Saga Rodu Forsyte’ów. Koniec rozdziału 1. Dziewczyna czeka - John Galsworthy - ebook
Opis

Kontynuacja "Sagi rodu Forsyte’ów", pasjonującego cyklu powieściowego, który przyniósł Johnowi Galsworthy’emu literacką Nagrodę Nobla. Wielka epicka opowieść o angielskich wyższych sferach przełomu XIX i XX wieku. "Koniec rozdziału" to ostatnia trylogia powieściowa poświęcona rodzinie Forsyte’ów. Składają się na nią: "Dziewczyna czeka" (1930), "Kwiat na pustyni" (1932) i "Za rzeką" (1933). Zamyka ona wielki cykl poświęcony kilku pokoleniom zamożnej mieszczańskiej rodziny. Pierwszy tom trylogii przedstawia losy skoligaconej z Forsyte’ami Dinny Cherwell i jej rodzeństwa – siostry Diany i brata Hubrta. Mąż Diany od lat przebywa w zakładzie dla umysłowo chorych. Kiedy pewnego dnia niespodziewanie pojawia się w domu, rodzina i przyjaciele, mając w pamięci jego brutalną naturę, wpadają w popłoch. Siostry usiłują wydobyć z więzienia swego brata Huberta, oskarżonego o zabicie Metysa. Ten obyczajowy skandal wprowadza w życie londyńskiej śmietanki atmosferę sesacji i przygody.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 486

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

End of the Chapter

*

Maid in Waiting

Projekt okładki

Marek J. Piwko

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Laura Ryndak

©ilustracja na okładce Denis Jr. Tangney

Wydanie IX, Chorzów 2014

Edycja I

Niniejsze wydanie oparte jest na edycji Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1962 r.

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

©Copyright byWydawnictwaVideograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-256-3

Przedmowa

Ostatnie trzy powieści — ogniwa w długim łańcuchu wiążącym Forsyte’ów z ich parantelą i potomstwem — ukazują się obecnie w jednym tomie1.

Do pracy nad pierwszą powieścią z tej trzeciej i ostatniej trylogiiDziewczyna czekaprzystąpił autor 23 marca 1928 r. w Bury House, Sussex. Z powodu nawału pilniejszej pracy musiał na jakiś czas odłożyć tę powieść i wrócił do niej podczas swego pobytu w Palma (Majorka). Następne partie pisał w Biarritz, Londynie, Mont Dore (Owernia) i Bury, gdzie też książka została ukończona w październiku 1930 r.

W miesiąc później, również w Bury, Galsworthy rozpoczął drugą powieść trylogiiKwiat na pustyni,kontynuując pracę nad nią podczas zimowego pobytu w Arizonie (1930—1931), następnie w Londynie, Bury i Ischl (Austria) i kończąc ostatni rozdział w Merano (Włochy) we wrześniu 1931 r.

Pierwsze kartki powieściZa rzekąpowstały w Bury w listopadzie 1931 r.; dalsza praca postępowała w Biarritz i Londynie, a końcowe strony zostały napisane w Bury 13 sierpnia 1932 r., w wigilię ostatnich urodzin autora.

Tytuł całej trylogii miał początkowo brzmieć „Stary porządek”(The Old Order)lub „Ze starego rodu”(Of An Old Family),istniała jednak obawa, że każdyz tych tytułów nasuwałby myśl, że autor zamierzał pokazać różnice klasowe czy też konflikty klasowe. Nic nie mogło być bardziej sprzeczne z jego intencjami. Pragnął pokazać grupę ludzi „szlachetnie urodzonych” — osobliwe określenie! — którzy dożyli czasów nowego wspaniałego świata i nie czują się zbyt dobrze w takim otoczeniu: ich wierzenia, tradycje, nastawienie psychiczne jako „przestarzałe” napełniają ich uczuciem niezaradności i czynią ich cokolwiek niezdarnymi w życiu. Nie wyczerpuje to w żadnym wypadku całego zamierzenia i pełnej treści książki, lecz jest rodzajembassoostinato2do niej. Wreszcie autor zdecydował się na tytułKoniec rozdziału,który, być może, jest odpowiedni nie tylko z jednego punktu widzenia.

Wszystkie trzy trylogie dadzą się określić jako aktualne, jednak każda ukazuje inny odcień tej aktualności.Saga rodu Forsyte’ów w szczególności różni się od dwu późniejszych trylogii tym, że została „cofnięta” w czasie przez młodego pisarza o jakieś dwadzieścia lat. Forsyte’owie-prototypy byli już podstarzali, kiedy Galsworthy rozpoczął opowieść o nich w Posiadaczuw 1904—1905 r.; należą do epoki utrwalonej i zabalsamowanej przez czas.Nowoczesna komediai Koniec rozdziałuodnoszą się do czasów współczesnych autorowi. Co więcej, w końcowej partiiZa rzeką,Adrian Cherrell umieszcza w nagłówku listu do swej żony datę 10 sierpnia, datę zaledwie o trzy dni wcześniejszą od dnia zakończenia ostatniego rozdziału.

Poprzez ten łańcuch dziewięciu powieści widać rozwój Galsworthy’egojako człowieka i pisarza. Jakże długa droga dzieli młodego, namiętnego satyryka z 1904 r. — „walczącego z wiatrakami pod burzliwym niebem” — od pełnego tolerancji, mądrego obserwatora ludzi i zjawisk z 1932 r. W Posiadaczuwidzimy niszczące wpływy ducha „piękna bijącego w mur zachłannego świata”, świata Forsyte’ów i posiadaczy; wpływy ciągle jeszcze potężne, ciągle jeszcze pośrednio oddziaływające na losy ludzkie do końca ostatniej powieściSagi.Irena, która może być uważana za ucieleśnienie niszczącego piękna i wycisnęła piętno na całejSadze — daje tak mało i cierpi tak wiele;Fleur, dominująca nadNowoczesnąkomedią,nie daje nic i bierze dość dużo, lecz z godnym podziwu chłodem nie traci głowy w rozszalałym świecie powojennym;Dinny, „dusza zabawy” ostatniej trylogii, bierze tak mało i daje tak wiele — wszystkie one mogą być uważane niemal za nieoficjalne drogowskazy na drodze rozwoju ich twórcy. Lecz wszelkie usiłowanie wykreślenia map czy ustawienia drogowskazów w tak rozległym pejzażu byłoby lichą namiastką, daleka też jestem od zamiaru uwypuklenia symetrii w ścisłym tego słowa znaczeniu lub przeprowadzenia dosłownej analogii.

Jednakże powieści te odsłaniają tę prawdę, że w swej wędrówce przez życie twórca ich coraz bardziej kochał człowieka, co ani na jotę nie zmniejszyło jego nienawiści do okrucieństwa, tchórzostwa i nietolerancji; że ponad wszystko i poza wszystkim zawsze mógł powtórzyć za Ferrandem z Gołębia:„Wielki Boże, pozwól mi zrozumieć.”

Ada Galsworthy

16 grudnia 1934 r.

I

Biskup z Porthminster słabł z każdą chwilą: posłano po jego czterech bratanków i dwie bratanice oraz męża jednej z nich. Nie przypuszczano, że przetrzyma noc.

„Cuffs”3 Cherrell (gdyż tak wymawia się nazwisko Charwell), jak go wołali koledzy w Harrow i Cambridge w latach sześćdziesiątych, wielebny Cuthbert Cherrell dla swych dwóch londyńskich plebanii, kanonik Cherrell w dniach rozkwitu swej kaznodziejskiej sławy, zwany w ciągu ostatnich osiemnastu lat Cuthbertem Porthminster — nigdy się nie ożenił. Przeżył osiemdziesiąt i dwa lata, a przez pięćdziesiąt pięć — dość późno bowiem przyjął święcenia kapłańskie — był przedstawicielem Boga na pewnych przestrzeniach ziemi. Dzięki tej godności oraz stałemu powściąganiu normalnych instynktów, począwszy od dwudziestego szóstego roku życia, twarz jego nacechowana była wyrazem powściągliwej godności, której zbliżająca się śmierć nie zdołała zakłócić. Wyczekiwał jej nieledwie z ironią przejawiającą się w zmarszczeniu brwi i brzmieniu słabego głosu, kiedy mówił do pielęgniarki:

— Jutro będzie się siostra mogła porządnie wyspać. Będę punktualny, a ornatu też nie muszę wkładać.

Człowiek ten, który w całym episkopacie nie miał równego w powadze, z jaką stroił się w szaty kościelne, wyróżniający się dystynkcją twarzy i postaci; człowiek, który do ostatniej chwili zważał na elegancję, czemu zawdzięczał przydomek „Cuffs”, leżał teraz zupełnie cicho, z włosami gładko zaczesanymi i twarzą jakby rzeźbioną w kości słoniowej. Był już od tak dawna biskupem, że nikt właściwie nie znał jego przekonań odnośnie do śmierci czy jakichkolwiek innych zagadnień, z wyjątkiem kwestii modlitewnika, odrzucał bowiem stanowczo wszelkie proponowane w nim zmiany. Nigdy nie odznaczał się łatwością wypowiadania swych uczuć, a ceremoniał życia pokrył naturalną powściągliwość, tak jak w ornacie hafty i klejnoty pokrywają tkaninę tła.

