Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 516 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rzeka szaleństwa - Marek P. Wiśniewski

Powieść, która łączy przaśną, ale intrygującą przygodowość z zawsze budzącą u czytelnika niepokój możliwością parapsychologicznej manipulacji ludzkimi osobowościami. Leszek Bugajski, Newsweek

Na polskiej scenie literackiej pojawił się debiutant, na którego warto zwrócić szczególną uwagę. Sposób, w jakim posługuje się słowem pisanym, obezwładnia. Fabuła, którą tworzy, połyka wręcz czytelnika. Nie ma zmiłowania. Wpada się w wir słów, który pędzi na łeb, na szyję i nie pozwala wyrwać się, choć na moment. Nie ma sposobu by przerwać, by złapać haust świeżego powietrza. Wiśniewski. Wreszcie znalazł się taki, który łapie czytelnika, bawi się z nim, prowadzi przez różne ścieżki i wypuszcza dopiero wtedy ...

Opinie o ebooku Rzeka szaleństwa - Marek P. Wiśniewski

Fragment ebooka Rzeka szaleństwa - Marek P. Wiśniewski

www.wydawnictwosol.pl

Copyright © Marek P. Wiśniewski 2010

Redakcja:

Grażyna Nawrocka

Korekta:

Urszula Przasnek

Projekt okładki:

Andrzej Brzezicki

Warszawa 2012

ISBN 978-83-62405-49-7

Wydawca:

Wydawnictwo SOLMonika Szwaja • Mariusz Krzyżanowski 05-600 Grójec, Duży Dół 2awydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub i Redakcja techniczna:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteauxatelier@duchateaux.pl

Magdzie

RZEKA

Kurtz lu­bił za­ła­twiać spra­wy szyb­ko.

– Z do­ku­men­tów wy­ni­ka, że pra­co­wał pan na po­dob­nym sta­no­wi­sku…

Nie usły­sza­łem koń­ców­ki zda­nia. Ucisk w gło­wie, za­chwia­nie, po­tem uspo­ko­je­nie i upo­rząd­ko­wa­nie my­śli. Prze­łkną­łem śli­nę, wy­pro­sto­wa­łem się.

– Tak, pra­co­wa­łem ja­ko lo­gi­styk w fir­mie R…

Prze­rwa­łem mu. Nie był za­sko­czo­ny, wy­szło do­brze.

– …Pro­sta pra­ca. Prze­wie­zie­nie ze Szcze­ci­na pod Sie­radz po­nad­ga­ba­ry­tu, rzecz dłu­ga na czter­dzie­ści me­trów. Pan po­sta­ra się zro­bić tak, by prze­sył­ka do­tar­ła do klien­ta. To wszyst­ko, cze­go wy­ma­gam. Pra­ca na umo­wę-zle­ce­nie, pięć ty­się­cy brut­to.

Mó­wił nie­dba­le, ki­wa­jąc się na drew­nia­nym fo­te­lu. Pod sześć­dzie­siąt­kę, za­dba­ny, opa­lo­ny, z reszt­ką si­wych wło­sów za­cze­sa­nych sta­ran­nie do gó­ry, da­le­kie po­do­bień­stwo do Ni­chol­so­na – wil­cze oczka, ten sam re­ki­ni uśmiech, ta sa­ma sku­pio­na pew­ność sie­bie. Ubra­ny w czar­ny gar­ni­tur, bia­łą ko­szu­lę i ciem­no­zie­lo­ny kra­wat. Wszyst­ko w do­brym ga­tun­ku i gu­ście, kłó­cą­ce się z ob­skur­ną no­rą w ba­ra­ku przy por­cie, ro­bią­cą za je­go biu­ro. Wstał, pod­szedł do okna i bęb­niąc pal­ca­mi o pa­ra­pet, przy­glą­dał się cze­muś po dru­giej stro­nie ka­na­łu. Da­wał mi czas na za­sta­no­wie­nie.

Po­pra­wi­łem się na krze­śle, ze­bra­łem w so­bie.

– Mam prze­pro­wa­dzić ła­du­nek za­da­ną tra­są?

– Ze Szcze­ci­na do Sie­ra­dza po­pły­nie bar­ka, pan po­pły­nie na niej i przy­pil­nu­je ca­ło­ści.

Na­dal ob­ser­wo­wał coś w kę­pie wierzb za oknem.

– Bar­ka?

– Tak. – Od­wró­cił gło­wę. – Bar­ka. Spe­cja­li­zu­je się pan w trans­por­cie śród­lą­do­wym. – Spoj­rzał na le­żą­ce na sto­le pa­pie­ry.

– Ale… ni­g­dy nie pły­wa­łem… Je­stem lo­gi­sty­kiem, nie ma­ry­na­rzem.

Od­wró­cił się od okna, nie pa­trzył na mnie.

– War­to zo­ba­czyć, jak wy­glą­da to w prak­ty­ce. – Usiadł w fo­te­lu. – Ta­ką mam dla pa­na pro­po­zy­cję pra­cy, nie in­ną. Zga­dza się pan al­bo nie.

– To się w ogó­le da zro­bić? Da się prze­pły­nąć ze Szcze­ci­na do Sie­ra­dza rze­ką?

Skrzy­wił się. – To niech pan zo­sta­wi nam, to pro­blem kie­row­ni­ka stat­ku i ar­ma­to­ra. Pa­na in­te­re­su­je tyl­ko – po­sta­wił ak­cent na sło­wie „tyl­ko” – że to­war ma do­pły­nąć. Bę­dzie pan za­ła­twiał też spra­wy for­mal­ne i do­ko­ny­wał wszel­kich płat­no­ści. Bę­dzie pan od­po­wie­dzial­ny za ła­du­nek. W gra­ni­cach roz­sąd­ku.

– Ro­zu­miem, że bę­dę miesz­kał na tej bar­ce?

– A jak pan my­śli? – Uniósł brwi. – Za­kła­dam, że rejs bę­dzie trwał ja­kieś sie­dem dni w jed­ną stro­nę i sie­dem z po­wro­tem, ra­zem oko­ło pięt­na­stu noc­le­gów na wo­dzie. Bar­ki ma­ją do­bre wa­run­ki so­cjal­ne, wy­trzy­ma pan. – Na­chy­lił się nad sto­łem. – Niech pan to po­trak­tu­je jak spływ ka­ja­ko­wy. – Uśmiech­nął się. – My­ślę, że za te pięć ty­się­cy nie za wie­le od pa­na wy­ma­gam.

Oce­niał mnie wzro­kiem i cze­kał na py­ta­nia. Sku­pio­ny, pew­ny sie­bie, zna­ją­cy swo­ją war­tość, do­my­śla­ją­cy się war­to­ści te­go, któ­ry sie­dział przed nim.

Pięć ty­się­cy zro­bi­ło swo­je, py­tań nie by­ło. Pro­po­zy­cja by­ła dziw­na, ale w mo­jej sy­tu­acji fo­chy nie mia­ły sen­su. Dwa ty­go­dnie na wo­dzie, pięć kół do ła­py.

– To co? – Po­now­nie uniósł brwi, mru­żąc jed­no­cze­śnie oczy. – Stoi?

– Stoi. – Uśmiech­ną­łem się.

Otwo­rzył szu­fla­dę biur­ka i wy­cią­gnął nie­bie­ską pa­pie­ro­wą tecz­kę. – Tu są pa­pie­ry do za­trud­nie­nia. – Po­dał mi spię­ty plik kar­tek.

Stan­dar­do­wa umo­wa-zle­ce­nie na se­ryj­nym for­mu­la­rzu bez ha­czy­ków i drob­nych drucz­ków, przy­go­to­wa­na wcze­śniej, wy­star­czy­ło wpi­sać mo­je da­ne. By­ły też in­struk­cje do­ty­czą­ce po­stę­po­wa­nia z ła­dun­kiem, zwa­ne­go tu frach­tem, i za­kres od­po­wie­dzial­no­ści w ra­zie opi­sa­nych w szcze­gó­łach wy­pad­ków, ta­kich jak kra­dzież i umyśl­ne uszko­dze­nie.

Pod­pi­sa­łem.

– Za­czy­na pan ju­tro. Bar­ka stoi przy na­brze­żu obok. – Pra­wą rę­ką pod­pi­sy­wał do­ku­men­ty, le­wą uniósł, wska­zu­jąc kciu­kiem za sie­bie.

– Ju­tro?

– Tak. Kie­row­nik stat­ku, ka­pi­tan List­kie­wicz, zaj­mie się pa­nem, resz­ta za­ło­gi jest już na miej­scu.

– Nie mo­gę ju­tro… nie je­stem przy­go­to­wa­ny.

Spoj­rzał na mnie znad pa­pie­rów.

– To jest dwu­ty­go­dnio­wa wy­pra­wa, mu­szę mieć czas na przy­go­to­wa­nie. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. – Te­go się nie da zro­bić.

Przy­glą­dał mi się przez chwi­lę, jak­by nie ro­zu­mie­jąc, o czym mó­wię. Prze­cią­gnął wzro­kiem po ścia­nie, uło­żył kart­ki w rów­ny stos i po­ło­żył przed so­bą na bla­cie biur­ka. Pa­trzył na coś za mo­imi ple­ca­mi.

– Ju­tro.

Na­bra­łem po­wie­trza w płu­ca. Przez gło­wę prze­le­cia­ło mi kil­ka po­my­słów na od­po­wiedź – ża­den wart otwar­cia ust.

– Bę­dę ju­tro. Do dys­po­zy­cji.

– O pięt­na­stej, sza­ra bar­ka E-320. – Wstał, nie uśmie­chał się. Wsta­łem rów­nież.

– Ro­zu­mie pan, za­le­ży nam na cza­sie… – za­czął tłu­ma­czyć się bez prze­ko­na­nia.

– Oczy­wi­ście.

Po­że­gnał mnie ski­nie­niem gło­wy.

W se­kre­ta­ria­cie do­pa­dła mnie pa­ni Ania, sym­pa­tycz­na ano­rek­tycz­ka ubra­na mi­mo koń­ca ma­ja w gru­by golf i weł­nia­ną spód­ni­cę. Z krze­sła przy biur­ku zrzu­ci­ła ster­tę pa­pie­rzysk i po­sa­dzi­ła mnie na nim.

– Nie­zły baj­zel. – Ro­zej­rza­łem się po po­miesz­cze­niu za­wa­lo­nym sto­sa­mi pa­pie­rzysk, za­ku­rzo­nych i nie­sta­ran­nie zwią­za­nych sznur­kiem.

Spoj­rza­ła na mnie. Wzrok za­wo­do­wej urzęd­nicz­ki, przy­wy­kłej do re­ali­za­cji ści­śle okre­ślo­nych za­dań, w ra­mach ści­śle okre­ślo­nych kom­pe­ten­cji, za­wsze spraw­nie od­pa­ro­wu­ją­cej cio­sy. Nie od­po­wie­dzia­ła jed­nak, wy­peł­ni­ła do­ku­men­ty z nie­bie­skiej tecz­ki i po pa­ru pod­pi­sach sta­łem się agen­tem han­dlo­wym fir­my Kurtz Spe­dy­cja sp. z o.o.

Wy­sze­dłem na ze­wnątrz. Pa­nu­ją­cy w środ­ku smród ku­rzu i stę­chli­zny przy­pra­wiał o wy­mio­ty i po­tę­go­wał klau­stro­fo­bię, wdy­cha­łem więc wil­got­ne, rzecz­ne po­wie­trze, prze­sy­co­ne za­pa­chem świe­żo prze­tar­te­go igla­ste­go drew­na. Czu­łem się co­raz go­rzej, ból gło­wy, któ­re­go na­dej­ście zwia­sto­wa­ło uczu­cie uci­sku w czasz­ce, przy­pły­nął fa­lą, zda­wa­ło się gdzieś znad rze­ki. Przy­po­mnia­łem so­bie ma­ły park urzą­dzo­ny z po­nie­miec­kie­go cmen­ta­rza, wci­śnię­ty po­mię­dzy bru­ko­wa­ną dro­gę w kie­run­ku stocz­ni a skar­pę nad por­tem. Usia­dłem na ław­ce, drze­wa za­wi­ro­wa­ły, two­rząc krąg wo­kół mnie. Ktoś sto­ją­cy za mną do­tknął mnie de­li­kat­nie, usły­sza­łem kil­ka słów, gło­wa opa­dła mi na bok, drze­wa wy­gię­ły ga­łę­zie, pró­bu­jąc mnie do­tknąć. Stra­ci­łem przy­tom­ność.

Łaj­ba sta­ła w śle­pym ka­na­le za ba­ra­kiem biu­ra. Bru­nat­na od gni­ją­cych li­ści wo­da od­bi­ja­ła ni­ską syl­wet­kę ka­dłu­ba, bia­łe li­te­ry E-320 od­zna­cza­ły się po­rząd­nym kro­jem na zmal­tre­to­wa­nym po­szy­ciu. Nie wy­glą­da­ła naj­le­piej. Pła­ska, tę­py dziób, nie­bez­piecz­nie za­nu­rzo­na, coś jak ko­pia ho­len­der­skie­go tjal­ka; ama­tor­ska i przez to nie­pa­su­ją­ca do pro­fe­sjo­nal­nych za­sto­so­wań. Przed oczy­ma prze­le­cia­ły mi ob­ra­zy ze­sta­wów pcha­nych, pcha­czy, ba­rek mo­to­ro­wych i in­ne­go zło­mu, ale ża­den nie przy­po­mi­nał te­go tu­taj.

Pod­sze­dłem bli­żej. Przy na­brze­żu krę­cił się ma­ły czło­wie­czek – wró­bel ska­czą­cy po ster­cie ce­gieł – co chwi­la wska­ki­wał na po­kład, by na­tych­miast z nie­go ze­sko­czyć. Za­uwa­żył mnie i pod­biegł, wy­cią­ga­jąc rę­kę na po­wi­ta­nie. Za­czął krzy­czeć.

– Cześć, chło­pie. To ty je­steś ten agent od Kurt­za? Co? – wył. – Hry­ciuk je­stem, me­cha­nik. Nie­zły syf, co? Złom wła­snej ro­bo­ty, ta­ki ka­jak na ro­pę. Do­bre to by­ło, ale ze trzy­dzie­ści lat te­mu, te­raz to strach tym pły­wać… – Spo­waż­niał. – Ale ty – zmru­żył oczy, jak gdy­by sta­rał się so­bie coś przy­po­mnieć – to nie masz za bar­dzo chy­ba do­świad­cze­nia w pły­wa­niu?

– Nie, ale mam do­świad­cze­nie w han­dlu.

– No, no, han­de­lek dzi­siaj pod­sta­wa, kto nie han­dlu­je, nie ży­je, co? – za­char­czał.

– Tak jak­by – po­twier­dzi­łem nie­chęt­nie.

Ma­ły, czar­nia­wy, przy­sa­dzi­sty. Za du­ża gło­wa po­kry­ta by­ła czar­ną szcze­ci­ną tej sa­mej dłu­go­ści zrów­no na bro­dzie, jak i czub­ku czasz­ki. Ubra­ny w brud­ne, żół­te sztruk­sy i nie­bie­ski golf. Na no­gach miał roz­czła­pa­ne mo­ka­sy­ny, pa­mię­ta­ją­ce pew­nie la­ta osiem­dzie­sią­te. Mó­wił szyb­ko, rzad­ko się za­ci­nał.

