Ryfka ze Złotnik - Joanna Jaworska - ebook

Ryfka ze Złotnik ebook

Joanna Jaworska

5,0

Opis

To jest opowieść o życiu żydowskiej dziewczyny z miasteczka na Kresach Rzeczypospolitej.

W pierwszej części tej opowieści czytelnik zanurza się w codzienność sztetla w międzywojennej Polsce: w rytm świąt, pór roku i rodzinnych historii, które splatają się w wybrane konkretne dni z życia bohaterki, jej rodziny i sąsiadów, niczym migawki z utraconego świata.

Druga część przenosi nas w czas drugiej wojny; szczęśliwe dzieciństwo Ryfki zamienia się w piekło nie do pojęcia. Razem z mamą ukrywa się w opuszczonych chatach, na polach zbóż czy ziemniaków i w wykopanych dołach. Ryfka i jej bliscy ścigani jak łowna zwierzyna, pokonują coraz drastyczniejsze granice tego co człowiek może znieść. Kto z nich się uratuje?

Niektóre zdarzenia wydają się wprost nieprawdopodobne, a jednak ta historia jest prawdziwa.

Ryfka ze Złotnik powstawała od 2021 roku i opiera się na wspomnieniach bohaterki, archiwalnym wywiadzie Fundacji Shoah, rozmowach z rodziną Ryfki, oraz pogłębionych badaniach historycznych. Książka łączy literacką narrację z dbałością o fakty i wierność realiom opisywanego świata. 

Juliusz Glaser syn Ryfki:

"Moja mama przez wiele lat nie była w stanie wracać do czasu Holocaustu, który odebrał jej dzieciństwo, rodzinę i świat, w którym się urodziła. Dopiero po pięćdziesięciu latach, już w Szwecji, udało nam się ją przekonać, by spisała wspomnienia, aby jej wnuki mogły kiedyś poznać historię swojej babci. Napisała 40 stron maszynopisu, a później Fundacja Shoah nagrała z mamą wielogodzinny wywiad. Chciałem ocalić jej przeżycia od zapomnienia - dla historii i ku przestrodze. Nie zależało mi jednak na suchym dokumencie, lecz na powieści opartej na faktach, która poruszy także młodszych czytelników. Dlatego powstała Ryfka ze Złotnik, opowieść o przerwanym dzieciństwie, o utracie niemal całej rodziny i o dramatycznych zdarzeniach widzianych oczami nastoletniej dziewczynki”.

O autorce

 

Joanna Jaworska pisarka, prawniczka, pracowała przez wiele lat w Fundacji Itaka, gdzie zajmowała się poszukiwaniem osób zaginionych oraz wsparciem ich bliskich, zdobywając doświadczenie w zbieraniu faktów i ocenie wiarygodności relacji. Od kilku lat prowadzi podcast Opowiedz nam historię skierowany do dzieci. Za swoją działalność otrzymała nagrodę BohaterON.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 660

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




1936 rok

W chederze

3 marca 1936, wtorek9/10 adar, dzień trzeci / dzień czwartywschód słońca: 6:16, zachód słońca: 17:19

Menasze podszedł do okna i zapalił lampę naftową stojącą na parapecie. Stał przez chwilę i zauroczony wpatrywał się w tańczący na knocie ogienek. Gdy wracał do ławki, pozostawał w tym zapatrzeniu, bo potknął się o szczapy drewna leżące przy piecu i w ostatniej chwili złapał równowagę. Jego chude ciało dzielnie walczyło, żeby nie zetknąć się z podłogą. Machał rękami, wytrzeszczył oczy, otworzył buzię. Siedzący obok Kuba zaczął się głośno śmiać. Mełamed, pochylony nad stolikiem, przy którym siedział Szymon i Natan, odwrócił się w jego kierunku.

