Rzeczy osobiste - Karolina Sulej - ebook

Rzeczy osobiste ebook

Karolina Sulej

4,6

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Opowieść o ubraniach i rzeczach osobistych więźniów obozów koncentracyjnych wydaje się z pozoru prowokacyjna wobec narracji o wojnie, bo moda w potocznym postrzeganiu jest fanaberia? czasu pokoju i dobrobytu. Tymczasem autorka dociera do wielu świadectw, do ocalałych, którzy mówią jej, jak dbałość o wygląd w tych straszliwych miejscach dawała im siłę, aby walczyć o życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 422

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Kolekcje



Copyright © Karolina Sulej, Czerwone i Czarne

Projekt okładki Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia: AKG Images/East News (okładka); AKG Images/BE&W; API/Gamma-Rapho via Getty Images; East News; The Bilderwelt Collection / Mar / Mary Evans Picture Librar / Forum; The Bilderwelt Collection / Mar / Mary Evans Picture Librar / Forum; Archiwum Muzeum Stutthof w Sztutowie; Apic/Getty Images; Archiwum Państwowego Muzeum na Majdanku; Sgt. Hewitt/No.5 Army Film and Photo Section/ Imperial War Museum; Maurice Savage / Alamy Stock Photo/ BE&W; Karolina Sulej

Redakcja Sylwia Frołow

Korekta Agnieszka Gzylewska

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne Sp. z o.o. sp. k. ul. Walecznych 39/5 03-916 Warszawa

Wyłączny dystrybutor Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: [email protected] www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-66219-39-7

Warszawa 2020

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych, Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.

Rozdział I  

Węgierskie Żydówki z ogolonymi głowami podczas apelu, po wcieleniu do obozu Birkenau, 1944 rok. Zdjęcie pochodzi z tak zwanego albumu Lili Jacob albo albumu Auschwitz, zbioru fotografii odnalezionego przez ocalałą Lili na terenie byłego obozu Dora-Mittelbau, gdzie została wyzwolona.

Najpierw jest ciemność. Potem oślepiający blask reflektorów. Niczym na teatralnej scenie.

Albo inaczej – świta. Mgła leży nisko. Pachnie lasem i morzem. Widać sylwetki drzew. Słychać ujadanie psów i obce głosy.

Albo inaczej – pełne słońce. Druty pod napięciem na ubitej glinie. Nawet jednego zielonego drzewa, żaden ptak nie śpiewa. Upał, ale i tak więcej powietrza niż w wagonie.

Albo inaczej – pada śnieg, wszędzie lepkie błoto. Zimno, ale cieplej niż w zaszronionej ciężarówce. Widać bramę. Widać ciemne, drewniane baraki. To koszary?

Albo inaczej – są rabatki z kwiatami. Może nawet fontanna, w niej łabędzie.

I jeszcze tak – rozległe jezioro, nad nim wierzba, na horyzoncie miasteczko.

I tak – kolorowa wieś w sosnowym lesie, wiejskie dróżki wyłożone kamykami i miło brzmiące szyldy, jak „Lustiger Floh”[1]. Ośrodek wczasowy?

Albo też tak – wysokie kominy, czarny dym i łuna pod niebo. To jakaś fabryka?

Widać sylwetki żołnierzy w zielonych mundurach, z połyskującymi odznakami, w wypolerowanych butach. Czasem są też kobiety z pejczami, w płaszczach przypominających wronie skrzydła. Często śmierdzi. Nikt nie wie, co to za woń. Zmysły pracują, ale nie rozpoznają. Ci, którzy przeżyją, napiszą potem, że taki smród pamięta się do końca życia. Coś, co czuje się nie w nosie, lecz w mózgu, głęboko w środku.

Było jak w horrorze. Albo w piekle. Albo jak na innej planecie. Tak powiedzą. Ale to później.

Na razie lepiej wstrzymać oddech, wtulić się w futrzany kołnierz, który pachnie perfumami. Zamknąć na chwilę oczy.

