Saga rodu Forsyte’ów. Tom 2. Babie lato jednego z Forsyte'ów. W matni - John Galsworthy - ebook
Opis

Trzytomowa powieść obejmuje losy kilku pokoleń bogatej mieszczańskiej rodziny. Historia zaczyna się w 1886 r., kiedy młody Jolyon wdaje się w romans z guwernantką swojej córki, a kończy w 1920 r., gdy umiera Tymoteusz - "ostatni ze starych Forsyte'ów".

Bazując na własnych doświadczeniach, John Galsworthy opisuje z humorem i ironią charakterystyczne postawy członków angielskiej socjety epoki wiktoriańskiej. Pokazuje skomplikowane relacje rodzinne, dramaty i namiętności, burzliwe romanse, głęboko skrywane tajemnice. Barwnie kreśli sylwetki poszczególnych członków rodziny, a jednocześnie po mistrzowsku oddaje klimat obyczajowy i polityczny przełomu wieków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 533

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­na­łu

The For­sy­te Saga

Pro­jekt okład­ki

Ma­rek J· Piw­ko

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Lau­ra Ryn­dak

Wy­da­nie IX, luty 2009

Edy­cja I

Ni­niej­sze wy­da­nie opar­te jest na edy­cji

Pań­stwo­we­go In­sty­tu­tu Wy­daw­ni­cze­go z 1962 r.

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. (0-22) 663-98-13, fax (0-22) 663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

Wy­daw­ca: Vi­de­ograf II Sp. z o.o.

41-500 Cho­rzów, al. Har­cer­ska 3c tel. (0-32) 348-31-33, 348-31-35

fax (0-32) 348-31-25

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Co­py­ri­ght by Vi­de­ograf II Sp. z o.o., Cho­rzów 2009

ISBN 978-83-7183-675-6 (Se­ria)

ISBN 978-83-7835-249-5 (Tom II)

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

InterludiumBabie lato jednego z Forsyte’ów

Wy­wcza­sy lata za­wsze są zbyt krót­kie.

W. Sha­ke­spe­are, So­net XVIII

Ty­tuł ory­gi­na­łu

In­dian sum­mer of a For­sy­te

Tłu­ma­czył Je­rzy

Boh­dan Ry­chliń­ski

Prze­kład przej­rza­ny i po­pra­wio­ny

I

W pierw­szej po­ło­wie ostat­nie­go dzie­się­cio­le­cia XIX wie­ku, pod ko­niec maja, oko­ło szó­stej po po­łu­dniu, sta­ry Jo­lyon For­sy­te sie­dział pod dę­bem przed ta­ra­sem swe­go domu w Ro­bin Hill. Cze­kał, aż wy­go­nią go stąd ko­ma­ry prze­szka­dza­ją­ce na­pa­wać się wspa­nia­ło­ścią wie­czo­ru. W brą­zo­wej wą­skiej ręce o na­brzmia­łych nie­bie­skich ży­łach trzy­mał cy­ga­ro; pa­znok­cie miał dłu­gie, spi­cza­sto ob­cię­te i wy­po­le­ro­wa­ne we­dle mody wcze­snej ery wik­to­riań­skiej, kie­dy to ostat­nim sło­wem dys­tynk­cji było ni­cze­go nie tknąć na­wet koń­ca­mi pal­ców. Sta­ra brą­zo­wa pa­na­ma osła­nia­ła przed bla­skiem kło­nią­ce­go się ku za­cho­do­wi słoń­ca jego skle­pio­ne czo­ło, su­mia­sty siwy wąs, chu­de po­licz­ki i dłu­gą, chu­dą szczę­kę. Sie­dział z nogą za­ło­żo­ną na nogę i cała jego po­stać tchnę­ła po­go­dą i szcze­gól­ną ele­gan­cją sta­re­go czło­wie­ka, któ­ry co dzień rano skra­pia wodą ko­loń­ską swo­ją je­dwab­ną chust­kę do nosa. U stóp jego le­żał pies o weł­ni­stej, bru­nat­no-bia­łej sier­ści, któ­ry mógł­by od bie­dy ucho­dzić za szpi­ca po­mor­skie­go – pies Bal­ta­zar; pier­wot­na nie­chęć mię­dzy nim a sta­rym Jo­lyonem prze­szła z la­ta­mi we wza­jem­ne przy­wią­za­nie. Tuż przy krze­śle znaj­do­wa­ła się huś­taw­ka, na któ­rej sie­dzia­ła jed­na z la­lek Hol­ly, zwa­na Głu­pią Ali­cją, z kor­pu­sem po­chy­lo­nym do przo­du i smut­nym no­skiem utkwio­nym w czar­nej spód­nicz­ce. Za­wsze była w nie­ła­sce, więc mało ją to ob­cho­dzi­ło, jak sie­dzi. Za dę­bem ga­zon opa­dał ta­ra­sa­mi aż ku pa­pro­ciar­ni, a da­lej, poza tym luk­su­so­wym za­kąt­kiem, prze­cho­dził w pola, cią­gną­ce się w kie­run­ku sta­wu i za­gaj­ni­ka; na ów „pięk­ny, wprost zdu­mie­wa­ją­cy” kra­jo­braz spo­glą­dał spod tego same – go drze­wa Swi­thin For­sy­te, kie­dy przed pię­ciu łaty przy­je­chał tu z Ire­ną, by obej­rzeć dom. Sta­ry Jo­lyon sły­szał o tym wy­czy­nie bra­ta – prze­jażdż­ce, któ­ra sta­ła się sław­na na Gieł­dzie For­sy­te­ów. Swi­thin! A prze­cie już go nie było, umarł w li­sto­pa­dzie, prze­żyw­szy za­le­d­wie sie­dem­dzie­siąt dzie­więć lat i bu­dząc na nowo wąt­pli­wość, czy For­sy­te­owie będą żyć wiecz­nie, wąt­pli­wość, któ­ra po­wsta­ła po raz pierw­szy przy zgo­nie ciot­ki Anny. Umarł! I zo­stał tyl­ko Jo­lyon i Ja­mes, Ro­ger i Mi­ko­łaj, Ty­mo­te­usz, Jula, Es­te­ra i Zu­zan­na! Sta­ry Jo­lyon my­ślał: „Osiem­dzie­siąt pięć lat! A prze­cież ich nie czu­ję – wy­jąw­szy, kie­dy przy­cho­dzi ten ból.”

Za­głę­bił się we wspo­mnie­niach. Nie czuł cię­ża­ru lat od cza­su, gdy ku­pił pe­cho­wy dom swe­go bra­tan­ka So­ame­sa i osiadł w nim tu, w Ro­bin Hill, przed trze­ma mniej wię­cej laty. Od­kąd miesz­kał na wsi z sy­nem i wnu­ka­mi – June oraz mal­ca­mi z dru­gie­go mał­żeń­stwa syna, Jol­ly’m i Hol­ly, do­zna­wał uczu­cia, jak­by z każ­dą wio­sną sta­wał się młod­szy. Żył tu z dala od roz­gwa­ru Lon­dy­nu i plo­tek na Gieł­dzie For­sy­te­ów, wol­ny od prac w swych za­rzą­dach, w roz­kosz­nej at­mos­fe­rze nie­rób­stwa i za­ba­wy; nie bra­kło mu zresz­tą za­jęć, sko­ro mu­siał za­go­spo­da­ro­wy­wać i upięk­szać dom i całą dwu­dzie­sto­akro­wą po­sia­dłość oraz speł­niać ka­pry­sy Hol­ly i Jol­ly­ego. Zni­kły wszel­kie po­wi­kła­nia i zgry­zo­ty, na­gro­ma­dzo­ne w jego ser­cu pod­czas prze­wle­kłej i tra­gicz­nej spra­wy June, So­ame­sa i jego żony Ire­ny oraz bied­ne­go mło­de­go Bo­sin­neya. Na­wet June wy­zby­ła się na­resz­cie me­lan­cho­lii – do­wo­dem ta po­dróż do Hisz­pa­nii, w któ­rą wy­bra­ła się te­raz z oj­cem i ma­co­chą. Dziw­na rzecz, zu­peł­ny spo­kój za­pa­no­wał po ich wy­jeź­dzie; bło­go­sła­wio­ny spo­kój, choć wie­ją­cy pust­ką, po­nie­waż syna nie było w domu. Te­raz Jo przy­no­sił ojcu tyl­ko po­cie­chę i ra­dość – ko­cha­ny chło­piec! Ale ko­bie­ty – naj­lep­sze na­wet – dzia­ła­ją czło­wie­ko­wi tro­chę na ner­wy, oczy­wi­ście, je­śli się ich nie wiel­bi.

W od­da­li za­ku­ka­ła ku­kuł­ka, dzi­ki go­łąb gru­chał z naj­bliż­sze­go wią­zu na skra­ju pola, a jak pręd­ko roz­kwi­tły sto­krot­ki i ja­skry po ostat­nich sia­no­ko­sach! Wiatr też zmie­nił kie­ru­nek i wiał z po­łu­dnio-za­cho­du – cu­dow­ne po­wie­trze, ja­kie orzeź­wia­ją­ce! Jo­lyon zsu­nął ka­pe­lusz na czu­bek gło­wy i na­sta­wił ku słoń­cu po­li­czek i bro­dę. Dziś ja­koś pra­gnął to­wa­rzy­stwa – ład­nej twa­rzy, na któ­rą by mógł pa­trzeć. Lu­dzie tak trak­to­wa­li sta­rych, jak­by ci nie mie­li żad­nych pra­gnień. I z cha­rak­te­ry­stycz­ną dla sie­bie skłon­no­ścią do fi­lo­zo­fo­wa­nia, tak obcą ogó­ło­wi For­sy­te­ów, roz­my­ślał: „Nig­dy się nie ma dość! Nie dzi­wił­bym się wca­le, gdy­by czło­wiek sto­jąc jed­ną nogą w gro­bie, chciał jesz­cze cze­go!”.

Tu na wsi, z dala od cię­ża­ru in­te­re­sów, i jego wnu­ki, i kwia­ty, i drze­wa, i pta­ki ma­łe­go jego pań­stew­ka, nie mó­wiąc o słoń­cu, księ­ży­cu i gwiaz­dach nad nimi, wszyst­ko do nie­go mó­wi­ło dniem i nocą: „Otwórz się, Se­za­mie” I Se­zam się otwo­rzył – a jak sze­ro­ko, sam Jo­lyon, być może, nie wie­dział. Za­wsze był na­praw­dę wraż­li­wy na to, co za­czę­to na­zy­wać „Na­tu­rą”, szcze­rze, nie­omal w spo­sób re­li­gij­ny, wraż­li­wy, choć nig­dy nie prze­stał na­zy­wać rze­czy po imie­niu: za­cho­du słoń­ca za­cho­dem słoń­ca, a wi­do­ku wi­do­kiem – na­wet je­śli go naj­głę­biej wzru­sza­ły. Lecz ostat­nio od­czu­wał na­tu­rę tak, że spra­wia­ła mu ona ból. Każ­de­go z tych spo­koj­nych, ja­snych, co­raz dłuż­szych dni Jo­lyon wy­ru­szał na spa­cer; rącz­ka Hol­ly spo­czy­wa­ła w jego ręku, a przed nimi biegł pies Bal­ta­zar roz­glą­da­jąc się pil­nie za czymś, cze­go nig­dy nie znaj­do­wał. Jo­lyon pa­trzył, jak otwie­ra­ją się pąki róż, za­wią­zu­ją owo­ce na po­roz­pi­na­nych na mu­rach ga­łę­ziach, jak świa­tło sło­necz­ne ozła­ca li­ście dę­bo­we i mło­de pędy w za­gaj­ni­ku; śle­dził, jak ne­nu­fa­ry roz­tu­la­ją lśnią­ce kie­li­chy, jak sre­brzy się mło­dy łan psze­nicz­ny; słu­chał skow­ron­ków i szpa­ków, pa­trzył, jak kro­wy al­der­nej­skie żują pa­szę i z wol­na ma­cha­ją po­dob­ny­mi do pędz­li ogo­na­mi. I każ­de­go z tych pięk­nych dni bez­mier­ne umi­ło­wa­nie tego wszyst­kie­go spra­wia­ło mu tro­chę bólu, gdyż w głę­bi ser­ca czuł, być może, iż nie­wie­le mu już po­zo­sta­ło cza­su, by się tym cie­szyć. My­ślał, że nie mi­nie dzie­sięć, a może na­wet pięć lat – wcze­śniej, nim wy­ga­śnie w nim ta zdol­ność mi­ło­wa­nia – kie­dy pew­ne­go dnia utra­ci cały ów świat. Wy­da­wa­ło mu się to pew­ne­go ro­dza­ju nie­spra­wie­dli­wo­ścią, któ­ra rzu­ca­ła cień na jego ży­cie. Je­że­li po ży­ciu tym na­stę­pu­je inne ży­cie, nie bę­dzie w nim tego, cze­go on pra­gnie: ani Ro­bin Hill, ani kwia­tów i pta­ków, i ład­nych twa­rzy – zbyt mało ich miał na­wet te­raz do­ko­ła sie­bie! W mia­rę upły­wu lat wzro­sła jego od­ra­za do wszel­kie­go my­dle­nia oczu; wy­zbył się od daw­na or­to­dok­syj­nych po­glą­dów, po­dob­nie jak bo­ko­bro­dów, któ­re no­sił w la­tach sześć­dzie­sią­tych po pro­stu jako ob­jaw buj­no­ści tem­pe­ra­men­tu; za­cho­wał sza­cu­nek dla trzech tyl­ko rze­czy: pięk­na, uczci­wo­ści i po­czu­cia wła­sno­ści, naj­więk­szą wagę przy­wią­zu­jąc te­raz do pięk­na. Za­wsze pro­wa­dził sze­ro­ko roz­ga­łę­zio­ne in­te­re­sy i oczy­wi­ście, mógł wciąż jesz­cze czy­tać „Ti­me­sa”, lecz za­wsze był go­tów go zło­żyć, gdy usły­szał śpie­wa­ją­ce­go kosa. Uczci­wość i wła­sność – cze­muś były nu­żą­ce; kosy i za­cho­dy słoń­ca nig­dy go nie nu­ży­ły, tyl­ko przej­mo­wa­ły nie­po­ko­ją­cym uczu­ciem, że nig­dy ich nie bę­dzie miał do­syć.