We­szli­śmy na po­kład. Hry­ciuk ka­zał ty­tu­ło­wać się bos­ma­nem i roz­po­czął prze­gląd po­kła­du. La­tał z ką­ta w kąt, wkła­da­jąc nos w naj­mniej­szą dziu­rę, wę­sząc jak jeż, klnąc ar­ma­to­ra, bu­dow­ni­cze­go stat­ku i sie­bie sa­me­go, że był tak głu­pi i zgo­dził się na tę ro­bo­tę. W koń­cu opadł z sił i klap­nął na skrzyn­ce sto­ją­cej przy nad­bu­dów­ce, wy­cią­gnął pacz­kę moc­nych i za­pa­lił, nie pro­po­nu­jąc mi pa­pie­ro­sa. Zna­łem te­go ty­pu lu­dzi i wie­dzia­łem, że jest to ro­dzaj afron­tu i ozna­ka lek­ce­wa­że­nia.

– No… my tu ga­du, ga­du, a pa­na kie­row­ni­ka nie ma. A bar­ka za­ła­do­wa­na, sam wi­dzia­łem, to­war jest. Twój to­war. – Wska­zał na mnie, jak­bym ma­czał pal­ce w czymś nie do koń­ca w po­rząd­ku. – Pan kie­row­nik bę­dzie zły – do­dał.

– Dla­cze­go ma być zły?

– No jak, za­ła­du­nek bez ka­pi­ta­na? To się nie go­dzi. To się nie zda­rza. To wy­pa­cze­nie. – Wzru­szył ra­mio­na­mi wo­bec fak­tu tak dra­stycz­ne­go zła­ma­nia lo­kal­nych oby­cza­jów.

Po­sta­no­wi­łem zo­stać do­brym i lo­jal­nym pra­cow­ni­kiem fir­my Kurtz Spe­dy­cja.

– To­war to mo­ja spra­wa i mo­je kom­pe­ten­cje – pod­kre­śli­łem. – Do­sta­łem peł­ne upo­waż­nie­nie do dys­po­no­wa­nia frach­tem i to ja na­ka­za­łem za­ła­du­nek. Pan Kurtz chciał, by­śmy wy­pły­nę­li jak naj­szyb­ciej, więc ka­za­łem za­ła­do­wać to­war. Kie­row­ni­ko­wi nic do te­go.

Spoj­rzał na mnie, za­mru­czał coś i wstał. – Ty, kur­wa, za­sta­nów się, jak tam do­pły­niesz i co, kur­wa, po­wiesz kie­row­ni­ko­wi. – Od­wró­cił się i po­gnał na dziób.

Ład­nie się za­czy­na. Jesz­cze nie wy­pły­ną­łem, a już ro­bię so­bie wro­gów. Co ja w ogó­le ga­dam, ja­ki to­war, ja­ki za­ła­du­nek? Ci­sną­łem wo­rek z gra­ta­mi na dach nad­bu­dów­ki, sia­dłem na skrzy­ni i za­czą­łem skrę­cać pa­pie­ro­sa. Przy­po­mnia­łem so­bie, że Kurtz sło­wem nie wspo­mniał, co wła­ści­wie bę­dę wiózł. Pa­pie­ry prze­wo­zo­we mó­wi­ły coś o ma­te­ria­łach bu­dow­la­nych i to mi wy­star­czy­ło. Zresz­tą, ja­kie to ma zna­cze­nie, to­war jest to­war, gdy­by go w ła­dow­ni nie by­ło, to mo­że był­by pro­blem.

Po­ło­ży­łem się na skrzy­ni, wdy­cha­jąc za­pach mu­łu, rdzy i spa­lin die­sla. Nad ka­na­łem krą­ży­ło kil­ka wy­li­nia­łych mew szu­ka­ją­cych cze­goś do żar­cia. Za­mkną­łem oczy, wsłu­chu­jąc się w od­gło­sy do­cho­dzą­ce z por­tu i znad rze­ki. Ho­low­nik, brzęk sta­lo­wych kon­struk­cji, skrzy­pie­nie dźwi­gów, ter­ko­czą­ce ko­par­ki, świst lin, na­wo­ły­wa­nia pra­cu­ją­cych lu­dzi, sze­lest li­ści to­po­li i ten po­cząt­ko­wo trud­ny do uchwy­ce­nia szum rze­ki. Sku­pi­łem się na dźwię­kach.

Za­sną­łem.

Obu­dził mnie od­głos kro­ków na po­kła­dzie. Pod­nio­słem się na łok­ciach. Przede mną stał ja­kiś męż­czy­zna. Zo­ba­czy­łem wy­sta­ją­ce ko­ści po­licz­ko­we, a po­mię­dzy ni­mi dwo­je nie­ru­cho­mych bla­dych oczu. Po­dłuż­na czasz­ka po­kry­ta by­ła za­cze­sa­ny­mi do ty­łu blond wło­sa­mi, twarz przy­po­mi­na­ła ma­skę, wy­ko­na­ną fa­cho­wo i sta­ran­nie z po­marsz­czo­nej skó­ry, przy­mo­co­wa­ną do dłu­gie­go cia­ła. Przy­pa­try­wał mi się.

– Pan się na­zy­wa…?

– Mar­low­ski. – Ze­rwa­łem się. – Je­stem agen­tem fir­my Kurtz Spe­dy­cja. Pan ka­pi­tan List­kie­wicz?

– List­kie­wicz – po­twier­dził. Wy­glą­dał na zdzi­wio­ne­go. – Dłu­go pan cze­ka?

– Nie wiem... – Zmie­sza­łem się. – Tro­chę przy­sną­łem.

– Zda­rza się – przy­znał. – Jest ktoś jesz­cze?

– Tak, Hry­ciuk.

– Hry­ciuk? – Pró­bo­wał coś so­bie przy­po­mnieć. Siat­ka zmarsz­czek na twa­rzy zmie­ni­ła się w kil­ka po­dłuż­nych bruzd.

– Bos­man Hry­ciuk.

– No tak, pa­mię­tam. – Kiw­nął gło­wą i ro­zej­rzał się po po­kła­dzie. Miał mięk­ki, przy­jem­ny głos. – No cóż… – za­czął grze­bać w kie­sze­niach. – Mu­si­my przej­rzeć jed­nost­kę, za­pra­szam do środ­ka. – Wska­zał mi drzwi do nad­bu­dów­ki. – Te­go… bos­ma­na nie ma? – za­py­tał.

– Gdzieś tu się krę­cił, ale wszyst­ko po­za­my­ka­ne. Pew­nie gdzieś jest.

Otwo­rzył mi drzwi nad­bu­dów­ki, sam po­szedł do sto­ją­cej nad nią, wyż­szej, prze­szklo­nej ste­rów­ki. Idąc, do­kład­nie przy­glą­dał się urzą­dze­niom na po­kła­dzie. Po chwi­li znik­nął na ru­fie.

Nad­bu­dów­ka, zwa­na też po­miesz­cze­niem so­cjal­nym, czy­li kuch­nią i sy­pial­nią w jed­nym, skła­da­ła się z dwóch po­miesz­czeń; me­sy – ob­skur­nej kan­cia­py ume­blo­wa­nej czte­re­ma krze­sła­mi, sta­lo­wym sto­łem i szaf­ka­mi BHP, oraz po­zba­wio­ne­go okien po­miesz­cze­nia sy­pial­ni – ka­ju­ty, z czte­re­ma ko­ja­mi wy­cią­ga­ny­mi ze ścian. Śmier­dzia­ło świe­żą far­bą i stę­chli­zną. Rzu­ci­łem wo­rek na gór­ną ko­ję – pró­bę za­ję­cia któ­rejś z niż­szych uzna­no by za po­gwał­ce­nie wod­nych oby­cza­jów, a te­go chcia­łem unik­nąć. Wy­sze­dłem na po­kład.

Na skra­ju na­brze­ża po­ja­wił się bos­man. Szedł, mam­ro­cząc pod no­sem, mach­nął rę­ką, jak­by od­ga­niał coś od sie­bie.

– Pa­nie Hry­ciuk!

Za­uwa­żył mnie, uniósł na po­twier­dze­nie rę­kę i wsko­czył na po­kład od stro­ny dzio­bu. Szedł w mo­ją stro­nę, ale zwol­nił, przy­pa­tru­jąc się cze­muś po­nad mo­ją gło­wą. Od­wró­ci­łem się. W drzwiach ste­rów­ki zo­ba­czy­łem ka­pi­ta­na. Pa­trzył na Hry­ciu­ka. Sta­li, przy­pa­tru­jąc się so­bie na­wza­jem, ka­pi­tan nie­ru­cho­my, bos­man wy­raź­nie czymś prze­stra­szo­ny. Jak dwa ko­cu­ry na jed­nej ga­łę­zi. Trwa­ło to dłuż­szą chwi­lę. W koń­cu bos­man po­ru­szył się i po­wo­li, z ocią­ga­niem, nie­mal prę­żąc grzbiet, pod­szedł do mnie. Na­dal zer­kał w gó­rę.

– Coś się sta­ło? – za­in­te­re­so­wa­łem się.

– Nie, skąd­że zno­wu – za­prze­czył, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie. – To kie­row­nik? – upew­nił się.

– Tak, ka­pi­tan List­kie­wicz. Po­dob­no się zna­cie.

Spoj­rzał na mnie, jak­bym opo­wie­dział nie­zro­zu­mia­ły żart.

– Tak mó­wił?

Po­ki­wa­łem gło­wą.

List­kie­wicz zszedł na dół. Przy­wi­ta­li się, bos­man rzu­cił ja­kiś dow­cip o sta­rych wil­kach mor­skich, ka­pi­tan za­do­wo­lo­ny po­mru­czał coś pod no­sem, po­zor­nie wszyst­ko by­ło w po­rząd­ku. Jed­nak zmie­ni­ło się za­cho­wa­nie Hry­ciu­ka. O ile do tej po­ry ro­bił wra­że­nie oży­wio­ne­go, roz­bie­ga­ne­go czło­wie­ka-or­kie­strę, o ty­le te­raz uspo­ko­ił się i w ja­kiś spo­sób zdy­scy­pli­no­wał. Wy­czu­wa­łem w nim we­wnętrz­ne przy­cza­je­nie i nie­po­kój. Za­miast mio­tać się jak do­tąd po po­kła­dzie i na­brze­żu, klnąc na wszyst­ko w za­się­gu wzro­ku, te­raz krę­cił się wo­kół List­kie­wi­cza, nie­mal ocie­ra­jąc się o je­go no­gi i z za­in­te­re­so­wa­niem wsłu­chu­jąc się w każ­de ka­pi­tań­skie sło­wo. Ła­zi­li po po­kła­dzie, ro­biąc oglę­dzi­ny sprzę­tu i usta­la­jąc, co jest do zro­bie­nia w cią­gu naj­bliż­szych dni. Pan i słu­ga. Du­ży z ma­łym, obie­ga­ją­cym go ni­czym sa­te­li­ta.

Ka­pi­tan pod­szedł do mnie, uwal­nia­jąc się od to­wa­rzy­sza.

– Dla­cze­go do­ko­na­no za­ła­dun­ku bez mo­jej obec­no­ści? – Je­go twarz jesz­cze bar­dziej przy­po­mi­na­ła ma­skę.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– To de­cy­zja za­rzą­du fir­my.

– Kurt­za?

– Wy­da­je mi się, że tyl­ko on tu de­cy­du­je

Bla­do­nie­bie­skie oczy za­pa­dły się głę­biej. Lek­ko po­ru­szył usta­mi, jak­by chciał coś po­wie­dzieć, ale zre­zy­gno­wał. Pod­niósł czer­wo­ną wa­liz­kę i wszedł do me­sy. Po­sze­dłem za nim. Sta­nął, roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu.

– Wa­run­ki iście spar­tań­skie.

– Nie spo­dzie­wa­łem się ni­cze­go in­ne­go.

Ton je­go gło­su pod­po­wie­dział mi, że hi­sto­ria z za­ła­dun­kiem mo­że od­bić się na na­szych re­la­cjach.

– W związ­ku z tym, że nie wi­dzę tu dla pa­na in­ne­go za­ję­cia, obej­mie pan sta­no­wi­sko ku­ka. Zaj­mie się pan przy­go­to­wy­wa­niem po­sił­ków i apro­wi­za­cją.

– Wy­da­je mi się, że umo­wa o pra­cę i mo­je kwa­li­fi­ka­cje nie za bar­dzo od­po­wia­da­ją te­mu sta­no­wi­sku.

Nie od­po­wie­dział. Otwo­rzył jed­ną z sza­fek i wska­zał gra­na­to­we wor­ki.

– To są śpi­wo­ry i po­ściel. Niech pan weź­mie tak­że resz­tę na­czyń i sztuć­ce. Do pa­na za­dań na­le­ży rów­nież utrzy­ma­nie po­rząd­ku w me­sie i wszyst­kich po­miesz­cze­niach so­cjal­nych.

Na­wet nie pró­bo­wał stwa­rzać po­zo­rów, że mó­wi do mnie. Ostat­ni raz rzu­cił okiem na po­miesz­cze­nie i wy­szedł.

Usia­dłem na koi i za­śmia­łem się sam do sie­bie. Ład­nie. Po trzy­dzie­stu mi­nu­tach pra­cy ja­ko agent han­dlo­wy i spe­dy­cyj­ny awan­so­wa­łem na skrzy­żo­wa­nie majt­ka po­kła­do­we­go z ku­cha­rzem. Chcia­łem – to mam. Już mia­łem ru­szyć za nim, na ze­wnątrz, już na­wet na­pły­nę­ły zda­nia, któ­re wy­po­wiem za chwi­lę, wy­krzy­czę mu w twarz.

Coś mnie za­trzy­ma­ło. Wsta­łem i za­czą­łem roz­pa­ko­wy­wać swo­je gra­ty.

Bos­man sło­wem nie sko­men­to­wał mo­jej no­wej funk­cji. Pew­nie ni­cze­go in­ne­go się nie spo­dzie­wał. Ro­bi­łem po­rząd­ki w me­sie, a on roz­siadł się przy sto­le, za­pa­lił pa­pie­ro­sa i ga­pił się przez okno, trąc rę­ką ko­la­no. Rap­tem się ock­nął.

– No to bę­dzie we­so­ło. – Spoj­rzał na mnie, ki­wa­jąc gło­wą. – Bę­dzie też cie­ka­wie – do­dał. Wy­raź­nie li­czył na mo­je za­in­te­re­so­wa­nie. Nie mo­głem go za­wieść.

– Dla­cze­go bę­dzie cie­ka­wie?

– A… ta­kie tam. – Mach­nął rę­ką, uśmie­cha­jąc się. – Sta­re dzie­je, za du­żo by ga­dać.

– Jak tak pan za­czy­na, to war­to by skoń­czyć.

Na po­kła­dzie za­dud­ni­ły kro­ki i usły­sze­li­śmy głos ka­pi­ta­na. Hry­ciuk zdu­sił pa­pie­ro­sa w po­piel­nicz­ce i wy­szedł na ze­wnątrz. Skoń­czy­łem ukła­da­nie ga­rów i nie mia­łem nic in­ne­go do ro­bo­ty, wy­sze­dłem więc za nim.