Leżał w pokoju o gotyckich oknach, ascetycznym pokoju w domu z szesnastego wieku, położonym tuż przy katedrze. Wrześniowy powiew wpadający przez okno nie zdołał w zupełności przytłumić zapachu starych murów. Kilka cynii w antycznym wazonie na parapecie okna tworzyło jedyną barwną plamę. Pielęgniarka zauważyła, że biskup nie odrywa od nich wzroku, chyba po to, żeby od czasu do czasu przymknąć oczy. Około szóstej zawiadomiono go, że przybyła cała rodzina dawno zmarłego starszego brata.

— Aha. Proszę dopilnować, żeby mieli wszelkie wygody. Chciałbym zobaczyć Adriana.

Kiedy w godzinę później otworzył znowu oczy, ujrzał swego bratanka Adriana siedzącego w nogach łóżka. Przez kilka minut przyglądał się jego kościstej, brunatnej, szczupłej twarzy, pokrytej drobnymi zmarszczkami, okolonej rzadką brodą i uwieńczonej siwiejącą czupryną. W rysach umierającego odmalowało się słabe zdziwienie, jak gdyby bratanek wydał mu się nadspodziewanie stary. Potem podniósł brwi i rzekł znowu tym samym ironicznie brzmiącym, cichym głosem:

— Mój drogi Adrianie! To ładnie, żeś przyjechał. Czy nie mógłbyś się trochę przybliżyć? Ach, niewiele mi już sił pozostało, ale tę resztę chcę poświęcić tobie albo raczej, jak zapewne pomyślisz, przeciw tobie. Muszę mówić szczerze, jeżeli w ogóle mam mówić. Nie jesteś duchownym, więc powiem ci to, co ci mam do powiedzenia, językiem człowieka światowego, którym byłem niegdyś, a może nawet zawsze. Słyszałem, że jesteś zakochany lub ściślej mówiąc zadurzony w kobiecie, która nie może wyjść za ciebie. Czy tak jest w istocie?

Na dobrotliwej twarzy bratanka, pełnej zmarszczek, odbił się wyraz łagodnego zatroskania.

— Tak, stryju Cuthbercie. Bardzo mnie martwi, jeżeli ci to sprawia przykrość.

— Czy to odwzajemnione uczucie?

Bratanek wzruszył ramionami.

— Mój drogi Adrianie, sądy świata zmieniły się od czasów, kiedy byłem młody, ale małżeństwo ciągle jeszcze otoczone jest aureolą świętości. Tę sprawę jednak musisz sam we własnym sumieniu rozstrzygnąć i nie do tego zmierzam. Daj mi łyk wody.

Napił się z podanej szklanki i ciągnął dalej cichym głosem:

— Od chwili śmierci waszego ojca byłem dla was wszystkich opiekunem in loco parentis4 i, tak mi się przynajmniej zdaje, głównym przedstawicielem wszelkich, związanych z naszym imieniem tradycji. Chciałem ci powiedzieć, że nasze nazwisko sięga w daleką przeszłość i było zawsze otoczone chlubą. Wszystko, co pozostało w dzisiejszych czasach starym rodzinom, to pewne odziedziczone poczucie obowiązku. To, co się czasem wybacza młodemu człowiekowi, nie jest wybaczalne u ludzi dojrzałych na takim stanowisku jak na przykład twoje. Byłoby mi przykro rozstawać się z tym życiem w przeświadczeniu, że nasze imię zostanie może zniesławione w prasie i będzie na ustach wszystkich. Przebacz mi, że się wtrąciłem w twoje osobiste sprawy, i pozwól mi teraz pożegnać się z wami wszystkimi. Będzie dla wszystkich mniej bolesne, jeżeli ty oddasz im moje błogosławieństwo, o ile ono jest co warte, obawiam się, że niewiele. Żegnaj, mój drogi Adrianie, żegnaj!

Głos zesłabł do szeptu. Mówiący zamknął oczy. Adrian stał jeszcze chwilę patrząc w dół na rzeźbioną woskową twarz, potem, wysoki i nieco pochylony, przekradł się na palcach do drzwi, otworzył je cicho i wyszedł.

Pielęgniarka wróciła. Wargi biskupa poruszyły się, brwi jego drgały od czasu do czasu, ale przemówił raz tylko:

— Bardzo bym się cieszył, gdyby siostra dopilnowała, żebym nie miał skrzywionej szyi i żeby szczęki były na swoim miejscu. Niech mi siostra wybaczy tę drobiazgowość, ale nie chciałbym obrażać niczyjego wzroku…

Adrian zszedł do długiego, wykładanego boazerią pokoju, gdzie czekała rodzina.

— Dogorywa. Przesyła wam wszystkim swoje błogosławieństwo.

Sir Conway odchrząknął. Hilary uścisnął ramię Adriana. Lionel podszedł do okna. Emilia Mont wyciągnęła maleńką chusteczkę i wsunęła rękę w dłoń sir Lawrence’a. Wilmet jedynie przemówiła:

— Jak on wygląda, Adrianie?

— Jak duch wojownika na tarczy.

Sir Conway odchrząknął ponownie.

— Wspaniały stary! — rzekł cicho sir Lawrence.

— Aha! — rzekł Adrian.

Stali i siedzieli w milczeniu, nie zmieniając pozycji, przejęci tym nieuniknionym uczuciem niepokoju, jakie ogarnia człowieka w domu, w którym przebywa śmierć. Przyniesiono herbatę, ale jakby na mocy cichego porozumienia nikt jej nie tknął. I nagle zabrzmiał dzwonek. Siedem osób zebranych w pokoju podniosło wzrok. Spojrzenia ich spotkały się i skrzyżowały w jednym niewidocznym punkcie przestrzeni, jakby skierowane na coś tam istniejącego, a przecież nie istniejącego.

Usłyszeli głos ode drzwi:

— Jeżeli państwo chcecie go zobaczyć, proszę.

Sir Conway, najstarszy z obecnych, poszedł w ślad za kapelanem biskupa. Reszta podążyła za sir Conwayem.

Biskup leżał biały, wyprostowany i szczupły na swym wąskim łóżku stojącym prostopadle do ściany naprzeciw gotyckiego okna. Śmierć wzmogła jeszcze właściwy mu wyraz godności. Nigdy może za życia nie był tak dystyngowany jak w tej chwili. Żaden z obecnych, nawet kapelan, który był ósmym widzem, nie wiedział, czy Cuthbert Porthminster wierzył w cokolwiek prócz doczesnej powagi Kościoła, któremu tak wiernie służył. Patrzyli na niego teraz przejęci tymi wszystkimi różnymi uczuciami, jakie śmierć wywołuje w ludziach o różnorakich temperamentach. Mieli tylko jedno wspólne uczucie: estetyczną przyjemność na widok tak majestatycznego zgonu.

Conway, generał sir Conway Cherrell, widział już niejednokrotnie śmierć. Stał z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, jakby raz jeszcze wrócił do szkoły kadeckiej w Sandhurst i przybrał na rozkaz pozycję „spocznij”. Twarz jego o wąskich skroniach była zbyt ascetyczna jak na twarz żołnierza; ściemniałe, pokryte bruzdami policzki biegły od szerokich kości policzkowych ku ostremu, energicznemu podbródkowi; ciemne oczy wyrażały spokój; nos i wargi były wąskie w rysunku; nosił mały, krótko przystrzyżony wąs. Oblicze jego było chyba najspokojniejsze z tych ośmiu twarzy; oblicze nieco wyższego, stojącego obok Adriana — najmniej spokojne. Sir Lawrence Mont trzymał pod ramię swoją żonę, Emilię, a wyraz jego szczupłej, rozedrganej twarzy mówił: „Co za piękny wyczyn, nie płacz, moja droga.”

Twarze Hilarego i Lionela, stojących po obu bokach Wilmet, jedna poorana zmarszczkami, druga gładka, a obie podłużne, szczupłe i energiczne, wyrażały jakiś zatroskany sceptycyzm, jak gdyby oczekiwali, że oczy zmarłego się otworzą. Wilmet oblała się ciemnym rumieńcem i wydęła wargi. Była to kobieta wysoka i szczupła. Kapelan stał z głową pochyloną, a wargi jego poruszały się, jakby w myśli przesuwał paciorki różańca. Trwali tak blisko trzy minuty, po czym prawie jednocześnie odetchnęli głęboko i skierowali się jeden za drugim ku drzwiom. Każdy udał się do przeznaczonego mu pokoju.

Kiedy się znowu spotkali podczas obiadu, myśli ich i rozmowy powróciły do tematów codziennego życia. Stryj Cuthbert był wprawdzie głową i przedstawicielem rodziny, ale nie łączyły go bliższe więzy z żadnym z krewnych. Roztrząsano kwestię, czy biskup ma być pochowany obok swych przodków w Condaford, czy w katedrze. Prawdopodobnie rozstrzygnie to testament. Wszyscy, z wyjątkiem generała i Lionela, którzy byli wykonawcami ostatniej woli, powrócili tego samego wieczoru do Londynu.