Za­pa­trzo­ne­mu w ci­chą pro­mien­ność przed­wie­cze­rza i w małe zło­ci­ste i bia­łe kwiat­ki na ga­zo­nie przy­szło na myśl, że ta po­go­da jest po­dob­na do mu­zy­ki z Or­fe­usza, któ­rej słu­chał nie­daw­no w Co­vent Gar­den. Pięk­na ope­ra, nie­po­dob­na do Mey­er­be­era, nie­zu­peł­nie na­wet do Mo­zar­ta, ale w swo­im ro­dza­ju może na­wet mil­sza; coś kla­sycz­ne­go, coś jak­by ze Zło­te­go Wie­ku, czy­ste­go i doj­rza­łe­go, a Ra­vo­gli był „nie­mal god­ny daw­niej­szych cza­sów” – naj­wyż­sza po­chwa­ła, jaką Jo­lyon mógł ob­da­rzyć ko­go­kol­wiek. Żal Or­fe­usza za pięk­nem, któ­re tra­cił, za swą mi­ło­ścią scho­dzą­cą do Ha­de­su, jak w ży­ciu mi­łość i pięk­no zwy­kły od­cho­dzić – żal, roz­lew­ny i wi­bru­ją­cy w zło­to­płyn­nej mu­zy­ce, nie­po­ko­ił rów­nież w tę­sk­nej pięk­no­ści świa­ta tego wie­czo­ru. Czub­kiem ka­ma­sza na kor­ko­wej po­de­szwie Jo­lyon nie­chcą­cy do­tknął że­ber psa Bal­ta­za­ra, któ­ry obu­dził się i na­tych­miast roz­po­czął po­lo­wa­nie na pchły; wpraw­dzie twier­dzo­no, że Bal­ta­zar pcheł nie ma, ale nic nie mo­gło go o tym prze­ko­nać. Skoń­czyw­szy z tym za­bie­giem pies po­tarł miej­sce, któ­re dra­pał, o łyd­kę pana, po czym znów się uło­żył oparł­szy pysk na nie­po­ko­ją­cym go bu­cie.

I na­gle na po­wierzch­nię my­śli sta­re­go Jo­lyona wy­pły­nę­ło wspo­mnie­nie – twarz oso­by wi­dzia­nej w ope­rze przed trze­ma ty­go­dnia­mi – twarz Ire­ny, żony tego ga­gat­ka, jego bra­tan­ka So­ame­sa, tego „po­sia­da­cza”! Cho­ciaż Jo­lyon nie wi­dział Ire­ny od dnia przy­ję­cia w sta­rym domu na Stan­ho­pe Gate, wy­da­ne­go dla uczcze­nia nie­szczę­snych za­rę­czyn jego wnucz­ki June z mło­dym Bo­sin­ney­em, przy­po­mniał ją so­bie od razu, gdyż za­wsze ją po­dzi­wiał – była bar­dzo pięk­na. Sły­szał, że po śmier­ci mło­de­go Bo­sin­neya, któ­re­go ko­chan­ką zo­sta­ła w tak obu­rza­ją­cych oko­licz­no­ściach, opu­ści­ła na­tych­miast So­ame­sa. Bóg ra­czy wie­dzieć, co się do tego cza­su z nią dzia­ło. Za­rys jej twa­rzy wi­dzia­nej z pro­fi­lu w rzę­dzie krze­seł przed nim był dla Jo­lyona do­słow­nie je­dy­nym w cią­gu tych trzech lat zna­kiem, że Ire­na jesz­cze żyje. Nikt nig­dy nie wspo­mi­nał o niej. A jed­nak Jo po­wie­dział raz o niej coś, co ojca wzbu­rzy­ło do głę­bi. Chło­pak mu­siał wi­docz­nie do­wie­dzieć się o tym od Je­rze­go For­sy­te’a, któ­ry wi­dział Bo­sin­neya we mgle, w owym dniu, kie­dy zo­stał prze­je­cha­ny; w świe­tle tej wia­do­mo­ści roz­pacz mło­dzień­ca sta­wa­ła się zu­peł­nie zro­zu­mia­ła. Wia­do­mość do­ty­czy­ła pew­ne­go po­stęp­ku So­ame­sa w sto­sun­ku do żony – obu­rza­ją­ce­go po­stęp­ku! Jo wi­dział ją tak­że tego po­po­łu­dnia, kie­dy już ro­ze­szła się wieść o śmier­ci Bo­sin­neya, wi­dział przez jed­ną chwi­lę, a we­dle jego słów, któ­re na za­wsze wry­ły się Jo­lyono­wi w pa­mięć, wy­glą­da­ła jak „błęd­na i nie­przy­tom­na”. Na­za­jutrz June po­je­cha­ła do So­ame­sów – stłu­mi­ła swo­je uczu­cia i po­je­cha­ła po to, by od za­pła­ka­nej słu­żą­cej do­wie­dzieć się, że jej pani wy­mknę­ła się w nocy z domu i zni­kła. Na­praw­dę tra­gicz­na hi­sto­ria! Jed­no w tym wszyst­kim nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści: So­ames nig­dy nie zdo­łał po­now­nie za­wład­nąć Ire­ną. Za­miesz­kał w Bri­gh­ton do­jeż­dża­jąc do mia­sta – do­brze mu tak, temu „po­sia­da­czo­wi”! Bo kie­dy raz sta­ry Jo­lyon po­wziął do kogo an­ty­pa­tię, jak w tym wy­pad­ku do swe­go bra­tan­ka – to już na za­wsze. Do­brze pa­mię­tał, z ja­kim uczu­ciem ulgi po­sły­szał o znik­nię­ciu Ire­ny; nie do znie­sie­nia była dlań myśl, że jest uwię­zio­na w tym domu, do któ­re­go – w dniu, gdy Jo tam ją zo­ba­czył – mu­sia­ła wró­cić prze­czy­taw­szy na uli­cy o „tra­gicz­nej śmier­ci ar­chi­tek­ta”, wró­cić na chwi­lę, jak ran­ne zwie­rzę wra­ca do swe­go le­go­wi­ska. Owe­go wie­czo­ru w te­atrze twarz jej zro­bi­ła na Jo­lyonie szcze­gól­ne wra­że­nie – pięk­niej­sza od tej, któ­rą za­cho­wał w pa­mię­ci, przy­po­mi­na­ła ma­skę, pod któ­rą coś się ukry­wa. Była jesz­cze mło­dą ko­bie­tą, mo­gła mieć ze dwa­dzie­ścia osiem lat. Ach, cóż! Praw­do­po­dob­nie ma te­raz in­ne­go ko­chan­ka. Lecz na tę per­wer­syj­ną myśl – gdyż mę­żat­ki nie po­win­ny nig­dy ko­chać, na­wet raz to za wie­le – sto­pa jego drgnę­ła, a wraz z nią i gło­wa psa Bal­ta­za­ra. Mą­dre zwie­rzę wsta­ło i spoj­rza­ło w oczy sta­re­go Jo­lyona. „Na spa­cer?” – zda­wał się py­tać, a sta­ry Jo­lyon od­po­wie­dział: – Chodź, sta­ry przy­ja­cie­lu!

Po­wo­li, jak to było ich zwy­cza­jem, prze­szli wśród kon­ste­la­cji ja­skrów i sto­kro­tek i zna­leź­li się wśród pa­pro­ci. Za­ką­tek ten, w któ­rym mało co ro­sło do­tych­czas, był ce­lo­wo ob­ni­żo­ny po­ni­żej po­zio­mu traw­ni­ka, a da­lej wzno­sił się do po­zio­mu in­ne­go traw­ni­ka, tak by wy­wo­łać wra­że­nie nie­re­gu­lar­no­ści, waż­ne w sztu­ce ogrod­ni­czej. Ob­fi­tu­ją­cy w ka­mie­nie te­ren pa­pro­ciar­ni sta­no­wił ulu­bio­ne miej­sce har­ców psa Bal­ta­za­ra, któ­ry cza­sem znaj­do­wał tam kre­ty. Sta­ry Jo­lyon umyśl­nie cha­dzał tam­tę­dy, gdyż choć w za­kąt­ku tym nie było jesz­cze ład­nie, chciał do tego do­pro­wa­dzić. „Mu­szę ścią­gnąć tu Var­ra – my­ślał nie­raz – by się temu przyj­rzał; zna się le­piej od Be­echa” Gdyż ro­śli­ny, jak domy i jak ludz­kie do­le­gli­wo­ści, wy­ma­ga­ją rady naj­lep­sze­go eks­per­ta. Pa­pro­ciar­nię za­miesz­ki­wa­ły licz­ne śli­ma­ki. Spa­ce­ru­jąc z wnu­czę­ta­mi Jo­lyon zwykł im wska­zy­wać śli­ma­ka i opo­wia­dać hi­sto­rię o chłop­czy­ku, któ­ry pro­sił: „Śli­mak, śli­mak po­każ rogi, dam ci sera na pie­ro­gi.” A na py­ta­nie dzie­ci, czy śli­ma­ki na­praw­dę je­dzą pie­ro­gi, Jo­lyon mru­gał fi­lu­ter­nie.

Wy­szedł­szy spo­śród pa­pro­ci otwo­rzył furt­kę w ży­wo­pło­cie, wio­dą­cą na naj­bliż­szą łąkę, sze­ro­ką, wol­ną prze­strzeń o cha­rak­te­rze par­ko­wym, po­śród któ­rej wid­niał oto­czo­ny ce­gla­nym mu­rem ogród wa­rzyw­ny. Sta­ry Jo­lyon omi­nął tę dro­gę, nie ma­jąc w da­nej chwi­li ocho­ty nią iść, i ru­szył zbo­czem wzgó­rza ku sta­wo­wi. Bal­ta­zar, któ­ry schwy­tał tu już nie­jed­ne­go szczu­ra wod­ne­go, krę­cił się przed pa­nem w spo­sób cha­rak­te­ry­stycz­ny dla sta­re­go psa, od­by­wa­ją­ce­go co dzień ten sam spa­cer. Do­szedł­szy do sa­me­go brze­gu sta­ry Jo­lyon sta­nął przy­pa­tru­jąc się li­lii wod­nej, któ­ra roz­kwi­tła od wczo­raj; chciał­by ją na­za­jutrz po­ka­zać Hol­ly, kie­dy „jego ma­leń­ka, słod­ka dziew­czyn­ka” przyj­dzie do sie­bie po tym po­mi­do­rze, któ­ry zja­dła na dru­gie śnia­da­nie – cały jej or­ga­nizm jest taki de­li­kat­ny. Te­raz, kie­dy Jol­ly po­szedł do szko­ły – był to pierw­szy rok jego na­uki – Hol­ly trzy­ma­ła się dziad­ka pra­wie cały dzień i strasz­nie mu jej dziś bra­ko­wa­ło. Po­czuł tak­że ten ból, któ­ry czę­sto mu te­raz do­ku­czał, to lek­kie cią­gnię­cie w le­wym boku. Spoj­rzał za sie­bie na wzgó­rze. Na­praw­dę, temu bie­da­ko­wi, mło­de­mu Bo­sin­ney­owi, nie­zwy­kle ten dom się udał; wy­bił­by się na pew­no, gdy­by żył! A gdzie jest te­raz? Być może, wciąż tu się błą­ka na­wie­dza­jąc miej­sce swej ostat­niej bu­do­wy, sce­nę swej tra­gicz­nej mi­ło­ści. A może duch Fi­li­pa Bo­sin­neya roz­pły­nął się we wszech­świe­cie? Któż to mógł wie­dzieć? Ależ ten pies ubło­cił so­bie łapy! Jo­lyon ru­szył da­lej ku za­gaj­ni­ko­wi. Ro­sły tam za­wsze cu­dow­ne dzwon­ki, a on znał miej­sca, w któ­rych spo­ty­ka­ło się je i te­raz, po­dob­ne do skraw­ków nie­ba spa­dłych w cień mię­dzy drze­wa. Mi­nął wy­bu­do­wa­ne tu obo­ry i kur­ni­ki i po­dą­żał wą­ską ścież­ką w gąszcz mło­dych drze­wek, ku jed­nej z kęp dzwon­ków. Na­gle Bal­ta­zar, któ­ry znów biegł przo­dem, za­war­czał głu­cho. Sta­ry Jo­lyon po­pchnął go nogą, ale pies nie ru­szył się, zaj­mu­jąc całą ścież­kę i nie po­zo­sta­wia­jąc miej­sca na przej­ście, a sierść je­ży­ła mu się z wol­na wzdłuż weł­ni­ste­go grzbie­tu. Czy to na wi­dok war­czą­ce­go i zje­żo­ne­go psa, czy na sku­tek uczu­cia, któ­re­go czę­sto czło­wiek do­zna­je w le­sie – dość, że Jo­lyona prze­szły ciar­ki. Po­tem za za­krę­tem ścież­ki uj­rzał sta­ry, mchem po­ro­sły, zwa­lo­ny pień, a na nim sie­dzą­cą ko­bie­tę. Twarz mia­ła od­wró­co­ną, lecz za­nim zdą­żył po­my­śleć: „To pry­wat­ne grun­ta – mu­szę umie­ścić ta­bli­cę z ostrze­że­niem, że tu cho­dzić nie wol­no!” – zwró­ci­ła się ku nie­mu. Wiel­kie nie­ba! Twarz, któ­rą wi­dział w ope­rze – ko­bie­ta, o któ­rej do­pie­ro, co my­ślał! W tym mo­men­cie, pe­łen skłó­co­nych uczuć, zo­ba­czył wszyst­ko za mgłą, jak gdy­by była wid­mem; dziw­ne wra­że­nie – może sku­tek gry świa­tła sło­necz­ne­go pa­da­ją­ce­go uko­śnie na jej sza­ro­fioł­ko­wą suk­nię! Ona zaś wsta­ła i cze­ka­ła z uśmie­chem, prze­chy­liw­szy gło­wę nie­co na bok. Sta­ry Jo­lyon po­my­ślał: „Jaka ona ład­na!” Nie ode­zwa­ła się ani też on się nie ode­zwał; z pew­ne­go ro­dza­ju po­dzi­wem zdał so­bie spra­wę, dla­cze­go ona mil­czy. Przy­szła tu bez wąt­pie­nia pod uro­kiem ja­kie­goś wspo­mnie­nia i nie chcia­ła szu­kać wy­krę­tów ni da­wać ba­nal­nych wy­ja­śnień.