– Co się dzieje? – zakrzyknął ostro. – Czego rżysz jak koń? – zwrócił się do Kuby, który ze śmiechu i chęci jego stłumienia zaczął się krztusić, z nosa poleciały mu smarki. Chłopiec potrzebował chwili, żeby się uspokoić. Mełamed Dawid Lejbowicz zmarszczył cienkie rude brwi i rzucił gromem w myślach. Nie lubił dzieci. Chyba wszyscy to wiedzieli. Może tylko niektórzy się zastanawiali, czy tak było zawsze, czy to życie się do tego przyłożyło. Był już bowiem ojcem szóstki dzieci – mimo że miał dopiero trzydzieści cztery lata. I raczej nie powiedział ostatniego słowa: jego żona Norma na wiosnę miała urodzić siódme. Gdy Dawid Lejbowicz wchodził do domu, wyłączał niemal wszystkie zmysły na widok suszących się pieluch, zasmarkanych nosów i coraz to nowego płaczu w drewnianej kołysce ustawionej przy ich łóżku, w którym zazwyczaj też spał jakiś dwulatek w oczekiwaniu na to, aż znajdą się pieniądze dla stolarza na zbicie nowego łóżka. Dwójka najstarszych chłopców chodziła do chederu: Salek i Izaak. Jego dzieci na równi z innymi mogły spodziewać się uderzenia witką wierzbową po dłoniach, jeśli nie odpowiedziały zbyt szybko na pytanie lub gdy Dawid Lejbowicz miał gorszy humor niż zwykle. Kiedy Kuba Sznajder wycierał rękawem zasmarkany nos, mełamed na szczęście nie miał aż tak podłego nastroju, żeby sięgać po swoje narzędzie.

Dawid spojrzał na zmrok zapadający za zaparowaną szybą. Kolejny dzień zbliżał się do końca. Dzień jego złotnickiego życia na końcu świata, daleko od centrum, od tego, co istotne, co przecież jemu przeznaczone, obiecane. Wciąż w to wierzył, choć ta wiara sprawiała mu ból. Westchnął mimowolnie i wciągnął przy tym powietrze, ale zaraz pożałował, gdy poczuł mieszaninę zapachów. Trzy małe okna sutereny były szczelnie pozamykane, żeby mróz, który mimo marca wciąż się trzymał, nie dostał się do środka, a dzieci było sporo jak na tak małą salkę. Do tego wśród nich byli czteroletni chłopcy, którzy czasem zbyt długo zwlekali z pójściem do wychodka, więc w tej mieszance zapachowej można było odnaleźć także zapach moczu. Najprzyjemniejszą woń dawało drewno palące się w piecu, ale stojące obok mokre buty nieco ją tłumiły swoim kwaśnym odorem. Mełamed skrzywił się lekko i już miał znów westchnąć, ale świadomie zrezygnował z głębszego nabierania powietrza. W sali było raczej cicho, panował jedynie delikatny szum jakichś szeptów urozmaicany co jakiś czas kaszlem lub pociąganiem nosem. Dawid Lejbowicz zaczął – chyba z powodu swojego rozdrażnienia – szukać źródła owych szeptów i zatrzymał swój wzrok na Ryfce Flaschner i Józku Szmulu – to oni cicho rozmawiali, pochyleni nad blatem.

– Rivka! – zakrzyknął ostro, ale to był jego najczęstszy ton, więc raczej nikt się nie zdziwił. Krzyk mełameda wzbudził jedynie ciekawość chłopców, a nie strach. Czuli, że będzie działo się coś, co nie zagraża raczej ich osobom, będą jedynie widownią.

Ryfka podniosła głowę ku mełamedowi i uniosła brwi w oczekiwaniu. Denerwowała go ta dziewczyna choćby dlatego, że była dziewczyną! Rabin Jacob się uparł, żeby chodziła do chederu mimo jego delikatnego sprzeciwu. Bardziej bał się rabina, niż go szanował. I jeszcze rabin mu zapowiedział, że będą przyjmować więcej dziewczynek, trzeba, aby córki Izraela też były mądre, tylko muszą się postarać o większą salę. Teraz cheder mieścił się w suterenie synagogi. Chociaż taka korzyść z tego przyjmowania dziewczyn, że ma być większa sala. Ale co z tego, jak naprzyjmują tyle dzieciaków, to w większej sali znów będzie za ciasno. A poza tym dziewuchy tak piszczą, gadają, chłopcy zaraz zaczynają się popisywać, dokuczać im.

