Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła - Michał Kruszona - ebook

Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła ebook

Michał Kruszona

5,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych

Kresy zawsze mnie fascynowały. Książka Kruszony to jedna z najbardziej uroczych i tajemniczych wypraw, w jakie się wybrałem. Nie mam już teraz wątpliwości, że kresy Europy leżą w Rumunii. Tutaj magia, mistycyzm i cywilizacja bizantyńsko-łacińska stworzyła unikalny kulturowy tygiel. Z niego wyrasta drzewo dobra i zła naszej europejskiej kultury. Kruszona spotyka współczesne reinkarnacje demona Drakuli i ludzi niezwykle otwartych i przyjaznych. Pełnych naturalnej, pierwotnej godności. To oni wyzwalają chęć powrotu. Tadeusz Zysk, Wydawca Szczegółowe badania grobu poczyniono w 1933 roku. Ku zaskoczeniu naukowców znaleziono w miejscu pochówku Drakuli kości konia, a między nimi pierścień władcy, który wedle przypuszczeń należał do Vlada Tepesza. Ta udokumentowana historia dodała jeszcze smaczku niezwykłej legendzie, która pobudza wyobraźnię milionów ludzi na świecie.

Książka dostępna w zasobach:

Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu | Galeria Książki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 229

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



RUMUNIA

PODRÓŻE W POSZUKIWANIU DIABŁA

Miejska Biblioteka Publiczna

01034929

RUMUNIA

BŁOTO

STARY CHUFU

CAŁEGO TRUPA SPRZEDAM

NA SZKLE MALOWANE

WESOŁY CMENTARZ

WIDMO KRĄŻY NAD RUMUNIĄ

NA SZKLE MALOWANE

§

SEN

OKSANA

NIEWYGODNY ŚWIADEK

PIWNICA KOYACSA

FUSY

NIEZNAJOMA, ALE ZNAJOMA

PRAWOSŁAWIE

CEJROWSKI

RUMUNIA

PODRÓŻE W POSZUKIWANIU

Copyright © 2007 tekst i zdjęcia Michał Kruszona Copyright © 2007 opracowanie plastyczne W. Cejrowski Sp. z o.o. Copyright © 2003 plastyczny kształt serii „Biblioteka Poznaj Świat" W. Cejrowski Sp. z o.o.

Copyright © 2007 for the Polish edition Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j. Ali rights reserved

Projekt okładki i elementów graficznych: Łukasz Ciepłowski Autor tekstu: Michał Kruszona

Zdjęcia: Michał Kruszona, Wojciech Franus (strony 274-279),

Jarosław Sosiński (strona 179)

Redakcja: Edyta Urbanowicz Korekta: Ewa Garbowska, Edyta Urbanowicz Mapy: Agnieszka Rajczak

Projekt graficzny, dobór i^tg^ąęowanie zdjęć: Wojciech Franus

\* ' " */

Wydanie I

W/27778

ISBN 978-83-7506-108-6

Ali rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych - również częściowe - tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. (061) 853 27 51, 853 27 67, fax 852 63 26

Dział handlowy, tel./fax (061) 855 06 90

[email protected]

*W'"J

WSTĘP

W drugiej, może trzeciej klasie liceum kupiłem rozmówki ru-muńsko-polskie. Nie dlatego, żebym chciał nauczyć się języka, a tym bardziej nie dlatego, bym wybierał się w podróż do kraju, który zaczynał się niecałe dwieście kilometrów od krańca Bieszczad - mitycznych Sianek, stanowiących wówczas, w 1981 roku, najdalszy zakątek moich „niebiańskich gór", miejsca wszelkich inicjacji. Rozmówki miały mi przybliżyć język, którym mówią karpackie demony. Dopiero po latach spostrzegłem pomyłkę: w Rumunii demony często mówią językiem słowiańskim, co różni je od pozostałych mieszkańców tego kraju.

Podróże ku wschodzącemu słońcu, z twarzą zwróconą ku Jerozolimie, od wieków intrygowały i inspirowały tych, którzy się na nie ważyli. Ja również wyprawiłem się na Wschód, jednak nie ten daleki, dobrze opisany przez licznych autorów, ale ten bliski, karpacki, naddunajski, którego poznanie jest o tyle trudne, ze informacji o nim jest niewiele, a i to często są one sprzeczne.

Tak więc pod koniec XX wieku pojechałem jednak do Rumunii i rozpocząłem poszukiwania Diabła w zagubionych wioskach, schowanych w nich sklepikach i knajpach pełnych ludzi. Dziwić może nieco pomysł prowadzenia takich poszukiwań w tym właśnie czasie, bowiem przez całe minione stulecie powstawały teorie mające udowodnić, że Diabeł nie istnieje. Przy okazji twórcy tych teorii dostarczyli znakomitych dowodów na to, że jest akurat odwrotnie. Powszechnie natomiast wiadomo, że w XX wieku Szatan był aktywny jak nigdy dotąd. W dziejach zamieszkiwania przez istoty ludzkie ziemskiego padołu jego słudzy nigdy nie zbierali tak obfitego żniwa, jak w czasach o blisko dwa tysiące lat oddalonych od tajemnicy betlejemskich narodzin. Właściwie nie trzeba było urządzać specjalnych ekspedycji, żeby się z nim spotkać, wystarczyło pójść do czytelni i przejrzeć roczniki gazet...

itm

Przeprawa przez jezioro Snagov jest warunkiem dotarcia do grobu Drakuli.

