Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Opowieść o 10-letniej Zosi i tajemniczej dziewczynce z rudym warkoczykiem. Dzieci znajdą w niej to, co lubią najbardziej – sekrety, przygody i magię. Rodzice – urok subtelnie przekazywanej mądrości.
Dziesięcioletnia Zosia jako jedyna z ulicy nie wyjechała na wakacje. Spędza je na wyludnionych Bałutach w Łodzi – dzielnicy odrapanych kamienic i mrocznych zakamarków. W pewne upalne, sierpniowe popołudnie spotyka na podwórku Rutkę, tajemniczą dziewczynkę z rudym warkoczykiem. Od tej chwili zacznie się ich zwariowana podróż w czasie, w której towarzyszyć im będą kurczak bez głowy i ekscentryczna ciotka Róża. Czy Zosia odgadnie, kim naprawdę jest Rutka? Czy odnajdzie jej rodziców? I gdzie właściwie leży Diamentowa Planeta?
„Rutka” Joanny Fabickiej ma w sobie wszystko to, co dzieci lubią w książkach najbardziej: tajemnicę, nieoczekiwane zwroty akcji, odrobinę magii. Rodzice z kolei zobaczą w niej ciepłą i mądrą opowieść o tęsknocie oraz potrafiącej ją ukoić sile przyjaźni. Autorka udowadnia, że dla dzieci można pisać – nawet o trudnych sprawach – w sposób wzruszający, ale też zaskakująco zabawny.
Joanna Fabicka – z wykształcenia filmoznawczyni, z zawodu pisarka, autorka książek dla dorosłych i dzieci, w tym bestsellerowej serii o dojrzewaniu Rudolfa Gąbczaka.
„Opatrzona pięknymi ilustracjami, mądra, porywająca książka. Napisana z ogromną wrażliwością i poczuciem humoru. Traktująca młodego czytelnika serio, pobudzająca wyobraźnię. Polecam zarówno dzieciom, jak i dorosłym”
Maja Ostaszewska
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 105
Rok wydania: 2016
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja: Karolina Oponowicz
Korekta: Małgorzata Kacprzakowa
Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska
Projekt okładki i ilustracje: Mariusz Andryszczyk
Redaktor prowadząca: Karolina Mikulicz
W książce użyto fragmentów dwóch piosenek:
Baj mir bistu szejn/Bei mir bistu shein
kompozytor Sholom Secunda, autor tekstu Jacob Jacobs (str. 59);
Mein Jidisze Mame
kompozytor Lew Pollack i Jack Jellen, autor polskiego tekstu Marian Hemar (lub, jak podają niektóre źródła, Julian Tuwim) (str. 74, 76, 96, 205)
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
© Copyright by Agora SA, 2021
© Copyright by Joanna Fabicka, 2021
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2021
ISBN: 978-83-268-3765-4
Wydanie II
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
W parku Śledzia w Łodzi, tuż obok ulicy Rybnej, nie ma ani jednej ryby. Jest za to mnóstwo porzuconych papierków po lodach, foliowych torebek fruwających jak welony, butelek, rozdeptanych chipsów. Ale żadnych śledzi, żadnych ości, nawet najmniejszej łuski.
Może to i dobrze, bo Zosia Sardynka, która mieszka przy ulicy Rybnej 13, tak się akurat złożyło, ryb nie znosi. A najbardziej nie znosi łbów z oczami jak szklane paciorki. I ogonów. Po co komu ogon, skoro nie można nim merdać? Z tej prostej przyczyny dzieci nie mają ogonów, to oczywiste. Tak sobie Zosia rozmyśla, czymś musi wypełnić wlekący się czas, nim wieczór zamieni się w poranek. Drapie się po pięcie, dłubie w uchu, próbuje też stania na głowie. Jednak nic a nic nie pomaga to na nudę. Nuda jest gorsza niż zastrzyk, a nawet niż mycie zębów.