Dawid Lejbowicz był stanowczym przeciwnikiem koedukacji i postępu. Marzyło mu się proste życie, ale oczywiście nie tutaj, w Złotnikach, na kresach kraju, który ani nie był jego krajem, ani ziemią obiecaną. Ta obiecana była w Palestynie, w Erec Israel19. Widział siebie w cieniu palmy obok małej, glinianej chatki, siedzącego na stołeczku i czekającego na zapadający zmierzch. I zamiast zaparowanej szyby chederu jego oczom ukazywałoby się słońce wpadające za horyzont pustynnego krajobrazu. Albo może raczej żyłby wśród zabudowanych kamiennymi domkami ulic Jerozolimy? W każdym razie w temperaturze, która nie nakazuje opatulać każdego kawałka ciała śmierdzącymi szmatami, nie powoduje drżenia jego chudej, długiej postaci.

Dawid Lejbowicz nie lubił dzieci, zimna i smrodu. Znów prawie westchnął, ale spojrzał uważniej na dziewczynkę, której czarne oczy zdawały się błyszczeć, co było swojego rodzaju absurdem. Jego dzieci miały oczy szaroniebieskie, takie mdłe, tak mu się teraz wydawało, bo przecież nie wpatrywał się w nie zbyt wiele razy. A oczy Ryfki Flaschner były jak węgle, trudno było nie dostrzec ich koloru. Do tego kruczoczarne włosy nadawały jej urodzie egzotyki. Ale nie musiała koniecznie być brana za Żydówkę. Nie miała typowo semickich rysów, okrągła twarz, prosty, mały nos, miała w sobie coś z tej aktoreczki, której zdjęcie dzieciaki u niego w domu traktowały jak największy skarb. Jego starsza siostra Miriam mieszkała w Stanach od pięciu lat, wyjechała już jako stara panna na zaproszenie starszego od niej mężczyzny, który pochodził ze Skałatu i chciał mieć żonę z rodzinnych stron. Kuzynka ojca Dawida mieszkająca w Skałacie znalazła dla Miriam tego mężczyznę, podobno napisał do jej sąsiadki, że szuka żony z okolic i czy by mu kogoś nie poleciła. Nie chciał przez swatkę, przecież było mnóstwo takich, co łączyły nie tylko pomiędzy sztetlami w Galicji, ale i między kontynentami różne serca i ciała.

Beniamin Lipman, kawaler, który przybył do Nowego Jorku w 1929 roku, po dwóch latach pobytu w amerykańskiej ziemi zdecydował się napisać do sąsiadki w Skałacie. Nie miał bliższej rodziny w Polsce, rodzice umarli, a brat wyjechał do Palestyny. Stwierdził zatem, że Rebece Murhakiel ufa najbardziej, bo i przecież kanarka jej zostawił, gdy ruszał za ocean. Podczas rozmowy z kobietą, która wydawała się kompletnie bezradna w szukaniu żony, kuzynka ojca od razu pomyślała o biednej Miriam – zawsze ją lubiła, bo przypominała jej matkę. Wysoka, z rudymi włosami, nie była pięknością, ale się wyróżniała. Mężczyźni bali się albo jej wzrostu, albo ognistych włosów, stąd może to staropanieństwo.

Beniamin Lipman ze Skałatu dostał zdjęcie Miriam zrobione u fotografa i po kilku tygodniach, ku ogromnej radości całej rodziny, wysłał kobiecie bilet, kilka dolarów na drogę i oczywiście zaproszenie. Po kilku miesiącach od wyruszenia do Ameryki napisała list. Matka z ojcem trzymali go na zmianę w rękach, zanim Dawid energicznie sięgnął po kopertę, niemal wyrwał ją z rąk matki i otworzył. Na kopercie był znaczek z postacią z wyciągniętą do góry ręką, w której coś trzyma, trudno było dostrzec na malutkim znaczku, co to. Dawid wiedział, że to Statua Wolności, przecież on był obeznany ze światem, tylko świat go wciąż nie poznał.

Gdy Miriam przyjechała na pogrzeb ojca w ostatnie lato, opowiadała, jak jej się tam cudownie żyje, że ma tam jak królowa. Mąż zatrudnił służącą do sprzątania i gotowania. Zakupy Miriam lubiła robić sama: chodziła czystymi uliczkami, zawsze pozamiatanymi, zaglądała do ulubionych sklepików, lubiła pogadać w jidysz ze sklepikarzami. Przynosiła do ich wysprzątanej kuchni ze zlewem i z kranem z bieżącą wodą świeże produkty, wszystko zawsze koszerne. W Nowym Jorku Żydów było – jak tutaj – mnóstwo.

