bie­ga­ją­ce­go z po­ko­ju lek­cyj­ne­go, prze­bie­ga­ją­ce­go ta­ras i wdra­pu­ją­ce­go się na pień sta­re­go dębu. W ten spo­sób roz­po­czy­nał on dzień, po­nie­waż przed lek­cja­mi nie było cza­su na dal­sze wy­pra­wy. Uroz­ma­ico­ny po­wab sta­re­go dębu nig­dy chłop­cu nie po­wsze­dniał; miał on maszt głów­ny, maszt przed­ni i przy­masz­tek i za­wsze moż­na było z nie­go scho­dzić po pio­no­wych li­nach – czy­li po sznu­rach huś­taw­ki. Po lek­cjach, koń­czą­cych się o je­de­na­stej, uda­wał się do kuch­ni po cien­ki pla­ste­rek sera, bisz­kopt i dwie ren­klo­dy (za­pas żyw­no­ści do­sta­tecz­ny co naj­mniej na za­opa­trze­nie ło­dzi ra­tun­ko­wej) i zja­dał to w ja­kiś wy­myśl­ny spo­sób, po czym uzbro­jo­ny po zęby w strzel­bę, pa­łasz i pi­sto­le­ty wy­ru­szał na praw­dzi­wą wy­pra­wę po­ran­ną, spo­ty­ka­jąc po dro­dze nie­prze­li­czo­ne mnó­stwo han­dla­rzy nie­wol­ni­ków, In­dian, kor­sa­rzy, lam­par­tów i niedź­wie­dzi. O tej po­rze dnia rzad­ko wi­dy­wa­no go in­a­czej, jak z kor­de­la­sem w zę­bach (wy­glą­dał niby Dick Ne­edham), wśród hucz­nej pal­by cyn­ko­wych ka­pi­szo­nów. Nie­jed­ne­go ogrod­ni­ka ustrze­lił ziarn­kiem fa­so­li ze swej rusz­ni­cy. Wiódł ży­cie czyn­ne, peł­ne moc­nych wra­żeń.

– Jon sta­je się okrop­ny – mó­wił pod dę­bem oj­ciec do mat­ki. – Boję się, iż go­tów się wy­kie­ro­wać na ma­ry­na­rza lub inne la­da­co. Czyś za­uwa­ży­ła u nie­go choć­by ślad kul­tu dla pięk­na?

– Ani śla­du.

– No, nie­bu niech będą dzię­ki, że go jesz­cze nie cią­gnie do kół i ma­szyn! Wszyst­ko znieść mogę, tyl­ko nie to. Pra­gnął­bym, żeby tro­chę wię­cej in­te­re­so­wał się przy­ro­dą.

– Ma wie­le wy­obraź­ni, Jo­lyonie.

– Tak. Krwio­żer­czej wy­obraź­ni. Czy ko­cha te­raz ko­go­kol­wiek?

– Nie, ni­ko­go spe­cjal­nie… tyl­ko wszyst­kich w ogó­le. Nie na­ro­dzi­ło się jesz­cze dziec­ko tak ko­cha­ją­ce i ko­cha­ne jak Jon.

– Bo to twój syn, Ire­no.

W tej­że chwi­li mały Jon, le­żąc na ga­łę­zi wy­so­ko po­nad gło­wa­mi ro­dzi­ców, ustrze­lił ich obo­je dwo­ma ziarn­ka­mi fa­so­li, jed­nak­że ten ury­wek do­sły­sza­nej roz­mo­wy utknął niby trud­ny do stra­wie­nia kę­sek w jego pta­sim żo­łą­decz­ku. Ko­cha­ją­cy, ko­cha­ny, wy­obraź­nia, krwio­żer­cza wy­obraź­nia!… Tym­cza­sem li­ście za­czę­ły już two­rzyć gąszcz – i oto nad­cho­dził już dzień uro­dzin Jona, przy­pa­da­ją­cy co­rocz­nie dwu­na­ste­go maja, a pa­mięt­ny za­wsze obia­dem zło­żo­nym, z naj­ulu­bień­szych fry­ka­sów, mlecz­ka cie­lę­ce­go, grzyb­ków, ma­ka­ro­ni­ków i po­lew­ki im­bi­ro­wej.

Wszak­że po­mię­dzy owym dniem ósmych uro­dzin a go­dzi­ną po­po­łu­dnio­wą, kie­dy to Jon w smu­dze lip­co­we­go słoń­ca stał na za­krę­cie klat­ki scho­do­wej, za­szło kil­ka waż­nych wy­da­rzeń.

„Da”, snadź stru­dzo­na usta­wicz­nym szo­ro­wa­niem ko­lan, chłop­ca, a może po­słusz­na owe­mu ta­jem­ni­cze­mu in­stynk­to­wi, któ­ry na­wet niań­ki zmu­sza do roz­sta­nia się z wy­cho­wan­ka­mi, za­raz na­za­jutrz po uro­dzi­nach Jona po­że­gna­ła się z nim wśród stru­mie­ni łez, by „wyjść” – cał­ko­wi­cie i zu­peł­nie – „za jed­ne­go ka­wa­le­ra”. Mały Jon, przed któ­rym do tej pory rzecz tę ta­jo­no, był nie­po­cie­szo­ny przez całe pół dnia… Nie po­win­ni byli trzy­mać tego przed nim w ta­jem­ni­cy!… Dwa wiel­kie pu­deł­ka żoł­nie­rzy wraz z ba­te­rią ar­ma­tek tu­dzież Mło­dzi trę­ba­cze, któ­rzy zna­leź­li się po­mię­dzy pre­zen­ta­mi uro­dzi­no­wy­mi – wszyst­ko to, we­spół ze świe­żym stra­pie­niem, przy­czy­ni­ło się do pew­ne­go prze­wro­tu, jaki do­ko­nał się w chłop­cu: za­miast oso­bi­ście szu­kać przy­gód i na­ra­żać wła­sne ży­cie, za­czął urzą­dzać po­my­sło­we za­ba­wy, w któ­rych wy­sta­wiał na szwank ży­cie nie­prze­li­czo­nych za­stę­pów żoł­nie­rzy cy­no­wych, ka­my­ków, ku­lek szkla­nych i ziar­nek bobu. Z tych róż­nych po­sta­ci „żeru ar­mat­nie­go” czy­nił całe ko­lek­cje i po­słu­gu­jąc się na prze­mian to jed­ny­mi, to dru­gi­mi, pro­wa­dził to woj­nę sied­mio­let­nią, to hisz­pań­ską, to trzy­dzie­sto­let­nią, to jesz­cze inne, o któ­rych czy­ty­wał w wiel­kiej Hi­sto­rii Eu­ro­py, sta­no­wią­cej nie­gdyś wła­sność dziad­ka. Woj­ny te – któ­rych prze­bieg, uza­leż­nio­ny od in­wen­cji chłop­ca, mi­jał się nie­kie­dy z praw­dą dzie­jo­wą – roz­gry­wa­ły się na pod­ło­dze dzie­cin­ne­go po­ko­ju, do któ­re­go nikt nie mógł wcho­dzić z oba­wy, by nie po­mie­szać szy­ków kró­lo­wi szwedz­kie­mu Gu­sta­wo­wi Adol­fo­wi lub nie roz­dep­tać ja­kiejś ar­mii au­striac­kiej. Do Au­stria­ków – ze wzglę­du na dźwięcz­ność ich na­zwy – był na­mięt­nie przy­wią­za­ny, to­też wi­dząc, że tak mało mie­li bi­tew zwy­cię­skich, wy­my­ślał przy­najm­niej w za­ba­wie co­raz to nowe dla nich trium­fy. Ulu­bio­ny­mi jego ge­ne­ra­ła­mi byli: Eu­ge­niusz Sa­baudz­ki, ar­cy­ksią­żę Ka­rol i Wal­len­ste­in; Til­ly­ego i Mac­ka, choć byli Au­stria­ka­mi, oczy­wi­ście trud­no da­rzyć sym­pa­tią (Jon sły­szał pew­ne­go razu z ust ojca, że były to „ope­ret­ko­we po­sta­cie”, jed­nak­że nie bar­dzo ro­zu­miał, co by to mo­gło zna­czyć). Prze­pa­dał i za Tu­re­niu­szem, rów­nież ze wzglę­dów eu­fo­nicz­nych.