– Uwa­żaj, żeby pies nie po­bru­dził ci płasz­cza – po­wie­dział. – Ma ubło­co­ne łapy. Pójdź tu, do nogi!

Ale pies Bal­ta­zar pod­biegł do przy­by­łej, któ­ra po­gła­ska­ła go po gło­wie. Sta­ry Jo­lyon po­wie­dział szyb­ko:

– Wi­dzia­łem cię w ope­rze któ­re­goś wie­czo­ru. Tyś mnie nie za­uwa­ży­ła.

– Ależ tak, za­uwa­ży­łam.

Po­czuł sub­tel­ne po­chleb­stwo w tej od­po­wie­dzi, jak gdy­by do­da­ła: „Czyż stry­ja moż­na nie za­uwa­żyć?”

– Wszy­scy są w Hisz­pa­nii – do­rzu­cił na­gle – je­stem sam. Po­je­cha­łem na ope­rę. Ra­vo­gli jest do­sko­na­ły. Czy wi­dzia­łaś tę obo­rę?

W sy­tu­acji tak prze­siąk­nię­tej ta­jem­ni­cą i czymś, co było nie­mal wzru­sze­niem, in­stynk­tow­nie skie­ro­wał kro­ki ku tej czę­ści po­sia­dło­ści. Ire­na zaś szła za nim. Po­stać jej ko­ły­sa­ła się z lek­ka, rzekł­byś, syl­wet­ka z fran­cu­skie­go żur­na­lu w naj­lep­szym sty­lu; mia­ła na so­bie sza­rą suk­nię o li­lio­wym od­cie­niu. Do­strzegł kil­ka srebr­nych ni­tek w jej wło­sach ko­lo­ru bursz­ty­nu, wło­sach dziw­nych u ko­bie­ty o ciem­nych oczach i bla­do­kre­mo­wej ce­rze. Szyb­kie, uko­śne spoj­rze­nie tych ak­sa­mit­nych, bru­nat­nych oczu zmie­sza­ło go; zda­wa­ło się pły­nąć z ja­kiejś głę­bi­ny, z da­le­ka, z in­ne­go nie­mal świa­ta, a w każ­dym ra­zie zda­wa­ło się na­le­żeć do isto­ty ludz­kiej, bio­rą­cej nie­wiel­ki udział w spra­wach tego świa­ta. I ma­chi­nal­nie za­py­tał:

– Gdzie miesz­kasz te­raz?

– Mam nie­wiel­kie miesz­kan­ko w Chel­sea.

Nie chciał py­tać, co robi, nie chciał sły­szeć nic o jej ży­ciu, a jed­nak wy­mknę­ło mu się nie­wła­ści­we sło­wo:

– Sama?

Ski­nę­ła gło­wą. Spra­wi­ło mu to ulgę. I przy­szło mu na myśl, że gdy­by nie wda­ło się w to prze­zna­cze­nie, ona by­ła­by pa­nią tego za­gaj­ni­ka, po­ka­zu­ją­cą obo­rę jemu jako go­ścio­wi.

– Wszyst­kie rasy al­der­nej­skiej – mruk­nął. – Dają naj­lep­sze mle­ko. Ta to ład­ne stwo­rze­nie. No, no, Myr­tle!

Pło­wej ma­ści kro­wa, o oczach tak ła­god­nych i brą­zo­wych jak oczy Ire­ny, sta­ła bez ru­chu, gdyż upły­nę­ło już wie­le go­dzin od udo­ju. Pa­trzy­ła na nich bo­kiem błysz­czą­cy­mi, ła­god­ny­mi, cy­nicz­ny­mi oczy­ma, a z jej sza­rych warg spły­wa­ło na sło­mę wą­skie pa­smo śli­ny. Za­pach sia­na, wa­ni­lii i amo­nia­ku uno­sił się w pół­mro­ku chłod­nej obo­ry; sta­ry Jo­lyon po­wie­dział:

– Mu­sisz wstą­pić do domu i zjeść ze mną obiad. Ode­ślę cię koń­mi do mia­sta.

Za­uwa­żył, że pa­su­je się z sobą; oczy­wi­ście, to rzecz na­tu­ral­na wo­bec jej wspo­mnień. Ale on pra­gnął jej to­wa­rzy­stwa, chciał wi­dzieć jej pięk­ną twarz, cza­ru­ją­cą po­stać, jej uro­dę! Był sam całe po­po­łu­dnie. Być może, to pra­gnie­nie od­bi­ło się w jego oczach, gdyż od­po­wie­dzia­ła:

– Dzię­ku­ję, stry­ju Jo­lyonie. Chęt­nie zo­sta­nę.

Za­tarł ręce i rzekł:

– Do­sko­na­le. A więc chodź­my!

Szli po­lem pod górę, a przed nimi biegł pies Bal­ta­zar. Pro­mie­nie słoń­ca pa­da­ły im te­raz w twarz nie­mal po­zio­mo i Jo­lyon wi­dział nie tyl­ko owe srebr­ne nit­ki we wło­sach Ire­ny, ale i drob­ne zmarszcz­ki, na tyle wy­raź­ne, by nadać jej uro­dzie sub­tel­ność ka­mei – lecz ka­mei ob­da­rzo­nej ży­ciem. „Po­pro­wa­dzę ją przez ta­ras – zde­cy­do­wał. – To nie jest dla mnie zwy­kły gość”

– Co ro­bisz ca­ły­mi dnia­mi? – spy­tał.

– Daję lek­cje mu­zy­ki, poza tym zaj­mu­ję się czymś jesz­cze.

– Pra­cu­jesz! – rzekł sta­ry Jo­lyon bio­rąc lal­kę z huś­taw­ki i ob­cią­ga­jąc jej czar­ną spód­nicz­kę. – A tu u nas zu­peł­nie in­a­czej. Ja te­raz nic nie ro­bię. Żyję z dnia na dzień. A czym się jesz­cze zaj­mu­jesz?

– Pró­bu­ję po­móc ko­bie­tom, któ­re po­pa­dły w nie­szczę­ście. – Sta­ry Jo­lyon nie zro­zu­miał do­brze.

– W nie­szczę­ście? – po­wtó­rzył. Po­tem wzdry­gnąw­szy się, po­jął, co mia­ła na my­śli: zu­peł­nie to samo, o czym i on by my­ślał, gdy­by użył tego wy­ra­że­nia. Pie­lę­gno­wać upa­dłe ko­bie­ty Lon­dy­nu! Co za nie­sa­mo­wi­te i okrop­ne za­ję­cie! W koń­cu cie­ka­wość wzię­ła górę nad na­tu­ral­ną od­ra­zą i spy­tał:

– Jak? Co ro­bisz dla nich?

– Nie­wie­le. Nie mam zby­wa­ją­cych pie­nię­dzy. Mogę im tyl­ko oka­zy­wać współ­czu­cie i cza­sem przy­no­sić je­dze­nie.

Od­ru­cho­wo sta­ry Jo­lyon się­gnął po port­mo­net­kę.

– Jak je od­naj­du­jesz? – spy­tał po­śpiesz­nie.

– Cho­dzę do szpi­ta­la.

– Do szpi­ta­la! Och!

– A naj­wię­cej mnie boli, że pra­wie wszyst­kie były na swój spo­sób pięk­ne.

Sta­ry Jo­lyon po­sa­dził lal­kę.

– Pięk­ne! – wy­krzyk­nął. – Ha! Tak! Smut­ne za­ję­cie! – i ru­szył ku do­mo­wi.

Przez oszklo­ne drzwi, z za­pusz­czo­ny­mi wciąż jesz­cze ża­lu­zja­mi, po­pro­wa­dził ją do po­ko­ju, w któ­rym zwykł stu­dio­wać „Ti­me­sa” i wiel­kie płach­ty pe­rio­dy­ków rol­ni­czych z ol­brzy­mi­mi ilu­stra­cja­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi bu­ra­ki pa­stew­ne i tym po­dob­ne ro­śli­ny; do­star­cza­ły one Hol­ly te­ma­tów do ma­lo­wa­nia.

– Obiad bę­dzie za pół go­dzi­ny. Chcia­ła­byś pew­nie umyć ręce. Za­pro­wa­dzę cię do po­ko­ju June.

Spo­strzegł, że roz­glą­da się cie­ka­wie; nie wie­dział i nie po­tra­fił­by po­wie­dzieć, ile się zmie­ni­ło od cza­su, kie­dy ostat­nio od­wie­dzi­ła ten dom z mę­żem albo ko­chan­kiem, albo może z oby­dwo­ma ra­zem. Wszyst­ko to były ciem­ne spra­wy i wo­lał w to nie wni­kać. O tak, wie­le zmie­ni­ło się! W hal­lu po­wie­dział:

– Może sły­sza­łaś, że mój syn Jo jest ma­la­rzem. Ma dużo sma­ku. Ja wpraw­dzie mam inne upodo­ba­nia, ale po­zwo­li­łem mu ro­bić, co chciał.

Sta­ła bez ru­chu błą­dząc oczy­ma po hal­lu i sa­lo­nie, gdzie stał for­te­pian; po­łą­czo­no je w jed­ną salę o wiel­kim oknie w su­fi­cie, da­ją­cym gór­ne świa­tło. Sta­ry Jo­lyon do­znał dziw­ne­go wra­że­nia. Czy pró­bo­wa­ła wy­wo­łać ko­goś z cie­ni tej sali, ca­łej utrzy­ma­nej w to­nach per­ło­wo­sza­rym i sre­brzy­stym? On sam wo­lał­by zło­to – i żyw­sze to, i so­lid­niej­sze. Ale Jo miał gust fran­cu­ski i wnę­trze wy­pa­dło mrocz­ne, w od­cie­niu dymu z pa­pie­ro­sów, któ­re za­wsze pa­lił; gdzie­nieg­dzie tyl­ko od­ci­na­ły się żywe nie­bie­skie i szkar­łat­ne pla­my. Nie, to nie było w gu­ście sta­re­go Jo­lyona. W wy­obraź­ni za­wie­sił tę prze­strzeń owy­mi ar­cy­dzie­ła­mi w zło­tych ra­mach, wy­obra­ża­ją­cy­mi ci­szę i do­syt ży­cia; ku­po­wał je w cza­sie, kie­dy ce­nio­no przede wszyst­kim ilość. A te­raz gdzież one? Sprze­da­ne za bez­cen! To, co spra­wia­ło, że on, je­dy­ny spo­śród For­sy­te­ów, szedł z du­chem cza­su, po­zwo­li­ło mu oprzeć się chę­ci ich za­trzy­ma­nia. Ale w ga­bi­ne­cie miał wciąż Ho­len­der­skie lo­dzie ry­bac­kie o za­cho­dzie słoń­ca.

Za­czął ra­zem z Ire­ną wcho­dzić na scho­dy po­wo­li, gdyż wciąż czuł ból w boku.

– Tam są ła­zien­ki – rzekł – i inne wy­go­dy. Ka­za­łem je wszyst­kie wy­ło­żyć ka­fel­ka­mi. Da­lej są po­ko­je dzie­cin­ne. A to sy­pial­nie Jo i jego żony. Wszyst­kie te po­ko­je łą­czą się z sobą. Ale ty pew­no pa­mię­tasz, praw­da?

Ire­na ski­nę­ła gło­wą. Szli da­lej, mi­nę­li ga­le­rię i we­szli do du­że­go po­ko­ju z ma­łym łóż­kiem i kil­ko­ma okna­mi.

– To mój po­kój – po­wie­dział. Ścia­ny były po­kry­te fo­to­gra­fia­mi dzie­ci i szki­ca­mi akwa­re­lo­wy­mi. – To są szki­ce Jo – do­dał nie­pew­nie. – Wi­dok pierw­szej kla­sy. Przy ład­nej po­go­dzie moż­na stąd doj­rzeć Wiel­ką Try­bu­nę w Ep­som.

Słoń­ce sta­ło te­raz ni­sko, za do­mem, i po­nad „wi­do­kiem” za­wisł świe­tli­sty tu­man, od­blask dłu­gie­go po­god­ne­go dnia. Wi­dać było nie­wie­le do­mów, lecz pola i drze­wa cią­gnę­ły się – w zło­tej mgieł­ce – hen, aż po ma­ja­czą­ce w dali wzgó­rza.

– Kraj prze­ży­wa róż­ne zmia­ny – rzekł na­gle – ale tu bę­dzie tak samo, na­wet kie­dy i nas już nie sta­nie. Spójrz na te droz­dy – pta­ki tu ślicz­nie śpie­wa­ją ran­ka­mi. Rad je­stem, że się wy­rwa­łem z Lon­dy­nu.

Twarz Ire­ny ry­so­wa­ła się na tle szy­by i Jo­lyona ude­rzył jej bo­le­sny wy­raz. „Jak­że pra­gnął­bym spra­wić, by wy­glą­da­ła na szczę­śli­wą! – po­my­ślał. – Ład­na twarz, ale smut­na!” I bio­rąc dzba­nek z go­rą­cą wodą wy­szedł na ko­ry­tarz.