Ale nigdzie tak dobrze jak w Rumunii Diabeł nie wyraża swojego pierwotnego oblicza, raczej stroniąc od zawoalowania twarzy. Tylko tam można doznać jego fizycznej obecności, uczestniczyć w diabelskiej summie. Silny chrystianizm wymaga od niego dużej przebiegłości, dlatego też przybiera on tam wiele imion i postaci.

Rozważania o rumuńskich demonach i diabłach od razu przywodzą na myśl krainę rozciągającą się po zachodniej stronie Karpat - Transylwanię, noszącą miano Siedmiogrodu. Zasłynęła ona dzięki człowiekowi, którego mroczna legenda rozciąga się po dziś dzień.

To panujący w XV wieku hospodar wołoski, Vlad III Dracul lub Vlad Tepeę, czyli Palownik, bo z upodobaniem wbijał swoich wrogów na pale. Diabeł wcielony, Diabeł żywy, powszechnie znany jako Drakula. Duch tej postaci jest wszechobecny w całej Transylwanii, sprawiając, że ta zamieszkana przez Rumunów i Węgrów wyżyna przyciąga jak magnes różne indywidua uznające trumnę za najwspanialsze miejsce do spania. Przyjeżdżają one z całego świata, często nie wiedząc, z jaką igrają tajemnicą. Bowiem nie należy się tutaj wielce dziwić, gdy czerwone wino okaże się ludzką krwią, ani temu, że w księżycową noc przed samochodem przebiegnie postać przypominająca wilka na dwóch łapach. Najłatwiej dostrzec można tego rodzaju zjawiska w listopadzie i grudniu. I wcale nie trzeba w tym celu specjalnie jechać w okolice słynące z grobów któregoś z tutejszych demonów.

Krypta grobowa Drakuli znajduje się w małym monastyrze na wyspie jeziora Snagov. Można tam dotrzeć jedynie łodzią. Nad rzeką Arges stoją ruiny Poienari, prawdziwego zamku Drakuli. W XIX wieku część zamkowych ruin spadła w przepaść, zabierając ze sobą kawałek niezwykłej historii tego miejsca.

Jednakże wielu miłośników filmowych horrorów zadowala się groteskowymi dekoracjami wokół zamku w Branie koło Braszowa. Nie fatygują się nad Arges, o jeziorze Snagov już nie wspominając...

Odbyłem ponad trzydzieści niezwykłych podróży do Rumunii. Liczę na to, że gorące jeszcze wspomnienia wielu z nich pomogą mi wyciągnąć z otchłani pamięci zdarzenia z najwcześniejszych wyjazdów. Bowiem wszystkie one razem scaliły mi się i tak w jedną wielką podróż.

W 1933 roku otwarty został grób Drakuli. Naukowcy znaleźli w nim wyłącznie kości konia, a między nimi... pierścień władcy. Ponura legenda odżyła.

• ' '• -

' ■

SVCZAVM

■

Wm

?®S-4 nM V

(MKti.rjl

Sga

Lite/-, Gi+ara^

' : r,bi

£t:"4

Htmyoifi

V'//J'*"i* 1

ii 9 f '•ariH,tt&.yl)Ja n,

\ ~4LB«U f Vi AInaJfUt /

^l< hi"D i

Wm

I ' :

La MOLDAYIL, la YALAKIE. et la. TRAN SILVANIV., avec

Mapa Santiniego wydana w Wenecji w 1777 roku. Ze zbiorów Muzeum Zamek Górków w Szamotułach.

CZĘŚCI

PODRÓŻ CZWARTA

GRANICE

...............

;|J|; W niedzielę, dziesiątego dnia ostatniego miesiąca XX wieku, wjechałem do Rumunii, mimo chwilowego zwątpienia, czy mi się to uda. Wcześniej nie miałem żadnych problemów z urzędnikami celnymi tego państwa, tym razem usłyszałem stanowczo wypowiedziane zdanie:

- Wracaj na Węgry, do Debreczyna, tędy nie przejedziesz!

Nie byłem bardzo zdziwiony. Mój samochód wyładowany był zabawkami i słodyczami, które przed świętami chciałem zawieźć do dzieci z przedszkola w zaprzyjaźnionej bukowińskiej wiosce. Bardzo szybko udobruchałem celnika torbą słodyczy.

- Jeszcze papier - powiedział, z trudem już udając groźnego urzędnika.

Mówiąc to, wskazał na jedną z dziesięciu paczek papieru formatu A4, jaki wiozłem dla szkoły. Dostawszy wspaniałomyślnie dwie z nich, celnik pozwolił wjechać do swego kraju, a ja wspomniałem jego ewangelicznego protoplastę, dziękując Bogu za umożliwienie mi dalszej podróży. Tym samym kilkaset zabawek upchanych w Citroena Berlingo przekroczyło trzecią tego dnia granicę. Samochód udostępnił mi znajomy, którego pasja poznania Diabła (za moim pośrednictwem) była na tyle duża, że, niewiele myśląc, powiedział, abym zabierał auto i jechał do krainy, o której wiele mu wcześniej opowiadałem. Na szczęście błoto zmieszane z łajnem szybko i szczelnie oblepiło pojazd, dzięki temu nie kłuł on w oczy swoim złotym kolorem.

