ROZBIERZ SIĘ, MIKOŁAJU  - Anna Margot - ebook
NOWOŚĆ

ROZBIERZ SIĘ, MIKOŁAJU ebook

Anna Margot

4,8

293 osoby interesują się tą książką

Opis

Kamila ma za sobą nieudany związek, złamane serce i niechęć do mężczyzn. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia za sprawą tajemniczego oraz piekielnie przystojnego mężczyzny. Wkracza on z impetem w życie kobiety, a pożądanie między nimi aż iskrzy. 
Gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku, los ponownie stawia na drodze Kamili jej dawną miłość. Sprawy zaczynają się komplikować… Bo jedna singielka, dwóch mężczyzn, rezolutna pięciolatka i kot to zapowiedź świątecznej katastrofy okraszonej zapachem pierniczków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 340

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (6 ocen)
5
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna historia pełna sekretów,humoru oraz nietuzinkowych wydarzeń.Polecam❤️
10
anna_hetka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka
10
malpiszon81

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna , wciągająca ,nie można się oderwać , polecam ❤️
00
aniapiekut

Dobrze spędzony czas

fajneee to było🤩
00



Wszyst­kim dziew­czy­nom, któ­re wie­rzą w Mi­ko­ła­ja.Aby przy­szedł do Was do­kład­nie taki, o ja­kie­go po­pro­si­cie.Grzecz­ny lub nie­grzecz­ny.

Rozdział 1

Kamila

– Cho­le­ra ja­sna – za­klę­łam, po­ty­ka­jąc się o wy­sta­ją­cą kost­kę bru­kową przed moim sta­rym wie­żow­cem przy uli­cy Ba­rzyń­skich.

Był po­nie­dzia­łek i wła­śnie wra­ca­łam z pra­cy ob­ła­do­wa­na tor­ba­mi. No do­bra. Nie wra­ca­łam tak pro­sto z pra­cy, bo po dro­dze za­ha­czy­łam jesz­cze o ga­le­rię han­dlo­wą. Mu­sia­łam so­bie ulżyć i od­re­ago­wać cały week­end ha­ła­sów za ścia­ną. Ro­zu­mia­łam re­mont, ale nie w nie­dzie­lę, do dia­bła! A no­wym są­sia­dom chy­ba bar­dzo spie­szy­ło się do prze­pro­wadz­ki, bo ro­bot­ni­cy uwi­ja­li się jak psz­czo­ły w ulu. Na­wet w nie­dzie­lę. Może nie uży­wa­li mło­ta pneu­ma­tycz­ne­go, ale przez ścianę, któ­ra gra­ni­czy­ła z moją sy­pial­nią, wy­raź­nie sły­sza­łam zry­wa­nie sta­rej pod­ło­gi czy rzu­ca­nie na­rzę­dzia­mi. Zwy­kłą wier­tar­kę też dało się usły­szeć kil­ka razy.

Kie­dy dziś rano, cze­ka­jąc na win­dę, wi­dzia­łam, jak eki­pa re­mon­to­wa wcho­dzi­ła z róż­ny­mi na­rzę­dzia­mi i urzą­dze­nia­mi, któ­re już z da­le­ka wy­glą­da­ły na ro­bią­ce dużo ha­ła­su, po­sta­no­wi­łam nie wra­cać od razu po pra­cy do domu. Mu­sia­łam się zre­lak­so­wać w skle­pach z ciu­cha­mi.

Ode­tchnę­łam z ulgą, gdy wie­czo­rem w dro­dze po­wrot­nej, przy wej­ściu do klat­ki, mi­nę­łam się z pra­cow­ni­ka­mi fir­my re­mon­to­wej. Wje­cha­łam na swo­je czwar­te pię­tro i rzu­ci­łam okiem w stro­nę drzwi są­sia­du­ją­cych z mo­imi. Było po­sprzą­ta­ne i pa­no­wa­ła bło­ga ci­sza. Gdy we­szłam do swo­je­go miesz­ka­nia, zdą­ży­łam od­sta­wić tor­by i od­wie­sić płaszcz, kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon.

– Ka­mi­la, nie uwie­rzysz! – pi­snę­ła do słu­chaw­ki moja o dwa lata młod­sza sio­stra, Ka­ro­li­na. – Mam dla nas pre­zent na Hal­lo­we­en.

– A od kie­dy ro­bi­my so­bie pre­zen­ty z tej oka­zji? – zdzi­wi­łam się.

– Od kie­dy mam trzy bi­le­ty na wy­stęp „Hot Fire Boys” – do­da­ła, nie kry­jąc eks­cy­ta­cji. I to ta­kiej, od któ­rej pra­wie ogłu­chłam.

– Jak? Wej­ściów­ki po­dob­no wy­prze­da­ły się w dwa dni. – Wie­dzia­łam to, bo sama pró­bo­wa­łam je zdo­być.

– Od­ku­pi­łam od zna­jo­mej z pra­cy. W so­bo­tę ru­szam na naj­lep­szych chip­pen­da­le­sów w kra­ju!!! – pisz­cza­ła jesz­cze bar­dziej. – Za­bie­ra­my Kor­ne­lię – wspo­mnia­ła na­szą naj­młod­szą sio­strę.

– I do­pie­ro te­raz mi o tym mó­wisz?!

– Bo to miał być pre­zent. Boże, nie mogę uwie­rzyć, że zo­ba­czę Ju­ana Car­lo­sa na żywo. Te jego ta­tu­aże. Mrrr…

– Albo ta­jem­ni­czy Zor­ro, wiecz­nie w ma­sce – do­da­łam roz­ma­rzo­nym to­nem. – My­ślisz, że ten jego sek­sow­ny wą­sik jest praw­dzi­wy?

– Wą­sik nie jest sek­sow­ny – od­par­ła z prze­ką­sem. – Moim zda­niem, dużo le­piej wy­glą­dał­by bez nie­go.

– Nie mam się w co ubrać! – krzyk­nę­łam prze­ra­żo­na. A po­tem spoj­rza­łam na moje dzi­siej­sze zdo­by­cze, kry­ją­ce się w tor­bach z lo­ga­mi sie­cio­wych skle­pów odzie­żo­wych.

– Masz. Ty, ko­cha­na, aku­rat masz. Two­ja gar­de­ro­ba jest cała w su­kien­kach, tu­ni­kach i sek­sow­nych blu­zecz­kach. Dla­te­go, tak jak za każ­dym ra­zem zresz­tą, bę­dzie­my z Kor­ne­lią u cie­bie w so­bo­tę po szes­na­stej i coś wy­bie­rze­my.

– Czy­li zno­wu bę­dzie­cie ko­rzy­stać z mo­jej sza­fy? – za­py­ta­łam re­to­rycz­nie, bo to było tak oczy­wi­ste jak słoń­ce w lip­cu w Egip­cie. Od­ru­cho­wo też prze­su­nę­łam nogą moje tor­by pod kon­so­lę, jak­bym już te­raz chcia­ła scho­wać nowe łupy przed młod­szy­mi sio­stra­mi.

– Przyj­dzie­my z wi­nem – do­da­ła Karo.

– Za­wsze przy­cho­dzi­cie z wi­nem – od­par­łam.

– I za­wsze ubie­ra­my się w two­je ciu­chy. Nie­któ­re rze­czy się nie zmie­nia­ją, sio­stra.

– W ta­kim ra­zie nie za­po­mnij­cie ku­pić po dro­dze ja­kie­goś su­shi czy coś.

– Ni­g­dy nie za­po­mi­na­my o prze­ką­skach, kie­dy do cie­bie wbi­ja­my – za­uwa­ży­ła.

– Wiem, wiem. Rany bo­skie, idzie­my na po­kaz tan­ce­rzy ero­tycz­nych! – za­pisz­cza­łam.

– Tak, sio­stro. Do­tar­ło to już do ostat­nie­go zwo­ju mó­zgo­we­go? – sark­nę­ła z uśmie­chem.

– I bę­dzie­my pisz­czeć, krzy­czeć i sko­wy­czeć, jak­by­śmy mia­ły IQ spa­ra­li­żo­wa­nej ston­ki?

– Oczy­wi­ście – po­twier­dzi­ła z peł­ną mocą.

– W ta­kim ra­zie do zo­ba­cze­nia.

*

W so­bo­tę sie­dzia­łam z sio­stra­mi w moim sa­lo­nie.

– We­so­łe­go Hal­lo­we­en! – krzyk­nę­ła Ka­ro­li­na, chwy­ta­jąc za swój kie­li­szek.

– Hal­lo­we­en jest do­pie­ro po­ju­trze – przy­po­mnia­łam i też pod­nio­słam swo­ją lamp­kę.

– Ale my, ko­bie­ty pra­cu­ją­ce w po­nie­dzia­łek, świę­tu­je­my w so­bo­tę, żeby nie iść do pra­cy z bó­lem gło­wy.

– Do­kład­nie – wtrą­ci­ła naj­młod­sza Kor­ne­lia, upi­ja­jąc łyk. – Po im­pre­zie w po­nie­dzia­łek mu­sia­ła­bym wziąć L4 mi­ni­mum do śro­dy.

– Ty? – Ka­ro­la wska­za­ła na nią pal­cem. – Ty nie masz jesz­cze trzy­dziest­ki. Ja to już mogę od­czu­wać zło­śli­we skut­ki pi­cia wód­ki.

– Za­raz wam przy­wa­lę, se­rio – obu­rzy­łam się. – Je­stem z was naj­star­sza. Co ja w ta­kim ra­zie mam po­wie­dzieć? – uda­łam obu­rze­nie, bio­rąc Klu­ska, mo­je­go sza­re­go ko­cu­ra, na ko­la­na.

Sio­stry spoj­rza­ły na mnie, a po­tem po so­bie.