Opi­sa­ny okres – przy­czy­nia­ją­cy dużo zmar­twień ro­dzi­com, gdyż chło­pak, za­miast bie­gać po dwo­rze, ba­wił się w domu – trwał przez cały maj i po­ło­wę czerw­ca, póki nie po­ło­żył temu kre­su oj­ciec przy­no­sząc Przy­go­dy Tom­ka Sa­wy­era i Przy­go­dy Huc­ka. Prze­czy­taw­szy te książ­ki ma­lec po­czuł, że coś się w nim zmie­ni­ło, i wy­ru­szył znów poza bra­mę domu, by roz­po­cząć za­wzię­te po­szu­ki­wa­nia ja­kiejś rze­ki. Po­nie­waż w Ro­bin Hill z przy­le­gło­ścia­mi nie było ta­ko­wej, prze­to za­stą­pić ją mu­siał staw, gdzie na szczę­ście znaj­do­wa­ły się li­lie wod­ne, jęt­ki, ko­ma­ry, si­to­wie i trzy krza­ki ło­zi­ny. Po tym sta­wie – gdy oj­ciec i Gar­ratt stwier­dzi­li przy po­mo­cy son­do­wa­nia, że dno jest bez­piecz­ne, a woda w naj­głęb­szych miej­scach do­cho­dzi do dwóch stóp głę­bo­ko­ści – po­zwo­lo­no chłop­cu jeź­dzić w ma­łej wy­wrot­nej łód­ce; spę­dzał w niej całe go­dzi­ny, to wio­słu­jąc, to znów le­żąc na dnie, nie­wi­docz­ny dla In­dia­ni­na Joe i in­nych nie­przy­ja­ciół. Po­nad­to na brze­gu sta­wu zbu­do­wał so­bie ze sta­rych pu­de­łek od bisz­kop­tów wi­gwam, zaj­mu­ją­cy po­wierzch­nię bez mała czte­rech stop kwa­dra­to­wych, a kry­ty ga­łęź­mi. W sza­ła­sie tym pa­lił ma­leń­kie ogni­ska i piekł na nich pta­ki, któ­rych nie ustrze­lił ze swej flin­ty po­lu­jąc wśród pól i w za­gaj­ni­ku, albo ryby, któ­rych nie uło­wił w sta­wie, po­nie­waż ich tam w ogó­le nie było. To mu za­ję­ło resz­tę czerw­ca i ów li­piec, gdy oj­ciec i mat­ka ba­wi­li w Ir­lan­dii. Przez te pięć let­nich, po­god­nych ty­go­dni, zo­sta­wio­ny sam so­bie, wiódł sa­mot­ne ży­cie w świe­cie wy­obraź­ni, za całe to­wa­rzy­stwo ma­jąc strzel­bę, wi­gwam, łód­kę i wodę; a cho­ciaż mały, ru­chli­wy jego umysł upo­rczy­wie od­su­wał od sie­bie po­ję­cie pięk­na, jed­nak­że chwi­la­mi na­rzu­ca­ło mu się ono, to przy­sia­da­jąc na skrzy­deł­ku jęt­ki, to skrząc się na kwia­tach li­lii wod­nej, to le­jąc błę­kit w jego oczy, kie­dy le­żał na wznak w za­sadz­ce.

„Cio­cia” June, któ­rej zle­co­no opie­kę nad nim, mia­ła w domu ko­goś „do­ro­słe­go”, po­kasz­li­wu­ją­ce­go oraz le­pią­ce­go z gli­ny ja­kąś ludz­ką twarz, to­też nie kwa­pi­ła się nad staw, by zo­ba­czyć, co chło­piec po­ra­bia. Pew­ne­go razu jed­nak­że przy­pro­wa­dzi­ła z sobą dwo­je in­nych „do­ro­słych”. Mały Jon, któ­ry wła­śnie po­ma­lo­wał so­bie gołe ciał­ko w żół­te i ja­sno­nie­bie­skie pasy, po­słu­gu­jąc się far­ba­mi wod­ny­mi z oj­cow­skie­go pu­deł­ka, a we wło­sy we­tknął parę piór ka­czych – do­strzegł przy­by­szów i za­cza­ił się w wi­kli­nie. Tak jak prze­wi­dy­wał, po­de­szli od razu do jego wi­gwa­mu i uklę­kli, by zaj­rzeć do środ­ka, to­też wy­daw­szy okrzyk ści­na­ją­cy krew w ży­łach, zdo­łał nie­mal do­szczęt­nie oskal­po­wać „cio­cię” June i „do­ro­słą” pa­nią, za­nim te zdą­ży­ły go po­ca­ło­wać. Dwie oso­by do­ro­słe zwa­ły się „cio­cia” Hol­ly i „wu­ja­szek” Val; „wu­ja­szek” miał twarz ogo­rza­łą, uty­kał nie­co na jed­ną nogę i okrut­nie śmiał się z chło­pa­ka. Jon na­brał sym­pa­tii do „cio­ci” Hol­ly, któ­ra, jak się zda­je, rów­nież była jego sio­strą; jed­nak­że obo­je wu­jo­stwo wy­je­cha­li tego sa­me­go dnia po po­łu­dniu i już ich wię­cej nie wi­dział. Na trzy dni przed spo­dzie­wa­nym przy­jaz­dem ojca i mat­ki wy­je­cha­ła rów­nież – i to z wiel­kim po­śpie­chem – „cio­cia” June za­bie­ra­jąc po­kasz­li­wu­ją­ce­go „do­ro­słe­go” wraz z jego bry­łą gli­ny. Ma­de­mo­isel­le po­wie­dzia­ła:

– Bied­ny czło­wiek, był bah­dzo cho­ry; za­bha­niam ci, Jo­nie, wcho­dzić do jego po­ko­ju.

Jon, któ­re­mu rzad­ko zda­rza­ło się ro­bić coś tyl­ko dla­te­go, że mu tego za­bro­nio­no, po­wstrzy­mał się od prze­kro­cze­nia za­ka­za­nej stre­fy, mimo że był znu­dzo­ny i osa­mot­nio­ny. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, po­wa­by sta­wu już prze­mi­nę­ły, a chło­pak – któ­re­go du­sza prze­peł­nio­na była po brze­gi nie­po­ko­jem – pra­gnął cze­goś: nie drze­wa ani strzel­by, cze­goś mi­łe­go, mięk­kie­go. Owe dwa ostat­nie dni wy­da­ły mu się mie­sią­ca­mi po­mi­mo Roz­bit­ków mor­skich, gdzie czy­tał o mat­ce Lee i jej strasz­nym fa­jer­wer­ku ze szcząt­ków okrę­tu. Zdą­żył wte­dy chy­ba ze sto razy wejść po scho­dach w górę i zejść z po­wro­tem; z dzie­cin­ne­go po­ko­ju, gdzie obec­nie sy­piał, nie­jed­no­krot­nie za­kra­dał się do po­ko­ju mat­ki, przy­glą­dał się wszyst­kie­mu, nic nie ru­sza­jąc, po czym szedł do ubie­ral­ni, a sta­nąw­szy na jed­nej no­dze, jak Slings­by, koło wan­ny, szep­tał ta­jem­ni­czo, by przy­nieść szczę­ście:

– Huś! huś! huś! szu­kaj kota! kota!

Po­tem, znów prze­kra­da­jąc się, otwie­rał sza­fę z suk­nia­mi mat­ki i wdy­chał głę­bo­ko coś, co zda­wa­ło się go zbli­żać… sam nie wie­dział ku cze­mu.

