Saga rodu Forsyte’ów. Nowoczesna komedia. Tom 3. Mijający się w mroku. Łabędzi śpiew - John Galsworthy - ebook
Opis

"Nowoczesna komedia" to kolejna trylogia powieściowa poświęcona rodzinie Forsyte'ów. W jej skład wchodzą "Biała małpa" (1924), "Milczące zaloty. Srebrna łyżka" (1926) i "Miłający się w mroku. Łabędzi śpiew" (1928). Następuje w niej metamorfoza głównego bohatera, Soamesa, który z egoisty i dorobkiewicza przeistacza się w dostojnego, uduchowionego dżentelmena. Pokolenie, które Galsworthy wcześniej krytykował za zdradę wartości ogólnoludzkich, staje się teraz według niego ich nosicielem; krytyce poddana zostaje natomiast najmłodsza generacja, przesiąknięta hedonizmem i nihilizmem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 532

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­na­łu

The Mo­dern Co­me­dy

*

Pas­sers by

3. Swan Song

Pro­jekt okład­ki

Ma­rek J. Piw­ko

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Lau­ra Ryn­dak

© ilu­stra­cja na okład­ce De­nis Jr. Tan­gney

Wy­da­nie IX, czer­wiec 2009

Edy­cja I

Ni­niej­sze wy­da­nie opar­te jest na edy­cji Pań­stwo­we­go In­sty­tu­tu Wy­daw­ni­cze­go z 1962 r.

Wy­daw­ca: Vi­de­ograf II Sp. z o.o.

41-500 Cho­rzów, al. Har­cer­ska 3c

tel. (0-32) 348-31-33, 348-31-35 fax (0-32) 348-31-25

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. (0-22) 663-98-13, fax (0-22) 663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Vi­de­ograf II Sp. z o.o., Cho­rzów 2009

ISBN 978-83-7183-699-2 (Se­ria)

ISBN 978-83-7183-698-5 (Tom III)

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Interludium

Mi­ja­ją­cy się w mro­ku

tłu­ma­czył

Ta­de­usz Ja­ku­bo­wicz

I

Jesien­ne słoń­ce oświe­ca­ło mia­sto Wa­szyng­ton, le­żą­ce w okrę­gu Ko­lum­bia, i wszyst­ko, co na cmen­ta­rzu Rock Crek nie było zie­le­nią lub ka­mie­niem – ja­śnia­ło bla­skiem. Przed po­są­giem św. Gau­den­cji, opar­ty o mar­mu­ro­wą ba­rie­rę, sie­dział na swym płasz­czu So­ames For­sy­te roz­ko­szu­jąc się sa­mot­no­ścią i wi­do­kiem pro­mie­ni słoń­ca, prze­dzie­ra­ją­cych się przez cy­pry­sy.

Był tu już po­przed­nie­go po­po­łu­dnia w to­wa­rzy­stwie cór­ki i zię­cia i upodo­bał so­bie to miej­sce. Nie­za­leż­nie od tego, że po­cią­gał go urok cmen­ta­rza, po­sąg ten obu­dził w nim za­in­te­re­so­wa­nie znaw­cy. Choć nie był to obiekt sprze­daż­ny, sta­no­wił nie­wąt­pli­wie dzie­ło sztu­ki i wy­wo­ły­wał bar­dzo sil­ne wra­że­nie. So­ames nie przy­po­mi­nał so­bie rzeź­by, któ­ra by mu była tak bli­ska. Duża po­stać sie­dzą­cej ko­bie­ty z po­zie­le­nia­łe­go już brą­zu, otu­lo­na w fał­dy sze­ro­kie­go płasz­cza, mia­ła moc od­sła­nia­nia mu głę­bi jego wła­sne­go ser­ca. Wczo­raj w obec­no­ści Fleur, Mi­cha­ła oraz in­nych przy­glą­da­ją­cych się ra­zem z nim osób za­uwa­żył nie tyle na­strój po­są­gu, ile jego do­sko­na­łość tech­nicz­ną, te­raz jed­nak, w sa­mot­no­ści, mógł so­bie po­zwo­lić na zby­tek po­grą­że­nia się w czy­sto oso­bi­stych wra­że­niach. Nie­któ­rzy na­zy­wa­li tę sta­tuę „Nir­wa­ną”, inni – „Po­mni­kiem Ada­ma”. On sam nie umiał­by po­wie­dzieć, co wła­ści­wie po­sąg przed­sta­wia, ale w każ­dym ra­zie była to naj­lep­sza rzecz, jaką wi­dział w Ame­ry­ce; obej­rze­nie jej spra­wi­ło mu praw­dzi­wą przy­jem­ność, więk­szą niż wi­dok mas wod­nych Nia­ga­ry czy no­wo­jor­skich dra­pa­czy chmur. So­ames trzy­krot­nie już zmie­niał po­zy­cję na mar­mu­ro­wym pół­ko­lu i za każ­dym ra­zem do­zna­wał it­tych wra­żeń. Z obec­ne­go miej­sca wy­da­wa­ło mu się, że ko­bie­ta ból swój po­zo­sta­wi­ła już za sobą. Sie­dzia­ła za­sty­gła w szcze­gól­nej, głęb­szej tiż śmierć sama, re­zy­gna­cji. Była w tym ja­kaś wie­dza o śmier­ci. Przy­po­mniał so­bie wła­sne­go ojca, Ja­me­sa, w kwa­drans po śmier­ci – wy­glą­dał, jak­by… jak­by mu wresz­cie wszyst­ko po­wie­dzia­no!

Czer­wo­ny liść dębu spadł na kla­pę ma­ry­nar­ki So­ame­sa, dru­gi na ko­la­na. Nie strzą­snął ich. Do­brze tak sie­dzieć bez ru­chu przed tym po­są­giem. Trze­ba by tak sa­dzać całą Ame­ry­kę raz na ty­dzień.

Wstał, zbli­żył się do po­są­gu i do­tknął de­li­kat­nie fał­dy z zie­lo­ne­go brą­zu, jak gdy­by wąt­piąc o moż­li­wo­ści trwa­nia tego, co jest ni­co­ścią.

– Mam sio­strę, któ­ra miesz­ka w Dal­las; jako mło­da dziew­czy­na wy­szła za mąż za ko­le­ja­rza. Cóż! Tek­sas to wspa­nia­ły stan. Wiem, że moja sio­stra śmie­je się na samą myśl, że kli­mat Tek­sa­su mógł­by być dla ko­goś szko­dli­wy.

So­ames cof­nął rękę mu­ska­ją­cą brąz i wró­cił na swo­je miej­sce. Dwie wy­so­kie i chu­de star­sze ko­bie­ty wcho­dzi­ły do sank­tu­arium, w któ­rym sie­dział. Do­szły do środ­ka i sta­nę­ły w mil­cze­niu. Jed­na z nich po­wie­dzia­ła: „Nie­złe!”, po czym obie wy­szły dru­gą stro­ną. Lek­ki po­wiew wia­tru po­ru­szył kil­ka uschłych li­ści le­żą­cych u stóp po­są­gu. So­ames prze­su­nął się na lewo. Stąd znów po­sąg przy­po­mi­nał peł­ną god­no­ści po­stać ko­bie­cą! Wpa­trzo­ny, sie­dział nadal bez ru­chu w po­zie my­śli­cie­la, z bro­dą opar­tą na dło­ni.

Choć cały jego wy­gląd i sil­na opa­le­ni­zna wy­raź­nie świad­czy­ły o do­sko­na­łym sta­nie zdro­wia, So­ames przy­wykł jed­nak uwa­żać się za zmę­czo­ne­go dłu­gą po­dró­żą, któ­ra, ob­jąw­szy sze­ro­kim ko­łem świat, do­biec mia­ła kre­su po­ju­trze, w chwi­li kie­dy wsią­dą na po­kład „Adel­phi­ca” Ta trzy­dnio­wa wy­ciecz­ka do Wa­szyng­to­nu sta­no­wi­ła ostat­ni już etap i zno­sił go bar­dzo do­brze. Mia­sto oka­za­ło się przy­jem­ne, mia­ło spo­ro pięk­nych gma­chów i wie­le drzew o bo­ga­tej ga­mie ko­lo­rów; ruch nie był tak ner­wo­wy jak w No­wym Jor­ku i dużo do­mów nada­wa­ło się, jak uwa­żał, do za­miesz­ka­nia. Oczy­wi­ście wszę­dzie peł­no Ame­ry­ka­nów, ale to było nie­unik­nio­ne. Czuł się tak­że szczę­śli­wy z po­wo­du Fleur. Za­po­mnia­ła zu­peł­nie o tej nie­przy­jem­nej hi­sto­rii z pan­ną Fer­rar, była, jak się zda­je, w do­sko­na­łych sto­sun­kach z Mi­cha­łem i my­śla­ła znów o domu i o dziec­ku. So­ames do­zna­wał istot­nie ja­kie­goś uczu­cia peł­ni i spo­ko­ju, uczu­cia, że cno­ta sta­ła się sama so­bie na­gro­dą, a przede wszyst­kim my­ślał o tym, że wkrót­ce już bę­dzie od­dy­chał wo­nią an­giel­skiej tra­wy i znów uj­rzy rze­kę pły­ną­cą obok łąki, na któ­rej pasą się jego kro­wy. Na­wet Anet­ka ucie­szy się za­pew­ne z jego po­wro­tu – w No­wym Jor­ku ku­pił dla niej na­praw­dę ład­ną bran­so­let­kę ze szma­rag­dów. W tym po­wszech­nym za­do­wo­le­niu po­sąg „Nir­wa­ny” sta­no­wił koń­co­wy akord.

– To tu­taj, Anno.

An­giel­ski ak­cent i dwo­je mło­dych lu­dzi na dru­gim koń­cu – za­pew­ne przy­szli tu, żeby so­bie po­ga­wę­dzić! Za­mie­rzał już wstać, kie­dy usły­szał głos mło­dej ko­bie­ty; mó­wi­ła ak­cen­tem ame­ry­kań­skim, to praw­da, ale mięk­ko i to­nem dziw­nie in­tym­nym.

– To strasz­nie wiel­kie, John. W ob­li­czu tego czu­ję się ni­czym.

Z to­wa­rzy­szą­ce­go sło­wom ru­chu ręki So­ames zro­zu­miał, że do­ty­czy­ły uczuć, któ­re po­sąg i w nim bu­dził.

– Wie­czy­sty spo­kój. To mnie na­peł­nia smut­kiem, John.

W chwi­li kie­dy ra­mię mło­de­go czło­wie­ka wsu­nę­ło się pod jej ra­mię, uka­za­ła się jego twarz. Z bły­ska­wicz­ną szyb­ko­ścią So­ames za­sło­nił się znów dło­nią. „John?” Chcia­ła z pew­no­ścią po­wie­dzieć „Jon”. Mło­dy Jon For­sy­te – nie ule­ga żad­nej wąt­pli­wo­ści! A ta dziew­czy­na to jego żona, sio­stra – jak sły­szał – owe­go mło­de­go Ame­ry­ka­ni­na Fran­ci­sa Wil­mo­ta! Cóż za pech! Pa­mię­tał do­sko­na­le twarz mło­dzień­ca, choć wi­dział go tyl­ko w ga­le­rii ob­ra­zów na Cork Stre­et i po­tem w ciast­kar­ni, no i raz jesz­cze owe­go po­sęp­ne­go po­po­łu­dnia, kie­dy udał się do Ro­bin Hill pro­sić swą pierw­szą roz­wie­dzio­ną żonę, aby po­zwo­li­ła swe­mu sy­no­wi oże­nić się z jego cór­ką! Nig­dy ni­czy­ja od­mo­wa nie spra­wi­ła mu więk­szej przy­jem­no­ści! Nig­dy lo­gi­ka rze­czy nie zna­la­zła lep­sze­go po­twier­dze­nia. A jed­nak przy­krość po­wia­do­mie­nia Fleur o tej od­mo­wie po­zo­sta­ła w jego pa­mię­ci, po­dob­na wiecz­nie tlą­ce­mu za­rze­wiu, czer­wo­ne­mu i pa­lą­ce­mu, mimo że przy­sy­pa­ły je po­pio­ły. So­ames, osło­nię­ty sze­ro­ko­skrzy­dłym ka­pe­lu­szem i dło­nią, upew­nił się w swo­ich przy­pusz­cze­niach.

Mło­dzie­niec stał z gołą gło­wą, jak gdy­by pe­łen czci wo­bec po­są­gu. Wy­glą­dał na For­sy­te’a mimo zbyt­niej ob­fi­to­ści wło­sów. Po­dob­no po­eta! Twarz miał nie­brzyd­ką – kry­ło się w niej to, co na­zy­wa­ją uro­kiem.