Grudniowy dzień prędko zmierzał ku końcowi, zegarek przesunąłem o godzinę, w wyniku czego z piętnastej zrobiła się szesnasta. W państwie, do którego wjechałem, wszystko zdarza się o godzinę wcześniej niż w Polsce. Tak jest na przykład z południem, które następuje tutaj wtedy, gdy w Polsce jest dopiero jedenasta, to samo oczywiście dotyczy północy. Na szczęście takty te są racjonalnie wytłumaczalne w przeciwieństwie do wielu innych zdarzeń, które spotkały mnie w tym karpackim kraju. Jadąc bardzo wolno prostym odcinkiem drogi, poczułem ulgę, że mam już poza sobą graniczne szlabany W czasach, gdy zewsząd słyszałem o zjednoczeniu Europy, anachronizm tutejszych granicznych obyczajów bywał dokuczliwy. Wschodnioeuropejski styl pracy nakładał się tu na przekonanie, że za granicą czai się nieprzyjaciel, któremu pod żadnym pozorem nie należy ufać.

Wygodnie usadowiony w samochodowym fotelu, starałem się nie zauważać wyciągniętych rączek zmarzniętych cygańskich dzieci. Nie dla nich była zawartość zasobnego auta. Zatrwożyła mnie myśl, że oto jestem niczym Bóg, który może dawać lub też odmawiać podarunku, w zależności od własnego kaprysu. Mogłem dzielić między potrzebującymi, wyciągając swą pańską dłoń w stronę samego dna, w otchłań ludzkiej nędzy. Bóg musi z pewnością rozdzielać karty w podobnie irracjonalnej loterii. W Rumunii łatwo ulec złudzeniu, że znaczy się coś więcej niż inni. Tak naprawdę ciągle jest się tylko robakiem, który z perspektywy liścia rośliny patrzy na inne robaki taplające się w błocie.

Wjechałem do Satu Mare, zwanego na Węgrzech Szatmar. Przed kilkudziesięciu laty mieścił się tu dwór cadyka z dynastii o tak właśnie brzmiącej nazwie. Najbliższa konkurencja, pociągająca za sobą rzesze chasydów, znajdowała się w niedalekim Sighetu (Sy-giecie) oraz w Sadogórze na przedmieściach Cernauti, czyli Czer-niowców. Słynący z bogactwa dwór cadyka Awrahama Jaakowa w Sadogórze ucierpiał dotkliwie w czasie pierwszej wojny światowej, co w dużej mierze mogło przyczynić się do sukcesu rodu Szatmar. Syn cadyka z Sighetu, Joel Teitelbaum, w 1928 roku został rabinem w Satu Mare i pierwszym rebe dynastii Szatmar. Dynastia ta cieszy się do dzisiaj wielką estymą na nowojorskim Brooklinie. Tam to w 1979 roku umarł jej założyciel. Zanim to się dokonało, Szatmar Rebe z całym swym brooklińskim dworem pozwolił się sfotografować reporterowi najsłynniejszego miesięcznika geograficznego.

Wymieniłem będące jeszcze wówczas w obiegu niemieckie marki na rumuńskie leje i po raz pierwszy od wyjazdu z Polski mogłem kupić jedzenie. Zjadłem duzo: dwie ciorby de burty', do tego wołowinę z rusztu i ruszyłem na wschód, w stronę Karpat. W wioskach mijałem jasno oświetlone świetlice (czyż mogą, zgodnie z nazwą, być inne?). Wszystkie pilnowane były przez zmarzniętych policjantów. Było bardzo ciemno i mgliście, pomimo że księżyc był tego wieczora bliski pełni. Z pewnością dzięki niemu, mimo wszystko, widoczne były ciemne kontury gór i czarne doliny. Blask świetlówek przyciągał mieszkańców wiosek, którzy spieszyli oddać swój głos w drugiej turze wyborów prezydenckich. Wyborcza niedziela niebawem miała się zakończyć. Lokale wyborcze emanowały światłem pięknie kontrastującym z ciemną naturą. Zatrzymałem się przed jednym z nich. Policjant, bacznie mi się przyglądając, zanotował coś w swoim notesie. Prosto z błotnistego pobocza wchodziło się do świetlicy, w której siedziała komisja wyborcza. Obrazek jakby żywcem wycięty z Polskiej Kroniki Filmowej z lat siedemdziesiątych minionego wieku: wytarte męskie marynarki zdobiły mężczyzn, kobiety były ubrane w bisto-rowe bluzki i spódnice zrobione na drutach, a na głowach miały chustki lub berety. Tak prezentowała się komisja zasiadająca za zestawionymi stołami. Do urny podchodzili młodzi ludzie w ortalionowych kurtkach koloru czarnego i brązowego. Ciemne kolory wierzchniej odzieży obowiązywały, jak zauważyłem, nie tylko tego dnia. Na tym tle wspaniale prezentowały się barwne, wywodzące się z rodzimej tradycji, stroje głosującej wioskowej starszyzny. Jedna z gazet napisała przed wyborami, że Rumuni wybierają pomiędzy rakiem a AIDS. Nawet jeśli to była prawda, nie było tego widać na twarzach wyborców pełnych nadziei i dumy. Nie wiem, której chorobie przypisywano poszczególnych kandydatów, ostatecznie dziesiątego grudnia komunista i populista Jon Iliescu pokonał byłego komunistę, obecnie faszyzującego populistę Vadima Tudora. Zwycięzca był już kiedyś prezydentem i tylko tyle można o tej byłej prezydenturze powiedzieć. Papier jest cierpliwy, dlatego warto w tym miejscu wspomnieć o początkach kariery politycz-