Uczy­nił to wła­śnie bez­po­śred­nio przed ową chwi­lą, gdy stał po­środ­ku świetl­nej smu­gi gło­wiąc się nad tym, w jaki z kil­ku zna­nych spo­so­bów zje­chać po po­rę­czy. Wszyst­kie wy­da­ły mu się nie­do­rzecz­ne i na­gle, znu­żo­ny, jął iść z wol­na po scho­dach, sto­pień po stop­niu. Zdo­łał so­bie w tym cza­sie cał­kiem wy­raź­nie uprzy­tom­nić twarz ojca: krót­ką siwą bród­kę, głę­bo­kie przy­mru­żo­ne oczy… pio­no­wą bruz­dę mię­dzy brwia­mi, żar­to­bli­wy uśmiech oraz jego smu­kłą po­stać, któ­ra ma­łe­mu Jo­no­wi wy­da­wa­ła się tak wy­so­ka; mat­ki na­to­miast nie mógł so­bie przy­po­mnieć. Z jej ist­nie­niem ko­ja­rzy­ła się je­dy­nie ja­kaś wi­zja o dwoj­gu wo­dzą­cych za nim ciem­nych oczach; a tak­że za­pach jej sza­fy.

W hal­lu była Bel­la – roz­su­wa­ła wiel­kie por­tie­ry i otwie­ra­ła drzwi fron­to­we. Jon ozwał się przy­po­chleb­nie:

– Bel­la!

– Słu­cham pa­ni­cza.

– Gdy oni przy­ja­dą, po­daj nam her­ba­tę pod dę­bem;  w i e m, że lu­bią to naj­wię­cej.

– Pa­nicz chciał po­wie­dzieć, że  p a n i c z to lubi naj­wię­cej?…

Jon za­my­ślił się.

– Nie, oni to lu­bią, żeby mnie zro­bić przy­jem­ność.

Bel­la uśmiech­nę­ła się.

– Do­brze, do­brze, zro­bię to, je­że­li pa­nicz bę­dzie tu sie­dział spo­koj­nie i nic nie spso­ci, póki pań­stwo nie przy­ja­dą.

Mały Jon usiadł na naj­niż­szym stop­niu scho­dów i kiw­nął gło­wą. Bel­la po­de­szła bli­żej i obej­rza­ła go z góry.

– Niech pa­nicz wsta­nie! – po­wie­dzia­ła.

Jon wstał. Przyj­rza­ła mu się ba­daw­czo z tyłu. Nie po­zie­le­nił się tra­wą, a ko­la­na wy­da­wa­ły się czy­ste.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku! – za­wy­ro­ko­wa­ła. – Do­bre dziec­ko! A opa­lił się! Daj mi buzi!

I cmok­nę­ła Jona we wło­sy.

– Jaki bę­dzie dżem? – za­py­tał. – Tak je­stem zmę­czo­ny cze­ka­niem.

– Agre­sto­wy i po­ziom­ko­wy.

Świet­nie! Wła­śnie jego ulu­bio­ne!

Po odej­ściu Bel­li Jon przez mi­nu­tę sie­dział spo­koj­nie. Ci­sza pa­no­wa­ła w wiel­kim hal­lu o drzwiach otwar­tych ku wscho­do­wi, tak że wi­dać było jed­no z drzew Jona, mia­no­wi­cie wiel­ki bryg, że­glu­ją­cy wol­niut­ko po­przez we­wnętrz­ny dzie­dzi­niec. Na ta­ra­sie sła­ły się uko­śne cie­nie ko­lumn. Jon wstał, prze­sko­czył je­den z tych cie­ni i ob­szedł wo­ko­ło klomb ko­sać­ców za­ra­sta­ją­cy śro­dek ba­se­nu z sza­ra­we­go mar­mu­ru. Kwia­ty były bar­dzo ład­ne, ale pach­nia­ły sła­bo. Sta­nął w otwar­tych drzwiach i wyj­rzał przez nie. A je­że­li!… je­że­li nie przy­ja­dą! Cze­kał już tak dłu­go, iż dal­sze cze­ka­nie wy­da­ło mu się nie do znie­sie­nia – i na­raz jego uwa­ga prze­śli­znę­ła się z owej fa­tal­nej moż­li­wo­ści na drob­ne pył­ki ku­rzu wi­bru­ją­ce w na­pły­wa­ją­cej fali mo­dra­we­go bla­sku sło­necz­ne­go. Wy­cią­gnąw­szy rękę sta­rał się kil­ka z nich po­chwy­cić. Bel­la po­win­na była od­ku­rzyć ten skra­wek po­wie­trza! Ale może to nie był kurz – tyl­ko to, z cze­go jest zro­bio­na świa­tłość sło­necz­na? I Jon po­szedł zo­ba­czyć, czy świa­tłość sło­necz­na na dwo­rze jest taka sama. Oka­za­ło się, że inna.

Chło­pak obie­cał, że bę­dzie spo­koj­nie sie­dział w hal­lu; jed­nak­że oka­za­ło się to wprost nie­wy­ko­nal­ne. Nie mo­gąc usie­dzieć na miej­scu, prze­szedł wy­żwi­ro­wa­ny pod­jazd i po­ło­żył się opo­dal na mu­ra­wie. Ze­rwaw­szy sześć sto­kro­tek po­na­zy­wał je sta­ran­nie: sir La­mo­rac, sir Tri­stram, sir Lan­ce­lot, sir Pa­li­me­des, sir Bors, sir Ga­wa­in – i ka­zał im ko­lej­no sta­czać po­je­dyn­ki, aż w koń­cu sam tyl­ko sir La­mo­rac, któ­re­go wy­brał ze wzglę­du na szcze­gól­nie moc­ną ło­dy­gę, miał jesz­cze gło­wę, choć na­wet i on po trzech spo­tka­niach wy­glą­dał na zde­chla­ka i ob­szar­pań­ca. W tra­wie, któ­ra nie­mal pro­si­ła się o koś­bę, gra­mo­lił się z wol­na ja­kiś chrząsz­czyk. Każ­de źdźbło tra­wy było ma­łym drze­wem, któ­re­go pień mu­siał okrą­żać. Jon po­sta­wił sir La­mo­ra­ca no­ga­mi w dół i wy­do­stał chrząsz­czy­ka spo­mię­dzy traw; nie­bo­rak uciekł w dyr­dy. Jon za­śmiał się, po­tem prze­sta­ło go to cie­ka­wić i wes­tchnął. W ser­cu czuł pust­kę. Od­wró­cił się i le­żał na wznak. Kwit­ną­ce lipy pach­nia­ły mio­dem; nie­bo cud­nie błę­kit­nia­ło, przy­stro­jo­ne kil­ko­ma bia­ły­mi ob­łocz­ka­mi, któ­re wy­glą­da­ły – a może i sma­ko­wa­ły – jak lody cy­try­no­we. Sły­chać było, jak Bob gra na har­mo­nii ja­kąś mu­rzyń­ską pio­sen­kę – i chło­piec czuł jed­no­cze­śnie bło­gość i smu­tek. Znów się ob­ró­cił i przy­ło­żył ucho do zie­mi (In­dia­nie umie­ją po­chwy­cić uchem na­wet z da­le­ka do­la­tu­ją­ce od­gło­sy), jed­nak nie sły­szał nic poza har­mo­nią. Ale nie­mal w tej­że chwi­li po­sły­szał sła­by tur­kot po­dob­ny do po­mru­ku ża­ren. Tak!… To sa­mo­chód… je­dzie!… je­dzie!

Ze­rwał się na rów­ne nogi. Czy ma cze­kać na gan­ku, czy też wbiec na scho­dy, na górę, a w chwi­li gdy będą wcho­dzi­li, za­wo­łać: „Uwa­ga!”, i zje­chać po­wo­li po po­rę­czy, gło­wą do przo­du? Czy też?… Sa­mo­chód skrę­cił w ale­ję wjaz­do­wą. Już za póź­no! Nie po­zo­sta­ło mu nic in­ne­go, jak tyl­ko cze­kać i pod­ska­ki­wać z nie­cier­pli­wo­ścią. Sa­mo­chód nad­je­chał szyb­ko, za­war­czał i za­trzy­mał się. Oj­ciec wy­siadł i zbli­żał się; było to tak, jak­by nad­cho­dzi­ło ży­cie. Schy­lił się, w tej­że chwi­li mały Jon pod­sko­czył w gó­ręm – i zde­rzy­li się z sobą. Oj­ciec po­wie­dział zwy­kłym swo­im to­nem:

– Wiel­kie nie­ba! Aleś ty się opa­lił, mój chłop­cze!