Powoli kończy się kolejny letni dzień. Słońce, które jeszcze niedawno przypominało skwierczące na patelni jajko sadzone, teraz spokojnie i leniwie opuszcza nad miastem swój pomarańczowy brzuch. Nisko, coraz niżej, aż w pewnym momencie zahacza o czubki drzew. Traci na chwilę równowagę i, gapa, zachodzi zbyt szybko. Wpada w purpurowy obłok jak w bitą śmietanę i od razu zasypia.
A Zosia spać nie może. Każdej nocy zaciska powieki tak mocno, że oczy prawie wywracają się jej na lewą stronę. Ale im bardziej próbuje zasnąć, tym bardziej nie śpi. Sama przed sobą udaje, że jest senna, nawet liczy barany, ale kiedy tylko zwierzęta pojawiają się w polu widzenia, od razu beczą wniebogłosy i zaczynają biegać w kółko. Robi się straszny harmider, co nie ułatwia spania, wręcz przeciwne.
Zosia zostawia więc to rozbrykane towarzystwo na pastwę losu, okrywa się cienkim kocem i siada na parapecie okna. Świat wokół chrapie w najlepsze. Tylko księżyc od czasu do czasu otwiera jedno oko, jakby sprawdzając, czy wszystkie dzieci są już w łóżkach. Musi jednak być mało spostrzegawczy, bo nigdy nie udaje mu się dostrzec małej, skulonej sylwetki wciśniętej w prostokąt okna przy ulicy Rybnej 13, na Bałutach w Łodzi.
Blade światło wyławia z mroku fragment tak dobrze znanego Zosi podwórka. Z czterech stron otaczają je niewysokie domy, z których trzy są zamieszkałe, a czwarty – najniższy i najbardziej zniszczony – od wielu lat stoi pusty. Wybite szyby i spróchniałe belki stropu odstraszają nawet najodważniejszych. Nikt nie próbuje wspiąć się po chybotliwych schodach na górę, bo stopnie pod każdą ciekawską stopą tak jęczą, jakby działa im się straszna krzywda. Poza tymi chwilami stary dom milczy i na tle pozostałych bardziej przypomina fatamorganę niż coś, co naprawdę istnieje. Zresztą jego dni są już policzone. Nad frontowym wejściem, na czole przymocowano mu niczym grzywkę tablicę z napisem „Uwaga! Grozi zawaleniem”. Pozbawione szyb okna zabito deskami, a małą, drewnianą galeryjkę opasano brudną, zakurzoną taśmą budowlaną, tak by nikt nie mógł dostać się do środka.
Wszystkie cztery budynki tworzą wokół podwórza coś na kształt betonowej studni, do której od ulicy prowadzi obdrapana brama z zepsutym domofonem. Wewnątrz nie ma jednak wody, tylko szary, duszny pył – wypalony teraz przez słońce, wchodzący w oczy i uszy, zatykający nos. Jedynym zielonym punktem w tym jakby ulepionym z popiołu świecie jest samotna wierzba, rosnąca na samym środku podwórka. Jej rozłożyste korzenie tkwią zabetonowane głęboko pod ziemią i tam toczą swe tajemne, niewidzialne dla oczu życie. Zosia obserwowała, jak od lat próbują przebić ten beton i wydostać się na powierzchnię – każdego roku przybywało w chodniku pęknięć i szczelin. Jednak ostatnio drzewo ma coraz mniej sił. Z każdym miesiącem, niczym staruszka, coraz bardziej chyli się ku ziemi, na jego pniu pojawiają się zgrubienia i narośle, a liście są mniejsze i już nie tak zielone jak dawniej. Wierzba, zamiast piąć się w stronę słońca, kładzie się na wyschniętej ziemi.
Zosia patrzy teraz, jak w nocnym świetle zwija liście i układa się do snu.