Zza ster­ty pa­let wy­to­czy­ło się, pyr­ka­jąc, zde­ze­lo­wa­ne bia­łe ci­nqu­ecen­to. Sa­mo­chód prze­je­chał wzdłuż bur­ty i za­trzy­mał się przy nas. Wy­siadł z nie­go drob­ny je­go­mość, po­pa­trzył na bar­kę i kiw­nię­ciem gło­wy po­twier­dził sa­me­mu so­bie, że o ten sta­tek cho­dzi. Za­uwa­żył nas i spo­chmur­niał.

– Cześć, ma­ry­na­rze – za­skrze­czał. – Szu­kam Mar­low­skie­go.

– To ja – ode­zwa­łem się. Zsze­dłem na brzeg.

– Resz­ta kwi­tów na sta­tek. – Po­dał mi zie­lo­ną, tek­tu­ro­wą tecz­kę. – Fie­dler je­stem.

Otwo­rzy­łem tecz­kę i przej­rza­łem za­war­tość, bar­dziej dla za­cho­wa­nia po­zo­rów niż z au­ten­tycz­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia. Fie­dler stał nie­pew­nie, zer­ka­jąc to na mnie, to na Hry­ciu­ka opar­te­go o bur­tę i przy­glą­da­ją­ce­go się nam z jaw­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Pły­nie­cie dzi­siaj?

– Tak.

Pod­pi­sa­łem po­twier­dze­nie od­bio­ru do­ku­men­tów.

– Faj­na łaj­ba, bar­ka mo­to­ro­wa. Do­bra na rze­kę.

– Po­dob­no. Nie znam się na tym. – Zwró­ci­łem mu tecz­kę.

– Po­wo­dze­nia.

– Nie dzię­ku­ję.

Po­drep­tał w miej­scu, nie ma­jąc za­mia­ru się ru­szyć. W koń­cu ode­zwał się pół­szep­tem:

– Uwa­żaj. Na­praw­dę bar­dzo uwa­żaj.

– Na co? – Zdzi­wi­łem się.

Nie od­po­wie­dział. Na­tych­miast wsiadł do sa­mo­cho­du, za­my­ka­jąc drzwi z trza­skiem, jak­by upew­nia­jąc się, że nikt ich nie zdo­ła otwo­rzyć.

– Co on ga­dał? – usły­sza­łem z ty­łu za­cie­ka­wio­ny głos bos­ma­na.

– A nic tam. Sta­tek mu się po­do­bał. – Od­pro­wa­dzi­łem wzro­kiem od­jeż­dża­ją­cy sa­mo­chód.

Hry­ciuk prych­nął lek­ce­wa­żą­co i za­czął zwi­jać ja­kąś li­nę le­żą­cą na po­kła­dzie.

– Wy­pły­wa­my, pa­nie bos­man – krzyk­ną­łem. – Już je­ste­śmy spóź­nie­ni. Kurtz chciał, by­śmy wy­pły­nę­li o trze­ciej.

– Wiesz, co ci po­wiem – prze­rwał zwi­ja­nie. – W pią­tek się nie wy­pły­wa. Ta­ka sta­ra za­sa­da. Nikt nie wy­pły­wa w pią­tek. Nie po­do­ba mi się to.

– To niech pan zgło­si to ka­pi­ta­no­wi.

Spoj­rzał na mnie nie­chęt­nie, ale się nie ode­zwał. Uznał, że nie ma z kim i o czym ga­dać.

Po go­dzi­nie ru­szy­ły sil­ni­ki. Naj­pierw pra­wy, po chwi­li le­wy. Ca­ła łaj­ba wpa­dła w wi­bra­cje, na­wet po­wierzch­nia wo­dy w ka­na­le drga­ła mia­ro­wo. Spło­szo­ne kacz­ki wy­le­cia­ły z kę­py wierzb przed dzio­bem. Zdję­li­śmy cu­my i szprin­gi, rzu­ci­li­śmy je na po­kład i skla­ro­wa­li­śmy. Ka­dłub drgnął. Wcią­gną­łem tra­py. Ka­pi­tan wy­szedł na po­kład, oce­nił za­awan­so­wa­nie prac i wró­cił do ste­rów­ki. Dziób bar­ki od­szedł od be­to­no­we­go na­brze­ża. Drga­nia po­kła­du na­si­li­ły się i rap­tem usta­ły. Sta­tek ru­szył do przo­du, ku wyj­ściu na rze­kę.

Pły­nę­li­śmy wzdłuż na­brze­ża za­sta­wio­ne­go kon­te­ne­ra­mi, ster­ta­mi zło­mu, hał­da­mi wę­gla i pia­sku i wa­la­ją­cy­mi się wszę­dzie pa­le­ta­mi. Przy koń­cu ka­na­łu sta­tek zwol­nił i za­czął skrę­cać w pra­wo. Gdy mi­nął po­ło­wą dłu­go­ści znak na­wi­ga­cyj­ny na koń­cu na­brze­ża, na­gle przy­spie­szył, od­rzu­ca­jąc mnie w bok. Ka­pi­tan wy­pro­wa­dził bar­kę na rze­kę. Obej­rza­łem się za sie­bie. Ba­rak biu­ra spół­ki z rze­ki wy­glą­dał jak bru­nat­na gą­sie­ni­ca, przed wej­ściem sta­ło bia­łe ci­nqu­ecen­to. Pły­nę­li­śmy na peł­nym ga­zie, mi­ja­jąc te­re­ny por­to­we, przy­sta­nie, ogród­ki dział­ko­we i za­nie­dba­ne, zde­ge­ne­ro­wa­ne przed­mie­ścia Szcze­ci­na. Po pół­go­dzi­nie do­szli­śmy do głów­ne­go to­ru wod­ne­go. Roz­po­czę­li­śmy rejs. Rejs do ją­dra ciem­no­ści.

Rze­ka zmie­nia­ła się. Znik­nę­ły reszt­ki za­bu­do­wań, ustę­pu­jąc zwar­tym szpa­le­rom wierzb prze­pla­ta­nych pod­mo­kły­mi trzci­no­wi­ska­mi i łę­go­wym la­sem. Cza­sa­mi brzeg co­fał się za­ro­śnię­ty­mi wy­lo­ta­mi ka­na­łów, pro­wa­dząc wzrok gdzieś w głąb ba­gni­ste­go ob­sza­ru ota­cza­ją­ce­go rze­kę. Ko­ry­to rze­ki by­ło pro­ste, sze­ro­kie, a ży­wo­pło­ty wierzb umac­nia­ją­cych brze­gi i na­rzut z ka­mie­nia spra­wia­ły wra­że­nie wy­god­ne­go, bez­piecz­ne­go trak­tu. Bar­ka su­nę­ła spo­koj­nie i szyb­ko. List­kie­wicz wy­ko­rzy­stał sze­ro­kość to­ru wod­ne­go i względ­ne bez­pie­czeń­stwo że­glu­gi, pły­nąc mak­sy­mal­ną mo­cą sil­ni­ków. Pręd­kość i zwrot­ność by­ły za­le­ta­mi łaj­by, ale ujaw­ni­ły się tak­że jej wa­dy. Ma­łe za­nu­rze­nie i nie­mal pła­skie dno po­wo­do­wa­ły nie­sta­bil­ne za­cho­wa­nie się na fa­li wy­wo­ła­nej przez in­ne jed­nost­ki, do­cho­dzi­ły do te­go wi­bra­cje ka­dłu­ba i smród spa­lin die­sla. Za­czą­łem li­czyć na­po­ty­ka­ne bar­ki i ze­sta­wy pcha­ne, po je­de­na­stej mi­jan­ce za­czą­łem wy­mio­to­wać. Znu­dzo­ny jaz­dą bos­man oży­wił się. Za­do­wo­lo­ny, udzie­lał mi rad, w ja­ki spo­sób po­wi­nie­nem wy­mio­to­wać, kpiąc w ży­we oczy i cie­sząc się z nie­spo­dzie­wa­ne­go uba­wu. Nic chy­ba nie mo­gło mu tak po­pra­wić hu­mo­ru jak mój wi­dok – rzy­ga­ją­ce­go i ża­ło­sne­go. Mo­je kło­po­ty żo­łąd­ko­we po­trak­to­wał ja­ko oso­bi­stą ze­mstę. Nie do koń­ca wie­dzia­łem za co.

Zbli­żał się wie­czór. Ruch na rze­ce ustał. Sie­dzia­łem na dzio­bie opar­ty o kla­pę cze­goś, co List­kie­wicz na­zwał for­pi­kiem, i pa­li­łem skrę­ta, przy­glą­da­jąc się sta­dom ły­sek i krzy­żó­wek wier­cą­cych się przy brze­gu. Obej­rza­łem się do ty­łu. Nie­bie­ska­wa po­stać ster­cza­ła na most­ku, wpa­tru­jąc się w dal rzecz­ne­go ho­ry­zon­tu. Przy­po­mi­nał mu­min­ko­we­go ha­tif­na­ta, sku­pio­ne­go na ho­ry­zon­cie, pę­dzą­ce­go bez ce­lu, pew­ne­go, co tam za­sta­nie. Hry­ciuk ese­me­so­wał za­ja­dle, w sku­pie­niu, z wy­wa­lo­nym ję­zo­rem wbi­ja­jąc ko­lej­ne kla­wi­sze i mru­cząc tekst do sie­bie. Wy­dmu­chi­wa­łem dym, ob­ser­wu­jąc, jak roz­pa­da się na wie­trze.

Śle­dząc lot wy­jąt­ko­wo kształt­nej smu­gi, za­uwa­ży­łem słup. Żół­to-czar­no-czer­wo­ny słup gra­nicz­ny z go­dłem i na­pi­sem – BUN­DE­SRE­PU­BLIK DEUTSCH­LAND. Pły­nę­li­śmy gra­nicz­nym od­cin­kiem Od­ry, pra­wa stro­na Niem­cy, le­wa Pol­ska. Obie iden­tycz­ne. Kacz­ki i ły­ski też nie wi­dzia­ły róż­nic, prze­la­tu­jąc i prze­bie­ga­jąc z pra­wa na le­wo.

Brzeg ob­ni­żył się, two­rząc piasz­czy­stą, dłu­gą na kil­ka­na­ście me­trów pla­żę, uję­tą w dwie ostro­gi z ka­mien­ne­go na­rzu­tu. Kil­ka kro­ków od wo­dy sta­ło dwóch zbla­zo­wa­nych ko­le­siów ubra­nych w zie­lon­ka­we mun­du­ry i obo­jęt­nie przy­glą­da­ło się nam, pa­ląc pa­pie­ro­sy i opę­dza­jąc się przed ko­ma­ra­mi. Grenc­szu­ce, kra­jo­braz po Schen­gen. Po­ma­cha­łem im rę­ką. Od­po­wie­dzie­li z pew­nym opo­rem, nie­zdar­nie, nie­przy­go­to­wa­ni na ten gest.

Przy­po­mnia­ła mi się bab­cia Ma­thil­de. Zmar­ła, gdy mia­łem osiem lat. Za­pa­mię­ta­łem ją jed­nym je­dy­nym ob­ra­zem, sto­ją­cą przed swym do­mem w Kar­si­bo­rze. Wy­so­ka star­sza pa­ni, za­wsze z pew­ną dys­tynk­cją, za­wsze prze­pra­sza­ją­co uśmiech­nię­ta. Ści­ska w rę­ku ja­kąś książ­kę. Przy jej no­dze stoi pies Lu­pus. W tle skra­da się kot­ka Lu­na. To wszyst­ko. Nie za­pa­mię­ta­łem jej gło­su, ko­lo­ru oczu, za­pa­chu czy do­ty­ku.

Był mar­co­wy, zim­ny po­ra­nek. Wsta­ła, na­kar­mi­ła dziec­ko, do­gląd­nę­ła reszt­ki swe­go ży­we­go do­byt­ku, na któ­ry skła­da­ły się dwie ku­ry i kacz­ka, wy­szła na po­dwór­ko. Zna­la­zła się w in­nym kra­ju, kul­tu­rze i wy­zna­niu.

Ma­ma opo­wia­da­ła mi, że Ma­thil­de wie­rzy­ła w du­chy. By­ła prze­ko­na­na, że oko­li­cę za­miesz­ku­ją tłu­my nie­wi­dzial­nych stwo­rów, kry­ją­cych się po naj­bar­dziej od­lud­nych i nie­do­stęp­nych ką­tach. Po­dob­no wte­dy, wy­cho­dząc przed dom, Ma­thil­de zo­ba­czy­ła na wła­sne oczy to, w co do tej po­ry wie­rzy­ła. Wa­ta­hy to­pie­lic, strzyg, po­łu­dnic, świa­to­wi­dów, try­gła­wów i mo­ko­szy wy­la­zły z wo­dy, ba­gien i zie­mi, gdzie sie­dzia­ły ze­pchnię­te przez nie­miec­kie chrze­ści­jań­stwo. Wi­dzia­ła też, jak wiel­ką fa­lą pły­nę­ła in­na, ob­ca kul­tu­ra, z in­ną po­ezją, in­ną hi­sto­rią i ję­zy­kiem.

Prze­trwa­ła naj­trud­niej­sze po­wo­jen­ne la­ta, sa­mot­nie wy­cho­wu­jąc dziec­ko. Ni­g­dy nie wy­szła za mąż, mi­mo że zwięk­sza­ło to szan­se na asy­mi­la­cję i ak­cep­ta­cję przez Po­la­ków. O mę­żu Ma­thil­de, a oj­cu mo­jej ma­my krą­ży­ły le­gen­dy. Raz był es­es­ma­nem, po­tem ofi­ce­rem we­rmach­tu, nie­miec­kim szpie­giem. Mo­je do­cie­ka­nia co do dziad­ka ma­ma za­wsze uci­na­ła, opo­wia­da­jąc co rusz in­ną hi­sto­rię – su­ge­ru­jąc się za­pew­ne krą­żą­cy­mi plot­ka­mi; a to, że zmarł na ty­fus, in­nym ra­zem, że zgi­nął w obo­zie, mo­że na fron­cie.

Mo­je wspo­min­ki o bab­ci prze­rwa­ła dys­ku­sja pro­wa­dzo­na przy ste­rów­ce. List­kie­wicz i Hry­ciuk kłó­ci­li się. Przed­mio­tem spo­ru by­ło miej­sce noc­le­gu – zbli­żał się wie­czór i na­le­ża­ło po­my­śleć o ko­twi­co­wi­sku lub miej­scu do cu­mo­wa­nia. Ka­pi­tan chciał sta­wać już te­raz, bos­man wył o por­cie w Osi­no­wie i je­go atrak­cjach.

– Do Osi­no­wa jest ze dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów – sy­czał ka­pi­tan. – To nie­moż­li­we, pa­nie Hry­ciuk. Czy pan to w koń­cu przyj­mie do wia­do­mo­ści?

– Dla­cze­go nie­moż­li­we? Dla­cze­go nie­moż­li­we? To tyl­ko ze dwie go­dzin­ki!

– Po co?

– Jak to po co. Ma­my stać w krza­kach jak dzia­dy, sko­ro moż­na ele­ganc­ko sie­dzieć w por­cie? – za­pe­rzył się bos­man. – Skle­py, knaj­py i ta­kie tam nie li­czą się? – krzyk­nął w mo­im kie­run­ku.

– Je­śli jest pan głod­ny, od­dam pa­nu wła­sne ka­nap­ki – za­kpił ka­pi­tan. – Mo­ja de­cy­zja jest nie­odwo­łal­na, sta­je­my tu­taj.