Uczu­cie wy­cze­ki­wa­nia – cze­goś upra­gnio­ne­go – wrza­ło z nie słab­ną­cą siłą w du­szy ma­łe­go Jona. Wte­dy rzu­ciw­szy dłu­gie, nie­śmia­łe spoj­rze­nie do­strzegł mat­kę, uśmiech­nię­tą, w nie­bie­skiej suk­ni i z błę­kit­ną wo­al­ką na ka­pe­lu­szu i we wło­sach. Pod­sko­czył, jak tyl­ko mógł naj­wy­żej, no­ga­mi oplótł jej ki­bić i przy­tu­lił się z ca­łych sił. Po­sły­szał jej wes­tchnie­nie, po­czuł, że i ona go obej­mu­je. Oczy jego, jesz­cze wów­czas ciem­no­nie­bie­skie, wpa­try­wa­ły się w ciem­no­bru­nat­ne tę­czów­ki mat­ki, aż na ko­niec jej war­gi do­tknę­ły jego po­wiek; przy­tu­la­jąc się do niej ze wszyst­kich sił, po­sły­szał, jak pi­snę­ła ci­chut­ko i śmie­jąc się mó­wi­ła:

– Aleś ty sil­ny, Jo­nie!

Wów­czas wy­su­nął się z jej ob­jęć i cią­gnąc ją za rękę szur­nął w głąb hal­lu.

Gdy sie­dział pod dę­bem, za­ja­da­jąc dżem, ude­rza­ły go w mat­ce róż­ne szcze­gó­ły, któ­rych wpierw nie do­strze­gał: tak na przy­kład, po­licz­ki jej były śmie­tan­ko­we­go ko­lo­ru, w ciem­no­zło­tych wło­sach snu­ły się sre­brzy­ste nit­ki, na szyi nie mia­ła, jak Bel­la, żad­ne­go guza, a po­ru­sza­ła się ci­cho i spo­koj­nie. Za­uwa­żył też parę drob­nych kre­se­czek bie­gną­cych od ką­ci­ków oczu, pod nimi zaś ja­kieś ta­kie miłe cie­nie. Była pięk­na jak za­wsze, pięk­niej­sza niż „Da” lub ma­de­mo­isel­le, lub „cio­cia” June, lub na­wet „cio­cia” Hol­ly, do któ­rej na­brał wiel­kiej sym­pa­tii; ba, pięk­niej­sza na­wet niż Bel­la, któ­ra mia­ła hoże po­licz­ki i cza­sa­mi była na­zbyt gwał­tow­na w swych wy­stą­pie­niach. Ta nowa uro­da mat­ki wy­da­ła mu się rze­czą wiel­kiej wagi, to­też chło­pak jadł tego dnia mniej, niż miał za­miar.

Po pod­wie­czor­ku oj­ciec wy­ra­ził ocho­tę prze­spa­ce­ro­wa­nia się z nim po ogro­dzie. Jon od­był więc dłu­gą roz­mo­wę na te­ma­ty ogól­ne, omi­ja­jąc spra­wy tak oso­bi­ste, jak przy­go­dy sir La­mo­ra­ca i Au­stria­ków oraz pust­kę, jaką od­czu­wał w cią­gu trzech ostat­nich dni i któ­ra oto na­gle zo­sta­ła za­peł­nio­na. Oj­ciec opo­wia­dał mu o miej­sco­wo­ści zwa­nej Glen­so­fan-trim, gdzie ba­wił z mat­ką, i o kra­sno­lud­kach, któ­re tam wy­cho­dzą z zie­mi, gdy na świe­cie wszyst­ko ucich­nie. Mały Jon sta­nął z roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi.

– Czy ty na­praw­dę w to wie­rzysz, ta­tu­siu?

– Nie, Jo­nie, ale my­śla­łem, że ty uwie­rzysz.

– A cze­mu?

– Bo je­steś młod­szy ode mnie… a to są po­sta­ci czar­no­księ­skie.

Mały Jon wy­su­nął do przo­du bród­kę z do­łecz­kiem po­środ­ku.

– Nie wie­rzę w zja­wy czar­no­księ­skie. Nig­dy ich nie wi­dy­wa­łem.

– Hm! – mruk­nął oj­ciec.

– A ma­mu­sia?

Oj­ciec uśmiech­nął się żar­to­bli­wie.

– Nie, wi­du­je tyl­ko Pana.

– Cóż to za Pan?

– Taki koź­lo­no­gi bo­żek, co hasa w dzi­kich i pięk­nych ustro­niach.

– Czy był w Glen­so­fan­trim?

– Ma­mu­sia mówi, że był.

Mały Jon wspiął się na pal­ce i roz­po­czął dal­sze in­da­ga­cje:

– A tyś go wi­dział, ta­tu­siu?

– Nie, wi­dzia­łem tyl­ko We­nus Ana­dy­ome­ne.

Mały Jon za­my­ślił się; wszak We­nus była wspo­mnia­na w jego książ­ce o Gre­kach i Tro­ja­nach. Za­tem Anna było jej imie­niem, a Dy­ome­ne na­zwi­skiem. Gdy za­py­tał, oka­za­ło się jed­nak, że to jed­no tyl­ko sło­wo, ozna­cza­ją­ce „wy­nu­rza­ją­ca się z mor­skiej pia­ny”.

– Czy ona wy­nu­rza­ła się z pia­ny w Glen­so­fan­trim?

– Tak, co­dzien­nie.

– Jak ona wy­glą­da, ta­tu­siu?

– Jest po­dob­na do ma­mu­si.

– O! w ta­kim ra­zie musi być… – lecz w tym miej­scu urwał, przy­sko­czył do muru, wdra­pał się na górę i zręcz­nie zsu­nął się z po­wro­tem na dół. Czuł, że musi bez­względ­nie za­cho­wać dla sie­bie od­kry­cie, że mat­ka jest pięk­na. Jed­nak cy­ga­ro oj­cow­skie za­czę­ło tak ja­koś dłu­go się pa­lić, iż chło­pak zmu­szo­ny był na ko­niec za­gad­nąć:

– Chciał­bym zo­ba­czyć, co ma­mu­sia przy­wio­zła. Do­brze, ta­tu­siu?

Po­dał ten ni­ski po­wód, żeby nie być po­czy­ta­nym za nie­wie­ściu­cha, i był nie­co stro­pio­ny, gdy oj­ciec spoj­rzał nań prze­ni­kli­wie, wes­tchnął zna­czą­co i od­rzekł:

– Do­brze, idź ją uko­chać, mój chłop­cze.

Po­szedł zra­zu niby to po­wol­nym kro­kiem, po­tem jed­nak po­mknął jak strza­ła. Drzwi mię­dzy mat­czy­ną sy­pial­nią a jego po­ko­jem były otwar­te i tędy wszedł. Mat­ka klę­cza­ła, jesz­cze po­chy­lo­na nad wa­li­zą. Stał przez chwi­lę ci­chut­ko tuż przy niej.

Wy­pro­sto­wa­ła się klę­cząc i za­gad­nę­ła:

– No i cóż, Jo­nie?

– Chcia­łem tyl­ko przyjść i po­pa­trzeć.

Uści­skał ją zno­wu i ona go uści­snę­ła, a wte­dy wgra­mo­lił się na pa­ra­pet okna i pod­ku­liw­szy nogi pod sie­bie, przy­glą­dał się roz­pa­ko­wy­wa­niu wa­li­zy. Czyn­ność ta na­pa­wa­ła go nie do­zna­wa­ną nig­dy roz­ko­szą nie tyl­ko dla­te­go, że mat­ka wy­do­by­wa­ła róż­ne przed­mio­ty o po­dej­rza­nym wy­glą­dzie, ale i dla­te­go, że miło mu było przy­glą­dać się jej sa­mej. Po­ru­sza­ła się od­mien­nie od wszyst­kich, zwłasz­cza od Bel­li; była nie­za­wod­nie naj­wy­twor­niej­szą oso­bą, jaką zda­rzy­ło mu się spo­tkać. W koń­cu upo­ra­ła się z wa­li­zą i uklę­kła tuż przed nim.

– Smut­no ci było bez nas, Jo­nie?