Zaczyna się ostatni tydzień wakacji i wszystkie dzieci w miastach, miasteczkach, wsiach, wioseczkach, w górach, nad morzem, nad jeziorami i w kałużach, słowem – w całej Polsce zaczynają już marudzić, że wkrótce znowu szkoła. A wszyscy rodzice tych dzieci zaczynają zatykać sobie uszy i powtarzać dokładnie to samo zdanie: „Przestań narzekać, ani chwili spokoju nie może być w tym domu” – co oczywiście nie świadczy o tym, że dzieci są marudne, ale o tym, że dorośli zupełnie nie mają wyobraźni. Że też żadnemu z nich nie wpadnie nigdy do głowy odpowiedzieć: „No, nareszcie marudzisz, całe lato na to czekałem”.
Jedynym dzieckiem, które nie może doczekać się końca wakacji, jest Zosia. Bo ona ich wprost nie znosi. Jak wątróbki. I oczywiście patrzących ryb.
– Jedz.
Mama stawia na stole kanapki z maleńkimi szprotkami, błyszczącymi od oleju. Właściwie, gdyby się bardziej postarały, mogłyby od biedy udawać jakieś malutkie, konserwowe syreny. Mogłyby, ale najwidoczniej im się nie chce. Leżą nieruchomo na chlebie i wpatrują się w Zosię durnym wzrokiem.
– Jedz.
Łatwo powiedzieć.
– Kiedy one tak dziwnie na mnie patrzą!
– Zosiu, proszę cię, tylko nie zaczynaj tych swoich makabrycznych historii.
– Ale sama zobacz! Patrzą, a ta ma w dodatku zeza!
Mama wzdycha, bo we wzdychaniu jest naprawdę mistrzynią świata, i wrzuca do otwartej walizki kolejną bluzkę. Od rana biega po mieszkaniu, nerwowo się pakując. „Taka jestem zakręcona”, powtarza, „jak słoik ogórków”. Walizka niczym głodny hipopotam połyka jeszcze spodnie, jakieś kosmetyki i (Zosia mogłaby przysiąc) beka.
Mama wyjeżdża – do pracy i bez córki. Wyjeżdża często, a Zosia nigdy. Z tego właśnie powodu dziewczynka nie lubi wakacji. Zostanie na podwórku zupełnie sama! Żeby chociaż pół dziecka jej towarzyszyło, ćwierć kolegi albo kawałeczek koleżanki, ale nie. Wszystkich, dosłownie wszystkich musiało wymieść z kamienicy, ba!, z całej ulicy Rybnej! Jedynym towarzyszem zabawy może być co najwyżej głuchy szewc z parteru. Na Zosi „Dzień dobry” zawsze zrywa się ze stołka i krzyczy trwożliwie: „Gdzie bobry?!”.
Zosia tak samo, a nawet bardziej niż wakacji nie lubi pieniędzy. Mama wciąż powtarza, że mają ich za mało i dlatego musi tyle pracować. Ale im ciężej pracuje, tym bardziej pieniędzy nie ma, więc Zosia wpada na genialny pomysł, by postąpić dokładnie odwrotnie – mianowicie przestać pracować, to może pieniędzy będzie więcej? Może one po prostu ciężkiej pracy nie lubią i dlatego się przed nią chowają? Niestety, te odkrywcze wywody nie robią na nikim żadnego wrażenia, co akurat nie jest dla Zosi zaskoczeniem, bo dobrze wiadomo, że dorośli nigdy nie chcą słuchać mądrzejszych od siebie.
A więc i te wakacje mają wyglądać jak wszystkie poprzednie. Choć trzeba uczciwie przyznać, że będzie trochę inaczej... Bo dotychczas, gdy mama wyjeżdżała, Zosią opiekowała się zaprzyjaźniona sąsiadka. Jednak wczesną wiosną wyprowadziła się do syna, któremu też urodził się syn, więc ktoś ten synowski korowód musiał ogarnąć, jak żaliła się kobieta, robiąc przy tym coś takiego z oczami, co w cyrku robią żonglerzy z piłeczkami. Oczywiście oczu było mniej niż piłeczek, więc to była sztuczka nie najwyższych lotów, ale i tak śmieszna.