Cze­ka­łem, aż Hry­ciuk rzu­ci „mam w du­pie two­je ka­nap­ki”, ale nic nie od­po­wie­dział. Ko­ci urok i tak­ty­ka nie wy­pa­ro­wa­ły mu z gło­wy tak szyb­ko, jak my­śla­łem, spoj­rzał na ka­pi­ta­na nie­źle wy­pra­co­wa­nym wzro­kiem peł­nym po­gar­dy i nie­chę­ci, za­mru­czał coś i zszedł do ma­szy­now­ni.

Ka­pi­tan ob­ró­cił się w mo­ją stro­nę, spo­dzie­wał się ata­ku. Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Niech pan tak na mnie nie pa­trzy. Mnie to obo­jęt­ne, czy bę­dę stał w jed­nych czy dru­gich chasz­czach.

Pa­trzył przez chwi­lę nie­przy­tom­nie, to na mnie, to na dach me­sy, ale dał so­bie spo­kój i za­jął się ste­rem.

Za­cu­mo­wa­li­śmy u wy­lo­tu ja­kie­goś ka­na­łu czy sta­ro­rze­cza. Wspól­nie z bos­ma­nem zrzu­ci­li­śmy ko­twi­ce z dzio­bu, a na­stęp­nie z ru­fy. Ka­pi­tan wy­łą­czył ma­szy­ny, ale nie wy­szedł ze ste­rów­ki.

– Wi­dzia­łeś po­je­ba­ne­go chu­ja – gło­śny szept bos­ma­na roz­cho­dził się po ka­na­le. Sie­dzie­li­śmy na dzio­bie, pa­ląc mo­je skrę­ty. – Po­jeb wo­li ki­blo­wać w tej du­pie, niż ele­ganc­ko stać jak lu­dzie w por­ci­ku. Chło­pie – za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem. – Mó­wię ci, przej­ście gra­nicz­ne Fran­cja ele­gan­cja. Skle­py, bar. – Uniósł do gó­ry rę­ce w ge­ście, któ­ry miał od­dać do­bra wsze­la­kie znaj­du­ją­ce się w Osi­no­wie. – Te­raz by my żar­li kur­cza­ki z roż­na.

Na myśl o kur­cza­kach zro­bi­ło mi się nie­do­brze z gło­du. Od po­po­łu­dnia mia­łem w gę­bie tyl­ko chiń­ską zup­kę, zje­dzo­ną krót­ko po wy­pły­nię­ciu. W my­ślach do­ko­na­łem prze­glą­du te­go, co mia­łem do żar­cia. Nie by­ło te­go wie­le. Mo­że fak­tycz­nie na­le­ża­ło przy­łą­czyć się do bos­ma­na i wy­móc te pa­rę ki­lo­me­trów po ciem­ku?

Hry­ciuk po­czła­pał do ki­bla z za­pa­sem mo­ich skrę­tów, ja po­sze­dłem za­lać ostat­nie zup­ki. W me­sie za­sta­łem ka­pi­ta­na. Sie­dział od­wró­co­ny ty­łem do wej­ścia i po­pi­jał her­ba­tę.

– Wsta­wić wo­dę? – za­py­ta­łem.

– Tak, pro­szę.

– Her­ba­tę?

– Nie, dzię­ku­ję, wła­śnie pi­ję.

Spoj­rzał na mnie, ale szyb­ko od­wró­cił wzrok. Póź­niej czę­sto ła­pa­łem go na tym, że ukrad­kiem mi się przy­glą­da. Sie­dzie­li­śmy, wpa­tru­jąc się w ema­lio­wa­ny czaj­nik szu­mią­cy na ko­che­rze. Mo­dli­łem się o po­wrót Hry­ciu­ka ze sra­cza, ale on pew­nie nie miał za­mia­ru ga­dać z ka­pi­ta­nem. Chcąc prze­rwać ci­szę, za­czą­łem pod­py­ty­wać List­kie­wi­cza.

– Mam py­ta­nie. O któ­rej ju­tro wy­pły­wa­my?

Pa­trzył na mnie, jak­bym był ga­da­ją­cym sprzę­tem AGD. Za­wa­hał się, ale od­po­wie­dział.

– O szó­stej. Pły­nie­my po czter­na­ście go­dzin na do­bę.

– Zdą­ży­my? – za­py­ta­łem i na­tych­miast po­ża­ło­wa­łem. Tym ra­zem pa­trzył na mnie jak cza­pla, któ­ra doj­rza­ła coś w bło­cie.

– Ra­czej tak. Cho­ciaż ja­ko agent i… opie­kun frach­tu po­wi­nien pan wie­dzieć, że ter­min do­tar­cia do ce­lu za­le­ży od kil­ku nie­za­leż­nych ode mnie czyn­ni­ków. Jed­nym z nich jest stan wo­dy.

– Usta­li­łem z pa­nem Kurt­zem, że do­trze­my w sie­dem, mak­sy­mal­nie osiem dni.

– Usta­lać mo­że­cie so­bie wszyst­ko, ale nie ter­mi­ny i wa­run­ki pły­wa­nia na rze­kach, zwłasz­cza na tej tra­sie. Oso­bi­ście uma­wia­łem się na prze­pro­wa­dze­nie bar­ki pod Bu­rze­nin z prze­ła­dun­kiem na Je­zior­sku. Za­po­ry nie prze­pły­nie­my. Ter­mi­nu nie okre­śla­łem.

Za­czął ba­wić się oku­la­ra­mi, krę­cąc ni­mi ołów­kiem na bla­cie sto­łu. Za­wsze miał przy so­bie oku­la­ry, ale ich nie no­sił.

– Czy­li kie­dy wła­ści­wie do­pły­nie­my? – za­nie­po­ko­iłem się

– Są­dzę, że zgod­nie z pla­nem. Bę­dzie­my pły­nę­li na fa­li wy­so­kiej wo­dy, co ma szcze­gól­ne zna­cze­nie po­wy­żej Ko­ni­na. Zresz­tą – wes­tchnął. – Co bę­dzie po­wy­żej Ko­ni­na, te­go nikt nie wie. Te­raz idzie du­ży zrzut wo­dy, ale moż­li­we, że za­koń­czy­my tam tra­sę i bę­dzie pan mu­siał uru­cha­miać plan B.

– Nie mam pla­nu B.

Po­ki­wał gło­wą. – Zda­rza się.

– Bos­man twier­dzi, że tam w ogó­le nie da się pły­nąć.

– To idio­ta, do opi­nii i opo­wie­ści te­go czło­wie­ka na­le­ży pod­cho­dzić ze spo­rym dy­stan­sem. Po­za tym po­sia­da ni­kłe do­świad­cze­nie w pły­wa­niu po rze­kach. Z te­go co wiem – do­dał.

– Nie pły­wał tam?

– Do Ko­strzy­na i z po­wro­tem. Ca­łe je­go pły­wa­nie. Mam jed­no py­ta­nie. – Po­pra­wił się na krze­śle. – Wie pan, do­kąd pły­nie­my?

Tu mnie zła­pał. Fak­tycz­nie, je­stem chy­ba kom­plet­nym idio­tą, za­po­mnia­łem do­py­tać Kurt­za czy choć­by spoj­rzeć w kwi­ty.

– Nie­ee… no pew­nie, że wiem.

Nie uwie­rzył.

– Ale pa­pie­ry ja­kieś pan ma, co? – Uniósł brwi.

– Wszyst­ko mam.

– Nie wąt­pię. – Wy­chy­lił za­war­tość kub­ka jed­nym hau­stem. Po­sta­wił czer­wo­ny po­obi­ja­ny ku­bek przed so­bą i za­czął mi się prze­glą­dać.

– Pan mnie za­sta­na­wia. Po co się pan we­pchnął w tę eska­pa­dę?

– Po to, co pan – dla pie­nię­dzy.

– Pie­nią­dze. No tak. – Wstał i za­czął grze­bać w swo­ich rze­czach wy­rzu­co­nych z czer­wo­nej wa­liz­ki. Z bocz­nej kie­sze­ni wy­jął ja­kąś książ­kę i wy­szedł z me­sy.

Wy­cią­gną­łem bi­buł­ki i ty­toń, skrę­ci­łem pa­pie­ro­sa. Po­sta­no­wi­łem przejść się po po­kła­dzie.

By­ło już po dzie­sią­tej i le­d­wo moż­na by­ło roz­po­znać kształ­ty bar­ki. Świa­tło po­zy­cyj­ne świe­ci­ło z po­świa­tą wie­czor­nej mgły. List­kie­wicz sie­dział w ste­rów­ce i coś pi­sał, Hry­ciu­ka na­dal nie by­ło. Za­pa­li­łem pa­pie­ro­sa. Znad rze­ki po­wiał wiatr, nio­sąc za­pach wo­dy, bło­ta i świe­żej zie­le­ni. Wzdry­gną­łem się z zim­na. Rze­ka pły­nę­ła po­wo­li, do­stoj­nie. Na jej po­wierzch­ni nie by­ło choć­by jed­ne­go wi­ru, zmarszcz­ki. Ba­ke­li­to­wa wstę­ga od­dzie­la­ją­ca dwa pań­stwa i dwa świa­ty. Spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by wie­dzia­ła, że jest gra­ni­cą i z peł­ną świa­do­mo­ścią wy­ko­ny­wa­ła swo­je za­da­nie. Przed oczy­ma sta­nę­ła mi bab­cia. Z ko­tem, psem, li­pą i prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem. Spoj­rza­łem na dru­gi brzeg, nik­ną­cy w gę­stej mgle cią­gną­cej z do­łu rze­ki. Przy­po­mnia­łem so­bie dziad­ka.

Niem­cy w sierp­niu 1990. My, pę­dzą­cy po­lo­ne­zem 1500 na spo­tka­nie ro­dzin­ne w Je­ver. Je­ver – ce­gla­ne, czy­ste, schlud­ne jak z opo­wie­ści dla ma­lu­chów. Kom­bi­na­cja bia­łych okien, czer­wie­ni ce­ra­mi­ki i sza­ro­ści trzci­no­wych strzech. Po­rzą­dek i czy­stość ra­zi­ły i po­wo­do­wa­ły od­ruch pro­te­stu. W po­rów­na­niu z bru­dem i roz­mem­ła­niem Pol­ski wszyst­ko wy­da­wa­ło się nie­rze­czy­wi­ste i sztucz­ne.

Na­sza ro­dzi­na, przy­szy­wa­na nie­miec­ka ro­dzi­na. Ban­da kom­plet­nie nie­za­in­te­re­so­wa­nych na­mi ga­mo­ni. Pa­trzy­li na nas ze znu­dze­niem i od­ra­zą, nie si­ląc się na grzecz­ność czy kon­we­nan­se. A w środ­ku te­go Bri­git, mi­ła, we­so­ła, prze­pra­sza­ją­ca, na każ­dym kro­ku pod­kre­śla­ją­ca swe fry­zyj­skie, nie nie­miec­kie po­cho­dze­nie. By­ło jej wstyd za swe dzie­ci, z obrzy­dze­niem ko­men­tu­ją­ce na­sze za­cho­wa­nie, i pew­nie za nas, oszo­ło­mio­nych Za­cho­dem, nie­zdar­nych, le­d­wie cy­wi­li­zo­wa­nych. Po­za nią nikt nie chciał z na­mi ga­dać. Na­wet no­wo od­na­le­zio­ny dzia­dek nie bar­dzo miał ocho­tę na roz­mo­wę ze swą ro­dzo­ną cór­ką, któ­rej ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dział na oczy i o któ­rej ist­nie­niu do­wie­dział się przed pa­ro­ma la­ty. Prze­cież zda­wał so­bie spra­wę, że ta ko­bie­ta ocze­ku­je naj­mniej­sze­go choć­by ge­stu z je­go stro­ny, ak­cep­ta­cji, uśmie­chu – cze­go­kol­wiek. Star­szy si­wy pan z wy­mo­de­lo­wa­ną bród­ką, dwu­rzę­do­wą ma­ry­nar­ką ze zło­ty­mi gu­zi­ka­mi i czap­ką ry­ba­ków­ką, ro­bią­cy za wil­ka mor­skie­go. Ca­ły nasz po­byt prze­sie­dział przed wy­ga­słym ko­min­kiem – wi­dać nie by­li­śmy na ty­le waż­ni, by w nim roz­pa­lić – za­gry­za­jąc rów­nie wy­ga­słą faj­kę, mru­cząc co chwi­lę coś do sie­bie i raz po raz przy­wo­łu­jąc na sło­wo Bri­git. Gar­dził na­mi, jak resz­ta. Cór­kę od­na­le­zio­ną po pięć­dzie­się­ciu la­tach po­kle­pał po po­licz­ku i ode­słał do sto­łu. Oj­cu nie po­dał na­wet rę­ki. Mną był zdzi­wio­ny. By­łem bar­dzo po­dob­ny do nie­go. Za­sko­czo­ny tym, przy­glą­dał mi się przez ca­ły pierw­szy dzień, szwar­go­cąc coś na bo­ku. Bri­git prze­ka­za­ła mi póź­niej je­go uwa­gi; że je­stem „strasz­nie” in­te­re­su­ją­cym mło­dym czło­wie­kiem i jest we mnie si­ła, któ­rej nie ma w je­go nie­miec­kich wnu­kach. By­łem Po­la­kiem, tak jak je­go no­wa cór­ka i no­wy zięć, i by­ło to wszyst­ko, na co mógł się zdo­być.

Spo­tka­nie zor­ga­ni­zo­wa­ła Bri­git – dru­ga żo­na Jen­sa, mę­ża Ma­thil­de, czy­li mo­jej bab­ci. Już w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych od­na­la­zła bab­cię przez zna­jo­mych ze Świ­dwi­na, któ­rzy wy­je­cha­li do Nie­miec na po­cho­dze­nie. Zo­rien­to­wa­ła się, że po­zo­sta­wie­nie bab­ci w Kar­si­bo­rze z jed­nej stro­ny i brak prób od­na­le­zie­nia mę­ża z dru­giej by­ło ce­lo­we i w peł­ni świa­do­me. Roz­wód przez woj­nę. Ta­kie rze­czy się zda­rza­ły. Jen­sa o od­na­le­zie­niu Ma­thil­de po­in­for­mo­wa­ła do­pie­ro po jej śmier­ci. Mo­że mia­ła w tym ja­kiś wła­sny cel, mo­że usza­no­wa­ła de­cy­zję oby­dwoj­ga – nie wia­do­mo. Ni­g­dy te­go gło­śno nie po­wie­dzia­ła. Na­wet ma­mie.