Przyjechała do Polski sama, mąż musiał zostać i pilnować interesu. Trzyletniego synka zostawiła pod opieką służącej, która u nich zamieszkała na te cztery tygodnie, które Miriam miała spędzić w Polsce. Mąż był oczywiście zbyt zajęty, żeby zajmować się dzieckiem, prowadził pralnię – nie sam, był jednym z trzech wspólników, świetnie im szło, ale praktycznie nie było go w domu, tyle harował.

Miriam przekroczyła próg domu rodziców w Złotnikach w eleganckim ubraniu, w kapeluszu, pachnąca – matka bała się jej dotknąć. Przywiozła dzieciom Dawida lalkę z zamykanymi oczami. Ciągle tę lalkę przechylały, żeby powieki jej się unosiły i przymykały. Po kilku tygodniach któryś z chłopców, chyba najstarszy, Salek, chciał sprawdzić nieco dokładniej, o co chodzi z tymi oczami, i wziął nóż. To nie mogło się dobrze skończyć dla niebieskich sztucznym błękitem ocząt laleczki. Inne dzieci, gdy zobaczyły dziury pośród czarnych rzęs, rzuciły się na brata z pięściami i pazurami – zwłaszcza pięcioletnia Miriam, z włosami rudymi jak u jej ciotki i pewnie ojca, ale u niego trudno było już je dostrzec.

Gdy siostra Dawida Lejbowicza przyjechała, powiedziała, że ona już nie jest Miriam, tylko Mary. A jej mąż to Benny. Benny to, Benny tamto. A syn to wykapany Benny, dali mu na imię Josh. Miriam wtedy właśnie przywiozła to zdjęcie dziewczynki, która przypominała Dawidowi twarz Rivki Flaschner, nazywaną z kolei Ryfką. Siostra Dawida pokazała zdjęcie amerykańskiej dziewczynki i opowiadała o kinie. Wielka sala, światło gaśnie i ukazuje się prostokąt, a na nim ludzie: w pokojach, na ulicach, chodzą, mówią, płaczą, żyją. Tak jak ludzie naprawdę, ale inaczej, lepiej, na pewno lepiej. I ta dziewczynka ze zdjęcia z lukrowanym spojrzeniem, ustami w dziób, robi właśnie furorę w Ameryce. Dzieciaki i jego Norma rozdziawili buzie i słuchali jak oniemiali. Dawid machnął ręką, powiedział, że to jakieś bzdury, i wyszedł za drzwi, ale przez uchylone okno w lipcowe, gorące popołudnie w zwykły dzień w Złotnikach nasłuchiwał wibrującego głosu siostry, która była w swoim żywiole pośród ciszy przerywanej westchnieniami. Ale potem mężczyzna wpatrywał się w dziecięcą twarz dziewczynki i napis: Shirley Temple, w tle były jakieś ulice z latarniami, z wysokimi budynkami. Ameryka. Może jednak to jest świat dla niego? Może tam jest jego ziemia obiecana?

Podrapał się po rzadkiej rudej brodzie, jego wyłupiaste oczy wpatrywały się w Ryfkę uparcie. Nie, nie była podobna do tamtej małej Amerykanki. Tylko ten wyraz twarzy: pogodny, a jednocześnie pewny siebie. „Jestem tutaj i ty się tym ciesz” – tak się wydawało Dawidowi Lejbowiczowi. I może dlatego, na złość, chciał pokazać, że on jest ważniejszy. To on tu rządzi, a nie jakaś dziewucha od Flaschnerów, Amerykanka, czy jego rudowłosa siostra ze służącą i Bennym, któremu świetnie idzie interes. Dawid Lejbowicz jest mełamedem w Złotnikach. Ma swój fach, płacą mu. I to nie za pranie brudnych rzeczy innych ludzi, choćby nawet byli to mieszkańcy Nowego Jorku. Misznę i Gemarę lepiej od niego zna tylko rabin w Złotnikach. Nikt więcej! Dlatego rabin Jacob go wybrał. Może nie zawsze się zgadzają, może nawet irytują siebie nawzajem, ale szanują. Dawida Lejbowicza trzeba szanować!

– Powiedz, Rivke, wszystkim, o czym przeczytamy w księdze Estery, którą to już będziemy za kilka dni czytać w święto Purim? – Zdecydował się wreszcie na jakieś polecenie rzucone ku czarnym węglom oczu dziewczynki.

