Saga rodu Forsyte’ów. Tom 1. Posiadacz - John Galsworthy - ebook
Opis

Trzytomowa powieść obejmuje losy kilku pokoleń bogatej mieszczańskiej rodziny. Historia zaczyna się w 1886 r., kiedy młody Jolyon wdaje się w romans z guwernantką swojej córki, a kończy w 1920 r., gdy umiera Tymoteusz - "ostatni ze starych Forsyte'ów".

Bazując na własnych doświadczeniach, John Galsworthy opisuje z humorem i ironią charakterystyczne postawy członków angielskiej socjety epoki wiktoriańskiej. Pokazuje skomplikowane relacje rodzinne, dramaty i namiętności, burzliwe romanse, głęboko skrywane tajemnice. Barwnie kreśli sylwetki poszczególnych członków rodziny, a jednocześnie po mistrzowsku oddaje klimat obyczajowy i polityczny przełomu wieków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 515

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­na­łu

The For­sy­te Saga

Pro­jekt okład­ki

Ma­rek J· Piw­ko

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Lau­ra Ryn­dak

Fo­to­gra­fia au­to­ra na stro­nie 2

po­cho­dzi ze zbio­rów Wi­ki­me­dia Com­mons

© ilu­stra­cja na okład­ce Ke­vin Eaves

Wy­da­nie IX, luty 2009

Edy­cja I

Ni­niej­sze wy­da­nie opar­te jest na edy­cji

Pań­stwo­we­go In­sty­tu­tu Wy­daw­ni­cze­go z 1962 r.

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. (0-22) 663-98-13, fax (0-22) 663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

Wy­daw­ca: Vi­de­ograf II Sp. z o.o.

41-500 Cho­rzów, al. Har­cer­ska 3c

tel. (0-32) 348-31-33, 348-31-35

fax (0-32) 348-31-25

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Co­py­ri­ght by Vi­de­ograf II Sp. z o.o., Cho­rzów 2009

ISBN 978-83-7183-675-6 (Se­ria)

ISBN 978-83-7835-248-8 (Tom I)

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Żo­nie mo­jej po­świę­cam ca­łość „Sagi rodu For­sy­te­ow”, uwa­ża­jąc to ze wszyst­kich dzieł mo­ich za naj­mniej nie­god­ne, bo­wiem gdy­by nie żony mo­jej zro­zu­mie­nie, za­chę­ta i kry­ty­ka, nie był­bym nig­dy zo­stał ta­kim na­wet pi­sa­rzem, ja­kim je­stem.

PRZEDMOWA

Tytuł ogól­ny Saga rodu For­sy­te­ów prze­zna­czo­ny był pier­wot­nie dla czę­ści no­szą­cej obec­nie ty­tuł Po­sia­dacz; de­cy­zję na­zwa­nia tym mia­nem zbio­ro­wej kro­ni­ki rodu For­sy­te­ów wy­wo­łał for­sy­tow­ski upór, tkwią­cy w każ­dym z nas. Prze­ciw na­zwie „saga” mo­gło­by prze­ma­wiać łą­cze­nie z tym po­ję­ciem pier­wiast­ka bo­ha­ter­skie­go, gdyż na kart­kach ni­niej­szych nie­wie­le zna­leźć moż­na bo­ha­ter­stwa. Wy­raź ten wszak­że uży­ty jest z roz­myśl­ną iro­nią; poza tym w dłu­giej tej opo­wie­ści, mimo że mamy w niej do czy­nie­nia z oso­bi­sto­ścia­mi w tu­żur­kach i suk­niach z fal­ba­na­mi oraz z okre­sem zło­ceń, nie brak praw­dzi­we­go żaru kon­flik­tów. Nie­za­leż­nie od gi­gan­tycz­no­ści po­sta­ci i krwio­żer­czo­ści daw­nych cza­sów, któ­re ta­ki­mi wła­śnie prze­ka­za­ły nam cza­ro­dziej­skie ba­śnie i le­gen­dy, bo­ha­te­ro­wie daw­nych sag byli z pew­no­ścią For­sy­te’ami w swo­im in­stynk­cie po­sia­da­nia, i to rów­nie mało od­por­ny­mi na wro­gie dzia­ła­nie pięk­na i mi­ło­ści, jak Swi­thin, So­ames, a na­wet mło­dy Jo­lyon. Je­że­li też he­ro­icz­ne po­sta­cie w le­gen­dar­nych cza­sach zda­ją się wy­ra­stać po­nad ramy swo­je­go oto­cze­nia w spo­sób, jaki nie przy­stoi For­sy­te­owi z ery wik­to­riań­skiej, przy­jąć mo­że­my za pew­nik, że in­stynkt ro­do­wy był na­wet wów­czas czyn­ni­kiem do­mi­nu­ją­cym i że „ro­dzi­na”, po­czu­cie ogni­ska do­mo­we­go i wła­sno­ści tak samo wów­czas jak dziś od­gry­wa­ły do­nio­słą rolę, po­mi­mo czy­nio­nych ostat­nio wy­sił­ków „wy­per­swa­do­wa­nia” tych uczuć.

Tyle osób pi­sa­ło i do­wo­dzi­ło, ja­ko­by ich ro­dzi­ny były pier­wo­wzo­ra­mi For­sy­te­ów, że moż­na by nie­omal uwie­rzyć w ty­po­wość tego ga­tun­ku lu­dzi. Oby­cza­je zmie­nia­ją się, prze­mi­ja­ją mody i „dom Ty­mo­te­usza przy Bay­swa­ter Road” sta­je się gniaz­dem nie­praw­do­po­do­bieństw we wszyst­kim z wy­jąt­kiem jego cech za­sad­ni­czych; nie spo­tka­my się już z po­dob­nym do­mem, może rów­nież z ni­kim ta­kim, jak Ja­mes czy sta­ry Jo­lyon. A jed­nak cy­fry po­da­wa­ne przez To­wa­rzy­stwo Ubez­pie­czeń, a tak­że wy­ro­ki sę­dziów prze­ko­nu­ją nas co­dzien­nie, że nasz raj ziem­ski, do któ­re­go wkra­da­ją się dzi­cy na­jeźdź­cy: Pięk­no i Mi­łość, gra­bią­cy nas w na­szych oczach z po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, kry­je w so­bie jesz­cze bo­ga­te skar­by. Jak pies nie­za­wod­nie od­po­wie szcze­ka­niem na brzęk łań­cu­cha, tak samo opor­nie prze­ciw­sta­wi się isto­ta So­ame­sa, tkwią­ca w na­szej na­tu­rze ludz­kiej, sile roz­kła­do­wej czy­ha­ją­cej do­ko­ła gra­nic jej po­sia­da­nia.

„Niech umar­ła prze­szłość grze­bie swych umar­łych” – by­ło­by traf­niej­szym po­wie­dze­niem, gdy­by prze­szłość mo­gła kie­dy­kol­wiek umie­rać. Nie­prze­mi­ja­ją­ce trwa­nie prze­szło­ści jest jed­nym z owych tra­gi­ko­micz­nych bło­go­sła­wieństw, któ­rym prze­czy każ­de nowe stu­le­cie, wy­stę­pu­ją­ce z zu­chwa­łą pew­no­ścią sie­bie na wi­dow­nię dzie­jów, aby dać wy­raz swe­mu żą­da­niu cze­goś zu­peł­nie no­we­go.

Ża­den jed­nak wiek nie jest cał­ko­wi­cie nowy. Na­tu­ra ludz­ka pod po­sta­cią zmien­nych urosz­czeń i stro­jów ma i za­wsze bę­dzie mia­ła w so­bie bar­dzo wie­le z For­sy­te’a; mo­gła­by jed­nak osta­tecz­nie być dużo gor­szym two­rem.

Pa­trząc wstecz na stu­le­cie wik­to­riań­skie, któ­re­go roz­kwit, zmierzch i upa­dek od­zwier­cie­dlo­ny jest w pew­nej mie­rze w Sa­dze rodu For­sy­te­ów, wi­dzi­my, że wpa­dli­śmy tyl­ko z desz­czu pod ryn­nę. Trud­no by­ło­by uza­sad­nić twier­dze­nie, ja­ko­by stan rze­czy w An­glii miał być lep­szy w roku 1913 ani­że­li w 1886, gdy wszy­scy For­sy­te­owie ze­bra­li się u sta­re­go Jo­lyona na uro­czy­sto­ści za­rę­czyn June z Fi­li­pem Bo­sin­ney­em. A w roku 1920, kie­dy ro­dzi­na zgro­ma­dzi­ła się po­now­nie, aby po­bło­go­sła­wić za­ślu­bi­nom Fleur z Mi­cha­łem Mon­tem, An­glia jest na pew­no tak samo nad mia­rę spróch­nia­ła i zban­kru­to­wa­na, jak była nad­mier­nie za­sko­ru­pia­ła i da­ją­ca zbyt ni­skie od­set­ki w osiem­dzie­sią­tych la­tach ubie­głe­go stu­le­cia. Gdy­by kro­ni­ka ni­niej­sza mia­ła cha­rak­ter na­uko­we­go stu­dium hi­sto­rii po­stę­pu, na­le­ża­ło­by za­pew­ne po­ło­żyć na­cisk na ta­kie czyn­ni­ki, jak wy­na­le­zie­nie ro­we­ru, sa­mo­cho­du i sa­mo­lo­tu, po­wsta­nie ta­niej pra­sy co­dzien­nej, za­nik ży­cia wiej­skie­go i roz­rost miast czy na­ro­dzi­ny ki­ne­ma­to­gra­fu. Lu­dzie są w isto­cie zu­peł­nie nie­zdol­ni do pa­no­wa­nia nad wła­sny­mi wy­na­laz­ka­mi; w naj­lep­szym ra­zie wy­ra­bia­ją w so­bie zdol­ność przy­sto­so­wy­wa­nia się do no­wych, wy­two­rzo­nych przez te wy­na­laz­ki wa­run­ków.

Dłu­ga ta opo­wieść nie jest jed­nak na­uko­wym stu­dium pew­nej epo­ki; cel jej – to ra­czej una­ocz­nie­nie za­mę­tu, jaki w ży­ciu lu­dzi sie­je Pięk­no.

Po­stać Ire­ny, uka­zy­wa­na za­wsze – jak to za­pew­ne zdo­łał czy­tel­nik do­strzec – po­przez do­zna­nia in­nych po­sta­ci, jest wcie­le­niem za­bor­cze­go Pięk­na, wno­szą­ce­go nie­po­kój w świat po­sia­da­czy.

Za­uwa­żo­no, że czy­tel­ni­cy brną­cy przez sło­ne wody Sagi sta­ją się co­raz bar­dziej skłon­ni li­to­wać się nad So­ame­sem, przy czym wy­obra­ża­ją so­bie, że czy­niąc tak, bun­tu­ją się prze­ciw wra­że­niu, ja­kie chciał wy­wo­łać au­tor. Nic po­dob­ne­go! On rów­nież li­tu­je się nad So­ame­sem, któ­re­go tra­ge­dia ży­cio­wa jest naj­zwy­klej­szą, nie­za­leż­ną od jego woli tra­ge­dią czło­wie­ka nie­zdol­ne­go wzbu­dzić mi­łość, za­ra­zem jed­nak nie dość gru­bo­skór­ne­go, aby miał nie zda­wać so­bie do­kład­nie spra­wy z tego fak­tu. Na­wet Fleur nie ko­cha So­ame­sa tak, jak czu­je on, że po­wi­nien być ko­cha­ny. Li­tu­jąc się jed­nak nad So­ame­sem czy­tel­ni­cy są może skłon­ni usto­sun­ko­wać się wro­go do Ire­ny. Uwa­ża­ją oni, że So­ames nie jest osta­tecz­nie złym czło­wie­kiem, że ni­cze­mu nie za­wi­nił, że Ire­na po­win­na była mu wy­ba­czyć, i tak da­lej. Zaj­mu­jąc ta­kie sta­no­wi­sko tra­cą z oczu pro­stą, le­żą­cą u pod­sta­wy ca­łej po­wie­ści praw­dę, że tam, gdzie jed­no z dwoj­ga part­ne­rów jest naj­zu­peł­niej po­zba­wio­ne siły przy­cią­ga­nia płcio­we­go, żad­na li­tość, ża­den głos roz­sąd­ku, żad­ne po­czu­cie obo­wiąz­ku nie zdo­ła prze­zwy­cię­żyć wstrę­tu pły­ną­ce­go z sa­mej na­tu­ry. Czy tak być po­win­no, nie wcho­dzi tu­taj wca­le w ra­chu­bę, po­nie­waż w rze­czy­wi­sto­ści nig­dy nie wcho­dzi. I tam, gdzie Ire­na wy­da­je się twar­da i okrut­na – jak w La­sku Bu­loń­skim czy w Ga­le­rii Gou­pe­nor – jest ona tyl­ko ro­zum­nie trzeź­wa, gdyż wie do­brze, że naj­drob­niej­sze z jej stro­ny ustęp­stwo bę­dzie ową szcze­li­ną, przez któ­rą wtar­gnie nie­zno­śny w swej ohy­dzie stru­mień.

Kry­ty­ku­jąc ostat­nią fazę Sagi, moż­na by mieć żal o to, że Jo­lyon i Ire­na, bun­tu­ją­cy się prze­ciw wszel­kie­mu po­sia­da­niu, do­ma­ga­ją się jed­nak du­cho­wych praw wła­sno­ści do syna swo­je­go, Jona. By­ło­by to jed­nak już na­praw­dę prze­sad­ne kry­ty­ko­wa­nie opo­wie­dzia­nej hi­sto­rii. Ża­den oj­ciec i żad­na mat­ka nie mo­gli­by po­zwo­lić chłop­cu po­ślu­bić Fleur bez za­po­zna­nia go z fak­ta­mi, i fak­ty też, a nie per­swa­zje ro­dzi­ców, wpły­wa­ją na de­cy­zję Jona. Co wię­cej, Jo­lyon per­swa­du­je nie przez wzgląd na sie­bie, ale na Ire­nę, któ­ra swo­ją znów per­swa­zję stresz­cza w po­wtó­rzo­nym pa­ro­krot­nie zda­niu: „Nie myśl o mnie, myśl o so­bie.” To, że Jon zna­jąc fak­ty uwzględ­nia uczu­cia mat­ki, nie może ucho­dzić za uza­sad­nio­ny do­wód, ja­ko­by, ko­niec koń­ców, mia­ła ona być For­syt­ką.