Jens, mój no­wy dzia­dek, ni­g­dy nie do­stał się do nie­wo­li. Gdy skoń­czy­ła się ro­pa i aku­mu­la­to­ry w ku­trze tor­pe­do­wym, któ­rym pły­wał, rzu­cił gra­ta gdzieś u wy­brze­ży Da­nii i prze­me­li­no­wał się do koń­ca 1945 ro­ku. Po­tem jak gdy­by ni­g­dy nic za­mel­do­wał się w Je­ver ja­ko wy­pę­dzo­ny z Prus, któ­rym w isto­cie był, i roz­po­czął no­we, szczę­śli­we ży­cie pod zmie­nio­nym na­zwi­skiem. Bab­ci ni­g­dy nie szu­kał. Bri­git ko­re­spon­do­wa­ła z Ma­thil­de do jej śmier­ci; nie by­ła jed­nak na po­grze­bie bab­ci, ale przy­je­cha­ła rok czy dwa póź­niej. Przy­po­mi­na­ła nie­co bab­cię; wy­so­ka, po­staw­na blon­dyn­ka z gru­by­mi łyd­ka­mi i sze­ro­ki­mi bio­dra­mi, o twa­rzy z dzie­więt­na­sto­wiecz­nych ry­cin. Sła­ła nam pacz­ki na każ­de świę­ta, peł­ne ka­wy, żel­ków Ha­ri­bo, gum do żu­cia, cze­ko­lad z orze­cha­mi la­sko­wy­mi, kre­mów dla ma­my i Old Spi­ce’a dla oj­ca. Dla dzie­się­cio­lat­ka ta­kie­go jak ja by­ła bo­gi­nią. I praw­dzi­wym Świę­tym Mi­ko­ła­jem.

Moc­niej po­wia­ło z do­łu rze­ki. Pstryk­ną­łem pe­ta do wo­dy. Prze­le­ciał kil­ka me­trów i z ci­chym syk­nię­ciem zgasł. Od stro­ny dzio­bu usły­sza­łem od­gło­sy kro­ków i w bla­dej po­świa­cie za­ma­ja­czy­ła po­stać bos­ma­na.

– Gdzie ten de­bil? – za­char­czał. Był pod­pi­ty.

– Ka­pi­tan?

– Ka­pi­tan? – Za­chwiał się i w ostat­niej chwi­li zła­pał za żu­ra­wik pod­trzy­mu­ją­cy łód­kę.

Za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem. – Chuj z nie­go, nie ka­pi­tan. Pierw­szy ofi­cer był z nie­go, nic wię­cej.

– Pierw­szy?

– Ta – za­sa­pał. – Miał już awans, ale go wy­je­ba­li.

– Wy­je­ba­li? Za co? – za­in­te­re­so­wa­łem się.

Po­pa­trzył na mnie z de­mon­stra­cyj­ną ostroż­no­ścią. Stwier­dził ofi­cjal­nie, że bu­dzę za­ufa­nie, więc cią­gnął da­lej.

– Sfik­so­wał na pew­nym rej­sie.

– I co? – za­chę­ca­łem go.

– I nic, za­pa­ko­wa­li go do Koc­bo­ro­wa, od­sie­dział rok i jak wró­cił, za­bra­li mu pły­wa­nie w pe­że­te­mie i tak się te­raz tu­ła. A to tu­taj – mach­nął rę­ką, pró­bu­jąc ogar­nąć ca­łą bar­kę – to je­go ko­niec.

Po­sta­no­wi­łem wy­cią­gnąć z nie­go coś wię­cej na te­mat List­kie­wi­cza. Mo­że się przy­dać.

– Pły­wał pan z nim?

Pa­trzył w bok. Przez chwi­lę my­śla­łem, że nie do­sły­szał py­ta­nia, ale od­po­wie­dział wresz­cie, z ocią­ga­niem.

– Raz.

– Da­le­ko?

Zno­wu wa­ha­nie.

– Da­le­ko.

Za­czął się trząść z zim­na. Świa­tło w ste­rów­ce zga­sło i usły­sze­li­śmy od­głos kro­ków na schod­kach.

– Idę się wy­rzy­gać. Gdy­by co, nie wi­dzia­łeś mnie.

Ki­wa­jąc się, po­czła­pał na dziób. Znik­nął w mro­ku, by po­ja­wić się na mo­ment w bia­łej po­świa­cie na dzio­bie.

Zza nad­bu­dów­ki wy­szedł ka­pi­tan. Był w do­brym hu­mo­rze i pod­śpie­wy­wał coś so­bie pod no­sem.

– Pięk­na noc, pa­nie Mi­cha­le – wy­szcze­rzył zę­by.

– Chy­ba pan żar­tu­je. Cho­ler­nie zim­no jak na maj.

– To niech się pan cie­pło ubie­ra, bo mi się pan tu jesz­cze roz­cho­ru­je – rzu­cił we­so­ło. – Wej­dzie­my? – Wska­zał rę­ką drzwi me­sy.

Ka­pi­tan za­pa­lił lamp­kę na sto­le i zga­sił głów­ne, żół­ta­we świa­tło czte­ro­wa­to­wej ża­rów­ki. Za­czął się roz­bie­rać, naj­wy­raź­niej szy­ko­wał się do spa­nia. Znik­nął w to­a­le­cie, skąd do­szły mnie od­głos le­ją­cej się z kra­nu wo­dy i te­mat z „Bo­le­ra”. Wy­szedł po pięt­na­stu mi­nu­tach, kiw­nię­ciem gło­wy po­zwa­la­jąc na sko­rzy­sta­nie z ła­zien­ki. Hie­rar­chia obo­wią­zu­je.

Umy­łem się po bo­że­mu, w cie­pła­wej cie­czy śmier­dzą­cej rdzą – twarz, rę­ce, zę­by. Koń­cząc, mia­łem wra­że­nie, że je­stem bar­dziej brud­ny, niż by­łem przed my­ciem. Gdy wy­sze­dłem, ka­pi­tan spał od­wró­co­ny twa­rzą do ścia­ny. Hry­ciu­ka nie by­ło.

Zna­la­złem go na dzio­bie przy win­dzie ko­twicz­nej. Sie­dział na ka­be­sta­nie i za­ba­wiał się za­pal­nicz­ką. Wy­trzeź­wiał.

– I co tam? – spy­tał.

– Spraw­dzam, czy pan ży­je.

– Idzie­cie spać?

– Roz­kaz ka­pi­ta­na.

– W chu­ju mam roz­ka­zy ta­kie­go ka­pi­ta­na.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Opar­łem się o bur­tę. W koń­cu nie wy­trzy­ma­łem, od­wró­ci­łem się i za­czą­łem iść w stro­nę ru­fy. Zdą­ży­łem przejść kil­ka me­trów, gdy usły­sza­łem wo­ła­nie. Od­wró­ci­łem się.

– Cze­kaj. – Pod­niósł się.

– Idzie pan?

– Cze­kaj, chodź tu. – Kiw­ną na mnie rę­ką.

Pod­sze­dłem. Wy­cią­gnął pacz­kę moc­nych.

– Pal – roz­ka­zał.

Skrzy­wi­łem się. – Za póź­no, pa­nie Hry­ciuk, idę spać.

– Pal, mó­wię! – pra­wie wrza­snął.

Wy­łu­ska­łem pa­pie­ro­sa z pacz­ki. Po­dał mi ogień. Sta­li­śmy opar­ci o luk ła­dow­ni w po­ło­wie dłu­go­ści bar­ki. Bos­man ro­zej­rzał się do­oko­ła i uśmiech­nął się głu­pa­wo.

– Po­wiedz mi jed­no. – Dźgnął mnie pal­cem w brzuch. – Ty to je­steś ta­ki świr tro­chę, co? Skrę­ty pa­lisz, dłu­gie wło­ski i ta­kie tam. Na­ją­łeś się tu, ale po­wiedz mi, po co? Nie le­piej by­ło zna­leźć coś lep­sze­go?

Cof­ną­łem się przed odo­rem wó­dy.

– Dla­cze­go? Faj­na ro­bo­ta, pły­wam so­bie w faj­nym to­wa­rzy­stwie, faj­ki pa­lę, nie na­ro­bię się, a ka­ska le­ci – od­par­łem nie­chęt­nie. Chcia­ło mi się spać, a za­po­wia­da­ło się na dłuż­szą dys­ku­sję.

– Nie­ee... – Żach­nął się z pół­u­śmie­chem. – Nie na­ro­bisz się, to fakt, ale za ta­kie pie­nią­dze to sie­dział­byś w biu­rze i pier­dział w sto­łek, a nie mókł na tym zło­mie.

– Od­mia­na, raz na ja­kiś czas trze­ba się wy­lu­zo­wać i zro­bić coś in­ne­go niż zwy­kle.

Przez chwi­lę przy­glą­dał mi się groź­nie, ocze­ku­jąc pew­nie, że zmięk­nę pod je­go spoj­rze­niem i wy­znam praw­dzi­wy po­wód me­go po­by­tu tu­taj, ale dał so­bie spo­kój. Uśmiech­nął się i ob­jął mnie ra­mie­niem.

– Ty nie za­le­waj chło­pie, ty je­steś z tej ko­ciej wia­ry, co?

– Z ja­kiej ko­ciej wia­ry?

– No, z tej, co to la­ta­ją po la­sach na go­la­sa, pa­lą ja­kieś ognie i w ogó­le świ­ru­ją. Łi­ka czy coś.

– Łi­ka? Co pan, pa­nie Hry­ciuk, ja­kie la­sy, ja­kie ognie. Zwa­rio­wał pan?

Spo­waż­niał. Na­dal obej­mo­wał mnie ra­mie­niem, ale już jak­by mniej ser­decz­nie. Sta­li­śmy tak przez chwi­lę, ja schwy­ta­ny w bra­ter­skim uści­sku, on w za­du­mie nad tym, kim na­praw­dę je­stem. W koń­cu pu­ścił mnie, oparł się o ła­dow­nię i wy­cią­gnął z kie­sze­ni nie­do­pi­tą bu­tel­kę wód­ki. Po­cią­gnął i po­dał mi bu­tel­kę. Wy­tar­łem rę­ka­wem szyj­kę i po­cią­gną­łem kil­ka ły­ków. Na­tych­miast ode­brał mi flasz­kę, do­pił do koń­ca i wy­rzu­cił do wo­dy. Stał, trzy­ma­jąc się re­lin­gu.

– Pa­mię­tasz Fie­dle­ra, te­go go­ścia, co ci da­wał pa­pie­ry przed odej­ściem w Szcze­ci­nie?

– No – mruk­ną­łem. Mdli­ło mnie od wód­ki i fa­jek, ale mi­nę­ła mi sen­ność.

– Ja go znam, dość do­brze.

– Nie wy­glą­da­ło.

– I chuj z nim, pe­dał je­ba­ny ob­ra­ził się. – Wy­dął po­licz­ki. – Przej­dzie mu, to wró­ci w ła­chę.

– Do­bra, i co z nim?

– On mi opo­wia­dał… – bos­ma­no­wi od­bi­ło się – opo­wia­dał mi z rok te­mu, na pi­wie, gdzieś na Nie­bu­sze­wie, że je­mu opo­wia­dał ta­ki je­den Ko­nec­ki, co to pły­wał u Kurt­za, że ten twój Kurtz i ten tu – wska­zał rę­ką ru­fę – to na­le­żą do ja­kiejś ta­kiej sek­ty czy wia­ry, ta­kich po­gan czy coś. Łi­ka, Łaj­ka czy in­ny chuj.

Ca­ły czas przy­pa­try­wał mi się, śle­dząc każ­dy mój ruch i szu­ka­jąc śla­du re­ak­cji na mo­jej twa­rzy.

– I co? My­śli pan, że ja też je­stem z tej sek­ty?

– Ro­bisz u Kurt­za, łap­ki masz jak pa­nien­ka, na wo­dę się nie na­da­jesz i nie pły­wa­łeś. Wiesz, ja to szcze­ry chło­pak je­stem, to ci mó­wię. Nie pa­su­jesz tu.

– To czy pa­su­ję, czy nie, niech pan zo­sta­wi in­nym. A tak dla pa­na wia­do­mo­ści: w żad­nych sek­tach nie je­stem, Kurt­za znam od wczo­raj, a te­go List­kie­wi­cza od dzi­siaj. Po­za tym jest póź­no i idę spać.

Rzu­ci­łem nie­do­pa­łek do wo­dy i po­sze­dłem do me­sy. Tym ra­zem nie pró­bo­wał mnie za­trzy­my­wać. Idąc, przy­po­mnia­łem so­bie sło­wa Fie­dle­ra.

Obu­dzi­ło mnie sztur­cha­nie w bok. Otwo­rzy­łem oczy. Na stoł­ku, obok mo­jej gło­wy sie­dział bos­man i dźga­jąc mnie łyż­ką, za­ja­dał coś z otwar­tej kon­ser­wy.

– Wsta­waj, chło­pie, wsta­waj, bo ci ka­pi­tan ka­że ku­beł wo­dy na łeb wy­lać. Szó­sta, za­raz je­dzie­my.

Wsta­łem i ubra­łem się naj­szyb­ciej, jak mo­głem. Czu­łem się tak so­bie – sła­by kac skom­pi­lo­wa­ny z fa­jek i tych kil­ku ły­ków wód­ki, któ­ry­mi ob­da­ro­wał mnie bos­man za­mie­nił mo­ją gę­bę w zwi­nię­ty ru­lon ga­ze­ty.

– Ka­wy? – Bos­man wska­zał na zie­lo­ny ku­bek.

Ski­ną­łem gło­wą. Hry­ciuk sie­dział przy sto­le, z ape­ty­tem pa­ła­szu­jąc za­war­tość pusz­ki. Gno­jo­wi nic nie by­ło. Chlał ca­ły wie­czór, spał mo­że z go­dzi­nę, od­pa­lał jed­ne­go pa­pie­ro­cha od dru­gie­go, a te­raz so­bie spo­koj­nie, za­do­wo­lo­ny z ży­cia pi­je po­ran­ną kaw­kę.

Skoń­czył mie­lon­kę i wziął się za ka­wał kieł­ba­sy, któ­rą ze­żarł trze­ma kłap­nię­cia­mi pasz­czy. Ze­bra­ło mi się na wy­mio­ty.

– Śmie­tan­ka dla pa­na dy­rek­to­ra?

– Wi­dzę, do­bry hu­mor u pa­na bos­ma­na ste­ro­ma­szy­ni­sty.

– A jak. Pi­wo z ra­na jak śmie­ta­na.

Do­pie­ro te­raz po­czu­łem kwa­śny odór po­łą­czo­ny ze smro­dem po­tu, pa­pie­ro­sów i ka­wy, two­rzą­cy mie­szan­kę zdol­ną po­wa­lić ko­nia. Zno­wu za­chcia­ło mi się rzy­gać. Wzią­łem ka­wę i wy­sze­dłem na po­kład.

Po­ra­nek nie na­le­żał do uro­czych. Wszyst­ko zle­pi­ła gę­sta, mo­kra mgła. Po­kład lśnił od ro­sy, a z ga­łę­zi wierzb ro­sną­cych przy brze­gu spa­da­ły mi na gło­wę ogrom­ne kro­ple. Dy­go­cząc z zim­na, prze­sze­dłem na dziób wbi­ty w mlecz­ną maź. By­ło jesz­cze zim­niej, wzią­łem głę­bo­ki od­dech i do­pi­łem wy­stu­dzo­ną ka­wę, sma­ku­ją­cą jak sta­ra ście­ra, obie­cu­jąc so­bie za­kup po­rząd­nej czar­nu­li przy naj­bliż­szej oka­zji. Ze ste­rów­ki zszedł List­kie­wicz. Zo­ba­czyw­szy mnie, ski­nął gło­wą na po­wi­ta­nie i wszedł do me­sy.