Mały Jon kiw­nął gło­wą i daw­szy w ten spo­sób upust swym uczu­ciom, ki­wał nią jesz­cze czas ja­kiś.

– Prze­cież mia­łeś tu cio­cię June?

– Och! Ona tu mia­ła ja­kie­goś pana, co wciąż kasz­lał.

Twarz mat­ki zmie­ni­ła się i przy­bra­ła wy­raz nie­mal gniew­ny. Wi­dząc to chło­piec do­dał po­śpiesz­nie:

– Był to bied­ny czło­wiek, ma­mu­siu. Tak okrop­nie kasz­lał! Ja… ja go lu­bi­łem.

Mat­ka ob­ję­ła go w pa­sie rę­ko­ma.

– Ty lu­bisz wszyst­kich, Jo­nie.

Mały Jon za­my­ślił się.

– Do pew­ne­go stop­nia… – od­po­wie­dział. – Cio­cia June wzię­ła mnie jed­nej nie­dzie­li do ko­ścio­ła.

– Do ko­ścio­ła? O-o!

– Chcia­ła zo­ba­czyć, jak mnie to na­stroi.

– I na­stro­iło cię?

– Tak. Za­czą­łem so­bie ze wszyst­kie­go żar­to­wać, więc cio­cia za­bra­ła mnie czym prę­dzej do domu. Nie cho­ro­wa­łem po­tem wca­le. Po­ło­ży­łem się do łóż­ka, do­sta­łem grza­ne­go wina z wodą i czy­ta­łem Chłop­ców z Be­echwo­od. Było to pysz­ne!

Mat­ka za­gry­zła war­gi.

– Kie­dy to było?

– O, ja­kie… już bar­dzo daw­no. Pro­si­łem, by mnie wzię­ła raz jesz­cze, ale ona nie chcia­ła. Czy ty i ta­tuś nig­dy nie cho­dzi­cie do ko­ścio­ła?

– Nie, nie cho­dzi­my.

– A cze­mu?

Mat­ka uśmiech­nę­ła się.

– No, wi­dzisz, mój dro­gi, cho­dzi­li­śmy jesz­cze, gdy­śmy obo­je byli mali. Może wła­śnie za mali.

– Tak, wiem – oświad­czył mały Jon – to nie­bez­piecz­ne.

– Osą­dzisz sam to wszyst­ko, gdy pod­ro­śniesz.

Mały Jon od­po­wie­dział z za­sta­no­wie­niem:

– Wca­le nie pra­gnę być do­ro­słym. Nie chcę cho­dzić do szko­ły. – Na­gła, prze­moż­na chęć po­wie­dze­nia cze­goś wię­cej, wy­po­wie­dze­nia tego, co czuł na­praw­dę, ob­la­ła mu twarz ru­mień­cem. – Ja… ja chcę po­zo­stać z tobą, ma­mu­siu, i być two­im ko­chan­kiem.

Po czym, zda­jąc so­bie in­stynk­tow­nie spra­wę, iż na­le­ży wy­ko­rzy­stać sy­tu­ację, do­dał szyb­ko:

– Ale dziś w nocy nie chcę iść do łóż­ka. Nuży mnie po pro­stu cho­dzić do łóż­ka noc w noc.

– Czy znów mia­łeś ja­kieś strasz­ne sny?

– Może raz tyl­ko. Czy dziś w nocy mogę zo­sta­wić drzwi do twe­go po­ko­ju otwar­te?

– Do­brze, ale tyl­ko tro­szecz­kę. Mały Jon wes­tchnął z za­do­wo­le­niem.

– A co wi­dzia­łaś w Glen­so­fan­trim?

– Same pięk­ne rze­czy, mój dro­gi.

– Co to wła­ści­wie jest pięk­no?

– Co to wła­ści­wie. Ach, Jo­nie, to trud­ne za­gad­nie­nie.

– Czy na przy­kład mógł­bym to zo­ba­czyć?

Mat­ka wsta­ła i usia­dła obok nie­go.

– Mo­żesz, i to na­wet co dzień. Pięk­ne jest nie­bo, gwiaz­dy, noce księ­ży­co­we, da­lej pta­ki, kwia­ty, drze­wa… wszyst­ko to jest pięk­ne. Wyj­rzyj za okno – a bę­dziesz miał pięk­no, mój Jo­nie.

– Ale… to jest wi­dok. Czy to już wszyst­ko?

– Wszyst­ko? Nie! Cu­dow­nie pięk­ne jest mo­rze i ru­chli­we fale o spie­nio­nych grzbie­tach.

– Czyś ty się z nich wy­nu­rza­ła co­dzien­nie, ma­mu­siu?

Mat­ka za­śmia­ła się.

– A jak­że! Prze­cie­że­śmy się ką­pa­li.

Mały Jon na­gle wy­cią­gnął ręce i ob­jął ją za szy­ję.

– Ja wiem – szep­nął ta­jem­ni­czo – to ty je­steś „to” na­praw­dę, a wszyst­ko inne tyl­ko „na niby”.

Mat­ka wes­tchnę­ła, za­śmia­ła się i rze­kła:

– Ach, Jo­nie!

Mały Jon za­gad­nął ją po­wąt­pie­wa­ją­co:

– Czy są­dzisz, że taka na przy­kład Bel­la jest pięk­na? Ja nie je­stem pe­wien.

– Bel­la jest mło­da… i to coś zna­czy.

– Ale ty mło­dziej wy­glą­dasz, ma­mu­siu. Je­że­li wpaść na Bel­lę, to moż­na się roz­bić. Nie wie­rzę, żeby „Da” była pięk­na… kie­dy za­czy­nam o tym my­śleć. A ma­de­mo­isel­le jest pra­wie brzyd­ka.

– Ma­de­mo­isel­le ma twarz bar­dzo miłą.

– O tak, miłą. Lu­bię te pro­mycz­ki, ma­mu­siu.

– Pro­mycz­ki?

Mały Jon przy­tknął pa­lu­szek do jed­ne­go z ką­ci­ków jej oczu.

– Ach, te zmarszcz­ki? Ależ one są ozna­ką sta­ro­ści.

– One się po­ka­zu­ją, gdy ty się śmie­jesz.

– Ale nie­ład­nie mi z tym.

– Owszem, mnie się bar­dzo po­do­ba­ją. Czy ty mnie ko­chasz, ma­mu­siu?

– Tak, ko­cham cię. Ko­cham, mój dro­gi.

– I za­wsze tak samo?

– Za­wsze tak samo.

– Czy bar­dziej, niż my­śla­łem?

– Bar­dziej… o wie­le bar­dziej.

– I ja tak samo… wet za wet.

Uświa­da­mia­jąc so­bie, że nig­dy do­tąd w ca­łym swym ży­ciu nie wy­wnę­trzył się tak bar­dzo jak dzi­siaj, od­czuł znów na­gły zwrot ku mę­sko­ści sir La­mo­ra­ca, Dic­ka Ne­edha­ma, Huc­ka Fin­na i in­nych bo­ha­te­rów.

– Czy mogę ci po­ka­zać parę sztuk? – za­py­tał i nie cze­ka­jąc od­po­wie­dzi, wy­śli­znął się z jej ra­mion i sta­nął na gło­wie. Na­stęp­nie, za­chę­co­ny jej nie ta­jo­nym po­dzi­wem, wszedł na łóż­ko i rzu­ciw­szy się gło­wą w dół, wy­wi­nął ko­zioł­ka nie do­ty­ka­jąc ni­cze­go rę­ka­mi. Sztu­kę tę po­wtó­rzył pa­ro­krot­nie.