Oczy głę­bo­ko osa­dzo­ne, po­dob­nie jak u dziad­ka, sta­re­go Jo­lyona, i tej sa­mej bar­wy – ciem­no­sza­re. Ja­sne wło­sy bez wąt­pie­nia odzie­dzi­czył po mat­ce. Ale pod­bró­dek miał for­sy­tow­ski. So­ames spoj­rzał te­raz na mło­dą ko­bie­tę. Słusz­ny wzrost, śnia­da­wa bla­dość cery, wło­sy kasz­ta­no­wa­te, oczy ciem­ne. Szy­ja ład­nie osa­dzo­na, cała po­stać peł­na wdzię­ku. Trzy­ma się bar­dzo pro­sto. Tak, po­wab­na syl­wet­ka! Ale jak ten smar­kacz mógł się nią za­in­te­re­so­wać po Fleur? Jak na Ame­ry­kan­kę mia­ła co praw­da wie­le na­tu­ral­no­ści, przy­po­mi­na­ła jak­by nim­fę i było w niej coś bar­dzo in­tym­ne­go i ta­jem­ni­cze­go.

Nic w Ame­ry­ce nie ude­rzy­ło So­ame­sa tak moc­no, jak brak in­tym­no­ści. Je­śli ktoś jej pra­gnął, mu­siał wy­łą­czyć te­le­fon i wejść do wan­ny, w prze­ciw­nym ra­zie dzwo­nek te­le­fo­nu roz­le­gał się wła­śnie wte­dy, kie­dy szło się spać, i za­py­ty­wa­no, czy to miesz­ka­nie pań­stwa New­ber­gów. Domy sta­ły tuż obok sie­bie, nie od­gro­dzo­ne na­wet od ulic. W ho­te­lach wszyst­kie po­ko­je łą­czy­ły się ze sobą, a w hal­lu na­tkniesz się z pew­no­ścią na całe mnó­stwo dłu­gich ław. Rów­nież i obiad odar­to z wszel­kiej in­tym­no­ści. Na­wet je­śli się ja­dło na mie­ście, menu było za­wsze ta­kie samo: sa­łat­ka z ho­ma­rów, ryby, in­dyk, szpa­ra­gi, sa­ła­ta i lody. Do­sko­na­łe po­tra­wy, ani sło­wa, i bar­dzo po­żyw­ne, ale po­zba­wio­ne bo­daj krzty in­tym­no­ści.

Tam­ci dwo­je roz­ma­wia­li z sobą. Przy­po­mniał so­bie tak­że głos tego mło­dzień­ca.

– To naj­więk­sze dzie­ło rąk ludz­kich w Ame­ry­ce, Anno. W kra­ju nie mamy nic rów­nie do­bre­go. To bu­dzi we mnie nowe pra­gnie­nia, mu­si­my po­je­chać do Egip­tu.

– Two­jej mat­ce bar­dzo się ten pro­jekt po­do­ba, Jo­nie. I mnie też.

– Chodź, przyj­rzyj się temu z dru­giej stro­ny.

So­ames wstał gwał­tow­nie, choć go nie po­zna­no, i za­nie­po­ko­jo­ny wy­szedł ze swo­jej ni­szy. Dzi­wacz­ne, a może na­wet nie­bez­piecz­ne spo­tka­nie! Po­dró­żo­wał całe sześć mie­się­cy, żeby przy­wró­cić Fleur po­go­dę du­cha, i te­raz, kie­dy się już uspo­ko­iła, nie chciał­by za nic w świe­cie uj­rzeć, jak tra­ci znów rów­no­wa­gę na wi­dok chłop­ca, któ­ry był jej pierw­szą mi­ło­ścią. Zbyt do­brze pa­mię­tał, jak jego sa­me­go wy­pro­wa­dzał za­wsze z rów­no­wa­gi wi­dok Ire­ny. Tak… A prze­cież Ire­na jest tu tak­że nie­mal na pew­no. Cóż, Wa­szyng­ton to duże mia­sto. Nie ma zbyt wiel­kie­go nie­bez­pie­czeń­stwa! Po po­łu­dniu za­mie­rza­ją udać się do Mo­unt Ver­non, a na­za­jutrz rano, bar­dzo wcze­śnie, wy­je­chać. Przy bra­mie cmen­tar­nej ocze­ki­wa­ła na So­ame­sa tak­sów­ka. Je­den z po­zo­sta­łych sa­mo­cho­dów musi na­le­żeć do tych dwoj­ga. Z uko­sa rzu­cił okiem na sze­reg aut. Czyż­by obu­dził się w nim ja­kiś lęk, ja­kaś na­dzie­ja, że w jed­nym z nich uj­rzy tę ko­bie­tę, któ­rą nie­gdyś, przed wie­ka­mi, wi­dział ocze­ku­ją­cą dzień po dniu i noc po nocy na to, cze­go on nie mógł jej pono dać. Nie! Tyl­ko szo­fe­rzy wy­krzy­ku­ją­cy po swo­je­mu: „Yeahs” lub „Yeps”. Ame­ry­ka­nie nie po­tra­fią wi­dać po­wie­dzieć po pro­stu „Yes”. Wsia­da­jąc do tak­sów­ki So­ames po­wie­dział:

– Ho­tel Pó­to­mac.

– Ho­tel Po­tó­mac?

– Je­śli pan woli.

Szo­fer po­ka­zał zęby w uśmie­chu i za­mknął drzwicz­ki. Dom we­te­ra­nów! Po­wia­da­ją, że dużo we­te­ra­nów już po­mar­ło. Nie­ma­ło ich jed­nak wró­ci­ło z ostat­niej woj­ny. Przy tym cóż wła­ści­wie zna­czy dla Ame­ry­ka­nów prze­strzeń i pie­nią­dze? Mają ich tyle, że nie wie­dzą, co z tym po­cząć. Zresz­tą, cóż go to ob­cho­dzi, zwłasz­cza te­raz, kie­dy od­jeż­dża. Nic go to nie ob­cho­dzi. Istot­nie za­pro­sił spo­ro Ame­ry­ka­nów, by przy­je­chaw­szy do An­glii od­wie­dzi­li go i obej­rze­li jego ob­ra­zy. Byli to lu­dzie bar­dzo uprzej­mi, nie­zmier­nie go­ścin­ni. So­ames wi­dział tu mnó­stwo pięk­nych ob­ra­zów, w tym tro­chę chiń­skich, i mnó­stwo wy­so­kich gma­chów, a cała at­mos­fe­ra była bar­dzo pod­nie­ca­ją­ca. On sam nie chciał­by spę­dzić ca­łe­go ży­cia w Ame­ry­ce, ale wszyst­ko tu od­zna­cza­ło się wiel­ką ży­wot­no­ścią i – na krót­ko – mo­gło dzia­łać po­bu­dza­ją­co. „Nie mogę wy­obra­zić so­bie  j e j  miesz­ka­ją­cej tu­taj na sta­łe! – po­my­ślał na­gle. – Nie zna­łem ni­ko­go, kto by bar­dziej od niej po­trze­bo­wał in­tym­no­ści.” Sa­mo­cho­dy pły­nę­ły obok nie­go ca­łym stru­mie­niem albo sta­ły za­par­ko­wa­ne w dłu­gich sze­re­gach. Ame­ry­ka – to sa­mo­cho­dy i dzien­ni­ki! I za­nie­po­ko­iła go na­gła myśl: tu­taj wszyst­ko za­miesz­cza się w dzien­ni­kach; a je­śli i jego na­zwi­sko zna­la­zło się na li­ście przy­jezd­nych?

Przy­byw­szy do ho­te­lu So­ames udał się przede wszyst­kim do kio­sku w hal­lu, gdzie moż­na było na­być ga­ze­ty, pa­stę do zę­bów i nie­bez­piecz­ne dla uzę­bie­nia sło­dy­cze – a nie zdzi­wił­by się, gdy­by i zęby sztucz­ne. Li­sta przy­jezd­nych? Oto jest. „Ho­tel Po­to­mac”: Pań­stwo Cy­ru­so­wie K. Mc Gunn, Pan­ny Er­rick, Pan H. Yel­lam Root, Pan Sem­mes For­syth; Pań­stwo Munt.” Wy­dru­ko­wa­no czar­no na bia­łym, tak, ale na szczę­ście po­prze­krę­ca­no na­zwi­ska! For­syth! Munt! Nig­dy nie po­tra­fią wy­dru­ko­wać ni­cze­go, jak na­le­ży! „Sem­mes!” Moż­na się spo­dzie­wać, że nikt nie do­my­śli się, o kogo to cho­dzi. I prze­szedł­szy do biu­ra re­cep­cji za­czął prze­glą­dać książ­kę ho­te­lo­wą. Tak! Na­pi­sał na­zwi­ska zu­peł­nie wy­raź­nie. Po czym od­wró­ciw­szy kar­tę, prze­czy­tał: „Pań­stwo Jo­lyono­wie For­sy­te­owie.” Tu! w tym ho­te­lu – oni! Przy­je­cha­li na dzień przed nimi. A u góry stro­ny, pod tro­chę wcze­śniej­szą datą: „Pani Ire­na For­sy­te.” Umysł So­ame­sa za­czął pra­co­wać z nie­praw­do­po­dob­ną szyb­ko­ścią. Musi na­tych­miast ja­koś temu za­ra­dzić. Gdzie jest Fleur i Mi­chał? Wczo­raj oglą­da­li z nim ra­zem Ga­le­rię Fre­er – pięk­na do­praw­dy ko­lek­cja, nie wi­dział nig­dy nic ład­niej­sze­go – i po­mnik Lin­col­na, i tę wiel­ką wie­żę, na któ­rą on nie chciał wejść. Dziś rano po­wie­dzie­li, że obej­rzą Ga­le­rię Cor­co­ran, gdzie od­by­wa się wy­sta­wa ma­la­rzy stu­le­cia. Wie­dział, co to zna­czy. W swo­im cza­sie wi­dział an­giel­skie wy­sta­wy tego ro­dza­ju. Wszy­scy mod­ni w swo­im cza­sie ma­la­rze, a w re­zul­ta­cie – wi­dok wprost nie­wy­po­wie­dzia­nie ża­ło­sny. Zwró­cił się do urzęd­ni­ka ho­te­lo­we­go py­ta­jąc:

– Czy jest tu re­stau­ra­cja, gdzie by moż­na zjeść do­bry lunch?

– Oczy­wi­ście. U Fil­le­ra mają do­sko­na­łą kuch­nię.

– Do­brze. Gdy­by wró­ci­ła do ho­te­lu moja cór­ka i zięć, pro­szę im ła­ska­wie po­wie­dzieć, żeby się spo­tka­li ze mną o pierw­szej u Fil­le­ra.

Na­stęp­nie wró­ciw­szy do kio­sku ku­pił bi­le­ty do ope­ry, chcąc, by ten wie­czór spę­dzi­li poza do­mem; w dzie­sięć mi­nut póź­niej szedł w kie­run­ku Ga­le­rii Cor­co­ran. Od Fil­le­ra po­ja­dą wprost do Mo­unt Ver­non, przed te­atrem zje­dzą obiad w ja­kimś in­nym ho­te­lu, na­za­jutrz zaś – wy­ja­dą pierw­szym po­cią­giem. W ten spo­sób unik­nie się ry­zy­ka. Gdy­by tyl­ko uda­ło mu się zła­pać ich w ga­le­rii!

Do­tarł­szy na miej­sce ku­pił ma­chi­nal­nie ka­ta­log i po­szedł na górę. Sale wy­sta­wo­we wy­cho­dzi­ły wszyst­kie na ko­ry­tarz i So­ames roz­po­czął po­szu­ki­wa­nia od ostat­niej. A otóż i oni, sto­ją przed ob­ra­zem przed­sta­wia­ją­cym za­chód słoń­ca. Bę­dąc już ich pew­ny, lecz nie­zbyt pe­wien sa­me­go sie­bie – Fleur jest taka by­stra – rzu­cił okiem na ob­ra­zy. No­wo­cze­sne płót­na, na­śla­dow­nic­two tych fran­cu­skich dzi­wactw, któ­re sześć mie­się­cy temu po­ka­zy­wał mu w Lon­dy­nie Du­me­trius. Przy tym, jego zda­niem, hur­to­wy to­war, moż­na by są­dzić, że wszyst­ko to wy­szło spod jed­ne­go pędz­la. Za­uwa­żył, że Fleur ze śmie­chem do­tknę­ła ra­mie­nia Mi­cha­ła. Jak ład­nie wy­glą­da! Po sto­kroć szko­da, gdy­by cały ten kram wy­trą­cił ją po­now­nie z rów­no­wa­gi. So­ames pod­szedł do nich od tyłu. Co? To za­cho­dzą­ce słoń­ce ma być twa­rzą męż­czy­zny? No, w dzi­siej­szych cza­sach nig­dy nic nie wia­do­mo!

– Wpa­dło mi na myśl – po­wie­dział – żeby tu wstą­pić. Zje­my lunch u Fil­le­ra, po­wie­dzia­no mi, że kar­mią tam le­piej niż w ho­te­lu, a stam­tąd mo­że­my je­chać wprost do Mo­unt Ver­non. Wzią­łem też na wie­czór bi­le­ty do ope­ry.