– Przecież kobiety nie mogą czytać księgi Estery – odrzuciła w odpowiedzi zuchwale Ryfka.

– Przecież ja ci nie każę jej czytać – powiedział spokojnym, wręcz cichym głosem. Poczuł natchnienie. A może dotarło do niego, że ma wyzwanie.

– Wszyscy przecież wiedzą, mełamed opowiadał wczoraj. – Ryfka miała z kolei dobry dzień na hardość. Chłopcy siedzieli oniemiali taką odpowiedzią dziewczyny, niektórzy spojrzeli na wierzbową witkę leżącą na blacie biurka, może myśleli, że sama się poruszy i wpadnie w dłoń mełameda. Dawid Lejbowicz jednak miał dziwny humor tego wieczoru, rzucił spojrzenie na Szmula Lipkę z zasmarkanym nosem i zasikanymi spodniami, chłopczyka w wieku czterech lat i pięciu miesięcy. Wskazał go Ryfce głową.

– Wszyscy? – zapytał z taką słodką ironią, że aż sam był zachwycony.

Ryfka spojrzała najpierw na Szmula, potem wróciła z wyraźną rezygnacją w oczach do mełameda.

– No, to tam jest o królowej Esterze, która była żoną... yyy... króla... A... sza... cha... – utknęła na imieniu króla.

– Achaszwerosza – powiedział z leciutką pogardą, ale i zadowoleniem Dawid Lejbowicz.

– No właśnie! – Ryfka ucieszyła się, wyraźnie nie była zrażona podejściem, jakie miał do niej mełamed.

– I ta Estera miała wujka, który ją wychował, i tego wujka Mardo... cheusza...

– To był jej kuzyn – wtrącił mełamed tym samym tonem.

– Tak? – zdziwiła się Ryfka. Popatrzyła na niego uważnie, jakby sobie coś przypominając. Ta mała była po prostu bezczelna! Jak ona może się tak zachowywać w stosunku do niego? Dawid Lejbowicz zaczął jednak szukać swojej wierzbowej witki, choć na razie tylko w myślach.

– Ale jak wujek, bo był jej przybranym ojcem – stwierdziła Ryfka.

Pamiętała, jak tata opowiadał jej tę historię i właśnie tak mówił, jakby to był taki dobry wujek. A tata dużo lepiej opowiadał historie niż mełamed. Wczoraj prawie nie słuchała, dlatego nie chciała odpowiadać. Rozmyślała już o święcie Purim, o hamantaszach20, które ciocia Suwa robiła takie pyszne, lepsze niż mama – chyba ze dwa lata temu wszyscy tak stwierdzili. Zrobiła je wtedy Suwa, bo Brajndl była chora. I mama najpierw obraziła się o to wychwalanie Suwy jej kosztem, a potem uznała, że Suwa zawsze będzie je robić.

Ciocia obiecała Ryfce, że na Purim zrobi jej strój karnawałowy: kapelusz czarownicy, a do tego sukienkę z takiego dziwnego materiału, który obie znalazły w sklepie dziadka. Suwa miała śliczne, szklane paciorki, przywiozła sobie z Podhajec. Kupiła je od pewnego szklarza, który miał fabryczkę. Poszła tam po szklanki dla cioci Goldy do trafiki21. Akurat był tam syn szklarza, Filip Glaser, mówił, że on tu nie robi z ojcem, ale wie, co się może cioci Suwie spodobać. Przyniósł jej te paciorki i nie chciał za nie zapłaty. Ryfka zobaczyła, jak ciocia się czerwieni, gdy mama pytała o syna szklarza, ile ma lat, czym się zajmuje i czemu nie pracuje u ojca. Ciocia machnęła ręką ze złością i zaczęła przykładać szklane paciorki do kapelusza i do sukienki, pokazywać Ryfce, gdzie je przyszyje, byle nie rozmawiać o synu szklarza, który to akurat nie w jej życiu miał wystąpić.

– No i co dalej?! Rivka! – Mełamed na pewno nie myślał o szklanych paciorkach i przebraniu, ewentualnie możliwość zjedzenia słodkości mogła podgrzewać jego oczekiwanie na Purim, ale zważywszy, ile gąb w jego domu otworzy się na te przysmaki, to też nie wzbudzała u niego entuzjazmu. Ryfka nabrała powietrza.