Wylewają się z wagonów, ciężarówek, falą poskręcanych ciał, które ledwo zmieściły się w ciasnocie. Niektórzy wypadają jak rzeczy na ziemię i w tych pozycjach już pozostają. Inni wiedzą, że trzeba iść szybko – a ledwo powłóczą nogami. Tłum nie chce pogubić swojego dobytku. Nie po to upychano cenne walizki i tobołki w ciasnych pudełkach pojazdów, nie po to przytulano je do ciepłych ciał, żeby to teraz utracić.

Żołnierze i ich wilczury budzą lęk, ale nowo przybyli bardziej boją się osobników, którzy teraz się do nich zbliżają. Kosmici? Duchy? Potwory? Wyglądali przedziwnie, powiedzą potem. Upiornie. Jak nie z tego świata. Stanisław Grzesiuk, późniejszy autor Pięciu lat kacetu, przybywając do KL Dachau w kwietniu 1940 roku, komentuje do kolegi: „Ty, zobacz, jaki dom wariatów, jakie wariackie ciuchy”.

Duchy mają na sobie piżamy w paski, wojskowe mundury poznaczone farbą albo brudne kolorowe łachmany zwisające na kościach. W rękach trzymają miski, głowy mają łyse albo przewiązane chustkami. W twarze strach patrzeć. Matki zakrywają oczy dzieciom. Tłum wzdryga się i odsuwa.

Jerzy Orłowski, były więzień Stutthofu, tak opisuje we wspomnieniach swoje pierwsze chwile w obozie: „Snują się cienie szkieletów. Ich kroki robiły wrażenie chodu steppage, koguciego. Wyglądało, jakby nikt z nich nie chodził, tylko produkował nieprawdopodobne ewolucje cyrkowe. Wielu z nich wydrapywało sobie wszy z koszul, kalesonów i różnych zakamarków”.

Janina Lenc, przybyła do Brzezinki w grudniu 1942 roku, złoży po wojnie do Muzeum Auschwitz-Birkenau następujące oświadczenie: „Widok obozu okropny. Jakieś pajacowato ubrane postacie, z taczkami, łopatami równały teren obozu. W spodniach jakby od konnej jazdy, w kolorach od turkusu do zieleni, ubrane w obcisłe żakiety z namalowanym krzyżem na plecach, na nogach drewniane trepy poprzywiązywane sznurkami. Było w tym wszystkim coś niesamowitego i nienormalnego”.

Postacie? Postacie przecież są w fikcji, powieści, filmie. Nie są bohaterami prawdziwego życia. Co więc tutaj robią? Czemu tu idą? Czego od nas chcą? Co jakiś czas któraś zdobędzie się na gorzki uśmiech i powie przybyłym: „I wy zaraz będziecie jak my”.

Ale oni nie rozumieją, jeszcze są wolni. Mają fryzury, kapelusze, futra, rękawiczki, szaliki, na nogach pantofle, skórzane buty, w walizkach książki, bieliznę na zmianę, swetry, biżuterię. Są sobą, a rzeczy należą do nich. Idą razem z nimi od dawna. Tych, które nie były potrzebne, już dawno się pozbyli albo zostały im odebrane. Uznali, że to, co mają, to minimum, by przetrwać.

Postacie jednak powtarzają: „Zaraz oddacie wszystko, ale będziecie żyć”.

Pisarka Charlotte Delbo, siedząc po wojnie w paryskiej kawiarni, wyliczy tłumy zaludniające jej wspomnienia: „Są ci, co przyjechali z Warszawy w szalach modlitewnych. Są ci, co przyjechali z Zagrzebia, kobiety noszą chustki na głowie. Znad Dunaju w kolorowych kubrakach z wełny. Z Monte Carlo, byli w kasynie, w wymiętych przez podróż frakach, mają brzuchy i są łysi, grubi bankierzy, co zabawiali się grą. Są pensjonarki w plisowanych, jednakowych spódniczkach, w kapelusikach z niebieską, fruwającą wstążką. Jest para młoda, wyszli właśnie z synagogi, panna młoda na biało i w welonie, wymięta, bo spała na podłodze wagonu, pan młody na czarno, w cylindrze, w brudnych rękawiczkach”.