I świa­do­my ba­daw­cze­go wzro­ku Fleur spoj­rzał na ob­raz. Nie czuł się zbyt pew­nie.

– Czy daw­niej­sze ob­ra­zy są lep­sze? – za­py­tał.

– Wie pan. Fleur za­sta­na­wia­ła się wła­śnie, jak moż­na w obec­nych cza­sach zaj­mo­wać się jesz­cze ma­lar­stwem?

– Jak to ro­zu­mie­cie?

– Gdy­by pan zo­ba­czył całą wy­sta­wę, po­wie­dział­by pan to samo. Sto lat tego do­bre­go!

– Naj­lep­sze ob­ra­zy nie do­sta­ją się nig­dy na ta­kie wy­sta­wy – od­parł So­ames. – Bie­rze się na nie to, co się da. Ame­ry­ka­nie mie­li kil­ku do­brych ma­la­rzy: Ry­der, In­nes, Whi­stler, Sar­gent.

– Oczy­wi­ście – zgo­dzi­ła się Fleur. – Ale czy ty chcesz rze­czy­wi­ście, ta­tuś­ku, obej­rzeć to wszyst­ko? Je­stem strasz­nie głod­na.

– Nie – od­parł So­ames. – Po tym po­są­gu św. Gau­den­cji nie mam na to wca­le ocho­ty. Chodź­my na lunch.

II

Mount Ver­non! Cu­dow­ne po­ło­że­nie! Wspa­nia­łe bar­wy drzew, po­kry­te tra­wą stro­me zbo­cze, ni­żej sze­ro­ki błę­kit­ny Po­to­mac – jak przy­zna­wał na­wet So­ames, znacz­nie bar­dziej im­po­nu­ją­cy niż Ta­mi­za. A na gó­rze ni­ski bia­ły dom, do­stoj­ny i za­cisz­ny, je­śli oczy­wi­ście nie li­czyć tu­ry­stów, nie­mal wy­łącz­nie An­gli­ków, obu­dził w nim uczu­cia, ja­kich nie do­zna­wał od chwi­li wy­jaz­du z kra­ju. Mógł so­bie ła­two wy­obra­zić, że ten po­czci­wiec Je­rzy Wa­shing­ton był tak przy­wią­za­ny do swej re­zy­den­cji. Moż­na ją było bar­dzo po­lu­bić. Przy­po­mi­na­ła nie­co sta­ry dom lor­da Joh­na Rus­sel­la na wzgó­rzu Rich­mond, nie bio­rąc na­tu­ral­nie pod uwa­gę róż­ni­cy, któ­rą sta­no­wi­ła inna sze­ro­kość rze­ki, i to wra­że­nie, ja­kie­go za­wsze chy­ba do­zna­je się w Ame­ry­ce i Ka­na­dzie: że lu­dzie usi­łu­ją bez­sku­tecz­nie wy­peł­nić czymś ów kra­jo­braz – aż strach, ile tu miej­sca, a naj­wi­docz­niej za mało cza­su. Fleur nie po­sia­da­ła się z za­chwy­tu, Mi­chał stwier­dził, że to „ba­jecz­ne”. Go­rą­ce bla­ski słoń­ca pa­dły na po­li­czek So­ame­sa, kie­dy sto­jąc na du­żym gan­ku ro­zej­rzał się do­ko­ła po raz ostat­ni, nim wszedł do wnę­trza domu. Po­wi­nien to so­bie za­pa­mię­tać – nie całą Ame­ry­kę wczo­raj do­pie­ro zbu­do­wa­no! Prze­szedł do hal­lu, a stam­tąd da­lej, wę­dru­jąc po dol­nych po­ko­jach. Do­praw­dy! Urzą­dzo­no to z nad­zwy­czaj­nym sma­kiem! Same tyl­ko do­bre, ory­gi­nal­ne an­ty­ki sprzed pół­to­ra wie­ku, przy­po­mi­na­ją­ce So­ame­so­wi chwi­le spę­dzo­ne w an­ty­kwar­niach Taun­ton i Tun­brid­ge Wells. Oczy­wi­ście za dużo „Je­rze­go Wa­shing­to­na”. Ku­bek Je­rze­go Wa­shing­to­na, jego mied­ni­ca do mo­cze­nia nóg, list do ko­goś tam i ko­ron­ka z jego koł­nie­rzy­ka, i szpa­da, i pi­sto­let, i wszyst­ko, co do nie­go kie­dyś na­le­ża­ło! Co praw­da to nie­unik­nio­ne! Za­po­mniaw­szy o tłu­mie zwie­dza­ją­cych, za­po­mniaw­szy na­wet o cór­ce, So­ames po­su­wał się od­dzie­lo­ny od resz­ty świa­ta mil­cze­niem – tym na­wy­kiem zbie­ra­cza oce­nia­ją­ce­go wszyst­ko bez­gło­śnie. Nie zno­sił wprost, aby ja­kieś bez­kry­tycz­ne bzdu­ry mą­ci­ły jego sądy. Do­tarł do sy­pial­ni na pię­trze, gdzie Je­rzy Wa­shing­ton umarł, i za­glą­dał tam przez kra­tę, gdy na­gle usły­szał dźwię­ki, któ­re nie­mal zmro­zi­ły krew w jego ży­łach. Były to te same gło­sy, któ­re sły­szał rano przed po­są­giem św. Gau­den­cji, a do nich do­łą­czył się głos Mi­cha­ła! Czy Fleur tak­że tam jest? Obej­rzał się i po­czuł ulgę. Nie! Ci tro­je sta­li na szczy­cie głów­nych scho­dów, wy­mie­nia­jąc uwa­gi, jak to czy­nią lu­dzie so­bie obcy, przy­pad­ko­wo in­te­re­su­ją­cy się jed­ną rze­czą. Do­bie­gły go sło­wa Mi­cha­ła:

– Wca­le do­bry gust mie­li w tam­tych cza­sach.

A Jon For­sy­te od­parł:

– Wszyst­ko to ręcz­na ro­bo­ta, jak pan wi­dzi.

So­ames rzu­cił się ku tyl­nym scho­dom, po­trą­cił ja­kąś za­żyw­ną damę, cof­nął się coś mam­ro­cząc i zszedł śpiesz­nie na dół. Je­że­li Fleur nie to­wa­rzy­szy Mi­cha­ło­wi, to zna­czy, że wzię­ła w ob­ro­ty ku­sto­sza. Opa­no­wa­ła go jed­na myśl: „Wy­pro­wa­dzić ją, póki ci tro­je znaj­du­ją się jesz­cze na gó­rze” Dwaj mło­dzi An­gli­cy nie przed­sta­wi­li się so­bie za­pew­ne ani nie po­zna­li bli­żej, je­śli jed­nak do tego do­szło, musi jak naj­prę­dzej za­brać Mi­cha­ła. Ale w jaki spo­sób wy­cią­gnąć stąd Fleur? Tak, otóż i ona, roz­ma­wia wła­śnie z ku­sto­szem, sto­jąc przed fle­tem Je­rze­go Wa­shing­to­na, le­żą­cym na jego kla­wi­kor­dzie w po­ko­ju mu­zycz­nym. So­ames czuł praw­dzi­wą udrę­kę. Obu­rza­ła go sama myśl o cho­ro­bie, a bar­dziej jesz­cze – o uda­wa­niu cho­ro­by. Ale cóż mu po­zo­sta­je in­ne­go? Nie może prze­cież po­dejść do niej i po­wie­dzieć: „Mam już tego do­syć. Chodź­my do sa­mo­cho­du!” Prze­łknąw­szy gwał­tow­nie śli­nę, pod­niósł dłoń do czo­ła i zbli­żył się do kla­wi­kor­du.

– Fleur – po­wie­dział i nie da­jąc jej cza­su na zo­rien­to­wa­nie się cią­gnął da­lej: – Nie czu­ję się zbyt do­brze. Mu­szę wró­cić do sa­mo­cho­du.

Sło­wa te wy­cho­dzą­ce z ust czło­wie­ka, któ­re­mu tak obce były wszel­kie efek­ty dra­ma­tycz­ne, mo­gły bez wąt­pie­nia prze­ra­zić.

– Oj­czul­ku, co się sta­ło?

– Nie wiem – od­parł So­ames. – Za­wrót gło­wy. Po­daj mi rękę.

Do­praw­dy, okrop­na cała ta hi­sto­ria! Kie­dy szli do auta cze­ka­ją­ce­go na nich przy wej­ściu, nie­po­kój Fleur wpra­wiał So­ame­sa w ta­kie za­kło­po­ta­nie, że nie­mal za­nie­chał ko­me­dii. Zdo­łał jed­nak wy­szep­tać:

– Przy­pusz­czam, że za­nad­to się zmę­czy­łem. A może to z po­wo­du tu­tej­szej kuch­ni. Chcę po pro­stu po­sie­dzieć spo­koj­nie w sa­mo­cho­dzie.

Ku jego nie­zmier­nej uldze Fleur usia­dła obok nie­go, wy­ję­ła fla­kon z so­la­mi trzeź­wią­cy­mi i po­sła­ła szo­fe­ra po Mi­cha­ła. So­ames był wzru­szo­ny, choć wą­cha­nie soli, któ­re oka­za­ły się bar­dzo sil­ne, nie spra­wia­ło mu naj­mniej­szej przy­jem­no­ści.

– Wie­le ha­ła­su o nic – mruk­nął.

– Le­piej, ta­tuś­ku dro­gi, po­jedź­my za­raz do domu, że­byś mógł tro­chę po­le­żeć.

Po kil­ku mi­nu­tach nad­szedł śpiesz­nie Mi­chał. I on rów­nież oka­zy­wał, jak się wy­da­wa­ło So­ame­so­wi, szcze­ry nie­po­kój. Auto ru­szy­ło. So­ames sie­dział opar­ty na po­dusz­kach, trzy­ma­jąc Fleur za rękę; usta i oczy miał za­mknię­te i nig­dy może w ży­ciu nie czuł się tak do­brze jak w tej chwi­li. Nim do­je­cha­li do Alek­san­drii, otwo­rzył usta, aby po­wie­dzieć, iż po­psuł im całą wy­ciecz­kę. Mu­szą wró­cić do domu przez Ar­ling­ton, on po­cze­ka, w sa­mo­cho­dzie, gdy oni będą zwie­dza­li. Fleur była za tym, by je­chać wprost do domu, So­ames jed­nak uparł się. Gdy przy­by­li do tego rów­nież bia­łe­go domu, rów­nie przy­jem­nie po­ło­żo­ne­go na zbo­czu nad rze­ką, So­ames ocze­ku­ją­cy na nich w sa­mo­cho­dzie omal nie ze­mdlał. A je­że­li Jon For­sy­te wpadł na ten sam po­mysł i za chwi­lę tu nad­je­dzie? Do­znał głę­bo­kiej ulgi, kie­dy nie­ba­wem wró­ci­li, mó­wiąc, że owszem, jest tu ład­nie, ale nie ma po­rów­na­nia z Mo­unt Ver­non – ko­lum­ny gan­ku są zbyt cięż­kie. Kie­dy auto prze­jeż­dża­ło po­now­nie przez lśnią­ce świe­żą zie­le­nią lasy, So­ames otwo­rzył oczy na do­bre.

– Czu­ję się już zu­peł­nie do­brze. To mu­sia­ła być chy­ba wą­tro­ba.

– Po­wi­nie­neś na­pić się tro­chę bran­dy, ta­tuś­ku. Mo­gli­by­śmy do­stać na nie re­cep­tę od ja­kie­go le­ka­rza.

– Le­ka­rza? Głup­stwo. Zje­my obiad u sie­bie na gó­rze, a ja po­mó­wię z kel­ne­rem. Na pew­no mają coś ta­kie­go w ho­te­lu.

Zjeść obiad na gó­rze! To szczę­śli­wa myśl.

W sa­lo­ni­ku ich apar­ta­men­tu So­ames po­ło­żył się na so­fie wzru­szo­ny i wdzięcz­ny, Fleur bo­wiem ob­ło­ży­ła go po­dusz­ka­mi i przy­ćmi­ła świa­tło, spo­glą­da­jąc spo­nad czy­ta­nej książ­ki, by spraw­dzić, jak on się czu­je. Nie przy­po­mi­nał so­bie, aby kie­dy­kol­wiek uświa­do­mił so­bie tak wy­raź­nie, że ją na­praw­dę ob­cho­dzi. Po­my­ślał na­wet: „Po­wi­nie­nem tro­chę cho­ro­wać od cza­su do cza­su.” A jed­nak, je­że­li w domu uskar­żał się na ja­kieś do­le­gli­wo­ści, Anet­ka za­raz za­czy­na­ła na­rze­kać, że czu­je się jesz­cze go­rzej.

Tuż obok, w ma­łym sa­lo­ni­ku na wprost scho­dów, grał ktoś na for­te­pia­nie.

