Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
293 osoby interesują się tą książką
Kamila ma za sobą nieudany związek, złamane serce i niechęć do mężczyzn. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia za sprawą tajemniczego oraz piekielnie przystojnego mężczyzny. Wkracza on z impetem w życie kobiety, a pożądanie między nimi aż iskrzy.
Gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku, los ponownie stawia na drodze Kamili jej dawną miłość. Sprawy zaczynają się komplikować… Bo jedna singielka, dwóch mężczyzn, rezolutna pięciolatka i kot to zapowiedź świątecznej katastrofy okraszonej zapachem pierniczków.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 340
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystkim dziewczynom, które wierzą w Mikołaja.Aby przyszedł do Was dokładnie taki, o jakiego poprosicie.Grzeczny lub niegrzeczny.
– Cholera jasna – zaklęłam, potykając się o wystającą kostkę brukową przed moim starym wieżowcem przy ulicy Barzyńskich.
Był poniedziałek i właśnie wracałam z pracy obładowana torbami. No dobra. Nie wracałam tak prosto z pracy, bo po drodze zahaczyłam jeszcze o galerię handlową. Musiałam sobie ulżyć i odreagować cały weekend hałasów za ścianą. Rozumiałam remont, ale nie w niedzielę, do diabła! A nowym sąsiadom chyba bardzo spieszyło się do przeprowadzki, bo robotnicy uwijali się jak pszczoły w ulu. Nawet w niedzielę. Może nie używali młota pneumatycznego, ale przez ścianę, która graniczyła z moją sypialnią, wyraźnie słyszałam zrywanie starej podłogi czy rzucanie narzędziami. Zwykłą wiertarkę też dało się usłyszeć kilka razy.
Kiedy dziś rano, czekając na windę, widziałam, jak ekipa remontowa wchodziła z różnymi narzędziami i urządzeniami, które już z daleka wyglądały na robiące dużo hałasu, postanowiłam nie wracać od razu po pracy do domu. Musiałam się zrelaksować w sklepach z ciuchami.
Odetchnęłam z ulgą, gdy wieczorem w drodze powrotnej, przy wejściu do klatki, minęłam się z pracownikami firmy remontowej. Wjechałam na swoje czwarte piętro i rzuciłam okiem w stronę drzwi sąsiadujących z moimi. Było posprzątane i panowała błoga cisza. Gdy weszłam do swojego mieszkania, zdążyłam odstawić torby i odwiesić płaszcz, kiedy zadzwonił telefon.
– Kamila, nie uwierzysz! – pisnęła do słuchawki moja o dwa lata młodsza siostra, Karolina. – Mam dla nas prezent na Halloween.
– A od kiedy robimy sobie prezenty z tej okazji? – zdziwiłam się.
– Od kiedy mam trzy bilety na występ „Hot Fire Boys” – dodała, nie kryjąc ekscytacji. I to takiej, od której prawie ogłuchłam.
– Jak? Wejściówki podobno wyprzedały się w dwa dni. – Wiedziałam to, bo sama próbowałam je zdobyć.
– Odkupiłam od znajomej z pracy. W sobotę ruszam na najlepszych chippendalesów w kraju!!! – piszczała jeszcze bardziej. – Zabieramy Kornelię – wspomniała naszą najmłodszą siostrę.
– I dopiero teraz mi o tym mówisz?!
– Bo to miał być prezent. Boże, nie mogę uwierzyć, że zobaczę Juana Carlosa na żywo. Te jego tatuaże. Mrrr…
– Albo tajemniczy Zorro, wiecznie w masce – dodałam rozmarzonym tonem. – Myślisz, że ten jego seksowny wąsik jest prawdziwy?
– Wąsik nie jest seksowny – odparła z przekąsem. – Moim zdaniem, dużo lepiej wyglądałby bez niego.
– Nie mam się w co ubrać! – krzyknęłam przerażona. A potem spojrzałam na moje dzisiejsze zdobycze, kryjące się w torbach z logami sieciowych sklepów odzieżowych.