Wszyscy staną się zugangami. Tak w gwarze obozowej, spolszczając niemiecki rzeczownik, nazwano wkraczających po raz pierwszy na teren obozu. Słowo Zugang oznacza dojście, przystęp, dostęp. Zugangi to zatem osoby, które dochodzą, przystępują, zyskują dostęp. Dochodzą, a więc docierają do centrum zagłady. Przystępują, a więc stają się przedmiotami działań, które mają na celu uczynienie z nich więźniów lub też od razu – trupów.

Zugangi nie są ludźmi wolnymi, choć nie mają jeszcze statusu więźnia. Wciąż myślą według reguł świata, który zostawiają za sobą, ale już widzą świat, którego nie rozumieją. Wciąż nie wierzą, a jednak uczestniczą. Jeszcze nie potrafią, ale już muszą grać.

Zugang to debiutant. Debiutant musi znać swoje miejsce. Pisarka Zofia Kossak-Szczucka tłumaczy w swoich wspomnieniach krótko i dobitnie: „Nowicjuszki, rekruty, fryce świeżo przybyłe. Trzeba im dać szkołę, żeby zaczęły się ruszać odpowiednio. Nikt nie odezwie się do nich inaczej niż wrzaskiem, wyzwiskiem, szturchańcem, kopniakiem”.

Lecą więc kopniaki i wyzwiska. Teraz trzeba ustawiać się w dwie kolumny. Gdzie lepiej? Zbiorowisko dzieli się na nurty, rozdzielane ruchem dłoni i krótkim rozkazem. Tłum na prawo spływa w kierunku śmierci, tłum na lewo – w kierunku życia. Tam od razu trafiają wszyscy nie-Żydzi i Żydzi uznani za zdolnych do pracy. W kierunku śmierci trafiają Żydzi uznani za nieużytecznych, starsi i dzieci.

Selene Bruk to jeszcze dziecko, ale stojąc na rampie Birkenau, rozumie, że na lewo idą tylko Żydzi młodzi i zdrowi. Jej mama ma tylko czterdzieści cztery lata, ale Selene boi się, że według logiki tej kolejki jest już za stara. Naciera jej policzki resztką farby, którą zeskrobuje z wagonu. No, teraz ma rumieńce.

Maryla Szperling różuje sobie policzki szminką. Nie może wyglądać na gorączkującą ani na bladą. Nie za dużo więc i nie za mało. Udało się jej znaleźć jeszcze w Płaszowie taką resztkę, która zawsze zostaje na dnie sztyftu. Zdrapała ją i zawinęła w kawałek taśmy celuloidowej. Zawiniątko mieści się między palcami. Maryla przejdzie z tą szminką przez siedem obozów koncentracyjnych, a potem przekaże jej resztki Muzeum Jad Waszem.

Regularne selekcje przed wejściem do obozu Birkenau odbywają się od lipca 1942 roku i są coraz częstsze, bardziej liczne. Wygląd tłumu zgromadzonego na rampie znamy z tak zwanego albumu Lili Jacob. Ocalała, węgierska Żydówka Lili Jacob (później Zelmanovic-Meier), znalazła go, dochodząc do zdrowia w opuszczonych barakach SS, w wyzwolonym obozie Dora-Mittelbau. Leżał na stoliku nocnym przy jej łóżku. Składał się z fotografii ukazujących przybycie transportów węgierskich Żydów w połowie maja 1944 roku. Liczył 193 zdjęcia na 56 stronach, wykonane przez SS-Hauptscharführera Bernharda Waltera, szefa powstałej w 1940 roku pracowni fotograficznej służby rozpoznawczej obozu, i przez jego asystenta SS-Unterscharführera Ernsta Hofmanna. Zdjęcia w albumie ułożył oraz podpisał więzień Birkenau znany jako Myszkowski, zatrudniony w pracowni. Album powstał jako dokumentacja procesu selekcji i przeznaczony był do wglądu komendanta obozu, Rudolfa Hössa.