– Czy mu­zy­ka nie prze­szka­dza ci, ta­tuś­ku?

W mó­zgu So­ame­sa za­bły­sła myśl: „Ire­na!” Gdy­by tak było istot­nie, a Fleur po­szła­by tam in­ter­we­nio­wać, wów­czas rze­czy­wi­ście wy­bu­chła­by bom­ba!

– Nie, ra­czej spra­wia mi przy­jem­ność – od­parł po­śpiesz­nie.

– Do­sko­na­łe ude­rze­nie.

Ude­rze­nie Ire­ny! So­ames pa­mię­tał, jak June je za­wsze chwa­li­ła. Pa­mię­tał, jak zo­ba­czył raz tego dra­ba Bo­sin­neya wsłu­cha­ne­go w jej grę w ma­łym sa­lo­ni­ku przy Mont­pel­lier Squ­are; miał przy tym ja­kiś dzi­ki wy­raz twa­rzy. Pa­mię­tał, jak Ire­na zwy­kle prze­sta­wa­ła grać, kie­dy on sam wcho­dził – czy to li­cząc się z nim, czy też są­dząc, że dla nie­go grać nie war­to – któż to wie? On tego nig­dy nie wie­dział. On nig­dy nic nie wie­dział!

Tak, to było nie­gdyś – przed wie­ka­mi, w in­nym ży­ciu! Za­mknął oczy i na­tych­miast zo­ba­czył Ire­nę w szma­rag­do­wej suk­ni wie­czo­ro­wej, jak sta­ła cze­ka­jąc na płaszcz w hal­lu na Park Lane; było to pierw­sze przy­ję­cie po ich mio­do­wym mie­sią­cu! Cze­mu ta­kie ob­ra­zy zja­wia­ją się przed za­mknię­ty­mi oczy­ma ni stąd ni zo­wąd, bez ładu ni skła­du? Ire­na szczot­ku­ją­ca wło­sy – oczy­wi­ście te­raz już siwe! On ma sie­dem­dzie­siąt lat, więc ona musi mieć bli­sko sześć­dzie­siąt dwa. Jak ten czas mija! Wło­sy ko­lo­ru feu­il­le mor­te – tak mó­wi­ła o nich za­zwy­czaj sta­ra ciot­ka Jula, dum­na, że zna­la­zła ta­kie okre­śle­nie. I oczy ak­sa­mit­ne, ciem­ne! Ach, lecz pięk­ny jest, kto pięk­nie po­stę­pu­je. A prze­cież – któż to wie! Może gdy­by był umiał wy­ra­żać swe uczu­cia! Gdy­by ro­zu­miał mu­zy­kę! Gdy­by ona nie dzia­ła­ła tak na jego zmy­sły! Może… och! Gdy­by… tak. Gdy­by. Nie war­to tego roz­trzą­sać. I wła­śnie tu mu­sia­ła przy­je­chać! Cóż za pa­skud­na hi­sto­ria! Czy czło­wiek nig­dy nie za­po­mi­na?

Fleur po­szła się spa­ko­wać i ubrać. Przy­nie­sio­no obiad. Mi­chał opo­wia­dał, że w Mo­unt Ver­non spo­tkał prze­mi­łą mło­dą parę.

– On jest An­gli­kiem. Mówi, że Mo­unt Ver­non bu­dzi w nim głę­bo­ką no­stal­gię.

– Jak się na­zy­wa, Mi­cha­le?

– Na­zy­wa? Nie py­ta­łem go. A dla­cze­go?

– Och nic! My­śla­łam, że wiesz.

So­ames znów ode­tchnął. Spo­strzegł, jak Fleur się tym za­in­te­re­so­wa­ła. Przy pierw­szej oka­zji jej uczu­cie dla tego syna Ire­ny roz­pa­li się na nowo. Ma to we krwi!

– Bri­ght Mar­kland – opo­wia­dał Mi­chał – roz­ga­dał się na te­mat przy­szło­ści Ame­ry­ki. Jest on na­stro­jo­ny bar­dzo opty­mi­stycz­nie, po­nie­waż w kra­ju jest wciąż jesz­cze wie­lu far­me­rów i lu­dzi osia­dłych na roli. Ale ga­dał tak­że wie­le o przy­szło­ści An­glii, i rów­nież opty­mi­stycz­nie, a prze­cież mało kto zaj­mu­je się tam rol­nic­twem.

– Kto to jest Bri­ght Mar­kland? – mruk­nął So­ames.

– Wy­daw­ca „Scru­ta­to­ra” Trud­no o lep­szy przy­kład opty­mi­zmu albo też umie­jęt­no­ści pa­trze­nia na rzecz z dwóch cał­ko­wi­cie róż­nych punk­tów wi­dze­nia.

– Spo­dzie­wa­łem się – rzekł So­ames z na­ci­skiem – że wi­dząc te nowe kra­je zro­zu­miesz, że i sta­ry ma pew­ne za­le­ty.

Mi­chał za­śmiał się.

– Nie ma po­trze­by prze­ko­ny­wać mnie o tym. Ale, wi­dzi pan, ja na­le­żę do tak zwa­nej kla­sy uprzy­wi­le­jo­wa­nej i jak są­dzę, pan tak­że.

So­ames spoj­rzał ze zdu­mie­niem. Ten mło­dy czło­wiek sta­wał się sar­ka­stycz­ny!

– No – rzekł – będę szczę­śli­wy, gdy znaj­dę się już w domu. Czy je­ste­ście spa­ko­wa­ni?

Byli już spa­ko­wa­ni, za­te­le­fo­no­wał więc po tak­sów­kę, któ­ra mia­ła ich za­wieźć do ope­ry. Aże­by nie krę­ci­li się nie­po­trzeb­nie w hal­lu, So­ames sam ze­szedł na dół od­pro­wa­dzić ich do sa­mo­cho­du. Wszyst­ko po­szło gład­ko, bez żad­nych za­ha­czeń i z uczu­ciem głę­bo­kiej ulgi So­ames za­jął miej­sce w win­dzie, któ­ra go od­wio­zła do jego po­ko­ju.

III

Stał przy oknie spo­glą­da­jąc na wy­so­kie domy, la­tar­nie, sa­mo­cho­dy su­ną­ce w dole, na ja­sne, usia­ne gwiaz­da­mi nie­bo. Czuł się te­raz na­praw­dę zmę­czo­ny. Jesz­cze je­den taki dzień, a nie bę­dzie mu­siał sy­mu­lo­wać nie­dy­spo­zy­cji. Do­praw­dy o włos od ka­ta­stro­fy – i to kil­ka­krot­nie! Pra­gnął zna­leźć się już w domu, z dala od nie­bez­pie­czeń­stwa. Ja­kie to dziw­ne, że znaj­du­je się pod jed­nym da­chem z tą ko­bie­tą. Nie prze­by­wał z nią pod jed­nym da­chem od owe­go okrop­ne­go dnia li­sto­pa­do­we­go w roku osiem­dzie­sią­tym siód­mym, kie­dy to krą­żył tam i z po­wro­tem po Mont­pel­lier Squ­are w tak strasz­nej męce i wresz­cie wró­cił do drzwi fron­to­wych swe­go domu, by się tam spo­tkać z mło­dym Jo­lyonem. Za­le­d­wie je­den ko­cha­nek umarł, a oto już dru­gi stał w pro­gu! Tej to nocy Ire­na wy­mknę­ła się ukrad­kiem z jego – So­ame­sa – domu i od­tąd nig­dy już nie zna­leź­li się ra­zem pod jed­nym da­chem. Znów ta mu­zy­ka – ła­god­na i nie­po­ko­ją­ca. Czy to ona gra? Chcąc uciec od tych dźwię­ków So­ames po­szedł do swej sy­pial­ni i za­czął pa­ko­wać rze­czy. Nie za­ję­ło mu to wie­le cza­su, miał ze sobą jed­ną tyl­ko wa­liz­kę. Czy po­ło­żyć się? Po­ło­żyć się i le­żeć bez­sen­nie? Ta hi­sto­ria wy­trą­ci­ła go z rów­no­wa­gi. Je­że­li to ona sie­dzi tam przy for­te­pia­nie, tak bli­sko nie­go, to jak te­raz wy­glą­da? Od owej da­le­kiej nocy li­sto­pa­do­wej wi­dział ją sie­dem, nie, osiem razy. Dwu­krot­nie u niej w Chel­sea, po­tem przy fon­tan­nie w La­sku Bu­loń­skim, w Ro­bin Hill, kie­dy po­sta­wił swo­je ul­ti­ma­tum jej i mło­de­mu Jo­lyono­wi, na po­grze­bie kró­lo­wej Wik­to­rii, na Lord’s Cric­ket Gro­und, znów w Ro­bin Hill, kie­dy po­je­chał pro­sić ją, by ustą­pi­ła w spra­wie Fleur, wresz­cie w Ga­le­rii Gou­pe­nor, gdy stam­tąd wy­cho­dzi­ła. Każ­de z tych spo­tkań pa­mię­tał w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, aż do ostat­nie­go ru­chu jej okry­tej rę­ka­wicz­ką dło­ni, aż do sła­be­go uśmie­chu ust.

So­ame­sa prze­szył dreszcz. Za go­rą­co w tych ame­ry­kań­skich sy­pial­niach! Wró­cił do sa­lo­ni­ku. Sprząt­nię­to tam wła­śnie i przy­nie­sio­no mu wie­czor­ną ga­ze­tę. Nic cie­ka­we­go! Nie mógł nig­dy zna­leźć nic cie­ka­we­go w tu­tej­szych dzien­ni­kach. Po tylu la­tach, gdy roz­dzie­li­ła ich prze­strzeń i czas – ja­kież wła­ści­wie żywi w sto­sun­ku do niej uczu­cia? Nie­na­wiść? To sło­wo zbyt sil­ne. Nie moż­na nie­na­wi­dzić tych, któ­rzy są da­le­ko. Zresz­tą on nig­dy nie czuł wo­bec niej nie­na­wi­ści! Na­wet wów­czas, kie­dy się po raz pierw­szy do­wie­dział, że go zdra­dzi­ła. Po­gar­dę? Nie. Zbyt wie­le za­da­ła mu bólu. Nie umiał zdać so­bie sam spra­wy z wła­snych uczuć. Za­czął się prze­cha­dzać po po­ko­ju, kil­ka­krot­nie sta­wał przy drzwiach i na­słu­chi­wał jak wię­zień w swo­jej celi. Nie, to po­ni­żej jego god­no­ści! Pod­szedł więc do sofy i po­ło­żył się. Bę­dzie my­ślał o swych po­dró­żach. Czy spra­wi­ły mu przy­jem­ność? Je­den wiel­ki wir: tyle rze­czy i – tyle wody. A prze­cież wszyst­ko zwie­dzi­li zgod­nie z pro­gra­mem z wy­jąt­kiem Chin, któ­re mu­sie­li z da­le­ka omi­nąć ze wzglę­du na sy­tu­ację, jaka tam pa­no­wa­ła. Sfinks i Taj Ma­hal, port Van­co­uver i Góry Ska­li­ste to ja­wi­ły się, to ni­kły w jego świa­do­mo­ści, jak­by ba­wiąc się z nim w cho­wa­ne­go. A te­raz ta mu­zy­ka. Czy to ona gra? Szcze­gól­ne! Wy­glą­da na to, że czło­wiek prze­ży­wa je­den tyl­ko okres praw­dzi­we­go żaru uczuć. Wszyst­ko inne, co go spo­ty­ka, prze­bie­ga w let­niej tem­pe­ra­tu­rze, i może to do­brze, w prze­ciw­nym bo­wiem ra­zie na­czy­nie nie wy­trzy­ma­ło­by na­po­ru wrzą­cych uczuć. Czy ma prze­żyć po­now­nie te same wzru­sze­nia, ja­kich do­zna­wał w pierw­szej fa­zie ich zna­jo­mo­ści? Za nic w świe­cie! A jed­nak! So­ames wstał. Ta mu­zy­ka roz­brzmie­wa wciąż, roz­brzmie­wa bez­u­stan­nie. Ale kie­dy usta­nie, nie bę­dzie już mógł zo­ba­czyć gra­ją­cej. Ona to czy nie o n a ? Cze­mu by nie miał przejść przez sa­lo­nik – po pro­stu tyl­ko przejść i – rzu­cić jed­no spoj­rze­nie? Je­że­li to ona, cóż, praw­do­po­dob­nie stra­ci­ła już swój po­wab, tę uro­dę, któ­ra tyle spra­wi­ła mu bólu! Za­uwa­żył przed­tem, gdzie stoi pia­ni­no – tak, zo­ba­czył­by gra­ją­cą z pro­fi­lu. Otwo­rzył drzwi, mu­zy­ka za­brzmia­ła gło­śniej i So­ames wy­śli­znął się z po­ko­ju.