Odczytawszy testament, który był krótki, gdyż biskup nie zostawił wielkiego majątku, obaj bracia siedzieli w bibliotece pogrążeni w milczeniu. Przerwał je w końcu generał mówiąc:

— Potrzeba mi twej rady, Lionelu. Chodzi o mego chłopca, Huberta. Czy czytałeś o tej napaści na niego w parlamencie, tuż przed zakończeniem sesji?

Lionel, zawsze ostrożny w słowach, a mający zostać wkrótce sędzią, skinął głową.

— Czytałem interpelację, ale pogląd Huberta na tę sprawę nie jest mi znany.

— Mogę ci go wyjaśnić. Cała ta sprawa jest wstrętna. Chłopak ma temperament, to jasne, ale charakter jego jest na wskroś przyzwoity. Można polegać na tym, co mówi. Powiem ci, że na jego miejscu postąpiłbym pewnie tak samo.

Lionel skinął głową:

— Mów dalej!

— A więc, jak ci wiadomo, poszedł prosto z Harrow na wojnę, służył jako zupełnie młody chłopak rok w lotnictwie. Był ranny, wrócił i został w armii po skończeniu wojny. Odbywał najpierw służbę w Mezopotamii, potem w Egipcie i Indiach. Zachorował ciężko na malarię i dostał ubiegłego października urlop zdrowotny na rok, który się kończy teraz, pierwszego października. Zalecono mu długą podróż morską. Toteż po zwolnieniu ze służby pojechał przez Kanał Panamski do Limy. Tam spotkał się z profesorem Hallorsenem, tym Amerykaninem, który przyjechał tu niedawno i wygłosił kilka odczytów o jakichś dziwacznych szczątkach w Boliwii; miał właśnie zorganizować ekspedycję do tego kraju. Ekspedycja wyruszała akurat w czasie, kiedy Hubert przyjechał do Limy, a Hallorsen potrzebował oficera, który by się zajął transportem. Hubert czuł się dość dobrze po odbytej podróży i skorzystał skwapliwie z nadarzającej się sposobności. Nie może żyć bezczynnie. Hallorsen zaangażował go; było to w grudniu ubiegłego roku. Po krótkim czasie Hallorsen pozostawił go w swym głównym obozie z mnóstwem Metysów, poganiaczy mułów. Hubert był między nimi jedynym białym człowiekiem. W dodatku zapadł ciężko na febrę. Niektórzy z tych Metysów są, wedle jego opowiadań, wcielonymi diabłami. Nie mają żadnego poczucia karności i traktują zwierzęta z niesłychaną brutalnością. Hubert nie mógł sobie dać z nimi rady. Jest, jak ci mówiłem, w gorącej wodzie kąpany, a w dodatku to wielki przyjaciel zwierząt. Metysi stawali się coraz bardziej samowolni, aż w końcu jeden z nich, którego Hubert był zmuszony ukarać chłostą za maltretowanie mułów i który już od dawna buntował towarzyszy przeciw Hubertowi, rzucił się na niego z nożem. Na szczęście Hubert miał pod ręką rewolwer i położył go na miejscu trupem. Wtedy cała ta przeklęta hałastra, z wyjątkiem trzech, uciekła zabierając muły ze sobą. Weź pod uwagę, że Hallorsen pozostawił go przez trzy miesiące samego, bez pomocy i jakiejkolwiek wiadomości. No, wytrwał jakoś na wpół żywy z pozostałymi ludźmi. W końcu Hallorsen wrócił, ale zamiast zrozumieć trudności Huberta, zaczął mu robić gorzkie wyrzuty. Tego Hubert nie mógł znieść, odpłacił mu pięknym za nadobne i odjechał. Wrócił prosto do domu i jest z nami w Condaford. Na szczęście nie ma już febry, ale nawet dziś jeszcze jest bardzo wycieńczony. A teraz ten Hallorsen zaatakował go w swojej książce; zrzuca po prostu całą winę nieudanej wyprawy na niego, obwinia go o to, że jest tyranem, że nie umie się obchodzić z ludźmi, nazywa go „narwanym arystokratą”, słowem, używa wszystkich modnych dziś jędrnych powiedzeń. A teraz jakiś poseł wojskowy uczepił się tego i wystąpił z interpelacją w parlamencie. Człowiek jest ostatecznie przyzwyczajony do tego, że socjaliści robią jakieś wstręty, ale kiedy poseł wojskowy zarzuca brytyjskiemu oficerowi nieodpowiednie zachowanie, wtedy sprawa przybiera całkiem inny charakter. Hallorsen jest w Ameryce. Nie mamy przeciw komu wytoczyć sprawy. A zresztą Hubert nie miałby świadków. Mam wrażenie, że sprawa ta zniszczy całą jego karierę.

Podłużna twarz Lionela Cherrella wydłużyła się jeszcze.

— Czy zwrócił się już do dowództwa pułku?

— Tak, był tam w środę. Przyjęto go bardzo chłodno. Najgłupsza gadanina o samowoli oficerów wprawia ich teraz w przerażenie. Przypuszczam, że nie rozwałkowywaliby tej sprawy, gdyby się o niej więcej nie mówiło, ale jakże to możliwe? Został przecież publicznie skrytykowany w tej książce, a w parlamencie zarzucono mu wręcz czyn brutalny, nie licujący z powagą oficera i dżentelmena. Nie może wobec takiego stanu rzeczy siedzieć cicho, ale jak się ma bronić?

Lionel wciągnął głęboko dym z fajki.

— Wiesz — rzekł — myślę, że może byłoby najlepiej, gdyby puścił wszystko mimo uszu.

Generał zacisnął pięść.

— Do diabła, Lionelu, ja tego nie uznaję!

— Ale Hubert przyznaje przecież, że popełnił zabójstwo i że skazywał ludzi na chłostę. Ludzie nie mają wyobraźni, nigdy nie pojmą sprawy z jego punktu widzenia. Z wszystkiego utkwi im w pamięci tylko to, że podczas prywatnej ekspedycji zabił człowieka, a innych kazał chłostać. Nie możesz się po nich wcale spodziewać, żeby zrozumieli warunki i przymusowe położenie Huberta.

— A więc na serio doradzasz mu, żeby zostawił sprawę jej własnemu biegowi?

— Jako mężczyzna, nie. Jako światowiec, tak, doradzam.

— Mój Boże! Do czego Anglia zdąża? Ciekaw jestem, co by na to powiedział wuj „Cuffs”? Cenił nasze imię bardzo wysoko.

— I ja nie mniej je cenię. Ale jakże Hubert sprosta swym przeciwnikom?

Generał milczał przez chwilę, potem rzekł:

— Ten zarzut jest ciężką obrazą armii, a jednak Hubert ma, zdaje się, związane ręce. Ułatwiłby sobie sytuację, gdyby się podał do dymisji, ale on jest całym sercem przywiązany do służby wojskowej. To przykra sprawa. À propos, Lawrence mówił ze mną o Adrianie. Diana Ferse jest z domu Montjoy, prawda?

— Tak, jest daleką kuzynką Lawrence’a. Piękna kobieta, Conway. Widziałeś ją kiedy?

— Była jeszcze wtedy panną. W jakich właściwie warunkach żyje teraz?

— Jest zamężną wdową; ma dwoje dzieci i męża w zakładzie obłąkanych.

— Wesołe, nie ma co. Nieuleczalnie chory?

Lionel skinął potakująco.

— Podobno. Ale nie można naturalnie nigdy wiedzieć.

— Mój Boże!

— Tak właśnie się sprawy przedstawiają. Jest biedna, a Adrian jeszcze biedniejszy. Kocha ją od dawna; ta miłość sięga jeszcze jej przedmałżeńskich czasów. Jeżeli Adrian zrobi coś szalonego, straci posadę kustosza.

— Nie przypuszczasz chyba, żeby z nią uciekł? Przecież ma już pięćdziesiątkę na karku.

— W starym piecu… Diana jest czarująca. Wszystkie kobiety z rodziny Montjoyów słynęły z uroku. Czy masz na niego jakiś wpływ, Conway?

Generał zaprzeczył ruchem głowy.

— Raczej Hilary.

— Biedny, stary Adrian, najlepszy w świecie człowiek. Pomówię z Hilarym, ale on ma zawsze pełno roboty.

Generał wstał.

— Idę się położyć. U nas w Condaford nie pachnie tak starością, choć przecie Condaford jest starsze.

— Za dużo tu spróchniałego drzewa. Dobranoc, stary.

Bracia uścisnęli sobie dłonie, po czym każdy z nich wziął świecę i poszedł do swego pokoju.

II

Zamek Condaford Grange przeszedł od de Campfortów (stąd nazwa) w posiadanie rodziny Cherrellów w roku 1217, kiedy nazwisko rodowe pisano jeszcze Kerwell, a czasami Keroual, zależnie od upodobań skryby. Historia nabycia zamku była bardzo romantyczna, albowiem Kerwell, pierwszy właściciel zamku, otrzymał go wraz z ręką panny de Campfort, którą zdobył ratując ją od napaści dzika. Był tułaczem bez ziemi; ojciec jego, Francuz z Guienne, przybył do Anglii w okresie wyprawy krzyżowej Ryszarda Lwie Serce; ona była dziedziczką rozległych włości de Campfortów. Dzik widniał w herbie rodzinnym Cherrellów, toteż bywali tacy, którzy mieli co do całej sprawy pewne zastrzeżenia, przypuszczali mianowicie, że właśnie dzik w herbie dał początek podaniu, a nie prawdziwy dzik początek herbowi. W każdym razie znawcy orzekli, że niektóre części domu pochodzą z dwunastego wieku. Zamek był niegdyś bez wątpienia okolony fosą; jednak za panowania królowej Anny, któryś z Cherrellów, przekonany najwidoczniej, że pokój trwać będzie wiek cały, lub może dręczony przez owady, osuszył podczas przebudowy zamku fosę, tak że dziś tylko nieliczne ślady świadczą o jej dawnym istnieniu.