– To po­kój June – po­wie­dział otwie­ra­jąc są­sied­nie drzwi i sta­wia­jąc dzba­nek. – Po­win­naś tu zna­leźć wszyst­ko, co ci może być po­trzeb­ne. – I za­mknąw­szy za nią drzwi wró­cił do swe­go po­ko­ju. Cze­sząc wło­sy du­ży­mi he­ba­no­wy­mi szczot­ka­mi i zwil­ża­jąc czo­ło wodą ko­loń­ską, snuł roz­my­śla­nia. Zja­wi­ła się w tak dziw­nych oko­licz­no­ściach – było to niby ja­kieś na­wie­dze­nie, ta­jem­ni­cze, na­wet ro­man­tycz­ne, tak jak gdy­by jego pra­gnie­nie to­wa­rzy­stwa i pięk­na zo­sta­ło speł­nio­ne przez… no, przez to, co speł­nia tego ro­dza­ju pra­gnie­nia. Sto­jąc przed lu­strem wy­pro­sto­wał wciąż jesz­cze nie przy­gar­bio­ną po­stać, mu­snął szczot­ka­mi dłu­gie bia­łe wąsy, do­tknął brwi wodą ko­loń­ską i za­dzwo­nił.

– Za­po­mnia­łem uprze­dzić, że za­pro­si­łem na obiad pew­ną damę. Niech ku­charz przy­go­tu­je coś lep­sze­go i pro­szę po­wie­dzieć Be­aco­no­wi, żeby na wpół do je­de­na­stej za­je­chał lan­dem za­przę­żo­nym w parę koni. Od­wie­zie tę pa­nią do mia­sta. Czy pan­na Hol­ly śpi?

Po­ko­jów­ka przy­pusz­cza­ła, że nie śpi. Sta­ry Jo­lyon mi­nąw­szy ga­le­rię pod­kradł się na pal­cach do dzie­cin­ne­go po­ko­ju i otwo­rzył drzwi, któ­rych za­wia­sy spe­cjal­nie ka­zał oli­wić, aby móc wie­czo­ra­mi wcho­dzić i wy­cho­dzić bez­sze­lest­nie.

Ale Hol­ly spa­ła i le­ża­ła jak mi­nia­tu­ro­wa Ma­don­na, jed­na z tych, któ­rych ma­la­rze sta­rej szko­ły, ukoń­czyw­szy ob­raz, sami nie po­tra­fi­li od­róż­nić od We­nus. Jej dłu­gie ciem­ne rzę­sy spo­czy­wa­ły na po­licz­kach, na twa­rzycz­ce ma­lo­wał się do­sko­na­ły spo­kój – wi­docz­nie mały or­ga­nizm funk­cjo­no­wał znów pra­wi­dło­wo. I sta­ry Jo­lyon w pół­mrocz­nym po­ko­ju stał pa­trząc na nią z uwiel­bie­niem! Tak cza­ru­ją­ca, po­waż­na i ko­cha­na była ta mała twa­rzycz­ka. Wię­cej niż in­nym przy­pa­dło mu w udzia­le owej szczę­śli­wej zdol­no­ści ży­cia na nowo w po­tom­stwie. Dzie­ci były dla nie­go przy­szłym ży­ciem – ca­łym ży­ciem przy­szłym, być może, ja­kie­go ist­nie­nie do­pusz­cza­ła po­gań­ska z na­tu­ry trzeź­wość Jo­lyona. Oto ona, któ­ra ma wszyst­ko przed sobą, a jego krew – cząst­ka jego krwi – pły­nie w jej drob­nych ży­łach. Oto ona, jego ma­leń­ka to­wa­rzysz­ka, któ­ra zja­wi­ła się, aby ją uczy­nił tak szczę­śli­wą, jak tyl­ko było w jego mocy, tak by nie za­zna­ła nic prócz mi­ło­ści. Ser­ce jego wez­bra­ło i wy­szedł tłu­miąc skrzyp la­kier­ków. W ko­ry­ta­rzu przy­szła mu do gło­wy oso­bli­wa myśl: ja­kie to dziw­ne, że dzie­ci ro­dzą się tym ko­bie­tom, któ­rym Ire­na, jak wspo­mnia­ła, po­ma­ga! Ko­bie­tom, któ­re wszyst­kie były kie­dyś ma­ły­mi istot­ka­mi, jak śpią­ce tu­taj dziew­cząt­ko!

„Mu­szę jej dać czek! – roz­wa­żał. – Nie mogę znieść my­śli o nich!” Nig­dy nie za­sta­na­wiał się nad tymi bied­ny­mi, usu­nię­ty­mi poza na­wias spo­łe­czeń­stwa isto­ta­mi; ra­ni­ło­by to zbyt głę­bo­ko jego wy­sub­tel­nio­ną wraż­li­wość, któ­rą po­sza­no­wa­nie dla pra­wa wła­sno­ści osła­nia­ło gru­bą sko­ru­pą, ra­ni­ło­by zbyt bo­le­śnie to, co w nim było naj­głęb­sze­go – umi­ło­wa­nie pięk­na, któ­re na­wet te­raz jesz­cze spra­wia­ło, iż ser­ce biło mu moc­niej na myśl o spę­dze­niu wie­czo­ru w to­wa­rzy­stwie pięk­nej ko­bie­ty.

Zszedł na dół po scho­dach i przez drzwi ob­ro­to­we udał się na tyły domu. Tam, w piw­ni­cy, miał bia­łe wino reń­skie, war­to­ści co naj­mniej dwóch fun­tów bu­tel­ka, mar­ki „Ste­in­berg Ca­bi­net”, lep­sze od wszel­kie­go „Jo­han­nis­ber­ga”, któ­rym się kie­dy­kol­wiek de­lek­to­wa­no; wino o bu­kie­cie nie­po­rów­na­nym, słod­kie jak naj­słod­sze brzo­skwi­nie – praw­dzi­wy nek­tar! Wy­cią­gnął bu­tel­kę, uj­mu­jąc ją ostroż­nie jak nie­mow­lę, i pod­niósł pod świa­tło. Wi­dok omsza­łej, o smu­kłej szyj­ce bu­tel­ki za­wie­ra­ją­cej płyn bar­wy mio­du, dał mu głę­bo­kie za­do­wo­le­nie. Wino mia­ło trzy lata na usta­nie się po raz wtó­ry od cza­su przy­wie­zie­nia z mia­sta – po­win­no być do­sko­na­łe! Ku­pił je przed trzy­dzie­stu pię­ciu laty; dzię­ki Bogu za­cho­wał smak i za­słu­gi­wał na pi­cie tego wina. Ona je oce­ni! Na tu­zin nie było jed­nej bu­tel­ki z kwa­śnym po­sma­kiem. Wy­tarł flasz­kę, od­kor­ko­wał ją wła­sno­ręcz­nie, pod­niósł do nosa, głę­bo­ko wcią­gnął w noz­drza aro­mat i ru­szył z po­wro­tem do sa­lo­nu.

Ire­na sta­ła przy for­te­pia­nie. Zdję­ła ka­pe­lusz i ko­ron­ko­wy szal, od­sła­nia­jąc zło­ci­ste wło­sy i biel kar­ku. Zda­niem sta­re­go Jo­lyona, po­stać jej w sza­rej suk­ni ślicz­nie wy­glą­da­ła na tle ró­ża­ne­go drze­wa for­te­pia­nu.

Po­dał jej ra­mię i uro­czy­ście we­szli do sali ja­dal­nej. W po­ko­ju ta­kich roz­mia­rów, że dwu­dzie­stu czte­rech bie­siad­ni­ków mo­gło się wy­god­nie po­mie­ścić, stał te­raz tyl­ko mały okrą­gły stół.

Sta­ry Jo­lyon, gdy po­zo­stał sam, od­czu­wał przy­gnę­bie­nie na wi­dok wiel­kie­go sto­łu, ka­zał go więc usu­nąć na czas nie­obec­no­ści syna. Tu, w to­wa­rzy­stwie dwóch na­praw­dę do­brych ko­pii Ma­donn Ra­fa­ela, zwykł sa­mot­nie jeść obiad. Tego po­god­ne­go lata była to dla nie­go je­dy­na po­sęp­na go­dzi­na dnia. Nig­dy nie był żar­ło­kiem, jak gru­by Swi­thin, Sy­lva­nus Hey­thorp albo An­tho­ny Thorn­wor­thy, jego kom­pa­ni z daw­niej­szych cza­sów; a jeść obiad sa­me­mu pod okiem Ma­donn sta­no­wi­ło dlań po­sęp­ną czyn­ność, z któ­rą za­ła­twiał się pręd­ko, by móc przejść do bar­dziej sub­tel­nych roz­ko­szy: kawy i cy­gar. Ale tego wie­czo­ru co in­ne­go! Mru­gał do Ire­ny przez stół i mó­wił o Wło­szech i Szwaj­ca­rii, opo­wia­dał o swo­ich po­dró­żach i in­nych prze­ży­ciach, o któ­rych – po­nie­waż je zna­li – prze­stał wspo­mi­nać sy­no­wi i wnucz­ce. Nowa słu­chacz­ka była dla nie­go cen­na; nie na­le­żał do tych sta­rych lu­dzi, co po­wta­rza­ją wciąż w kół­ko to samo. Sam nu­żył się pręd­ko bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia, in­stynk­tow­nie uni­kał więc nu­że­nia in­nych, a wro­dzo­na ko­kie­te­ria w sto­sun­ku do wszyst­kie­go, co pięk­ne, na­ka­zy­wa­ła mu mieć się na bacz­no­ści szcze­gól­nie w sto­sun­kach z ko­bie­ta­mi. Pra­gnął wcią­gnąć Ire­nę do roz­mo­wy, ale choć od­po­wia­da­ła mu pół­gło­sem, uśmie­cha­ła się i zda­wa­ła in­te­re­so­wać tym, co mó­wił, czuł w niej ową ta­jem­ni­czą du­cho­wą nie­obec­ność, sta­no­wią­cą po­ło­wę jej uro­ku. Nie zno­sił ko­biet, któ­re rzu­ca­ły się czło­wie­ko­wi na szy­ję lub strze­la­ły ocza­mi i meł­ły jak młyn ani też tych szorst­kich a upar­tych, któ­re uwa­ża­ły się za wy­rocz­nie i za­wsze wszyst­ko naj­le­piej wie­dzia­ły. Jed­na tyl­ko ce­cha po­cią­ga­ła go w ko­bie­cie – urok; a im urok ten był spo­koj­niej­szy, tym bar­dziej mu się po­do­ba­ła. Ire­na zaś mia­ła urok jak­by nie­co przy­mglo­ny, niby po­po­łu­dnio­wy blask sło­necz­ny na wło­skich gó­rach i do­li­nach, któ­re tak ko­chał. Uczu­cie, iż żyła ona, je­śli się tak wy­ra­zić moż­na, od­cię­ta od świa­ta, w klasz­tor­nym od­osob­nie­niu, spra­wia­ło rów­nież, że wy­da­wa­ła mu się bliż­szą, dziw­nie upra­gnio­ną to­wa­rzysz­ką. Męż­czy­zna bar­dzo sta­ry, któ­ry nie ma już żad­nych szans, lubi się czuć za­bez­pie­czo­ny przed współ­za­wod­nic­twem z mło­dy­mi, gdyż wciąż chciał­by być pierw­szy w ser­cu pięk­no­ści. Jo­lyon pił tedy reń­skie wino, śle­dził każ­de drgnie­nie jej ust i czuł się nie­mal mło­dy. Na­to­miast pies Bal­ta­zar le­żąc wpa­try­wał się tak­że w jej usta, po­gar­dza­jąc w swym ser­cu ga­da­tli­wo­ścią lu­dzi, któ­rzy cią­gle prze­ry­wa­ją obiad po to, by wy­chy­lać zie­lon­ka­we kie­li­chy peł­ne zło­ci­ste­go pły­nu – jego zda­niem tak nie­smacz­ne­go.

Za­pa­dał zmierzch, gdy wró­ci­li do sa­lo­nu. Za­pa­liw­szy cy­ga­ro sta­ry Jo­lyon po­pro­sił:

– Za­graj mi Cho­pi­na.

Po cy­ga­rach, któ­re męż­czyź­ni palą, i po kom­po­zy­to­rach, któ­rych lu­bią, po­znasz, z ja­kiej sub­stan­cji są ich du­sze. Sta­ry Jo­lyon nie zno­sił moc­nych cy­gar ani mu­zy­ki Wa­gne­ra. Lu­bił Beetho­ve­na i Mo­zar­ta, Hän­dla i Gluc­ka, Schu­man­na i – z nie­wy­tłu­ma­czo­nych przy­czyn – ope­ry Mey­er­be­era; ale w ostat­nich la­tach uwiódł go Cho­pin, a spo­śród ma­la­rzy Bot­ti­cel­li. Zda­wał so­bie spra­wę, że ule­ga­jąc tym upodo­ba­niom od­stę­pu­je od usta­lo­nych war­to­ści Zło­te­go Wie­ku. Była to inna po­ezja, nie ta, jaką za­wie­ra­ły dzie­ła Mil­to­na, By­ro­na czy Ten­ny­so­na, Ra­fa­ela czy Ty­cja­na, Mo­zar­ta czy Beetho­ve­na. Ukry­ta jak gdy­by za za­sło­ną, po­ezja ich nie ude­rza­ła w czło­wie­ka wręcz, lecz wkra­da­ła się w du­szę ci­cha­czem, prze­wra­ca­ła ją całą na nice i spra­wia­ła, że top­nia­ło w nim ser­ce. I nig­dy nie bę­dąc pe­wien, czy wy­cho­dzi mu to na zdro­wie, Jo­lyon nie dbał o to wca­le, póki mógł po­dzi­wiać ob­ra­zy jed­ne­go i słu­chać mu­zy­ki dru­gie­go.