Tyl­ko sze­ro­kość po­ko­ju Fleur od­dzie­la­ła go od tego otwar­te­go sa­lo­ni­ku na wprost scho­dów. Na ko­ry­ta­rzu nie było ni­ko­go, na­wet boya ho­te­lo­we­go. Bar­dzo moż­li­we, że to po pro­stu ja­kaś Ame­ry­kan­ka, może ta mło­da ko­bie­ta – żona Jona! A jed­nak nie – w tym ude­rze­niu było coś… coś szcze­gól­ne­go! I trzy­ma­jąc przed sobą wie­czor­ną ga­ze­tę, So­ames szedł da­lej. Trzy fi­la­ry sto­ją­ce w pew­nej od sie­bie od­le­gło­ści od­dzie­la­ły sa­lon od ko­ry­ta­rza, za­stę­pu­jąc to, cze­go So­ame­so­wi tak bar­dzo bra­ko­wa­ło w Ame­ry­ce – czwar­tą ścia­nę. Za­trzy­mał się przy pierw­szym z tych fi­la­rów. Obok kla­wia­tu­ry sta­ła wy­so­ka lam­pa z po­ma­rań­czo­wym aba­żu­rem, a świa­tło jej pa­da­ło na nuty, na kla­wi­sze, na po­li­czek i wło­sy gra­ją­cej. Ona! Choć So­ames przy­pusz­czał, że jest już siwa, po­ru­szył go dziw­nie wi­dok tych wło­sów bez jed­nej bo­daj zło­tej nit­ki. Fa­li­ste, mięk­kie, lśnią­ce, okry­wa­ły jej gło­wę jak srebr­ny hełm. Była w wie­czo­ro­wej suk­ni i mógł stwier­dzić, że ra­mio­na jej, szy­ja, ple­cy po­zo­sta­ły krą­głe i pięk­ne. Cala jej po­stać, po­czy­na­jąc od ta­lii, ko­ły­sa­ła się lek­ko w takt mu­zy­ki. Suk­nię mia­ła w od­cie­niu per­ło­wo­he­lio­tro­po­wym. So­ames stał za fi­la­rem, wpa­trzo­ny w nią, za­sła­nia­jąc twarz ręką, aby go nie mo­gła po­znać, je­śli od­wró­ci gło­wę. Nie do­zna­wał żad­nych okre­ślo­nych uczuć – film wspo­mnień roz­wi­jał się zbyt szyb­ko. Od chwi­li gdy po raz pierw­szy zo­ba­czył ją w ba­wial­ni w Bo­ur­ne­mo­uth aż do ich ostat­nie­go spo­tka­nia w Ga­le­rii Gou­pe­nor – prze­su­nął się przed nim dłu­gi sze­reg prze­żyć: był w nich i żar, i chłód, i go­rycz. Dłu­go­trwa­łe wrze­nie zmy­słów, dłu­gi okres de­pre­sji du­cha. Dłu­go­trwa­ła bo­le­sna na­mięt­ność, dłu­go­trwa­ła na­uka obo­jęt­no­ści i drę­two­ty. W naj­mniej­szym na­wet stop­niu nie pra­gnął, sto­jąc tu, roz­mo­wy z nią, a jed­nak nie mógł ode­rwać od niej wzro­ku. Na­gle prze­sta­ła grać; po­chy­liw­szy się na­przód, za­mknę­ła nuty i wy­cią­gnę­ła rękę, aby zga­sić lam­pę. Peł­ne świa­tło ob­la­ło jej twarz i So­ames cof­nąw­szy się wi­dział ją wciąż jesz­cze pięk­ną, może na­wet pięk­niej­szą, choć nie­co znisz­czo­ną; oczy jej, pa­trzą­ce spod ciem­nych wciąż brwi, bo­daj że po­ciem­nia­ły jesz­cze, sta­ły się więk­sze i ła­god­niej­sze. I raz jesz­cze owład­nę­ło nim to samo uczu­cie: „Tu oto sie­dzi ko­bie­ta, któ­rej nig­dy nie zna­łem” Z ja­kimś dziw­nym gnie­wem co­fał się, do­pó­ki nie stra­cił jej z oczu. Ach, ona ma wie­le wad, lecz naj­gor­szą ze wszyst­kich była za­wsze i nadal po­zo­sta­ła jej ta­jem­ni­czość! I stą­pa­jąc po ci­chu, niby kot, So­ames wró­cił do swe­go po­ko­ju.

Czuł się te­raz śmier­tel­nie znu­żo­ny; wszedł­szy do sy­pial­ni ro­ze­brał się szyb­ko i po­ło­żył do łóż­ka. Z ca­łe­go ser­ca pra­gnął zna­leźć się już na okrę­cie, pod bry­tyj­ską fla­gą. – „Je­stem sta­ry – po­my­ślał na­gle – sta­ry.” Ta Ame­ry­ka wy­da­wa­ła mu się za mło­da, tak peł­na ener­gii, zdą­ża­ją­ca ku ja­kimś ce­lom, któ­rych on nie mógł do­strzec. Mia­sta Wscho­du były zu­peł­nie inne. Jed­nak mimo wszyst­ko ma on do­pie­ro sie­dem­dzie­siąt lat. Jego oj­ciec do­żył dzie­więć­dzie­się­ciu, sta­ry Jo­lyon – osiem­dzie­się­ciu pię­ciu a Ty­mo­te­usz stu; po­dob­nie wszy­scy inni sta­rzy For­sy­te­owie. Ma­jąc sie­dem­dzie­siąt lat, nie gra­li w gol­fa, a jed­nak byli młod­si, w każ­dym ra­zie młod­si niż on – dzi­siej­sze­go wie­czo­ra. Wi­dok tej ko­bie­ty spra­wił, że… że… Tak, jest sta­ry!

„Nie chcę się ze­sta­rzeć – po­my­ślał. – Gdy­bym kie­dy czuł się tak jak dziś, za­się­gnę po­ra­dy ja­kie­go le­ka­rza.”

W dzi­siej­szych cza­sach ist­nie­ją ja­kieś mał­pie pre­pa­ra­ty, któ­re się za­strzy­ku­je. On nie bę­dzie tego pró­bo­wać, Mał­py! Cze­mu nie pro­się­ta lub ty­gry­sy? Prze­trwać w ja­ki­kol­wiek bądź spo­sób jesz­cze z dzie­sięć albo pięt­na­ście lat! Przez ten czas lu­dzie w An­glii zo­rien­tu­ją się w sy­tu­acji, skoń­czy się z tą prze­klę­tą da­ni­ną ma­jąt­ko­wą. Bę­dzie wie­dział, co zo­sta­wia Fleur. Zo­ba­czy, jak jej ma­lec wy­ra­sta na chłop­ca i idzie do szko­ły – szko­ły pu­blicz­nej – no pew­nie! Eton? Nie – mło­dy Jo­lyon tam się uczył. Win­che­ster, szko­ła Mon­tów? Ani jed­no, ani dru­gie, je­że­li zdo­ła temu prze­szko­dzić. Naj­od­po­wied­niej­sze by­ło­by Har­row albo jego daw­na szko­ła – Mal­bo­ro­ugh. Może zo­ba­czy jesz­cze Kita gra­ją­ce­go w kry­kie­ta na Lord’s Cric­ket Gro­und. No, do tego cza­su mi­nie z pięt­na­ście lat.

0 tak, ma o co się trosz­czyć, ma po co żyć. Je­śli tego brak­nie, czło­wiek czu­je się sta­ry, a je­śli istot­nie czu­je się sta­ry, wów­czas jest sta­ry i wkrót­ce nad­cho­dzi ko­niec. Jak do­brze się ta ko­bie­ta trzy­ma! Ona!… A jego ob­ra­zy! Trze­ba za­jąć się nimi po­waż­nie. Ta Ga­le­ria Fre­er! Zo­sta­wić je na­ro­do­wi i prze­ka­zać po­tom­no­ści swe imię – dużo w tej my­śli po­cie­chy! Ona! Och, ona nig­dy nie umrze!

Smu­ga świa­tła na ścia­nie bli­sko drzwi.

– Śpisz, ta­tu­siu?

A więc Fleur pa­mię­ta­ła, żeby po po­wro­cie zaj­rzeć do nie­go!

– Jak się czu­jesz, ta­tuś­ku?

– Do­brze. Tro­chę zmę­czo­ny. Jak tam ope­ra?

– Tak so­bie.

– Po­le­ci­łem, żeby obu­dzo­no nas o siód­mej. Śnia­da­nie zje­my w po­cią­gu.

Usta Fleur do­tknę­ły jego czo­ła. Gdy­by… gdy­by ta ko­bie­ta. Ale nie… nig­dy… nig­dy z wła­snej woli!…

– Do­bra­noc – po­wie­dział. – Śpij spo­koj­nie.

Smu­ga świa­tła na ścia­nie zwę­zi­ła się i zni­kła. Do­brze! Te­raz ogar­nę­ła go sen­ność. Ale w tym domu. Cie­nie. Cie­nie. Prze­szłość… te­raź­niej­szość… przy pia­ni­nie… u jego wez­gło­wia. Idą… mi­ja­ją go. A za nimi ogrom­na ko­bie­ta w płasz­czu z brą­zu, z za­mknię­ty­mi oczy­ma, po­grą­żo­na w ot­chła­ni, w wiecz­no­ści… wie… czno…

I So­ames za­czął ci­cho chra­pać.

Księga III

Ła­bę­dzi śpiew

tłu­ma­czy­ła

Wan­da Kra­gen

Je­ste­śmy z tej sa­mej ma­te­rii, co sny,

I na­sze krót­kie ży­cie uzu­peł­nia sen.

W. Sha­ke­spe­are, Bu­rza

CZĘŚĆ PIERWSZA

I. Otwar­cie kan­ty­ny

Nowo­cze­sne spo­łe­czeń­stwo, w któ­rym jed­no wy­da­rze­nie goni dru­gie, a daw­na sen­sa­cja ustę­pu­je no­wej, ce­chu­je ro­dzaj nie­do­wła­du pa­mię­ci; nic więc dziw­ne­go, że wio­sną roku 1926 ostre star­cie Fleur Mont z Mar­jo­rie Fer­rar było już pra­wie cał­kiem za­po­mnia­ne. Zresz­tą Fleur nie da­wa­ła opi­nii pu­blicz­nej oka­zji do zaj­mo­wa­nia się swo­ją oso­bą; po po­dró­ży do­oko­ła świa­ta za­in­te­re­so­wa­ła się bo­wiem spra­wa­mi Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go, a było to upodo­ba­nie tak bar­dzo nie­mod­ne, że poza uro­kiem i pod­nie­tą no­wo­ści da­wa­ło rę­koj­mię nie­an­ga­żo­wa­nia wła­sne­go na­zwi­ska.

Miesz­kań­cy ko­lo­nii, Ame­ry­ka­nie i hin­du­scy stu­den­ci – lu­dzie, któ­rych nikt nie mógł po­dej­rze­wać, że są „lwa­mi sa­lo­no­wy­mi” – spo­ty­ka­li się te­raz w „bi­me­ta­licz­nyrn sa­lo­nie”, a Fleur osą­dzi­ła, że to lu­dzie „bar­dzo zaj­mu­ją­cy”, zwłasz­cza stu­den­ci hin­du­scy, tak układ­ni i ta­jem­ni­czy, że nig­dy nie wie­dzia­ła, czy oni są „na­rzę­dziem” w jej ręku, czy na od­wrót.

Wi­dząc szcze­gól­ne trud­no­ści pię­trzą­ce się przed fog­gar­ty­zmem, Fleur za­czę­ła się roz­glą­dać za no­wym „ko­ni­kiem”, któ­ry do­wió­zł­by Mi­cha­ła do ka­rie­ry par­la­men­tar­nej, a po­nie­waż są­dzi­ła, że zna In­die, gdzie pod­czas po­dró­ży spę­dzi­ła sześć ty­go­dni, wy­da­wa­ło się jej, że zna­la­zła tego „ko­ni­ka” w idei otwar­cia Ke­nii dla Hin­du­sów. Roz­mo­wy ze stu­den­ta­mi hin­du­ski­mi na­uczy­ły ją, że nie moż­na dą­żyć w ja­kimś kie­run­ku nie ma­jąc okre­ślo­ne­go celu. Ci mło­dzi lu­dzie byli może skom­pli­ko­wa­ni i nie­prak­tycz­ni, ma­rzy­ciel­scy i skry­ci, lecz po­sia­da­li przy­najm­niej moc­ne prze­ko­na­nie, że ko­mór­ka w or­ga­ni­zmie jest mniej waż­na od ca­łe­go or­ga­ni­zmu, ich wła­sny los – od losu In­dii. Fleur ze­tknę­ła się więc z ludź­mi, któ­rzy w coś wie­rzy­li – było to nowe, fa­scy­nu­ją­ce od­kry­cie. Wspo­mnia­ła o tym Mi­cha­ło­wi.