Ciorbi- bardzo popularna w Rumunii zabielana gęsta zupa z przecieranych warzyw, z mięsem lub rybą; ciorba. de burti- flaczki wolowe, zawsze poda-W^^z-Jswaśną śmietaną i ostrą papryką, [przyp. red.] nej Jona Iliescu, rozpoczętej w latach siedemdziesiątych u boku swego mentora znanego jako „Słońce Karpat". Iliescu był wówczas pierwszym sekretarzem komitetu okręgowego partii w Jassach i zastępcą członka komitetu centralnego partii komunistycznej.

Zbliżała się godzina dwudziesta, miałem do przejechania jeszcze ponad dwieście kilometrów po zabłoconych, górskich drogach. Przenikając wzrokiem noc, zakręt za zakrętem wypatrywałem tego, co dla mnie oczywiste; gdzieś w leśnej gęstwinie między świerkami, jodłami i bukami skrywały się obserwujące mnie dzikie oczy. Im robiło się później, tym słabiej padał deszcz, aż około dziesiątej wieczorem zobaczyłem fantastyczny, wielki księżyc. Mimo nocnej pory, po horyzont widziałem przejmujące dreszczem góry rozświetlone księżycowym blaskiem. Przed samochodem co chwila przemykały jakieś stwory. Na poboczach trzęsły się zarośla, całkiem możliwe, że były to dzikie zwierzęta, ale niekoniecznie musiały to być właśnie one.

Wilki to stworzenia niemal organicznie związane z księżycem, zimą, nocą i gęstym, odludnym lasem. Byłem świadom, że oto zaistniały razem wszystkie wymienione warunki ich egzystencji. Jednocześnie wiedziałem, że tylko zimą istnieje cień szansy, aby zobaczyć to zwierzę. Dotychczas widziałem tylko, ile może pozostać po wilczej uczcie, na której jedynym daniem był karpacki jeleń. Było to w Mucznem w Bieszczadach, gdzie spędzałem kiedyś zimę, stąd moja wiedza na temat wilczej diety. Wilk to nie tylko zwierzę, to bestia. Gdy brakuje zwierzyny, wilk, jak zapewniają ludzie z gór, żywi się wiatrem. Gdy zwierzyny jest nadmiar, wilk zabija z upodobania do masakry. Należy wilki lubić i podziwiać, dopóki pozostają one tylko wilkami. Oczywiście najwspanialej lubi się je siedząc w ciepłym fotelu, z dala od ich siedzib.

W miastach Rumunii nietrudno zobaczyć wizerunki wilczycy kapitolińskiej, karmiącej małych chłopców. To nie tylko podkreślanie historycznych związków z miastem nad Tybrem. Legenda o Romulusie i Remusie jest tu traktowana w sposób wyjątkowo dosłowny. Ludzie w Karpatach podziwiają wilki, lecz równocześnie przejmuje ich strach, gdy o nich mówią. Choć od wieków pustoszą im stada owiec, wilczy spryt, dzikość serca, nieokiełznana

wolność wyzwalają w ludziach prastare tęsknoty. W Rumunii górale modlą się po cerkwiach, by wilk pozostał wilkiem, by nie zaczął chodzić na dwóch łapach.

Wielkanoc w leud w Maramuresz - stara cerkiew oblegana przez kobiety.

SNY HISTORYCZNE

pg|f Około północy byłem już po drugiej stronie Karpat. Droga KW&E przywiodła mnie do miejscowości Gura Humorului. Zatrzymałem samochód, wyszedłem na chodnik. Kończyła się niedziela, ale tutaj, w krainie upiornych legend, to żadna przeszkoda, aby o tej porze wejść do pełnej gospody lub do sklepu. Ludzie - chcąc nie chcąc - trzymają się blisko siebie. Wypiłem kawę zrobioną według włoskiego stylu: małą, mocną, czarną i słodką. W sklepie kupiłem kabanosy, bryndzę i butelkę czerwonego wina. Dojeżdżałem do celu, jaki sobie na ten dzień wyznaczyłem. Jeszcze tylko pięć kilometrów i byłem w wiosce, w której zamierzałem przenocować. Gdy wjechałem pomiędzy zabudowania, mieszkańcy spali od dawna. Obudziłem znajomą gospodynię. Zaspana wpuściła mnie do domu i pokazała, gdzie mogę spocząć. Ostrzegła mnie również, że woda jest zakręcona z obawy przed mrozami. Najwcześniej bieżący strumień popłynie z kranu dopiero wiosną. Nie chcąc o tak późnej porze robić hałasu przy studni, marzenia o umyciu się musiałem odłożyć do następnego dnia. W pokoju na prowizorycznym stoliku rozłożyłem jedzenie. Bryndza i kabanosy popijane wytrawnym winem w temperaturze około czterech stopni Celsjusza to nie była udana uczta. Rozłożyłem śpiwór myśląc o historii kraju, w którym właśnie kładłem się spać.