Ire­na sia­dła przy for­te­pia­nie, pod lam­pą elek­trycz­ną osło­nię­tą udra­po­wa­ną per­ło­wo­sza­rą ma­te­rią, a sta­ry Jo­lyon za­głę­bił się w fo­te­lu, skąd mógł ją wi­dzieć, za­ło­żył nogę na nogę i z wol­na pusz­czał dym z cy­ga­ra. Sie­dzia­ła przez chwi­lę z pal­ca­mi na kla­wi­szach, na­my­śla­jąc się wi­docz­nie, co mu za­grać. Po­tem za­czę­ła grać, a w sta­rym Jo­lyonie zbu­dzi­ło się ja­kieś peł­ne smut­ku za­do­wo­le­nie, zu­peł­nie róż­ne od wszyst­kie­go na świe­cie. Za­padł po­wo­li w trans prze­ry­wa­ny tyl­ko ru­cha­mi ręki, od cza­su do cza­su wyj­mu­ją­cej i wkła­da­ją­cej z po­wro­tem do ust cy­ga­ro. Oto ona – Ire­na; wino pły­nie w jego ży­łach, za­pach ty­to­niu uno­si się do­ko­ła. Ale jest rów­nież świat za­la­ny to bla­ska­mi słoń­ca, to znów księ­ży­co­wą po­świa­tą, i sta­wy z syl­wet­ka­mi sto­ją­cych nad nimi bo­cia­nów, i błę­kit­nie­ją­ce na brze­gu drze­wa, na któ­rych ja­rzą się ki­ście róż ko­lo­ru czer­wo­ne­go wina, i pola la­wen­do­we, gdzie pasą się mlecz­no­bia­łe kro­wy; i po­grą­żo­na w cie­niu ko­bie­ta o ciem­nych oczach i bia­łym kar­ku uśmie­cha się wy­cią­ga­jąc ra­mio­na; a przez po­wie­trze, co było niby mu­zy­ka, le­cia­ła spa­da­ją­ca gwiaz­da, aż na­bi­ła się na róg kro­wy. Jo­lyon otwo­rzył oczy. Pięk­ny utwór – i ona gra do­brze – ma ude­rze­nie anio­ła! I znów za­mknął oczy. Czuł się cu­dow­nie smut­ny i szczę­śli­wy, jak­by stał pod lipą osy­pa­ną miod­nym kwie­ciem. Nie chce prze­ży­wać wła­sne­go ży­cia na nowo, tyl­ko stać tam, pod lipą, i grzać się w bla­skach uśmiech­nię­tych ko­bie­cych oczu, i wdy­chać cu­dow­ną woń! Na­gle cof­nął gwał­tow­nie rękę, któ­rą pies Bal­ta­zar, wspiąw­szy się, po­li­zał.

– Prze­pięk­ne! – rzekł. – Graj jesz­cze, jesz­cze Cho­pi­na!

Za­czę­ła znów grać. Tym ra­zem ude­rzy­ło go po­do­bień­stwo mię­dzy nią a Cho­pi­nem. Ko­ły­sa­nie, któ­re za­uwa­żył w jej cho­dzie, brzmia­ło rów­nież w jej grze, a wy­bra­ny przez nią nok­turn przy­po­mi­nał mięk­ką ciem­ność jej oczu i lśnie­nie wło­sów, na któ­re jak gdy­by pa­dła po­świa­ta zło­ci­ste­go księ­ży­ca. Uwo­dzi­ciel­ka, tak, ale nic nie było w niej z Da­li­li, ani w niej, ani w tej mu­zy­ce. Dłu­ga, błę­kit­na spi­ra­la uno­si­ła się po­wo­li z cy­ga­ra, roz­snu­wa­ła w po­wie­trzu i ni­kła.

„Tak i my się spa­la­my! – po­my­ślał. – A po­tem nie ma już pięk­na! Nie ma nic!”

Ire­na znów prze­sta­ła grać.

– Może za­grać co Gluc­ka? Miał zwy­czaj kom­po­no­wać w za­la­nym słoń­cem ogro­dzie, z bu­tel­ką reń­skie­go wina pod ręką.

– Ach, do­brze. Niech bę­dzie Or­fe­usz.

Do­ko­ła Jo­lyona sła­ły się pola zło­tych i srebr­nych kwia­tów, bia­łe po­sta­cie ko­ły­sa­ły się w słoń­cu, barw­ne pta­ki fru­wa­ły tu i owdzie. Wszyst­ko do­ko­ła dy­sza­ło la­tem. Sen­ne fale sło­dy­czy i żalu za­le­wa­ły mu du­szę. Tro­chę po­pio­łu z cy­ga­ra osy­pa­ło się i wy­jąw­szy je­dwab­ną chust­kę, by go strzep­nąć, ode­tchnął zmie­sza­nym za­pa­chem ty­to­niu i wody ko­loń­skiej.

„Ach! – po­my­ślał. – Ba­bie lato… I nic wię­cej!” – Po czym po­wie­dział:

– Nie za­gra­łaś mi Che faro1.

Nie od­po­wie­dzia­ła, nie drgnę­ła na­wet. Zdał so­bie spra­wę, że coś się sta­ło – że coś nią do głę­bi wstrzą­snę­ło. Na­gle zo­ba­czył, że wsta­je i od­wra­ca się, i prze­szył go wy­rzut su­mie­nia. Jak mógł być taki gru­bo­skór­ny! Oczy­wi­ście i ona – jak ów Or­fe­usz – i ona rów­nież szu­ka­ła swe­go utra­co­ne­go ko­chan­ka w kra­inie wspo­mnień! Wzbu­rzo­ny wstał z fo­te­la i nie­śmia­ło zbli­żał się ku niej. Sta­ła te­raz pod wiel­kim oknem w dru­gim koń­cu sa­lo­nu, ręce mia­ła zło­żo­ne na pier­siach. Jo­lyon mógł doj­rzeć tyl­ko za­rys jej bar­dzo bla­de­go po­licz­ka. Głę­bo­ko prze­ję­ty wy­szep­tał: – Ci­cho, ci­cho, ko­cha­nie! – Sło­wa te wy­mknę­ły mu się zu­peł­nie od­ru­cho­wo, gdyż uży­wał ich za­wsze po­cie­sza­jąc Hol­ly, kie­dy mia­ła ja­kieś zmar­twie­nie; po­dzia­ła­ły jed­nak na­tych­miast i wprost fa­tal­nie. Ire­na pod­nio­sła ręce do oczu, ukry­ła twarz w dło­niach i za­pła­ka­ła.

Sta­ry Jo­lyon stał pa­trząc na nią głę­bo­ko za­pa­dły­mi, star­czy­mi ocza­mi. Pa­lą­cy wstyd, któ­rym zda­wał się ją przej­mo­wać ten ob­jaw sła­bo­ści, bę­dą­cy w ta­kim kon­tra­ście z jej zwy­kłym opa­no­wa­niem i spo­ko­jem, po­zwa­lał przy­pusz­czać, że nig­dy do­tych­czas nie po­zwo­li­ła so­bie na oka­za­nie bólu w czy­jej­kol­wiek obec­no­ści.

– Ci­cho, ci­cho… Ci­cho, ci­cho! – szep­tał i wy­cią­gnąw­szy rękę do­tknął jej z sza­cun­kiem. Od­wró­ci­ła się i opar­ła na jego pier­si ręce; twarz mia­ła wciąż ukry­tą w dło­niach. Sta­ry Jo­lyon stał bez ru­chu, nie co­fa­jąc z jej ra­mie­nia swo­jej chu­dej dło­ni. Niech się wy­pła­cze – to jej do­brze zro­bi! A pies Bal­ta­zar, zdu­mio­ny, przy­siadł przy­glą­da­jąc się im.

Okno było wciąż otwar­te i sto­ry nie za­su­nię­te, tak że ostat­nie bla­ski dnia mie­sza­ły się ze sła­bym świa­tłem lam­py. Z ze­wnątrz na­pły­wał za­pach świe­żo sko­szo­nej tra­wy. Do­świad­cze­nie dłu­gie­go ży­cia do­ra­dzi­ło sta­re­mu Jo­lyono­wi, by mil­czał. Na­wet naj­ser­decz­niej­szy ból w koń­cu spły­nie ze łza­mi. Tyl­ko czas le­czy smu­tek – czas, któ­ry wi­dzi, jak ko­lej­no mija każ­dy ból, każ­de wzru­sze­nie; czas, któ­ry nie­sie od­po­czy­nek. Przy­szedł mu na myśl wer­set: „Jako spra­gnio­ny je­leń łak­nie rzeź­wo­ści fal rzecz­nych” – ale sło­wa te nie mia­ły tu za­sto­so­wa­nia. Po­tem, czu­jąc za­pach fioł­ków, zmiar­ko­wał, że Ire­na ocie­ra łzy. Wy­cią­gnął szy­ję, przy­ci­snął wąsy do jej czo­ła i uczuł, że ca­łym jej cia­łem wstrzą­sa drże­nie, jak drży drze­wo otrzą­sa­ją­ce się z kro­pel desz­czu. Pod­nio­sła jego rękę do ust, jak­by mó­wiąc: „Już prze­szło! Wy­bacz mi!”

Po­ca­łu­nek jej na­peł­nił go dziw­ną ra­do­ścią. Po­pro­wa­dził Ire­nę z po­wro­tem na po­przed­nio zaj­mo­wa­ne miej­sce. A pies Bal­ta­zar, dą­żąc za nimi krok w krok, zło­żył u jej stóp kość z obia­do­we­go sznyc­la.

Pra­gnąc jak naj­prę­dzej za­trzeć w pa­mię­ci Ire­ny to wzru­sze­nie, uznał za naj­wła­ściw­sze za­jąć uwa­gę go­ścia por­ce­la­ną. Prze­cho­dząc więc po­wo­li od ga­blot­ki do ga­blot­ki, wyj­mo­wał ko­lej­no na­byt­ki z Dre­zna, Lo­we­stoft oraz Chel­sea i ob­ra­cał je na wszyst­kie stro­ny chu­dy­mi, po­kry­ty­mi sie­cią żył rę­ko­ma, któ­rych z lek­ka pla­mi­sta skó­ra świad­czy­ła o po­su­nię­tym wie­ku.

– Ku­pi­łem to u Job­so­na – mó­wił. – Kosz­to­wa­ło trzy­dzie­ści fun­tów. To bar­dzo sta­ra rzecz. Ten pies roz­cią­ga ko­ści po ca­łym domu. Waz­kę okrę­to­wą wy­ło­wi­łem, kie­dy zbio­ry tego sta­re­go utra­cju­sza mar­ki­za po­szły pod mło­tek. Ale ty pew­nie tego nie pa­mię­tasz. Tu mam ład­ny okaz z Chel­sea. A to, jak ci się zda­je, co to może być?

I był rad, gdyż czuł, że ona, któ­ra ma tyle do­bre­go sma­ku, in­te­re­su­je się na­praw­dę jego zbio­ra­mi, a nie ma lep­sze­go środ­ka na uspo­ko­je­nie ner­wów niż wąt­pli­wej au­ten­tycz­no­ści por­ce­la­na.

Kie­dy wresz­cie dał się sły­szeć zgrzyt kół po­wo­zu, Jo­lyon rzekł:

– Mu­sisz tu znów przy­je­chać. Przy­jedź na lunch, wte­dy będę ci mógł po­ka­zać wszyst­ko przy świe­tle dzien­nym i zo­ba­czysz moją małą, słod­ką dzie­wecz­kę – ko­cha­ne dziec­ko. Ten pies po­lu­bił cię od razu.

Bal­ta­zar bo­wiem czu­jąc, że Ire­na ma od­je­chać, ocie­rał się o jej nogę. Od­pro­wa­dza­jąc Ire­nę na ga­nek Jo­lyon po­wie­dział:

– Bę­dziesz na miej­scu w go­dzi­nę i kwa­drans. Weź to dla two­ich pro­tégées2 – i wsu­nął jej w rękę czek na pięć­dzie­siąt fun­tów. Zo­ba­czył jak oczy jej roz­bły­sły, usły­szał szept: – Och, stry­ju Jo­lyonie! – i ser­ce jego za­bi­ło praw­dzi­wą ra­do­ścią. Ozna­cza­ło to pew­ne wspar­cie dla jed­nej lub paru bie­da­czek, a jed­no­cze­śnie za­po­wiedź, że ona przy­je­dzie tu zno­wu. Raz jesz­cze po­dał jej rękę przez okno po­wo­zu. Po­wóz ru­szył. Jo­lyon stał pa­trząc na księ­życ i cie­nie drzew i my­ślał: „Jaka pięk­na noc! Ona!…”

II

Dwa dni desz­czu i usta­li­ła się cie­pła, sło­necz­na, praw­dzi­wie let­nia po­go­da. Sta­ry Jo­lyon spa­ce­ro­wał i ga­wę­dził z Hol­ly. Naj­pierw trzy­mał się pro­ściej i czuł się pe­łen no­wej ener­gii, po­tem stał się nie­spo­koj­ny. Pra­wie każ­de­go po­po­łu­dnia szli do za­gaj­ni­ka i wę­dro­wa­li aż do zwa­lo­ne­go pnia. „Ba, nie ma jej tu­taj! – my­ślał. – Na­tu­ral­nie, że nie ma!” I czuł się za­raz słab­szy, i po­włó­czył nogą idąc pod górę ku do­mo­wi, i przy­ci­skał ręką lewy bok. Od cza­su do cza­su ła­pał się na my­śli: „Czy ona tu była, czy też mi się to tyl­ko śni­ło?” – i pa­trzył przed sie­bie, a pies Bal­ta­zar wpa­try­wał się w nie­go. Na pew­no nie przy­je­dzie już po raz dru­gi! Otwo­rzył li­sty z Hisz­pa­nii z mniej­szym za­in­te­re­so­wa­niem. Nie po­wró­cą przed lip­cem; rzecz dziw­na, nie prze­jął się tym. Co dzień przy obie­dzie zwra­cał oczy ku miej­scu, gdzie Ire­na sie­dzia­ła, i wpa­try­wał się w nie prze­ni­kli­wie. Nie było jej tam, więc znów od­wra­cał oczy.