Tego wie­czo­ra, obej­rzaw­szy wszyst­ko, co ro­dzi­ce przy­wieź­li, po­zo­stał aż do obia­du, sie­dząc mię­dzy nimi przy okrą­głym sto­licz­ku, któ­re­go zwy­kli uży­wać, gdy ja­da­li we dwój­kę. Był nie­zmier­nie pod­nie­co­ny. Mat­ka mia­ła na so­bie po­pie­la­tą w cie­płym to­nie suk­nię, z kre­mo­wym szlacz­kiem wy­ha­fto­wa­nym z ma­łych ró­ży­czek, a oka­la­ją­cym sma­glej­szą od nie­go szy­ję. Jon wpa­try­wał się w nią upo­rczy­wie, póki fi­glar­ny uśmiech ojca nie zwró­cił na­gle jego uwa­gi na le­żą­cy przed nim pla­ste­rek ana­na­sa. Była to pora póź­niej­sza od tej, o któ­rej za­zwy­czaj kładł się do łóż­ka. Mat­ka po­szła wraz z nim na górę, a on roz­bie­rał się po­wo­li, aże­by za­trzy­mać ją dłu­żej przy so­bie. Gdy nie miał już na so­bie nic prócz pi­żam­ki, po­wie­dział:

– Obie­caj mi, że nie odej­dziesz, póki nie skoń­czę pa­cie­rza.

– Obie­cu­ję.

Klę­cząc na łóż­ku i co chwi­la nur­ku­jąc twa­rzą w po­ście­li, mały Jon trze­pał pręd­ko pod no­sem mo­dli­twę i co chwi­la od­my­kał jed­no oko, aby przyj­rzeć się mat­ce sto­ją­cej ci­chu­teń­ko, z uśmie­chem na twa­rzy.

– Oj­cze nasz – brzmia­ły koń­co­we sło­wa pa­cie­rza – któ­ry je­steś w nie­bie… święć się… ma­mu­siu… przyjdź Kró­le­stwo… ma­mu­siu.

jako w nie­bie tak i na zie­mi… chle­ba na­sze­go… ma­mu­siu… daj nam dzi­siaj… i od­puść nam na­sze winy… jako w nie­bie tak i na zie­mi… na­szym wi­no­waj­com… i nie wódź nas na po­ku­sze­nie, ale nas zbaw ode złe­go. Amen!… Bacz­ność!

Sko­czył i przez dłu­gą chwi­lę po­zo­stał w jej ob­ję­ciach. Uło­żyw­szy się już do snu, nie wy­pusz­czał jej ręki z uści­sku.

– Nie za­mkniesz już bar­dziej drzwi? Praw­da, że nie? Czy chcesz na dłu­żej odejść, ma­mu­siu?

– Zej­dę na dół i będę gra­ła ta­tu­sio­wi.

– O, to do­brze! Będę się przy­słu­chi­wał.

– Ej, chy­ba nie! Mu­sisz prze­cież za­snąć.

– Spać mogę każ­dej nocy.

– Wła­śnie dziś jest taka sama noc jak każ­da inna.

– O nie! Jest cał­kiem nad­zwy­czaj­na!

– W ta­kie wła­śnie noce sy­pia się naj­le­piej.

– Ale je­że­li ja za­snę, ma­mu­siu, nie usły­szę, kie­dy przyj­dziesz.

– No do­brze, więc przyj­dę cię po­ca­ło­wać. Je­że­li się obu­dzisz, bę­dziesz o tym wie­dział, a je­że­li byś się nie obu­dził, to i tak po­czu­jesz, żem cię po­ca­ło­wa­ła.

Mały Jon wes­tchnął.

– Niech tak bę­dzie! – od­rzekł. – Wi­dzę, że będę mu­siał się z tym po­go­dzić. Ma­mu­siu!

– Co, syn­ku?

– Ja­kie było na­zwi­sko tej, w któ­rą ta­tuś wie­rzy? We­nus Anna Dio-me­nes?

– Och, mój anioł­ku! Ana­dy­ome­ne!

– Tak, ale imię, ja­kie ja to­bie nada­łem, o wie­le bar­dziej mi się po­do­ba.

– Jak mnie na­zwa­łeś, Jo­nie?

Mały Jon od­parł nie­śmia­ło:

– Gi­new­ra! To z Okrą­głe­go Sto­łu. Wła­śnie te­raz mi to przy­szło na myśl. Tyl­ko jej wło­sy, co praw­da, były roz­pusz­czo­ne.

Zwró­co­ne ku nie­mu oczy mat­ki zda­wa­ły się po­przez nie­go pa­trzeć gdzieś w dal.

– Nie za­po­mnisz przyjść, ma­mu­siu?

– Nie za­po­mnę, o ile po­ło­żysz się i za­śniesz.

– Aha, więc za­wie­ra­my układ! – i mały Jon przy­mknął po­wie­ki.

Po­czuł jej war­gi na czo­le i na­tych­miast po­tem usły­szał kro­ki. Otwarł na chwi­lę oczy, by do­strzec cień mat­ki prze­my­ka­ją­cy przez drzwi, i wes­tchnąw­szy, za­mknął zno­wu po­wie­ki.

Czas za­czął pły­nąć.

Przez ja­kieś dzie­sięć mi­nut chło­pak, wier­ny przy­rze­cze­niu, usi­ło­wał za­snąć prze­ra­cho­wu­jąc ko­lej­no w my­śli wiel­ką licz­bę ba­ra­nów – była to sta­ra re­cep­ta „Da” na spro­wa­dze­nie snu. Zda­wa­ło mu się, że na tym li­cze­niu zbie­gły mu chy­ba całe go­dzi­ny; uwa­żał, że już lada chwi­la mat­ka po­win­na wró­cić. Zrzu­cił z sie­bie wszyst­kie okry­cia.

– O, jak mi go­rą­co! – po­wie­dział, a w ciem­no­ści głos jego za­brzmiał ja­koś dziw­nie, jak gdy­by nie jego wła­sny. – Cze­mu ta mama nie nad­cho­dzi? – Usiadł na łóż­ku. Musi zo­ba­czyć! Wstał z łóż­ka, pod­szedł do okna i od­chy­lił nie­co ro­le­tę. Na dwo­rze nie było ciem­no; Jon nie wie­dział, czy to świa­tło dzien­ne, czy też księ­życ, któ­ry wy­da­wał się ogrom­ny. Miał on po­ciesz­ną, wy­krzy­wio­ną twarz, jak gdy­by się wy­śmie­wał z chłop­ca, to­też Jon nie miał ocho­ty nań pa­trzeć. Póź­niej do­pie­ro, przy­po­mniaw­szy so­bie sło­wa mat­ki, że noce księ­ży­co­we są pięk­ne, jął wpa­try­wać się we wszyst­ko, co wi­dział. Od drzew sła­ły się gru­be cie­nie, ga­zon wy­glą­dał jak ka­łu­ża roz­la­ne­go mle­ka, a oczom otwie­ra­ły się da­le­kie, da­le­kie prze­strze­nie. Wi­dać było rze­czy – hen – nie­zmier­nie od­le­głe, kę­dyś bo­daj za kra­wę­dzią świa­ta, a wszyst­ko wy­da­wa­ło się ja­kieś od­mien­ne i roz­lew­ne. Przez ode­mknię­te okno pły­nę­ła ja­kaś miła woń.

„Chciał­bym mieć go­łę­bi­cę, jak Noe!” – po­my­ślał.

Księ­życ się śmie­je bu­zią okrą­głą

– Świe­ci i świe­ci ja­sno­ścią cią­głą.