Jak­kol­wiek od­dzia­ły­wa­nie Pięk­na i żą­dzy swo­bo­dy na świat po­sia­da­czy jest głów­nym te­ma­tem Sagi rodu For­sy­te­ów, nie może to jej zwol­nić od cią­żą­ce­go na niej za­da­nia: trwa­łe­go za­bal­sa­mo­wa­nia wyż­szych sfer sta­nu śred­nie­go. Tak jak sta­ro­żyt­ni Egip­cja­nie kła­dli obok mu­mii przed­mio­ty po­trzeb­ne im w przy­szłym ży­ciu, usi­ło­wa­łem i ja umie­ścić obok po­sta­ci ciot­ki Anny, Juli i Es­te­ry, Ty­mo­te­usza, Swi­thi­na, sta­re­go Jo­lyona, Ja­me­sa i ich sy­nów to, co im za­pew­nić może odro­bi­nę ży­cia na przy­szłość: odro­bi­nę bal­sa­mu, któ­ry do­po­mo­że im do trwa­łe­go utrzy­ma­nia się w go­rącz­ko­wo za­pę­dzo­nym kró­le­stwie roz­kła­do­we­go czyn­ni­ka – „Po­stę­pu”.

Je­śli war­stwa za­moż­ne­go miesz­czań­stwa wraz z in­ny­mi kla­sa­mi spo­łecz­ny­mi ska­za­na jest na roz­pad, ma­cie ją prze­cho­wa­ną jak pod szkłem na tych stro­ni­cach, aby mo­gli oglą­dać ją wszy­scy wa­łę­sa­ją­cy się po roz­le­głym bez­dro­żu mu­zeum Li­te­ra­tu­ry. Spo­czy­wa ona tu­taj, za­kon­ser­wo­wa­na we wła­snym oso­czu: po­czu­ciu wła­sno­ści.

1922

John Gal­swor­thy

Księga I

Po­sia­dacz

…Od­po­wie­cie: Nie­wol­ni­cy są nasi…

W. Sha­ke­spe­are, Ku­piec we­nec­ki

Ty­tuł ory­gi­na­łu The Man of Pro­per­ty

Tłu­ma­czy­ła R. Cet­nersz­we­ro­wa

Prze­kład przej­rza­ny i po­pra­wio­ny

CZĘŚĆ PIERWSZA

I. Przy­ję­cie u sta­re­go Jo­lyona

Uprzy­wi­le­jo­wa­ni, któ­rzy do­stą­pi­li za­szczy­tu uczest­ni­cze­nia w ro­dzin­nej uro­czy­sto­ści For­sy­te­ów, mie­li oka­zję oglą­dać cza­ru­ją­cy i po­ucza­ją­cy wi­dok ro­dzi­ny na­le­żą­cej do za­moż­ne­go miesz­czań­stwa, w peł­ni upie­rze­nia. Kto­kol­wiek jed­nak z tych uprzy­wi­le­jo­wa­nych po­sia­dał dar ana­li­zy psy­cho­lo­gicz­nej (ta­lent po­zba­wio­ny war­to­ści pie­nięż­nej, tym sa­mym obcy For­sy­te­om), był świad­kiem wi­do­wi­ska nie tyl­ko cu­dow­ne­go samo przez się, ale rzu­ca­ją­ce­go świa­tło na je­den z za­wi­łych pro­ble­mów na­tu­ry ludz­kiej. Mó­wiąc po pro­stu, to zgro­ma­dze­nie ro­dzi­ny, któ­rej ani jed­na ga­łąź nie lu­bi­ła in­nej, wśród któ­rej nie było trzech człon­ków złą­czo­nych uczu­ciem god­nym mia­na sym­pa­tii, mo­gło słu­żyć za do­wód owej nie­po­ję­tej, istot­nej spo­isto­ści, czy­nią­cej ro­dzi­nę tak po­tęż­ną jed­nost­ką spo­łecz­ną, tak wy­raź­nym od­two­rze­niem spo­łe­czeń­stwa w mi­nia­tu­rze. Przed świad­kiem tym od­sła­nia­ła się wi­zja mrocz­nych dróg roz­wo­ju form spo­łecz­nych, umoż­li­wia­ją­ca mu zro­zu­mie­nie ży­cia pa­triar­chal­ne­go, wę­dró­wek dzi­kich hord, po­wsta­wa­nia i upad­ku na­ro­dów. Znaj­do­wał się on w sy­tu­acji czło­wie­ka, któ­ry ma­jąc spo­sob­ność ob­ser­wo­wa­nia roz­wo­ju drze­wa od mo­men­tu za­sa­dze­nia (wy­mow­ne­go przy­kła­du krzep­kie­go wra­sta­nia, utrwa­la­nia się i po­myśl­ne­go by­to­wa­nia wpo­śród śmier­ci se­tek in­nych ro­ślin, nie tak trwa­le za­ko­rze­nio­nych, mniej chłon­nych i od­por­nych) – mógł­by za­ra­zem oglą­dać je okry­te gę­stym, pięk­nym ulist­nie­niem, w jego nie­omal od­ra­ża­ją­cej buj­no­ści, u szczy­tów roz­kwi­tu.

Dnia 15 czerw­ca 1886 roku, oko­ło czwar­tej po po­łu­dniu, oso­ba, któ­ra by mia­ła szczę­ście zna­leźć się w sie­dzi­bie sta­re­go Jo­lyona For­sy­te’a na

Stan­ho­pe Gate, zy­ska­ła­by moż­ność ob­ser­wo­wa­nia rodu For­sy­te­ów w naj­więk­szym roz­kwi­cie.

Przy­ję­cie było wy­da­ne dla uczcze­nia za­rę­czyn pan­ny June For­sy­te, wnucz­ki sta­re­go Jo­lyona, z pa­nem Fi­li­pem Bo­sin­ney­em. W olśnie­wa­ją­cej świet­no­ści ja­snych rę­ka­wi­czek, barw­nych ka­mi­ze­lek mę­skich, piór i su­kien dam­skich zgro­ma­dzi­ła się cała ro­dzi­na – zja­wi­ła się na­wet ciot­ka Anna, rzad­ko już te­raz opusz­cza­ją­ca za­cisz­ny ką­cik w zie­lo­nym sa­lo­nie bra­ta jej, Ty­mo­te­usza, gdzie, pod osło­ną pió­ro­pu­sza ze­schłych traw w ja­sno­błę­kit­nym wa­zo­nie, sia­dy­wa­ła ca­ły­mi dnia­mi z książ­ką albo ręcz­ną ro­bót­ką, w oto­cze­niu wi­ze­run­ków trzech po­ko­leń For­sy­te­ów. Tak, po­ja­wi­ła się na­wet ciot­ka Anna. Jej sztyw­no wy­pro­sto­wa­na po­stać i wy­raz god­no­ści na za­sty­głej w spo­ko­ju star­czej twa­rzy wy­ra­ża­ły bez­względ­ne pod­po­rząd­ko­wa­nie się idei ro­dzi­ny.

Ile­kroć za­rę­czał się, wstę­po­wał w związ­ki mał­żeń­skie albo ro­dził kto­kol­wiek z For­sy­te­ów – sta­wia­li się za­wsze wszy­scy For­sy­te­owie. Ile­kroć umie­rał ktoś z For­sy­te­ów. ale do­tych­czas nie umarł jesz­cze ża­den z For­sy­te­ów. For­sy­te­owie nie umie­ra­li; śmierć była nie­zgod­na z ich za­sa­da­mi, bro­ni­li się też przed nią, przed­się­bio­rąc in­stynk­tow­nie środ­ki ostroż­no­ści, na­tu­ral­ne u lu­dzi po­sia­da­ją­cych wiel­ką siłę ży­wot­ną i nie zno­szą­cych za­ma­chu na swo­ją wła­sność.

For­sy­te­owie, zmie­sza­ni tego dnia z tłu­mem in­nych go­ści, wy­róż­nia­li się sztyw­niej­szą jesz­cze niż za­zwy­czaj wy­nio­sło­ścią, czuj­ną, ba­daw­czą pew­no­ścią sie­bie i uro­czy­stym do­sto­jeń­stwem, jak gdy­by zwar­li się w szy­ku obron­nym. Gry­mas nie­uf­no­ści, ce­chu­ją­cy twarz So­ame­sa For­sy­te’a, zna­lazł dzi­siaj od­bi­cie na ob­li­czach wszyst­kich For­sy­te­ów. Wszy­scy mie­li się na bacz­no­ści.

Pod­świa­do­ma wzgar­dli­wość ich za­cho­wa­nia uczy­ni­ła z przy­ję­cia u sta­re­go Jo­lyona mo­ment psy­cho­lo­gicz­ny hi­sto­rii rodu, sta­ła się za­cząt­kiem jej dra­ma­tu.

For­sy­te­owie byli czymś do­tknię­ci; nie każ­dy z nich po­szcze­gól­nie, ale jako ro­dzi­na. Ura­za ta uze­wnętrz­nia­ła się w do­sko­nal­szym jesz­cze niż zwy­kle nie­po­szla­ko­wa­niu stro­ju, spo­tę­go­wa­nej wy­lew­no­ści uczuć ro­dzin­nych, wy­ol­brzy­mie­niu zna­cze­nia rodu i… po­dejrz­li­wym gry­ma­sie. For­sy­te­owie wie­trzy­li to, co nie­uchron­nie wy­do­by­wa na jaw za­sad­ni­cze rysy każ­dej spo­łecz­no­ści, gru­py czy osob­ni­ka – wie­trzy­li nie­bez­pie­czeń­stwo. Prze­czu­cie zaś nie­bez­pie­czeń­stwa przy­da­wa­ło bla­sku ich zbroi. Po raz pierw­szy jako ro­dzi­na zda­wa­li się mieć świa­do­mość ze­tknię­cia się z czymś ob­cym i groź­nym.

Opar­ty o for­te­pian męż­czy­zna oka­za­łej po­sta­wy opan­ce­rzył po­tęż­ną pierś dwie­ma ka­mi­zel­ka­mi z we­tknię­tą w nie ru­bi­no­wą szpil­ką za­miast, jak przy po­spo­li­tych oka­zjach, jed­ną, atła­so­wą, z szpi­lą dia­men­to­wą. Wy­ła­nia­ją­ca się spo­nad tych je­dwa­bi­stych prze­py­chów gład­ko wy­go­lo­na, kwa­dra­to­wa star­cza twarz o żół­ta­wym za­bar­wie­niu skó­ry i bla­dych oczach mia­ła szcze­gól­nie uro­czy­sty wy­raz. Był to Swi­thin For­sy­te. Tuż przy oknie, gdzie było naj­wię­cej świe­że­go po­wie­trza, bliź­niak jego, Ja­mes (sta­ry Jo­lyon na­zy­wał bra­ci: gru­by i chu­dy), mie­rzą­cy, jak oka­za­ły Swi­thin, z górą sześć stóp wzro­stu, ale bar­dzo szczu­pły, jak gdy­by od uro­dze­nia już prze­zna­czy­ła go na­tu­ra do zrów­no­wa­że­nia sza­li i utrzy­ma­nia prze­cięt­nej, sie­dział, w swo­jej zwy­kłej po­zie, tro­chę po­chy­lo­ny. Jego sza­re oczy mia­ły wy­raz sku­pie­nia, jak­by po­chła­nia­ła go ja­kaś ta­jo­na tro­ska, i z rzad­ka tyl­ko ogar­nia­ły na­głym, ba­daw­czym bły­skiem całe oto­cze­nie. Dwie rów­no­le­głe, po­dłuż­ne bruz­dy żło­bi­ły jego po­licz­ki czy­niąc je jesz­cze chud­szy­mi; dłu­gą, sta­ran­nie ogo­lo­ną gór­ną war­gę oka­la­ły bo­ko­bro­dy. W pal­cach ob­ra­cał na wszyst­kie stro­ny por­ce­la­no­wą fi­li­żan­kę. W po­bli­żu, słu­cha­jąc, co mówi ubra­na na brą­zo­wo dama, sie­dział jego je­dy­ny syn, So­ames, bla­dy, ciem­no­wło­sy, tro­chę już ły­sie­ją­cy i rów­nie sta­ran­nie ogo­lo­ny jak oj­ciec; pod­cią­gał on bro­dę i marsz­czył nos w owym wspo­mnia­nym już gry­ma­sie po­gar­dli­wej nie­uf­no­ści, jak gdy­by ujem­nie oce­nia­jąc jaj­ko, o któ­rym z góry wie­dział, że nie bę­dzie go mógł spo­żyć. Sie­dzą­cy za nim jego stry­jecz­ny brat, wy­so­ki Je­rzy, syn pią­te­go For­sy­te’a, Ro­ge­ra, miał zło­śli­wy wy­raz na mię­si­stej twa­rzy, jak gdy­by ob­my­ślał je­den ze swych zwy­kłych sar­do­nicz­nych dow­ci­pów.

Wszyst­kich ogar­nął nie­zwy­kły na­strój zwią­za­ny z wy­da­rze­niem dnia.

Rząd­kiem, jed­na tuż przy dru­giej, za­sia­dły trzy pa­nie: ciot­ki Anna, Es­te­ra – obie sta­re pan­ny – i Jula (zdrob­nie­nie od Ju­lii), któ­ra we wcze­snej mło­do­ści za­po­mnia­ła się do tego stop­nia, że po­ślu­bi­ła Sep­ty­mu­sa Smal­la, czło­wie­ka na­der wą­tłej kon­sty­tu­cji. Prze­ży­ła go też o wie­le lat. Wraz z młod­szą i star­szą sio­strą miesz­ka­ła te­raz na Bay­swa­ter Road, w domu szó­ste­go i naj­młod­sze­go ich bra­ta, Ty­mo­te­usza. Każ­da z tych pań trzy­ma­ła wa­chlarz w ręce i każ­da barw­nym ja­kimś szcze­gó­łem stro­ju, od­święt­nym pió­rem czy bro­szą pod­kre­śla­ła uro­czy­sty cha­rak­ter ze­bra­nia.