Zmarły sir Conway, starszy brat biskupa, był dyplomatą i otrzymał w roku 1901 tytuł „sir” wraz z nominacją na stanowisko ambasadora w Hiszpanii. Z tego powodu zaniedbał bardzo zamek. Zmarł w roku 1904 na posterunku. Za jego syna, obecnego sir Conwaya, zamek pozostał nadal w zaniedbaniu, bowiem sir Conway, zajęty służbą wojskową, aż do końca wielkiej wojny przebywał rzadko i niewiele w Condaford. Teraz jednak, kiedy tu zamieszkał na stałe, uświadomił sobie, że jego przodkowie przebywali w tych murach właściwie już od czasu najazdu Normanów, co rozbudziło w nim chęć odnowienia zamku w miarę możności. Zewnętrzny wygląd zamku był skromny, choć miły, wnętrze — wygodne, a właściciel był nieledwie za ubogi, aby w nim mieszkać. Posiadłość składała się ze zbyt wielu zagajników, by miała przynosić dochody; toteż, choć nie obciążona hipotekami, dawała zaledwie kilka setek czystego zysku rocznie. Z własnej pensji generalskiej i szczupłych dochodów żony (hrabianki Elisabeth Freshman z domu) mógł jednak utrzymywać stale dwóch leśniczych i powiązać koniec z końcem, prowadząc bardzo spokojne życie, tym bardziej że płacił stosunkowo niski podatek majątkowy. Żona jego była jedną z tych Angielek, które na pozór nie mają większego znaczenia, a w rzeczywistości znaczą tym więcej. Była skromna, łagodna i zawsze zajęta. Słowem, stała z reguły na drugim planie. Ktokolwiek patrzył na jej twarz bladą, pełną spokoju, wrażliwą i trochę nieśmiałą, musiał sobie stale uprzytamniać, że kultura zależy tylko w drobnej mierze od bogactwa czy intelektu. Mąż i troje dzieci niezachwianie wierzyli w jej łagodne współczucie. Oni wszyscy mieli większy temperament i żywszy koloryt, ale dlatego właśnie działała na nich tak kojąco.

Nie towarzyszyła mężowi do Porthminster, oczekiwała więc teraz jego powrotu. Stała w saloniku, patrząc na bardzo już wytarte kretonowe pokrowce, które należałoby zdjąć. Zastanawiała się, czy materiał wytrwa jeszcze rok, kiedy do pokoju wpadł szkocki terier, a za nim najstarsza córka Elżbieta, zwana w rodzinie Dinny. Dinny była smukła i wcale wysoka; miała kasztanowate włosy, nie całkiem kształtny nos, botticellowskie usta, szeroko rozstawione oczy koloru bławatków i przypominała wyglądem kwiat na wysmukłej łodydze, który się łatwo może złamać, a jednak trwa nienaruszony. Wyraz jej twarzy wskazywał, że szła przez życie starając się nie uważać go za żart. W istocie była podobna do zdroju, którego woda stale musuje. „Dinny musuje”, mawiał wuj, sir Lawrence Mont. Miała obecnie dwadzieścia cztery lata.

— Mamusiu, czy musimy nosić żałobę po stryju Cuthbercie?

— Nie przypuszczam, Dinny; w każdym razie niedługo.

— Czy będzie tu pochowany?

— Mam wrażenie, że w katedrze, ale tatuś ci powie.

— Napijesz się herbaty, kochanie? Scaramouch, do nogi, nie pchaj nosa do sałatki!

— Dinny, jestem taka strapiona sprawą Huberta.

— Ja także, kochanie. Hubert zmienił się nie do poznania; wygląda jak cień. Nie powinien był wcale wyruszać z tą wstrętną ekspedycją. Nikt nie utrzyma długo zgody z Amerykanami, a Hubert ma mniej cierpliwości niż ktokolwiek inny. Nigdy nie umiał z nimi wytrwać. A prócz tego uważam, że ludzie cywilni nie powinni nigdy pracować z wojskowymi.

— Dlaczego, Dinny?

— Żołnierze są ludźmi o szczerych umysłach. Umieją odgraniczyć Boga od Interesu. Czy nigdy tego nie zauważyłaś, kochanie?

Lady Cherrell zauważyła to już. Uśmiechnęła się więc nieśmiało i spytała:

— Gdzie Hubert? Ojciec wróci lada chwila.

— Wyszedł z Donem, aby upolować kilka kuropatw na obiad. Założyłabym się, że zapomni o nich i nie zastrzeli żadnej, ale byłyby i tak zbyt świeże na obiad. Spodobało się Panu Bogu albo raczej diabłu, by go pogrążyć w takim przygnębieniu. Rozmyśla ciągle nad tą sprawą, mamo. Jedna jedyna rzecz mogłaby mu się teraz przydać, mianowicie, gdyby się zakochał. Czy nie mogłybyśmy znaleźć dla niego jakiegoś ideału dziewczyny? Czy mam zadzwonić, aby podano herbatę?

— Tak, kochanie. Przydałoby się też trochę świeżych kwiatów w pokoju.

— Zaraz przyniosę. Chodź, Scaramouch.

Dinny wyszła i stanęła w wrześniowym słońcu. Na trawniku zauważyła dzięcioła i przypomniała sobie wierszyk o siedmiu ptaszkach, które siedmioma dzióbkami uderzały w ziemię przez miesiąc i nie mogły znaleźć robaka. Ziemia była rzeczywiście bardzo sucha, ale mimo to cynie kwitły tego roku wspaniale. Zerwała kilka kwiatów. Trzymała je w ręce: tworzyły całą gamę barw od najciemniejszej purpury do cytrynowego koloru. Piękne to były kwiaty, choć nie chwytały za serce. „Co za szkoda — pomyślała — że nie można tak stanąć nad grzędą modnych panien i zerwać którą dla Huberta.” Rzadko objawiała swe uczucia, ale mimo to były w niej dwa uczucia bardzo głębokie i ściśle ze sobą spojone: jedno — miłość dla brata, drugie — przywiązanie do zamku Condaford. Całe jej życie związane było ściśle z Condaford. Przylgnęła namiętnie do tego miejsca, choć nikt nie wyczułby tego po sposobie, w jakim się o zamku wyrażała. Trawiła ją jednocześnie głęboka i silna tęsknota, aby w bracie obudzić to samo uczucie. Urodziła się tu przecież jeszcze za czasów, kiedy zamek był zniszczony i zaniedbany, i doczekała się jego odnowienia. Dla Huberta zamek stanowił tylko przelotne miejsce, gdzie spędzał wakacje i urlopy. Choć Dinny nie należała bynajmniej do osób chlubiących się swym pochodzeniem i wysuwających tę sprawę na pierwszy plan w rozmowach towarzyskich, czuła jednak głęboko swą przynależność do Cherrellów, do ich pracy i stanu posiadania i uczucia tego nic nie zdołało zachwiać. Każde zwierzę, ptak i drzewo, nawet te kwiaty, które zrywała, stanowiły cząstkę jej istoty na równi z prostym ludem z podokolicznych strzech i anglikańskim kościołem, do którego chodziła, choć nie była bynajmniej wierząca; na równi z szarymi, condafordskimi świtami, które rzadko kiedy widziała, księżycowymi nocami pełnymi niesamowitych nawoływań sów, powolnymi zachodami słońca nad rżyskami i zapachem, szmerem oraz świeżością powietrza. Kiedy bawiła z dala od domu, nie przyznawała się nigdy do tego, że jej tęskno, choć tak było w rzeczywistości; kiedy przebywała w domu, nie mówiła nigdy, że się czuje szczęśliwa, choć się tak czuła. Gdyby Condaford przeszło w inne ręce, nie narzekałaby wprawdzie, ale czułaby się rośliną wyrwaną z korzeniami. Ojciec miał dla zamku obojętne przywiązanie człowieka, który pracy swego życia dokonał na innym miejscu; matka odnosiła się do Condaford z obojętnością kobiety, która zawsze spełniała swój obowiązek, doglądając pilnie gospodarstwa, i nigdy nie miała czasu na rozmyślania; siostra odnosiła się do zamku z rzeczową tolerancją osoby, która wolałaby żyć w bardziej interesującym otoczeniu; a Hubert — jakże było z Hubertem? Nie wiedziała doprawdy. Z rękoma pełnymi cynii wróciła do salonu. Czuła jeszcze na szyi prażące ciepło słońca.

Matka stała przy nakrytym do herbaty stole.

— Pociąg się spóźnia — rzekła. — Wolałabym, żeby Klara nie jechała tak szybko.