Siód­me­go dnia po jej wi­zy­cie po­my­ślał: „Mu­szę po­je­chać do mia­sta i ku­pić so­bie buty.” Za­wo­łał Be­aco­na i ka­zał za­kła­dać ko­nie. Mię­dzy Put­ney a Hyde Park przy­szło mu do gło­wy: „Mógł­bym rów­nie do­brze po­je­chać do Chel­sea i od­wie­dzić ją.” Wy­chy­lił się i rzu­cił stan­gre­to­wi:

– Pro­szę mnie za­wieźć tam, gdzie wy­sia­dła owa dama.

Stan­gret od­wró­cił się na koź­le, uka­zu­jąc swą sze­ro­ką czer­wo­ną twarz, i z jego jędr­nych warg pa­dło py­ta­nie:

– Dama sza­ro ubra­na, ja­śnie pa­nie?

– Tak, dama sza­ro ubra­na!

Czy były ja­kie inne damy? Cóż za bał­wan!

Po­wóz za­je­chał przed mały trzy­pię­tro­wy dom, sto­ją­cy tro­chę da­lej od brze­gu rze­ki. Okiem prak­ty­ka sta­ry Jo­lyon oce­nił, iż miesz­ka­nia w tym domu mu­szą być ta­nie. „Chy­ba oko­ło sześć­dzie­się­ciu fun­tów rocz­nie” – osą­dził. Wszedł i po­szu­kał spi­su lo­ka­to­rów. Na­zwi­ska „For­sy­te” nie zna­lazł, ale obok słów „Pierw­sze pię­tro, miesz­ka­nie C” wid­nia­ło; „Pani Ire­na He­ron”. Aha! Po­wró­ci­ła do swe­go pa­nień­skie­go na­zwi­ska! To mu się spodo­ba­ło – sam nie wie­dział dla­cze­go. Wcho­dził po scho­dach po­wo­li, czu­jąc znów ból w le­wym boku. Nim za­dzwo­nił, po­stał chwi­lę przed drzwia­mi cze­ka­jąc, aż przej­dzie uczu­cie uci­sku i bi­cie ser­ca. A je­śli jej nie za­sta­nie w domu? Bę­dzie ku­po­wać buty. Miła per­spek­ty­wa! Po co mu buty w jego wie­ku? Nie mógł ze­drzeć tych, któ­re miał.

– Czy pani w domu?

– Tak, pro­szę pana.

– Pro­szę po­wie­dzieć, że przy­szedł pan Jo­lyon For­sy­te.

– Do­brze, pro­szę pana, pan po­zwo­li tędy.

Sta­ry Jo­lyon, pro­wa­dzo­ny przez bar­dzo mło­dą słu­żą­cą – nie mo­gła mieć wię­cej niż szes­na­ście lat – wszedł do bar­dzo ma­łe­go sa­lo­ni­ku z za­pusz­czo­ny­mi ża­lu­zja­mi w oknach. Sta­ło tam małe pia­ni­no, poza tym pra­wie nic; tyl­ko nie­okre­ślo­ny, de­li­kat­ny za­pach uno­sił się w po­wie­trzu i do­bry smak bił z każ­de­go naj­drob­niej­sze­go szcze­gó­łu. Jo­lyon stał po­środ­ku po­ko­ju z cy­lin­drem w ręku i my­ślał: „Źle jej się musi po­wo­dzić!” W lu­strze nad ko­min­kiem zo­ba­czył swo­je od­bi­cie. Sta­ro wy­glą­da, ani sło­wa! Usły­szał sze­lest i od­wró­cił się. Sta­ła przy nim tak bli­sko, że wą­sa­mi nie­mal mu­skał jej czo­ło u na­sa­dy prze­ty­ka­nych srebr­ny­mi nit­ka­mi wło­sów.

– Przy­je­cha­łem do mia­sta – rzekł. – Przy­szło mi na myśl, by wstą­pić do cie­bie i do­wie­dzieć się, jak się czu­jesz po wy­ciecz­ce na wieś.

Wi­dząc, że Ire­na się uśmie­cha, do­znał na­gle wiel­kiej ulgi. Była mu chy­ba na­praw­dę rada.

– Może wło­żysz ka­pe­lusz, to po­je­dzie­my na spa­cer do Par­ku?

Ale gdy po­szła wło­żyć ka­pe­lusz, za­sę­pił się. Do Par­ku! A Ja­mes i Emi­lia! Mi­ko­ła­jo­wa lub kto inny z jego ko­cha­nej ro­dzin­ki znaj­dzie się tam nie­za­wod­nie, pa­ra­du­ją prze­cież cią­gle po Par­ku! A po­tem będą strzę­pi­li so­bie ję­zy­ki opo­wia­da­jąc na wszyst­kie stro­ny, że go wi­dzie­li z Ire­ną. Le­piej nie! Wca­le nie ma ocho­ty wskrze­szać ech prze­szło­ści na Gieł­dzie For­sy­te­ów. Zdjął bia­ły włos z wy­ło­gu za­pię­te­go pod szy­ję tu­żur­ka, mu­snął ręką po­licz­ki, wąsy i kwa­dra­to­wą szczę­kę. Czuł, że po­licz­ki ma bar­dzo za­pa­dłe. To praw­da, nie ja­dał wie­le ostat­ni­mi cza­sy – musi po­pro­sić tego nie­zno­śne­go za­ro­zu­mial­ca, któ­ry le­czy Hol­ly, by mu za­pi­sał coś na wzmoc­nie­nie. Ale oto Ire­na już wró­ci­ła, a kie­dy wsie­dli do po­wo­zu, po­wie­dział:

– Może le­piej po­je­dzie­my i usią­dzie­my w Ken­sing­ton Gar­dens? – i do­dał mru­żąc po­ro­zu­mie­waw­czo oko: – Nie bę­dzie tam tego pa­ra­do­wa­nia na po­kaz – jak­by mo­gła wie­dzieć, co ma na my­śli.

Wy­siadł­szy z po­wo­zu uda­li się do nie uczęsz­cza­nych czę­ści par­ku i ru­szy­li spa­cer­kiem ku wo­dzie.

– Po­wró­ci­łaś do twe­go pa­nień­skie­go na­zwi­ska–po­wie­dział. – To mnie nie razi.

Wsu­nę­ła mu rękę pod ra­mię.

– Czy June prze­ba­czy­ła mi, stry­ju Jo­lyonie?

Od­po­wie­dział ła­god­nie:

– Tak… tak. Na­tu­ral­nie, cze­muż­by nie!

– A stryj?

– Ja? Prze­ba­czy­łem ci od razu, gdy prze­ko­na­łem się, jak spra­wa na­praw­dę wy­glą­da. – I może było tak rze­czy­wi­ście. Jo­lyon skłon­ny był za­wsze prze­ba­czać temu, co pięk­ne.

Wy­rwa­ło się jej głę­bo­kie wes­tchnie­nie.

– Ja nig­dy nie ża­ło­wa­łam. Nie mo­głam. Czy stryj ko­chał kie­dy bar­dzo moc­no, stry­ju Jo­lyonie?

Na to dziw­ne py­ta­nie sta­ry Jo­lyon za­pa­trzył się w prze­strzeń. Czy ko­chał? Nie przy­po­mi­nał so­bie. Nie chciał jed­nak przy­znać się do tego owej mło­dej ko­bie­cie, któ­rej ręka spo­czy­wa­ła na jego ra­mie­niu, ko­bie­cie, któ­rej ży­cie jak­by za­sty­gło w krę­gu wspo­mnień o tra­gicz­nej mi­ło­ści. I po­my­ślał: „Gdy­bym spo­tkał cie­bie, kie­dy by­łem mło­dy, no!… Pew­no i ja stra­cił­bym dla cie­bie gło­wę!” I szu­kał ja­kie­goś ogól­ni­ka, ja­kiejś wy­mi­ja­ją­cej od­po­wie­dzi.

– Mi­łość to dzi­wacz­na rzecz – stwier­dził – czę­sto bywa nie­bez­piecz­na. To Gre­cy, praw­da? Zro­bi­li z niej bo­gi­nię. Są­dzę, że mie­li ra­cję, ale oni żyli w Zło­tym Wie­ku.

– Fil ich uwiel­biał.

Fil! Sło­wo to wstrzą­snę­ło nim, gdyż na­gle – z wła­ści­wą mu zdol­no­ścią przej­rze­nia na wskroś sy­tu­acji – zro­zu­miał, dla­cze­go ona lubi jego to­wa­rzy­stwo. Chce mó­wić z nim o swym ko­chan­ku! Ba! Je­śli to jej tyl­ko może spra­wić przy­jem­ność! I od­parł:

– Ach tak! Zda­je mi się, że miał w so­bie coś z rzeź­bia­rza.

– Tak. Był roz­mi­ło­wa­ny w rów­no­wa­dze i sy­me­trii. Ce­nił Gre­ków za to, że tak ca­łym ser­cem byli od­da­ni sztu­ce.

Rów­no­wa­ga! Chło­pak nie miał w so­bie za grosz rów­no­wa­gi, je­śli do­brze pa­mię­ta. Co zaś do sy­me­trii – był nie­źle zbu­do­wa­ny, to praw­da; ale te jego dziw­ne oczy i wy­dat­ne ko­ści po­licz­ko­we… Sy­me­tria?

– Stryj tak­że jest ze Zło­te­go Wie­ku, stry­ju Jo­lyonie.

Sta­ry Jo­lyon spoj­rzał na nią. Czy kpi so­bie z nie­go? Nie, oczy jej były mięk­kie, ak­sa­mit­ne. Czy chce mu po­chle­bić? Je­śli tak, to dla­cze­go? Cóż jej mo­gło za­le­żeć na tak sta­rym jak on czło­wie­ku?

– Fil tak my­ślał. Mó­wił mi nie­raz: „Ale ja nie po­tra­fię po­wie­dzieć mu, że go po­dzi­wiam”.

Aha! Ona znów swo­je. Wciąż wra­ca do zmar­łe­go ko­chan­ka. Pra­gnie o nim mó­wić! I przy­ci­snął jej ra­mię, przyj­mu­jąc te wspo­mnie­nia na poły z nie­chę­cią, na poły z wdzięcz­no­ścią, gdyż zda­wał so­bie spra­wę, że sta­no­wią moc­ne, łą­czą­ce ich ogni­wo.

– Był bar­dzo uta­len­to­wa­nym mło­dym czło­wie­kiem – bąk­nął. – Ależ upał! Ostat­nio je­stem wraż­li­wy na go­rą­co. Siądź­my tu­taj.

Za­ję­li dwa krze­sła pod drze­wem orze­cho­wym, któ­re­go sze­ro­kie li­ście za­kry­wa­ły ich przed pro­mien­ną i peł­ną spo­ko­ju świa­tło­ścią po­po­łu­dnia. Jak przy­jem­nie tak sie­dzieć, ob­ser­wo­wać Ire­nę i czuć, że ona lubi z nim prze­by­wać. I chcąc, je­śli to moż­li­we, wzmoc­nić tę sym­pa­tię, po­wie­dział:

– Zda­je mi się, że zna­łaś go ze stro­ny, od któ­rej ja nie mia­łem spo­sob­no­ści go po­znać. Doj­rza­łaś w nim to, co w nim było naj­lep­sze­go. Jego po­glą­dy na sztu­kę były dla mnie co­kol­wiek… nowe. – Jo­lyon ugryzł się w ję­zyk, aby nie po­wie­dzieć: „dzi­wacz­ne”.

– Tak. Ale on mó­wił, że stryj ma praw­dzi­we po­czu­cie pięk­na.

Sta­ry Jo­lyon po­my­ślał: „Baj­ki”, ale od­po­wie­dział mru­żąc oko:

– Ba, mu­szę je mieć, sko­ro tu sie­dzę z tobą.

Była cza­ru­ją­ca, gdy się tak uśmie­cha­ła ocza­mi!

– Mó­wił, że stryj ma jed­no z tych serc, któ­re się nig­dy nie sta­rze­ją. Fil był na­praw­dę prze­ni­kli­wy.

Nie dał się ani odro­bi­nę otu­ma­nić tym do­by­wa­nym z prze­szło­ści po­chleb­stwem, któ­re­go źró­dłem była jej chęć mó­wie­nia o zmar­łym ko­chan­ku, a jed­nak czuł się uję­ty tym kom­ple­men­tem, po­nie­waż wi­dok Ire­ny miły był jego oczom, a ona sama miła jego ser­cu, któ­re – to praw­da! – wca­le się nie ze­sta­rza­ło, Lecz czy nie sta­ło się tak dla­te­go, że – w prze­ci­wień­stwie do niej sa­mej i jej zmar­łe­go ko­chan­ka – nig­dy nie sza­lał z mi­ło­ści, za­wsze za­cho­wy­wał rów­no­wa­gę we­wnętrz­ną i po­czu­cie sy­me­trii? Ba! Dzię­ki temu ma­jąc osiem­dzie­siąt pięć lat mógł po­dzi­wiać pięk­no. I my­ślał: „Gdy­bym był ma­la­rzem albo rzeź­bia­rzem! Ale ja je­stem star­cem. Trze­ba uży­wać świa­ta, póki słu­żą lata”.

Trzy­ma­ją­ca się pod rękę para prze­szła po mu­ra­wie tuż za krę­giem cie­nia rzu­ca­ne­go przez drze­wo, pod któ­rym sie­dzie­li. Słoń­ce z ca­łym okru­cień­stwem oświe­ca­ło bla­de, zmię­te, nie­chluj­ne mło­de twa­rze.