– Wiesz, masz trzy­dzie­ści trzy lata, nie masz fa­ce­ta i siłą trzy­masz spa­słe­go kota na ko­la­nach, żeby ci nie uciekł – po­wie­dzia­ła Kor­ne­lia.

– Je­stem sil­ną i nie­za­leż­ną ko­bie­tą – od­par­łam.

– Mama na­zwa­ła­by to ina­czej – za­chi­cho­ta­ła Ka­ro­la.

– Zrzę­dli­wa sta­ra pan­na!!! – wy­re­cy­to­wa­ły chó­rem moje obie sio­stry.

Nie­na­wi­dzi­łam ich. No do­bra, to nie­praw­da. Ko­cha­łam je naj­bar­dziej na świe­cie, mia­ły­śmy nie­sa­mo­wi­tą więź, a środ­ko­wa Ka­ro­li­na była moją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką.

– Gdy by­łam w wie­ku Ka­mi­li – Kor­ne­lia ob­ni­ży­ła głos o dwa tony, pró­bu­jąc na­śla­do­wać na­szą mat­kę – ty mia­łaś już pięć lat, a przy­po­mi­nam, że je­steś czte­ry lata od niej młod­sza.

– Do­bra, zmień­my te­mat – za­de­cy­do­wa­ła Ka­ro­la, roz­le­wa­jąc do koń­ca bu­tel­kę wina. – Jak tam nowi, upo­rczy­wi są­sie­dzi?

– W za­sa­dzie jesz­cze ich nie po­zna­łam. Na szczę­ście ha­ła­sy uci­chły, więc ob­sta­wiam, że re­mont już się skoń­czył. – Upi­łam łyk. – W ty­go­dniu wi­dzia­łam, jak fir­ma prze­pro­wadz­ko­wa wno­si­ła me­ble, więc pew­nie nie­ba­wem ich po­znam.

– Oby nie byli tak ha­ła­śli­wi jak ich eki­pa re­mon­to­wa. – Kor­ni wznio­sła to­ast swo­im kie­lisz­kiem. Po­szły­śmy z Ka­ro­lą jej śla­dem. – Do­bra – po­wie­dzia­ła, kie­dy opróż­ni­ła swo­ją lamp­kę. – To te­raz po­każ, co masz no­we­go w gar­de­ro­bie. – Po tych sło­wach wsta­ła ener­gicz­nie.

– Dla­cze­go za­wsze mi pod­kra­da­cie ciu­chy?

– Bo cie­bie stać i masz naj­lep­sze – od­par­ła.

– Ostat­nio nie ku­pi­łam nic no­we­go.

– Tak? To po co cho­dzi­łaś po ga­le­riach przez ostat­nie ty­go­dnie?

– Żeby nie sie­dzieć w tym ha­ła­sie.

– I ku­pić nowe ciu­chy – do­po­wie­dzia­ła naj­młod­sza sio­stra. – No da­lej. Po­ka­zuj.

Ru­szy­ła do mo­jej sy­pial­ni. Da­le­ko nie mia­ła. Ja­kieś sześć kro­ków.

Moje lo­kum było małe, ale gar­de­ro­ba, któ­rą uda­ło mi się wy­go­spo­da­ro­wać z czę­ści, była moim crème de la crème1 ca­łe­go miesz­ka­nia.

– Ożeż ty w mor­dę! – krzyk­nę­ła. Zna­łam ją do­brze i mo­głam się za­ło­żyć, że wła­śnie zo­ba­czy­ła czer­wo­ną, ob­ci­słą mini ze zło­ty­mi zdo­bie­nia­mi.

– Nie! – od­krzyk­nę­łam. – Tej nie mo­żesz.

– Skąd wiesz, co chcę?

– To moja świą­tecz­na su­kien­ka. Odłóż ją.

– Ale sio­strzycz­ko moja uko­cha­na – za­czę­ła la­ment, choć obie wie­dzia­ły­śmy, że to nic nie da. Wie­dzia­ła to też środ­ko­wa z nas, Ka­ro­li­na.

– Dwa kro­ki w lewo, dru­gi od ścia­ny drą­żek te­le­sko­po­wy. Wy­suń go i na trze­cim wie­sza­ku jest coś dla cie­bie – po­in­stru­owa­łam.

– Ta nie­bie­ska z ce­ki­na­mi? – za­py­ta­ła, choć do­brze wie­dzia­ła, że je­że­li cho­dzi­ło o moją gar­de­ro­bę, to w środ­ku nocy po­tra­fi­łam wska­zać lo­ka­li­za­cję każ­dej, na­wet rzad­ko uży­wa­nej rze­czy.

– Ja po­ży­czę te skór­ko­we spodnie – po­in­for­mo­wa­ła sie­dzą­ca obok mnie śred­nia sio­stra. – I te czer­wo­ne, la­kie­ro­wa­ne szpil­ki.

– Coś jesz­cze? – Spoj­rza­łam na nią krzy­wo. Nie­ste­ty zna­ła mnie i wie­dzia­ła, że za­wsze jej i Kor­ne­lii po­ży­czę na­wet naj­droż­szą parę szpi­lek.

– Nie. Blu­zecz­kę mam swo­ją. – Wy­pię­ła pierś.

– Kor­ni, weź le­gin­sy dla Karo! – krzyk­nę­łam, wy­chy­la­jąc się z ka­na­py. Jak­by wsta­nie z niej i przej­ście trzech me­trów sta­no­wi­ło dla mnie ol­brzy­mi pro­blem. – Dru­gi re­gał, trze­cia pół­ka, lewy sto­sik na sa­mym dole!

– Szpil­ki. Pa­mię­taj o szpil­kach. – Ka­ro­la dźgnę­ła mnie pal­cem. – Po­daj jej współ­rzęd­ne czer­wo­nych szpi­lek.

– Szpil­ki wi­dzę! – od­krzyk­nę­ła naj­młod­sza. – Sior­ka, mia­łaś ra­cję, ta nie­bie­ska leży, jak­by była pro­jek­to­wa­na dla mnie.

Mo­głam iść o za­kład, że na pew­no te­raz prze­glą­da­ła się w lu­strze.

Po chwi­li za­mknę­ła drzwi i zga­si­ła świa­tło.

– Za­bierz z lo­dów­ki ko­lej­ne wino – po­pro­si­ła śred­nia sio­stra, roz­le­wa­jąc resz­tę Car­lo Ros­si z dru­giej bu­tel­ki.

– Wie­cie, co mnie za­sta­na­wia? – Naj­młod­sza usiadła na ka­na­pie w mo­jej no­wej, nie­bie­skiej su­kien­ce. – „Hot Fire Boys” są od nas, w sen­sie z ku­jaw­sko-po­mor­skie­go, chy­ba na­wet z To­ru­nia, przy­naj­mniej dwóch z nich na pew­no, a tak rzad­ko u nas tań­czą. Ostat­nio ze trzy lata temu za­ha­czy­li o ja­kiś klub.

– Fak­tycz­nie. W Byd­gosz­czy byli co praw­da rok temu la­tem, ale nie uda­ło nam się zdo­być bi­le­tów – do­da­ła środ­ko­wa z nas.

– Pa­mię­tam – po­wie­dzia­łam z za­du­mą.

– Byli w okro­jo­nym skła­dzie, a i tak wej­ściów­ki ro­ze­szły się na pniu.

– Resz­ta to same od­le­głe lo­ka­li­za­cje. – Ka­ro­la zmru­ży­ła oczy, jak­by mia­ło jej to po­móc w my­śle­niu. – A nasz ob­szar omi­ja­ją sze­ro­kim łu­kiem. Cie­ka­we dla­cze­go?

– Nie ma co gdy­bać. Mamy za­je­bi­stą sio­strę Ka­ro­li­nę, któ­ra ogar­nę­ła nam wej­ściów­ki, więc kończ­my to wino i idzie­my za­cho­wy­wać się jak pu­ste la­ski, któ­re w mó­zgu mają tyl­ko je­den zwój wię­cej od kury – po­na­gli­ła naj­młod­sza. – Bę­dzie­my pisz­czeć i wyć, jak­by­śmy ni­g­dy na oczy nie wi­dzia­ły umię­śnio­nej kla­ty i moc­no wy­pu­kłych maj­tek.

– Ja za to wy­pi­ję. – Ka­ro­la unio­sła swój kie­li­szek. – Ta­kich wy­pu­kłych i to pię­ciu na raz to na żywo jesz­cze nie wi­dzia­łam. Za umię­śnio­ne, opa­lo­ne kla­ty, sio­stry! – Wznio­sła to­ast. – Ty pew­nie wy­pi­jesz za wąsa, co nie, Kami? – Po­sła­ła mi szy­der­czy uśmiech.

1. Crème de la crème – fran­cu­skie okre­śle­nie na coś wy­jąt­ko­we­go, naj­lep­sze­go.

Rozdział 2

Kamila

Wie­czo­rem, ubra­ne jak eks­klu­zyw­ne pa­nie do wy­na­ję­cia, we­szły­śmy do klu­bu i za­ję­ły­śmy miej­sca przy sa­mej sce­nie. Przy sa­mej sce­nie!

– O Jezu, Jezu, Jezu!!! – eks­cy­to­wa­ła się naj­młod­sza z nas. – Nie wie­rzę! Se­rio, nie wie­rzę! Sie­dzi­my w pierw­szym rzę­dzie. – Pod­ska­ki­wa­ła na krze­śle. – Ka­ro­la, je­steś naj­lep­szą sio­strą na świe­cie!