W środ­ku po­ko­ju, pod świecz­ni­kiem, jak przy­stoi go­spo­da­rzo­wi domu, stał sam sta­ry Jo­lyon, gło­wa rodu For­sy­te­ów. Osiem­dzie­się­cio­let­ni sta­rzec dzię­ki pięk­nej si­wej gło­wie, wy­pu­kłe­mu, skle­pio­ne­mu czo­łu, ma­łym ciem­no­sza­rym oczom i ogrom­nym, si­wym, roz­ło­ży­ście opa­da­ją­cym po­ni­żej sil­nie za­ry­so­wa­nej szczę­ki wą­som miał wy­gląd pa­triar­chal­ny. Po­mi­mo wy­chu­dłej twa­rzy i za­pa­dłych skro­ni zda­wał się za­cho­wy­wać wciąż jesz­cze nie­spo­ży­te siły mło­do­ści. Trzy­mał się nad­zwy­czaj pro­sto, a jego by­stre i sta­now­cze oczy nie utra­ci­ły nic z daw­ne­go bla­sku. Tym wy­tłu­ma­czyć się da­wa­ła nie­chęć i nie­uf­ność w sto­sun­ku do nie­go lu­dzi niż­szych, któ­rych przy­gnia­tał swą wyż­szo­ścią. Rzą­dząc się w cią­gu nie­skoń­czo­ne­go sze­re­gu lat wła­sną wolą, zdo­był so­bie do niej usank­cjo­no­wa­ne przez czas pra­wo. Nig­dy też nie przy­szło­by sta­re­mu Jo­lyono­wi na myśl, że na­le­ży przy­brać nie­uf­ny czy wy­zy­wa­ją­cy wy­raz twa­rzy.

Po­mię­dzy nim a czte­re­ma obec­ny­mi dziś jego brać­mi: Ja­me­sem, Swi­thi­nem, Mi­ko­ła­jem i Ro­ge­rem, było wie­le po­do­bieństw i wie­le też róż­nic. Każ­dy z bra­ci znacz­nie róż­nił się od po­zo­sta­łych, a jed­nak wszy­scy wza­jem byli do sie­bie po­dob­ni.

Tym pię­ciu twa­rzom mimo od­mien­nych ry­sów i od­ręb­no­ści wy­ra­zu wspól­na była ce­cha sta­now­czo­ści, ujaw­nio­na w ener­gicz­nym za­ry­sie bro­dy; nie­za­leż­nie od po­wierz­chow­nych róż­nic sta­no­wi­ła ona wspól­ny pod­kład i nada­wa­ła cha­rak­te­ry­stycz­ne pięt­no ra­so­we, się­ga­ją­ce zbyt za­mierz­chłej prze­szło­ści, aby moż­na było prze­śle­dzić jego po­wsta­nie, zbyt od­le­głe i utrwa­lo­ne, aby pod­le­gać mo­gło dys­ku­sji – ist­ny stem­pel urzę­do­wy, a za­ra­zem naj­pew­niej­sza gwa­ran­cja po­myśl­no­ści rodu.

To samo pięt­no, może nie­co mniej wy­ra­zi­ste, ale nie­za­prze­czal­ne, znak cze­goś nie da­ją­ce­go się wy­ko­rze­nić z du­szy rodu, ce­cho­wa­ło młod­sze po­ko­le­nie, za­rów­no w oso­bie bla­de­go i ru­chli­we­go Ar­chi­bal­da, wy­so­kie­go o by­czym kar­ku Je­rze­go, jak mło­de­go Mi­ko­ła­ja z jego ła­god­nym, pró­bu­ją­cym swych sił upo­rem, i wresz­cie peł­ne­go po­wa­gi i za­ro­zu­mia­łe­go ogra­ni­cze­nia Eu­sta­che­go.

W cią­gu opi­sy­wa­ne­go po­po­łu­dnia wszyst­kie te twa­rze, tak róż­ne i za­ra­zem tak po­dob­ne, nie­jed­no­krot­nie przy­bie­ra­ły wy­raz nie­uf­no­ści, kie­ru­ją­cej się nie­wąt­pli­wie ku osob­ni­ko­wi, któ­re­go po­zna­nie było wła­ści­wym ce­lem ich zgro­ma­dze­nia się tu­taj.

Wia­do­mo było, że Fi­lip Bo­sin­ney jest mło­dym czło­wie­kiem bez ma­jąt­ku, ale dziew­czę­ta z rodu For­sy­te­ów za­rę­cza­ły się już daw­niej z nie­za­moż­ny­mi chłop­ca­mi i wy­cho­dzi­ły za nich za mąż. A więc nie ten fakt wzbu­dzał wąt­pli­wo­ści w umy­słach człon­ków ro­dzi­ny. Bo­daj że sami nie umie­li­by wy­ja­śnić po­wo­du nie­uf­no­ści, kry­ją­ce­go się we mgle plo­te­czek ro­dzin­nych. Je­den tyl­ko szcze­gół nie ule­gał wąt­pli­wo­ści – fakt, iż mło­dzie­niec zło­żył ce­re­mo­nial­ną wi­zy­tę ciot­kom: An­nie, Juli i Es­te­rze, w mięk­kim sza­rym ka­pe­lu­szu – w mięk­kim sza­rym ka­pe­lu­szu, nie no­wym w do­dat­ku – w za­ku­rzo­nym na­kry­ciu gło­wy ze zmię­tym ron­dem.

„Ja­kie to dziw­ne, moja dro­ga, ja­kie nie­zwy­kłe!”

Ciot­ka Es­te­ra prze­cho­dząc przez mały, ciem­ny przed­po­kój (mia­ła nie­co krót­ki wzrok) chcia­ła spę­dzić z krze­sła nie­szczę­śli­wy ka­pe­lusz wo­ła­jąc „a psik!” – wzię­ła go bo­wiem za ob­ce­go, po­dej­rza­ne­go pro­wa­dze­nia kota, a Tom­my mie­wał ta­kich nie przy­no­szą­cych mu za­szczy­tu przy­ja­ciół. Za­nie­po­ko­iła się wi­dząc, że mnie­ma­ny kot nie ru­sza się z miej­sca.

Jak ar­ty­sta do­szu­ku­je się zwy­kle zna­mien­ne­go drob­ne­go szcze­gó­łu, bę­dą­ce­go nie­ja­ko sym­bo­lem za­sad­ni­cze­go cha­rak­te­ru da­nej sce­ny, miej­sca czy oso­by, tak samo ci bez­wied­ni ar­ty­ści – For­sy­te­owie – in­tu­icyj­nie ucze­pi­li się owe­go ka­pe­lu­sza. Był on dla nich zna­mien­nym dro­bia­zgiem, szcze­gó­łem stresz­cza­ją­cym w so­bie isto­tę ca­łej spra­wy; każ­dy z nich bo­wiem za­da­wał sam so­bie py­ta­nie: „Czy ja zło­żył­bym tego ro­dza­ju wi­zy­tę w ta­kim ka­pe­lu­szu?” I każ­dy od­po­wia­dał na to py­ta­nie prze­czą­co, a nie­któ­rzy, ob­da­rze­ni buj­niej­szą wy­obraź­nią, do­da­wa­li: „Nie, nig­dy nic po­dob­ne­go nie przy­szło­by mi do gło­wy.”

Je­rzy usły­szaw­szy tę hi­sto­rię wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu. Ka­pe­lusz naj­wi­docz­niej wło­żo­ny był umyśl­nie, dla żar­tu. On sam znał się naj­le­piej na po­dob­nych ka­wa­łach.

– Co za im­per­ty­nen­cja! – orzekł. – Dzi­ki pi­rat!

I to słów­ko „pi­rat” prze­cho­dzić za­czę­ło z ust do ust, aż sta­ło się ulu­bio­nym spo­so­bem okre­śla­nia Bo­sin­neya.

Ciot­ki ro­bi­ły June wy­rzu­ty z po­wo­du ka­pe­lu­sza.

– Nie po­win­naś mu była po­zwo­lić, moja dro­ga! – za­de­cy­do­wa­ły.

June od­po­wie­dzia­ła po swo­je­mu ostro i har­do – była ist­nym wcie­le­niem sa­mo­wo­li.

– O, a cóż to szko­dzi? Fil nie wie nig­dy, co ma na so­bie.

Tak zu­chwa­łej od­po­wie­dzi nikt nie mógł dać wia­ry. Czło­wiek, któ­ry nie wie, co ma na so­bie! Nie, nie, to nie­moż­li­we.

Kim wła­ści­wie jest ten mło­dzie­niec, któ­re­mu tak świet­nie uda­ło się za­rę­czyć z June, uzna­ną dzie­dzicz­ką sta­re­go Jo­lyona? Wie­dzia­no, że jest z za­wo­du ar­chi­tek­tem; nie sta­no­wi to jed­nak samo przez się wy­star­cza­ją­cej ra­cji do no­sze­nia po­dob­ne­go ka­pe­lu­sza. Wśród For­sy­te­ów nie było wpraw­dzie ani jed­ne­go ar­chi­tek­ta, lecz je­den z nich znał oso­bi­ście dwóch ar­chi­tek­tów, któ­rzy nig­dy nie po­wa­ży­li­by się zło­żyć w ta­kim ka­pe­lu­szu ofi­cjal­nej wi­zy­ty pod­czas lon­dyń­skie­go se­zo­nu. Jest w tym coś nie­bez­piecz­ne­go, tak, nie­bez­piecz­ne­go!

June oczy­wi­ście tego nie uzna­wa­ła, ale June, po­mi­mo nie ukoń­czo­nych jesz­cze dzie­więt­na­stu lat, była taka pew­na sie­bie. Czyż nie oświad­czy­ła w roz­mo­wie z pa­nią So­ame­so­wą, za­wsze tak pięk­nie się ubie­ra­ją­cą, że pió­ra są po­spo­li­te. I pani So­ame­so­wa prze­sta­ła no­sić pió­ra. Tak, ko­cha­na June jest okrop­nie sta­now­cza w wy­ra­ża­niu swo­ich opi­nii!

Cała ta po­dejrz­li­wość, kry­ty­cyzm i na­wet zde­cy­do­wa­na nie­uf­ność nie prze­szko­dzi­ły jed­nak For­sy­te­om zgro­ma­dzić się w domu sta­re­go Jo­lyona na jego za­pro­sze­nie. Przy­ję­cie na Stan­ho­pe Gate to wiel­ka rzad­kość; w isto­cie nie urzą­dza­no tu ze­brań to­wa­rzy­skich już od dwu­na­stu lat, od dnia śmier­ci sta­rej pani Jo­lyono­wej.

Nig­dy jesz­cze nie sta­wi­ła się ro­dzi­na tak w kom­ple­cie jak tym ra­zem, bo­wiem, ze­spo­le­ni ta­jem­ni­czy­mi wę­zła­mi jed­no­ści po­mi­mo wszyst­kich dzie­lą­cych ich róż­nic, uzbro­ili się prze­ciw za­gra­ża­ją­ce­mu im wszyst­kim nie­bez­pie­czeń­stwu. Jak sta­do by­dła zbi­ja­ją­ce się na wi­dok psa, łeb przy łbie i bok przy boku, w jed­ną zwar­tą gro­ma­dę, sta­nę­li mu­rem, go­to­wi ru­nąć na in­tru­za i za­tra­to­wać go na śmierć. Zja­wi­li się też nie­wąt­pli­wie, aby wy­miar­ko­wać, jaki dać im wy­pad­nie pre­zent ślub­ny. Jak­kol­wiek kwe­stia po­da­run­ków ślub­nych usta­la­na by­wa­ła za­zwy­czaj w ten spo­sób, że je­den py­tał dru­gie­go: „Co wła­ści­wie ty da­jesz? Mi­ko­łaj daje łyż­ki…” – spra­wa ta jed­nak w du­żym stop­niu za­le­ża­ła od oso­by na­rze­czo­ne­go; je­że­li był wy­twor­ny, ele­ganc­ki i wy­glą­dał na za­moż­ne­go, bar­dziej było wska­za­ne ofia­ro­wy­wa­nie ład­nych rze­czy, gdyż li­czył na ta­kie. W koń­cu każ­dy da­wał po­da­rek naj­wła­ściw­szy i naj­od­po­wied­niej­szy dzię­ki szcze­gó­ło­we­mu uzgod­nie­niu tej spra­wy w taki sam spo­sób, jak uzgad­nia­ne by­wa­ją ceny na gieł­dzie: na spe­cjal­nym po­sie­dze­niu ro­dzin­nym w wy­god­nym, na­le­żą­cym do Ty­mo­te­usza domu z czer­wo­nych ce­gieł w Bay­swa­ter, wy­cho­dzą­cym na Park{foo i za­miesz­ka­łym przez ciot­ki: Annę, Julę i Es­te­rę.

Nie­po­kój ro­dzi­ny For­sy­te­ów uspra­wie­dli­wia­ła sama już wzmian­ka o ka­pe­lu­szu. Nie­moż­li­we i nie­słusz­ne by­ło­by, aby ja­ka­kol­wiek ro­dzi­na li­czą­ca się z ze­wnętrz­ny­mi for­ma­mi – a to ce­cho­wać wszak win­no każ­dą ro­dzi­nę na­le­żą­cą do za­moż­ne­go miesz­czań­stwa – nie czu­ła się w tym wy­pad­ku za­nie­po­ko­jo­na.

Spraw­ca tego za­nie­po­ko­je­nia stał w drzwiach są­sied­nie­go po­ko­ju roz­ma­wia­jąc z June. Jego kę­dzie­rza­wa czu­pry­na była zwi­chrzo­na, jak gdy­by świad­cząc, że to, co się dzie­je do­ko­ła, uwa­ża on za nie­zwy­kłe. Spra­wiał też wra­że­nie czło­wie­ka pod­kpi­wa­ją­ce­go w du­szy z wszyst­kich i z wszyst­kie­go.

Je­rzy zwró­cił się pół­gło­sem do bra­ta swe­go, Eu­sta­che­go:

– Wy­glą­da, jak gdy­by chciał nas po­łknąć, bez­czel­ny Pi­rat!