– A, i jeszcze był Haman – powiedziała głośno i zdecydowanie.

– Aaa! – Siedzący obok Józek Szmul zaczął się drzeć. Zaraz przyłączyli się do niego chłopcy siedzący najbliżej: Natan, Kuba, Berek i Menasze. Inni patrzyli na nich i też rozpoczęli krzyk. Szybko dołączył do tego śmiech niektórych. Duszną salkę wypełnił totalny hałas.

Zdezorientowany Dawid Lejbowicz patrzył po twarzach dzieci przez kilka sekund, a gdy uświadomił sobie, skąd ten wrzask, zrezygnowany podniósł ręce do uszu i je zatkał. Dzieci zaczęły wychodzić z ławek i skakać, nadal wykrzykując to swoje „aaa!”.

Mełamed jednak wcale się nie poddał. Oderwał dłonie od uszu, podszedł do biurka i zaczął walić wierzbową witką o ławkę. Siedzący w pierwszej ławce Menasze szybko się odsunął, żeby chłosta nie została wymierzona jakiejkolwiek części jego ciała.

– Cisza! Cisza, Żydłaki przebrzydłe! – Dawid Lejbowicz, gdyby urodził się gojem, mógłby być naprawdę zagorzałym antysemitą. Jego wrzask wydobył się jakby z trzewi. W sali momentalnie zapadła cisza. Czy to słowa, czy też wyraz oczu mełameda kazały dzieciom uznać, że dochodzą do granicy, której przekroczenie może być dla nich groźne? Nastąpiła chwila zupełnej ciszy i spokoju. Nikt nawet nie kaszlnął, nie kichnął, nie wypuścił z siebie westchnienia.

– To nie synagoga i jeszcze nie Purim – powiedział lekko schrypniętym głosem, prawdopodobnie od swojego wrzasku. – Ale widzę, że jesteście dobrze przygotowani do wrzeszczenia – dodał zrezygnowanym głosem. – Dlaczego zatem zagłuszamy podczas czytania księgi Estery imię... – zawahał się z wymienieniem go, ewidentnie bał się, że wrzask się powtórzy. Spojrzał po dzieciach i zawiesił ostatecznie wzrok na Ryfce. – Hamana? – dokończył pytanie.

– Bo on był bardzo zły. Nie lubił Mardocheusza za to, że on mu się nie kłaniał. I w zemście chciał go powiesić, a także chciał wymordować wszystkich Żydów. I Haman podpowiedział to królowi, a król się na to zgodził – mówiła Ryfka powoli i może świadomie nadała swojemu głosowi spokojny, zrównoważony ton.

Dawid Lejbowicz poczuł nagły i niespodziewany dla siebie przypływ cieplejszych uczuć do dziewczynki. Może rzeczywiście dobrze, że te dziewczyny do chederu wpuszczają. Była taka ładna, czysta, spokojna, nie kojarzyła mu się z tym wrzaskiem, który wciąż wibrował mu w głowie. To może właśnie ten kontrast spowodował zmianę jego nastawienia do Ryfki.

– Ale Estera była piękna i mądra i udało jej się przekonać króla, że Żydzi są dobrzy, a Haman zły. I potem było na odwrót, niż chciał Haman, bo to on został zabity i jego dziesięciu synów i wielu innych ludzi – dokończyła dziewczynka i zapadła cisza.

– To bez sensu – odezwał się w tej ciszy Natan Kochman, dziesięciolatek, najstarszy ze wszystkich dzieci. Na pewno miał największą wiedzę. W szkole też był uważany za jednego z najlepszych uczniów. Miał bladą twarz z dużymi szarymi oczami i jasne włosy, które zimą ciemniały, a latem nabierały koloru platyny. Teraz do policzków przytulały mu się pejsy w kolorze ciemnoblond. Natan był raczej cichy, ale jak ktoś go poznał, to wiedział, że to nie wynikało z nieśmiałości. Rzadko się odzywał niepytany, nie czuł takiej potrzeby. Był odludkiem z wyboru, który zdawał się go zadowalać.

Wszyscy na niego spojrzeli i chłopiec się wyprostował, jednocześnie na jego policzkach ukazały się delikatne kolory: zaczerwienił się lekko. Bycie na świeczniku, nawet na takim w chederowej salce, dla takiego chłopca jak Natan to jednak jakieś poruszenie, emocja.