Wy­ru­szy­li­śmy o siód­mej. Mgła pod­nio­sła się w cią­gu mi­nu­ty, jak brud­ne fi­ran­ki pod­nie­sio­ne przez prze­ciąg. Nie­bo za­ja­śnia­ło, by po pa­ru chwi­lach od­sło­nić sza­rą, ni­ską po­wa­łę chmur. Pły­nę­li­śmy szyb­ko. Przej­ście pod Osi­no­wem od­cią­ży­ło tor w obie stro­ny, więc ka­pi­tan dał po ga­rach tak, że po ośmiu go­dzi­nach by­li­śmy Ko­strzy­nie. Am­bit­ny plan do­tar­cia do Skwie­rzy­ny wy­da­wał się nie do zre­ali­zo­wa­nia, choć List­kie­wicz stwier­dził, że mo­że­my prze­cież pły­nąć no­cą i w koń­cu tam do­trze­my. Te­go tyl­ko trze­ba by­ło Hry­ciu­ko­wi.

– Zno­wu?! – wył. – Co ten wa­riat kom­bi­nu­je?

Wście­kły po­pę­dził do List­kie­wi­cza. Awan­tu­ra trwa­ła mo­że z dzie­sięć mi­nut i za­koń­czy­ła się tym, czym mia­ła się za­koń­czyć – pły­nę­li­śmy na peł­nym ga­zie rze­ką War­tą, z pla­nem do­tar­cia do Go­rzo­wa za wszel­ką ce­nę.

Ka­pi­tan sie­dział w ste­rów­ce, pro­wa­dząc łaj­bę i słu­cha­jąc ra­dia, raz po raz rzu­ca­jąc ja­kieś uwa­gi bos­ma­no­wi przez szpra­chru­rę lub za­ga­nia­jąc go do ma­szy­now­ni, gdy tyl­ko ten zdą­żył wy­leźć na po­kład. Hry­ciuk zaj­mo­wał się głów­nie pa­le­niem pa­pie­ro­sów, na­rze­ka­niem na sta­tek i ka­pi­ta­na oraz szy­der­stwa­mi pod ad­re­sem rze­ki. Ja, na po­le­ce­nie ka­pi­ta­na i ku za­zdro­ści Hry­ciu­ka, z krót­ko­fa­lów­ką w ła­pie od­de­le­go­wa­ny zo­sta­łem na dziób w ce­lu wy­pa­try­wa­nia prze­szkód na wo­dzie. Po­sta­no­wi­łem po­trak­to­wać mo­je za­da­nie bar­dzo se­rio. Usa­do­wi­łem się na czo­le ła­dow­ni, z czaj­ni­kiem ka­wy i pacz­ką ty­to­niu, i roz­po­czą­łem ob­ser­wa­cje.

War­ta przy­po­mi­na­ła ka­nał wy­rą­ba­ny w za­ba­gnio­nej, pła­skiej rów­ni­nie. List­kie­wicz wspo­mi­nał coś o par­ku na­ro­do­wym i dzi­kim ptac­twie, ale ja nic ta­kie­go nie za­uwa­ży­łem. Ni­skie brze­gi po­ro­śnię­te by­ły nie­śmier­tel­ny­mi wierz­ba­mi, prze­ty­ka­ny­mi szpa­le­ra­mi to­po­li, cza­sa­mi kę­pa­mi olch. Za­uwa­ży­łem wię­cej krów niż dzi­kich ka­czek, a kra­jo­braz nie uza­sad­niał w ża­den spo­sób ko­niecz­no­ści ob­ję­cia go ja­kąś szcze­gól­ną ochro­ną.

Od­gło­sy, zwłasz­cza drga­nia wy­wo­ła­ne pra­cą sil­ni­ków, na dzio­bie nie by­ły tak od­czu­wal­ne jak w oko­li­cach me­sy, stąd nic nie mo­gło zmą­cić przy­jem­no­ści z po­wol­ne­go, acz kon­se­kwent­ne­go po­su­wa­nia się bar­ki w gó­rę rze­ki. Dziób de­li­kat­nie prze­ci­nał oliw­ko­wo­sza­rą smu­gę rze­ki, two­rząc klin pod­sta­wą opie­ra­ją­cy się na brze­gach, co da­wa­ło szcze­gól­ny efekt po­zor­ne­go po­więk­sze­nia pły­ną­ce­go stat­ku. Wy­da­wa­ło się, że nie ty­le pły­nie­my rze­ką, ile po­dą­ża­my pod prąd ni­czym son­da do ko­ro­no­gra­fii, prze­bi­ja­ją­ca się ży­ła­mi przez cia­ło czło­wie­ka.

Po­czu­łem się szczę­śli­wy. Uczu­cie przy­szło nie­spo­dzie­wa­nie i ode­bra­łem je jak coś nie­mal agre­syw­ne­go. Fa­la roz­la­ła się wo­kół mnie, ude­rza­jąc lek­kim po­dmu­chem w twarz, i prze­pły­nę­ła gdzieś da­lej, za mnie, ucie­ka­jąc z wia­trem. Prze­dziw­ny stan szczę­ścia, przy­cho­dzą­cy nie wia­do­mo skąd i dla­cze­go. Ze sta­nem tym nie wią­za­ła się ja­ka­kol­wiek for­ma re­flek­sji, żad­na myśl czy choć­by sko­ja­rze­nie. Czu­łem się zwol­nio­ny z wszyst­kie­go, odłą­czo­ny od rze­czy­wi­sto­ści, choć jed­no­cze­śnie zla­ny z nią. Sta­łem gdzieś po­za so­bą, bę­dąc jed­no­cze­śnie so­bą jak ni­g­dy wcze­śniej. By­ło to tak prze­dziw­ne od­czu­cie i tak szcze­gól­ny stan, że za­czą­łem się uśmie­chać, a póź­niej wręcz śmiać sam do sie­bie, za­sko­czo­ny in­ten­syw­no­ścią i for­mą do­znań. Wte­dy po­czu­łem, że mo­gę wszyst­ko. Mo­gę do­trzeć wszę­dzie i być każ­dym. Mo­gę unieść tę bar­kę i rzu­cić ją w prze­strzeń. Ba, mo­gę sam ru­szyć w dro­gę, bo na mej dro­dze nie ma prze­szkód. Po­czu­łem, jak wsta­ję, uno­szę się nad po­kła­dem i od­pły­wam przed sie­bie. Zie­lon­ka­wa wstę­ga rze­ki zmie­ni­ła ko­lor na po­ma­rań­czo­wy i otwo­rzy­ła się przede mną ni­czym dro­ga. Le­cia­łem, uno­si­łem się nad nią. Na­gle coś bły­snę­ło i ob­raz za­padł się w sie­bie.

– Czyś ty zwa­rio­wał? – Zo­ba­czy­łem prze­ra­żo­ną twarz bos­ma­na. – Chło­pie, co ty wy­ra­biasz? Chcia­łeś się uto­pić, czy co?

Je­go twarz znaj­do­wa­ła się gdzieś po­nad mną. Praw­do­po­dob­nie, bo sta­ło się coś dziw­ne­go; wi­dzia­łem go tak, jak­bym pa­trzył przez dziur­kę od klu­cza. Pró­bo­wa­łem się ode­zwać, ale nie wie­dzia­łem, jak to zro­bić. Pró­bo­wa­łem chwy­cić się za gło­wę, ale nie mo­głem jej zna­leźć. Czu­łem bar­dziej, niż wi­dzia­łem, że wy­ma­chu­ję rę­ko­ma, sta­ra­jąc się zła­pać Hry­ciu­ka, jak to­ną­cy chwy­ta­ją­cy się ra­tow­ni­ka. Naj­bar­dziej prze­ra­ża­ło mnie to za­wę­że­nie po­la wi­dze­nia. Przez mo­ment wi­dzia­łem twarz, frag­ment stat­ku, ale wszyst­ko znaj­do­wa­ło się w pew­nym od­da­le­niu, wi­dzia­ne przez ja­kąś ru­rę. Na­gle po­czu­łem sil­ny ból gdzieś w ty­le gło­wy. Ob­raz za­wę­ził się do punk­tu wiel­ko­ści ziarn­ka pia­sku, by rap­tow­nie wy­strze­lić na bo­ki.

Le­ża­łem na po­kła­dzie dzio­bo­wym pod win­dą ko­twicz­ną. Na­de mną klę­czał prze­ra­żo­ny bos­man, po­trzą­sa­jąc mo­ją gło­wą i krzy­cząc coś. Obok nie­go stał ka­pi­tan, przy­pa­tru­ją­cy się ze zdzi­wio­nym za­in­te­re­so­wa­niem. Spró­bo­wa­łem po­ru­szyć rę­ką i pod­nieść się, ale sil­ny ból w klat­ce pier­sio­wej pa­ra­li­żo­wał ru­chy, roz­le­wa­jąc się po ca­łym cie­le. Za­czą­łem się krztu­sić. Bos­man ob­ró­cił mnie na brzuch. Zwy­mio­to­wa­łem. Le­ża­łem kil­ka mi­nut na brzu­chu, po­tem Hry­ciuk ostroż­nie, po­wo­li pod­niósł mnie na ko­la­na.

– Chciał pan się wy­ką­pać w rze­ce czy uto­pić? – Oczy ka­pi­ta­na za­wę­zi­ły się do po­zio­mych kre­sek.

– Sły­szy pan?

– Zgi­lo­wał pew­nie. Rzu­cił się z win­dy do wo­dy i wy­rżnął w bur­tę tak, że my­śla­łem, że po nim – ode­zwał się bos­man. Je­go głos do­cho­dził gdzieś z bo­ku.

– Mo­że pan mó­wić? – Ka­pi­tan wy­glą­dał na za­nie­po­ko­jo­ne­go.

– Mo­gę – ode­zwa­łem się. By­łem za­sko­czo­ny ła­two­ścią, z ja­ką przy­szło mi wy­po­wie­dze­nie te­go sło­wa.

– Więc co pan chciał zro­bić?

– Ja? Nic, tak tyl­ko… Ze­sko­czyć chcia­łem, ale mi nie wy­szło…

– A tam, pier­do­li – prze­rwał mi roz­trzę­sio­ny Hry­ciuk. – Sam wi­dzia­łem. Rzu­cić się chciał, ku­tas je­den. Na wła­sne oczy wi­dzia­łem – za­rze­kał się, tu­piąc no­gą. – Po­je­ba­ny je­steś klient, czy co?

– Weź­cie się, od­pier­dol­cie ode mnie. Mó­wię prze­cież, po­tkną­łem się i ude­rzy­łem w bur­tę i ty­le! – wście­kłem się.

Pa­trzy­li na mnie z nie­do­wie­rza­niem. Hry­ciuk mu­siał się na­praw­dę zde­ner­wo­wać, bo ca­ły czas lek­ko drżał i grze­bał po kie­sze­niach, szu­ka­jąc nie wia­do­mo cze­go. Ka­pi­tan był mniej prze­ję­ty, wi­dzia­łem jed­nak, że jest cie­ka­wy te­go, co się sta­ło. Za­sto­po­wał ma­szy­ny i po­le­ciał do mnie, nie zwa­ża­jąc na za­cho­wa­nie stat­ku. Czu­łem, że chciał się do­wie­dzieć cze­goś wię­cej o oko­licz­no­ściach wy­pad­ku. W koń­cu jed­nak dał za wy­gra­ną, wy­pchnął bos­ma­na do ma­szy­now­ni, a sam wró­cił do ste­rów­ki.

Ból w klat­ce pier­sio­wej nie ustę­po­wał. Praw­do­po­dob­nie ude­rzy­łem o bur­tę, stąd pro­ble­my z od­dy­cha­niem. Po­wo­li, sta­ra­jąc się, by nie za­uwa­ży­li, że co­kol­wiek mi jest, po­sze­dłem do me­sy. Po­ło­ży­łem się na koi i za­mkną­łem oczy, pró­bu­jąc ze­brać my­śli i zro­zu­mieć, co się wła­ści­wie sta­ło. Jed­no by­ło pew­ne, mu­sia­łem stra­cić przy­tom­ność i to nie w wy­ni­ku sko­ku, o któ­rym mó­wił bos­man. Coś mu­sia­ło stać się wcze­śniej. Tyl­ko co? Przy­po­mnia­łem so­bie ów stan dziw­ne­go po­bu­dze­nia, prze­pla­ta­ne­go fa­la­mi uspo­ko­je­nia, i uczu­cie szczę­ścia. Ni­g­dy wcze­śniej nic ta­kie­go mi się nie przy­da­rzy­ło. Szu­ka­jąc pod­po­wie­dzi, ob­ró­ci­łem gło­wę na bok, błą­dząc wzro­kiem po za­py­zia­łym wnę­trzu na­szej „sy­pia­len­ki”, jak na­zy­wał ją Hry­ciuk. Prze­cież nie­moż­li­we, by wi­dok rze­ki czy prze­su­wa­ją­cych się brze­gów tak na mnie wpły­nął. Czy moż­li­we jest, że brak snu, ner­wy i pa­pie­ro­so­wy kac mo­gły zło­żyć się do ku­py i do­pro­wa­dzić do te­go, że pró­bo­wa­łem wy­sko­czyć z łaj­by, bez świa­do­mo­ści te­go, co ro­bię?

Wsta­łem z koi, pod­sze­dłem do sto­łu, włą­czy­łem pal­nik ko­che­ra i na­sta­wi­łem wo­dę na ka­wę. Otwo­rzy­ły się drzwi i wszedł bos­man.

– Po­stój, kur­wa. – Rzu­cił umo­ru­sa­ną sma­rem kurt­kę w kąt i usiadł przy sto­le. Bęb­nił pal­ca­mi po bla­cie, na­bur­mu­szo­ny. Cze­kał na py­ta­nia z mo­jej stro­ny.

– Nie pły­nie­my do Go­rzo­wa?

– Gdzie tam – prych­nął. – Ciem­no już. Ten twój ka­pi­tan wo­li spać z kro­wa­mi. Le­piej ci?

– Le­piej. Za­lać pa­nu? – Wska­za­łem na pu­sty ku­bek

– Za­lej. – Zre­zy­gno­wa­ny roz­parł się łok­cia­mi na bla­cie i sa­piąc, ki­wał się lek­ko do przo­du i do ty­łu. Po chwi­li wy­pro­sto­wał się, pod­niósł ku­bek do ust.

– Prze­szło ci?

Po­ki­wa­łem gło­wą. Nie za­mie­rza­łem wda­wać się w dys­ku­sję, ale jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem, że nie by­ło sen­su się sta­wiać. Sta­ło się i nic na to nie po­ra­dzę.

– Wiesz… ja tam nie wiem, jak ten ca­ły ka­pi­tan – wska­zał kciu­kiem za sie­bie – ale ja tam nic do cie­bie nie mam. Nie ta­kie rze­czy się wi­dzia­ło. Wi­dzisz… – za­czął wier­cić się na krze­śle. – Ja spo­ro pły­wa­łem i to nie po tych szu­wa­rach tu, ale po nor­mal­nych mo­rzach. – Po­ki­wał gło­wą, wy­trzesz­cza­jąc oczy, bym zda­wał so­bie spra­wę, po ja­kich to akwe­nach on nie pły­wał. – I róż­ne się rze­czy zda­rza­ły. Zresz­tą da­le­ko nie się­gać. – Po­now­nie wska­zał kciu­kiem. – Te­mu też kie­dyś od­pier­do­li­ło i pew­nie dla­te­go się te­raz nie od­zy­wa. Sam wi­dzisz. Tro­chę wód­ki po­cią­gną­łeś, pa­pie­ro­sów się opa­li­łeś, nie do­spa­łeś i pew­nie coś ci się zwi­dzia­ło, co?