– Ta­aak? – Po­sła­łam jej wy­mow­ne spoj­rze­nie. – Ostat­ni raz wzię­łaś co­kol­wiek z mo­jej gar­de­ro­by. Zresz­tą, wdra­ża­my to od te­raz. Ścią­gaj tę su­kien­kę. W tej chwi­li – na­ka­za­łam żar­to­bli­wie, wska­zu­jąc słom­ką na mój ciuch.

– Prze­pra­szam Kami, ale na­wet gdy­by to była bluz­ka od sa­me­go Ral­pha Lau­re­na, nie mo­gła­by się rów­nać z tym. – Za­to­czy­ła ręką koło, po­ka­zu­jąc sto­lik pod sa­mym po­de­stem. – I na­wet ty mu­sisz to przy­znać.

– Przy­zna­ję – wes­tchnę­łam.

– Kur­de, ja też nie wierzę, że zo­ba­czę z tak bli­ska Ju­ana Car­lo­sa – za­czę­ła Ka­ro­li­na. – Może po­zwo­lił­by mi po­li­zać swo­je­go węża.

– Ka­ro­la! – wark­nę­łam przez zęby i ro­zej­rza­łam się po sali, spraw­dza­jąc, czy aby nikt jej nie usły­szał.

– O ta­tu­ażu na pier­si mó­wię – za­śmia­ła się śred­nia sio­stra. – Zbe­reź­ni­co – do­da­ła i pac­nę­ła mnie w ra­mię.

– Prze­cież ich na­wet do­tknąć nie moż­na – przy­po­mnia­ła za­sa­dy Kor­nel­ka. – Na­wet je­śli we­zmą cię na sce­nę. – O Boże! – krzyk­nę­ła, jak­by coś so­bie uświa­do­mi­ła. – Sie­dzę pod samą sce­ną. – Na­gle ści­szy­ła głos do szep­tu. – Se­rio mam szan­sę, że mnie wy­bio­rą – po­wie­dzia­ła de­li­kat­nie, jak­by nie chcia­ła za­pe­szyć swo­ich słów.

– Prę­dzej Zor­ro ścią­gnie ma­skę, niż któ­raś z nas wy­lą­du­je na sce­nie – od­par­łam, choć w trze­wiach za­bul­go­ta­ła mi eks­cy­ta­cja na samą myśl, że Zor­ro mógł­by mnie tam za­pro­sić. Z ca­łej piąt­ki go­rą­cych chło­pa­ków to wła­śnie on, li­der ze­spo­łu, po­do­bał mi się naj­bar­dziej. Za­pew­ne przez tę cho­ler­ną ma­skę, któ­ra za­sła­nia­ła mu pół twa­rzy, two­rząc otocz­kę ta­jem­ni­czo­ści.

– On ni­g­dy jej nie ścią­ga – za­uwa­ży­ła Kor­ne­lia.

Ooo, wła­śnie to.

Na­gle świa­tła przy­ga­sły, a szme­ry na sali uci­chły. Mu­zy­ka zmie­ni­ła się z ci­chej i sub­tel­nej na gło­śniej­szą i ostrzej­szą. Kur­ty­na pod­nio­sła się i uka­za­ło się pięć sek­sow­nych, umię­śnio­nych ciał. Każ­dy w czar­nych spodniach i do­pa­so­wa­nej ko­szu­li. Każ­dy nie­ziem­sko przy­stoj­ny. To zna­czy tak po­dej­rze­wa­łam, że każ­dy, bo ten po­środ­ku, osła­wio­ny na ska­lę kra­jo­wą, Zor­ro, miał w więk­szo­ści za­kry­tą twarz. Tą iry­tu­ją­co sek­sow­ną, czar­ną ma­ską. Sze­ro­kim od brwi do pra­wie czub­ka nosa, je­dwab­nym pa­skiem ma­te­ria­łu, z wy­cię­cia­mi na oczy. Ca­ło­ści do­peł­niał sek­sow­ny, na­da­ją­cy jesz­cze wię­cej ta­jem­ni­czo­ści, cien­ki wąs.

Już na dzień do­bry po­le­cia­ły zre­mik­so­wa­ne nuty I Like To Move It, a chłop­cy za­czę­li swój układ. Pi­ski na wi­dow­ni roz­le­gły się od pierw­sze­go tak­tu, a kie­dy męż­czyź­ni syn­chro­nicz­nie, jed­nym szarp­nię­ciem roz­pię­li swo­je ko­szu­le, przy­łą­czy­łam się i sama za­czę­łam wi­wa­to­wać. Ob­ser­wo­wa­łam ich z za­an­ga­żo­wa­niem, sta­ra­jąc się na­wet nie mru­gnąć, aby nie stra­cić żad­nej na­no­se­kun­dy z wy­stę­pu.

Po skoń­czo­nej pio­sen­ce przy­wi­ta­li się z pu­blicz­no­ścią. Wy­da­wa­ło mi się, że Juan Car­los pu­ścił oko w stro­nę na­sze­go sto­li­ka.

– Aaaa!!! – za­pisz­cza­ła śred­nia sio­stra.

Czy­li jed­nak mi się nie wy­da­wa­ło.

Mimo że tan­ce­rze za­czę­li od wy­so­kie­go C, te­raz tro­chę zwol­ni­li. Jed­nak da­lej było go­rą­co, po­nie­waż sen­su­al­nie po­ru­sza­li bio­dra­mi do ryt­mu pio­sen­ki Joe Coc­ke­ra. Niby zwol­ni­li, ale to wca­le nie ochło­dzi­ło at­mos­fe­ry. Mia­łam wra­że­nie, że pod­grza­li ją tym jesz­cze bar­dziej.

– Wła­śnie ża­łu­ję, że ze­rwa­łam z Bart­kiem – ode­zwa­ła się nie­spo­dzie­wa­nie Karo.

Spoj­rza­łam na nią, nie wie­dząc, o czym kon­kret­nie my­śla­ła. Jej eks był uza­leż­nio­nym od ha­zar­du skur­czy­sy­nem. Każ­dą sumę prze­wa­lał na au­to­ma­tach.

– Nie ku­mam – przy­zna­łam w koń­cu.

– Prze­cież ja stąd wyj­dę tak na­pa­lo­na, że ze dwa wi­bra­to­ry w domu za­ja­dę – za­śmia­ła się. – A Bar­tek, jaki był, taki był, ale sek­sić to on umiał – wy­ja­śni­ła roz­ma­rzo­nym to­nem.

– Se­rio, do­szła­byś, le­żąc pod Bar­to­szem?

– Wy­obra­zi­ła­bym so­bie Ju­ana Car­lo­sa i mia­ła­bym or­gazm wie­lo­krot­ny.

– Je­steś jeb­nię­ta – skwi­to­wa­łam.

– Wiem – od­par­ła z za­do­wo­le­niem.

– Ja pier­dzie­lę. Zej­dę na za­wał od tej ilo­ści te­sto­ste­ro­nu – jęk­nę­ła naj­młod­sza.

– Je­śli ty przed trzy­dziest­ką spo­dzie­wasz się za­wa­łu, to co nam może gro­zić? – Ka­ro­la wska­za­ła pal­cem na sie­bie i mnie.

– Udar lub wy­lew – od­par­ła Kor­ne­lia. – Ci­cho. Znów wy­cho­dzą.

W tym cza­sie męż­czyź­ni prze­bra­li się za po­li­cjan­tów. Sek­sow­nych po­li­cjan­tów. I cho­le­ra, od razu zrzu­ci­li czap­ki. Dla­cze­go nie w pu­blicz­ność? Wy­ko­na­li układ pod pio­sen­kę (lek­ko przy­spie­szo­ną na po­trze­by wy­stę­pu) z fil­mu Aka­de­mia po­li­cyj­na i roz­grza­li nas tak, że gdy­by nie ko­lej­na prze­rwa, po­dej­rze­wam, że wszyst­kie by­śmy się na nich rzu­ci­ły. My­śla­łam, że nie mogę być bar­dziej na­krę­co­na, ale wte­dy chłop­cy wró­ci­li jako me­cha­ni­cy sa­mo­cho­do­wi. Ścią­gnę­li ko­szu­le, a na­szym oczom po raz ko­lej­ny uka­za­ły się pięk­nie wy­rzeź­bio­ne kla­ty. Zwró­ci­łam uwa­gę na ta­tu­aż Zor­ro. Na ra­mie­niu miał wiel­kie „Z” utwo­rzo­ne z czar­no-czer­wo­nych pą­ków róż. Cud­ne.

Na­gle je­den z chło­pa­ków – bo­daj­że Nor­bi – ze­sko­czył ze sce­ny, pod­szedł do na­sze­go sto­li­ka i wy­cią­gnął rękę do na­szej naj­młod­szej sio­stry. Kor­ne­la pra­wie się po­si­ka­ła z eks­cy­ta­cji. Boże, ja sama le­d­wo nie po­pu­ści­łam. Za­raz po nim zszedł Juan Car­los i zro­bił to samo z moją śred­nią sio­strą, Ka­ro­li­ną. Nie za­zdro­ści­łam. No może tro­chę, ale to była taka zdro­wa za­zdrość. One odzie­dzi­czy­ły fi­gu­ry po ma­mie i były dużo szczu­plej­sze niż ja.

– Nie żal wam, że wa­sza ko­le­żan­ka zo­sta­ła sama? – zwró­cił się Zor­ro do mo­ich sióstr. Chłop­cy mie­li przy­kle­jo­ne do żu­chwy mi­kro­fo­ny, któ­re po­ma­ga­ły w na­wią­za­niu kon­tak­tu z pu­blicz­no­ścią. A męż­czy­zna w czar­nej opa­sce na oczkach da­lej nie spusz­czał ze mnie wzro­ku. Przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wa­ło, przez sła­be oświe­tle­nie sce­ny i tę cho­ler­ną ma­skę.