— Nie widzę związku, kochanie. — Ale widziała dobrze związek. Matkę ogarniał zawsze niepokój, kiedy ojciec się spóźniał.

— Mamo, moim zdaniem, Hubert powinien stanowczo posłać do gazet swoje sprawozdanie z wypadków.

— Zobaczymy, co ojciec powie. Mówił zapewne ze stryjem Lionelem.

— Auto jedzie — rzekła Dinny.

Do pokoju wszedł generał, a za nim jego młodsza córka. Klara odznaczała się w całej rodzinie największym temperamentem. Miała ciemne, ładne, krótko przystrzyżone włosy, bladą, pełną wyrazu twarzyczkę i lekko powleczone karminem wargi. Piwne oczy patrzyły przed siebie prosto i ciekawie, czoło było niskie i bardzo białe. Spokojny, a jednak awanturniczy wyraz twarzy nadawał jej wygląd zbyt stary na jej wiek, ukończyła bowiem dopiero lat dwadzieścia. Miała wspaniałą postać i wyniosły chód.

— Ten biedak nie jadł obiadu, mamo — rzekła.

— Okropną mieliśmy jazdę po wyboistych drogach. Od śniadania nic w ustach nie miałem prócz whisky z sodą i biszkoptu.

— Dostaniesz zaraz koniak jajowy, kochanie — rzekła Dinny i opuściła pokój. Klara podążyła za nią.

Generał ucałował żonę.

— Stary wyglądał wspaniale, moja droga, choć z wyjątkiem Adriana zobaczyliśmy go dopiero po wszystkim. Będę musiał wrócić na pogrzeb. Na pewno będzie wspaniały. Wielka osobistość, stryj „Cuffs”. Mówiłem z Lionelem o Hubercie; i on nie widzi rady. Ale wpadłem sam na pomysł.

— Mianowicie?

— Cała rzecz w tym, czy jego przełożeni zwrócą uwagę na atak w parlamencie, czy też nie. Mogą od niego zażądać, żeby się podał do dymisji. A to by było fatalne. Lepiej już, żeby to sam zrobił. Pierwszego września musi się zgłosić do badania lekarskiego. Czy nie można by poruszyć jakichś sprężyn bez jego wiedzy? Chłopak jest dumny. Ja bym się mógł zobaczyć z Topshamem, a ty byś mogła pomówić z Fallanbym, prawda?

Lady Cherrell skrzywiła się.

— Wiem — rzekł generał — to nieskończenie przykre; najwięcej mógłby tu pomóc Saxenden, nie wiem tylko, jak się do niego dostać.

— Może by Dinny coś wymyśliła.

— Dinny? No tak, mam wrażenie, że ona jest najsprytniejsza z nas wszystkich z wyjątkiem ciebie, moja droga.

— Ja — rzekła lady Cherrell — nie mam sprytu za grosz.

— Pleciesz! Oto i ona.

Dinny zbliżyła się niosąc, pienisty napój w szklance.

— Dinny, mówiłem właśnie z matką, że dobrze by było zetknąć się z lordem Saxenden w sprawie Huberta. Czy wpada ci na myśl, jak by to można zrobić?

— Przez jakiegoś sąsiadującego z nim dziedzica. Czy istnieje taki?

— Posiadłość jego graniczy z dobrami Wilfryda Bentwortha.

— Oto droga. Stryj Hilary albo wuj Lawrence.

— W jaki sposób?

— Wilfryd Bentworth jest przewodniczącym w komitecie stryja Hilarego do niesienia pomocy biednym. Trzeba tylko trochę mądrego nepotyzmu, kochanie.

— Hm! Hilary i Lawrence byli obaj w Porthminster, szkoda, że sam o tym nie pomyślałem.

— Czy mam z nimi pomówić zamiast ciebie, ojcze?

— Na Boga, gdybyś tylko chciała, Dinny! Nie umiem nikogo prosić o protekcję dla siebie!

— Dobrze, kochanie. Do tego się przecież najlepiej nadają kobiety, nieprawdaż?

Generał spojrzał niepewnie na córkę, nigdy nie wiedział, czy Dinny mówi na serio.

— Oto Hubert — rzekła Dinny szybko.

III

Hubert Cherrell z wyżłem u nogi i strzelbą na ramieniu wchodził właśnie po stopniach tarasu, wykładanych starymi, szarymi kamiennymi płytami. Dość wysoki, szczupły i wyprostowany miał głowę nieco małą, a twarz porysowaną zmarszczkami i nad wiek zniszczoną. Mały, krótko przystrzyżony wąsik ocieniał wąskie i delikatne wargi, włosy na skroniach przyprószyła już siwizna. Smagłe policzki o wydatnych kościach były również bardzo szczupłe; orzechowe oczy o szybkim, żywym spojrzeniu, rozstawione nieco szeroko; nos miał prosty i cienki; nad nim zbiegały się łuki brwi opadające bardzo skośnie ku skroniom. Był w istocie młodszym wydaniem swego ojca. Człowiek czynu wydany na łup rozmyślaniom musi się czuć nieszczęśliwy, póki się z tych rozmyślań nie wyzwoli. Huberta ogarnął głuchy gniew od chwili, kiedy jego dawny przełożony wystąpił przeciw niemu z zarzutami, uważał bowiem, że sam postąpił słusznie lub raczej tak, jak go do tego zmusiło położenie. A rozjątrzenie jego było tym większe, że wojskowe wychowanie i wrodzona powściągliwość nie pozwalały mu stanąć we własnej obronie. Był żołnierzem z powołania, nie z przypadku, a teraz jego wojskowa kariera była zagrożona, honor splamiony, i to nie tylko honor oficera, ale także dżentelmena. A najgorsze, że nie wiedział, jak zareagować na oszczerstwo. Zdawało mu się, że każdy może nim teraz bezkarnie poniewierać, a nie ma bardziej gorzkiego uczucia dla dumnego człowieka. Wszedł do pokoju przez oszklone drzwi, pozostawiając psa i strzelbę na tarasie. Zdawał sobie sprawę, że jest przedmiotem toczącej się rozmowy. Przerywał teraz ciągle dyskusje na temat swej sprawy, u Cherrellów bowiem zmartwienie jednego z członków rodziny stawało się udziałem wszystkich. Wziął z rąk matki filiżankę herbaty, bąknął, że ptaki rwą się już za daleko, a tereny łowieckie są zbyt odkryte, po czym nastąpiło milczenie.

— Muszę pójść przeglądnąć pocztę — rzekł generał i wyszedł z pokoju. Żona podążyła za nim.

Pozostawiona sam na sam z bratem, Dinny zebrała odwagę i rzekła:

— Trzeba coś zrobić, Hubercie.

— Nie martw się, moja droga. Przykra to sprawa, ale nic się nie da zrobić.

— Czemu nie opublikujesz opisu całego zdarzenia na podstawie własnych notatek? Przepisałabym to na maszynie, a Michał znalazłby ci wydawcę, on przecież zna tych wszystkich ludzi. Nie można siedzieć spokojnie z założonymi rękami.

— Wstrętna mi jest myśl rozgłaszania wszem wobec własnych uczuć; a to w tym wypadku nieuniknione.

Dinny zmarszczyła brwi.

— Nie mogę znieść, żeby ten Jankes zrzucał winę własnego niepowodzenia na ciebie. Już ze względu na armię brytyjską powinieneś zareagować.

— Aż tak źle? Nie poszedłem przecież jako wojskowy.

— Czemu nie chcesz opublikować swego pamiętnika, choćby tak, bez zmian?

— To by tylko pogorszyło sprawę. Nie czytałaś go.

— Moglibyśmy przecież wykreślić niepotrzebne miejsca, a inne upiększyć. Widzisz, tatuś bardzo się tym przejmuje.

— Może byś lepiej przeczytała tę bazgraninę. Roi się w niej od mocnych wyrażeń. Człowiek samotny nie może się zawsze trzymać w karbach.

— Skreśl więc, co uważasz za stosowne.

— Jesteś bardzo dobra, Dinny.

Dinny pogłaskała go po rękawie.

— Co to za człowiek ten Hallorsen?

— Po prawdzie trzeba mu przyznać wiele zalet; niebywale wytrzymały i przedsiębiorczy, człowiek bez nerwów, ale wysuwa swą własną osobę wszędzie i zawsze na pierwszy plan. Nie znosi porażki, a jeśli mu się coś nie powiedzie, to zwala bez namysłu winę na kogoś innego. Według niego przyczyną niepowodzenia był źle zorganizowany transport, a za transport ja odpowiadałem. Ale gdyby był zostawił na moim miejscu archanioła Gabriela, ten nie byłby się też lepiej wywiązywał ze swego zadania. Przeliczył się po prostu i nie chce tego przyznać. Znajdziesz to wszystko w moim pamiętniku.

— A to widziałeś? — podniosła w górę wycinek z gazety i odczytała:

Jak nam donoszą, kapitan Charwell D. S. O.5 ma wdrożyć kroki w obronie swego honoru wobec zarzutów skierowanych przeciw niemu przez profesora Hallorsena w książce o wyprawie do Boliwii.

Ujemny wynik tej ekspedycji przypisuje Hallorsen kapitanowi Charwellowi, ponieważ ten w krytycznym momencie nie przyszedł mu z pomocą.