Na fotografiach widać szeroką kolejkę ludzi, ciągnącą się wzdłuż wagonów. Na pierwszy plan wysuwają się dzieci, trzymane na rękach i za ręce przez kobiety w chustkach na głowach. Wiele osób dźwiga tobołki lub ma na sobie wiele warstw ubrania – ciało służy nie tylko do noszenia, ale także do przenoszenia odzieży zapasowej, „w razie czego”. Stąd po kilka płaszczy na ramionach, wielkie szale zamotane wokół szyi, futra i kamizele. W połach odzieży często chowany jest najcenniejszy majątek, który czekający mają nadzieję zachować jak najdłużej. Pozostały dobytek mieści się w pracowicie odzyskiwanych z ciemności wagonów walizkach, torbach i zawiniątkach. Przybyli przygotowywali się na życie. A życie to zapasy jedzenia, ubrania na zmianę i każdą okazję. W tłumie kobiet daje się zauważyć stroje, na których nie wyblakła jeszcze elegancja. Koronki, wzorzyste sukienki, zgrabnie skrojone buty.

Na niektórych zdjęciach z albumu Lili Jacob widać też większe i mniejsze stosy rzeczy, obok których przelewa się tłum. Są też więźniowie, którzy powoli ładują te stosy na ciężarówki. Żadna walizka, żaden tobołek nie zostaną pominięte. Była więźniarka Leokadia Rowińska zapamiętała elegancką panią w bordowym berecie, która wyrywała esesmanom swoją walizkę. Ta w końcu otworzyła się i wysypały się z niej perły, monety, brylanty. Patrzyła na nie jak urzeczona. W małym tobołku Leokadii było tylko ślubne zdjęcie, kilka srebrnych sztućców – prezent ślubny i ubrania. Oficerowie nie gardzili jednak niczym.

Więźniarskie komando sortownicze skrupulatnie więc rozpracowuje każdy bagaż. Śpieszą się. Na ziemię wypadają chleby, marmolady, banknoty, zegarki, ubrania. Rampa zapełnia się powoli stosami kolorów i faktur. Nie ma czasu, aby pożegnać się z rzeczami. Nie należą już do swoich właścicieli. Zaraz po wyładunku zostaną zabrane do specjalnego sektora obozu – Effektenkammer, czyli magazynów rzeczy należących do więźniów. Znajduje się tam też kompleks baraków, popularnie zwanych Kanadą. W nich sortowane będą rzeczy odebrane Żydom. Kanada – bo przed wojną kraj ten był synonimem obfitości. O Kanadzie pachnącej żywicą pisał podróżnik Arkady Fiedler. Tadeusz Borowski napisze, że jego Kanada pachniała francuskimi perfumami, a więcej w niej było brylantów i monet niż w tamtej rosło sosen.

Trzeba więc pakować, przerzucać, sprzątać. Pozbierać wszystkie klamoty, a potem podnieść każdy papierek. Ma być Ordnung[2]. Trzeba zrobić miejsce dla nowych. Spacerujący wzdłuż wagonów esesmani zaczynają niecierpliwie przyśpieszać kroku. Ich oczy są jednak rozkojarzone. To wzrok grzybiarzy albo poszukiwaczy bursztynu.

Oficera Wladimira Bilana nie było akurat przy tym transporcie, ale zanotował swoje przeżycia w związku z przyjmowaniem pociągów kilka miesięcy wcześniej. Na zdjęciu wykonanym po wojnie, w krakowskim więzieniu, widać twarz kowboja z amerykańskich filmów z epoki. Zamiast kapelusza z rondem – oficerska czapka z orłem i czaszką, pod szyję zapięty mundur z charakterystycznymi runami. W październiku 1941 roku zapisał, że strażnicy obozowi są odpowiednio pilnowani przez innych oficerów, żeby z transportów nie wynieśli nawet konserwy. „Musimy być dumni i nie dotykać żydowskich rzeczy”. Kilka miesięcy później doda jednak, że „z powodu zugangów każdy posiadał w obozie kilka zegarków i po kilka pierścieni na palcach”.