„Ten bar­dzo dziw­nie wy­glą­da­ją­cy czło­wiek”, jak wy­ra­zi­ła się o nim póź­niej pani Small, był śred­nie­go wzro­stu i krzep­kiej bu­do­wy, miał bla­dą, sma­głą cerę, pło­wy wąs, moc­no wy­sta­ją­ce ko­ści po­licz­ko­we i wpad­nię­te po­licz­ki. Czo­ło, ścię­te ku ty­ło­wi i ko­pu­la­sto uwy­pu­klo­ne po­nad ocza­mi, przy­po­mi­na­ło nie­co czo­ła oglą­da­ne w lwiej klat­ce w Ogro­dzie Zoo­lo­gicz­nym. Oczy miał zło­ta­we, bar­wy kse­re­su, chwi­la­mi krę­pu­ją­co roz­tar­gnio­ne. Stan­gret sta­re­go Jo­lyona, któ­ry od­wo­ził June i Bo­sin­neya do te­atru, po­dzie­lił się swo­im wra­że­niem z lo­ka­jem:

– Li­cho go tam wie, co za je­den. Coś jak na wpół oswo­jo­ny lam­part.

Co­raz to inny z For­sy­te­ów zbli­żał się, aby rzu­cić na nie­go okiem.

June sta­nę­ła przed nim osła­nia­jąc go przed tą na­tręt­ną cie­ka­wo­ścią. Ma­leń­ka, drob­na fi­gur­ka, „cała zło­żo­na z wło­sów i du­cha”, jak się ktoś kie­dyś o niej wy­ra­ził, mia­ła błę­kit­ne, śmia­łe oczy, moc­no za­ry­so­wa­ną bro­dę i kwit­ną­cą cerę. Twarz jej i cała po­stać wy­da­wa­ły się zbyt drob­ne, by dźwi­gać wień­czą­cą je ko­ro­nę mie­dzia­no­zło­tych wło­sów.

Przed mło­dą parą, przy­glą­da­jąc się jej z nie­co chmur­nym uśmie­chem, sta­ła wy­so­ka, pięk­nie zbu­do­wa­na ko­bie­ta, któ­rą je­den z człon­ków ro­dzi­ny po­rów­nał nie­gdyś do po­gań­skiej bo­gi­ni.

Dło­nie jej, ob­cią­gnię­te per­ło­wym za­mszem rę­ka­wi­czek, skrzy­żo­wa­ne były jed­na na dru­giej; po­waż­ną, uro­czą twarz skło­ni­ła, nie­co na bok, przy­ku­wa­jąc spoj­rze­nia wszyst­kich męż­czyzn. Po­stać ko­ły­sa­ła się de­li­kat­nie, jak gdy­by po­ru­sza­ły nią naj­lżej­sze prą­dy po­wie­trza. Cera, choć bla­da­wa, mia­ła jed­nak cie­pły ton; wiel­kie, ciem­ne oczy spo­glą­da­ły z wy­ra­zem peł­nym sło­dy­czy. Przede wszyst­kim jed­nak spoj­rze­nia mę­skie lgnę­ły do jej warg – za­da­ją­cych py­ta­nia czy od­po­wia­da­ją­cych na nie z tym sa­mym chmur­nym uśmie­chem. Były to war­gi zmy­sło­we i za­ra­zem słod­kie, zda­ją­ce się tchnąć cie­płem i aro­ma­tem jak won­ny kwiat.

Ob­ser­wo­wa­na przez nią para na­rze­czo­nych nie wie­dzia­ła, że jest przed­mio­tem za­cie­ka­wie­nia bo­gi­ni. Bo­sin­ney za­uwa­żył ją pierw­szy i za­py­tał o jej na­zwi­sko.

June pod­pro­wa­dzi­ła na­rze­czo­ne­go ku pięk­nie zbu­do­wa­nej ko­bie­cie.

– Ire­na jest moją naj­ser­decz­niej­szą przy­ja­ciół­ką – po­wie­dzia­ła. – Chcę, że­by­ście za­przy­jaź­ni­li się z sobą.

To wy­ra­żo­ne to­nem roz­ka­zu ży­cze­nie ma­łej osób­ki wy­wo­ła­ło uśmiech na twa­rzy wszyst­kich troj­ga. So­ames For­sy­te, zbli­żyw­szy się bez­sze­lest­nie, sta­nął za ko­bie­tą o pięk­nych kształ­tach, któ­ra była jego żoną, i po­pro­sił:

– Przed­staw i mnie tak­że.

Na ta­kich pu­blicz­nych ze­bra­niach So­ames za­wsze trzy­mał się bli­sko żony, a ile­kroć na­wet obo­wiąz­ki to­wa­rzy­skie go od­wo­ły­wa­ły, śle­dził ją z dala ocza­mi, w któ­rych tkwił dziw­ny wy­raz czuj­no­ści i tę­sk­no­ty.

Oj­ciec So­ame­sa, Ja­mes, sie­dząc przy oknie, wciąż jesz­cze ba­dał, mar­kę por­ce­la­no­wej fi­li­żan­ki.

– Dzi­wię się, że Jo­lyon po­zwo­lił na te za­rę­czy­ny – zwró­cił się do ciot­ki Anny. – Nie ma, jak sły­sza­łem, wi­do­ków, aby się mo­gli po­brać w cią­gu wie­lu jesz­cze lat. Ten mło­dy Bo­sin­ney (wy­ma­wiał „o” prze­cią­gle w prze­ci­wień­stwie do zwy­kłe­go, krót­kie­go brzmie­nia tej gło­ski) jest po­dob­no zu­peł­nie goły. Jak wy­da­wa­łem Wi­ni­fre­dę za Dar­tie­ego, ka­za­łem mu wy­li­czyć się z każ­de­go po­sia­da­ne­go pen­sa i umie­ścić wszyst­ko na pew­nej lo­ka­cie. Do­brze się sta­ło, do dzi­siaj nie mie­li­by na pew­no ani pen­sa!

Ciot­ka Anna, sie­dzą­ca w ak­sa­mit­nym fo­te­lu, pod­nio­sła oczy na Ja­me­sa. Czo­ło jej oka­la­ły siwe loki, iden­tycz­ne od dzie­siąt­ków lat, co spra­wia­ło, że człon­ko­wie ro­dzi­ny za­tra­ci­li po­czu­cie cza­su. Nie od­po­wie­dzia­ła; w rzad­kich tyl­ko oka­zjach od­zy­wa­ła się, oszczę­dza­jąc swój star­czy głos. Nie ma­ją­ce­mu wszak­że czy­ste­go su­mie­nia Ja­me­so­wi spoj­rze­nie jej star­czy­ło za od­po­wiedź.

– No tak – przy­znał – nie mo­głem nic po­ra­dzić na to, że Ire­na nie mia­ła po­sa­gu. So­ame­so­wi tak pil­no było do ślu­bu, że aż wy­chudł przez czas sta­ra­nia się o nią.

Od­sta­wia­jąc ostroż­nie fi­li­żan­kę na wie­ko for­te­pia­nu rzu­cił okiem na gru­pę przy drzwiach.

– Moim jed­nak zda­niem – do­dał nie­spo­dzie­wa­nie – do­brze się sta­ło, że jest tak, jak jest.

Ciot­ka Anna nie pro­si­ła o bliż­sze wy­ja­śnie­nie tego dziw­ne­go zda­nia. Wie­dzia­ła, co Ja­mes przez to ro­zu­mie. Ire­na nie ma­jąc pie­nię­dzy nie bę­dzie tak sza­lo­na, by po­peł­nić coś nie­wła­ści­we­go; prze­bą­ki­wa­no bo­wiem – tak, szep­ta­no so­bie na ucho – że Ire­na za­żą­da­ła ja­ko­by od­dziel­ne­go po­ko­ju. Oczy­wi­ście jed­nak So­ames nie.

Ja­mes prze­rwał jej roz­wa­ża­nia:

– Gdzie po­dzie­wa się Ty­mo­te­usz? – za­py­tał. – Czy nie przy­je­chał z wami?

Za­ci­śnię­te war­gi ciot­ki Anny roz­chy­lił tkli­wy uśmiech:

– Nie, uwa­żał za nie­roz­sąd­ne na­ra­żać się przy tej epi­de­mii dy­fte­ry­tu. Taki jest skłon­ny do chwy­ta­nia za­raz­ków.

– O tak, ten to umie dbać o swo­je zdro­wie – od­parł Ja­mes. – Ja nie mógł­bym po­zwo­lić so­bie na ta­kie chu­cha­nie na sie­bie.

Trud­no orzec, jaka nuta prze­wa­ża­ła w tej uwa­dze – po­dziw, za­zdrość czy po­gar­da.

Ty­mo­te­usz w isto­cie z rzad­ka tyl­ko się udzie­lał. Naj­młod­szy z ro­dzeń­stwa, wy­daw­ca z za­wo­du, już przed kil­ku laty, kie­dy in­te­re­sy wy­daw­ni­cze były na po­zór w peł­ni roz­kwi­tu, prze­wi­du­jąc sta­gna­cję, któ­ra wpraw­dzie nie na­stą­pi­ła jesz­cze, ale zda­niem wszyst­kich mu­sia­ła na­stą­pić, sprze­dał swój udział w fir­mie pro­du­ku­ją­cej głów­nie książ­ki tre­ści re­li­gij­nej i ulo­ko­wał wca­le po­kaź­ny, osią­gnię­ty ka­pi­tał w da­ją­cych trzy pro­cent kon­so­lach1. Czy­nem tym wy­od­ręb­nił się od razu spo­śród ca­łej ro­dzi­ny, bo­wiem ża­den z For­sy­te­ów nie za­do­wa­lał się nig­dy pro­cen­tem niż­szym niż czte­ry od sta. Wy­od­ręb­nie­nie to z wol­na, ale nie­uchron­nie od­bi­ło się na jego cha­rak­te­rze, bar­dziej niż u in­nych skłon­nym do nad­mier­nej ostroż­no­ści. Stał się po­sta­cią nie­le­d­wie mi­tycz­ną – ro­dza­jem wcie­lo­ne­go po­ję­cia bez­pie­czeń­stwa, sta­no­wią­ce­go naj­głęb­sze i naj­trwal­sze pod­ło­że świa­to­po­glą­du For­sy­te­ów. Nie po­peł­nił też nig­dy nie­prze­zor­no­ści ożen­ku i wzię­cia na bar­ki cię­ża­ru po­sia­da­nia dzie­ci.

Ja­mes za­koń­czył swo­je uwa­gi opu­ku­jąc fi­li­żan­kę:

– To nie jest praw­dzi­wy sta­ry Wor­ce­ster. Jo­lyon mu­siał po­wie­dzieć ci coś o tym mło­dym czło­wie­ku. O ile  m n i e wia­do­mo, nie ma on żad­ne­go sta­łe­go za­ję­cia, żad­nych sta­łych do­cho­dów, ani żad­nych ma­ją­cych ja­kieś zna­cze­nie sto­sun­ków, ale zresz­tą nie wiem nic – nikt mi nig­dy o ni­czym nie mówi.

Ciot­ka Anna po­trzą­snę­ła gło­wą. Star­cza jej twarz dra­pież­ne­go pta­ka, o za­ry­so­wa­nych ostro li­niach czwo­ro­kan­cia­stej bro­dy, drgnę­ła nie­spo­koj­nie; pa­ją­ko­wa­to za­krzy­wio­ne pal­ce moc­no się splo­tły i za­ci­snę­ły, jak gdy­by dys­kret­nie do­po­ma­ga­jąc jej w ten spo­sób do sku­pie­nia ca­łej siły woli.

Star­sza o parę lat od wszyst­kich in­nych For­sy­te­ów, zaj­mo­wa­ła wśród ro­dzi­ny szcze­gól­ne sta­no­wi­sko. Umie­ją­cy ko­rzy­stać z oka­zji i sa­mo­lub­ni, każ­dy z osob­na i wszy­scy ra­zem – zresz­tą nie w więk­szym stop­niu niż ogół ich są­sia­dów – tra­ci­li śmia­łość wo­bec nie­ugię­tej ciot­ki Anny. Cóż więc w po­waż­niej­szych oka­zjach po­zo­sta­wa­ło im in­ne­go, jak po pro­stu jej uni­kać?

Za­kła­da­jąc jed­na na dru­gą dłu­gie, cien­kie nogi Ja­mes mó­wił w dal­szym cią­gu:

– Jo­lyon po­stą­pi oczy­wi­ście tak, jak ze­chce. Nie ma dzie­ci… – urwał na­gle, przy­po­mi­na­jąc so­bie o ist­nie­niu syna sta­re­go Jo­lyona, mło­de­go Jo­lyona, ojca June, któ­ry on­giś tyle na­ro­bił wrza­wy i zła­mał swo­ją ka­rie­rę opusz­cza­jąc żonę i dziec­ko, aby uciec z cu­dzo­ziem­ską gu­wer­nant­ką. – Zresz­tą – do­koń­czył spiesz­nie – je­że­li mu się tak po­do­ba, to za­pew­ne może so­bie na to po­zwo­lić. Stać go na to. Cie­ka­we, ile jej prze­zna­czy. Przy­pusz­czam, że ty­siąc fun­tów rocz­nie; ko­muż in­ne­mu miał­by po­zo­sta­wić swo­je pie­nią­dze?

Wy­cią­gnął rękę, aby uści­snąć dłoń fer­tycz­ne­go, gład­ko wy­go­lo­ne­go je­go­mo­ścia o pra­wie ły­sej czasz­ce, dłu­gim, prze­ła­ma­nym no­sie, peł­nych war­gach i zim­nych, sza­rych oczach pod osło­ną pro­sto­kąt­nych brwi.

– A, Nik, jak się masz? – mruk­nął.

Mi­ko­łaj For­sy­te, przy­po­mi­na­ją­cy wy­glą­dem przed­wcze­śnie prze­mą­drza­łe­go ucznia­ka, szyb­kim, trze­po­tli­wym, pta­sim nie­ja­ko ru­chem do­tknął zim­nej dło­ni Ja­me­sa koń­ca­mi swych jesz­cze zim­niej­szych pal­ców i szyb­ko je cof­nął. Cał­ko­wi­cie le­gal­ną dro­gą zdo­był znacz­ny ma­ją­tek, pro­wa­dząc jako dy­rek­tor ja­kieś przed­się­bior­stwa han­dlo­we.