– Masz. Ty, kochana, akurat masz. Twoja garderoba jest cała w sukienkach, tunikach i seksownych bluzeczkach. Dlatego, tak jak za każdym razem zresztą, będziemy z Kornelią u ciebie w sobotę po szesnastej i coś wybierzemy.
– Czyli znowu będziecie korzystać z mojej szafy? – zapytałam retorycznie, bo to było tak oczywiste jak słońce w lipcu w Egipcie. Odruchowo też przesunęłam nogą moje torby pod konsolę, jakbym już teraz chciała schować nowe łupy przed młodszymi siostrami.
– Przyjdziemy z winem – dodała Karo.
– Zawsze przychodzicie z winem – odparłam.
– I zawsze ubieramy się w twoje ciuchy. Niektóre rzeczy się nie zmieniają, siostra.
– W takim razie nie zapomnijcie kupić po drodze jakiegoś sushi czy coś.
– Nigdy nie zapominamy o przekąskach, kiedy do ciebie wbijamy – zauważyła.
– Wiem, wiem. Rany boskie, idziemy na pokaz tancerzy erotycznych! – zapiszczałam.
– Tak, siostro. Dotarło to już do ostatniego zwoju mózgowego? – sarknęła z uśmiechem.
– I będziemy piszczeć, krzyczeć i skowyczeć, jakbyśmy miały IQ sparaliżowanej stonki?
– Oczywiście – potwierdziła z pełną mocą.
– W takim razie do zobaczenia.
*
W sobotę siedziałam z siostrami w moim salonie.
– Wesołego Halloween! – krzyknęła Karolina, chwytając za swój kieliszek.
– Halloween jest dopiero pojutrze – przypomniałam i też podniosłam swoją lampkę.
– Ale my, kobiety pracujące w poniedziałek, świętujemy w sobotę, żeby nie iść do pracy z bólem głowy.
– Dokładnie – wtrąciła najmłodsza Kornelia, upijając łyk. – Po imprezie w poniedziałek musiałabym wziąć L4 minimum do środy.
– Ty? – Karola wskazała na nią palcem. – Ty nie masz jeszcze trzydziestki. Ja to już mogę odczuwać złośliwe skutki picia wódki.
– Zaraz wam przywalę, serio – oburzyłam się. – Jestem z was najstarsza. Co ja w takim razie mam powiedzieć? – udałam oburzenie, biorąc Kluska, mojego szarego kocura, na kolana.
Siostry spojrzały na mnie, a potem po sobie.
– Wiesz, masz trzydzieści trzy lata, nie masz faceta i siłą trzymasz spasłego kota na kolanach, żeby ci nie uciekł – powiedziała Kornelia.
– Jestem silną i niezależną kobietą – odparłam.
– Mama nazwałaby to inaczej – zachichotała Karola.
– Zrzędliwa stara panna!!! – wyrecytowały chórem moje obie siostry.
Nienawidziłam ich. No dobra, to nieprawda. Kochałam je najbardziej na świecie, miałyśmy niesamowitą więź, a środkowa Karolina była moją najlepszą przyjaciółką.
– Gdy byłam w wieku Kamili – Kornelia obniżyła głos o dwa tony, próbując naśladować naszą matkę – ty miałaś już pięć lat, a przypominam, że jesteś cztery lata od niej młodsza.
– Dobra, zmieńmy temat – zadecydowała Karola, rozlewając do końca butelkę wina. – Jak tam nowi, uporczywi sąsiedzi?
– W zasadzie jeszcze ich nie poznałam. Na szczęście hałasy ucichły, więc obstawiam, że remont już się skończył. – Upiłam łyk. – W tygodniu widziałam, jak firma przeprowadzkowa wnosiła meble, więc pewnie niebawem ich poznam.