– To na­sza sio­stra, nie ko­le­żan­ka – od­par­ła Ka­ro­la.

– Trzy sio­stry? – Zor­ro się zdzi­wił. – Tym bar­dziej po­win­na do nas do­łą­czyć, nie są­dzi­cie? – za­py­tał re­to­rycz­nie, a po­tem prze­niósł pa­lec za ucho i wy­łą­czył mi­kro­fon.

Je­den z chło­pa­ków do­sta­wił ko­lej­ne krze­sło, a li­der ze­spo­łu ze­sko­czył ze sce­ny. Nie kło­po­tał się bocz­ny­mi scho­da­mi jak jego to­wa­rzy­sze, tyl­ko efek­ciar­sko sko­czył z po­de­stu, wprost przede mnie. Uśmiech­nął się szel­mow­sko. Moje ser­ce za­trzy­mało się, jak­by za­po­mnia­ło, jak pom­po­wać krew.

– Po­zwo­li pani? – Wy­cią­gnął w moją stro­nę tę silną, umię­śnio­ną rękę. Tak, tę z ta­tu­ażem. Tyl­ko głu­pia by od­mó­wi­ła.

Wsta­łam i ru­szy­łam w stro­nę scho­dów. Jed­nak w po­ło­wie dro­gi zo­sta­łam pod­cię­ta w ko­la­nach i pod­nie­sio­na przez ma­syw­ne ra­mio­na. Po­czu­łam ostry, ale bar­dzo przy­jem­ny, piż­mo­wy za­pach, a za chwi­lę ciar­ki na cie­le. Zor­ro wniósł mnie po scho­dach i po­sa­dził na krze­śle obok mo­ich sióstr.

Męż­czyź­ni wy­ko­na­li bar­dzo sek­sow­ny ta­niec tyl­ko dla nas. Przy pio­sen­ce Ear­ned It ze­spo­łu The We­eknd (oczy­wi­ście od­po­wied­nio zmik­so­wa­nej), sta­nę­li nad każ­dą z nas okra­kiem i zmy­sło­wo po­ru­sza­li bio­dra­mi.

– Jak do­brze, że na­ła­do­wa­łam wi­bra­tor. – Za­śmia­łam się ner­wo­wo do sie­dzą­cej obok Kor­ni.

Zor­ro zła­pał ręką opar­cie mo­je­go krze­sła i na­chy­lił się nade mną.

– I bę­dziesz my­śla­ła o mnie? – za­py­tał chra­pli­wie.

O cho­le­ra.

Prze­łknę­łam śli­nę, a moja twarz na pew­no na­bra­ła ru­mień­ców. Zor­ro na­dal ru­szał bio­dra­mi i tyl­ko mi­li­me­try dzie­li­ły na­sze klat­ki pier­sio­we od sie­bie.

No otrzyj się o mnie, cho­le­ro.

– Od­po­wiedz – szep­nął tak, że tyl­ko ja go sły­sza­łam.

– Wolę wy­obra­żać so­bie De­ad­po­ola – od­par­łam har­do, żeby za­cho­wać cho­ciaż część god­no­ści.

– Kła­miesz. – Mu­snął war­ga­mi moje ucho.

– Po­waż­nie. Zor­ro jest prze­sta­rza­ły – cią­gnę­łam, pró­bu­jąc oprzeć się jego ma­gne­ty­zmo­wi, a ten był sil­niej­szy niż ma­gnes w He­fei2.

– Nie­ład­nie tak kła­mać – mó­wił, da­lej wy­ko­nu­jąc układ ta­necz­ny, ale na­wet na chwi­lę nie ode­rwał ode mnie tych czar­nych jak wę­giel oczu. – Po­wiedz praw­dę.

– Żeby ci ego wy­bu­chło usza­mi? Bez szans.

– Do­brze. Mów, co chcesz. Obo­je wie­my, kogo bę­dziesz so­bie wy­obra­żać póź­nym wie­czo­rem, za­ba­wia­jąc się gu­mo­wym przy­ja­cie­lem – od­parł ci­cho to­nem ocie­ka­ją­cym ero­ty­zmem.

A ja na mo­ment zro­bi­łam się mo­kra. Daw­no nie mia­łam fa­ce­ta. Moje li­bi­do za­czy­na­ło sza­leć jak hor­mo­ny na­sto­lat­ki.

Na­gle dło­nie męż­czy­zny zna­la­zły się na sie­dze­niu krze­sła. Od­sko­czył do tyłu, wy­pro­sto­wał się w ko­la­nach, a ru­chy bio­der jed­no­znacz­nie wska­zy­wa­ły, że wła­śnie po­su­wał mnie przez ubra­nia. Już czu­łam tem­pe­ra­tu­rę pie­kiel­ne­go ko­tła, w któ­rym będę się sma­żyć, gdy umrę. A kie­dy spoj­rza­łam w jego czar­ne jak smo­ła oczy, po­my­śla­łam: A chuj, war­to bę­dzie.

Kie­dy Zor­ro od­su­nął się na dwa kro­ki i od­wró­cił w stro­nę pu­blicz­no­ści, chcia­łam na chwi­lę prze­krę­cić gło­wę i spraw­dzić, jak ra­dzi­ły so­bie moje sio­stry. Ale wte­dy męż­czy­zna jed­nym płyn­nym ru­chem wy­cią­gnął pa­sek ze szlu­fek. Sala za­pisz­cza­ła. Niby to la­ski z przo­du oglą­da­ły te­raz pra­cę mię­śni na jego tor­sie, ale to ja mia­łam przed no­sem naj­bar­dziej sek­sow­ne po­ślad­ki. Za to, co wła­śnie so­bie wy­obra­zi­łam, dia­beł w pie­kle do­rzu­cał drew­ka pod mój ko­cio­łek.

Nie wy­trzy­ma­łam. Moje dło­nie same wy­rwa­ły się i chwy­ci­ły te dwie rów­ne po­łów­ki doj­rza­łe­go ar­bu­za. I to ho­do­wa­ne­go na naj­wyż­szej kla­sy na­wo­zach.

Męż­czy­zna płyn­nym sko­kiem od­wró­cił się przo­dem do mnie i za­rzu­cił mi skó­rza­ny pa­sek na szy­ję. Na­stęp­nie lek­ko, acz sta­now­czo, po­cią­gnął, aż mu­sia­łam za­drzeć gło­wę. On w tym cza­sie na­chy­lił się nade mną tak, że od­dy­cha­li­śmy tym sa­mym po­wie­trzem.

– Je­steś bar­dzo nie­grzecz­ną dziew­czyn­ką – wy­mru­czał.

A moje majt­ki nada­wa­ły się już do wy­mia­ny.

Kie­dy pio­sen­ka się skoń­czy­ła, pa­no­wie od­pro­wa­dzi­li nas na miej­sce i ogło­si­li krót­ką prze­rwę. By­ły­śmy tak roz­grza­ne, że przy ba­rze, w ocze­ki­wa­niu na na­sze drin­ki, wy­pi­ły­śmy jesz­cze po dwa szo­ty.

*

Wró­ci­łam do domu w bar­dzo do­brym na­stro­ju. Nie pa­mię­tam, kie­dy by­łam tak zre­lak­so­wa­na. Hu­mo­ru nie ze­psu­ła­by mi na­wet re­mon­to­wa na­pier­da­lan­ka są­sia­dów. Ale do­cho­dzi­ła pół­noc, więc wia­do­mo, że o tej go­dzi­nie nikt ni­cze­go nie wier­cił.

Na­kar­mi­łam Klu­ska, któ­ry za­po­mniał o tym, że jadł przed moim wyj­ściem, i do­ma­gał się noc­ne­go przy­dzia­łu. Mia­łam tak do­bry na­strój, że do­stał gra­ti­so­we pół sa­szet­ki kar­my.

Po prysz­ni­cu, kie­dy le­ża­łam już w łóż­ku, do­sta­łam wia­do­mość od Kor­ne­lii. Wy­sła­ła mi link do po­stu na In­sta­gra­mie ze zre­mik­so­wa­nym, dwu­mi­nu­to­wym fil­mem z dzi­siej­sze­go wy­stę­pu.

Sior­ka2: Patrz 48 se­kun­da.

Nie od­pi­sa­łam. Oglą­da­łam ca­łość od po­cząt­ku z za­par­tym tchem. A kie­dy, we wska­za­nym przez sio­strę cza­sie, zo­ba­czy­łam sie­bie na krze­śle, z roz­pa­lo­ny­mi po­licz­ka­mi i ma­śla­nym spoj­rze­niem, wspo­mnie­nia tego, jak się wte­dy czu­łam, po­wró­ci­ły na peł­nej pe­tar­dzie. Nie bry­lo­wa­łam w in­ter­ne­tach, by­łam ra­czej ci­chym ob­ser­wa­to­rem i je­śli da­łam ko­muś kciu­ka w górę czy ser­dusz­ko, to naj­czę­ściej przez przy­pa­dek, jed­nak te­raz czu­łam, że mu­szę coś na­pi­sać. Szcze­gól­nie że fil­mik był zwień­czo­ny ka­drem, w któ­rym sio­stry i ja sie­dzia­ły­śmy na krze­słach, a nad każ­dą z nas, w jed­no­znacz­nej po­zie, gó­ro­wał męż­czy­zna z gołą kla­tą. „To­ru­nian­ki, je­ste­ście cu­dow­ne” – tak brzmiał na­pis koń­co­wy.

Nie my­śla­łam za dłu­go, a na­wet nie my­śla­łam wca­le, bo gdy­bym po­my­śla­ła choć przez se­kun­dę, to odło­ży­ła­bym te­le­fon na szaf­kę i po­szła­bym spać. Ale in­te­li­gent­na ina­czej, trzy­dzie­sto­trzy­let­nia Ka­mi­la Kot­kie­wicz na­la­ła so­bie wina, bo wie­czor­ny prysz­nic tro­chę ją otrzeź­wił, i na­pi­sa­ła ko­men­tarz w In­ter­ne­cie.