– Jaka z nas brzyd­ka rasa! – rzekł na­gle sta­ry Jo­lyon. – Zdu­mie­wa mnie, gdy wi­dzę, jak mi­łość trium­fu­je nad ta­ki­mi jak ci tu­taj.

– Mi­łość trium­fu­je nad wszyst­kim!

– Tak my­ślą mło­dzi – mruk­nął.

– Mi­łość nie zna wie­ku, gra­nic ani śmier­ci.

Z fa­lu­ją­cy­mi pier­sia­mi, z ża­rem na bla­dej twa­rzy i wiel­ki­mi, ciem­ny­mi, ak­sa­mit­ny­mi oczy­ma przy­po­mi­na­ła We­nus, We­nus żywą! Ale ten wy­bryk my­śli wy­wo­łał na­tych­mia­sto­wą re­ak­cję i Jo­lyon mru­gnąw­szy okiem, rzekł:

– Hm, gdy­by nie była bez­gra­nicz­na, nie war­to by nam się było ro­dzić, bo, do li­cha! nie­jed­no trze­ba znieść na tym świe­cie.

Zdjąw­szy cy­lin­der otarł go rę­ka­wem. Od tego wiel­kie­go, nie­zgrab­ne­go na­kry­cia gło­wy po­ci­ło mu się czo­ło. Ostat­ni­mi cza­sy krew czę­sto ude­rza­ła mu do gło­wy. Tak, tak, obieg krwi szwan­ku­je; już nie to, co za mło­du.

Ire­na sie­dzia­ła pa­trząc wciąż pro­sto przed sie­bie i na­gle wy­szep­ta­ła:

– To dziw­ne, że j a żyję.

Przy­szły mu na myśl sło­wa Jo: „błęd­na i nie­przy­tom­na”.

– Ach! – rzekł. – Mój syn wi­dział cię przez chwi­lę… tam­te­go dnia.

– To był syn stry­ja? Usły­sza­łam ja­kiś głos w hal­lu, my­śla­łam przez chwi­lę, że to Fil.

Sta­ry Jo­lyon spo­strzegł, że usta jej za­drża­ły. Do­tknę­ła ich pal­ca­mi, po czym cof­nę­ła rękę i cią­gnę­ła spo­koj­nie:

– Tej nocy po­szłam na brzeg Ta­mi­zy. Ja­kaś ko­bie­ta zła­pa­ła mnie za suk­nię i opo­wie­dzia­ła o so­bie. Kie­dy czło­wiek do­wia­du­je się, co inni cier­pią, czu­je się za­wsty­dzo­ny.

– Jed­na z  t   y   c   h?

Ski­nę­ła gło­wą, a sta­re­go Jo­lyona zdję­ła zgro­za, ta zgro­za, któ­rej do­zna­je ów, kto nig­dy nie zma­gał się z roz­pa­czą. Mimo woli wy­szep­tał:

– Po­wiedz mi, czy chcia­łaś?

– Było mi wszyst­ko jed­no, czy umrę, czy będę żyła. Ale kie­dy czło­wiek za­szedł już tak da­le­ko, prze­zna­cze­nie prze­sta­je go po­py­chać ku śmier­ci. Przez trzy dni opie­ko­wa­ła się mną, nie zo­sta­wia­ła mnie sa­mej ani na chwi­lę. Nie mia­łam pie­nię­dzy. Dla­te­go ro­bię dla nich te­raz wszyst­ko, co mogę.

Ale sta­ry Jo­lyon my­ślał: „Bez pie­nię­dzy!” Cóż może być gor­sze­go? Wszyst­ko się w tym kry­je.

– Był­bym rad, gdy­byś się do mnie zwró­ci­ła – po­wie­dział. – Cze­muś tego nie zro­bi­ła?

Ire­na nie od­po­wie­dzia­ła.

– Dla­te­go, że na­zy­wam się For­sy­te, tak? Czy też ze wzglę­du na June? Jak­że ci się te­raz po­wo­dzi? – Bez­wied­nie ob­rzu­cił ją wzro­kiem od stóp do gło­wy. Być może, na­wet te­raz. A jed­nak nie jest chu­da. Nie, nie!

– Oh! Mam rocz­nie pięć­dzie­siąt fun­tów i to mi zu­peł­nie wy­star­cza. Od­po­wiedź ta nie uspo­ko­iła go, stra­cił za­ufa­nie. A ten łaj­dak Soa – mes!… Ale po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści nie po­zwo­li­ło mu go po­tę­pić. Na pew­no Ire­na wo­la­ła­by umrzeć, niż przy­jąć choć­by jed­ne­go pen­sa od  n i e g o. Mimo że wy­glą­da tak ła­god­nie, musi się w niej kryć ja­kaś siła – siła i wier­ność. Ale żeby ten mło­dy Bo­sin­ney tak zgi­nął i zo­sta­wił ją w ta­kich ta­ra­pa­tach!

– Te­raz mu­sisz się do mnie zwra­cać – po­wie­dział – z wszyst­ki­mi two­imi po­trze­ba­mi, je­śli nie chcesz zro­bić mi wiel­kiej przy­kro­ści. – I wkła­da­jąc ka­pe­lusz wstał. – Chodź­my na­pić się her­ba­ty. Po­wie­dzia­łem temu le­nio­wi, żeby za­trzy­mał się gdzie z koń­mi na go­dzi­nę i za­je­chał po mnie przed two­je miesz­ka­nie. Weź­mie­my te­raz do­roż­kę, nie mogę już cho­dzić tak jak daw­niej.

Cie­szył go ten spa­cer do koń­ca pro­me­na­dy Ken­sing­to­nu – dźwięk jej gło­su, jej spoj­rze­nia, sub­tel­ne pięk­no cza­ru­ją­cej po­sta­ci, któ­ra kro­czy­ła u jego boku. Cie­szy­ła go her­ba­ta u Ruf­fe­la na High Stre­et, skąd wy­szedł z wiel­kim pu­dłem cze­ko­la­dek, któ­re niósł ko­ły­sząc na ma­łym pal­cu. W do­sko­na­łym hu­mo­rze, pa­ląc cy­ga­ro, wra­ca­li do­roż­ką do Chel­sea. Obie­ca­ła przy­je­chać na wieś w na­stęp­ną nie­dzie­lę i zno­wu grać dla nie­go; w my­śli zry­wał już goź­dzi­ki i wcze­sne róże, by je za­bra­ła do mia­sta. To praw­dzi­wa ra­dość spra­wić jej odro­bi­nę przy­jem­no­ści, je­śli tyl­ko taki sta­rzec jak on mógł jej zro­bić przy­jem­ność! Po­wóz stał już przed jej do­mem, kie­dy tam przy­by­li. Moż­na się było tego spo­dzie­wać po tym dra­bie, któ­ry się za­wsze spóź­nia, gdy jest rze­czy­wi­ście po­trzeb­ny! Sta­ry Jo­lyon wszedł na chwi­lę, by się po­że­gnać. Mały ciem­ny przed­po­kój miesz­kan­ka pe­łen był przy­kre­go za­pa­chu pa­czu­li; na ław­ce pod ścia­ną – je­dy­nym me­blu, któ­ry tam stał – ktoś sie­dział. Usły­szał, jak Ire­na po­wie­dzia­ła ci­cho: – Za chwil­kę. – W ma­łym sa­lo­ni­ku, gdy drzwi się za nimi za­mknę­ły, spy­tał po­waż­nie:

– Jed­na z two­ich pro­tégées?

– Tak. Te­raz, dzię­ki stry­jo­wi, mogę jej tro­chę po­móc.

Stał utkwiw­szy wzrok w je­den punkt i gła­dził się po bro­dzie, któ­rej twar­dy za­rys przej­mo­wał kie­dyś lu­dzi lę­kiem. Myśl, że Ire­na sty­ka się te­raz z owy­mi od­trą­co­ny­mi przez spo­łe­czeń­stwo bie­dacz­ka­mi, za­smu­ca­ła go i prze­ra­ża­ła. Cóż mo­gła dla nich uczy­nić? Nic. Tyl­ko zbru­kać się sama i na­ro­bić so­bie kło­po­tów. Po­wie­dział więc:

– Bądź ostroż­na, moja dro­ga! Świat tłu­ma­czy so­bie wszyst­ko jak naj­go­rzej.

– Wiem o tym.

Zmie­szał go jej spo­koj­ny uśmiech.

– A więc do nie­dzie­li – po­że­gnał ją szep­tem. – Do wi­dze­nia!

Nad­sta­wi­ła mu po­li­czek do po­ca­łun­ku.

– Do wi­dze­nia! – po­wtó­rzył. – Uwa­żaj na sie­bie.

Po czym wy­szedł nie pa­trząc w stro­nę sie­dzą­cej na ław­ce po­sta­ci. Po­je­chał przez Ham­mer­smith, aby wstą­pić do zna­ne­go so­bie skła­du win, gdzie ka­zał po­słać Ire­nie dwa tu­zi­ny naj­lep­sze­go bur­gun­da, jaki mie­li. Mo­gła cza­sem po­trze­bo­wać cze­goś dla wzmoc­nie­nia! Do­pie­ro w Rich­mond Park przy­po­mniał so­bie, że po­je­chał do mia­sta, aby ku­pić buty, i zdzi­wił się, że mógł mu przyjść do gło­wy tak nie­mą­dry po­mysł.

III

Małe dusz­ki prze­szło­ści, któ­re zwy­kle tłum­ną ciż­bą ota­cza­ją sta­rych lu­dzi, nig­dy mniej nie na­przy­krza­ły się Jo­lyono­wi jak w cią­gu sie­dem­dzie­się­ciu go­dzin dzie­lą­cych go od nie­dzie­li. Zja­wił się na­to­miast duch przy­szło­ści wa­biąc go uro­kiem tego, co nie­zna­ne. Sta­ry Jo­lyon nie był już nie­spo­koj­ny i nie wę­dro­wał nie­ustan­nie do pnia, po­nie­waż  o n a   m i a ł a   p r z y b y ć   n a   l u n c h. Za­pro­sze­nie ta­kie w cu­dow­ny spo­sób prze­są­dza o od­wie­dzi­nach i usu­wa masę wąt­pli­wo­ści, gdyż tyl­ko ze wzglę­dów nie­za­leż­nych od sie­bie nie przy­by­wa się na pro­szo­ny po­si­łek. Grał z Hol­ly wie­le par­tii kry­kie­ta na ga­zo­nie, rzu­ca­jąc jej pił­kę, a Hol­ly wpra­wia­ła się w tra­fia­nie, chcąc grać z Jol­lym pod­czas fe­rii. Bo choć Hol­ly nie była ty­po­wą For­syt­ką, Jol­ly był przed­sta­wi­cie­lem swe­go rodu – a For­sy­te­owie nig­dy nie chy­bia­ją celu, póki nie wy­co­fa­ją się z ży­cia i nie do­ży­ją lat osiem­dzie­się­ciu pię­ciu. Pies Bal­ta­zar po­ma­gał kła­dąc się na pił­ce, ile­kroć jej do­padł, a po­słu­gu­ją­cy chło­pak bie­gał za nią, aż po­czer­wie­niał jak pi­wo­nia. Po­nie­waż co­raz mniej cza­su po­zo­sta­wa­ło do nie­dzie­li, każ­dy dzień wy­da­wał się Jo­lyono­wi dłuż­szy i zło­cist­szy niż po­przed­ni. W pią­tek wziął na noc pi­guł­kę prze­ciw bó­lom wą­tro­bo­wym, gdyż bok mu do­le­gał, a choć ból miał sie­dli­sko z prze­ciw­nej stro­ny, niż leży wą­tro­ba, nie znał lep­sze­go środ­ka niż ta pi­guł­ka. Gdy­by mu kto od­wa­żył się po­wie­dzieć, iż zna­lazł nową pod­nie­tę w ży­ciu i że ta pod­nie­ta źle wpły­wa na jego zdro­wie, na­ra­ził­by się na jed­no z upar­tych i pra­wie wy­zy­wa­ją­cych spoj­rzeń sta­lo­wo­sza­rych, głę­bo­ko za­pa­dłych oczu, któ­re zda­wa­ły się mó­wić: „Już ja wiem naj­le­piej, co mi trze­ba.” Za­wsze to wie­dział i za­wsze bę­dzie wie­dział.