– Wszyst­ko to bar­dzo pięk­nie – od­parł – ale nasi hin­du­scy przy­ja­cie­le w obro­nie swo­jej wia­ry nie prze­ży­li czte­rech lat w oko­pach lub w stra­chu przed nimi. Gdy­by tak było, ich wia­ra nie wy­da­wa­ła­by im się tak ogrom­nie waż­na jak te­raz. Chcie­li­by tego może, lecz ich wraż­li­wość by­ła­by stę­pio­na. To wła­śnie sta­ło się z nami wszyst­ki­mi, któ­rzy prze­ży­li­śmy woj­nę w Eu­ro­pie.

– To jed­nak nie czy­ni wia­ry mniej in­te­re­su­ją­cą – po­wie­dzia­ła Fleur oschle.

– Wi­dzisz, moja dro­ga, pro­ro­cy łają nas za to, że ży­je­my z dnia na dzień, ale czy moż­na mieć za­ufa­nie do siły ży­cio­wej, któ­ra jest tak nie­sły­cha­nie roz­rzut­na, że robi z mi­lio­nów lu­dzi sie­ka­ni­nę? Wierz mi, okres wik­to­riań­ski wy­ho­do­wał wie­le ła­twej i po­wierz­chow­nej wia­ry i u na­szych hin­du­skich przy­ja­ciół za­cho­dzi po­dob­ny wy­pa­dek. Od cza­su bun­tu Si­pa­jów In­die nie po­stą­pi­ły ani o krok na­przód, a i ten ruch miał cha­rak­ter bar­dzo po­wierz­chow­ny. Nie po­win­naś za­tem brać tych lu­dzi zbyt po­waż­nie.

– Wca­le tego nie ro­bię. Ale po­do­ba mi się ich wia­ra w to, że słu­żą In­diom.

Wi­dząc uśmiech Mi­cha­ła na­chmu­rzy­ła się: my­śli pew­nie, że ona chce tyl­ko wzbo­ga­cić swo­ją ko­lek­cję.

Teść jej, któ­ry istot­nie zaj­mo­wał się nie­co orien­ta­li­sty­ką, pod­niósł wy­so­ko brew, zdu­mio­ny tymi no­wy­mi zna­jo­mo­ścia­mi.

– Mój naj­star­szy przy­ja­ciel – oświad­czył Fleur w dniu pierw­sze­go maja – jest sę­dzią w In­diach. Żyje tam już od czter­dzie­stu lat. Po dwu la­tach pi­sał, że za­czy­na ro­zu­mieć Hin­du­sów. Po dzie­się­ciu, że zna ich już zu­peł­nie do­brze. Wczo­raj do­sta­łem od nie­go list, w któ­rym do­no­si, że po czter­dzie­stu la­tach nie wie o nich nic. I tak samo oni o nas nic nie wie­dzą. Wschód i Za­chód – to dwa świa­ty o zu­peł­nie od­mien­nym ukła­dzie krą­że­nia.

– A może tych czter­dzie­ści lat zmie­ni­ło u nie­go układ krą­że­nia?

– Ani na jotę – od­parł sir Law­ren­ce – na to trze­ba czter­dzie­stu po­ko­leń. Pro­szę cię jesz­cze, moja dro­ga, o fi­li­żan­kę two­jej świet­nej tu­rec­kiej kawy. A jak Mi­chał za­pa­tru­je się na strajk po­wszech­ny?

– Po­wia­da, że rząd nie ustą­pi, póki Kon­gres Związ­ków Za­wo­do­wych nie cof­nie wszyst­kich swo­ich żą­dań.

– Wła­śnie! I gdy­by nasz an­giel­ski układ krą­że­nia był inny, mo­gli­by­śmy do­żyć „ład­nej chryi”, jak­by po­wie­dział „sta­ry For­sy­te”.

– Mi­chał jest po stro­nie gór­ni­ków.

– Ja rów­nież, pięk­na pani. To wspa­nia­li chłop­cy, ale los cięż­ko ich po­ka­rał ta­ki­mi przy­wód­ca­mi. To samo od­no­si się do wła­ści­cie­li ko­palń. Ci mili przy­wód­cy nie spo­czną, do­pó­ki nie zruj­nu­ją lu­dzi do ostat­ka. Wę­giel to nie­przy­jem­na sub­stan­cja: czer­ni twarz, a te­raz zro­bi się nam jesz­cze od nie­go czar­no przed ocza­mi. Co się sta­ło z po­czci­wą sta­rą An­glią? No, bądź zdro­wa, uca­łuj ode mnie Kita i po­wiedz Mi­cha­ło­wi, żeby nie tra­cił gło­wy.

O to wła­śnie sta­rał się Mi­chał. W chwi­li wy­bu­chu Wiel­kiej Woj­ny był aku­rat na tyle do­ro­sły, aby iść wal­czyć, ale jesz­cze za mło­dy, aby do­strzec fa­ta­lizm, któ­rym na­sią­ka na­tu­ra ludz­ka w ob­li­czu zbli­ża­ją­ce­go się nie­bez­pie­czeń­stwa. Obec­nie, przed Wiel­kim Straj­kiem, ro­zu­miał to już do­brze i poj­mo­wał za­ra­zem, jak wiel­ką wagę przy­wią­zu­ją lu­dzie do utrzy­ma­nia pre­sti­żu. Za­uwa­żył, że obie stro­ny wy­ra­ża­ją go­to­wość speł­nie­nia wszyst­kich ży­czeń prze­ciw­ni­ka, z za­strze­że­niem oczy­wi­ście, by nie po­czy­nić naj­mniej­szych ustępstw. A ha­sła: „Dłuż­sza pra­ca, mniej­sza pła­ca” oraz „Ani mi­nu­ty dłu­żej, ani gro­sza mniej”, skła­da­ły przed sobą dwor­skie ukło­ny, lecz po­mi­mo wszyst­kich prób zbli­że­nia co­raz bar­dziej się od sie­bie od­da­la­ły. Mi­chał, któ­re­go tem­pe­ra­ment przy­po­mi­nał żywe sre­bro, ze źle ma­sko­wa­ną nie­cier­pli­wo­ścią ob­ser­wo­wał obec­nie trzeź­we i prze­zor­ne kro­ki ty­po­wych Bry­tyj­czy­ków, trzy­ma­ją­cych w ręku wszel­kie moż­li­wo­ści po­śred­ni­cze­nia. Gdy w ów pa­mięt­ny po­nie­dzia­łek nie tyl­ko „pa­no­wie od ha­seł”, ale na­wet ty­po­wi An­gli­cy sta­nę­li na­gle przed ko­niecz­no­ścią za­cho­wa­nia pre­sti­żu, Mi­chał zro­zu­miał, że nie da się już nic zro­bić. Wró­ciw­szy o pół­no­cy z Izby Gmin stał pa­trząc na śpią­cą żonę. Czy ma zbu­dzić Fleur i po­wie­dzieć jej, że An­glia za­brnę­ła w taką bie­dę? Po co wy­ry­wać ją z mi­łe­go snu? Aż na­zbyt szyb­ko się o tym do­wie! A zresz­tą nie weź­mie tego po­waż­nie. Prze­szedł do ubie­ral­ni i spoj­rzał przez okno na ciem­ny plac w dole. Za parę go­dzin wy­buch­nie strajk po­wszech­ny! Nie­zła pró­ba dla bry­tyj­skie­go cha­rak­te­ru. Bry­tyj­ski cha­rak­ter? Mi­chał już od lat po­dej­rze­wał, że ze­wnętrz­ne prze­ja­wy są złud­ne, że człon­ko­wie par­la­men­tu, by­wal­cy te­atrów, zgrab­ne, szy­kow­ne ko­biet­ki w suk­niach, któ­re le­ża­ły jak ula­ne na ich szy­kow­nych fi­gur­kach, ka­pry­śni i roz­piesz­cze­ni po­eci, apo­plek­tycz­ni ge­ne­ra­ło­wie roz­par­ci w fo­te­lach, pa­sto­rzy na am­bo­nach, pla­ka­ty na uli­cach i przede wszyst­kim pra­sa – że to wszyst­ko nie re­pre­zen­tu­je ty­po­wych cech na­ro­do­wych. Je­że­li ga­ze­ty prze­sta­ną wy­cho­dzić, bę­dzie moż­na na­resz­cie zo­ba­czyć i po­jąć praw­dzi­wy bry­tyj­ski cha­rak­ter; to wina ga­zet, że pod­czas woj­ny nig­dy się go w peł­ni nie ro­zu­mia­ło ani nie od­czu­wa­ło, przy­najm­niej w An­glii. W oko­pach było oczy­wi­ście in­a­czej – tam sen­ty­men­ta­lizm i nie­na­wiść, re­kla­ma i pu­sta ga­da­ni­na były su­ro­wo za­ka­za­ne; Bry­tyj­czy­cy z po­sęp­nym hu­mo­rem po pro­stu „trzy­ma­li się”, wznio­śli i bez pozy, w bło­cie i we krwi, w smro­dzie i ogłu­sza­ją­cym huku, w cią­głej nie koń­czą­cej się trwo­dze, że zo­sta­ną bez­sen­sow­nie, ni w pięć ni w dzie­więć, po­sła­ni w ogień! Mi­chał był prze­świad­czo­ny, że bry­tyj­ski szu­bie­nicz­ny hu­mor, któ­ry roz­kwi­tał tym le­piej, im gor­sza sta­wa­ła się sy­tu­acja, bę­dzie miał obec­nie zno­wu pole do po­pi­su. Od­szedł od okna, ro­ze­brał się i wró­cił do sy­pial­ni.

Fleur nie spa­ła.

– No co, Mi­cha­le?

– Strajk pew­ny.

– Ja­kież to nud­ne!

– Tak, bę­dzie­my się mu­sie­li wziąć do pra­cy.

– Po co wy­zna­czo­no w ta­kim ra­zie ko­mi­sję i wy­pła­co­no te wszyst­kie za­sił­ki, je­że­li i tak nie dało się tego unik­nąć?

– Dro­gie dziec­ko, prze­ma­wia przez cie­bie zdro­wy roz­są­dek, któ­ry z tą spra­wą nie ma nic wspól­ne­go.

– Dla­cze­go wła­ści­wie nie mogą dojść do po­ro­zu­mie­nia?

– Bo mu­szą za­cho­wać pre­stiż. Chęć za­cho­wa­nia pre­sti­żu to je­den z głów­nych mo­ty­wów ludz­kie­go po­stę­po­wa­nia.

– Jak to?

– To wła­śnie było przy­czy­ną woj­ny, a te­raz sta­ło się przy­czy­ną straj­ku. Gdy­by nie chęć utrzy­ma­nia pre­sti­żu, nie by­ło­by dzi­siaj praw­do­po­dob­nie ży­cia na zie­mi.

– Nie mów głupstw!

Mi­chał po­ca­ło­wał ją.

– Są­dzę, żeś po­wi­nien się czymś za­jąć – po­wie­dzia­ła sen­nym gło­sem. – W par­la­men­cie nie bę­dzie chy­ba te­raz o czym mó­wić.

– Tak, przy­pusz­czam, że bę­dzie­my sie­dzie­li i ga­pi­li się wza­jem­nie na sie­bie, a od cza­su do cza­su uży­wa­li sło­wa „for­mu­ła”.

– Ża­łu­ję, że nie mamy Mus­so­li­nie­go.

– Ja nie. Na dal­szą metę trze­ba za to za­wsze pła­cić. Po­myśl tyl­ko o Mek­sy­ku i Dia­zie, o Le­ni­nie i Ro­sji, o Na­po­le­onie i Fran­cji albo o Crom­wel­lu i An­glii – do pew­ne­go stop­nia.

– Ka­rol II – mruk­nę­ła Fleur z gło­wą w po­dusz­ce – był prze­cież taki miły.

Pod­nie­co­ny po­ca­łun­kiem Mi­chał le­żał jesz­cze chwi­lę bez­sen­nie, chwi­lę po­spał i zno­wu się zbu­dził. Za­cho­wa­nie pre­sti­żu! Nikt nie uczy­ni te­raz pierw­sze­go kro­ku wła­śnie dla­te­go, że cho­dzi o pre­stiż. Pra­wie go­dzi­nę le­żał nie śpiąc i usi­łu­jąc zna­leźć ta­kie wyj­ście, aby żad­na ze stron nie na­ra­zi­ła swej po­wa­gi, po­tem za­snął. O siód­mej zbu­dził się z uczu­ciem, że mar­no­wał czas. Pod płasz­czy­kiem tro­ski o An­glię i za­pew­nień o go­rą­cej chę­ci zna­le­zie­nia „for­mu­ły”, któ­ra by umoż­li­wi­ła po­ro­zu­mie­nie, do­cho­dzi­ło do gło­su zbyt wie­le oso­bi­stych uczuć, po­bu­dek i prze­są­dów. Po­dob­nie jak w przeded­niu woj­ny każ­dy głę­bo­ko pra­gnął upo­ko­rzyć i za­stra­szyć prze­ciw­ni­ka, każ­dy chciał utrzy­mać swój pre­stiż kosz­tem dru­giej stro­ny!