Wiersz ten ni stąd ni zo­wąd zja­wił się w jego gło­wie, a po­tem chło­piec po­sły­szał mu­zy­kę. Ci­chut­ką… a tak miłą! To gra­ła ma­mu­sia! Przy­po­mniał so­bie o cia­stecz­ku spo­czy­wa­ją­cym w szu­fla­dzie ko­mo­dy. Wy­do­byw­szy je pod­szedł z po­wro­tem do okna. Wy­chy­lił się to gry­ząc ciast­ko, to znów prze­sta­jąc jeść, żeby le­piej sły­szeć mu­zy­kę. „Da” nie­raz opo­wia­da­ła, że anio­ło­wie w nie­bie gra­ją na har­fach; jed­nak pew­no nie jest to ani w po­ło­wie tak miłe jak przy­słu­chi­wa­nie się w księ­ży­co­wą noc grze ma­mu­si, po­łą­czo­ne z za­ja­da­niem ciast­ka. Ja­kiś chrząszcz bzyk­nął mu koło ucha, ja­kaś ćma mu­snę­ła po twa­rzy. Mu­zy­ka uci­chła, prze­to mały Jon cof­nął głów­kę z po­wro­tem do po­ko­ju. Ma­mu­sia już z pew­no­ścią nad­cho­dzi! Nie chciał, by zo­ba­czy­ła, że nie śpi. Wró­cił do łóż­ka i na­cią­gnął wszyst­kie koce nie­mal na gło­wę. Jed­nak za­po­mniał za­su­nąć ro­le­tę i do po­ko­ju wdzie­ra­ła się smu­ga świa­tło­ści księ­ży­co­wej: wi­dział, że pa­dła na pod­ło­gę tuż koło nogi łóż­ka i po­su­wa­ła się ku nie­mu usta­wicz­nie a po­wo­li, jak gdy­by żywa. Mu­zy­ka za­brzmia­ła zno­wu, lecz le­d­wie sły­szal­na… sen­na mu­zy­ka… pięk­na… sen­na… mu­zy­ka… sen­na… sen… sen…

Czas upły­wał, mu­zy­ka to wzma­ga­ła się, to sła­bła, to ci­chła zu­peł­nie. Świa­tłość księ­ży­co­wa przy­peł­zła ku twa­rzycz­ce ma­łe­go Jona. Chło­pak prze­wró­cił się przez sen i le­żał na wznak, bru­nat­ną piąst­ką ści­ska­jąc moc­no koce. Ką­ci­ki oczu drgnę­ły lek­ko – za­czął śnić. Śni­ło mu się, że pił mle­ko z mi­secz­ki, któ­ra była księ­ży­cem, a z na­prze­ciw­ka przy­glą­da­ło mu się wiel­kie czar­ne ko­ci­sko, uśmie­cha­jąc się po­ciesz­nie, niby oj­ciec Jona, i szep­cąc z ci­cha: „Nie pij za wie­le!” Mle­ko to prze­zna­czo­ne było dla kota, to­też chło­pak wy­cią­gnął rękę przy­jaź­nie, by po­gła­skać zwie­rząt­ko – lecz ono w tej­że chwi­li zni­kło bez śla­du. Mi­ska sta­ła się łóż­kiem, w któ­rym le­żał, a gdy pró­bo­wał się z nie­go wy­do­stać, nie mógł od­na­leźć kra­wę­dzi… Nie mógł zna­leźć… nie mógł… nie mógł… nie mógł się wy­do­stać!… To było okrop­ne!… okrop­ne…

Za­szlo­chał ci­cho przez sen. Na do­bit­kę łóż­ko na­raz po­czę­ło krę­cić się w kół­ko – krę­ci­ło się poza nim i w nim sa­mym – wi­ro­wa­ło wciąż upar­cie i za­wzię­cie, roz­ża­rza­jąc się do czer­wo­no­ści, a mat­ka Lee z Roz­bit­ków mor­skich krę­ci­ła nim bez prze­rwy! Och, ja­każ była okrop­na!… Co­raz prę­dzej i prę­dzej!… W koń­cu on sam i łóż­ko, i mat­ka Lee, i księ­życ, i kot – wszyst­ko to ra­zem sta­ło się jed­nym ko­łem, krę­cą­cym się bez prze­rwy, wciąż i wciąż. Okrop­ność!… Okrop­ność!… Okrop­ność!

Krzyk­nął prze­ni­kli­wie.

Przez krę­gi koła prze­bił się czyjś głos:

– Ko­cha­nie! Ko­cha­nie!

Chło­pak zbu­dził się – stał w łóż­ku otwie­ra­jąc sze­ro­ko oczy.

Przy nim sta­ła mat­ka z wło­sa­mi roz­pusz­czo­ny­mi jak Gi­new­ra; ob­jął ją kur­czo­wo i ukrył w nich twarz.

– Och! och!

– No, no, już wszyst­ko w po­rząd­ku, mój skar­bie. Ju­żeś się obu­dził. No ci­cho, ci­cho! Nic się nie sta­ło!

Ale mały Jon wciąż po­wta­rzał:

– Och! och!

Głos mat­ki, taki ak­sa­mit­ny, mó­wił mu w ucho:

– To tyl­ko księ­życ świe­cił ci pro­sto w twa­rzycz­kę, dzie­ci­no!

Mały Jon chlip­nął w fał­dy jej szla­fro­ka:

– A mó­wi­łaś, że on jest pięk­ny. Och!

– Ale spać przy nim nie moż­na, Jo­nie. I kto go tu wpu­ścił? Czy od­su­ną­łeś ro­le­tę?

– Chcia­łem zo­ba­czyć, któ­ra go­dzi­na. Wyj­rza­łem… wyj­rza­łem na dwór. sły­sza… sły­sza­łem, jak ty gra­łaś, ma­mu­siu… i… i zja­dłem ciast­ko.

Jed­nak­że z wol­na po­cie­szał się i uspo­ka­jał, a w du­szy zbu­dzi­ła się chęć wy­tłu­ma­cze­nia się ze swo­jej trwo­gi.

– Mat­ka Lee krę­ci­ła mnie w kół­ko i wszyst­ko było roz­ża­rzo­ne do czer­wo­no­ści – wy­mam­ro­tał.

– Ej Jo­nie, cze­góż in­ne­go moż­na się spo­dzie­wać, gdy ktoś zja­da ciast­ka po­ło­żyw­szy się do łóż­ka?

– Tyl­ko jed­no, ma­mu­siu – i mu­zy­ka była przez to o wie­le pięk­niej­sza. Cze­ka­łem na cie­bie bar­dzo dłu­go. My­śla­łem, że to już chy­ba ju­tro.

– Moje ka­cząt­ko! Toż to do­pie­ro je­de­na­sta!

Mały Jon mil­czał przez chwi­lę, ocie­ra­jąc się no­skiem o jej szy­ję.

– Ma­mu­siu, czy ta­tuś jest w two­im po­ko­ju?

– Nie, dziś go nie ma.

– Czy mogę przyjść?

– Je­że­li tyl­ko masz ocho­tę, mój piesz­czo­chu.

Mały Jon, le­d­wo po­sia­da­jąc się z ra­do­ści, cof­nął się nie­co.

– Ja­koś in­a­czej te­raz wy­glą­dasz, ma­mu­siu… o wie­le mło­dziej.

– To moje wło­sy, ko­cha­nie.

Mały Jon wziął w rękę cały ich pęk, gru­by, ciem­no­zło­ty, prze­ty­ka­ny gdzie­nieg­dzie srebr­ny­mi nit­ka­mi.

– Po­do­ba­ją mi się – rzekł – a ty mi się po­do­basz naj­wię­cej ze wszyst­kich osób, ja­kie znam.

I wziąw­szy ją za rękę, po­czął cią­gnąć ku drzwiom. Gdy prze­szli, za­mknął je z wes­tchnie­niem ulgi.

– Któ­rą stro­nę łóż­ka wo­lisz, ma­mu­siu?

– Lewą.

– Do­sko­na­le.

I nie tra­cąc cza­su, nie zo­sta­wia­jąc jej naj­mniej­szej spo­sob­no­ści do zmia­ny po­sta­no­wie­nia, wszedł do łóż­ka. Wy­da­ło mu się znacz­nie wy­god­niej­sze niż jego wła­sne. Wes­tchnął raz jesz­cze, przy­ci­snął gło­wę do po­dusz­ki i le­żąc przy­glą­dał się skłę­bio­nej wal­ce ry­dwa­nów, dzid i mie­czy, jaka za­wsze ja­wi­ła się na po­wierzch­ni ko­ców, ile­kroć na ich wło­ski spoj­rzał pod świa­tło.

– Więc to nic nie było?  N a p r a w d ę nic? – za­py­tał.

Mat­ka, sie­dząc przed lu­strem, od­po­wie­dzia­ła:

– Nic oprócz księ­ży­ca i twej roz­go­rącz­ko­wa­nej wy­obraź­ni. Nie po­wi­nie­neś tak się pod­nie­cać, Jo­nie.

Lecz mały Jon, jesz­cze nie­zu­peł­nie pa­nu­jąc nad ner­wa­mi, od­po­wie­dział har­do:

– Ja się nie ba­lem nic a nic! Do­praw­dy nic a nic!