Śniły mi się maszerujące rzymskie legiony przekraczające nad-dunajski limes. Tam, na północnym brzegu rzeki, czekały na nich zastępy Daków. Rzymianie wiedzieli, po co przyszli. Dacja, z racji swych bogactw i położenia, była dla starożytnych tym samym, czym stała się Kalifornia dla reszty Stanów Zjednoczonych w czasach o wiele nam bliższych. Ludność Dacji miała wiele przymiotów, jak choćby odwagę i respekt dla religii. Ojczyzna tych ludzi była jedną z najludniejszych krain starożytnego świata. Religijność tutejszego ludu jest charakterystyczna w każdej epoce, niezależnie czy cześć oddawana jest pogańskiemu Zalmoksisowi, czy ukrzyżowanemu Chrystusowi. Religia była tu zawsze przepojona głębokim spirytualizmem, stąd łatwość doznań mistycznej natury u ludzi zamieszkujących czy choćby odwiedzających te strony.

W roku 514 przed Chrystusem ducha bojowego miejscowej ludności miał okazję sprawdzić Dariusz I, król Persów - wkraczając do Dobrudży napotkał zaskakujący opór.

Karpaty Fagaraskie, tak jak krzyże, pojawiają się znienacka.

Po kolejnych mniej lub bardziej skutecznych próbach podporządkowywania sobie Dacji przez Rzymian, Dakowie, jako jeden z nielicznych ludów barbarzyńskich, zdali sobie sprawę, że szansą na przetrwanie w obliczu rzymskiej potęgi jest asymilacja. W czasach króla Decebala (kilkadziesiąt lat po narodzeniu Chrystusa), rezydującego w Sarmizegetusie w zachodniej Transylwanii, wprowadzono w armii porządki na wzór rzymski, podpisano układ z cesarzem Domicjanem, pozyskując rzymskich doradców, wreszcie narzucono łacinę miejscowym elitom władzy. Skutki tego ostatniego wydarzenia słyszalne są do dnia dzisiejszego w języku mieszkańców Rumunii.

Śpiąc, przewróciłem się na drugi bok. We śnie widziałem teraz janczarów. Jasnowłosi wojownicy w jaskrawych strojach wędrowali przez mołdawską równinę chwaląc imię Boga-Allaha. Było to kilkanaście wieków po Rzymianach, kiedy ziemie te znalazły się w sferze zainteresowań Imperium Osmańskiego. Turcy w końcu wieku XIV i przez cały wiek XV widzieli w ziemiach na północ od Dunaju tereny, które bezwzględnie należy wciągnąć w orbitę wpływów islamu, dla chwały Proroka i merkantylnych zapędów zarządców skarbca sułtana. Na przeszkodzie tym pomysłom stawali chrześcijańscy władcy tej krainy, zaciekli wrogowie religii Mahometa: Mircea Stary, Stefan Wielki i legendarny Vlad Tepeę. Zabijali oni Turków na bitewnych polach i w lochach swych zamków oraz, co czynili szczególnie chętnie, wbijali ich na pale w trakcie publicznych egzekucji. Człowiek głęboko wierzący, jak kronikarze wspominają Stefana Wielkiego, nie znajdował miłosierdzia dla tureckich dostojników, którzy w zamian za litość obiecywali mu zawartość swoich skarbców.

Bez drewna trudno byłoby przeżyć karpacką zimę.

- Po coście tu przyszli, skoro jesteście tacy bogaci? - zwykł ich pytać w sposób absolutnie bezkompromisowy i nie szukający zgody, gdy tymczasem kat perfekcyjnie wygładzał pale, gotowe do nawlekania ciał. Skoro tak postępował bogobojny fundator klasztorów, czego można się było spodziewać po sadyście, jakim był Vlad Dracul, Syn Smoka?

Kilka dni po tej nocy pojechałem do Transylwanii szukając odpowiedzi na to i następne pytanie: czy natura tego władcy była ziemskiego, czy, jak sądzili jego wrogowie, piekielnego pochodzenia? Sukcesję po nim przejął pewien XX-wieczny władca tej krainy, a przynajmniej tak mu się wydawało do momentu, kiedy to wraz z żoną postawiono go przed plutonem egzekucyjnym.