W nie­dzie­lę rano, gdy Hol­ly z gu­wer­nant­ką po­szła do ko­ścio­ła, od­wie­dził grząd­ki tru­ska­wek, któ­re w to­wa­rzy­stwie psa Bal­ta­za­ra skru­pu­lat­nie przej­rzał; uda­ło mu się zna­leźć co naj­mniej dwa tu­zi­ny zu­peł­nie doj­rza­łych owo­ców. Na­chy­la­nie się za­wsze źle mu ro­bi­ło, krew mu na­pły­nę­ła do twa­rzy i po­czuł lek­ki za­wrót gło­wy. Uło­żyw­szy tru­skaw­ki w sa­la­ter­ce, któ­rą po­sta­wił na sto­le, ob­mył ręce i wy­tarł czo­ło wodą ko­loń­ską. W lu­strze do­strzegł, że schudł. A jaką „trzcin­ką” był w mło­do­ści! To przy­jem­nie być smu­kłym – nie zno­sił gru­ba­sów; a mimo to po­licz­ki ma już chy­ba  z b y t chu­de! Ona obie­ca­ła przy­je­chać po­cią­giem o pół do pierw­szej i przyjść pie­szo. Bę­dzie szła dro­gą obok far­my Gage’a, a po­tem za­gaj­ni­kiem. Zaj­rzaw­szy do po­ko­ju June, aby się prze­ko­nać, czy przy­go­to­wa­no go­rą­cą wodę, wy­ru­szył na spo­tka­nie nie śpie­sząc się, bo ser­ce mu biło. W po­wie­trzu uno­si­ła się słod­ka woń, skow­ron­ki śpie­wa­ły i wi­dać było Wiel­ką Try­bu­nę w Ep­som. Cu­dow­ny dzień! W taki wła­śnie dzień, sześć lat temu, So­ames przy­wiózł tu mło­de­go Bo­sin­neya, aby obej­rzał te­ren pod bu­do­wę. To Bo­sin­ney – jak nie­jed­no­krot­nie mó­wi­ła dziad­ko­wi June – wy­brał do­kład­ne miej­sce, gdzie dom miał sta­nąć. W cią­gu kil­ku ostat­nich dni sta­ry Jo­lyon my­ślał dużo o tym mło­dym czło­wie­ku, jak gdy­by duch jego rze­czy­wi­ście na­wie­dzał te­ren ostat­niej bu­do­wy w na­dziei, że może j ą tam uj­rzy. Bo­sin­ney – je­dy­ny męż­czy­zna, któ­ry po­sia­dał jej ser­ce, któ­re­mu z unie­sie­niem od­da­ła sie­bie całą! W wie­ku Jo­lyona nie moż­na oczy­wi­ście wy­obra­zić so­bie ta­kich rze­czy, ale drą­ży­ło go dzi­wacz­ne, nie­ja­sne cier­pie­nie – rzekł­byś, wid­mo nie­oso­bi­stej za­zdro­ści, i inne, szla­chet­niej­sze uczu­cie – li­tość nad tą mi­ło­ścią, któ­ra trwa­ła tak krót­ko. Za­le­d­wie parę mar­nych mie­się­cy! Ha, cóż! Wcho­dząc do za­gaj­ni­ka spoj­rzał na ze­ga­rek – za­le­d­wie kwa­drans po dwu­na­stej, dwa­dzie­ścia pięć mi­nut ocze­ki­wa­nia! Po­tem zaś, wy­szedł­szy spo­za za­krę­tu ścież­ki, zo­ba­czył Ire­nę w tym sa­mym miej­scu, co za pierw­szym ra­zem, na oba­lo­nym pniu, i zro­zu­miał, że mu­sia­ła przy­je­chać wcze­śniej­szym po­cią­giem, aby po­sie­dzieć tu sa­mot­nie co naj­mniej dwie go­dzi­ny. Dwie go­dzi­ny w jej to­wa­rzy­stwie – stra­co­ne! Co za wspo­mnie­nie czy­ni­ło jej ten pień tak dro­gim? Na twa­rzy jego od­ma­lo­wa­ło się, co my­ślał, gdyż po­wie­dzia­ła na­tych­miast:

– Wy­bacz mi, stry­ju Jo­lyonie. To tu­taj po raz pierw­szy zro­zu­mia­łam.

– Hm, no tak. Mo­żesz tu przyjść za­wsze, kie­dy tyl­ko ze­chcesz. Na two­im wy­glą­dzie za­nad­to znać po­byt w mie­ście. Za dużo da­jesz lek­cji.

Spra­wia­ło mu przy­krość, że mu­sia­ła da­wać lek­cje gro­ma­dzie dziew­czyn, gru­by­mi pal­ca­mi bęb­nią­cych na for­te­pia­nie gamy!

– Komu ty da­jesz te lek­cje? – spy­tał.

– Na szczę­ście prze­waż­nie w ro­dzi­nach ży­dow­skich.

Sta­ry Jo­lyon spoj­rzał z wy­ra­zem osłu­pie­nia: wszyst­kim For­sy­te­om Ży­dzi wy­da­wa­li się obcy i po­dej­rza­ni.

– Mają za­mi­ło­wa­nie do mu­zy­ki i są bar­dzo uprzej­mi.

– Do li­cha! Niech no by nie byli uprzej­mi dla cie­bie!

Wziął ją pod ra­mię – za­wsze go tro­chę bo­la­ło w boku, gdy szedł pod górę – i po­wie­dział:

– Czy wi­dzia­łaś kie­dy ta­kie ja­skry? Roz­kwi­tły w cią­gu jed­nej nocy.

Jej spoj­rze­nia zda­wa­ły się rze­czy­wi­ście fru­wać po polu, z kwia­tu na kwiat, jak psz­czo­ły zbie­ra­ją­ce miód.

– Chcia­łem, że­byś je zo­ba­czy­ła, i nie po­zwo­li­łem do­tąd pu­ścić krów na łąkę. – Po­tem, przy­po­mniaw­szy so­bie, że przy­je­cha­ła, aby mó­wić o Bo­sin­neyu, wska­zał na wie­żę z ze­ga­rem na staj­ni: – Zda­je mi się, że on nie po­zwo­lił­by mi usta­wić tu tego ze­ga­ra; nie miał po­czu­cia cza­su, o ile so­bie przy­po­mi­nam.

Lecz Ire­na, przy­ci­snąw­szy sil­niej jego ra­mię, za­miast pod­jąć ten te­mat za­czę­ła mó­wić o kwia­tach, Jo­lyon zaś zro­zu­miał, że czy­ni to dla­te­go, aby nie dać mu od­czuć, że przy­by­ła z my­ślą o zmar­łym ko­chan­ku.

– Naj­pięk­niej­szy kwiat, jaki ci mogę po­ka­zać – rzekł z pew­ne­go ro­dza­ju trium­fem – to moje małe ko­cha­nie. Za­raz wró­ci z ko­ścio­ła. Jest w niej coś, co mi tro­chę przy­po­mi­na cie­bie. – Nie wy­da­wa­ło mu się przy tym dziw­ne, że po­wie­dział tak wła­śnie, a nie: „Jest w to­bie coś, co mi ją tro­chę przy­po­mi­na.” – Ach! Oto i ona!

Spod dębu bie­gła ku nim Hol­ly, a w ślad za nią śpie­szy­ła gu­wer­nant­ka, Fran­cuz­ka, oso­ba star­sza, cier­pią­ca na za­bu­rze­nia żo­łąd­ko­we, któ­rych na­ba­wi­ła się przed dwu­dzie­stu dwo­ma laty pod­czas ob­lę­że­nia Stras­bur­ga. Dziew­czyn­ka za­trzy­ma­ła się o ja­kie dwa­na­ście kro­ków, gła­dząc Bal­ta­za­ra i uda­jąc, iż to było jej je­dy­nym ce­lem. Sta­ry Jo­lyon, któ­ry wie­dział, o co cho­dzi, za­wo­łał ją:

– Po­patrz, ko­cha­nie, oto „sza­ra pani”, któ­rą ci obie­ca­łem.

Hol­ly wy­pro­sto­wa­ła się i pod­nio­sła głów­kę. Ob­ser­wo­wał je obie, fi­lu­ter­nie mru­żąc oko. Ire­na uśmie­cha­ła się, Hol­ly pa­trzy­ła ba­daw­czo, bar­dzo po­waż­nie, po­tem rów­nież uśmiech­nę­ła się nie­śmia­ło, aż wresz­cie w spoj­rze­niu jej za­bły­sło coś głęb­sze­go. To dziec­ko ma po­czu­cie pięk­na, wy­czu­wa jego war­tość! Spra­wi­ło mu przy­jem­ność, gdy się po­ca­ło­wa­ły.

– Pani He­ron, mam’zel­le Be­au­ce. Jak­że, mam’zel­le, do­bre było ka­za­nie?

Te­raz bo­wiem, kie­dy nie­wie­le ży­cia mu już po­zo­sta­ło, ta je­dy­na część na­bo­żeń­stwa do­ty­czą­ca rze­czy tego świa­ta po­chła­nia­ła resz­tę za­in­te­re­so­wań spra­wa­mi ko­ścio­ła, ja­kie jesz­cze za­cho­wał. Mam’zel­le Be­au­ce wy­cią­gnę­ła pa­ją­ko­wa­tą dłoń ob­cią­gnię­tą czar­ną, skór­ko­wą rę­ka­wicz­ką – była gu­wer­nant­ką w naj­lep­szych ro­dzi­nach – a jej żół­ta­wa, dłu­ga twarz i po­sęp­ne oczy zda­wa­ły się py­tać: „Czy je­steś do­brze wy­cho­wa­na?” Ile­kroć dzie­ci, Hol­ly albo Jol­ly, uczy­ni­ły coś, co się jej nie po­do­ba­ło, a to zda­rza­ło się czę­sto, mó­wi­ła im: „Mło­dzi Tay­leu­ro­wie nig­dy tego nie ro­bi­li, to były bar­dzo do­brze wy­cho­wa­ne dzie­ci.” Jol­ly nie­na­wi­dził mło­dych Tay­leu­rów, Hol­ly na­dzi­wić się nie mo­gła, dla­cze­go jest od nich o tyle gor­sza. „A to chu­de dzi­wa­dło z tej mam’zel­le Be­au­ce” – my­ślał sta­ry Jo­lyon.

Lunch do­sko­na­le się udał: pie­czar­ki, któ­re sam ze­brał w pie­czar­kar­ni, wy­bra­ne przez nie­go tru­skaw­ki i jesz­cze jed­na bu­tel­ka reń­skie­go „Ste­in­berg Ca­bi­net” na­peł­ni­ły Jo­lyona pew­ne­go ro­dza­ju aro­ma­tycz­nym udu­cho­wie­niem, bu­dząc za­ra­zem uza­sad­nio­ną oba­wę, że może się na­za­jutrz spo­dzie­wać eg­ze­my. Po lun­chu sie­dzie­li pod dę­bem i pili kawę, przy­rzą­dzo­ną po tu­rec­ku. Sta­ry Jo­lyon nie zmar­twił się by­najm­niej, gdy ma­de­mo­isel­le Be­au­ce opu­ści­ła ich, by pi­sać list do sio­stry, oso­by, któ­rej ży­cie wi­sia­ło kie­dyś na wło­sku z po­wo­du po­łknię­cia szpil­ki; opo­wia­da­niem tym stra­szy­ła co dzień dzie­ci, prze­strze­ga­jąc je, aby ja­dły po­wo­li, tak by mo­gły stra­wić, co zja­dły. Na ro­ze­sła­nej koło ław­ki der­ce Hol­ly prze­ko­ma­rza­ła się z Bal­ta­za­rem ob­sy­pu­jąc go jed­no­cze­śnie naj­czul­szy­mi piesz­czo­ta­mi, w czym pies nie po­zo­sta­wał jej dłuż­ny, a sta­ry Jo­lyon, za­ło­żyw­szy nogę na nogę, ulo­ko­wał się w cie­niu, de­lek­tu­jąc się cy­ga­rem i wi­do­kiem Ire­ny sie­dzą­cej na huś­taw­ce. Smu­kła, lek­ko ko­ły­szą­ca się sza­ra syl­wet­ka, z le­d­wie roz­chy­lo­ny­mi usta­mi i ła­god­ny­mi, ciem­ny­mi oczy­ma, przy­sło­nię­ty­mi przez na wpół opusz­czo­ne po­wie­ki; świa­tło sło­necz­ne pa­da­ło na nią przez li­ście, kła­dąc się ja­sny­mi pla­ma­mi. Ro­bi­ła wra­że­nie za­do­wo­lo­nej, na pew­no z przy­jem­no­ścią przy­je­cha­ła tu, by go od­wie­dzić. Ego­izm sta­ro­ści nie opa­no­wał jesz­cze Jo­lyona, gdyż po­tra­fił wciąż cie­szyć się ra­do­ścią in­nych, ro­zu­mie­jąc, że to, cze­go on sam pra­gnie, choć wie­le war­te, nie jest wszyst­kim na świe­cie.

– Spo­koj­nie tu – po­wie­dział – ale nie przy­jeż­dżaj, gdy­byś się mia­ła nu­dzić. Choć dla mnie to taka przy­jem­ność cię wi­dzieć. Moje małe, słod­kie ko­cha­nie to je­dy­na twa­rzycz­ka prócz two­jej, któ­ra mnie cie­szy.

Z uśmie­chu jej po­znał, że lubi być ce­nio­na, i to go uspo­ko­iło.

– Nie ma w tym bla­gi – cią­gnął. – Nig­dy nie po­wie­dzia­łem ko­bie­cie, że ją po­dzi­wiam, je­śli tak nie było. Co praw­da, nie pa­mię­tam, bym po­wie­dział kie­dy ko­bie­cie, że ją po­dzi­wiam, chy­ba tyl­ko mo­jej żo­nie daw­ny­mi cza­sy, a żony są dziw­ne. – Umilkł, lecz na­gle pod­jął zno­wu: – Chcia­ła, bym jej to mó­wił czę­ściej, niż czu­łem, no i tak!

Na twa­rzy Ire­ny od­bi­ło się ta­jem­ni­cze zmie­sza­nie i prze­stra­szo­ny, że do­tknął ją tymi sło­wa­mi, po­śpie­szył do­dać:

– Kie­dy moja mała, słod­ka dziew­czyn­ka wyj­dzie za mąż, mam na­dzie­ję, że po­ślu­bi ko­goś, kto bę­dzie ro­zu­miał uczu­cia ko­biet. Mnie już wte­dy nie bę­dzie i nie będę mógł tego wi­dzieć, ale w mał­żeń­stwie tak czę­sto dzie­je się wszyst­ko na opak. Nie chcę, aby jej ży­cie się o to roz­bi­ło. – A czu­jąc, że jesz­cze po­gor­szył spra­wę, rzu­cił po­śpiesz­nie: – Ten pies go­tów cię jesz­cze po­dra­pać.

Za­pa­dło mil­cze­nie. O czym my­śla­ła ta pięk­na isto­ta, któ­rej ży­cie zo­sta­ło zła­ma­ne, któ­ra roz­sta­ła się z mi­ło­ścią, a prze­cież stwo­rzo­na była dla mi­ło­ści? W przy­szło­ści, kie­dy on już odej­dzie, może znaj­dzie znów to­wa­rzy­sza – mniej nie­przy­tom­ne­go niż ten mło­dy czło­wiek, któ­ry wpadł pod koła. A, ba! A jej mąż?

– Czy So­ames nig­dy cię nie nie­po­koi? – spy­tał.

Po­trzą­snę­ła gło­wą. Jej