Kot­Ka: Cu­dow­ni chłop­cy! By­li­ście mega go­rą­cy.

Spoj­rza­łam z nie­sma­kiem na swój, po­żal się Boże, ko­men­tarz sta­rej pan­ny. Ale kogo ja chcia­łam oszu­kać? Mia­łam trzy­dzie­ści trzy lata i miesz­ka­łam z ko­tem. Zer­k­nę­łam jesz­cze na moje zdję­cie pro­fi­lo­we, na któ­rym wy­glą­da­łam, jak­bym mia­ła z osiem lat mniej. I pew­nie tak było, bo tę fot­kę mia­łam od po­cząt­ku za­ło­że­nia pro­fi­lu. Przy­glą­da­łam jej się chwi­lę. Nie mia­łam wte­dy pu­co­ło­wa­tych po­licz­ków, a pod­bró­dek też tyl­ko je­den. Przej­rza­łam ga­le­rię i zmie­ni­łam ob­ra­zek na zdję­cie Klu­ska. Uzu­peł­ni­łam swój kie­li­szek i jak na sta­rą pan­nę przy­sta­ło, za­czę­łam prze­glą­dać wszyst­kie rol­ki z pro­fi­lu Hot Fire Boys.

I na­gle na dol­nym pa­sku, przy trój­kąt­nej ikon­ce wia­do­mo­ści, po­ja­wi­ła się czer­wo­na kro­pecz­ka. Upi­łam łyk, klik­nę­łam i… O kur­ka.

Zor­ro: Je­steś on­li­ne? Aż tak do­brze cię roz­grza­łem, że już skoń­czy­łaś wspo­mnia­ną wcze­śniej za­ba­wę? A może te­raz oglą­dasz nasz wy­stęp, żeby na­krę­cić się przed run­dą dru­gą?

Zor­ro: I dla­cze­go zmie­ni­łaś tak szyb­ko zdję­cie głów­ne?

Opróż­ni­łam kie­li­szek na raz.

Jego zdję­cie pro­fi­lo­we po­ka­zy­wa­ło pół twa­rzy. Oczy­wi­ście to za­ma­sko­wa­ne pół.

Wpa­try­wa­łam się w tę wia­do­mość jak mój kot w wi­szą­ce na cho­in­ce bomb­ki i za­sta­na­wia­łam się, co od­pi­sać. Czy w ogó­le co­kol­wiek na­pi­sać. Kie­dy za­uwa­ży­łam na ekra­nie trzy pod­ska­ku­ją­ce kro­pecz­ki, wstrzy­ma­łam od­dech i cze­ka­łam.

Zor­ro: Może po­trze­bu­jesz po­mo­cy w stwo­rze­niu na­stro­ju?

Oooo, cho­le­ra. Na­strój już mam taki, że jak jesz­cze pod­krę­ci, to wy­buch­nę.

Zor­ro: Dla­cze­go mil­czysz? Gdzie jest ta od­waż­na, wy­zwo­lo­na ko­bie­ta sprzed kil­ku go­dzin?

Te­raz chy­ba po­win­nam już coś na­pi­sać. Tyl­ko co? Na­gle w mo­jej sy­pial­ni zro­bi­ło się dziw­nie go­rą­co.

Kot­Ka: Wy­trzeź­wia­ła.

Zor­ro: Na­praw­dę po­trze­bu­jesz al­ko­ho­lu, żeby za­ba­wić się sama ze sobą?

Nie ba­wi­łam się już w kul­tu­ral­ne pi­cie z kie­lisz­ka. Zła­pa­łam za bu­tel­kę i wzię­łam dwa so­lid­ne łyki.

Kot­Ka: Sama nie. Z tobą tak.

Po­nie­waż od­po­wiedź nie nad­cho­dzi­ła dłuż­szą chwi­lę, wy­sła­łam mu zdję­cie opróż­nio­nej do po­ło­wy bu­tel­ki wina.

Od­czy­tał wia­do­mość, ale mil­czał. Se­kun­dy się wy­dłu­ża­ły. Może nie po­win­nam była mu ni­cze­go wy­sy­łać? Prze­cież to jest zu­peł­nie obcy fa­cet. Rany, sta­ra ja, a głu­pia. Za­raz, ale prze­cież to on za­czął, to on na­pi­sał do mnie pierw­szy. I te­raz co? Roz­my­ślił się? A może li­czy na ja­kieś na­gie zdję­cia? A ja mu flasz­kę wy­sła­łam. O czym pi­sać z ob­cym fa­ce­tem?

Zor­ro: Wró­ci­my do tego, kie­dy nie bę­dziesz po­trze­bo­wa­ła pro­cen­to­wej od­wa­gi. Do­brej nocy, ko­cia­ku.

Co to, kur­de, mia­ło być?

Sfru­stro­wa­na rzu­ci­łam te­le­fo­nem na po­ściel. Upi­łam jesz­cze dwa łyki i za­snę­łam.

2. W He­fei (Chi­ny wschod­nie) uru­cho­mio­no ma­gnes, któ­ry osią­gnął pole ma­gne­tycz­ne o na­tę­że­niu 45,22 te­sli, czy­li po­nad mi­lion razy sil­niej­sze od pola ma­gne­tycz­ne­go Zie­mi.

Rozdział 3

Zorro

Dwa dni przed pierw­szym od lat wy­stę­pem w moim ro­dzin­nym mie­ście sie­dzia­łem na sali, w któ­rej tre­no­wa­li­śmy.

– Sie­ma, Zor. – Car­los wszedł przez drzwi i po­dał mi rękę. Był czwar­tek, czy­li nasz stan­dar­do­wy dzień prób. – Co ro­bisz?

– Prze­glą­dam na­de­sła­ne zgło­sze­nia – od­par­łem i wró­ci­łem wzro­kiem do te­le­fo­nu.

– Czy­li to już po­sta­no­wio­ne? Scho­dzisz z par­kie­tu?

– Tak. Prze­cież wiesz. Roz­ma­wia­li­śmy o tym nie raz. Nie daję już rady fi­zycz­nie i psy­chicz­nie chy­ba też.

– Ro­zu­miem.

– Co to za mina? Prze­cież was nie zo­sta­wiam. Je­stem ma­na­ge­rem i da­lej będę was tre­no­wał, prze­ra­biał z wami ukła­dy i uma­wiał wy­stę­py. Na­dal je­stem pół­sze­fem, jak ty. Po pro­stu re­zy­gnu­ję z wy­stę­pów.

– Tak, ale to już nie bę­dzie to samo. Tyle lat by­li­śmy dru­ży­ną, ze­spo­łem. A te­raz za­miast cie­bie, li­de­ra, ma się po­ja­wić ktoś nowy.

– Te­raz ty bę­dziesz li­de­rem. Spraw­dzi­łeś się, kie­dy wy­sia­dły mi ple­cy. Znasz każ­dy mój układ i bab­ki cię ko­cha­ją.

– Ja­koś nie prze­szka­dza­ło mi by­cie w two­im cie­niu.

– Czas się roz­wi­jać. Spójrz, ten ko­leś jest na­praw­dę do­bry. – Od­wró­ci­łem te­le­fon w jego stro­nę.

– Nom – przy­znał, po­cie­ra­jąc swój lek­ki za­rost. – Ko­ja­rzę go­ścia. Tań­czył w jed­nej gru­pie, któ­ra roz­pa­dła się z pół roku temu, a on – wska­zał gło­wą na ekran – robi te­raz so­lów­ki, głów­nie na wie­czo­rach pa­nień­skich. Czy­ta­li­śmy o nim kie­dyś, pa­mię­tasz?

– Jo3 – po­twier­dzi­łem. – Ko­leś jest z Gru­dzią­dza – do­da­łem po chwi­li. – Cie­ka­we, czy tak dys­po­zy­cyj­ny, jak pi­sze. Mu­siał­by do­jeż­dżać na pró­by kil­ka razy w ty­go­dniu.

– Sko­ro wy­słał zgło­sze­nie, to pew­nie jest.

– Tak czy siak nie za­trud­nię go w ciem­no. Mu­si­my za­ak­cep­to­wać go wszy­scy. Cały czas je­ste­śmy dru­ży­ną.

– Tak jest. – Za­sa­lu­to­wał, a wte­dy do sali we­szła po­zo­sta­ła trój­ka: Olo, Kris i Nor­bi.

*

– Co jest, Zor? – spy­tał Kris, kie­dy w dniu wy­stę­pu w To­ru­niu przy­ła­pał mnie na wy­glą­da­niu zza za­sło­ny. Za chwi­lę mie­li­śmy wejść na sce­nę i roz­po­cząć ko­lej­ne przed­sta­wie­nie. – Tre­ma cię do­pa­dła? – Klep­nął mnie w bark.

– N-nie – za­jąk­ną­łem się nie­pew­nie, ska­nu­jąc wzro­kiem salę. – Ale to moje mia­sto i wi­dzę kil­ka zna­jo­mych twa­rzy.

– Dla­te­go tak bar­dzo bro­ni­łeś się przed wy­stę­pa­mi w To­ru­niu? Bo­isz się, że ktoś cię wy­czai?

– Nie jest mi to po­trzeb­ne.

– Prze­cież w tej dur­nej ma­sce i z wą­sem to na­wet ro­dzo­na mat­ka by cię nie roz­po­znała – za­śmiał się.

– Tego bym nie był pew­ny. Poza tym, ta ma­ska jest sek­sow­na, nie dur­na. – Wska­za­łem pal­cem czar­ny pas przy­le­ga­ją­cy do mo­jej skro­ni.