Za­raz po śnia­da­niu wy­szedł z domu.

Nie­prze­rwa­ny stru­mień lu­dzi i sa­mo­cho­dów pły­nął przez West­min­ster Brid­ge ku mia­stu; au­to­bu­sy i tram­wa­je nie kur­so­wa­ły, prze­jeż­dża­ły jed­nak peł­ne lub pu­ste cię­ża­rów­ki. Wie­lu po­li­cjan­tów-ochot­ni­ków sta­ło już na po­ste­run­kach, a prze­chod­nie przy­oble­kli twa­rze w wy­raz wy­zy­wa­ją­ce­go we­se­la, jak­by śpie­sząc na pro­szo­ny wie­czór. Mi­chał szedł w stro­nę Hyde Park. W cią­gu nocy po­ja­wi­ła się tu prze­dziw­na, peł­na jed­nak we­wnętrz­ne­go ładu zbie­ra­ni­na wo­zów cię­ża­ro­wych, ba­niek z mle­kiem i stra­ga­nów. Po­śród ogól­ne­go du­cho­we­go i umy­sło­we­go le­tar­gu, któ­ry stał się przy­czy­ną na­ro­do­we­go kry­zy­su, jak­że cu­dow­nie ob­ja­wił się tu­taj zmysł prak­tycz­ny i roz­mach or­ga­ni­za­cyj­ny!

„I mó­wią o nas, że nie umie­my or­ga­ni­zo­wać! – po­my­ślał Mi­chał.

– Umie­my do­sko­na­le, ale do­pie­ro po szko­dzie!”

Po­szedł da­lej ku jed­ne­mu z wiel­kich dwor­ców. Sta­ły przed nim pa­tro­le straj­ko­we, lecz kur­so­wa­ły już po­cią­gi pro­wa­dzo­ne przez ochot­ni­czą ob­słu­gę. Mi­chał po­krę­cił się tu i tam, po­roz­ma­wiał z kil­ko­ma ochot­ni­ka­mi. „Do li­cha! – po­my­ślał – ci chłop­cy po­win­ni prze­cież do­sta­wać coś do je­dze­nia! Gdy­by tak otwo­rzyć kan­ty­nę!” Nie tra­cąc cza­su wró­cił na So­uth Squ­are.

Fleur była w domu.

– Czy po­mo­żesz mi pro­wa­dzić kan­ty­nę ko­le­jo­wą dla ochot­ni­ków?

Zo­ba­czył, że twarz jej wy­ra­ża py­ta­nie: „Czy to zro­bi do­bre wra­że­nie?” – i śpiesz­nie cią­gnął da­lej:

– To bę­dzie pie­kiel­na ro­bo­ta; mu­si­my wcią­gnąć, kogo się da do współ­pra­cy. Przy­pusz­czam, że na po­czą­tek mógł­bym po­zy­skać Norę Cur­few i jej pacz­kę z Be­th­nal Gre­en. Ale przede wszyst­kim po­trzeb­na bę­dzie two­ja szyb­ka orien­ta­cja i umie­jęt­ność po­stę­po­wa­nia z ludź­mi.

Fleur uśmiech­nę­ła się.

– Do­brze – po­wie­dzia­ła.

Wzię­li sa­mo­chód, któ­ry im po­da­ro­wał So­ames po po­wro­cie z po­dró­ży na­oko­ło świa­ta, i ru­szy­li na mia­sto; po dro­dze wy­ła­wia­li lu­dzi i je­cha­li da­lej. Po­zy­ska­li Norę Cur­few i „jej pacz­kę” z Be­th­nal Gre­en; było to pierw­sze spo­tka­nie Fleur z ko­bie­tą, któ­rą skłon­na była daw­niej uwa­żać za ry­wal­kę, i Mi­chał za­uwa­żył, że już po pię­ciu mi­nu­tach roz­mo­wy uzna­ła ona Norę za „zbyt do­brą”, aby mo­gła być nie­bez­piecz­ną. Zo­sta­wił je obie na So­uth Squ­are oma­wia­ją­ce róż­ne szcze­gó­ły ku­li­nar­ne, sam zaś za­brał się do zwal­cza­nia na­tu­ral­nej opo­zy­cji czyn­ni­ków ofi­cjal­nych. Przy­po­mi­na­ło to prze­ci­na­nie dru­tów kol­cza­stych w ciem­ną noc przed pla­no­wa­nym ata­kiem. Po­prze­ci­nał ich spo­ro, po czym udał się do par­la­men­tu. Cały gmach roz­brzmie­wał nie­zbyt sta­ran­nie sfor­mu­ło­wa­ny­mi „for­mu­ła­mi” i w ogó­le było to naj­bar­dziej po­nu­re miej­sce, w ja­kim tego dnia prze­by­wał. Każ­dy mó­wił o „za­gro­że­niu kon­sty­tu­cji”. Rząd miał co­raz to rzad­szą minę i ogól­nie do­wo­dzo­no, że nie moż­na przed­się­wziąć nic, do­pó­ki nie uda się oca­lić jego po­wa­gi. Wy­ra­żeń „wol­ność pra­sy” i „wo­bec luf re­wol­we­ro­wych” nad­uży­wa­no do znu­dze­nia! Mi­chał na­tknął się w ku­lu­arach na pana Bly­the’a du­ma­ją­ce­go nad chwi­lo­wą śmier­cią swe­go uko­cha­ne­go ty­go­dni­ka i o go­dzi­nie dzie­wią­tej wziął go ze sobą na So­uth Squ­are, aby „coś prze­ką­sić”. Fleur wró­ci­ła do domu w tym sa­mym celu. We­dług Bly­the’a, ra­tun­kiem by­ło­by „stwo­rze­nie blo­ku” uczci­wie my­ślą­cych lu­dzi.

– Zgo­da, ale co zna­czy w tej chwi­li „uczci­wie my­ślą­cy”?

– Wszyst­ko spro­wa­dza się zno­wu do fog­gar­ty­zmu – stwier­dził Bly­the.

– Och! – wtrą­ci­ła się Fleur. – Chcia­ła­bym, że­by­ście obaj dali już fog­gar­ty­zmo­wi po­kój. Nikt nie chce mieć z tym nic wspól­ne­go. Rów­nie do­brze moż­na by żą­dać od dzi­siej­szych lu­dzi, aby żyli jak świę­ty Fran­ci­szek z Asy­żu.

– Ła­ska­wa pani, gdy­by świę­ty Fran­ci­szek za­jął nie­gdyś ta­kie sta­no­wi­sko, nie sły­sze­li­by­śmy dziś nic o świę­tym tego imie­nia.

– Ale cze­góż on w isto­cie do­ko­nał? Świę­ty Fran­ci­szek jest dla nas tyl­ko pew­ne­go ro­dza­ju oso­bli­wo­ścią. Wszyst­kie te wiel­kie du­chy to tyl­ko oso­bli­wo­ści. Niech pan po­my­śli o Toł­sto­ju albo cho­ciaż­by o Chry­stu­sie!

– Fleur ma wła­ści­wie słusz­ność – orzekł Mi­chał.

– Bluź­nier­stwo! – wy­krzyk­nął Bly­the.

– Nie je­stem tego wca­le pe­wien, mój dro­gi. Ostat­nio przy­pa­try­wa­łem się rynsz­to­kom i do­sze­dłem do wnio­sku, że są one za­po­rą dla fog­gar­ty­zmu. Spójrz kie­dy na dzie­ci, któ­re się tam ba­wią, a zro­zu­miesz, ja­kie to zaj­mu­ją­ce miej­sce. Jak dłu­go dziec­ko może się ba­wić w rynsz­to­ku, nie ze­chce się z nie­go wy­do­stać. I zwróć na to uwa­gę, że taki rynsz­tok ma wiel­ki wpływ cy­wi­li­za­cyj­ny. Mamy u sie­bie wię­cej rynsz­to­ków niż ja­kie­kol­wiek inne pań­stwo i wy­cho­wu­je się nad nimi wię­cej dzie­ci niż gdzie­kol­wiek in­dziej; przy tym je­ste­śmy naj­bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­nym na­ro­dem na świe­cie. Ten strajk oka­że to zno­wu. Po­le­je się u nas mniej krwi i wię­cej bę­dzie hu­mo­ru niż gdzie­kol­wiek in­dziej. A wszyst­ko to za­wdzię­cza­my rynsz­to­kom.

– Re­ne­ga­cie! – po­wie­dział Bly­the.

– No cóż – od­parł Mi­chał – fog­gar­tyzm, po­dob­nie jak wszyst­kie re­li­gie, jest pro­stą i zro­zu­mia­łą wia­rą, wy­ra­żo­ną w eks­tra­wa­ganc­ki spo­sób, Dzia­ła­li­śmy w spo­sób nie dość zróż­ni­co­wa­ny, Bly­the. Kogo wła­ści­wie na­wró­ci­li­śmy?

– Ni­ko­go. Ale je­śli nie po­tra­fi­my wy­do­być dzie­ci z rynsz­to­ków, to ko­niec z fog­gar­ty­zmem.

Mi­chał szu­kał ja­kichś wy­krę­tów, na­to­miast Fleur szyb­ko po­wie­dzia­ła:

– Cze­go nig­dy nie było, to nie może się skoń­czyć. Czy chcesz po­je­chać ze mną i obej­rzeć kuch­nie, Mi­cha­le? Zo­sta­wio­no je strasz­li­wie brud­ne. Jak moż­na by prze­pę­dzić stam­tąd te masy ka­ra­lu­chów?

– Za­we­zwij ja­kie­goś tę­pi­cie­la ro­bac­twa, w ro­dza­ju graj­ka-szczu­ro­ła­pa, któ­ry je zwa­bi i wy­gu­bi.

Przed lo­ka­lem przy­szłej kan­ty­ny do­łą­czy­ła się do nich Ruth La Fon­ta­ine, z „pacz­ki” Nory Cur­few, i ra­zem we­szli do ciem­nej, cuch­ną­cej kuch­ni. Mi­chał za­świe­cił za­pał­kę i zna­lazł kon­takt elek­trycz­ny. Wiel­kie nie­ba! W na­gle roz­bły­słym świe­tle zo­ba­czy­li na sto­łach, pod­ło­dze i ścia­nach prze­ra­żo­ne roje umy­ka­ją­ce­go czar­no­brą­zo­we­go ro­bac­twa. Mi­chał zdo­łał się na tyle opa­no­wać, że za­uwa­żył wra­że­nie, ja­kie ten wi­dok wy­warł na tam­tych troj­gu: gry­mas wstrę­tu na twa­rzy Fleur, otwar­te usta Bly­thea i ner­wo­wy uśmiech sma­głej, ład­nej Ruth. Po­czuł, że Fleur chwy­ta go za ra­mię.

– Ja­kież to obrzy­dli­we!

Za­sko­czo­ne ka­ra­lu­chy czmych­nę­ły do swych kry­jó­wek, inne po­nie­cha­ły uciecz­ki; tu i owdzie któ­ryś z nich, osa­mot­nio­ny, zda­wał się cie­ka­wie ob­ser­wo­wać przy­by­szów.

– Po­my­śleć tyl­ko – za­wo­ła­ła Fleur – że go­to­wa­no tu przez tyle lat! Brrr!

– Osta­tecz­nie – po­wie­dzia­ła Ruth chi­cho­cąc ner­wo­wo – nie są one tak strasz­ne jak plu-plu-plu­skwy.

Bly­the za­cią­gnął się gwał­tow­nie cy­ga­rem. Fleur szep­nę­ła:

– Co by tu zro­bić, Mi­cha­le?

Twarz jej była bla­da, od­dech krót­ki i ury­wa­ny. Mi­chał po­my­ślał: „To zbyt wstręt­ne. Mu­szę ją na­tych­miast stąd za­brać” – gdy na­gle chwy­ci­ła mio­tłę i wy­rżnę­ła nią wiel­kie­go ka­ra­ko­na na ścia­nie. W tej chwi­li wszy­scy po­szli za jej przy­kła­dem: otwo­rzyw­szy sze­ro­ko drzwi i okna za­mia­ta­li i szo­ro­wa­li ile sił.

II. Przy te­le­fo­nie

Win­i­fre­da Dar­tie nie otrzy­ma­ła rano swej co­dzien­nej ga­ze­ty „Mor­ning Post”. W sześć­dzie­sią­tym ósmym roku ży­cia nie śle­dzi­ła już zbyt do­kład­nie prze­bie­gu wy­pad­ków, któ­re do­pro­wa­dzi­ły do po­wszech­ne­go straj­ku – ga­ze­ty pi­sa­ły za­wsze tyle roz­ma­itych rze­czy, że nie spo­sób było wy­łu­skać z nich praw­dę; poza tym ci lu­dzie ze Związ­ków Za­wo­do­wych mie­sza­li się do wszyst­kie­go, tak że czło­wiek na­praw­dę tra­cił już cier­pli­wość. Zresz­tą rząd za­wsze w koń­cu ja­koś spra­wy za­ła­twiał. Mimo to za radą swe­go bra­ta So­ame­sa za­opa­trzy­ła piw­ni­ce w wę­giel, a spi­żar­nię w pro­wian­ty i te­raz, dru­gie­go dnia straj­ku, o go­dzi­nie dzie­sią­tej sie­dzia­ła wy­god­nie przy te­le­fo­nie.