– Oby nie byli tak hałaśliwi jak ich ekipa remontowa. – Korni wzniosła toast swoim kieliszkiem. Poszłyśmy z Karolą jej śladem. – Dobra – powiedziała, kiedy opróżniła swoją lampkę. – To teraz pokaż, co masz nowego w garderobie. – Po tych słowach wstała energicznie.
– Dlaczego zawsze mi podkradacie ciuchy?
– Bo ciebie stać i masz najlepsze – odparła.
– Ostatnio nie kupiłam nic nowego.
– Tak? To po co chodziłaś po galeriach przez ostatnie tygodnie?
– Żeby nie siedzieć w tym hałasie.
– I kupić nowe ciuchy – dopowiedziała najmłodsza siostra. – No dalej. Pokazuj.
Ruszyła do mojej sypialni. Daleko nie miała. Jakieś sześć kroków.
Moje lokum było małe, ale garderoba, którą udało mi się wygospodarować z części, była moim crème de la crème1 całego mieszkania.
– Ożeż ty w mordę! – krzyknęła. Znałam ją dobrze i mogłam się założyć, że właśnie zobaczyła czerwoną, obcisłą mini ze złotymi zdobieniami.
– Nie! – odkrzyknęłam. – Tej nie możesz.
– Skąd wiesz, co chcę?
– To moja świąteczna sukienka. Odłóż ją.
– Ale siostrzyczko moja ukochana – zaczęła lament, choć obie wiedziałyśmy, że to nic nie da. Wiedziała to też środkowa z nas, Karolina.
– Dwa kroki w lewo, drugi od ściany drążek teleskopowy. Wysuń go i na trzecim wieszaku jest coś dla ciebie – poinstruowałam.
– Ta niebieska z cekinami? – zapytała, choć dobrze wiedziała, że jeżeli chodziło o moją garderobę, to w środku nocy potrafiłam wskazać lokalizację każdej, nawet rzadko używanej rzeczy.
– Ja pożyczę te skórkowe spodnie – poinformowała siedząca obok mnie średnia siostra. – I te czerwone, lakierowane szpilki.
– Coś jeszcze? – Spojrzałam na nią krzywo. Niestety znała mnie i wiedziała, że zawsze jej i Kornelii pożyczę nawet najdroższą parę szpilek.
– Nie. Bluzeczkę mam swoją. – Wypięła pierś.
– Korni, weź leginsy dla Karo! – krzyknęłam, wychylając się z kanapy. Jakby wstanie z niej i przejście trzech metrów stanowiło dla mnie olbrzymi problem. – Drugi regał, trzecia półka, lewy stosik na samym dole!
– Szpilki. Pamiętaj o szpilkach. – Karola dźgnęła mnie palcem. – Podaj jej współrzędne czerwonych szpilek.
– Szpilki widzę! – odkrzyknęła najmłodsza. – Siorka, miałaś rację, ta niebieska leży, jakby była projektowana dla mnie.
Mogłam iść o zakład, że na pewno teraz przeglądała się w lustrze.
Po chwili zamknęła drzwi i zgasiła światło.
– Zabierz z lodówki kolejne wino – poprosiła średnia siostra, rozlewając resztę Carlo Rossi z drugiej butelki.
– Wiecie, co mnie zastanawia? – Najmłodsza usiadła na kanapie w mojej nowej, niebieskiej sukience. – „Hot Fire Boys” są od nas, w sensie z kujawsko-pomorskiego, chyba nawet z Torunia, przynajmniej dwóch z nich na pewno, a tak rzadko u nas tańczą. Ostatnio ze trzy lata temu zahaczyli o jakiś klub.
– Faktycznie. W Bydgoszczy byli co prawda rok temu latem, ale nie udało nam się zdobyć biletów – dodała środkowa z nas.
– Pamiętam – powiedziałam z zadumą.
– Byli w okrojonym składzie, a i tak wejściówki rozeszły się na pniu.
– Reszta to same odległe lokalizacje. – Karola zmrużyła oczy, jakby miało jej to pomóc w myśleniu. – A nasz obszar omijają szerokim łukiem. Ciekawe dlaczego?