– Dam ci radę. Weź na sce­nę ja­kąś obcą, uni­kaj zna­jo­mych z po­dwór­ka czy szko­ły. Bę­dzie ła­twiej.

– Tak. Chy­ba masz ra­cję – od­par­łem bez prze­ko­na­nia. – W ta­kim ra­zie bie­rze­my te. – Wska­za­łem od nie­chce­nia pal­cem na trzy ko­bie­ty sie­dzą­ce naj­bli­żej sce­ny. – Pierw­szy sto­lik po le­wej – za­de­cy­do­wa­łem i scho­wa­łem się za kur­ty­nę.

Cały wy­stęp wy­szedł ide­al­nie. Ko­bie­ty były za­chwy­co­ne i poza stan­dar­do­wym wy­na­gro­dze­niem do­sta­li­śmy spo­ro na­piw­ków. Dzia­ła­ło to tak: cza­sem nie mie­li­śmy żad­nej do­dat­ko­wej zło­tów­ki, ale kie­dy w ja­kimś klu­bie jed­na, zbyt pi­ja­na, la­ska, za­czy­na­ła rzu­cać w nas bank­no­ta­mi, resz­ta sali szła w jej śla­dy i wra­ca­li­śmy z dużą do­dat­ko­wą kasą. Niby faj­nie, bo w dzi­siej­szych cza­sach rzą­dzi pie­niądz, ale ja wte­dy jesz­cze bar­dziej czu­łem, że się szma­cę. Kasa ła­twa, szyb­ka i le­gal­na, ale czy to było to, o czym ma­rzy­łem? Nie mo­głem prze­cież tań­czyć w sa­mych ga­ciach przed na­pa­lo­ny­mi ba­ba­mi całe ży­cie, a ro­bi­łem się co­raz star­szy. Mój krę­go­słup też już nie był w ta­kiej for­mie jak na stu­diach. Po­trze­bo­wa­łem cze­goś am­bit­niej­sze­go. Po­trze­bo­wa­łem sta­bi­li­za­cji, ale przede wszyst­kim po­trze­bo­wa­łem zmian.

Do tego ten wy­stęp coś we mnie zmie­nił. Ko­bie­ta, któ­rą wzią­łem na sce­nę, coś we mnie od­blo­ko­wała. Po­lu­zo­wa­łem so­bie szel­ki i na­wet pu­ści­łem do niej spro­śną gad­kę, cze­go jesz­cze ni­g­dy, na żad­nym wy­stę­pie nie uczy­ni­łem. Ni­g­dy nie ode­zwa­łem się do ko­bie­ty, przed któ­rą tań­czy­łem. Przy tej nie po­tra­fi­łem mil­czeć. Mia­łem ocho­tę war­czeć jej do ucha cały czas i naj­chęt­niej nie od­pro­wa­dzał­bym jej w ogó­le do sto­li­ka. Choć uda­wa­ła wy­lu­zo­wa­ną i bez­pru­de­ryj­ną, zdra­dza­ły ją ru­mień­ce, gę­sia skór­ka i drże­nie cia­ła. Po wy­stę­pie przez wie­le go­dzin nie mo­głem prze­stać o niej my­śleć. Była ide­al­na, a jej za­okrą­glo­ne kształ­ty wy­pra­wia­ły cuda z mo­imi my­śla­mi. Gdy po­ło­ży­ła dło­nie na mo­ich po­ślad­kach, już by­łem stra­co­ny. Jesz­cze dłu­go po tym czu­łem jej do­tyk. To było dziw­ne. Z jed­nej stro­ny przy­jem­nie, z dru­giej nie­po­ko­ją­ce.

Kie­dy zo­ba­czy­łem jej wpis pod ostat­nim po­stem, zro­bi­łem coś, cze­go nie zro­bi­łem ni­g­dy do­tąd. Za­ło­ży­łem so­bie od­dziel­ne kon­to, jako Zor­ro, i na­pi­sa­łem do niej wia­do­mość. Nie wiem, co chcia­łem osią­gnąć, ale pra­gną­łem kon­tak­tu, chcia­łem z nią po­roz­ma­wiać, bez tej ca­łej klu­bo­wej otocz­ki. Do­pie­ro kie­dy wy­sła­ła mi zdję­cie pra­wie pu­stej bu­tel­ki wina, zro­zu­mia­łem, że była taka jak wszyst­kie. Żad­na nie chcia­ła ze mną roz­ma­wiać na trzeź­wo. Każ­da za­chwy­ca­ła się nie mną tyl­ko moim cia­łem i do tego jesz­cze mu­sia­ła się na­pić.

– Co ty od­pier­da­lasz – po­wie­dzia­łem sam do sie­bie. – Jak chcesz zna­leźć po­rząd­ną la­skę, to idź do bi­blio­te­ki, a nie szu­kasz jej wśród fa­nek strip­ti­ze­rów. Idio­ta – sar­ka­łem da­lej w pu­stym po­ko­ju.

Po­że­gna­łem się kul­tu­ral­nie z Kot­Ką, zo­sta­wia­jąc so­bie furt­kę, że może ode­zwie się do mnie na trzeź­wo. Nie wiem dla­cze­go, ale bar­dzo tego chcia­łem. Ta dziew­czy­na obu­dzi­ła we mnie coś, co my­śla­łem, że już za­wsze bę­dzie uśpio­ne.

Przy­mkną­łem oczy, mo­dląc się, aby móc prze­spać spo­koj­nie kil­ka go­dzin.

*

– Chło­pa­ki, mamy pro­blem – po­wie­dzia­łem na wi­deo-cza­cie w nie­dzie­lę z sa­me­go rana. Nie było jesz­cze ósmej, więc na­wet mnie nie zdzi­wi­ło, że Kris i Olo, któ­rzy za­wsze po wy­stę­pach szli na mia­sto i w swo­ich do­mach lą­do­wa­li do­pie­ro nad ra­nem, byli jesz­cze w łóż­kach. – Lo­kal we Wro­cła­wiu, w któ­rym mie­li­śmy mieć ostat­ni z mi­ko­łaj­ko­wych wy­stę­pów, spło­nął.

– O kur­wa – ode­zwał się Car­los. – I co te­raz? Mamy wol­ne czy opcję awa­ryj­ną?

– Na ra­zie zero opcji, za­rzą­dzam wol­ne – burk­ną­łem.

– Mamy – wtrą­cił Kris. – Sam sły­sza­łem, jak roz­ma­wia­łeś z tym go­ściem z wczo­raj, że im się ja­kiś świą­tecz­ny stand-up wy­kru­szył i pro­po­no­wał nam dru­gi wy­stęp.

– Wro­cław miał być dzień wcze­śniej – uświa­do­mi­łem ich.

– To dla­cze­go po­wie­dzia­łeś mu, że aku­rat tego dnia je­dzie­my do Wroc­ka?

– Bo tak – burk­ną­łem zły.

– Czy­li na­wet je­śli we Wro­cła­wiu znaj­dą lo­kal za­stęp­czy, to i tak twój ostat­ni wy­stęp mo­że­my zro­bić dzień póź­niej w To­ru­niu – za­pro­po­no­wał Car­los.

– Ooo, ja gło­su­ję za – rzu­cił Nor­bi.

– Nie je­stem prze­ko­na­ny. – Prze­tar­łem dłoń­mi twarz.

– Dla­cze­go? – zdzi­wił się Olo. – To jest do­dat­ko­wa kasa na świę­ta.

– Mało masz? – burk­ną­łem.

– Czy­li szan­se są? – za­py­tał Nor­bi. – Ale se­rio Zor, po­wi­nie­neś ostat­ni raz wyjść na sce­nę wła­śnie tu, w swo­im mie­ście.

– Zor nie lubi wy­stę­po­wać u sie­bie – mruk­nął Car­los. – Przy­po­mnij so­bie, jak dłu­go go na­ma­wia­li­śmy.

– Ale w koń­cu na­mó­wi­li­śmy i było spo­ko – za­uwa­żył Kris. – Sze­fie je­den, je­steś prze­gło­so­wa­ny. Szef nu­mer dwa też jest za. To bę­dzie twój ostat­ni show w two­im ro­dzin­nym mie­ście. Łu-huuu! – za­wył. – Ta­kie za­to­cze­nie i za­mknię­cie koła. Tu się za­czę­ło i tu­taj się skoń­czy. Ka­bo­oom – wy­dał dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy wy­buch bom­by.

– A, wła­śnie – prze­rwa­łem mu. – Za­pro­si­łem mło­de­go na naj­bliż­szą pró­bę. Jak się nada i go klep­nie­cie, to zo­sta­je. Za­raz wam prze­ślę jego port­fo­lio.

– Ja­sne, da­waj – przy­tak­nął Kris. – Car­los, to ten, co mi go po­ka­zy­wa­łeś ostat­nio?

– Jo, ten sam – po­twier­dził.

– Do­bra Zor, ogar­niaj te­mat To­ru­nia i daj nam znać. Ja mu­szę spa­dać. Wy­rwa­łeś nas z łóż­ka w środ­ku nocy. – Kris na­wet nie krył zmę­cze­nia.

– Z cze­go? – prych­nąłem. – Prze­cież wi­dzę, że na­dal le­żysz w po­ście­li – za­śmia­łem się.

– Wra­cam spać. – Ziew­nął. – W kon­tak­cie. – Kris się roz­łą­czył.

– Ja też idę spać. Mia­łem cięż­ką noc. Ple­cy mi się ode­zwa­ły – do­da­łem.

– Nie dzi­wię się – prych­nął Nor­bert. – Wi­gi­na­łeś się przy tej sza­tyn­ce tak, że sam chwi­la­mi za­sta­na­wia­łem się, czy ci na sce­nie od­ci­nek lę­dź­wio­wy zno­wu nie pier­dol­nie – za­śmiał się.