Więźniowie przyglądają się z ciekawością, kogo tym razem przyniosły nazistowskie rozkazy. Czasami są to Żydówki z Holandii, młode dziewczęta, odziane w puszyste wełny, mające na rękach przewieszone grube koce. Czasem są to wytworne Żydówki belgijskie, noszące urocze pantofelki, niezwykłe futra i lekkie woalki na kształtnych kapeluszach. Czasem są to pełne kokieterii Żydówki z Francji, pachnące dusznym piżmem. Już nie ma wśród nich tych niedorosłych, nie ma tych starych.

Podglądają też przybyłych mężczyzn, którzy stają karnie w szeregu na rampie. Ci znają wojskowy dryl. Mają ciężkie płaszcze zapinane na marynarskie guziki, palta w kratę, na nich gwiazdy Dawida. Spodnie pumpy albo wełniane, o prostym kroju, czasem czapki, okulary. Zaraz pójdą piątkami do baraków. Żaden z nich nie wygląda jak religijny Żyd.

Religijnym zrobiono zdjęcia, jak czekają w drugiej kolejce. Ich brody rozwiewa wiatr, na czubku głowy sterczą kapelusze. Oni też zaraz ruszą na swój odcinek. Budzą fascynację fotografów, poświęcających im wiele klatek. Niektórzy z Żydów pozbawieni są nakryć głowy – to dla ich upokorzenia. Inni nie mają już bród, obciętych brutalnie w gettach. Twarze owinęli ręcznikami.

Razem z nimi pójdą starsze kobiety. Jedna z nich oparła się ciężko o drzwi wagonu. Ma na sobie kilka spódnic, chustę, grubą łatę na łokciu koszuli. Patrzy w stronę obiektywu ponuro, ale ze spokojem. Fotografowie podpiszą ją jako „wiejską kretynkę” z Técső. Potem dowiemy się, że nazywała się Babo Batren. Inna staruszka stoi wprost przed obiektywem. Palto przewiesiła przez ramię. Ma dobrotliwy uśmiech. Nazywa się Perla Schwartz albo Fajge Cig.

Wiele kobiet zostaje uchwyconych przez obiektywy w drodze do krematoriów. Są anonimowe. Widać tylko ich chusty, przygarbione sylwetki. Za ręce trzymają dzieci, za ramiona siebie nawzajem. Tłum przelewa się przez rampę i zmierza w stronę brzozowego lasku. Wszyscy siadają na trawie. Dziecięce twarze mieszają się z twarzami starszych, matki przytulają swoje córki, stykają się chustki, kaszkiety, kapelusze.

Po wojnie, na terenie byłego obozu, poza albumem fotografii zostanie znaleziony także szkicownik. Bezimienny autor, który podpisał się jako MM, na dwudziestu dwóch kartach narysował obrazy zagłady. Kartki ukrył w butelce, którą zakopał w pobliżu krematoriów. Rysunek za rysunkiem śledzi ołówkiem drogę transportu od rampy po komorę. Najprawdopodobniej pracował przy sortowaniu rzeczy, bo detale odwzorowuje z fotograficzną dokładnością. Widać brzozowy lasek i kolorowy, niespokojny tłum na przedziwnym pikniku, czekający na śmierć. Widać kapelusz i marynarkę taty, bufiastą bluzkę w kropki, w którą ubrana jest mama, marynarską bluzeczkę trzymanego przez nią za rękę synka.

*

W Treblince, Sobiborze, Bełżcu przybycie wygląda inaczej. Tutaj tłum nie dzieli się na żyjących i umarłych. To nie są obozy pracy. Przeżyją tylko ci, którzy mają obsługiwać idących na śmierć.

Na sobiborskim peronie zwykle jest spokojnie. Bahnhofkommando, czyli dworcowy oddział więźniów, częstuje kawą i bułkami z dżemem. Nie ma krzyków, nie ma poganiania. Czasem zamiast wagonów bydlęcych są zwykłe, pasażerskie. Eleganckie transporty z Zachodu na śmierć idą elegancko. W ciszy, w ładnych płaszczach, pod krawatami. Czasem ktoś zostawi w dłoni więźnia napiwek, kiedy ten weźmie od niego walizkę.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1Lustiger Floh (niem.) – Zabawna pchła.

2Ordnung (niem.) – porządek.