– Nie ma co gdybać. Mamy zajebistą siostrę Karolinę, która ogarnęła nam wejściówki, więc kończmy to wino i idziemy zachowywać się jak puste laski, które w mózgu mają tylko jeden zwój więcej od kury – ponagliła najmłodsza. – Będziemy piszczeć i wyć, jakbyśmy nigdy na oczy nie widziały umięśnionej klaty i mocno wypukłych majtek.
– Ja za to wypiję. – Karola uniosła swój kieliszek. – Takich wypukłych i to pięciu na raz to na żywo jeszcze nie widziałam. Za umięśnione, opalone klaty, siostry! – Wzniosła toast. – Ty pewnie wypijesz za wąsa, co nie, Kami? – Posłała mi szyderczy uśmiech.
1. Crème de la crème – francuskie określenie na coś wyjątkowego, najlepszego.
Wieczorem, ubrane jak ekskluzywne panie do wynajęcia, weszłyśmy do klubu i zajęłyśmy miejsca przy samej scenie. Przy samej scenie!
– O Jezu, Jezu, Jezu!!! – ekscytowała się najmłodsza z nas. – Nie wierzę! Serio, nie wierzę! Siedzimy w pierwszym rzędzie. – Podskakiwała na krześle. – Karola, jesteś najlepszą siostrą na świecie!
– Taaak? – Posłałam jej wymowne spojrzenie. – Ostatni raz wzięłaś cokolwiek z mojej garderoby. Zresztą, wdrażamy to od teraz. Ściągaj tę sukienkę. W tej chwili – nakazałam żartobliwie, wskazując słomką na mój ciuch.
– Przepraszam Kami, ale nawet gdyby to była bluzka od samego Ralpha Laurena, nie mogłaby się równać z tym. – Zatoczyła ręką koło, pokazując stolik pod samym podestem. – I nawet ty musisz to przyznać.
– Przyznaję – westchnęłam.
– Kurde, ja też nie wierzę, że zobaczę z tak bliska Juana Carlosa – zaczęła Karolina. – Może pozwoliłby mi polizać swojego węża.
– Karola! – warknęłam przez zęby i rozejrzałam się po sali, sprawdzając, czy aby nikt jej nie usłyszał.
– O tatuażu na piersi mówię – zaśmiała się średnia siostra. – Zbereźnico – dodała i pacnęła mnie w ramię.
– Przecież ich nawet dotknąć nie można – przypomniała zasady Kornelka. – Nawet jeśli wezmą cię na scenę. – O Boże! – krzyknęła, jakby coś sobie uświadomiła. – Siedzę pod samą sceną. – Nagle ściszyła głos do szeptu. – Serio mam szansę, że mnie wybiorą – powiedziała delikatnie, jakby nie chciała zapeszyć swoich słów.
– Prędzej Zorro ściągnie maskę, niż któraś z nas wyląduje na scenie – odparłam, choć w trzewiach zabulgotała mi ekscytacja na samą myśl, że Zorro mógłby mnie tam zaprosić. Z całej piątki gorących chłopaków to właśnie on, lider zespołu, podobał mi się najbardziej. Zapewne przez tę cholerną maskę, która zasłaniała mu pół twarzy, tworząc otoczkę tajemniczości.
– On nigdy jej nie ściąga – zauważyła Kornelia.
Ooo, właśnie to.
Nagle światła przygasły, a szmery na sali ucichły. Muzyka zmieniła się z cichej i subtelnej na głośniejszą i ostrzejszą. Kurtyna podniosła się i ukazało się pięć seksownych, umięśnionych ciał. Każdy w czarnych spodniach i dopasowanej koszuli. Każdy nieziemsko przystojny. To znaczy tak podejrzewałam, że każdy, bo ten pośrodku, osławiony na skalę krajową, Zorro, miał w większości zakrytą twarz. Tą irytująco seksowną, czarną maską. Szerokim od brwi do prawie czubka nosa, jedwabnym paskiem materiału, z wycięciami na oczy. Całości dopełniał seksowny, nadający jeszcze więcej tajemniczości, cienki wąs.