– Co bez sensu? – zapytał mełamed zdziwiony, jego rude brwi podskoczyły solidarnie.

– Po co tak mordować? – Natan w odpowiedzi postawił swoje pytanie. – Żydzi zamordowali wtedy tylu ludzi. I potem się z tego cieszyli. A teraz my się mamy z tego cieszyć?! Zabijanie ludzi jest złe i głupie. Mogli powiesić tylko Hamana za to, co zrobił, a resztę zostawić w spokoju. Żydzi zrobili to, czego sami się bali. Przecież zabijali całe rodziny.

– Przecież musieli się bronić – stwierdziła Ryfka.

– Oni się już nie bronili, król powiedział, że ich nie zabije. – Natan wypowiadał każde słowo zdecydowanie, mocno, a z każdym nabierał więcej mocy. – To zabijanie było więc bez sensu – podsumował stanowczo.

Ryfka spojrzała bezradnie na mełameda. Większość chłopców, zwłaszcza tych starszych, dołączyła się do niej.

– Żydzi musieli tak zrobić – powiedział mełamed powoli i stanowczo, z lekko uniesioną głową. – Takie były czasy. Jeśli oni by nie zrobili porządku z Hamanem i resztą, znów ktoś wpadłby na pomysł zabicia Żydów. Musicie to zrozumieć. – Przerwał na chwilę i zaraz powtórzył swoje słowa w inny sposób. – Dzisiaj trudno to zrozumieć, ale takie były czasy. Wszyscy się... zabijali. No, może nie wszyscy. – Dawid zaczął się nieco plątać. – Chodziło o przetrwanie. Gdyby nie Estera, może nie byłoby nas dzisiaj. – Dawid Lejbowicz ostatnie zdanie powiedział w sposób, który wydawał mu się podniosły, natchniony, chciał jakoś zadośćuczynić ten swój wrzask z żydłakami. – Nawet na pewno! – dodał już podniesionym tonem, chyba nawet wzruszonym. – Stąd nasza wielka radość i wdzięczność – dobierał słowa – w Święto Purim. Że się uratowaliśmy. Że nie było... – Przez kilka sekund szukał słowa i znalazł je: – Zagłady!

– Ale dlaczego chcieli nas zabić? Czy Żydzi zrobili komuś krzywdę? Przecież Mardocheusz był mądry i dobry. Estera przecież... – powiedział Natan w miarę spokojnie, ale było tam wyczuwalne lekkie rozedrganie.

– Ale poczekaj... – Dawid próbował mu przerwać.

– I co nam z tego przyszło, że się uratowaliśmy?! – Natan nie pozwolił na to i zapytał ostro.

– Jak to? O czym ty mówisz? – Dawid Lejbowicz znów uniósł brwi.

– Jesteśmy inni, wiecznie inni! I za to nas nienawidzą! Nie chcą nas! I wtedy, za Hamana, i teraz! – Chłopak każde ze zdań wykrzyczał z gniewem i umilkł. Jego słowa może i wprawiły Dawida w zdziwienie, przecież to dziecko miało dopiero dziesięć lat. Ale nauczyciela opanował też nieoczekiwanie lęk. Dziecięca, wręcz niewinna twarz Natana – wypełniona tym zdecydowaniem, oburzeniem, gniewem, może jakąś mądrością – budziła w nim strach, z którym starał się sobie poradzić tak na szybko. Wpatrywał się w chłopca, ale przecież nie mógł myśleć, że Natan jest jakimś prorokiem, że widzi coś więcej. Był po prostu bystry, umiał świetnie oceniać otaczającą go rzeczywistość i tyle.

– Owszem, jesteśmy inni. Ale równie dobrze można to powiedzieć o prawosławnych, katolikach. Nie znamy rozwiązania, aby zjednoczyć wszystkich, Haszem je zna – powiedział Dawid głośno i dobitnie. Jego lęk powoli ustępował na rzecz zadowolenia. Tak, może właśnie po to tu był, żeby spotykać na swojej drodze takich chłopców. Jednak może to jest jego ziemia obiecana, przecież nikt nie powiedział, że ta ziemia ma być zawsze żyzna. Zdarzają się nieudane plony, ale również te owocne. Ten chłopak miał w sobie żar.