Zimna noc na szczęście minęła bardzo szybko. Wyspany ruszyłem w dalszą podróż. Tego dnia musiałem wywiązać się z ciążących na mnie obowiązków. Zabawki dostarczone przez czytelników „Głosu Wielkopolskiego" powinny jak najszybciej ucieszyć dzieci, dla których były zebrane. Dojechałem do wsi Kaczika, tam zjadłem śniadanie. Rozpocząłem dzień w tradycyjny dla mnie sposób od zawiesistej ciorby de burty. Na ściennym zegarze dostrzegłem, że dochodziła dziesiąta. Poprosiłem o słodką kawę, którą wypiłem na deser. Byłem daleko na wschodzie, rozumiałem to tym lepiej, im dłużej przyglądałem się, jak chłopi w baranicach piją czystą wódkę. Na zewnątrz padała rzęsista mżawka, słychać było odgłosy kuźni i rąbanego drewna. Kowal wykuwał żelazne pręty w sposób nie odbiegający od tego, w jaki czyni! to jego dziad. Stojącą na granicy dwóch światów kuźnię najczęściej odwiedzały złe moce, czyniąc z kowala swego pierwszego sługę. Kowal spoglądał w czeluść wypełnioną płomieniami i niczym czarodziej zmieniał naturę rzeczy. Miał władzę nad żelazem! Tutaj nie mogło być inaczej, zwłaszcza że, jak wspomniałem, kuźnia znajdowała się na rozstajnych drogach. Na sąsiednim podwórzu przemoczeni mężczyźni rąbali siekierami bukowe okrąglaki, szykując opał na zimę. Ciężka praca powodowała, że parowali na zimnym powietrzu niczym zajeżdżone konie. Zgodnie z miejscowym zwyczajem drewno zostało zapewne skradzione z lasu zeszłej nocy. Pogoda sprawiła, że między domami nisko snuł się dym z kominów. Spacerowałem w błocie zmieszanym z łajnem. Wciągałem w nozdrza wiejskie zapachy. Na pierwszy rzut oka było tu bardzo brzydko. Pogięte, zardzewiałe drogowskazy pokazywały kierunki: Solca 8, Radauti 33, Suceava 30. Podszedłem do zajętych codziennymi sprawami ludzi, czułem się wśród nich szczęśliwy i bezpieczny, z dala od trosk pozostawionych za trzema granicami.

Rozstaje dróg -jedno z ulubionych miejsc pojawiania się Diabła.

BŁOTO

Dojechałem do Nowego Sołońca, był poniedziałek, jedenasta przed południem. W wiosce starałem się być niezauważony przez starych znajomych. Było to o tyle łatwe, że w tym czasie pracowali ciężko w polu. Zgodnie z kalendarzem wyznaczonym tu od wieków przez naturę, nawozili oni ziemię z myślą o najbliższej wiośnie. Wyładowane po brzegi ciepłą mierzwą wozy roztaczały nad całą Bukowiną zapach łajna. Podjechałem pod szkołę. Otworzyłem bramę i wjechałem na szkolne podwórze. Zaskoczenie było zupełne, nikt się mnie tu nie spodziewał. Buty miałem strasznie zabłocone, więc zacząłem wycierać je o trawę, która w grudniu przypominała kępy starego siana. Przez moment wydawało mi się, że zapach wydoby wający się z przylepionego do podeszwy łajna nie posiadał ziemskiej natury, czyżby na rozstajnych drogach w Kaczika wypróżnił się w nocy Diabeł? Skoro tak, miałem chyba sporo szczęścia, że udało mi się wdepnąć w takie ekskrementy. Nieziemski zapach żółtej mazi pozostawiłem, nie bez trudu wycierając buty, na szkolnym podwórzu. Wszedłem do wnętrza ładnego szkolnego budynku. Z zatroskaniem pomyślałem o tym, kiedy się ostatni raz myłem i zapukałem do drzwi jednej z izb lekcyjnych. Następne dwie godziny w cudowny sposób zaspokajały moją próżność, choć nie było to wcale konieczne. Irracjonalna, z mojego punktu widzenia, sytuacja była dla nauczycielek i dzieci wielkim przeżyciem. Tutaj przed świętami tradycyjnie nikt na nic nie liczył. Dzieci przeżyłyby kolejną gwiazdkę bez prezentów, tymczasem dostały ich co niemiara. Ale to były anielskie odruchy, które mogły przeszkodzić mi w moich prawie misyjnych poszukiwaniach, więc ruszyłem dalej w drogę do Radauti (przed drugą wojną napisałbym pewnie do Radowców). Radio w samochodzie grało bardzo głośno, błoto rozbryzgiwało się spod kół. Szalona jazda przez odartą z romantyzmu, brudną i szarą Bukowinę. Cóż zrobić, skoio taka pora roku, do tego bez śniegu.

Na polu dostrzegłem leżącego siwego konia, zwierzę najwyraźniej nie mogło się podnieść. Postanowiłem przyjrzeć się mu z bliska. Zachowałem jednak sporą dozę ostrożności, aby nazajutrz nie mieć owrzodzonej twarzy. Wiadoma to w Rumunii rzecz, że po miejscu, na którym wytarza się koń, nie wolno chodzić. Kto by zlekceważył wiedzę przekazywaną na ten temat, musi się liczyć z tak przykrymi konsekwencjami. Konie biegają nocami swobodnie po górach, bywa, że dosiadane są przez demony, czasem ociera się o nie sama Śmierć. Tarzając się rankiem, chcą się oczyścić, lecz kalają w ten sposób ziemię, po której nie wolno w tym miejscu stąpać człowiekowi.