Już na dzień dobry poleciały zremiksowane nuty I Like To Move It, a chłopcy zaczęli swój układ. Piski na widowni rozległy się od pierwszego taktu, a kiedy mężczyźni synchronicznie, jednym szarpnięciem rozpięli swoje koszule, przyłączyłam się i sama zaczęłam wiwatować. Obserwowałam ich z zaangażowaniem, starając się nawet nie mrugnąć, aby nie stracić żadnej nanosekundy z występu.
Po skończonej piosence przywitali się z publicznością. Wydawało mi się, że Juan Carlos puścił oko w stronę naszego stolika.
– Aaaa!!! – zapiszczała średnia siostra.
Czyli jednak mi się nie wydawało.
Mimo że tancerze zaczęli od wysokiego C, teraz trochę zwolnili. Jednak dalej było gorąco, ponieważ sensualnie poruszali biodrami do rytmu piosenki Joe Cockera. Niby zwolnili, ale to wcale nie ochłodziło atmosfery. Miałam wrażenie, że podgrzali ją tym jeszcze bardziej.
– Właśnie żałuję, że zerwałam z Bartkiem – odezwała się niespodziewanie Karo.
Spojrzałam na nią, nie wiedząc, o czym konkretnie myślała. Jej eks był uzależnionym od hazardu skurczysynem. Każdą sumę przewalał na automatach.
– Nie kumam – przyznałam w końcu.
– Przecież ja stąd wyjdę tak napalona, że ze dwa wibratory w domu zajadę – zaśmiała się. – A Bartek, jaki był, taki był, ale seksić to on umiał – wyjaśniła rozmarzonym tonem.
– Serio, doszłabyś, leżąc pod Bartoszem?
– Wyobraziłabym sobie Juana Carlosa i miałabym orgazm wielokrotny.
– Jesteś jebnięta – skwitowałam.
– Wiem – odparła z zadowoleniem.
– Ja pierdzielę. Zejdę na zawał od tej ilości testosteronu – jęknęła najmłodsza.
– Jeśli ty przed trzydziestką spodziewasz się zawału, to co nam może grozić? – Karola wskazała palcem na siebie i mnie.
– Udar lub wylew – odparła Kornelia. – Cicho. Znów wychodzą.
W tym czasie mężczyźni przebrali się za policjantów. Seksownych policjantów. I cholera, od razu zrzucili czapki. Dlaczego nie w publiczność? Wykonali układ pod piosenkę (lekko przyspieszoną na potrzeby występu) z filmu Akademia policyjna i rozgrzali nas tak, że gdyby nie kolejna przerwa, podejrzewam, że wszystkie byśmy się na nich rzuciły. Myślałam, że nie mogę być bardziej nakręcona, ale wtedy chłopcy wrócili jako mechanicy samochodowi. Ściągnęli koszule, a naszym oczom po raz kolejny ukazały się pięknie wyrzeźbione klaty. Zwróciłam uwagę na tatuaż Zorro. Na ramieniu miał wielkie „Z” utworzone z czarno-czerwonych pąków róż. Cudne.
Nagle jeden z chłopaków – bodajże Norbi – zeskoczył ze sceny, podszedł do naszego stolika i wyciągnął rękę do naszej najmłodszej siostry. Kornela prawie się posikała z ekscytacji. Boże, ja sama ledwo nie popuściłam. Zaraz po nim zszedł Juan Carlos i zrobił to samo z moją średnią siostrą, Karoliną. Nie zazdrościłam. No może trochę, ale to była taka zdrowa zazdrość. One odziedziczyły figury po mamie i były dużo szczuplejsze niż ja.
– Nie żal wam, że wasza koleżanka została sama? – zwrócił się Zorro do moich sióstr. Chłopcy mieli przyklejone do żuchwy mikrofony, które pomagały w nawiązaniu kontaktu z publicznością. A mężczyzna w czarnej opasce na oczkach dalej nie spuszczał ze mnie wzroku. Przynajmniej tak mi się wydawało, przez słabe oświetlenie sceny i tę cholerną maskę.