– Mam się źle – mruk­nął ody­ma­jąc war­gi. – Czu­łem się źle przez cały ostat­ni ty­dzień; nie sy­piam po no­cach. Dok­tor nie umie po­wie­dzieć dla­cze­go. Mą­dry z nie­go chłop, gdy­by nie to, nie wzy­wał­bym go; nie­wie­le mam jed­nak z tego prócz ra­chun­ków za wi­zy­ty.

– Dok­to­rzy! – wtrą­cił Ja­mes, skwa­pli­wie po­dej­mu­jąc po­ru­szo­ny te­mat. – Wy­pró­bo­wa­łem już ich wszyst­kich, ilu ich jest w Lon­dy­nie, dla sie­bie i dla mo­jej ro­dzi­ny. Żad­ne­go z nich po­żyt­ku, nie­po­dob­na ni­cze­go się od nich do­wie­dzieć. Weź cho­ciaż­by Swi­thi­na. Dużo mu po­mo­gli! Przyj­rzyj się tyl­ko – grub­szy niż kie­dy­kol­wiek, po­twor­nie gru­by. I nie mogą zmniej­szyć jego wagi. Przyj­rzyj mu się!

Swi­thin, wy­so­ki, bar­czy­sty, roz­ro­sły, z wy­pię­tą pier­sią, niby odę­ty go­łąb w upie­rze­niu ja­skra­wych ka­mi­ze­lek, nad­cho­dził ku nim ma­je­sta­tycz­nym kro­kiem.

– Hm… Jak się ma­cie? – za­py­tał to­nem oby­te­go z for­ma­mi sa­lo­now­ca. – Jak się mie­wa­cie?

Każ­dy z trzech bra­ci pa­trząc na obu po­zo­sta­łych przy­bie­rał po­grze­bo­wo po­nu­rą minę, wie­dząc z do­świad­cze­nia, że będą go obaj usi­ło­wa­li za­ćmić opi­sem wła­snych do­le­gli­wo­ści.

– Mó­wi­li­śmy wła­śnie – rzekł Ja­mes – że nie tra­cisz na wa­dze. Swi­thin wy­ba­łu­szył bla­de, okrą­głe oczy, jak gdy­by usi­ło­wał do­sły­szeć, 0 czym mowa.

– Nie tra­cę na wa­dze? Je­stem w do­sko­na­łej for­mie – od­parł po­chy­la­jąc się nie­co na­przód – nie taki chu­dzie­lec jak ty!

W oba­wie jed­nak, aby jego wy­pu­kła pierś nie wy­da­ła się wą­tlej­sza, cof­nął się za­sty­ga­jąc w nie­ru­cho­mej po­zie, o nic bo­wiem nie dbał bar­dziej niż o za­cho­wa­nie dys­tyn­go­wa­ne­go wy­glą­du.

Ciot­ka Anna wo­dzi­ła star­czy­mi oczy­ma od jed­ne­go do dru­gie­go. Spoj­rze­nie jej było za­ra­zem wy­ro­zu­mia­łe i su­ro­we. Z ko­lei wszy­scy trzej bra­cia ogar­nę­li wzro­kiem Annę. Za­czy­na­ła już pod­upa­dać na si­łach. Nad­zwy­czaj­na ko­bie­ta! Osiem­dzie­siąt sześć lat, jak ob­szył. Może po­żyć jesz­cze dzie­sięć lat, choć nig­dy nie była szcze­gól­nie sil­nej kon­sty­tu­cji. Bliź­nia­cy, Swi­thin i Ja­mes, mie­li do­pie­ro po sie­dem­dzie­siąt pięć lat, a Mi­ko­łaj to jesz­cze zu­peł­ne dziec­ko, ma nie wię­cej niż oko­ło sie­dem­dzie­się­ciu. Wszy­scy byli sil­ni, to wnio­sek na­der po­cie­sza­ją­cy. Ze wszyst­kich bo­wiem form wła­sno­ści naj­bar­dziej oczy­wi­ście ob­cho­dzi­ło ich wza­jem­nie wła­sne zdro­wie.

– Or­ga­nizm mam w zu­peł­nym po­rząd­ku – za­czął Ja­mes. – Ner­wy mi tyl­ko nie do­pi­su­ją. Naj­mniej­szy dro­biazg pie­kiel­nie mnie draż­ni. Będę mu­siał po­je­chać do Bath.

– Bath! – mruk­nął Mi­ko­łaj. – Pró­bo­wa­łem Har­ro­ga­te. Nic nie war­te. Po­trzeb­ne mi po­wie­trze mor­skie. Nie ma nic lep­sze­go od Yar­mo­uth. Do­pie­ro tam sy­piam.

– Fa­tal­nie do­ku­cza mi wą­tro­ba – prze­rwał Swi­thin ce­dząc wy­ra­zy. – Prze­raź­li­we bóle w tej oko­li­cy – do­tknął ręką pra­we­go boku.

– Brak ru­chu! – mruk­nął Ja­mes nie od­ry­wa­jąc oczu od fi­li­żan­ki.

1 szyb­ko do­dał: – I ja mie­wam bóle w tym miej­scu.

Star­cza twarz Swi­thi­na spą­so­wia­ła, na­pu­szył się jak in­dyk.

– Ru­chu! – obu­rzył się. – Uży­wam go aż nad­to. Nie ko­rzy­stam nig­dy z win­dy w klu­bie.

– Nie wie­dzia­łem – Ja­mes po­śpie­szył uspra­wie­dli­wić się. – Nie wiem nig­dy nic o in­nych, nikt mi nic nie mówi.

Swi­thin utkwił w nim ba­daw­czy wzrok i za­py­tał:

– Co ro­bisz na te bóle?

Ja­mes roz­pro­mie­nił się.

– Ja? – za­czął – bio­rę le­kar­stwo, w któ­re­go skład wcho­dzi…

– Jak się stryj mie­wa?

Sta­nę­ła przed nim June pod­no­sząc re­zo­lut­ną twa­rzycz­kę i spo­glą­da­jąc z ni­zin swo­jej drob­nej fi­gur­ki ku wy­ży­nom dłu­giej po­sta­ci stry­ja, do któ­re­go wy­cią­gnę­ła rękę.

Wy­raz roz­pro­mie­nie­nia zgasł na twa­rzy Ja­me­sa.

– A jak ty się masz? – od­wza­jem­nił się po­chy­la­jąc ku niej gło­wę.

– Sły­szę, że je­dziesz ju­tro do Wa­lii, do cio­tek twe­go na­rze­czo­ne­go? Bę­dziesz tam mia­ła cią­gle deszcz. To nie jest praw­dzi­wy sta­ry Wor­ce­ster – do­dał opu­ku­jąc fi­li­żan­kę. – Za to ser­wis, któ­ry da­łem jako pre­zent ślub­ny two­jej mat­ce, był jak naj­au­ten­tycz­niej­szy.

June przy­wi­ta­ła się uści­snąw­szy ko­lej­no dłoń wszyst­kim trzem stry­jom, po czym zwró­ci­ła się do ciot­ki Anny. Wy­raz nie­zmier­nej sło­dy­czy roz­pro­mie­nił twarz sta­rusz­ki, któ­ra, dy­go­cąc, z tkli­we­go wzru­sze­nia, uca­ło­wa­ła po­licz­ki dziew­czy­ny.

– Wy­jeż­dżasz więc na cały mie­siąc, ko­cha­nie! – po­wie­dzia­ła.

June po­szła da­lej, a ciot­ka Anna śle­dzi­ła wzro­kiem jej szczu­płą, drob­ną fi­gur­kę. Okrą­głe, sta­lo­wo­sza­re oczy sta­rej ko­bie­ty, za­czy­na­ją­ce za­cho­dzić już biel­mem jak oczy pta­ka, wy­pa­try­wa­ły chci­wie po­sta­ci mło­dej dziew­czy­ny wpo­śród stło­czo­ne­go do­ko­ła niej i że­gna­ją­ce­go się już tłu­mu. Koń­ce pal­ców sta­rusz­ki za­ci­ska­ły się, za­ci­ska­ły co­raz moc­niej w wy­sił­ku od­zy­ska­nia daw­nej po­tę­gi woli przed osta­tecz­nym, nie­unik­nio­nym już jej za­ni­kiem.

„Tak – roz­my­śla­ła – wszy­scy są tacy do­brzy. Tylu lu­dzi przy­szło jej po­win­szo­wać i zło­żyć ży­cze­nia. Po­win­na czuć się bar­dzo szczę­śli­wa.”

Po­śród tłu­mu sku­pio­ne­go przy wyj­ściu – stroj­ne­go tłu­mu, zło­żo­ne­go z przed­sta­wi­cie­li ro­dzin le­ka­rzy, ad­wo­ka­tów, ban­kow­ców, gieł­dzia­rzy i in­nych nie­zli­czo­nych za­wo­dów, ja­kim od­da­je się za­moż­ne miesz­czań­stwo – znaj­do­wa­ło się co naj­wy­żej dwa­dzie­ścia pro­cent For­sy­te­ów; ale ciot­ce An­nie wy­da­wa­ło się, że wszy­scy oni są For­sy­te’ami – nie­wie­le się w isto­cie od nich róż­ni­li – nic też dziw­ne­go, że wi­dzia­ła w nich krew swo­jej krwi i kość swo­jej ko­ści. Ro­dzi­na sta­no­wi­ła cały jej świat i nie chcia­ła znać in­ne­go; nig­dy też, być może, in­ne­go nie zna­ła. Wszyst­kie ich małe ta­jem­ni­ce, cho­ro­by, za­rę­czy­ny, ślu­by, po­wo­dze­nie każ­de­go z nich, spo­sób za­rob­ko­wa­nia – wszyst­ko to było jej wła­sno­ścią, jej roz­ko­szą, jej ży­ciem. Poza tym wszyst­ko zle­wa­ło się dla niej w mgli­stą, męt­ną mie­sza­ni­nę fak­tów i osób po­zba­wio­nych rze­czy­wi­ste­go zna­cze­nia. Z tym swo­im świa­tem bę­dzie mu­sia­ła się roz­stać, kie­dy na nią przyj­dzie ko­lej umie­rać; wła­śnie sto­su­nek do nie­go nada­wał praw­dzi­wą do­nio­słość jej oso­bie, utrwa­lił w niej owo uta­jo­ne po­czu­cie wła­sne­go zna­cze­nia, bez któ­re­go nikt z nas nie po­tra­fi żyć. Z dniem też każ­dym co­raz żąd­niej lgnę­ła do tego wszyst­kie­go i cho­ciaż ży­cie ucie­ka­ło od niej, po­czu­cie to zde­cy­do­wa­na była utrzy­mać aż do koń­ca.

Przy­szedł jej na myśl oj­ciec June, mło­dy Jo­lyon, któ­ry uciekł z ową dziew­czy­ną-cu­dzo­ziem­ką. Cóż za bo­le­sny cios dla jego ojca i dla nich wszyst­kich! Taki obie­cu­ją­cy mło­dy czło­wiek! Bo­le­sny cios, mimo że oby­ło się, na szczę­ście, bez pu­blicz­ne­go skan­da­lu dzię­ki temu, iż żona mło­de­go Jo nie do­ma­ga­ła się roz­wo­du. Daw­ne dzie­je! A kie­dy przed sze­ściu laty umar­ła mat­ka June, Jo oże­nił się z tą ko­bie­tą, i jak mó­wią, ma z nią już dwo­je dzie­ci. Bądź co bądź, utra­cił pra­wo do udzia­łu w dzi­siej­szej uro­czy­sto­ści, po­zba­wia­jąc tym sa­mym ciot­kę moż­no­ści peł­ne­go na­sy­ce­nia dumy ro­do­wej oraz na­leż­nej jej roz­ko­szy wi­dze­nia i uści­ska­nia bra­tan­ka, z któ­re­go tak była dum­na i w któ­rym po­kła­da­ła tak wiel­kie na­dzie­je. Myśl ta ją­trzy­ła w niej na­peł­nia­jąc go­ry­czą daw­no za­da­nej krzyw­dy sta­re, wier­ne ser­ce. Oczy za­szkli­ły się łza­mi. Otar­ła je ukrad­kiem chu­s­tecz­ką z naj­cień­szej weby.

– No i cóż, cio­ciu Anno? – za­gad­nął ja­kiś głos spo­za jej ple­ców.

So­ames For­sy­te, o wą­skich ra­mio­nach, gład­ko wy­go­lo­nej wą­skiej twa­rzy i pła­skiej pier­si, mimo tę wą­skość i pła­skość miał w ca­łej swo­jej po­sta­ci coś okrą­głe­go i skry­te­go. Pa­trzył na ciot­kę Annę z góry i tro­chę bo­kiem, jak gdy­by chcąc do­strzec coś po­przez skrzy­dło wła­sne­go nosa.

– A co cio­cia my­śli o tych za­rę­czy­nach? – za­py­tał.

Oczy ciot­ki Anny spo­czę­ły na nim z dumą. So­ames, naj­star­szy z bra­tan­ków od cza­su, kie­dy mło­dy Jo­lyon opu­ścił gniaz­do ro­dzin­ne, był jej ulu­bień­cem, wi­dzia­ła w nim bu­dzą­ce­go naj­więk­szą uf­ność dzie­dzi­ca tra­dy­cji rodu, któ­ry tak nie­dłu­go wyjść musi spod jej opie­ki.

– Bar­dzo to szczę­śli­we dla tego mło­de­go czło­wie­ka – po­wie­dzia­ła.

– Przy­stoj­ny chło­pak, nie zda­je mi się jed­nak, aby był zu­peł­nie od­po­wied­nim na­rze­czo­nym dla na­szej ko­cha­nej June.

So­ames do­tknął brze­gu zło­co­ne­go świecz­ni­ka.