Siwek leżał pod starą jabłonką. Widać było, że minionej nocy przeżył biedaczysko zbyt wiele; to co widziały jego oczy, pozostawiło w nich trwałe przerażenie. Nie było dla niego ratunku. Zrobiłem mu kilka zdjęć. Naturalizm tej sceny byl porażający. Koń rżąc i rzucając grzywą usiłował wstać, czuł już, że otaczająca go wilgotna mgła niesie ze sobą śmierć, która pewnie ukazała mu się już w całej mizerii minionej nocy. Perspektywa ostatecznego wybawienia od ciężkiej doli nie była dla niego pocieszeniem. Zostawiłem go sam na sam z zimną damą...

Ziemia, na której wytarzał się koń, uchodzi za skalaną.

W Radauti mżawka zamieniła się w deszcz. Minąłem stadion, na którym kilka miesięcy wcześniej, w październiku widziałem tłum ludzi. Myśląc, że to kibice miejscowej drugoligowej drużyny piłkarskiej, udałem się wówczas w jego kierunku. Dziwiło mnie, ze wszyscy pozdrawiają mnie ukłonami. Cóż za pomyłka! Nie było tam żadnego meczu, a jedynie religijna uroczystość świadków Jehowy. Chrzest w Rumunii mógł być pasjonujący, ale niekoniecznie musiał oznaczać przejście na obcą w tej scenerii wiarę. Wtedy postanowiłem, że lepiej szukać dalej. Podjechałem do największej w mieście cerkwi. W restauracji naprzeciwko niej znajomy kelner podał mi ciorbę de Radautiana - specjalność miejscowej kuchni, do tego obowiązkową butelkę wina i bardzo ostre małe papryki. Spacer w grudniowym zimnym deszczu nie sprawiał mi dużej przyjemności. Ba, żadnej przyjemności...

Najedzony, chętnie opuszczałem miasto udając się w kierunku Suczawy (Suceava). Jadąc mijałem niewielkie kościoły katolickie i puste zbory protestanckie. W miastach w tej części Europy jest z reguły po kilka cerkwi i opuszczone, stare, okazałe synagogi. Wszystko to razem daje całkiem pokaźne świadectwo stałej obecności Jedynego Boga.

Suczawa okazała się równie dżdżysta i błotnista. Na placu targowym panował dodatkowo dość tradycyjny bałagan. Tam właśnie skierowałem swoje pierwsze kroki, bo to najlepsze miejsce, by nawdychać się aromatów miasta, jego towarów, tanich jadłodajni i wystających w nich ludzi. Część targowiska znajdowała się w hali, w której ludzie w mokrych, szarych kurtkach kupowali warzywa. Parowali przy tym obficie, pozbywając się nadmiaru wody z odzieży. Dookoła unosił się zapach potu i zgrzebnych ubrań, wszystko to wymieszane z wonią wielu gatunków mielonej papryki, oliwek, chałwy i ziół. Bezwiednie oddawałem się przez dłuższą chwilę wchłanianiu tych zapachów, a kiedy zaczęło mi się kręcić w głowie, wyszedłem na odkrytą część targu, pełną przybyszów zza pobliskiej wschodniej granicy. W tym miejscu oznaczało to mieszkańców poradzieckiej Mołdawii, najczęściej mówiących po rosyjsku. Zresztą tych, którzy mówili po rumuńsku, nie byłem w stanie odróżnić od Rumunów.

Wdałem się w rozmowę z kobietami sprzedającymi futrzane czapki ze srebrnych lisów. Były one modne także w Polsce jakieś trzydzieści lat po drugiej wojnie światowej. Język rosyjski, jak nigdy dotąd, brzmiał dla mnie niezwykle swojsko i przyjaźnie. Było to wynikiem otoczenia, które brzmiało rumuńsko, a więc bardziej obco. Przysłuchujący się nam tutejszy mężczyzna splunął gęstą śliną. Do jego uszu docierała niezrozumiała słowiańska mowa, która jego rodakom bardzo źle się kojarzyła. Całe szczęście, że nie rozumiał narzekań Rosjanki w utlenionych blond lokach, na mołdawską biedę. Z wielką tęsknotą wspominała ona minioną potęgę radzieckiej ojczyzny. Była w tym charakterystyczna dla Rosjan nutka panslawizmu: „My, Słowianie, to wielka siła" - powiedziała do mnie. „...Oczywiście pod warunkiem, że na czele bratnich narodów stoją Rosjanie" - dokończyłem za nią w myślach. Jak to dobrze, że Rumuni jako jedyny naród dawnego Układu Warszawskiego nie uczyli się w szkole języka rosyjskiego! Gdyby było inaczej, targowe wywody Rosjanki mogłyby się dla mnie zakończyć dość niesympatycznie.

Opuściwszy targowisko, poczułem olbrzymie zmęczenie i zacząłem poszukiwania miejsca, gdzie w spokoju mógłbym doczekać do wieczora. Miałem kilka godzin do chwili, kiedy to powinienem się udać do domu przyjaciół. Przyglądałem się ludziom, szukając wśród nich znajomych twarzy. W kawiarniach rozpoznawałem kelnerki, którym poprzednio robiłem zdjęcia. Znałem je doskonale z fotografii, natomiast one z trudem przypominały sobie chwile sprzed paru miesięcy. Usiadłem w jednym z barów. Latem było tu gwarno i wesoło, teraz cicho i raczej smutno. Zamówiona turecka potrawa nie smakowała mi tak, jak kiedyś. Pomyślałem, że może jest tak z winy mniej uśmiechniętych kelnerek?