– Pew­nie tak – przy­zna­łem.

– No wi­dzisz. – Uśmiech­nął się od ucha do ucha, za­do­wo­lo­ny z wła­snej de­duk­cji. – Sła­by je­steś, oczy­wi­ście na ra­zie – za­zna­czył. – Ale się wy­ro­bisz. Dwa, trzy dni i się przy­zwy­cza­isz. Zo­ba­czysz sam, to tu pły­wa­nie to buł­ka z ma­słem. Ro­bo­ty ma­ło, by­le się wciąć w rytm i je­dziesz. – Rę­ko­ma za­to­czył w po­wie­trzu krąg.

– Co się sta­ło wte­dy z List­kie­wi­czem?

Nie od­po­wie­dział. Prze­sta­wił krze­sło tak, by siąść bo­kiem do mnie, wy­cią­gnął pacz­kę moc­nych i rzu­cił ją na stół. Wy­cią­gnął pa­pie­ro­sa i za­pa­lił. Za­cią­gnął się i szyb­ko wy­dmu­chał dym.

– Wi­dzisz, Mi­chał­ku… – Strzep­nął po­piół. – U nas jest ta­ka za­sa­da, że nie wni­ka­my w nie­któ­re spra­wy. Ja nie wni­kam w to, co ty od­wi­ną­łeś tam na dzio­bie i dla­cze­go, a ty nie wni­kasz w to, co ro­bił kie­dyś List­kie­wicz czy ja. To są pry­wat­ne spra­wy. Nie py­taj, to cię nie bę­dą py­ta­li i ty­le.

– Ale ja­koś dziw­nie za­re­ago­wał pan na ka­pi­ta­na, tam, w Szcze­ci­nie.

– Dziw­nie, nie dziw­nie – skrzy­wił się. – Nie o to cho­dzi. Już ci mó­wi­łem, że sły­sza­łem pa­rę rze­czy na je­go te­mat. Ale wiesz, jak jest, lu­dzie róż­ne rze­czy ga­da­ją, a ka­sa jest ka­sa. Gdy­by mi coś nie pa­si­ło, to­bym nie pły­nął.

– A ta sek­ta?

– Ee… ta­kie tam. – Mach­nął rę­ką. – Dzi­siaj wszy­scy świ­ru­ją. Jak nie Je­ho­we, to ja­kaś łi­ka czy in­ne cza­ry.

Za­skrzy­pia­ła krót­ko­fa­lów­ka.

– O wil­ku mo­wa, da­waj do ro­bo­ty. – Zga­sił pa­pie­ro­sa, zła­pał za kurt­kę i wy­le­ciał na po­kład.

Na po­stój List­kie­wicz wy­na­lazł uj­ście ka­na­łu nie­wie­le szer­sze od bar­ki, tak że po wpły­nię­ciu z obu burt moż­na by­ło z ła­two­ścią ze­sko­czyć na ni­ski brzeg, co zro­bi­łem, by za­rzu­cić cu­my na pień­kach po ścię­tych ol­chach. Mięk­kie, tra­wia­ste pod­ło­że ugi­na­ło się pod no­ga­mi – przy­jem­na od­mia­na po twar­dym, drga­ją­cym po­kła­dzie. Z lą­du na­sza bar­ka wy­glą­da­ła śmiesz­nie, jak­by sta­ła na tra­wie po­środ­ku łą­ki. Wy­si­ka­łem się w trzci­nach, wę­sząc eg­zo­tycz­ne za­pa­chy nad­cią­ga­ją­ce znad mo­kra­deł, gdzieś w głę­bi lą­du. Pach­nia­ło ta­ta­ra­kiem i świe­żą tra­wą. Ko­lej­na od­mia­na po dwóch dniach wdy­cha­nia smro­du ro­py i rdzy. Wdra­pa­łem się z po­wro­tem na łaj­bę.

– Mu­sisz mieć lek­ki ten to­war. Płyt­ko cho­dzi – zdzi­wił się bos­man.

Kla­ro­wa­li­śmy po­kład. Ka­pi­tan ob­ser­wo­wał nas z gó­ry, za­ję­ty pi­sa­ni­ną w ste­rów­ce.

– Płyt­ko? – Spoj­rza­łem nie­pew­nie na bar­kę.

– No. Ze sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów, nie wię­cej. Co ty tam wie­ziesz?

– Ma­te­ria­ły bu­dow­la­ne.

– A do­kład­nie to nie wiesz? – Jesz­cze bar­dziej się zdzi­wił.

Po­now­nie ro­zej­rza­łem się po po­kła­dzie. Ła­dow­nie by­ły po­za­my­ka­ne i za­plom­bo­wa­ne tak, jak je za­sta­łem pierw­sze­go dnia.

– Ce­gły i ta­kie tam. – Mach­ną­łem lek­ce­wa­żą­co rę­ką. – Zresz­tą, czy to waż­ne.

Hry­ciuk stał przez chwi­lę, pa­trząc to na mnie, to na ła­dow­nie. Chy­ba chciał coś po­wie­dzieć, ale dał so­bie spo­kój i wró­cił do ob­kła­da­nia sta­lów­ki wo­kół ja­kie­goś bęb­na.

Po ro­bo­cie usie­dli­śmy we trój­kę w me­sie. Ka­pi­tan na spół­kę z bos­ma­nem za­ję­li się przy­go­to­wa­niem ko­la­cji, czy­li za­go­to­wa­niem wo­dy na chiń­skie zup­ki i za­la­niem pro­chów – ni­cze­go in­ne­go nie by­ło do je­dze­nia. Sie­dzia­łem oso­wia­ły, brud­ny i zmę­czo­ny, przy­słu­chu­jąc się zdaw­ko­wej wy­mia­nie zdań.

– Pa­nie Ja­nu­szu, bę­dzie cie­pła wo­da?

Bos­man kiw­nął gło­wą, pró­bu­jąc we­ssać wy­jąt­ko­wej dłu­go­ści sznur sia­no­wa­te­go ma­ka­ro­nu.

– Prysz­nic?

Chrząk­nął nie­pew­nie i za­krztu­sił się. Zma­so­wa­ny atak przy­praw i che­mi­ka­liów pró­bo­wał po­zba­wić ży­cia ma­ry­na­rza, o czym świad­czy­ło wy­ba­łu­sze­nie za­łza­wio­nych oczu i ryk do­by­wa­ją­cy się z przy­tka­nej krta­ni.

– Kur­wy­aaa… – za­wył, krztu­sząc się. – Ale ta kur­wa ostra, ja pier­do­lę, coś ty ku­pił za zaj­za­jer?

– Nor­mal­ne, le­gal­ne chiń­skie zup­ki. Ca­ła Pol­ska wpie­prza to co­dzien­nie.

– Ta­kie? – za­char­czał, ale do­szedł już do sie­bie i sior­bał żół­ta­wą ciecz.

– Do­bre na prze­zię­bie­nie – do­dał ka­pi­tan, za­ję­ty mie­sza­niem łyż­ką w kub­ku.

Hry­ciuk po­pa­trzył na nie­go po­dejrz­li­wie.

– A pan ka­pi­tan nie zje zup­ki? – za­py­tał za­czep­nie, prze­ry­wa­jąc sior­ba­nie.

– Nie, dzię­ku­ję, naja­dłem się już w ży­ciu do­syć chińsz­czy­zny.

– Pły­wał pan na Da­le­ki Wschód? – za­py­ta­łem.

Chciał od­po­wie­dzieć, ale za­wa­hał się i mil­czał, ob­ra­ca­jąc ku­bek w dło­niach. W koń­cu mruk­nął nie­chęt­nie.

– Tak, kil­ka ra­zy.

Bos­man ze wzro­kiem wbi­tym w stół ostroż­nie do­pi­jał reszt­ki.

– Faj­nie?

– Tak, wspa­nia­le. – Wy­pro­sto­wał się, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że nie za­mie­rza po­dej­mo­wać roz­mo­wy. – In­te­re­su­ją­ca część świa­ta. Za­byt­ki, eg­zo­tycz­ne kul­tu­ry…

Resz­ta wie­czo­ru ze­szła nam na le­ni­wym mil­cze­niu, po­pa­la­niu mo­ich skrę­tów i wy­słu­chi­wa­niu aneg­dot Hry­ciu­ka na te­mat, cze­go to on w ży­ciu nie pa­lił. Po dzie­sią­tej znu­że­ni i znu­dze­ni po­sprzą­ta­li­śmy po so­bie. Ka­pi­tan wziął swe to­a­le­to­we oprzy­rzą­do­wa­nie i znik­nął w ła­zien­ce. Gdy tyl­ko za­mknę­ły się za nim drzwi, bos­man szturch­nął mnie i przy­kła­da­jąc pa­lec do ust, wska­zał gło­wą w kie­run­ku wyj­ścia.

Wy­szli­śmy w ciem­ność. Noc w po­rów­na­niu z po­przed­nią za­po­wia­da­ła się cie­pła, po­ja­wi­ły się na­wet ko­ma­ry i dziw­ne zie­lo­ne ćmy, ata­ku­ją­ce świa­tło po­zy­cyj­ne. Za­cią­gną­łem się moc­nym, sma­ko­wał, jak­bym sztach­nął się ga­zem z ku­chen­ki.

– Mo­że zej­dzie­my na brzeg? – za­pro­po­no­wa­łem.

Spoj­rzał na mnie zdzi­wio­ny.

– Chcesz zejść na ląd bez po­zwo­le­nia ka­pi­ta­na?

– Ja­ki ląd? Prze­cież to łą­ka.

– Ląd to ląd, łaj­ba to łaj­ba, a po­rzą­dek mu­si być.

– Nie wie­dzia­łem, że z pa­na ta­ki służ­bi­sta.

Wy­rzu­cił pe­ta w tra­wę.

– Po­rzą­dek mu­si być – po­wtó­rzył.

Z krza­ków pod na­mi po­de­rwał się ptak i z gło­śnym skrze­cze­niem prze­le­ciał nad ła­dow­nią. Bos­man sku­lił się prze­stra­szo­ny, ale na­tych­miast wy­pro­sto­wał. Za­uwa­żył mo­je zdzi­wie­nie i zmie­szał się, ner­wo­wo dra­piąc się po pier­si.

– Wiesz – za­czął – ten Ko­nec­ki, co ci mó­wi­łem, to mó­wił po­dob­no też, że List­kie­wicz – ści­szył głos – cią­gle pły­wa pod ten Sie­radz.

– Po co?

– Nie wiem, ale List­kie­wicz ma pa­pie­ry spe­cjal­ne na War­tę.

– To na War­tę trze­ba mieć spe­cjal­ne pa­pie­ry?

– Żół­te – za­re­cho­tał. – Bo po tym sy­fie tyl­ko świ­ry pły­wa­ją. On tam pły­wał z Bur­kiem ta­kim, spe­dy­to­rem czy coś, i na­wet im szło, ale ra­zu pew­ne­go po­to­pi­li to­war i się ko­ry­to urwa­ło.

– Ni­szo­wa tra­sa, ni­szo­wej bran­ży. Spe­cja­li­sta, ale miał pe­cha.

– Ni­sza?

– Ta­ką swo­ją dział­kę. Sam ją upra­wia i nikt mu się nie wci­na.

– Ja­ką dział­kę? Chło­pie! Tu się nie pły­wa! Po War­cie jed­na za­ra­za tyl­ko la­ta. Płyt­ko, krza­czo­ry, nie ma gdzie sta­nąć i po co. A szlak jest tyl­ko do Ko­ni­na.

– Da­lej nie ma szla­ku?

– Pew­nie, że kur­wa nie. Mó­wi­łem ci. Da­lej jest ta­ki hajc, że chuj. Ja­zy ja­kieś, piach, prze­mia­ły i drze­wa. Hor­ror. Wo­dy na pół me­tra, jak do­brze pój­dzie. Kto cię, chło­pie, ścią­gnie, jak za­wi­śniesz? A i tak tyl­ko do za­po­ry w Je­zio­rach.

– Je­zior­sku – po­pra­wi­łem.

– Je­den chuj. Ale te de­bi­le pły­wa­ją. Tyl­ko po co, py­tam się ja.

– Coś to pa­na gry­zie.

– A cie­bie nie?

– Po­nad­ga­ba­ryt. Pra­wie czter­dzie­ści me­trów dłu­go­ści, spraw­dza­łem w pa­pie­rach. Ti­rem nie przej­dzie.

– Wi­dzia­łeś kie­dyś czter­dzie­sto­me­tro­we ce­gły?

Nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć. Sta­li­śmy, pa­trząc to w gęst­nie­ją­cy mrok przed na­mi, to na ru­fę roz­świe­tlo­ną po­je­dyn­czym świa­tłem, z mgli­stą po­świa­tą roz­la­ną na tra­wie przy brze­gu. Bos­man za­pa­lił pa­pie­ro­sa, oparł się o bur­tę i ro­zej­rzał na bo­ki.

– Oni… – prze­rwał i za­czął mó­wić ści­szo­nym szep­tem. – Oni tam la­ta­ją dla tej ły­ki, do ja­kiejś ba­by, co tam gdzieś sie­dzi. Jak te kun­dle do su­ki.

– Kto? List­kie­wicz? Kurtz? Czy ten Ko­nec­ki?

– Ko­nec­ki nie! – Cof­nął się z od­ra­zą. – Kurtz! Mó­wię ci. Ko­nec­ki opo­wia­dał te­mu Fie­dle­ro­wi, że ra­zu pew­ne­go wpa­da twój Kurtz do nie­go na cha­tę… – bos­man chrząk­nął i splu­nął za bur­tę. – Wpa­da i da­waj, że­by Ko­nec­ki po­je­chał pod Sie­radz. Ko­nec­ki, że chy­ba go kur­wa po­je­ba­ło. „Miesz­ka­nie do­pie­ro co so­bie ku­pi­łem, re­mont ro­bię z dzie­wu­chą”. – Bo dzie­wu­chę no­wą so­bie spro­wa­dził aku­rat, sta­rą kop­nął w du­pę ja­kiś rok wcze­śniej. – „Je­dziesz – wy­je Kurtz – za­pła­cę ci tak, że so­bie me­ble ku­pisz i re­mont zro­bisz z jed­ne­go kur­su”. No to jak ten to usły­szał, to mó­wi: „Da­waj za­licz­kę”. I wiesz co? – Dał mu dwa ko­ła z gó­ry. Jak bum, cyk, cyk.

– To du­żo. – Za­chę­ci­łem bos­ma­na. Ale on już nie wy­ma­gał za­chęt.

– „Idziesz, ale te­raz” – mó­wi Kurtz. – I Ko­nec­ki jak stał, tak pier­dol­nął ca­ły re­mont i po­le­ciał pod ten Sie­radz. Szli też ja­kimś sy­fem, we czte­rech – by­ło jesz­cze ja­kichś dwóch z ni­mi. Ale nie wiem, co wieź­li. I jak do­szli na miej­sce, to ten twój szef nie dał na­wet zejść Ko­nec­kie­mu na brzeg. „Siedź, jak ci do­brze, i nie py­taj” – mó­wi mu. Ja­kieś dźwi­gi roz­ła­do­wa­ły ich i Kurtz z ty­mi dwo­ma znik­nął. Ale za­nim znik­nął, za­pła­cił Ko­nec­kie­mu do koń­ca i ka­zał cze­kać. Ko­nec­ki cze­kał po­dob­no czte­ry dni, w tych kur­wa krza­kach. Kur­wi­cy już po­wo­li do­sta­wał jak ja­ki dzi­ki bóbr, ale cze­kał, jak usta­li­li, na po­kła­dzie, bo ina­czej zgod­nie z umo­wą ka­sa do zwro­tu.