– To nasza siostra, nie koleżanka – odparła Karola.
– Trzy siostry? – Zorro się zdziwił. – Tym bardziej powinna do nas dołączyć, nie sądzicie? – zapytał retorycznie, a potem przeniósł palec za ucho i wyłączył mikrofon.
Jeden z chłopaków dostawił kolejne krzesło, a lider zespołu zeskoczył ze sceny. Nie kłopotał się bocznymi schodami jak jego towarzysze, tylko efekciarsko skoczył z podestu, wprost przede mnie. Uśmiechnął się szelmowsko. Moje serce zatrzymało się, jakby zapomniało, jak pompować krew.
– Pozwoli pani? – Wyciągnął w moją stronę tę silną, umięśnioną rękę. Tak, tę z tatuażem. Tylko głupia by odmówiła.
Wstałam i ruszyłam w stronę schodów. Jednak w połowie drogi zostałam podcięta w kolanach i podniesiona przez masywne ramiona. Poczułam ostry, ale bardzo przyjemny, piżmowy zapach, a za chwilę ciarki na ciele. Zorro wniósł mnie po schodach i posadził na krześle obok moich sióstr.
Mężczyźni wykonali bardzo seksowny taniec tylko dla nas. Przy piosence Earned It zespołu The Weeknd (oczywiście odpowiednio zmiksowanej), stanęli nad każdą z nas okrakiem i zmysłowo poruszali biodrami.
– Jak dobrze, że naładowałam wibrator. – Zaśmiałam się nerwowo do siedzącej obok Korni.
Zorro złapał ręką oparcie mojego krzesła i nachylił się nade mną.
– I będziesz myślała o mnie? – zapytał chrapliwie.
O cholera.
Przełknęłam ślinę, a moja twarz na pewno nabrała rumieńców. Zorro nadal ruszał biodrami i tylko milimetry dzieliły nasze klatki piersiowe od siebie.
No otrzyj się o mnie, cholero.
– Odpowiedz – szepnął tak, że tylko ja go słyszałam.
– Wolę wyobrażać sobie Deadpoola – odparłam hardo, żeby zachować chociaż część godności.
– Kłamiesz. – Musnął wargami moje ucho.
– Poważnie. Zorro jest przestarzały – ciągnęłam, próbując oprzeć się jego magnetyzmowi, a ten był silniejszy niż magnes w Hefei2.
– Nieładnie tak kłamać – mówił, dalej wykonując układ taneczny, ale nawet na chwilę nie oderwał ode mnie tych czarnych jak węgiel oczu. – Powiedz prawdę.
– Żeby ci ego wybuchło uszami? Bez szans.
– Dobrze. Mów, co chcesz. Oboje wiemy, kogo będziesz sobie wyobrażać późnym wieczorem, zabawiając się gumowym przyjacielem – odparł cicho tonem ociekającym erotyzmem.
A ja na moment zrobiłam się mokra. Dawno nie miałam faceta. Moje libido zaczynało szaleć jak hormony nastolatki.
Nagle dłonie mężczyzny znalazły się na siedzeniu krzesła. Odskoczył do tyłu, wyprostował się w kolanach, a ruchy bioder jednoznacznie wskazywały, że właśnie posuwał mnie przez ubrania. Już czułam temperaturę piekielnego kotła, w którym będę się smażyć, gdy umrę. A kiedy spojrzałam w jego czarne jak smoła oczy, pomyślałam: A chuj, warto będzie.
Kiedy Zorro odsunął się na dwa kroki i odwrócił w stronę publiczności, chciałam na chwilę przekręcić głowę i sprawdzić, jak radziły sobie moje siostry. Ale wtedy mężczyzna jednym płynnym ruchem wyciągnął pasek ze szlufek. Sala zapiszczała. Niby to laski z przodu oglądały teraz pracę mięśni na jego torsie, ale to ja miałam przed nosem najbardziej seksowne pośladki. Za to, co właśnie sobie wyobraziłam, diabeł w piekle dorzucał drewka pod mój kociołek.