– Przy­znaj się, spe­cjal­nie zmon­to­wa­łeś fil­mik tak, żeby ury­wek z nią trwał dość dłu­go? – Roz­gryzł mnie Olo.

– Leć­cie, chło­pa­ki, ciesz­cie się wol­ną nie­dzie­lą, ja idę spać, bo dzi­siaj mam spo­ro ro­bo­ty. – Roz­łą­czy­łem się. A po­tem wró­ci­łem do łóż­ka, żeby spró­bo­wać za­snąć i nie my­śleć o sza­ro­okiej dziew­czy­nie i jej peł­niej­szych kształ­tach.

3. Jo – zwrot, głów­nie na Ku­ja­wach i Po­mo­rzu, ozna­cza­ją­cy zgo­dę lub apro­ba­tę, za­mien­nik sło­wa „tak”.

Rozdział 4

Kamila

W nie­dzie­lę rano obu­dzi­łam się z nie­złym bó­lem gło­wy. Do tego, kie­dy pró­bo­wa­łam się prze­cią­gnąć, Klu­sek spoj­rzał na mnie, ziew­nął i miauk­nął z dez­apro­ba­tą. Mój wzrok przy­ku­ła pu­sta bu­tel­ka po wi­nie i le­żą­cy obok niej te­le­fon.

– Jezu – wes­tchnę­łam, wta­pia­jąc pal­ce w roz­czo­chra­ne nocą wło­sy. – Zro­bi­łam z sie­bie na­pa­lo­ną, sa­mot­ną pi­jacz­kę. Do­daj­my do tego, że je­stem two­ją wła­ści­ciel­ką. – Wy­sta­wi­łam pa­lec w kie­run­ku kota. – Sta­wia mnie to w mało ko­rzyst­nym świe­tle.

– Miau – od­parł mi ko­cur, po czym wstał i prze­cią­gnął się na po­ście­li, wy­sta­wia­jąc swój wiel­ki za­dek w moją stro­nę.

– O tym mó­wię – kon­ty­nu­owa­łam mo­no­log do miej­sca pod jego pod­nie­sio­nym ogo­nem. – Stuk­nę­ły mi trzy­dzie­ści trzy lata, za­miast fa­ce­ta mam cie­bie, a wczo­raj, pod­czas sa­mot­ne­go pi­cia wina, wy­mie­nia­łam wia­do­mo­ści ze strip­ti­ze­rem.

– Miau – sko­men­to­wał Klu­sek i ła­ska­wie opu­ścił ty­łek, po czym uło­żył się po­now­nie na koł­drze.

Po­le­że­li­śmy chwi­lę, a kie­dy pę­cherz po­go­nił mnie do od­kle­je­nia się od po­dusz­ki, mój pu­szy­sty pu­pi­lek bar­dzo szyb­ko te­le­por­to­wał się do kuch­ni i za­czął śpie­wać swój „Po­ran­ny so­net do pu­stej mi­ski”. Tak, wy­my­śla­łam na­zwy pie­śni ma­ni­fe­stu­ją­cych jego głód, po­nie­waż to, co wy­do­sta­wa­ło się z jego gar­dła, nie było zwy­kłym miau­cze­niem. Wie­czo­rem na przy­kład so­pra­no­wał „Odę do sa­szet­ki”.

Kie­dy już ogar­nę­li­śmy swo­je po­trze­by w od­po­wied­niej ko­lej­no­ści, czy­li naj­pierw ko­te­czek do­stał żreć, a po­tem ja w spo­ko­ju sko­rzy­sta­łam z ła­zien­ki, za­bra­łam się za przy­rzą­dza­nie śnia­da­nia. Sier­ściuch da­wał wła­śnie bis, bo już za­po­mniał o tym, że chwi­lę temu jadł. Te­raz szła „Aria ku szyn­ce”. Oczy­wi­ście sku­tecz­na.

Na obiad, jak w pra­wie każ­dą nie­dzie­lę, po­je­cha­łam do ro­dzi­ców. Za­zwy­czaj po dro­dze na Wrzo­sy4 za­bie­ra­łam Ka­ro­li­nę, ale kie­dy roz­sta­ła się ze swo­im uza­leż­nio­nym od ha­zar­du fa­ce­tem, wy­po­wie­dzia­ła umo­wę naj­mu i wró­ci­ła do ro­dzin­ne­go domu.

Ro­dzi­ce mie­li pię­tro­wy dom z dwo­ma od­dziel­ny­mi miesz­ka­nia­mi o iden­tycz­nym roz­kła­dzie. Przed­po­kój, trzy po­ko­je, kuch­nia i ła­zien­ka. Mama z tatą zaj­mo­wa­li dół, a Ka­ro­la z Kor­ne­lią górę. Ro­dzi­ce od­da­li nam to miesz­ka­nie jesz­cze w ogól­nia­ku, że­by­śmy na­uczy­ły się sa­mo­dziel­no­ści. Miesz­ka­łam w nim jesz­cze trzy lata po skoń­cze­niu stu­diów i zaj­mo­wa­łam naj­więk­szy po­kój z bal­ko­nem. Mia­łam oszczęd­no­ści, bo pra­co­wa­łam od kla­sy ma­tu­ral­nej, po­tem wzię­łam kre­dyt, a jako pra­cow­nik ban­ku mia­łam ko­rzyst­ne wa­run­ki i ku­pi­łam so­bie małe miesz­kan­ko w sta­rym wie­żow­cu. Cia­sne, ale wła­sne. To zna­czy bę­dzie wła­sne za dwa­dzie­ścia lat. Na ra­zie jest ban­ku.

Obiad u ro­dzi­ców prze­biegł stan­dar­do­wo, czy­li na luź­nych roz­mo­wach prze­pla­ta­nych bia­do­le­niem mamy, jak to stra­ci­ła na­dzie­ję na wnu­ki. To zna­czy u mnie na pew­no i na­wet nie była świa­do­ma, jak traf­ne były jej żale, ale Ka­ro­la i Kor­ni mia­ły szan­sę się jesz­cze w tym te­ma­cie wy­ka­zać.

– Ka­mi­lo – mó­wi­ła – ty je­steś naj­star­sza. Po­win­naś dać sio­strom przy­kład i zwią­zać się z ja­kimś porząd­nym męż­czy­zną, a po­tem uro­dzić nam wnu­ki.

– Masz już wnu­ka. Nie­po­trzeb­ny mi fa­cet.

– O czym ty, na Boga, mó­wisz?

– Twój wnu­czek ma sierść i czte­ry łapy. Na­zy­wa się Klu­sek.

– Bądź po­waż­na, to twój kot.

– To mój sy­nuś, a ty je­steś nie­to­le­ran­cyj­na – uda­łam obu­rze­nie.

Do tego zro­bi­łam gło­wą za­mach w lewo, dla lep­sze­go efek­tu strze­la­nia fo­cha.

– Ka­mi­la, nie de­ner­wuj mnie – wy­sy­cza­ła. – Ro­man, po­wiedz jej coś – zwró­ci­ła się do ojca.

– Ale co mam jej mó­wić? To jej ży­cie, a ja tam Klu­ska lu­bię, za­wsze się do mnie łasi – po­wie­dział z dum­nym uśmie­chem.

Na mamę Klu­sek tyl­ko pry­chał.

– Łasi się, bo przy­wo­zisz mu sma­ko­ły­ki – iry­to­wa­ła się mama.

– Dbam o swo­je­go wnu­ka. Lep­szy taki niż ża­den, Ha­lin­ko.

Mia­łam zo­stać jesz­cze na ka­wie, ale kie­dy mama de­li­kat­nie i sub­tel­nie, jak słoń w skła­dzie por­ce­la­ny, za­uwa­ży­ła, że prze­cież nie mam do kogo wra­cać, to po co mam sie­dzieć sama z ko­tem – zo­sta­łam na ko­la­cji.

Wra­ca­łam wie­czo­rem. Wca­le nie zdzi­wi­ło mnie to, że win­da zno­wu nie dzia­ła­ła. Miesz­ka­łam na czwar­tym pię­trze, więc mo­głam wejść pie­szo.

Na­gle na moim pię­trze za­uwa­ży­łam sie­dzą­cą na scho­dach kil­ku­let­nią dziew­czynkę. Ubra­na była w strój wiedź­my. Sie­dzia­ła i ci­chut­ko pła­ka­ła. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek, było przed dwu­dzie­stą pierw­szą, dziec­ko po­win­no już spać. Przy­naj­mniej ta­kie małe. Na­tych­miast przy niej przy­klęk­nę­łam.

– Hej. Mogę ci ja­koś po­móc? Zgu­bi­łaś się? – ode­zwa­łam się ła­god­nym gło­sem.

Dziew­czyn­ka prze­tar­ła oczy rę­ka­wem i spoj­rza­ła na mnie. Po­krę­ci­ła główką w za­prze­cze­niu. Mia­ła ślicz­ne, in­ten­syw­nie błę­kit­ne, cho­ciaż za­czer­wie­nio­ne od pła­czu, oczka.

– Nie – po­wie­dzia­ła ci­cho.

– A gdzie są twoi ro­dzi­ce?

– Mama da­le­ko, po­le­cia­ła do góry sa­mo­lo­tem, a ta­tuś śpi.

– A gdzie miesz­kasz? – za­py­ta­łam.

Mała ob­ró­ci­ła ciał­ko w lewo i wska­za­ła na drzwi mo­ich no­wych są­sia­dów.

Zaje-kur­wa-bi­ście.

Wpro­wa­dzi­ła mi się pa­to­lo­gia. Mat­ka chuj wie gdzie, a oj­ciec za­lał pałę i śpi.