Prze­rwał. Pa­pie­ros zgasł mu w pal­cach. Od­pa­lił go i za­cią­gnął się. Czer­wo­na po­świa­ta wy­do­by­ła na­sze twa­rze z mro­ku.

– A te­raz naj­lep­sze. Zgad­nij, co się sta­ło pią­te­go dnia.

– Wró­cił Kurtz?

– Nie. – Bos­man uniósł pa­lec wska­zu­ją­cy do gó­ry. – Pan Ro­man List­kie­wicz, i to sam. Po­wie­dział, że tam­ci dwaj się zwol­ni­li, i roz­ka­zał po­wrót do Szcze­ci­na.

– No i co da­lej?

– Nic szcze­gól­ne­go. Wy­krę­ci­li gra­ta i da­waj z po­wro­tem.

– Ko­nec­ki nie py­tał go, co z Kurt­zem i skąd ta za­mia­na?

Hry­ciuk wy­rzu­cił pe­ta za sie­bie. Oparł się o bur­tę i za­czął dra­pać ner­wo­wo wierzch le­wej dło­ni.

– Wi­dzisz… On mó­wił po­dob­no jesz­cze coś… – Bos­man za­wie­sił głos. Ro­zej­rzał się. – Wi­dzisz… On po­wie­dział coś ta­kie­go… Że oni ni­by by­li iden­tycz­ni – wy­krztu­sił. Mru­żył oczy, pa­trząc na mnie nie­pew­nie.

– Jak to iden­tycz­ni?

– No, ta­cy sa­mi… Kurtz i List­kie­wicz. – Kiw­nął gło­wą w kie­run­ku ru­fy.

– W ja­ki spo­sób mo­gą być ta­cy sa­mi?

– No nie wiem… On mó­wił, że jak wra­cał z List­kie­wi­czem, to jak­by wra­cał z Kurt­zem. Ta­kie uczu­cie miał. On, ten Ko­nec­ki, to wte­dy wca­le nie pił, nie to co te­raz. – Hry­ciuk mach­nął rę­ką. – I mó­wił po­dob­no do Fie­dle­ra tak: „Ry­chu, jak­byś skó­rę zdarł z jed­ne­go i za­ło­żył dru­gie­mu, al­bo im mó­zgi po­za­mie­niał. Jak słu­cha­łeś jed­ne­go, to jak­byś sły­szał dru­gie­go. Oni się tam je­den w dru­gie­go po­za­mie­nia­li”. Tak ga­dał.

Jed­no­cze­śnie ob­ró­ci­li­śmy gło­wy w kie­run­ku ciem­ne­go za­ry­su ste­rów­ki. Ze zgrzy­tem za­mknę­ły się drzwi ma­szy­now­ni i ciem­na po­stać prze­su­nę­ła się po ścia­nie me­sy. Blask otwie­ra­ją­cych się drzwi, po­stać znik­nę­ła we wnę­trzu.

– Idzie­my spać, pa­nie Hry­ciuk, do­syć na dzi­siaj.

– Tak, do­syć. – Bos­man po­ki­wał gło­wą.

Ka­pi­tan le­żał otu­lo­ny w koc, od­wró­co­ny twa­rzą do ścia­ny. Bos­man, tak jak stał, rzu­cił się na ko­ję, zdej­mu­jąc je­dy­nie bu­ty i kurt­kę. Ja zdą­ży­łem się jesz­cze umyć w reszt­ce cie­płej wo­dy o sma­ku i za­pa­chu że­li­wa. My­jąc się, my­śla­łem o tym, co mó­wił bos­man, i jesz­cze raz przy­po­mnia­łem so­bie, sło­wo po sło­wie, ostrze­że­nie Fie­dle­ra. Wró­ci­łem do sy­pial­ni, wy­cią­gną­łem ko­ję ze ścia­ny, wpeł­złem na nią i na­tych­miast za­sną­łem.

Obu­dził mnie krzyk. Ludz­ki, roz­dzie­ra­ją­cy krzyk ko­ła­czą­cy znie­kształ­co­nym po­gło­sem me­ta­lo­wych ścian, po­tem dud­nią­cy gdzieś w czasz­ce. Ze­rwa­łem się z łóż­ka, za­po­mi­na­jąc, że w mo­im po­ło­że­niu ozna­cza­ło to upa­dek z wy­so­ko­ści po­nad pół­to­ra me­tra na pod­ło­gę obok sto­li­ka – gdy­bym od­ru­cho­wo nie przy­trzy­mał się re­lin­gu koi, by­ło­by źle. Gra­mo­li­łem się, sy­cząc z bó­lu, gdy ja­kaś rę­ka zła­pa­ła mnie za gło­wę, a czy­jaś dłoń za­sło­ni­ła usta.

– Ciiii… – roz­po­zna­łem głos bos­ma­na. – Nic nie mów. Sły­sza­łeś?

Po­ru­szy­łem gło­wą. Pu­ścił mnie.

– Co to by­ło? – za­sa­pa­łem.

– Nie wiem. List­kie­wi­cza nie ma.

– Gdzie jest?

– Nie wiem. Ale tu go nie ma.

– Mo­że za­pa­li­my świa­tło?

– Ani się waż, jesz­cze nas zo­ba­czą.

– Kto?

Nie od­po­wie­dział. Wy­ma­ca­łem włącz­nik, za­pa­li­łem lamp­kę noc­ną przy koi ka­pi­ta­na i na­kry­łem ją ko­cem. Sie­dział na zie­mi z pod­kur­czo­ny­mi no­ga­mi i dy­go­tał. Szyb­ko ubra­łem się w to, co zna­la­złem na pod­ło­dze.

– Idzie­my – po­wie­dzia­łem bos­ma­no­wi w ucho.

Za­czął zbie­rać się bez po­śpie­chu. Wło­żył bu­ty i kurt­kę, nie wsta­jąc z pod­ło­gi. Pchną­łem drzwi wyj­ścio­we.

Na ze­wnątrz pa­no­wa­ło coś, co okre­śla się mia­nem nie­prze­nik­nio­nych ciem­no­ści. Świa­tło po­zy­cyj­ne nie pa­li­ło się, noc by­ła bez­k­się­ży­co­wa i wo­kół stat­ku nie by­ło żad­ne­go in­ne­go źró­dła świa­tła. By­ło tak ciem­no, że moż­na by­ło tę ciem­ność wręcz kro­ić. By­ła gę­sta, fi­zycz­na, na­ma­cal­na. Nie by­ło wi­dać nic. Wy­cho­dząc, wy­pu­ści­li­śmy nie­co świa­tła, któ­re nie­mra­wo wy­do­by­ło kształt ła­dow­ni. Bos­man na­tych­miast za­mknął drzwi. Sta­li­śmy, wy­pa­tru­jąc cze­go­kol­wiek w tej ma­zi.

– Świa­tło po­zy­cyj­ne zga­sło – wy­szep­tał.

– Mu­si­my po­dejść do szpe­ra­cza na dzio­bie.

– Ja nie idę – za­pisz­czał.

– Idzie­my ra­zem, co jest? Boi się pan?

– Zo­sta­ję tu. Ty idź. – Lek­ko pchnął mnie do przo­du. Roz­ma­wia­li­śmy, nie wie­dzieć cze­mu, szep­tem, pod­da­jąc się pa­ra­noi stra­chu przed czer­nią wo­kół nas.

Zo­sta­wi­łem sta­re­go dur­nia na ru­fie i przy­świe­ca­jąc so­bie za­pal­nicz­ką, prze­sze­dłem na dziób. Wy­ma­ca­łem szpe­racz i prze­krę­ci­łem włącz­nik. Słup świa­tła wy­strze­lił w prze­strzeń ni­czym świetl­ny miecz. Prze­su­ną­łem ja­sny punkt po naj­bliż­szej oko­li­cy, wy­do­by­wa­jąc to, co moż­na by­ło zo­ba­czyć za dnia: kę­py traw, krza­ki, szcząt­ki ogro­dzeń i gru­pę olch przy koń­cu ka­na­łu. Skie­ro­wa­łem świa­tło na ru­fę, znaj­du­jąc je­dy­nie zlęk­nio­ny cień Hry­ciu­ka ści­ska­ją­ce­go w rę­kach łom. Za­sło­nił oczy rę­ką.

– Nic nie ma! – krzyk­ną­łem.

Bos­man prze­szedł do mnie, ostroż­nie idąc w pro­mie­niach świa­tła. Roz­glą­dał się uważ­nie na wszyst­kie stro­ny, co ja­kiś czas wy­chy­la­jąc się za bur­tę.

Za­czę­li­śmy na­wo­ły­wać ka­pi­ta­na. Bez skut­ku. Hry­ciuk spraw­dził ste­rów­kę, po­kład ru­fo­wy, do si­łow­ni bał się wejść. Ktoś wy­łą­czył po­zy­cje, ale on za żad­ne skar­by nie zej­dzie na dół, by spraw­dzić, co się sta­ło.

Za­pa­li­li­śmy dla do­da­nia so­bie ani­mu­szu.

– By­ło ubra­nie ka­pi­ta­na? – za­py­ta­łem.

– Nie. Mu­siał się ubrać.

– Po ja­ką cho­le­rę wy­lazł i gdzie. – Ostat­ni raz prze­je­cha­łem szpe­ra­czem po rze­ce i co bar­dziej po­dej­rza­nych cie­niach.

Stał, dy­go­cząc z zim­na. Wy­da­wał się nie­mal wę­szyć wo­kół jak zwie­rzę świa­do­me re­al­ne­go za­gro­że­nia, re­al­nej obec­no­ści cze­goś lub ko­goś. Był prze­stra­szo­ny, ale czuj­ny i sku­pio­ny.

W su­mie sy­tu­acja by­ła śmiesz­na; dwóch człon­ków za­ło­gi, w no­cy, na ba­gnach, szu­ka szpe­ra­czem swe­go ka­pi­ta­na wy­ją­ce­go w przy­brzeż­nych krza­kach. Ab­surd. Mę­czą­cy, nie­co strasz­ny, ale ab­surd. Po­sta­no­wi­łem to za­koń­czyć.

– Idę. – Usta­wi­łem świa­tło na obie­cu­ją­co pre­zen­tu­ją­cą się kę­pę olch i za­czą­łem przy­go­to­wy­wać się do zej­ścia.

Bos­man pa­trzył na mnie, jak­by nie do­wie­rza­jąc, z pew­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Sam? – zdzi­wił się.

– Sam, sam – od­po­wie­dzia­łem. Je­go re­ak­cja mnie za­sko­czy­ła. Był wy­raź­nie roz­ba­wio­ny.

– Chcesz tam iść? – Omal nie wy­buch­nął śmie­chem.

– Pew­nie.

– Nie bo­isz się? – Wy­szcze­rzył zę­by w głu­pa­wym uśmie­chu nie­do­wie­rza­nia i roz­ba­wie­nia.

– Nie – pra­wie krzyk­ną­łem mu w twarz.

– To ja po­świe­cę. – Spo­waż­niał i za­czął roz­glą­dać się wo­kół, wy­ba­łu­sza­jąc śmiesz­nie oczy ni­czym bro­da­ta gęś, wy­pa­tru­ją­ca w ka­łu­ży obie­cu­ją­ce­go far­foc­la.

Nie ma­jąc wyj­ścia i nic lep­sze­go do ro­bo­ty – przy­naj­mniej tak mi się wów­czas wy­da­wa­ło, ze­sko­czy­łem na tra­wę i pro­wa­dzo­ny pro­mie­niem re­flek­to­ra za­czą­łem iść w kie­run­ku kę­py olch. Pa­mię­ta­łem, że by­ły tam szcząt­ki sto­do­ły czy szo­py – w tej oko­li­cy naj­bar­dziej obie­cu­ją­cy i praw­do­po­dob­ny trop. Idąc, prze­kli­na­łem brak la­tar­ki. Szpe­racz oświe­tlał dro­gę, lecz w je­go świe­tle przed­mio­ty rzu­ca­ły dłu­gie cie­nie, utrud­nia­jąc po­ru­sza­nie się po nie­rów­nym grun­cie. Zbli­ża­łem się do kę­py olch. Świa­tło nie do­cie­ra­ło już tam tak in­ten­syw­nie i moż­na by­ło je­dy­nie roz­po­znać ogól­ne za­ry­sy ko­ro­ny drzew. Sły­sza­łem szum wia­tru w ga­łę­ziach i skrzy­pie­nie ko­na­rów. Sze­dłem, wę­sząc, wy­so­ką, pod­mo­kłą tra­wą, na­wo­łu­jąc ka­pi­ta­na co kil­ka kro­ków. Do­cho­dząc do wa­lą­cej się szo­py, po­czu­łem strach. Ści­ska­ją­ce w pier­si, me­cha­nicz­ne wręcz uczu­cie stra­chu. Na­de­szła pew­ność otrzy­ma­nia cio­su i ocze­ki­wa­nie na cios. Coś za­war­cza­ło kil­ka me­trów na pra­wo ode mnie. Bi­cie ser­ca ode­zwa­ło się gdzieś w gar­dle.

– Ka­pi­ta­nie? – wy­krztu­si­łem to moż­li­wie jak naj­gło­śniej, ale efekt po­dob­ny był do pró­by szcze­ka­nia szep­tem.

Coś trza­snę­ło za zbu­twia­łą ścia­ną szo­py, jak gdy­by ktoś zła­mał su­chą ga­łąź. To ko­niec, da­lej nie pój­dę, nie dam ra­dy. Rę­ka ści­ska­ją­ca ku­chen­ny nóż sta­wa­ła się co­raz cięż­sza.

– Ka­pi­ta­nie List­kie­wicz! – za­wo­ła­łem. Wy­szło le­piej, na­wet bar­dzo do­brze, z dłu­gim ak­cen­tem na „ie­wicz”.

Fa­la zim­na ude­rzy­ła mnie w twarz. Czerń za­mie­ni­ła się w czer­wień, po­tem w brąz. Pla­ża w Świ­no­uj­ściu. Sto­ję z bab­cią Ma­thil­de w wo­dzie. Uśmie­cha­my się do ko­goś, trzy­ma­jąc się za rę­ce. Pod­no­si­my dło­nie do oczu, pró­bu­jąc za­sło­nić się przed słoń­cem. Mam pięć, mo­że sześć lat. Ob­raz ściem­niał i znikł.

Otwo­rzy­łem oczy i zo­ba­czy­łem czy­jąś twarz po­chy­lo­ną na­de mną. Ni­skie, gra­na­to­we chmu­ry prze­su­wa­ły się nad twa­rzą tak szyb­ko, że przez chwi­lę mi się zda­wa­ło, że gdzieś ja­dę. Twarz czy mor­dę już kie­dyś wi­dzia­łem, na pew­no, by­ła zna­jo­ma. Przy­glą­da­ła się z nie­po­ko­jem po­mie­sza­nym z cie­ka­wo­ścią.

– Ży­jesz? – wy­gda­ka­ła mor­da.

Chcia­łem coś od­po­wie­dzieć, ale nie wie­dzia­łem, jak mam to zro­bić.