– To ty, Imo­ge­no? Czy przyj­dziesz po mnie z Jac­kiem dziś wie­czór?

– Nie, mamo. Jack zgło­sił się, na­tu­ral­nie, do ochot­ni­czej mi­li­cji. O pią­tej musi ob­jąć służ­bę. Sły­sza­łam zresz­tą, że te­atry mają być za­mknię­te. Pój­dzie­my kie­dy in­dziej. Ta re­wia Zwy­kła ko­biet­ka bę­dzie z pew­no­ścią jesz­cze gra­na.

– Do­brze, do­brze, dziec­ko. Ale cóż to za urwa­nie gło­wy z tym wszyst­kim! A jak się mają twoi chłop­cy?

– Do­sko­na­le. Obaj chcą się ko­niecz­nie ba­wić w ochot­ni­czą po­li­cję. Zro­bi­łam im małe opa­ski na ra­mio­na. Jak my­ślisz, czy w od­dzia­le dzie­cię­cym u Har­rid­ge’a bę­dzie moż­na do­stać małe gu­mo­we pał­ki?

– Oczy­wi­ście, je­że­li strajk po­trwa dłu­żej. Wpad­nę jesz­cze dzi­siaj do Har­rid­ge’a i pod­su­nę im tę myśl. Mal­cy będą prze­ślicz­nie wy­glą­dać, praw­da? A wę­gla masz do­syć?

– Oczy­wi­ście. Co praw­da Jack mówi, że nie na­le­ży ro­bić za­pa­sów. Jest strasz­nym pa­trio­tą.

– No, bądź zdro­wa. I uca­łuj mal­ców.

Wi­ni­fre­da za­czę­ła się wła­śnie za­sta­na­wiać, do kogo jesz­cze mo­gła­by za­dzwo­nić, gdy za­brzmiał dzwo­nek te­le­fo­nu.

– Słu­cham?

– Czy to miesz­ka­nie pana Vala Dar­tie­ego?

– Nie. A kto mówi?

– Na­zwi­sko moje Sta­in­ford. Je­stem jego szkol­nym ko­le­gą. Czy może mi pani po­dać ad­res Vala?

Sta­in­ford? Na­zwi­sko to nic jej nie mó­wi­ło.

– Je­stem jego mat­ką. Syn mój bawi poza Lon­dy­nem, ale są­dzę, że wkrót­ce przy­je­dzie. Czy mam mu coś po­wtó­rzyć?

– Nie, dzię­ku­ję. Mu­szę z nim po­mó­wić oso­bi­ście. Za­dzwo­nię raz jesz­cze albo… od­wie­dzę go póź­niej na chy­bił tra­fił. Dzię­ku­ję.

Wi­ni­fre­da odło­ży­ła słu­chaw­kę.

Sta­in­ford? Głos brzmiał dys­tyn­go­wa­nie. Mia­ła na­dzie­ję, że nie cho­dzi o pie­nią­dze. Dziw­ne, jak czę­sto dys­tynk­cja idzie w pa­rze z pie­niędz­mi! A ra­czej z ich bra­kiem. W daw­nych cza­sach, kie­dy miesz­ka­ła jesz­cze na Park Lane, zna­ła tylu wy­twor­nych lu­dzi, któ­rzy koń­czy­li ban­kruc­twem lub pro­ce­sem roz­wo­do­wym. Emi­lia, jej mat­ka, nie umia­ła nig­dy oprzeć się dys­tynk­cji. Tak wła­śnie za­czę­ła się spra­wa z Mon­ty’m. Jego ka­mi­zel­ki i gar­de­nie w bu­to­nier­ce wy­da­wa­ły się tak ele­ganc­kie, jego zna­jo­mość wszyst­kie­go, co mod­ne, tak grun­tow­na, że nie­po­dob­na było nie ulec jego uro­ko­wi. Cóż! Dziś nie ża­ło­wa­ła już swe­go mał­żeń­stwa z Mon­tym. Bez nie­go nie mia­ła­by nig­dy Vala ani dwóch chłop­ców Imo­ge­ny, ani Be­ne­dyk­ta (któ­ry jest już pra­wie puł­kow­ni­kiem) – cho­ciaż jego nie wi­dy­wa­ła te­raz zu­peł­nie, miesz­kał bo­wiem na wy­spie Gu­ern­sey, gdzie ho­do­wał ogór­ki wol­ny od po­dat­ków do­cho­do­wych1. Niech so­bie mó­wią, co chcą, o dzi­siej­szej epo­ce, ale czy może być coś bar­dziej no­wo­cze­sne­go niż lata dzie­więć­dzie­sią­te po­przed­nie­go i po­czą­tek obec­ne­go stu­le­cia, kie­dy po­da­tek do­cho­do­wy wy­no­sił tyl­ko jed­ne­go szy­lin­ga od fun­ta pod­le­ga­ją­ce­go opo­dat­ko­wa­niu, a i to wy­da­wa­ło się jesz­cze za wie­le?

Dziś lu­dzie ro­bią tyle szu­mu i ga­da­ją je­dy­nie po to, aby osło­nić fakt, że nie są już tacy „szy­kow­ni” i tacy mod­ni jak daw­niej.

Zno­wu za­dzwo­nił te­le­fon:

– Roz­mo­wa za­miej­sco­wa z Wans­don.

– Halo! To ty, mamo?

– O Val, jak się cie­szę! Ten strajk to ostat­ni non­sens!

– Osły! Chcia­łem ci po­wie­dzieć, że przy­jeż­dża­my do mia­sta.

– Do­praw­dy, dro­gi chłop­cze! Ale dla­cze­go? Na wsi by­ło­by wam te­raz o wie­le wy­god­niej.

– Hol­ly mówi, że mu­si­my coś ro­bić. Zgad­nij, kto zja­wił się na­gle wczo­raj wie­czo­rem? Jej brat, mło­dy Jon For­sy­te. Zo­sta­wił mat­kę i żonę w Pa­ry­żu, po­wia­da, że je­śli spóź­nił się już na woj­nę, to przy­najm­niej tej spo­sob­no­ści nie chce omi­nąć. Całą zimę po­dró­żo­wał: Egipt, Wło­chy i tak da­lej; wy­da­je mi się, że ma już dość Ame­ry­ki. Po­wia­da, że chęt­nie wziął­by się do ja­kiejś brud­nej ro­bo­ty, na przy­kład pa­la­cza. Dziś po po­łu­dniu za­jeż­dża­my do ho­te­lu „Bri­stol”.

– Jak to, dla­cze­go nie do mnie, mój chłop­cze? Mam wszyst­kie­go pod do­stat­kiem.

– Jon bę­dzie z nami, my­śla­łem więc.

– To prze­cież miły chło­pak, praw­da?

– A czy nie ma u cie­bie przy­pad­kiem wuja So­ame­sa?

– Nie, dro­gi chłop­cze. Jest w Ma­ple­dur­ham. Aha, co to ja jesz­cze chcia­łam ci po­wie­dzieć, przed chwi­lą ktoś te­le­fo­nicz­nie do­py­ty­wał się o cie­bie. Nie­ja­ki pan Sta­in­ford.

– Sta­in­ford? Nie­moż­li­we? Au­brey Sta­in­ford? Od cza­su Oks­for­du znik­nął mi zu­peł­nie z oczu.

– Po­wie­dział, że za­dzwo­ni jesz­cze raz albo wpad­nie tu kie­dyś.

– Och! Bar­dzo rad bym zo­ba­czyć zno­wu sta­re­go Sta­in­for­da! Do­brze za­tem, mamo, je­śli chcesz nas przy­jąć. Ale wi­dzisz, Jon musi przy­je­chać z nami. On i Hol­ly stę­sk­ni­li się bar­dzo za sobą w cza­sie sze­ścio­let­niej roz­łą­ki. Przy­pusz­czam zresz­tą, że bę­dzie prze­by­wał cały dzień poza do­mem.

– Ależ wszyst­ko uło­ży się zna­ko­mi­cie, ko­cha­ny. A jak się ma Hol­ly?

– Do­sko­na­le.

– A ko­nie?

– Rów­nież. Mam fan­ta­stycz­ne­go dwu­lat­ka tro­chę opóź­nio­ne­go w roz­wo­ju; pusz­czę go do­pie­ro w Go­odwo­od, ale wte­dy po­wi­nien zwy­cię­żyć.

– To bę­dzie cu­dow­nie. A za­tem ocze­ku­ję was. Ale chy­ba ty z two­ją nogą nie strze­lisz ja­kie­goś głup­stwa, mój dro­gi chłop­cze?

– Nie, zo­sta­nę naj­wy­żej kie­row­cą au­to­bu­su. Ten strajk nie po­trwa dłu­go, zo­ba­czysz. Rząd był na to przy­go­to­wa­ny. Spra­wa jest oczy­wi­ście po­waż­na. Ale tym ra­zem nie uj­dzie im to na su­cho!

– To mnie cie­szy. Na­praw­dę by­ło­by do­brze, żeby się ten strajk szyb­ko skoń­czył. Go­tów jesz­cze po­psuć cały se­zon. Twój wuj pew­nie się bar­dzo mar­twi.

Nie­okre­ślo­ny dźwięk w apa­ra­cie, po­tem zno­wu głos Vala:

– Jesz­cze jed­no: Hol­ly chcia­ła­by tak­że mieć ja­kieś za­ję­cie. Czy mo­gła­byś spy­tać o to mło­de­go Mon­ta? On zna cały świat. A więc do zo­ba­cze­nia, bądź zdro­wa!

Wi­ni­fre­da odło­ży­ła słu­chaw­kę, lecz za­le­d­wie pod­nio­sła się z krze­sła z drze­wa cy­try­no­we­go, roz­legł się po­now­nie dzwo­nek te­le­fo­nu.

– Pani Dar­tie?… To ty, Wi­ni­fre­do? Tu So­ames. A co, nie mó­wi­łem?

– Oczy­wi­ście. Przy­kra spra­wa. Ale Val są­dzi, że to nie po­trwa dłu­go.

– Cóż on może o tym wie­dzieć?

– Jest bar­dzo prze­ni­kli­wy.

– Prze­ni­kli­wy? Hm! Ja jadę do Fleur.

– Ale po co, So­ame­sie? Wła­śnie my­śla­łam.

– Chcę być na miej­scu w ra­zie ja­kichś… hm… zajść. Poza tym moje auto stoi tu bez­u­ży­tecz­nie, a tam może się przy­dać. A Rig­g­so­wi też nie za­szko­dzi, je­śli się zgło­si na ochot­ni­ka. Kto wie, co z tego jesz­cze wy­nik­nie.

– Och, na­praw­dę tak są­dzisz?

– Czy tak są­dzę? To nie żar­ty. A wszyst­ko dla­te­go, że wy­rzu­ca­no pie­nią­dze na za­sił­ki.

– Ale prze­cież ze­szłe­go lata mó­wi­łeś mi sam.

– Oni nie pa­trzą da­lej niż na dłu­gość nosa. Po pro­stu pta­sie mó­zgi. Anet­ka chce po­je­chać do Fran­cji, do swo­jej mat­ki. Ani my­ślę jej tu za­trzy­my­wać. Nie bę­dzie się tu te­raz mo­gła włó­czyć do woli. Od­wio­zę ją dziś au­tem do Do­ver, a sam przy­ja­dę ju­tro do Lon­dy­nu.

– Czy trze­ba sprze­da­wać pa­pie­ry, So­ames?

– Sta­now­czo nie.

– Ten strajk daje się każ­de­mu po­rząd­nie we zna­ki. Val chce zo­stać kie­row­cą au­to­bu­su. Aha, praw­da, So­ames, wró­cił ten mło­dy Jon For­sy­te, zo­sta­wił mat­kę i żonę w Pa­ry­żu, a sam przy­je­chał, żeby się zgło­sić do pra­cy jako ma­szy­ni­sta ko­le­jo­wy.

Głę­bo­ki po­mruk. Po­tem:

– Komu to po­trzeb­ne? Le­piej by zro­bił, nie przy­jeż­dża­jąc wca­le do An­glii.

– Ta-ak. Przy­pusz­czam, że Fleur.

– Że­byś ty tyl­ko nie na­bi­ja­ła jej gło­wy żad­ny­mi bred­nia­mi!

– Oczy­wi­ście, że nie, So­ames. A więc zo­ba­czy­my się wkrót­ce. Do wi­dze­nia!