Czy wiecie, jak trudno usiedzieć bez ruchu, kiedy jest się ubraną w ciasną sukienkę ze sterczącymi z każdej strony falbankami? Zosia nie może pojąć, po co szyje się takie sukienki i więzi w nich potem małe dziewczynki. Chyba tylko po to, żeby je torturować. Wyprasowane falbanki wchodzą jej teraz do nosa i zasłaniają widok na świat, a włosy związane na czubku głowy cudaczną kokardą przywodzą na myśl kaczkę dziwaczkę. Ściśnięta w pasie, że prawie nie może oddychać, czuje się jak baleron wystrojony na bal.
– Wyglądam jak kaczka dziwaczka – skarży się mamie, która stoi na balkonie i wychyla się przez barierkę, próbując dojrzeć wylot ulicy.
– Wyglądasz jak normalna dziewczynka.
No, jeżeli tak wyglądają normalne dziewczynki, to Zosia już woli być nienormalnym chłopcem.
– Gdzie ta ciotka Róża? – mama denerwuje się, niecierpliwie spoglądając na zegarek. – Spóźnię się na pociąg.
– A mnie nie zdarzyło się spóźnić na pociąg. Może dlatego, że jeszcze nigdy nim nie jechałam – skarży się Zosia, poprawiając kokardę coraz bardziej przypominającą zwiędłą palmę. – I nigdy nie byłam na prawdziwych wakacjach.
– Przecież wiesz, że nie mamy pieniędzy.
– Ale mi się nudzi! Tu nic ciekawego się nie dzieje. Znowu nie będę miała o czym opowiadać w szkole. I nie będę miała żadnych wakacyjnych pamiątek ani wakacyjnych wspomnień, ani traum...
– Jakich znowu traum? Co ty opowiadasz? – mama robi wielkie oczy.
– Tata Patryka zawsze mówi, że na wakacjach dorobił się kolejnej traumy. Czy to jest coś w stylu nalepek, które się zbiera i potem można się nimi wymieniać?
– Tata Patryka ma dużo wolnego czasu, więc może sobie pozwolić na zbieranie traum. I nie, tym się raczej nie można wymieniać.
– To co ja mam robić?
– Na pewno coś wymyślisz.
– Ale co? Wszyscy wyjechali, został tylko ten głuchy szewc. W dodatku zaczyna ślepnąć na jedno oko. Czy ty wiesz, jak trudno się bawić z kimś, kto jest stary, głuchy i ślepy? Tylko w szpital można, ale on nie chce być pacjentem, nawet nieżywym. Nie zgodził się, chociaż miał tylko leżeć i dogorywać...
Tej ostatniej skargi mama i tak nie słyszy, bo znów wisi na barierce, mocno wychylając się przez balkon.
– Nareszcie, przyjechała! – klaszcze w dłonie i biegnie do przedpokoju otworzyć szeroko drzwi.
– Mamo, przecież w ogóle nie znam tej ciotki, dlaczego mam z nią mieszkać? Wolałabym pojechać z tobą. Nie będę przeszkadzać, obiecuję.
– Nie możesz, to wykluczone. A ciotka Róża to nasza jedyna rodzina. Nie widziałam jej od lat. Jest już bardzo stara, więc musisz być grzeczna. Jakie to szczęście, że zgodziła się w ogóle przyjechać! – odkrzykuje mama.