Nie wytrzymałam. Moje dłonie same wyrwały się i chwyciły te dwie równe połówki dojrzałego arbuza. I to hodowanego na najwyższej klasy nawozach.
Mężczyzna płynnym skokiem odwrócił się przodem do mnie i zarzucił mi skórzany pasek na szyję. Następnie lekko, acz stanowczo, pociągnął, aż musiałam zadrzeć głowę. On w tym czasie nachylił się nade mną tak, że oddychaliśmy tym samym powietrzem.
– Jesteś bardzo niegrzeczną dziewczynką – wymruczał.
A moje majtki nadawały się już do wymiany.
Kiedy piosenka się skończyła, panowie odprowadzili nas na miejsce i ogłosili krótką przerwę. Byłyśmy tak rozgrzane, że przy barze, w oczekiwaniu na nasze drinki, wypiłyśmy jeszcze po dwa szoty.
*
Wróciłam do domu w bardzo dobrym nastroju. Nie pamiętam, kiedy byłam tak zrelaksowana. Humoru nie zepsułaby mi nawet remontowa napierdalanka sąsiadów. Ale dochodziła północ, więc wiadomo, że o tej godzinie nikt niczego nie wiercił.
Nakarmiłam Kluska, który zapomniał o tym, że jadł przed moim wyjściem, i domagał się nocnego przydziału. Miałam tak dobry nastrój, że dostał gratisowe pół saszetki karmy.
Po prysznicu, kiedy leżałam już w łóżku, dostałam wiadomość od Kornelii. Wysłała mi link do postu na Instagramie ze zremiksowanym, dwuminutowym filmem z dzisiejszego występu.
Siorka2: Patrz 48 sekunda.
Nie odpisałam. Oglądałam całość od początku z zapartym tchem. A kiedy, we wskazanym przez siostrę czasie, zobaczyłam siebie na krześle, z rozpalonymi policzkami i maślanym spojrzeniem, wspomnienia tego, jak się wtedy czułam, powróciły na pełnej petardzie. Nie brylowałam w internetach, byłam raczej cichym obserwatorem i jeśli dałam komuś kciuka w górę czy serduszko, to najczęściej przez przypadek, jednak teraz czułam, że muszę coś napisać. Szczególnie że filmik był zwieńczony kadrem, w którym siostry i ja siedziałyśmy na krzesłach, a nad każdą z nas, w jednoznacznej pozie, górował mężczyzna z gołą klatą. „Torunianki, jesteście cudowne” – tak brzmiał napis końcowy.
Nie myślałam za długo, a nawet nie myślałam wcale, bo gdybym pomyślała choć przez sekundę, to odłożyłabym telefon na szafkę i poszłabym spać. Ale inteligentna inaczej, trzydziestotrzyletnia Kamila Kotkiewicz nalała sobie wina, bo wieczorny prysznic trochę ją otrzeźwił, i napisała komentarz w Internecie.
KotKa: Cudowni chłopcy! Byliście mega gorący.
Spojrzałam z niesmakiem na swój, pożal się Boże, komentarz starej panny. Ale kogo ja chciałam oszukać? Miałam trzydzieści trzy lata i mieszkałam z kotem. Zerknęłam jeszcze na moje zdjęcie profilowe, na którym wyglądałam, jakbym miała z osiem lat mniej. I pewnie tak było, bo tę fotkę miałam od początku założenia profilu. Przyglądałam jej się chwilę. Nie miałam wtedy pucołowatych policzków, a podbródek też tylko jeden. Przejrzałam galerię i zmieniłam obrazek na zdjęcie Kluska. Uzupełniłam swój kieliszek i jak na starą pannę przystało, zaczęłam przeglądać wszystkie rolki z profilu Hot Fire Boys.