Dawid Lejbowicz otworzył usta, żeby mówić dalej, ale Natan Kochman wszystko mu zepsuł, zerwał się bowiem z krzesła tak energicznie, że upadło ono z wielkim hałasem. Chłopak błyskawicznie podbiegł do drzwi, otworzył je i jeszcze się odwrócił. Był już blady i w oczach miał jakąś szklistość, ale nie można było określić, czy to łzy.

– Boga nie ma! A jeśli jest, to nie jest nasz! Jak może się zgadzać na to, żeby jego naród wybrany nie miał swojego kraju?! Czemu ten nasz Haszem nie broni swoich Żydów? Czemu jesteśmy wiecznie wyzywani od parszywych? Czemu, gdzie nie pójdziemy, to nas wyganiają? Mówią, że mordujemy chrześcijańskie dzieci na macę! To ma być naród wybrany? To? – wykrzyczał wszystkie te słowa bardzo szybko, a przy ostatnim uniósł rękę, jakby „to” oznaczało również gromadę dzieciaków, które w większości rozdziawiły oczy czy buzie ze zdziwienia. Natan wybiegł, w ciszy słychać było jego kroki na drewnianych schodkach.

Dawid Lejbowicz popatrzył za okno, jakby chciał tam dostrzec sylwetkę chłopca, ale ujrzał tylko ciemność i nie wiedział, że to pytanie jego ucznia wróci do niego za kilka lat najmocniej, najboleśniej w innej ciemności, w której będzie stał na zamarzniętej, bezśnieżnej drodze. Bezsilny wobec tego, co na niej zobaczy, będzie pytał swojego Boga: „i to ma być ten naród wybrany?”. Do czego wybrany? Do tego?! Do upokarzającej śmierci kobiety i jej malutkich dzieci z rąk gojów, tych niewybranych?

Wiatr trząsnął drzwiami, bo raczej nie Natan, zamknęły się bowiem z hukiem dopiero po jakimś czasie od momentu, gdy kroki na schodach ucichły. I ten trzask drzwi Ryfka odczuła jako ukłucie, dramatyczny finał tej całej sceny. Spojrzała wtedy ze współczuciem na mełameda stojącego z rękami opuszczonymi wzdłuż swojego chudego ciała, które zdawało się czekać na rozkazy. To uczucie miała też dla Natana, nie lubiła, jak ktoś rozpacza, rzuca się w emocjach. Po co?! Nie lepiej śmiać się, cieszyć się wszędzie, gdzie to możliwe? Ona już rozmyślała o zabawie, którą wujek Feiweł miał zrobić w niedzielę. Jego córeczka Fania kończyła właśnie w święto Purim dwa lata i wujek obiecał, że urządzi purimowo-urodzinowe przyjęcie dla wszystkich dzieci w rodzinie. Ryfka już sobie wyobrażała siebie w tym stroju czarownicy. Będą słodycze, ciasta, muzyka z radia. Będzie zabawa i śmiech. Przecież wystarczy chcieć znaleźć wesołość i szczęście, szukać jasnych stron, a nie tak zagłębiać się, zastanawiać jak Natan, bo wtedy mrok przysłania radość. Tak bardzo się myliła. Wspominała ten trzask drzwi sześć lat później, w Święto Purim właśnie, gdy biegła przez zamarzniętą rzekę i wśród setek innych twarzy mignęła jej twarz Natana Kochmana wypełniona przerażeniem. On też biegł, a ona również była przerażona. Złapali swoje spojrzenia na ułamek sekundy, ale zaraz musieli je wypuścić, by biec dalej. I nigdy więcej Ryfka już go nie widziała. A potem kilka razy zadudnił jej w głowie ten trzask drzwi – który chyba miał dla niej wydźwięk owego pytania: „i to ma być ten naród wybrany?” – tej zimy, gdy miała tak dużo czasu na wspominanie i robiła to całymi godzinami, dniami, żeby oderwać swoje myśli od zassanego głodem, gnijącego ciała. Wtedy z kolei te wspomnienia dokonywały rozkładu jej duszy. I jakże rozumiała wówczas, że nie wystarczy chcieć się cieszyć. Ale też nie mogła darować Natanowi, że nie cieszył się wtedy, w marcowy dzień trzydziestego szóstego roku, tym, co było tu i teraz, tym ich życiem w Złotnikach, oczekiwaniem na purimowe zabawy – bez wypełnionej śmierciami biblijnej przeszłości i wojennej przyszłości.