— Ktoś chce was najwidoczniej poszczuć na siebie.

— Z jakiej to gazety?

— Z „Evening Sun”.

— Wdrożyć kroki? — rzekł Hubert z goryczą. — Jakie kroki? Nie mam świadków prócz moich słów, pozostawił mnie przecież zupełnie samego z wszystkimi tymi Metysami.

— A więc jedyne, co zostaje, to pamiętnik.

— Przyniosę ci tę przeklętą bazgraninę…

Tej nocy Dinny siedziała przy oknie, czytając „przeklętą bazgraninę”. Księżyc w pełni piął się w górę pomiędzy gałęziami wiązów, grobowa cisza panowała wokół. Dzwonienie jednego jedynego dzwoneczka dochodziło z owczarni na wzgórzu. Jeden jedyny kwiat magnolii kwitł tuż koło jej okna. Wszystko zdawało się dziwnie nierzeczywiste; od czasu do czasu przerywała czytanie i spoglądała na zaklęty świat. Dziesięć tysięcy pełni księżycowych wspięło się tak chyba po niebie od czasu, kiedy jej przodkowie objęli w posiadanie ten szmat ziemi. W bezpiecznym, trwałym zaciszu starego domostwa odczuwała tym żywiej osamotnienie, beznadziejność i smutek, przemawiające z kartek, które czytała. Twarde to były słowa, a wyłaniały się z nich równie twarde przeżycia. Jeden biały pomiędzy gromadą nieokrzesanych Metysów, jeden przyjaciel zwierząt pośród stada na wpół zagłodzonych bydląt, w towarzystwie ludzi nie mających litości. Czytała dalej w tę noc pełną chłodnego, spokojnego piękna i ogarniało ją coraz większe rozgorączkowanie i przygnębienie.

Castro, to parszywe bydlę, poczęstował muły znowu swym przeklętym nożem. Biedne zwierzęta wyschły na wiór i nie mają ani połowy tych sił co dawniej. Ostrzegłem go po raz ostatni. Jeżeli to się jeszcze raz powtórzy, dostanie w skórę… Miałem gorączkę…

Dziś rano Castro dostał porządne, uczciwe lanie — dwanaście batów; zobaczymy, czy to poskutkuje. Nie mogę sobie dać rady z tymi bydlakami; nie robią w ogóle wrażenia ludzi. Mój Boże! Cóż bym dał za jeden dzień na koniu w Condaford, z dala od tych moczarów i rozpaczliwych szkieletów mułów!…

Musiałem dziś znowu innego wychłostać; to po prostu hańba, jak obchodzą się ze zwierzętami! Niech ich wszyscy diabli!… Miałem dziś znowu gorączkę…

Nie ma żartów, dziś rano wybuchł bunt. Zaczaili się na mnie; na szczęście Manuel mnie ostrzegł, dobry z niego chłopak. W każdym razie Castro o mało nie naszpikował mnie na swój nóż. Zdzielił mnie porządnie w ramię. Wsadziłem mu z miejsca kulę w łeb. Może się teraz nauczą moresu. Od Hallorsena ani słowa. Jak długo ma mnie właściwie zamiar trzymać w tym ponurym piekle? Ramię dokucza mi nieznośnie…

To już chyba szczyt wszystkiego! Podczas gdy spałem, te diabły czmychnęły po ciemku, uprowadzając muły. Jedynie Manuel i dwaj inni chłopcy pozostali. Ścigaliśmy ich ogromny kawał drogi, ale natrafiliśmy tylko na ścierwa dwóch mułów; łotry rozlecieli się na wszystkie strony i szukaj teraz wiatru w polu. Wróciłem do obozu śmiertelnie znużony… Bóg raczy wiedzieć, czy się kiedy żywi stąd wydostaniemy. Ramię boli mnie bardzo, mam nadzieję, że to nie zakażenie krwi…

Dziś postanowiliśmy spakować manatki i wracać. Ułożyłem stos kamieni i zostawiłem kilka słów dla Hallorsena, w których mu przedstawiłem całą sprawę na wypadek, gdyby kiedykolwiek po mnie przysłał. Potem jednak rozmyśliłem się. Wytrwam tu, póki nie przyjdzie lub póki nie wyzdychamy, co jest bardziej prawdopodobne…

W tym samym duchu ciągnęła się do końca ta opowieść pełna zmagań. Dinny odłożyła pożółkłe, wyblakłym pismem pokryte kartki i oparła łokcie o parapet okna. Cisza i chłód księżycowego światła zmroziły ją. Nie czuła się wojowniczo usposobiona. Hubert miał rację. Po cóż wystawiać na pokaz nagą duszę, i rany serdeczne? O nie! Każda inna droga będzie lepsza. Stosunki, tych trzeba szukać, wykorzystać je. Zrobi w tym kierunku wszystko, co będzie w jej mocy.

IV

Adrian Cherrell był zdecydowanym zwolennikiem życia wiejskiego; spotykamy takich po miastach. Zawodem swym związany był z Londynem, piastował bowiem urząd kustosza zbiorów antropologicznych. W tej chwili ślęczał nad szczęką wykopaną w Nowej Gwinei, którą cała prasa przyjęła entuzjastycznie, i właśnie stwierdził w duchu: „Pusta gadanina, po prostu prymitywny typ homo sapiens”, kiedy wszedł odźwierny.

— Jakaś młoda pani chce się z panem widzieć, sir, zdaje mi się, że panna Cherrell.

— Poproś, żeby weszła, Jakubie — przy czym pomyślał: „Jeżeli to Dinny, to trzeba się zdobyć na dowcip.”

— O! Dinny! Wyobraź sobie, Canrobert twierdzi, że ta szczęka pochodzi z okresu pretrinilskiego, Monkley utrzymuje, że z czasu paulopost­‍-piltdownskiego, a Eldon P. Burbank uważa ją za rodezjańską. Ja zaś utrzymuję, że to homo sapiens. Spójrz na ten ząb trzonowy.

— Widzę, stryju Adrianie.

— Jest zbyt podobna do ludzkiej szczęki. Popatrz na tę dziurę w zębie. To go musiało porządnie boleć! Ból zębów jest najprawdopodobniej wynikiem rozwoju poczucia artystycznego. Dzieła sztuki z Altamiry i kromagnońskie dziury znajduje się zawsze obok siebie. Ten chłop to był na pewno homo sapiens.

— A więc ból zębów zawdzięczamy naszej mądrości, to wesołe! Przyjechałam, aby się zobaczyć ze stryjem Hilarym i wujem Lawrence’em, ale wpadło mi na myśl, że przed tą wizytą pokrzepiłoby mnie znacznie śniadanie z tobą.

— A więc — rzekł Adrian — pojedziemy do bułgarskiej restauracji.

— Dlaczego tam?

— Ponieważ teraz dają tam jeszcze dobrze jeść. Jest to najnowsza z reklamujących się restauracji, moja droga, będziemy więc przypuszczalnie dobrze obsłużeni za umiarkowaną cenę. Czy chcesz sobie upudrować nosek?

— Owszem.

— A więc wejdź tam.

Kiedy odeszła, Adrian stał gładząc kozią bródkę i zastanawiając się nad tym, co zamówić za osiemnaście szylingów i sześć pensów; był urzędnikiem państwowym bez własnych dochodów, toteż miał przy sobie rzadko więcej nad funta.

— Co właściwie wiesz o profesorze Hallorsenie, stryju Adrianie? — spytała Dinny, kiedy siedzieli zajadając omelette Bulgarienne.

— To ten, co wyruszył do Boliwii, aby zbadać początki cywilizacji?

— Tak, i zabrał ze sobą Huberta.

— Aha! I potem zostawił go w drodze, co?

— Czy znasz go?

— Tak. Poznałem się z nim w roku 1920 podczas wycieczki górskiej w Dolomity.

— Podobał ci się?

— Nie.

— Dlaczego?

— Wiesz, był tak bezczelnie młody, że zupełnie nie mogłem za nim nadążyć. Musiałem ciągle myśleć o grze w baseball.Czy widziałaś kiedy tę grę?

— Nie.

— Widziałem raz grę w baseball w Waszyngtonie. Obraża się przeciwnika, żeby go rozdrażnić. Obsypuje się go stekiem wyzwisk właśnie w chwili, kiedy ma rzucić piłkę. To należy do rytuału. Celem jest zwycięstwo za wszelką cenę.

— Czy ty nie uznajesz zasady zwycięstwa za wszelką cenę?

— Nikt jej otwarcie nie uznaje, Dinny.

— A jednak wszyscy ją uznajemy w krytycznej chwili, prawda?

— Zdarzały się już takie wypadki, nawet u polityków, Dinny.

— Czy i ty byś usiłował zwyciężyć za wszelką cenę, stryju?

— Zapewne.

— O nie, ty nie. Ale ja tak.

— Jesteś bardzo łaskawa, moja droga. Czemuż tak ostry sąd wydajesz o sobie samej?

— Bo jestem teraz na skutek sprawy Huberta spragniona krwi jak moskit. Spędziłam zeszłą noc nad jego pamiętnikiem.

— Kobieta — rzekł Adrian wolno — nie zatraciła jeszcze boskiej niepoczytalności.