– Oswoi go – od­parł wil­żąc ukrad­kiem pa­lec i po­cie­ra­jąc wy­pu­kłe ozdo­by. – To praw­dzi­wa sta­ra po­zło­ta, nie do­sta­nie te­raz ta­kiej. Ubie­ga­no by się o tę sztu­kę w skle­pie u Job­so­na. – Mó­wił z wol­na, z na­masz­cze­niem, jak gdy­by czuł, że ra­du­je sta­rą ciot­kę. Rzad­ko bar­dzo roz­ma­wiał w spo­sób tak po­uf­ny. – Chęt­nie sam bym to na­był – do­dał – sta­ra po­zło­ta za­wsze za­cho­wu­je war­tość.

– Jak też ty się znasz na tym wszyst­kim! – po­dzi­wia­ła ciot­ka Anna. – A jak się ma na­sza ko­cha­na Iren­ka?

Uśmiech zgasł na twa­rzy So­ame­sa.

– Nie­źle – od­parł. – Uskar­ża się tyl­ko na bez­sen­ność, choć sy­pia da­le­ko le­piej niż ja – uzu­peł­nił spo­glą­da­jąc w stro­nę drzwi, gdzie żona jego roz­ma­wia­ła z Bo­sin­ney­em.

Ciot­ka Anna wes­tchnę­ła.

– Do­brze może bę­dzie dla niej, jak prze­sta­nie wi­dy­wać się tak czę­sto z June. Ta na­sza ko­cha­na June ma tak sta­now­czy cha­rak­ter!

So­ames za­czer­wie­nił się; ru­mień­ce szyb­ko po­ja­wia­ły się i rów­nie szyb­ko zni­ka­ły z wą­skich jego po­licz­ków, spły­wa­jąc po­mię­dzy oczy, gdzie już po­zo­sta­wa­ły jako ze­wnętrz­na ozna­ka nie­po­ko­ją­cych go my­śli.

– Nie poj­mu­ję, co ona wi­dzi w tej po­strze­lo­nej smar­ka­tej! – wy­buch­nął, spo­strze­gł­szy jed­nak, że nie są już sami, prze­rwał roz­mo­wę i znów za­czął przy­pa­try­wać się świecz­ni­ko­wi.

– Po­dob­no Jo­lyon ku­pił jesz­cze je­den dom – roz­legł się tuż obok głos Ja­me­sa. – Musi mieć mnó­stwo pie­nię­dzy, tyle, że nie wie, co z nimi ro­bić. Po­dob­no na Mont­pel­lier Squ­are, w są­siedz­twie So­ame­sa! Nig­dy mi nikt o tym nie mó­wił. Ire­na nig­dy mi nic nie opo­wia­da.

– Świet­nie po­ło­żo­ny, o dwie mi­nu­ty ode mnie – za­brzmiał głos Swi­thi­na – a ja od sie­bie jadę do klu­bu osiem mi­nut.

Kwe­stia po­ło­że­nia ich do­mów mia­ła dla For­sy­te­ów szcze­gól­ną wagę, co zresz­tą było rze­czą na­tu­ral­ną wo­bec tego, że sta­no­wi­ło to jak­by sym­bol ich ży­cio­we­go suk­ce­su.

Oj­ciec ich, po­cho­dzą­cy z ro­dzi­ny far­mer­skiej, przy­był z Dor­set­shi­re w po­cząt­ku stu­le­cia.

„Su­pe­rior Do­sset”2, jak na­zy­wa­li go bli­scy przy­ja­cie­le, był z za­wo­du mu­ra­rzem i do­szedł do sta­no­wi­ska maj­stra bu­dow­la­ne­go. Nie­dłu­go przed koń­cem ży­cia prze­niósł się do Lon­dy­nu, gdzie pro­wa­dził ro­bo­ty bu­dow­la­ne aż do śmier­ci; po­cho­wa­ny zo­stał w Hi­gh­ga­te. Dzie­się­cior­gu dzie­ciom zo­sta­wił do po­dzia­łu oko­ło trzy­dzie­stu ty­się­cy fun­tów. Sta­ry Jo­lyon mó­wił o nim – o ile w ogó­le o nim wspo­mi­nał – jako o „twar­dym, gru­bo­skór­nym czło­wie­ku, po­zba­wio­nym zu­peł­nie ogła­dy”. Na­stęp­ne po­ko­le­nie For­sy­te­ów uwa­ża­ło, że przo­dek ten nie przy­no­si im wiel­kie­go za­szczy­tu. Je­dy­nym ary­sto­kra­tycz­nym ry­sem cha­rak­te­ru, jaki mo­gli w nim zna­leźć, było przy­zwy­cza­je­nie do pi­cia ma­de­ry.

Ciot­ka Es­te­ra, au­to­ry­tet w spra­wach hi­sto­rii rodu, opi­sy­wa­ła go w spo­sób na­stę­pu­ją­cy:

– Nie przy­po­mi­nam so­bie, aby kie­dy­kol­wiek coś ro­bił, przy­najm­niej nie za mo­ich cza­sów. Był… hm… był, wi­dzisz wła­ści­cie­lem do­mów. Wło­sy miał tego sa­me­go mniej wię­cej ko­lo­ru co stryj Swi­thin; dość sze­ro­ki w ba­rach. Czy był wy­so­ki? Ne…nie… nie bar­dzo wy­so­ki. (Miał pięć stóp i pięć cali, a twarz pie­go­wa­tą.) Cerę miał świe­żą. Pa­mię­tam, że zwykł pić ma­de­rę. Ale naj­le­piej za­py­taj o nie­go ciot­kę Annę. Kim był jego oj­ciec? Miał… hm… coś do czy­nie­nia z rolą w Dor­set­shi­re, nad mo­rzem.

Ja­mes wy­brał się tam kie­dyś oso­bi­ście, żeby stwier­dzić na miej­scu, skąd wła­ści­wie po­cho­dzi ich ród. Zna­lazł dwie sta­re far­my i dro­gę, z od­ci­śnię­ty­mi w ró­żo­wa­wym grun­cie ko­le­ina­mi, pro­wa­dzą­cą do mły­na nad za­to­ką, nad­to mały, sza­ry ko­śció­łek o ze­wnętrz­nych przy­po­rach i jesz­cze mniej­szą, jesz­cze bar­dziej sza­rą ka­plicz­kę. Rze­czuł­ka, ob­ra­ca­ją­ca koło młyń­skie, wpa­da­ła do za­to­ki tu­zi­nem spie­nio­nych stru­mycz­ków, a po tym uj­ściu uga­nia­ły się pro­sia­ki. Mgła spo­wi­ja­ła cały pej­zaż. W tej wła­śnie do­lin­ce, to­nąc sto­pa­mi w błot­ni­stym grun­cie i zwra­ca­jąc twa­rze ku mo­rzu, przod­ko­wie For­sy­te­ów, za­do­wo­le­ni ze swe­go losu, ty­dzień po ty­go­dniu, w cią­gu se­tek lat, wy­dep­ty­wa­li tu­tej­sze dro­gi.

Czy Ja­mes ży­wił na­dzie­ję zna­le­zie­nia tu dzie­dzic­twa, czy ra­czej ja­kich sza­cow­nych pa­mią­tek – trud­no orzec. Fak­tem jest, że po­wró­cił do mia­sta w nie­zbyt ró­żo­wym hu­mo­rze i w za­iste wzru­sza­ją­cy spo­sób usi­ło­wał ro­bić do­brą minę do złej gry.

– Bar­dzo nie­wie­le mo­głem się do­wie­dzieć – oznaj­mił – wio­ska jak ty­sią­ce in­nych, od­wiecz­na jak oko­licz­ne wzgó­rza.

Ta od­wiecz­ność była pew­ną po­cie­chą. Sta­ry Jo­lyon, w któ­rym nie­kie­dy wzbie­ra­ła de­spe­rac­ka uczci­wość, wspo­mi­na­jąc o swych przod­kach ma­wiał: „Drob­ni far­me­rzy, naj­pew­niej mi­zer­ne sza­ra­ki.” Po­wta­rzał jed­nak wy­raz „far­me­rzy”, jak gdy­by znaj­do­wał w tym okre­śle­niu pew­ną po­cie­chę.

Wszyst­kim For­sy­te­om po­wio­dło się tak świet­nie, że wszy­scy, jak to się mówi, byli ludź­mi na sta­no­wi­skach. Mie­li udzia­ły w roz­ma­itych przed­się­bior­stwach i jak do­tych­czas – z wy­jąt­kiem Ty­mo­te­usza – nie lo­ko­wa­li ka­pi­ta­łów w kon­so­lach, gdyż ni­cze­go w ży­ciu nie oba­wia­li się bar­dziej ani­że­li wy­cią­ga­nia tyl­ko trzech pro­cent z po­sia­da­nych pie­nię­dzy. Ko­lek­cjo­no­wa­li też ob­ra­zy i pod­trzy­my­wa­li ta­kie in­sty­tu­cje do­bro­czyn­ne, któ­re mo­gły słu­żyć po­mo­cą ich służ­bie na wy­pa­dek cho­ro­by. Po ojcu, maj­strze bu­dow­la­nym, odzie­dzi­czy­li skłon­ność do ce­gły i wap­na. Po­cząt­ko­wo naj­praw­do­po­dob­niej człon­ko­wie jed­nej z pier­wot­nych sekt, sta­li się te­raz, na­tu­ral­nym bie­giem rze­czy, człon­ka­mi Ko­ścio­ła an­gli­kań­skie­go i wy­ma­ga­li od żon i dzie­ci moż­li­wie re­gu­lar­ne­go uczęsz­cza­nia do wy­twor­niej­szych świą­tyń sto­li­cy. Gdy­by ktoś ośmie­lił się po­dać w wąt­pli­wość ich chry­stia­nizm, za­dzi­wił­by ich i do­tknął bo­le­śnie. Nie­któ­rzy opła­ca­li wła­sne ław­ki w ko­ście­le, da­jąc w ten naj­prak­tycz­niej­szy spo­sób wy­raz swo­je­mu sym­pa­ty­zo­wa­niu z na­uką Chry­stu­sa.

Ich re­zy­den­cje, umiesz­czo­ne w okre­ślo­nych od­le­gło­ściach do­oko­ła Par­ku, sta­no­wi­ły jak gdy­by war­tow­nie, z któ­rych czuj­nie wy­pa­try­wa­li, czy aby nie wy­my­ka im się ze szpo­nów owo ser­ce Lon­dy­nu, do któ­re­go par­ły ich naj­taj­niej­sze żą­dze, i czy nie ob­ni­ża się tym sa­mym ich war­tość we wła­snym po­ję­ciu.

I tak: sta­ry Jo­lyon miesz­kał na Stan­ho­pe Pla­ce, Ja­me­so­wie na Park Lane, Swi­thin, któ­ry po­zo­stał sta­rym ka­wa­le­rem – o, jemu nig­dy by nie przy­szło na myśl się oże­nić! – w sa­mot­nym prze­py­chu po­ma­rań­czo­wo-błę­kit­nych po­koi w Hyde Park Man­sions; So­ame­so­wie w ci­chym gniazd­ku na Kni­ghts­brid­ge; Ro­ge­ro­wie w Prin­ce’s Gar­dens. (Ro­ger był owym nie­zwy­kłym For­sy­te­em, któ­ry po­sta­no­wił – i za­miar ten prze­pro­wa­dził – dać swo­im czte­rem sy­nom nowy za­wód. „Dbać przez całe ży­cie tyl­ko o za­okrą­gla­nie wła­sno­ści nie­ru­cho­mej? Nie, nic z tego. J a sam nig­dy nie ro­bi­łem nic in­ne­go!” – ma­wiał przy tym.)

Hay­ma­no­wie z ko­lei – pani Hay­man była je­dy­ną za­męż­ną sio­strą For­sy­te­ów – miesz­ka­li w domu po­ło­żo­nym na Camp­den Hill. Dom ten, któ­ry przy­po­mi­nał kształ­tem ży­ra­fę, był tak wy­so­ki, że przy­glą­da­ją­cym mu się drę­twiał kark. Mi­ko­łaj z ro­dzi­ną re­zy­do­wał w Lad­bro­ke Gro­ve, roz­le­głej sie­dzi­bie, oka­zyj­nie na­by­tej. Wresz­cie ostat­ni, lecz by­najm­niej nie naj­gor­szy, Ty­mo­te­usz – przy Bay­swa­ter Road, gdzie miesz­ka­ły też pod jego opie­ką Anna, Ju­lia i Es­te­ra.

Ja­mes dłu­go roz­my­ślał i wresz­cie za­py­tał go­spo­da­rza, a za­ra­zem bra­ta, ile dał za ka­mie­ni­cę na Mont­pel­lier Squ­are. On sam od dwóch lat miał na oku dom w tam­tej oko­li­cy, ale sta­wia­no tak sło­ną cenę!

Sta­ry Jo­lyon wy­szcze­gól­nił wa­run­ki kup­na.

– Dwu­dzie­sto­dwu­let­nia dzier­ża­wa? – upew­nił się Ja­mes. – To wła­śnie o ten dom mi cho­dzi­ło, da­łeś za dużo.

Sta­ry Jo­lyon zmarsz­czył się.

– Nie mó­wię tak dla­te­go, że sam go chcia­łem na­być – rzekł po­śpiesz­nie Ja­mes – nie od­po­wia­dał­by mi za tę cenę. So­ames zna do­brze ten dom, bę­dzie mógł ci po­wie­dzieć, że to za dro­go. War­to za­wsze wy­słu­chać zda­nia So­ame­sa.

– Nie dbam ani tro­chę o jego zda­nie – uciął sta­ry Jo­lyon.

– Do­brze – mruk­nął Ja­mes. – Zro­bisz, jak ci się bę­dzie po­do­ba­ło, to naj­lep­sza rada. Do wi­dze­nia. Je­dzie­my do Hur­lin­gham. June wy­bie­ra się, jak sły­szę, do Wa­lii. Bę­dziesz ju­tro sam. Co masz za­miar ro­bić? Może byś zjadł z nami obiad?