Przed świętami Rumunia wydawała mi się smutniejsza niż zwykle. W znajomym sklepie ze sprzedawanym prosto z beczek winem rozpoznał mnie Liviu, w jednej osobie sprzedawca i właściciel. Nalewał wino do przynoszonych przez klientów, plastikowych butelek po napojach. Polecając mi różne gatunki, namawiał do degustacji. Wyszedłem rozochocony i zacząłem rozglądać się za miejscem, gdzie przy barze mógłbym się napić rumuńskiego wi-niaku. Znalazłem to, czego szukałem; usiadłem w gęstym dymie z papierosów, lustrując stojące na półkach butelki. Miejsce to było pełne tandetnych, amerykańskich gadżetów, wśród których wyróżniała się niezwykle sugestywna plastikowa ryba. W pierwszej chwili myślałem, że jest to bardzo dobrze spreparowane trofeum wędkarskie. Tymczasem była to plastikowa replika bassa wielko-gębowego - miała ona przypominać właścicielowi jego wędkarskie zwycięstwa odniesione na amerykańskim kontynencie.

Jidvei to jedna z najlepszych brandy na świecie. Wydawało mi się, że wypiwszy sporą ilość trunku powinienem być pijany, tymczasem otoczenie działało na mnie jak alkoholowe antidotum. Wreszcie mieszkanie Nelu Prodana. Ciepła woda (szybko, bo tylko do dwudziestej, później z przyczyn oszczędnościowych zostanie centralnie zakręcona. „To trochę tak, jak u Wielkiego Brata", pomyślałem, siedząc w wannie), wygodne łóżko, smaczna kolacja i nawet polska telewizja Polonia.

Opowieści o codziennym życiu w Rumunii były w tym czasie przesiąknięte smutkiem. Wracały jak widma ciągle te same nazwiska i fakty: Antonescu, Ceausescu, Iliescu, Tudor, faszyści, komuniści, brak pieniędzy.

Spałem niezwykle mocno i długo, a rano znów musiałem jechać w drogę. Czekała mnie jazda przez niemal cały kraj.

V

Przedświąteczne dni to czas prawdziwej kaźni tutejszych zwierząt. Zabijane na różne sposoby niemal w każdej zagrodzie, oddają swe życie świnie, nutrie, ryby, wszelkie ptactwo, zdarza się i owca, i cielaczek. Oprawiane w przydrożnych rowach martwe zwierzęta sprawiły, że moja podróż zaczęła mieć zapach krwi. Stosunek do zwierząt warunkowany jest wieloma społecznymi czynnikami. W Chinach racjonalizm, podparty koniecznością wyżywienia co czwartego człowieka na Ziemi, spowodował, że tamtejsze kuchnie pełne są zwierząt gdzie indziej niejadalnych lub wręcz budzących obrzydzenie. W Indiach, mimo równie olbrzymiej populacji ludzkiej, zwierzęta mają się często lepiej niż ludzie, darzy się je szacunkiem, modli do ich wizerunków. Konsekwencją takich zachowań jest tam popularność diety wegetariańskiej. W tych przedświątecznych dniach stwierdziłem, że Rumuni bliżsi są Chińczykom niż Hindusom. Kultura pasterska skrajnie podporządkowała zwierzęta człowiekowi. Pies, owca, świnia czy koń mają służyć ludziom dając im mięso, wełnę bądź swoją pracę. Zwierzęta nigdy nie powinny oczekiwać za to nagrody. Organizacjom zajmującym się ochroną zwierząt włos zjeżyłby się na głowie w zderzeniu z marnym losem tutejszych czworonogów. Wrażliwe panie prowadzące w telewizji popularne programy o zwierzętach powinny omijać z daleka Rumunię, zwłaszcza w przededniu świąt Bożego Narodzenia.

W tym karpackim kraju najpopularniejszym środkiem lokomocji jest furmanka z zaprzęgniętym do niej chudym koniem. Nieoświetlone wozy to plaga tutejszych dróg. Motel, w którym zatrzymałem się tej nocy, był wypadkową pogody i tego, co napisałem o zwierzętach. Dookoła w błocie taplały się łaciate świnie, w przydrożnym rowie gęsi walczyły między sobą o pożywienie. Cały budynek otoczony był psimi budami, w których na krótkich łańcuchach czuwały pokaźne kundle. Przy próbie podejścia do motelu od strony lasu zaczynały one potwornie ujadać. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby pozrywały się z łańcuchów. W okresie przedświątecznym cały kraj, niczym jedno wielkie targowisko, handlował świniami. Prowadzano te zwierzęta na sznurkach przywiązanych do tylnej nogi (ze świńskiej głowy pozbawionej szyi sznurek zsuwałby się bez przeszkód). W miastach świnie stały przywiązane do trzepaków lub, co było następnym aktem świńskiego dramatu, wisiały na owych trzepakach głową w dół, obficie brocząc krwią. W ciasnych uliczkach Sigiszoary, między średniowiecznymi kamienicami, rozpłatana świnia na ponadstuletnim bruku nie robiła na nikim, poza mną, większego wrażenia.