— Czy uważasz, że grozi nam utrata tej cechy?

— Nie. Wy, kobiety, możecie mówić, co się wam żywnie podoba, i tak nie zniszczycie nigdy wrodzonego mężczyźnie instynktu panowania nad wami.

— W jaki sposób najlepiej zniszczyć człowieka takiego jak Hallorsen, stryju Adrianie?

— Jeżeli nie chcesz użyć maczugi, to najlepiej go ośmieszyć.

— Jego wyobrażenia o boliwijskiej cywilizacji były zapewne niedorzeczne?

— W zupełności. Wiemy, że znajdują się tam jakieś dziwne i nie znane bliżej kamienne potwory, ale, moim zdaniem, jego teoria o nich zupełnie nie wytrzymuje krytyki. Nie zapominaj jednak, moja droga, że Hubert jest wmieszany w tę sprawę.

— Nie jako człowiek nauki; pojechał tylko, aby nadzorować transport. — Dinny spojrzała stryjowi w oczy z uśmiechem. — Nie ma w tym przecież nic złego, jeżeli się ośmieszy przed światem takie obliczone na efekt poczynania. Ty byś to umiał tak pięknie zrobić, stryju.

— Wężu-kusicielu!

— Czyż nie jest obowiązkiem poważnych uczonych ośmieszać partaczy?

— Może gdyby Hallorsen był Anglikiem. Ale to, że jest Amerykaninem, komplikuje sprawę.

— Dlaczego? Przypuszczałam, że nauka nie zwraca uwagi na granice.

— W teorii. W praktyce jednak przymykamy jedno oko. Amerykanie są bardzo wrażliwi. Pamiętasz, jakie stanowisko zajęli niedawno wobec teorii ewolucji; gdybyśmy wtedy wybuchli śmiechem, doszłoby niemal do wojny.

— Przecież większość Amerykanów śmiała się także.

— Tak, ale nie zniosą, aby obcy śmiali się z ich ziomków. Czy mogę ci zamówić soufflé Sofia?

Jedli w milczeniu, przyglądając się sobie wzajem z sympatią. Dinny myślała: „Ogromnie lubię jego zmarszczki. A jaka ładna jest jego mała bródka!” Adrian zaś myślał: „Podoba mi się jej lekko zadarty nosek. Mam bardzo miłe bratanice i bratanków.”

Po chwili rzekła:

— A więc, stryju Adrianie, czy zechcesz wymyślić jakiś sposób zemsty na człowieka, który obszedł się tak niecnie z Hubertem?

— Gdzież on jest teraz?

— Hubert powiada, że w Ameryce.

— Czy zastanowiłaś się nad tym, moja droga, że nepotyzm jest niepożądany?

— Niesprawiedliwość również, a krew nie woda.

— To wino natomiast — rzekł Adrian krzywiąc się — jest mocniejsze i od wody, i od krwi. W jakim celu chcesz się widzieć z Hilarym?

— Chcę, by mnie przedstawił lordowi Saxenden.

— W jakim celu?

— Ojciec mówi, że Saxenden ma wpływy.

— Szukasz, jak się to mówi, protekcji?

Dinny skinęła głową.

— To nie jest droga dla subtelnych i uczciwych ludzi, Dinny.

Dinny ściągnęła brwi i pokazała w uśmiechu bardzo białe i równe zęby.

— Nie posiadam żadnej z tych zalet, mój drogi.

— To się okaże. Spróbuj papierosa. Są doprawdy pierwszorzędne, propagandowe.

Dinny wzięła papierosa, zaciągnęła się głęboko i rzekła:

— Widziałeś stryja „Cuffsa”, prawda?

— Tak. Odszedł wspaniale. Można by powiedzieć, że wyglądał jak rzeźba z bursztynu. Szkoda go było dla kościoła. Stryj „Cuffs” był urodzonym dyplomatą.

— Widziałam go zaledwie dwa razy. Ale czy chcesz przez to powiedzieć, że on nie osiągnąłby tego, czego chciał, bez protekcji i poniżenia godności własnej?

— W związku z nim nie można właściwie mówić o protekcji. Drogę torowała mu słodycz charakteru i potężna indywidualność.

— Maniery?

— Pierwszorzędne, w wielkim stylu; ten styl wymarł wraz z nim.

— No, stryju, muszę iść. Życz mi fałszu i gruboskórności.

— A ja — rzekł Adrian — powrócę do szczęki człowieka z Nowej Gwinei, za pomocą której mam nadzieję powalić moich uczonych współbraci. Jeżeli będę mógł w jakikolwiek uczciwy sposób pomóc Hubertowi, uczynię to z pewnością. Pomyślę o tym na wszelki wypadek. Pozdrów go ode mnie i do widzenia, moja droga.

Rozstali się i Adrian powrócił do muzeum. Zasiadł znów w poprzedniej pozycji nad szczęką, ale myśli jego powędrowały ku zupełnie innej szczęce. Nie był siłaczem i prowadził umiarkowany tryb życia, a u tego typu ludzi w pewnym wieku krew zaczyna krążyć spokojniej. Toteż miłość, jaką czuł dla Diany Ferse, którą pokochał jeszcze przed jej nieszczęsnym małżeństwem, zabarwiona była altruistycznie. Jej szczęście było mu ważniejsze od własnego. Myślał o niej bezustannie, a zawsze na pierwszym planie stał wzgląd: „Co będzie dla niej najlepsze?” Już od tak dawna jej się wyrzekł, że nie myślał nawet naprzykrzać się jej, a to tym bardziej, że naprzykrzanie się nie leżało w ogóle w jego naturze. Ale jej pociągła twarz o czarnych oczach, rozkoszna w rysunku warg i nosa i zawsze trochę smutna w spoczynku, zacierała mu stale zarysy szczęk, kości policzkowych i innych interesujących zjawisk związanych z jego zawodem. Mieszkała z dwojgiem dzieci w małym domu w dzielnicy Chelsea i żyła z dochodów męża, od czterech lat przebywającego w prywatnym sanatorium dla umysłowo chorych, gdzie mu nie rokowano wcale nadziei powrotu do zdrowia. Dobiegała czterdziestki i przeszła wiele, zanim Ferse dojrzał ostatecznie do domu wariatów. Adrian, którego formy myślenia i zachowania były starej daty, wyrobił w sobie pewne pobłażliwe nastawienie do dziejów ludzkości i znosił życie z ironicznym fatalizmem. Nie miał cech reformatora społecznego, więc położenie ukochanej nie budziło w nim chęci poślubienia jej. Chciał, żeby była szczęśliwa, ale nie zdawał sobie sprawy, jak to uskutecznić w istniejącym układzie warunków. Miała przynajmniej spokój i wystarczające dochody swego męża, ciężko dotkniętego losem. Ponadto Adrian poczuwał się wobec kapitana Ferse’a do szczególnych względów. Uczuciem tym, bardzo zbliżonym do zabobonu, obdarzają często ludzie prymitywni osoby dotknięte chorobą umysłową. Ferse był przyzwoitym chłopcem, póki znamiona choroby nie zaczęły się przedzierać przez powłokę zdrowia i dobrych manier. Zachowanie się jego przez ostatnie dwa lata przed napadem szaleństwa było aż nazbyt usprawiedliwione chorobą. Dotknął go gniew Boży; bezradność jego zmuszała Adriana do zachowywania wszelkich względów. Odłożył szczękę i sięgnął po gipsowy odlew. Była to żuchwa Pithecanthropusa, owego dziwnego stworzenia z Trinilu na Jawie, którego nazwa przez tak długi czas była przedmiotem sporów. Uczeni nie mogli mianowicie uzgodnić, czy nadać mu miano małpoluda, czy człowieka-małpy. Jakiż długi okres rozwoju od tego odlewu do nowoczesnej angielskiej czaszki, która wisiała nad kominkiem! Można było szperać do woli we wszystkich fachowych dziełach, nikt nie umiał dać odpowiedzi na pytanie: gdzie znajdowała się kolebka, z której wyszedł homo sapiens, gniazdo, w którym się rozwinął z typu trinilskiego, piltdownskiego, neandertalskiego i z kilku innych pokrewnych tworów. Jedyną namiętnością Adriana, poza uczuciem dla Diany Ferse, było pragnienie, by ustalić miejsce pochodzenia homo sapiens. Próbowano ostatnio udowodnić, że pochodzi od typu neandertalskiego, ale Adrian czuł, że teoria ta nie wytrzymuje krytyki. Skoro rozwój gatunkowy doszedł do zdecydowanej fazy, która wydała owe zwierzęce typy, nie mógł zboczyć do tak odmiennego gatunku jak homo sapiens. Równie dobrze można by się doszukiwać pochodzenia jelenia od łosia! Adrian spojrzał na wielki globus, na którym zaznaczył wyraźnym pismem okolice współczesnych wykopalisk, dotyczących pochodzenia nowożytnego człowieka, wraz z uwagami z zakresu zmian geologicznych, czasu i klimatu. Gdzie, gdzie należało szukać? Był to problem detektywistyczny, który można było rozwiązać tylko sposobem stosowanym przez uczonych francuskich. Ci opierali się mianowicie w obiorze okolicy na intuicji i rachunku prawdopodobieństwa, a potem sprawdzali przypuszczenia za pomocą badań przeprowadzanych na miejscu. Był to zaiste największy problem detektywistyczny świata. Czy wybrać podnóże Himalajów, Fayoum, czy też jakiś ląd, zalany dziś morzem? Jeżeli w istocie homo sapiens miał swą kolebkę pod powierzchnią morza, to nigdy jej nie będzie można oznaczyć z pewnością. A więc dyskusja akademicka? Niezupełnie, gdyż z tą kwestią złączone było zagadnienie, którym się ostatnio znów wiele zajmowano — zagadnienie o istocie człowieka, o najprymitywniejszych podstawach jego natury; na tej dopiero zasadzie można było i należało zbudować filozofię społeczną. Czy człowiek był rzeczywiście z natury istotą dobrą i łagodną, na co wskazywałyby badania nad życiem zwierząt i pewnych szczepów zwanych dzikimi, czy też był z gruntu zaborczy i niespokojny, o czym zapewniała nauka historii stanowiąca ponury pamiętnik jego czynów? Gdyby się znalazło kolebkę homo sapiens, można by na podstawie większej ilości danych wywnioskować, co w człowieku przeważa: pierwiastki anielskie czy szatańskie. Adrian przychylał się z usposobienia raczej ku wznowionej niedawno tezie o wrodzonej człowiekowi łagodności, ale krytycyzm nie pozwalał mu na pochopną i całkowitą decyzję. Nawet łagodne zwierzęta i ptaki żyją wedle praw instynktu samozachowawczego; tak samo człowiek pierwotny. Szatańskie wybryki człowieka cywilizowanego zaczynają się równorzędnie z rozrostem aktywności i nasileniem współzawodnictwa, innymi słowy, idą krok w krok z ciągłym komplikowaniem się instynktu samozachowawczego, spowodowanym przez tzw. cywilizowane życie. Niezłożony byt niecywilizowanego człowieka nastręczał zapewne instynktowi samozachowawczemu mniej sposobności do złowrogich przejawów, ale trudno było wyprowadzić stąd jakiekolwiek wnioski. Należało raczej przyjąć współczesnego człowieka, jakim był, i ograniczyć jego możliwości działania na niekorzyść innych. Niemniej trudno było polegać na wrodzonej dobroduszności ludzi pierwotnych. Wszak dopiero wczoraj wieczorem czytał o polowaniu na słonie w środkowej Afryce. Mężczyźni i kobiety pierwotnego szczepu murzyńskiego, użyci przez białych jako naganiacze, rzucili się na ścierwa zabitych słoni, rozdarli je na kawałki, rozszarpali mięso na sztuki i zjedli je ociekające krwią i surowe, a potem zniknęli parami w lesie, by dopełnić orgii. A więc cywilizacja miała przecież swe dobre strony! W tej chwili wszedł odźwierny:

— Jakiś profesor Hallorsen do pana. Chce obejrzeć peruwiańskie czaszki.

— Hallorsen! — rzekł Adrian zaskoczony. — Czy się nie mylicie, Jakubie? Myślałem, że jest w Ameryce.

— Powiedział, że się nazywa Hallorsen, proszę pana; wysoki pan, mówi jak Amerykanin.

— Hm! Niech wejdzie, Jakubie. — Pomyślał przy tym: „Dinny go wyczarowała. Cóż mu mam powiedzieć?”

Do pokoju wszedł bardzo wysoki i bardzo przystojny mężczyzna. Wyglądał na lat trzydzieści osiem. Gładko wygolona twarz promieniała zdrowiem, oczy pełne były blasku, w ciemnych włosach szarzała tu i ówdzie nitka przedwczesnej siwizny. Zdawało się, jakby z nim razem wszedł do pokoju świeży powiew wiatru. Zaczął z miejsca:

— Czy mam przyjemność z panem kustoszem?

Adrian ukłonił się.

— Jakże to! Przecież myśmy się już gdzieś spotkali, w górach, nieprawdaż?

— Tak — rzekł Adrian.

— Moje nazwisko Hallorsen, ekspedycja do Boliwii, wie pan zapewne. Mówiono mi, że pańskie peruwiańskie czaszki są wspaniałe. Przyniosłem ze sobą swój mały zbiór z Boliwii; myślałem, że warto by go porównać tu na miejscu z pańskimi peruwiańskimi egzemplarzami. Mnóstwo ludzi, którzy nigdy nie widzieli oryginałów na oczy, wypisało całą masę niestworzonych rzeczy o czaszkach.

— Zupełna racja, profesorze. Z przyjemnością obejrzę pańskie boliwijskie okazy. À propos, pan nie zna dotąd mego nazwiska. Proszę.

Adrian podał mu kartę. Hallorsen wziął ją.

— O! Czy pan jest spokrewniony z kapitanem Charwellem, który narobił mi tyle szkody?

— Jestem jego stryjem. Miałem jednak wrażenie, że to pan narobił jemu szkody.

— Jak to! On mnie przecież zostawił na lodzie!

— Ja zrozumiałem, że to pan jego zostawił na lodzie.

— Niech pan posłucha, panie Charwell…

— Pan wybaczy, ale wymawiamy swoje nazwisko Cherrell.

— Cherrell… tak, teraz sobie przypominam. Przypuśćmy więc, że pan powierzył komuś jakieś zadanie, panie kustoszu, a ten człowiek nie dotrzymał zobowiązania, okazało się bowiem, że zadanie jest zbyt ciężkie na jego barki, co pan wtedy zrobi? Da mu pan złoty medal?

— Zdaje mi się, że starałbym się przekonać, czy zadanie, które mu powierzyłem, nie przerastało ludzkich sił i możliwości. Potem dopiero wystąpiłbym otwarcie przeciw niemu.

— To już jest sprawą człowieka, który się podejmuje zadania. I cóż on takiego miał dokonać? Po prostu trzymać w karbach kilku Metysów.

— Nie znam się wiele na tej sprawie, ale mam wrażenie, że powierzono mu również nadzór nad transportem zwierząt.

— Ma się rozumieć. I wypuścił wszystko z rąk. Nie mogę się oczywiście spodziewać, by pan zajął wrogie stanowisko wobec swego bratanka. Ale czy mógłbym obejrzeć te peruwiańskie czaszki?

— Proszę bardzo.

— Bardzo pan uprzejmy.

Podczas tych wspólnych oględzin Adrian często spoglądał na wspaniały okaz typu homo sapiens, stojący obok niego. Rzadko kiedy widział człowieka promieniującego takim zdrowiem i energią. To jasne, Hallorsen musiał odczuwać dotkliwie wszelkie niepowodzenia. Już sama żywotność przeszkodziłaby mu w zrozumieniu stanowiska przeciwnika. Wszystko musiało się układać wedle jego woli, wybujała siła życiowa nie dopuszczała po prostu innej możliwości. Był pod tym względem nieodrodnym synem swego narodu.

„Ostatecznie — pomyślał Adrian — to nie jego wina, że jest tak swoistym typem. Oto dzieło Boga, które by można nazwać: Homo transatlanticus superbus.”

— A więc, profesorze — rzekł podstępnie — słońce w przyszłości będzie wędrowało z zachodu na wschód?

Uśmiech Hallorsena był pełen słodyczy.

— Zgadzamy się przecież, panie kustoszu, że cywilizacja rozpoczyna się wraz z uprawą roli. Jeżeli więc potrafimy udowodnić, że w Ameryce uprawiano kukurydzę już na tysiące lat przed początkiem hodowli jęczmienia i pszenicy nad Nilem, to będziemy mieli prawo twierdzić, że prąd cywilizacji idzie w przeciwnym kierunku, niż przypuszczano.

— A czy zdołacie to udowodnić?

— Jakże, mamy przecież dwadzieścia pięć rodzajów kukurydzy. Hrwdlicka twierdzi, że potrzeba było jakichś dwudziestu tysięcy lat, by się te gatunki zróżnicowały. Tym samym przyznaje nam bezsprzecznie ojcostwo wszelkiej uprawy roli.

— Cóż, kiedy niestety żaden gatunek kukurydzy nie istniał w starym świecie przed odkryciem Ameryki.

— Nie, ale i w Ameryce do tego czasu nie istniał żaden gatunek europejskiego zboża. A więc, jeśli kultura Starego Świata przedostała się do Ameryki przez Ocean Spokojny, czemu nie przyniosła ze sobą swych ziemiopłodów?

— To jednak nie świadczy jeszcze, że Ameryka obdarzyła światłem resztę świata, prawda?

— Możliwe, że nie, ale w każdym razie Ameryka rozwinęła swą starą cywilizację na podstawie samorzutnie przez siebie odkrytej uprawy roli; i była pierwszym krajem, w którym uprawiano glebę.

— Czy pan jest wyznawcą teorii o Atlantydzie, profesorze?

— Czasem mnie ta myśl pociąga, panie kustoszu.

— No dobrze! Pragnąłbym się pana zapytać, czy pan nie żałuje czasami swego wystąpienia przeciw memu bratankowi?

— To jasne, że byłem zły, kiedym to pisał. Nie mogliśmy się pogodzić z pańskim bratankiem.

— Uważam, że to powinno było wzbudzić w panu tym silniejsze wątpliwości, czy pan postąpił sprawiedliwie.