Jo­lyon od­mó­wił. Od­pro­wa­dził go­ści aż do drzwi wej­ścio­wych, do­po­mógł im wsiąść do po­wo­zu, ski­nął na po­że­gna­nie i za­po­mniał o sple­enie. Żona Ja­me­sa sie­dzia­ła na tyl­nym sie­dze­niu, zwró­co­na twa­rzą do koni, wy­so­ka i ma­je­sta­tycz­na w ko­ro­nie ja­sno­kasz­ta­no­wa­tych wło­sów, po le­wej jej ręce Ire­na. Oby­dwaj mę­żo­wie, oj­ciec i syn, sie­dzie­li na­prze­ciw żon, nie­co po­chy­le­ni na­przód, jak gdy­by cze­goś ocze­ki­wa­li. Sta­ry Jo­lyon mil­cząc pa­trzył na od­jeż­dża­ją­cych i w peł­nym świe­tle sło­necz­nym wi­dział, jak po­dry­gu­ją i pod­ska­ku­ją na sprę­ży­no­wych po­dusz­kach po­wo­zu, jak ko­ły­szą się za każ­dym jego po­ru­sze­niem.

Pani Ja­me­so­wa pierw­sza prze­rwa­ła pa­nu­ją­ce w po­jeź­dzie mil­cze­nie.

– Wi­dzie­li­ście kie­dy po­dob­ną ko­lek­cję dzi­wa­deł?

So­ames pa­trząc na nią spod opusz­czo­nych po­wiek, kiw­nął po­ta­ku­ją­co gło­wą, za­uwa­żył jed­nak, że Ire­na rzu­ci­ła na nie­go ukrad­kiem jed­no ze swo­ich nie­od­gad­nio­nych spoj­rzeń. Na­der praw­do­po­dob­ne, iż każ­da z po­szcze­gól­nych ga­łę­zi ro­do­we­go pnia For­sy­te­ów zro­bi­ła tę samą uwa­gę wra­ca­jąc do domu z przy­ję­cia u sta­re­go Jo­lyona.

Po­mię­dzy ostat­ni­mi opusz­cza­ją­cy­mi jego dom go­ść­mi byli czwar­ty i pią­ty brat, Mi­ko­łaj i Ro­ger; wy­szli oni ra­zem kie­ru­jąc się przez Hyde Park ku sta­cji me­tro przy Pre­ad Stre­et. Po­dob­nie jak wszy­scy inni For­sy­te­owie w po­waż­niej­szym wie­ku, po­sia­da­li i oni wła­sne po­wo­zy i nig­dy nie bra­li do­ro­żek, je­śli tyl­ko mo­gli tego unik­nąć.

Dzień był sło­necz­ny, drze­wa w Par­ku w peł­ni roz­kwi­tu, okry­te pięk­ną czerw­co­wą zie­le­nią; bra­cia zda­wa­li się nie spo­strze­gać pięk­na ota­cza­ją­cej na­tu­ry, przy­czy­nia­ło się ono jed­nak do oży­wie­nia prze­chadz­ki i roz­mo­wy.

– Tak – za­uwa­żył Ro­ger – ład­na ko­bie­ta ta żona So­ame­sa. Sły­sza­łem, że nie­szcze­gól­nie z sobą żyją.

Ten brat miał wy­so­kie czo­ło i naj­śwież­szą cerę z wszyst­kich For­sy­te­ów. Jego ja­sno­sza­re oczy mie­rzy­ły w przej­ściu fa­sa­dy do­mów, od cza­su do cza­su pod­no­sił pa­ra­sol, aby jak się wy­ra­żał, „brać mia­rę” ich wy­so­ko­ści.

– Nie mia­ła po­sa­gu – od­parł Mi­ko­łaj.

On sam po­ślu­bił do­brze na­bi­tą sa­kiew­kę, że zaś było to jesz­cze w zło­tym okre­sie po­prze­dza­ją­cym wy­da­nie pra­wa wła­sno­ści ko­bie­ty za­męż­nej, miał szczę­sną moż­ność do­wol­ne­go użyt­ko­wa­nia po­sa­gu, któ­ry wnio­sła mu żona.

– Kim był jej oj­ciec?

– Na­zy­wał się He­ron, był po­dob­no pro­fe­so­rem.

Ro­ger po­trzą­snął gło­wą.

– To nie przy­no­si do­cho­du – rzekł.

– Oj­ciec jej mat­ki był, jak sły­sza­łem, ce­men­cia­rzem.

Twarz Ro­ge­ra roz­ja­śni­ła się.

– Ale zban­kru­to­wał – do­dał Mi­ko­łaj.

– O! – za­wo­łał Ro­ger. – So­ames bę­dzie miał z nią wie­le kło­po­tu, za­pa­mię­taj moje sło­wa, wie­le kło­po­tu. Wy­glą­da po­mię­dzy nami zu­peł­nie obco.

Mi­ko­łaj ob­li­zał war­gi.

– Ład­na ko­bie­ta – rzekł od­su­wa­jąc ge­stem ręki prze­cho­dzą­ce­go tuż obok za­mia­ta­cza ulic.

– Skąd ją wy­trza­snął? – za­py­tał Ro­ger. – Wy­obra­żam so­bie, co go mu­szą kosz­to­wać jej fa­ta­łasz­ki!

– Mó­wi­ła mi Anna, że la­tał za nią jak osza­la­ły. Pięć razy od­rzu­ca­ła go. Je­że­li mnie oczy nie mylą, Ja­me­sa to moc­no iry­tu­je.

– O! – pod­jął Ro­ger – żal mi bied­ne­go Ja­me­sa, miał już dość kło­po­tu z Dar­tie­em.

Jego za­wsze ró­żo­we po­licz­ki pod wpły­wem ru­chu przy­bra­ły jesz­cze żyw­szy ko­lor, czę­ściej też niż za­zwy­czaj pod­no­sił pa­ra­sol do po­zio­mu oka. Twarz Mi­ko­ła­ja rów­nież wy­ra­ża­ła za­do­wo­le­nie.

– Za bla­da na mój gust – orzekł – ale zbu­do­wa­na ka­pi­tal­nie!

Ro­ger mil­czał.

– Uwa­żam, że wy­glą­da bar­dzo dys­tyn­go­wa­nie – po­wie­dział wresz­cie. Była to naj­wyż­sza po­chwa­ła w słow­ni­ku For­sy­te­ów. – Ten mło­dy Bo­sin­ney nie do­chra­pie się nig­dy ni­cze­go – do­dał. – Mó­wi­li mi u Pur­kit­ta, że to je­den z tych cy­ga­nów ar­ty­stycz­nych. Po­dob­no ma za­miar udo­sko­na­lić an­giel­ską ar­chi­tek­tu­rę. To mu nie da pie­nię­dzy! Cie­kaw był­bym usły­szeć, co Ty­mo­te­usz o tym są­dzi.

We­szli na sta­cję ko­lei pod­ziem­nej.

– Któ­rą je­dziesz kla­są? Ja za­wsze dru­gą.

– Boję się dru­giej – od­parł Mi­ko­łaj. – Nie wie się nig­dy, co tam moż­na zła­pać.

Ku­pił bi­let pierw­szej kla­sy do Not­ting Hill Gate, a Ro­ger bi­let dru­giej do So­uth Ken­sing­ton. Nie upły­nę­ła mi­nu­ta, kie­dy przy­był po­ciąg; bra­cia roz­sta­li się i wsie­dli każ­dy do od­po­wied­nie­go prze­dzia­łu. I je­den, i dru­gi czuł się do­tknię­ty, że brat nie zmie­nił przy­zwy­cza­jeń dla do­trzy­ma­nia mu jesz­cze przez chwi­lę to­wa­rzy­stwa. Każ­dy jed­nak wy­ra­ził to w so­bie wła­ści­wy spo­sób.

„Ten Nik za­wsze był nie­moż­li­wy” – po­my­ślał Ro­ger.

„Z Ro­ge­ra za­wsze był taki nie­zno­śny upar­ciuch” – po­wie­dział so­bie Mi­ko­łaj.

For­sy­te­owie nie byli nig­dy zbyt uczu­cio­wi. Czy mie­li zresz­tą czas na sen­ty­men­ty w tym wiel­kim Lon­dy­nie, któ­ry zdo­by­li i któ­ry ich wchło­nął.

II. Sta­ry Jo­lyon idzie na ope­rę

O pią­tej po po­łu­dniu na­stęp­ne­go dnia sta­ry Jo­lyon sie­dział sam, z cy­ga­rem w ustach, ma­jąc na sto­li­ku przed sobą fi­li­żan­kę her­ba­ty. Był zmę­czo­ny i za­snął nie zdą­żyw­szy na­wet wy­pa­lić do koń­ca cy­ga­ra. Mu­cha usia­dła mu na wło­sach, wśród usy­pia­ją­cej ci­szy od­dy­chał chra­pli­wie, a gór­na war­ga ody­ma­ła się i opa­da­ła pod si­wym wą­sem. Spo­mię­dzy pal­ców ży­la­stej, po­marsz­czo­nej ręki wy­pa­dło cy­ga­ro i do­pa­li­ło się samo na pu­stym pa­le­ni­sku ko­min­ka.

Po­nu­ry, mały ga­bi­net z ko­lo­ro­wy­mi szy­ba­mi okien­ny­mi, wsta­wio­ny­mi ce­lem od­gro­dze­nia się od wi­do­ku uli­cy, za­peł­nio­ny był ma­syw­ny­mi, rzeź­bio­ny­mi ma­ho­nio­wy­mi me­bla­mi, po­kry­ty­mi ciem­no­zie­lo­nym plu­szo­wym obi­ciem. O gar­ni­tu­rze tym sta­ry Jo­lyon za­zwy­czaj ma­wiał: „Nie zdzi­wił­bym się wca­le, gdy­by mi gru­bo kie­dyś za nie­go za­pła­co­no”. Miło mu było po­my­śleć, że w przy­szło­ści może za­ro­bić na rze­czach, któ­re on­giś na­był znacz­nie ta­niej.

W mrocz­nej, so­czy­ście bru­nat­nej, at­mos­fe­rze, wła­ści­wej tyl­nym po­ko­jom sie­dzib For­sy­te­ów, rem­brand­tow­ski efekt wiel­kiej gło­wy Jo­lyona, uwień­czo­nej grzy­wą si­wych wło­sów i od­ci­na­ją­cej się od opar­cia wy­so­kie­go po­rę­czo­we­go fo­te­la, psuł wąs na­da­ją­cy jego twa­rzy po­nie­kąd mar­so­wy wy­gląd. Sta­ry ze­gar, któ­ry wi­siał tu jesz­cze przed jego ślu­bem, a więc od czter­dzie­stu prze­szło lat, zna­czył swo­im cy­ka­niem za­zdro­sne prze­mi­ja­nie se­kund, ula­tu­ją­cych na za­wsze od jego sta­re­go wła­ści­cie­la.

Jo­lyon nie dbał nig­dy o ten po­kój, do któ­re­go bar­dzo rzad­ko wcho­dził, chy­ba po to tyl­ko, aby wy­jąć cy­ga­ro z ja­poń­skiej sza­fecz­ki w rogu. Te­raz z ko­lei po­kój mści się na nim.

Wy­pu­kłość skro­ni, wy­su­nię­tych niby okap nad za­klę­sły­mi ja­ma­mi po obu stro­nach czo­ła, ko­ści po­licz­ko­we i bro­da ry­so­wa­ły się ostrzej pod­czas snu, ujaw­nia­jąc star­czość twa­rzy.

Obu­dził się. June wy­je­cha­ła! Ja­mes prze­po­wie­dział mu, że bę­dzie się czuł osa­mot­nio­ny. Ja­mes był za­wsze spe­cja­li­stą od do­kucz­li­we­go kra­ka­nia. Jo­lyon przy­po­mniał so­bie z uczu­ciem za­do­wo­le­nia, że sprząt­nął mu dom sprzed nosa. Do­brze mu tak, niech się nie upie­ra przy ce­nie.

O ni­czym in­nym nie po­tra­fi my­śleć, jak tyl­ko o pie­nią­dzach. A może na­praw­dę ten dom jest prze­pła­co­ny? Wy­ma­ga ogrom­nych wkła­dów. Mógł­by się za­ło­żyć, że cała ta spra­wa z June bę­dzie kosz­to­wa­ła spo­ro gro­sza. Nie po­wi­nien był po­zwo­lić na jej za­rę­czy­ny. Po­zna­ła się z Bo­sin­ney­em w domu Bay­ne­sów. Bay­nes i Bil­de­boy – spół­ka ar­chi­tek­tów, Bay­nes, któ­re­go Jo­lyon do­brze znał – ta­kie so­bie cie­płe klu­ski – jest, zda­je się, wu­jem Bo­sin­neya ze stro­ny mat­ki. Od chwi­li za­war­cia zna­jo­mo­ści dziew­czy­na nie prze­sta­ła za­przą­tać so­bie gło­wy tym mło­ko­sem, a jak raz so­bie coś wbi­je w mó­zgow­ni­cę, nie ma spo­so­bu, by jej to wy­per­swa­do­wać. Za­wsze i wiecz­nie musi opie­ko­wać się ja­ki­miś „ku­la­wy­mi ka­czę­ta­mi”, to już jej sła­bość. Chło­pak goły jak świę­ty tu­rec­ki, i wła­śnie z nim mu­sia­ła się za­rę­czyć – po­strze­le­niec, nie­prak­tycz­ny, li­cho wie, ile jesz­cze bę­dzie z nim kło­po­tu!

June przy­szła pew­ne­go dnia do dziad­ka oznaj­mia­jąc mu tę no­wi­nę w swój zwy­kły, na­gły, szorst­ki spo­sób i jak gdy­by na po­cie­chę do­da­ła:

– On jest taki nad­zwy­czaj­ny! Cza­sem przez cały ty­dzień żył je­dy­nie o fi­li­żan­ce ka­kao!

– Chciał­by może, że­byś i ty żyła tyl­ko fi­li­żan­ką ka­kao?

– O nie! Wy­pły­wa już te­raz peł­ną parą!