– Chcia­łam tyl­ko po­zbie­rać cu­kier­ki na Hal­lo­we­en – do­da­ła, po­cią­ga­jąc no­skiem.

– Chodź – wy­cią­gnę­łam do niej rękę – za­pu­ka­my do taty.

Ma­lut­ka wsta­ła i chwy­ci­ła moją dłoń. Po­de­szły­śmy pod drzwi. Dzwo­nek nie dzia­łał. Za­pu­ka­łam. Za chwi­lę za­czę­łam wa­lić, jak­by się pa­li­ło, ale na­dal nic. Ci­sza. Za­uwa­ży­łam klam­kę sta­re­go typu, któ­ra otwie­ra­ła się tyl­ko od we­wnątrz. Z ze­wnątrz trze­ba było użyć klu­cza. Zo­sta­ło więc tyl­ko wa­le­nie.

– Ta­tuś tak ma, że moc­no śpi – wy­ja­śni­ła, kie­dy moje ko­lej­ne pró­by nie da­wa­ły re­zul­ta­tu.

– Jak masz na imię?

– Zo­sia. Na­zy­wam się Zo­fia Róża Lis.

– Ja je­stem Ka­mi­la Kot­kie­wicz, ale mo­żesz mi mó­wić Kami. – Po­da­łam jej dłoń. – Słu­chaj, Zo­siu, zro­bi­my tak: na­pi­sze­my kar­tecz­kę, że je­steś u mnie, i wło­ży­my ją w drzwi. A ta­tuś, jak wsta­nie, to po cie­bie przyj­dzie. Do­brze? Ja miesz­kam tuż obok. – Wska­za­łam ręką na są­sied­nie drzwi po le­wej.

Ski­nę­ła po­twier­dza­ją­co, więc wy­ję­łam z to­reb­ki dłu­go­pis. Chwi­lę mi za­ję­ło zna­le­zie­nie ja­kiejś kart­ki. Zna­la­złam fak­tu­rę za bluz­kę, któ­rą nie­daw­no ku­rier przy­niósł mi do pra­cy. Od razu ją przy­mie­rzyłam, a do­ku­ment za­ku­pu wrzu­ci­łam do to­reb­ki. Nie to, że­bym była ba­ła­ga­nia­rą, któ­rej to­reb­ka to jed­na wiel­ka ma­szy­na lo­su­ją­ca… No do­bra, tak było, ale cza­sem – jak na przy­kład te­raz – to się przy­da­wa­ło. Na­pi­sa­łam: „Cór­ka jest obok, miesz­ka­nie nr 13” i zło­żo­ną kart­kę wsu­nę­łam mię­dzy drzwi a fu­try­nę.

– Lu­bisz zwie­rząt­ka, Zo­siu? – spy­ta­łam, otwie­ra­jąc swo­je miesz­ka­nie. Dziew­czyn­ka ski­nę­ła. – To do­brze, bo mam w domu kot­ka.

– Będę mo­gła go po­gła­skać? – za­py­ta­ła co­raz mniej onie­śmie­lo­na.

– Oczy­wi­ście, ale bar­dzo de­li­kat­nie.

Zo­sia nie­pew­nie we­szła ze mną do środ­ka, po­sta­wi­ła swo­je wia­der­ko w kształ­cie dyni na moim wą­skim, ku­chen­nym sto­le i ro­zej­rza­ła się po po­miesz­cze­niu. Klu­sek ze­sko­czył z ka­na­py w sa­lo­nie i pod­szedł do nas. Ob­wą­chał dziew­czynkę, a kie­dy stwier­dził, że nie jest za­gro­że­niem, otarł się o jej nóż­ki. Gdy jed­nak mała schy­li­ła się, aby go po­gła­skać, ko­cur od­sko­czył od niej jak opa­rzo­ny. Dziew­czyn­ka po­smut­nia­ła.

– Klu­sek jest wiel­kim żar­ło­kiem – po­wie­dzia­łam. – Mu­si­my go prze­ku­pić, żeby dał się po­gła­skać. – Po­de­szłam do szaf­ki, wy­ję­łam pa­czusz­kę przy­sma­ków i da­łam dziew­czyn­ce kil­ka sztuk. – Te­raz przy­kuc­nij i wy­staw rącz­kę, to sam do cie­bie przyj­dzie – po­in­stru­owa­łam.

– Jest taki mię­ciut­ki – po­wie­dzia­ła, kie­dy Klu­sek zja­dał kwa­dra­ci­ki z jej dło­ni i nie prze­szka­dza­ło mu już żad­ne do­ty­ka­nie.

– To praw­da. Chcesz coś zjeść albo pić?

– Pi­ciu po­pro­szę – mó­wi­ła, nie za­prze­sta­jąc gła­ska­nia i nie spusz­cza­jąc wzro­ku z mo­je­go kota.

– Sok po­ma­rań­czo­wy może być?

– Tak. Ojej, po­szedł so­bie. Klu­sek, wra­caj – za­wo­ła­ła smut­nym gło­sem.

Ta, ze­żarł smacz­ki i so­bie po­lazł, nor­mal­na spra­wa. No cóż, ki­ciu, dziś twój szczę­śli­wy dzień, po­my­śla­łam, wy­cią­ga­jąc z szaf­ki ko­lej­ną garść ło­so­sio­wych po­du­sze­czek.

– Pro­szę. – Wy­sy­pa­łam jej kil­ka na rącz­kę.

– Klu­sek jest bar­dzo gru­by – za­uwa­ży­ła.

No co ty nie po­wiesz, se­rio?

– Bo po­mi­mo tego że to ja je­stem jego pa­nią, też mu­szę mu da­wać sma­ko­ły­ki, żeby móc go po­gła­skać – przy­zna­łam. Tak, to mój kot wy­cho­wał so­bie mnie, a nie od­wrot­nie.

– Wi­dać, że czę­sto go głasz­czesz – skwi­to­wa­ła. – Nie masz kogo przy­tu­lać, więc masz kota?

Świet­nie, na­wet po­zna­na pięć mi­nut wcze­śniej kil­ku­lat­ka po­tra­fi­ła mnie traf­nie pod­su­mo­wać.

– Po pro­stu bar­dzo lu­bię go gła­skać – od­par­łam.

– Praw­da, jest bar­dzo mię­ciut­ki.

– Ile masz lat, Zo­siu?

– Pięć. A co?

– A dla­cze­go je­steś prze­bra­na za wiedź­mę? Hal­lo­we­en jest do­pie­ro ju­tro.

– Ta­tuś ku­pił mi ten strój i bar­dzo chcia­łam go przy­mie­rzyć. I jak za­snął, to wy­szłam zro­bić pró­bę i już dziś za­cząć zbie­rać cu­kier­ki, ale za­po­mnia­łam ka­pe­lu­sza. Wró­ci­łam, ale drzwi się za­cię­ły i nie mo­głam wejść. Ta­tuś, jak weź­mie ta­blet­ki na rękę, to za­wsze moc­no śpi.

Kuźwa, są­siad nar­ko­man mi się tra­fił. Bę­dzie to trze­ba gdzieś zgło­sić. Wy­sy­py­wał so­bie ta­ble­ty na dłoń i brał pro­chy przy dziec­ku?

– Jak to, tata ły­kał ta­blet­ki z ręki?

– Jak miesz­ka­li­śmy u bab­ci, to tata brał dużo ta­ble­tek na rękę.

Ły­kał tab­sy gar­ścia­mi? Przy swo­jej cór­ce i mat­ce?

– Co to zna­czy: na rękę?

– Tata miał ope­ra­cję na rękę. I jesz­cze go boli.

– Ro­zu­miem.

Nie ro­zu­mia­łam. Na­wet je­śli to nie były dra­gi, tyl­ko sil­ne leki, i tak nie po­wi­nien ich brać, gdy ma dziec­ko pod opie­ką. Tym bar­dziej że na pew­no wie­dział, jak na nie­go dzia­ła­ją. Był już uza­leż­nio­ny i brał leki, bo to było sil­niej­sze od nie­go?

Moje skoł­tu­nio­ne my­śli prze­rwał dzwo­nek do drzwi. No, chy­ba czas po­znać sza­now­ne­go ta­tuś­ka. Po­de­szłam do wej­ścia, otwo­rzy­łam drzwi i za­mar­łam. Za­mru­ga­łam kil­ku­krot­nie, ale ob­raz był taki jak przed se­kun­dą.

– Mi… – Prze­łknę­łam śli­nę. – Mi­ko­łaj – wy­szep­ta­łam.

Nie mo­głam uwie­rzyć. Przede mną stał chło­pak, to zna­czy te­raz już męż­czy­zna, o naj­bar­dziej nie­bie­skich oczach, ja­kie wi­dział ten świat. Męż­czy­zna, któ­re­go kil­ka­na­ście lat temu obie­ca­łam so­bie ni­g­dy w ży­ciu już nie oglą­dać.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

4.Dziel­ni­ca To­ru­nia.

Okład­ka: Pa­weł Pan­cza­kie­wicz / Pan­cza­kie­wicz Art.De­sign

Re­dak­cja: Ka­mi­la Re­cław

Ko­rek­ta: Ali­cja Ma­ty­jas

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ma­riusz Goł­dyn

Kon­wewr­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz / Stu­dio Aka­pit

Ele­men­ty gra­ficz­ne w tek­ście: de­si­gned by @fre­epik

Co­py­ri­ght © 2026

@ by Anna Mar­got

@ for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Wolf Sp. z o.o.

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN 978-83-68960-03-7

Wy­daw­nic­two Wolf

Wy­da­nie I

Go­rzów Wiel­ko­pol­ski 2026

Wy­pro­du­ko­wa­no w Pol­sce