Zosi przychodzi do głowy, że zanudzi się na śmierć z tą starą sklerotyczką, gdy na schodach słychać jakiś rumor. Zaraz potem z dołu dobiegają stękania i stłumione piski na dwa głosy: jeden wysoki i cienki, drugi niski i gruby. Z ciemności klatki schodowej wyłaniają się dwaj tragarze dokładnie tacy, jak ich głosy, z tym że piskliwy należy do przysadzistego wielkoluda, a gruby i niski do chuderlawego knypka. Jęcząc i na zmianę chichocząc, dźwigają po schodach wózek inwalidzki o wielkich kołach z czerwonymi dętkami. Na wózku jak na tronie siedzi uśmiechnięta ciotka Róża. Jedną ręką trzyma na kolanach gigantycznego arbuza, a drugą gilgocze pod pachami wijących się w konwulsjach nieszczęśników. Wózek chybocze się na wszystkie strony i naprawdę mało brakuje, by rozchichotane towarzystwo spadło ze schodów. W końcu ciotka litościwie przestaje wbijać im chudy palec pod żebra i przygląda się Zosi. A potem... jak nie ryknie śmiechem!
– Dziecko, a kto ci ten zwiędły wiecheć przykręcił do głowy? Wyglądasz w nim jak kaczka dziwaczka!
– Mówiłam! – Zosia spogląda na mamę z wyrzutem, a na ciotkę Różę z sympatią.
Najwyraźniej od czasu do czasu trafia się wśród dorosłych jakiś sensowny osobnik.
Tymczasem dwaj tragarze, kiedy już podrapali wszystkie pogilgotane przez ciotkę miejsca, stają obok siebie z wyciągniętymi rękami. Ciotka sięga do małego, zawieszonego na szyi woreczka i wyjmuje z niego dwie połyskujące złotosrebrne monety. Chucha i zataczając w powietrzu krąg, otwiera dłoń w której... pieniążków nie ma. Tragarze stają z buziami otwartymi tak szeroko, że można policzyć wszystkie dziury w ich zębach, a ciotka sięga tymczasem za ucho tego większego i wyjmuje stamtąd dwie dwuzłotówki, które wręcza im jako napiwek za usługę.
Zosię dziwi to, że oprócz małego podręcznego kuferka nie ma ze sobą żadnych bagaży. Nie to co mama – zawsze przed wyjazdem kupuje kolejną walizkę, która i tak okazuje się za mała, więc zabiera ze sobą dwie, narzekając, że kobiecie powinna w takich sytuacjach wyrastać trzecia ręka.
Ciotce Róży bliżej wiekiem do prababki niż ciotki, bo cała jest pomarszczona. Jej twarz przypomina suszoną śliwkę – oczywiście ma inny kolor i jest bez pestki w środku. Szczerze mówiąc, jest pomarańczowożółta od niezliczonej ilości piegów. „Na pewno opala się przez sitko”, przychodzi Zosi na myśl. Poza tym wszystko pozostałe ma jak u innych ludzi: jedną twarz, dwie ręce, dwie nogi (nieczynne ze starości) i włosy zaplecione w długi, rudawy warkocz, wijący się wokół głowy niczym wąż.
– To jest właśnie Zosia, moja córka. Jest bardzo cichutka i grzeczna, właściwie prawie jej nie widać. To numer mojej komórki, a to lodówka... – mama dokonuje pospiesznej prezentacji.
– W ogóle do ciebie niepodobna – stwierdza ciotka, puszczając do Zosi oczko.
– Lodówka ma być do mnie podobna? – mama zamiera z jednym butem na nodze, a z drugim w ręku.
Ciotka śmieje się i wyjmuje z kieszeni fajkę. Dłubie w niej jakimś drucikiem i przytyka zapaloną zapałkę. Błyska płomień i cała jej sylwetka błyskawicznie skrywa się za delikatną mgiełką, a pokój wypełnia się zapachem szarlotki z cynamonem.
– No proszę, na mieszkanie zapracowała, ale poczucia humoru to już się nie dorobiła przez te wszystkie lata.
Mama wzrusza ramionami wyraźnie zakłopotana.