Sta­ry Jo­lyon wy­jął cy­ga­ro spod bia­łych wą­sów po­wa­la­nych na brze­gach kawą i spoj­rzał na drob­ną po­stać dziew­cząt­ka, któ­re tak głę­bo­ko wro­sło mu w ser­ce. Znał się tro­chę le­piej niż wnucz­ka na ta­kim „wy­pły­wa­niu peł­ną parą”. Ale June, ob­jąw­szy rę­ka­mi jego ko­la­na, ocie­ra­ła się o nie­go bro­dą, po­mru­ku­jąc jak gła­ska­ny kot. Jo­lyon, strzą­snąw­szy po­piół z cy­ga­ra, wy­buch­nął w ner­wo­wym pod­nie­ce­niu:

– Wszyst­kie­ście jed­na­ko­we. Mu­si­cie mieć to, na co wam przy­szła chęt­ka. In­a­czej nie uspo­ko­icie się! Ha, je­że­li chcesz ko­niecz­nie się uniesz­czę­śli­wić, rób, co ci się po­do­ba. Ja umy­wam ręce od wszyst­kie­go!

Umył za­tem ręce od wszyst­kie­go, sta­wia­jąc tyl­ko wa­ru­nek, że nie po­bio­rą się, do­pó­ki Bo­sin­ney nie bę­dzie za­ra­biał co naj­mniej czte­ry­stu fun­tów rocz­nie.

– Nie będę mógł dać ci zbyt wie­le – za­po­wie­dział, ale June nie po raz pierw­szy sły­sza­ła z jego ust te sło­wa. – Może ten twój… jak­że mu tam na imię? po­my­śli o za­opa­trze­niu was w ka­kao.

Pra­wie nie wi­dy­wał June od cza­su, kie­dy roz­po­czę­ła się ta hi­sto­ria. Fa­tal­na spra­wa! Ani mu się śni da­wać ma­łej dużo pie­nię­dzy, żeby umoż­li­wić próż­nia­cze ży­cie chłop­cu, o któ­rym nie wie nic bliż­sze­go. Wi­dy­wał już ta­kie rze­czy, nie pro­wa­dzą nig­dy do ni­cze­go do­bre­go. Co naj­gor­sze, nie ma na­dziei za­chwia­nia jej de­cy­zji; dziew­czy­na upar­ta jak ko­zioł, za­wsze taka była, od dzie­ciń­stwa. Nie ma po­ję­cia, na czym to się skoń­czy. Ale cóż, będą mu­sie­li żyć zgod­nie z przy­sło­wiem: tak kra­wiec kra­je, jak ma­te­rii sta­je. On jed­nak nie ustą­pi, do­pó­ki nie prze­ko­na się, że mło­dy Bo­sin­ney za­ra­bia sam na ży­cie. Ja­sne jak słoń­ce, że June bę­dzie mia­ła do syta kło­po­tów z tym na­rwań­cem; chło­pak tak się zna na za­ra­bia­niu pie­nię­dzy jak koza na gwiaz­dach. A co się ty­czy tych jego sta­rych cio­tek w Wa­lii, do któ­rych dziew­czy­nie tak było spiesz­no, moż­na so­bie wy­obra­zić, ja­kie to mu­szą być stra­szy­dła na wró­ble!

Sta­ry Jo­lyon sie­dział bez ru­chu, wpa­trzo­ny w ścia­nę; gdy­by nie otwar­te oczy, moż­na by przy­pu­ścić, że śpi. Co za myśl, żeby ten szcze­niak So­ames miał da­wać mu rady! Za­wsze był szcze­nia­kiem, z tym swo­im za­dar­tym do góry no­sem! Ale nie­dłu­go bę­dzie już po­sia­da­czem na wiel­ką ska­lę, osią­dzie w sie­dzi­bie wiej­skiej! Po­sia­dacz! Hm! hm!… Fakt, że po­tra­fi wy­wę­szyć wszę­dzie do­bre kup­no jak jego oj­ciec. Zim­ny, wy­ra­cho­wa­ny pę­tak!

Jo­lyon pod­niósł się, zbli­żył się do szaf­ki i za­czął sys­te­ma­tycz­nie na­peł­niać pa­pie­ro­śni­cę cy­ga­ra­mi z świe­żo na­by­tej pacz­ki. Nie są na­wet złe na tę cenę, nie­po­dob­na jed­nak do­stać te­raz praw­dzi­wie do­brych cy­gar. Obec­ne nie umy­wa­ją się na­wet do daw­nych „Su­per­fi­no­sów” Han­so­na i Brid­ge­ra. To do­pie­ro były cy­ga­ra!

Myśl ta, jak nie­uchwyt­ny za­pach per­fum, oży­wi­ła w jego pa­mię­ci cu­dow­ne noce w Rich­mond, gdzie po obie­dzie, z cy­ga­rem w ustach, sia­dy­wał na ta­ra­sie „Ber­ła i Ko­ro­ny” w to­wa­rzy­stwie Mi­ko­ła­ja Tref­fry­ego, Tra­qu­airea, Jac­ka Her­rin­ga i An­to­nie­go Thorn­wor­thy­ego. Jak przed­nio sma­ko­wa­ły wów­czas cy­ga­ra! Bied­ny sta­ry Nik nie żyje i Jack Her­ring tak­że, i Tra­qu­aire zgi­nął przez tę swo­ją żonę. Thorn­wor­thy do ni­cze­go już, trzę­są­cy się dziad (nic dziw­ne­go przy jego ape­ty­cie).

Z ca­łej ów­cze­snej kom­pa­nii po­zo­stał tyl­ko on, no i oczy­wi­ście Swi­thin. Ale co ro­bić z taką ba­ry­łą?

Trud­no uwie­rzyć, że to tak daw­no; on sam czu­je się jesz­cze mło­dy! Ze wszyst­kich my­śli, ja­kie prze­cho­dzi­ły mu przez gło­wę, kie­dy tak stał li­cząc cy­ga­ra, ta była naj­przy­krzej­sza, naj­bar­dziej gorz­ka. Po­mi­mo si­wych wło­sów i osa­mot­nie­nia czuł się wciąż mło­dy, ser­ce miał peł­ne świe­żych uczuć. A te po­po­łu­dnia nie­dziel­ne, kie­dy on i mały Jo włó­czy­li się po Hamp­ste­ad He­ath, wzdłuż Spa­niard’s Road, za­pusz­cza­jąc się aż do Hi­gh­ga­te i Child’s Hill, a po­tem po­wra­ca­li znów do He­ath na obiad do ho­te­lu Jac­ka Straw. Jak do­sko­na­łe były wów­czas cy­ga­ra! A jaka wspa­nia­ła po­go­da! Nie bywa te­raz ta­kiej po­go­dy.

Kie­dy June była pię­cio­let­nim bą­kiem i co dru­gą nie­dzie­lę pro­wa­dził ją do Ogro­du Zoo­lo­gicz­ne­go, od­cią­ga­jąc małą od to­wa­rzy­stwa obu za­cnych ko­biet: bab­ki i mat­ki, i kie­dy sta­wa­li nad niedź­wie­dzią jamą, przy­nę­ca­jąc na­sa­dzo­ny­mi na ko­niec pa­ra­so­la ciast­ka­mi naj­ulu­bień­sze niedź­wiad­ki dziec­ka – jak prze­dziw­ny smak mia­ły wów­czas cy­ga­ra!

Cy­ga­ra! Nie uda­ło mu się na­wet prze­żyć wła­sne­go pod­nie­bie­nia – słyn­ne­go pod­nie­bie­nia, na któ­re w pią­tym i szó­stym dzie­siąt­ku stu­le­cia przy­się­ga­no jak na bro­dę pro­ro­ka i o któ­rym mó­wio­no: „For­sy­te – naj­lep­sze pod­nie­bie­nie w ca­łym Lon­dy­nie!” Pod­nie­bie­nie to sta­ło się w pew­nej mie­rze źró­dłem jego ma­jąt­ku, jego ka­rie­ry jako zna­ne­go po­wszech­nie wła­ści­cie­la hur­tow­ni her­ba­ty. Fir­ma For­sy­te i Tref­fry, któ­rej her­ba­ta sły­nę­ła ro­man­tycz­nym aro­ma­tem i cza­rem wy­jąt­ko­wej ory­gi­nal­no­ści. Fir­mę tę owie­wa­ła w City szcze­gól­na at­mos­fe­ra ta­jem­ni­czo­ści i nie­sły­cha­nej przed­się­bior­czo­ści, umie­jęt­no­ści za­wie­ra­nia spe­cjal­nych umów z naj­lep­szy­mi to­wa­rzy­stwa­mi prze­wo­zo­wy­mi, wy­bie­ra­nia wy­jąt­ko­wych por­tów, na­wią­zy­wa­nia sto­sun­ków z nie­któ­ry­mi tyl­ko przed­sta­wi­cie­la­mi Wscho­du.

Na­pra­co­wał się w tej bran­ży! W owych cza­sach lu­dzie umie­li pra­co­wać! Dzi­siej­sza mło­dzież nie ro­zu­mie wca­le zna­cze­nia tego wy­ra­zu. On sam oso­bi­ście wglą­dał w naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły, wie­dział o wszyst­kim, co się dzie­je, prze­sia­dy­wał cza­sem całe noce przy pra­cy. Oso­bi­ście też wy­bie­rał za­wsze swo­ich agen­tów i chlu­bił się tym. Ma­wiał, że umie­jęt­ność do­bie­ra­nia lu­dzi sta­no­wi ta­jem­ni­cę jego po­wo­dze­nia. Wy­ko­rzy­sty­wa­nie tego mi­strzow­skie­go daru było wła­ści­wie je­dy­ną stro­ną jego fa­chu, któ­rą praw­dzi­wie lu­bił. Dla czło­wie­ka ob­da­rzo­ne­go ta­ki­mi jak on zdol­no­ścia­mi nie była to od­po­wied­nia ka­rie­ra. Te­raz na­wet, kie­dy fir­ma, prze­isto­czo­na w to­wa­rzy­stwo ak­cyj­ne, chy­li się ku upad­ko­wi (wy­co­fał od daw­na swój udział), do­zna­wał ostre­go uczu­cia żalu, ile­kroć my­ślał o tych cza­sach. Mógł do­ko­nać cze­goś o wie­le lep­sze­go! Mógł­by być świet­nym ad­wo­ka­tem! My­ślał na­wet o kan­dy­do­wa­niu do par­la­men­tu. Jak czę­sto Mi­ko­łaj Tref­fry ma­wiał do nie­go: „Mógł­byś zro­bić, co byś tyl­ko chciał, Jo, gdy­byś nie był tak prze­klę­cie ostroż­ny i taki dba­ły o sie­bie!” Ko­cha­ny sta­ry Nik! Za­cny chłop, ale po­strze­le­niec i hu­la­ka! Zna­li go wszę­dzie jak zły sze­ląg. Ten za to nig­dy nie dbał o sie­bie. No i dla­te­go umarł. Sta­ry Jo­lyon li­czył spo­koj­nie cy­ga­ra i na­gle za­czął się za­sta­na­wiać, czy on sam nie za­nad­to dbał o sie­bie.

Umie­ścił wresz­cie pa­pie­ro­śni­cę w bocz­nej kie­sze­ni tu­żur­ka, za­piął ją i uty­ka­jąc na obie nogi, opie­ra­jąc się o po­rę­cze dłu­gie­go sze­re­gu scho­dów, po­wró­cił na górę do sy­pial­ni. Dom był zbyt ob­szer­ny. Jak June wyj­dzie za mąż – je­że­li na­praw­dę po­ślu­bi tego chłop­ca, a za­pew­ne to zro­bi – Jo­lyon wy­naj­mie dom i za­miesz­ka w pen­sjo­na­cie. Cóż za sens trzy­mać pół tu­zi­na służ­by bio­rą­cej się wciąż za łby!

Na dzwo­nek zja­wił się lo­kaj – oka­za­ły męż­czy­zna z bro­dą, stą­pa­ją­cy mięk­kim, ci­chym kro­kiem i nie­zwy­kle mil­czą­cy. Jo­lyon ka­zał mu przy­go­to­wać wie­czo­ro­we ubra­nie: chce iść na obiad do klu­bu.

– O któ­rej wró­cił po­wóz po od­wie­zie­niu pan­ny June na sta­cję? O dru­giej? Niech za­je­dzie o wpół do siód­mej.

Klub, do któ­re­go z ude­rze­niem siód­mej go­dzi­ny wszedł sta­ry Jo­lyon, był jed­ną z owych po­li­tycz­nych in­sty­tu­cji dla za­moż­ne­go miesz­czań­stwa, pa­mię­ta­ją­cych w prze­szło­ści lep­sze dni. Po­mi­mo że dużo mó­wio­no o jego li­kwi­da­cji – kto wie, czy wła­śnie nie dla­te­go – „Di­su­nion” (tak brzmia­ła na­zwa klu­bu) zdra­dzał zbi­ja­ją­cą z tro­pu ży­wot­ność. Lu­dziom sprzy­krzy­ło się po­wta­rzać, że „Di­su­nion” jest w przeded­niu koń­ca. Sta­ry Jo­lyon po­wta­rzał to rów­nież, za­cho­wy­wał się jed­nak wo­bec tego fak­tu z obo­jęt­no­ścią draż­nią­cą tych człon­ków, któ­rych ce­cho­wa­ło sil­ne po­czu­cie wię­zi klu­bo­wej.

– Dla­cze­go nie wy­pi­su­jesz się z li­sty człon­ków? – iry­to­wał się nie­raz Swi­thin. – Dla­cze­go nie wstę­pu­jesz do „Po­ly­glot”? Nig­dzie w ca­łym Lon­dy­nie nie do­sta­niesz ta­kie­go wina jak nasz He­id­sieck po dwa­dzie­ścia szy­lin­gów za bu­tel­kę – i zni­ża­jąc głos do­da­wał: – Zo­sta­ło go już tyl­ko pięć ty­się­cy tu­zi­nów. Pi­jam je re­gu­lar­nie co wie­czór.

– Po­my­ślę o tym – od­po­wia­dał Jo­lyon, ile­kroć jed­nak przy­cho­dzi­ło mu na myśl wy­ko­nać za­miar, przy­po­mi­nał so­bie o pięć­dzie­się­ciu gwi­ne­ach wpi­so­we­go, któ­re zwró­ci­ły­by mu się do­pie­ro po czte­rech czy pię­ciu la­tach. Po­prze­sta­wał więc w dal­szym cią­gu tyl­ko na „my­śle­niu o tym”.

Za