I le­żąc przy­glą­dał się da­lej włócz­niom i ry­dwa­nom. Czas mu się dłu­żył.

– Ach… ma­mu­siu, po­śpiesz się!

– Ależ, ko­cha­nie, mu­szę za­pleść wło­sy.

– O nie! Nie rób tego dzi­siaj! Ju­tro bę­dziesz mia­ła tyl­ko ro­bo­tę z ich roz­pla­ta­niem. Te­raz chce mi się już spać; je­śli nie przyj­dziesz, to mi się ode­chce.

Mat­ka – bia­ła i kwie­ci­sta – pod­nio­sła się i sta­nę­ła przed po­trój­nym lu­strem to­a­le­to­wym. Mógł te­raz wi­dzieć tro­ja­kie jej od­bi­cie: od­wró­co­ny kark, wło­sy po­ły­sku­ją­ce pod świa­tło i jej ro­ze­śmia­ne ciem­ne oczy. Uznał to za nie­po­trzeb­ne, więc po­wie­dział:

– Chodź, chodź, ma­mu­siu. Ja cze­kam.

– Do­brze, do­brze, ko­cha­nie, za­raz przyj­dę!

Mały Jon za­mknął oczy. Wszyst­ko przy­bra­ło ob­rót w naj­wyż­szym stop­niu za­do­wa­la­ją­cy – żeby tyl­ko ona się po­śpie­szy­ła!

Po­czuł, że łóż­ko drgnę­ło: to ona wcho­dzi! Ma­jąc wciąż oczy za­mknię­te za­py­tał sen­nie:

– Czy tak nie miło?

Usły­szał głos mat­ki mó­wią­cy coś do nie­go, po­czuł na no­sku do­tyk warg. Mat­ka le­ża­ła czu­wa­jąc i pie­ści­ła go w my­ślach całą mocą swe­go uczu­cia, a on przy­tu­liw­szy się do niej za­padł w sen bez wi­dzia­deł za­my­ka­ją­cy całą do­tych­cza­so­wą jego prze­szłość.

Księga IIIDo wynajęcia

Z nie­szczę­snych lę­dź­wi tych dwu nie­przy­ja­ciół Dwo­je ko­chan­ków ja­sny wzię­ło ży­wot.

W. Sha­ke­spe­are, Ro­meo i Ju­lia

Ty­tuł ory­gi­na­łu To let

Tłu­ma­czył

Jó­zef Bir­ken­ma­jer

Prze­kład przej­rza­ny i po­pra­wio­ny

CZĘŚĆ PIERWSZA

I. Spo­tka­nie

Po–po­łu­dniu, dnia 12 maja 1920 roku, So­ames For­sy­te wy­szedł z Kni­ghts­brid­ge Ho­tel, gdzie pod­ów­czas miesz­kał; miał za­miar obej­rzeć ko­lek­cję ob­ra­zów w ga­le­rii na Cork Stre­et i zajść do Ga­le­rii Fu­tu­ry­stów. Szedł pie­cho­tą. Od cza­su woj­ny sta­rał się nig­dy nie jeź­dzić do­roż­ka­mi. Do­roż­ka­rze byli w jego mnie­ma­niu nie­kul­tu­ral­ną ho­ło­tą, cho­ciaż te­raz, gdy woj­na się skoń­czy­ła i po­daż znów za­czę­ła prze­wyż­szać po­pyt, sta­li się – zgod­nie z na­tu­rą ludz­ką – nie­co grzecz­niej­si. On w każ­dym ra­zie im nie prze­ba­czył, upo­rczy­wie ko­ja­rząc ich z po­sęp­ny­mi wspo­mnie­nia­mi prze­szło­ści, a obec­nie – w spo­sób dość nie­okre­ślo­ny, jak wszy­scy lu­dzie jego kla­sy – z re­wo­lu­cją. Chwi­le wiel­kiej trwo­gi, ja­kie prze­szedł pod­czas woj­ny, i więk­sza jesz­cze trwo­ga, ja­kiej do­znał na­stęp­nie w cza­sie po­ko­ju, po­zo­sta­wi­ły w jego od­por­nej psy­chi­ce trwa­łe śla­dy. Ty­le­kroć już prze­żył w wy­obraź­ni ru­inę, że w koń­cu prze­stał wie­rzyć w jej ma­te­rial­ne praw­do­po­do­bień­stwo. Pła­cąc rocz­nie czte­ry ty­sią­ce po­dat­ku do­cho­do­we­go i po­dat­ku od zbyt­ku, trud­no od­czuć po­gor­sze­nie się wa­run­ków bytu! Ćwierć­mi­lio­no­wa for­tu­na, ob­cią­żo­na tyl­ko żoną i je­dy­nacz­ką-cór­ką, a za­in­we­sto­wa­na w bar­dzo róż­nych przed­się­bior­stwach, sta­no­wi­ła istot­ną gwa­ran­cję na­wet mimo owych „dra­pież­nych za­ku­sów” – da­ni­ny ma­jąt­ko­wej. Co się ty­czy kon­fi­ska­ty zy­sków wo­jen­nych, uszło mu na su­cho, gdyż nie miał ich wca­le, więc… „udław­cie się tym, i kwi­ta!” Na do­bit­kę cena ob­ra­zów, jak gdy­by nig­dy nic, po­szła w górę, tak iż od chwi­li wy­bu­chu woj­ny miał ze swej ko­lek­cji więk­szy po­ży­tek niż kie­dy­kol­wiek do­tych­czas. Na­lo­ty rów­nież od – dzia­ła­ły do­bro­czyn­nie na ostroż­ny od uro­dze­nia umysł i wzmo­gły wro­dzo­ny hart du­cha. Nie­bez­pie­czeń­stwo cał­ko­wi­tej ka­ta­stro­fy osła­bia­ło wraż­li­wość na drob­niej­sze i cząst­ko­we ka­ta­stro­fy, wy­ni­kłe z po­dat­ków i tak­sa­cji, jed­no­cze­śnie zaś zwy­czaj rzu­ca­nia gro­mów na bez­czel­nych Niem­ców wiódł So­ame­sa – je­że­li nie otwar­cie, to przy­najm­niej w skry­to­ści du­cha – do po­msto­wa­nia na po­dob­ny bez­wstyd Par­tii Pra­cy.

Szedł pie­cho­tą. Na do­miar miał aż nad­to cza­su, gdyż z Fleur umó­wił się w ga­le­rii o czwar­tej, a te­raz do­cho­dzi­ło do­pie­ro wpół do trze­ciej. Prze­chadz­ka była mu po­trzeb­na dla zdro­wia – gnio­tło go coś w wą­tro­bie, a ner­wy miał wy­czer­pa­ne do osta­tecz­no­ści. Żona, ile­kroć ba­wi­ła w Lon­dy­nie, sta­le zni­ka­ła z domu, a cór­ka, jak więk­szość mło­dych ko­biet po woj­nie, wiecz­nie la­ta­ła i plo­tła trzy po trzy. Po­wi­nien się jesz­cze cie­szyć, że była zbyt mło­da, by roz­wi­nąć ja­kąś dzia­łal­ność pod­czas sa­mej woj­ny. Nie zna­czy to, ma się ro­zu­mieć, by So­ames nie po­pie­rał woj­ny od sa­me­go po­cząt­ku – i to całą du­szą; jed­nak­że co in­ne­go ją po­pie­rać, co in­ne­go zaś an­ga­żo­wać w tym oso­bę żony lub cór­ki. Po­mię­dzy jed­nym a dru­gim le­ża­ła prze­paść, utwo­rzo­na przez ja­kieś sta­ro­świec­kie na­wy­ki bu­dzą­ce od­ra­zę do uczu­cio­wych a nie­do­rzecz­nych wy­bry­ków. Tak więc sta­now­czo wziął za złe Anet­ce – tak po­nęt­nej i li­czą­cej w roku 1914 do­pie­ro trzy­dzie­ści czte­ry lata – za­miar wy­jaz­du do ro­dzin­nej Fran­cji (zwa­nej te­raz przez nią pod wra­że­niem woj­ny ma chère pa­trie4) dla pie­lę­gno­wa­nia jej bra­ves po­ilus5