I nagle na dolnym pasku, przy trójkątnej ikonce wiadomości, pojawiła się czerwona kropeczka. Upiłam łyk, kliknęłam i… O kurka.
Zorro: Jesteś online? Aż tak dobrze cię rozgrzałem, że już skończyłaś wspomnianą wcześniej zabawę? A może teraz oglądasz nasz występ, żeby nakręcić się przed rundą drugą?
Zorro: I dlaczego zmieniłaś tak szybko zdjęcie główne?
Opróżniłam kieliszek na raz.
Jego zdjęcie profilowe pokazywało pół twarzy. Oczywiście to zamaskowane pół.
Wpatrywałam się w tę wiadomość jak mój kot w wiszące na choince bombki i zastanawiałam się, co odpisać. Czy w ogóle cokolwiek napisać. Kiedy zauważyłam na ekranie trzy podskakujące kropeczki, wstrzymałam oddech i czekałam.
Zorro: Może potrzebujesz pomocy w stworzeniu nastroju?
Oooo, cholera. Nastrój już mam taki, że jak jeszcze podkręci, to wybuchnę.
Zorro: Dlaczego milczysz? Gdzie jest ta odważna, wyzwolona kobieta sprzed kilku godzin?
Teraz chyba powinnam już coś napisać. Tylko co? Nagle w mojej sypialni zrobiło się dziwnie gorąco.
KotKa: Wytrzeźwiała.
Zorro: Naprawdę potrzebujesz alkoholu, żeby zabawić się sama ze sobą?
Nie bawiłam się już w kulturalne picie z kieliszka. Złapałam za butelkę i wzięłam dwa solidne łyki.
KotKa: Sama nie. Z tobą tak.
Ponieważ odpowiedź nie nadchodziła dłuższą chwilę, wysłałam mu zdjęcie opróżnionej do połowy butelki wina.
Odczytał wiadomość, ale milczał. Sekundy się wydłużały. Może nie powinnam była mu niczego wysyłać? Przecież to jest zupełnie obcy facet. Rany, stara ja, a głupia. Zaraz, ale przecież to on zaczął, to on napisał do mnie pierwszy. I teraz co? Rozmyślił się? A może liczy na jakieś nagie zdjęcia? A ja mu flaszkę wysłałam. O czym pisać z obcym facetem?
Zorro: Wrócimy do tego, kiedy nie będziesz potrzebowała procentowej odwagi. Dobrej nocy, kociaku.
Co to, kurde, miało być?
Sfrustrowana rzuciłam telefonem na pościel. Upiłam jeszcze dwa łyki i zasnęłam.
2. W Hefei (Chiny wschodnie) uruchomiono magnes, który osiągnął pole magnetyczne o natężeniu 45,22 tesli, czyli ponad milion razy silniejsze od pola magnetycznego Ziemi.
Dwa dni przed pierwszym od lat występem w moim rodzinnym mieście siedziałem na sali, w której trenowaliśmy.
– Siema, Zor. – Carlos wszedł przez drzwi i podał mi rękę. Był czwartek, czyli nasz standardowy dzień prób. – Co robisz?
– Przeglądam nadesłane zgłoszenia – odparłem i wróciłem wzrokiem do telefonu.
– Czyli to już postanowione? Schodzisz z parkietu?
– Tak. Przecież wiesz. Rozmawialiśmy o tym nie raz. Nie daję już rady fizycznie i psychicznie chyba też.
– Rozumiem.
– Co to za mina? Przecież was nie zostawiam. Jestem managerem i dalej będę was trenował, przerabiał z wami układy i umawiał występy. Nadal jestem półszefem, jak ty. Po prostu rezygnuję z występów.
– Tak, ale to już nie będzie to samo. Tyle lat byliśmy drużyną, zespołem. A teraz zamiast ciebie, lidera, ma się pojawić ktoś nowy.
– Teraz ty będziesz liderem. Sprawdziłeś się, kiedy wysiadły mi plecy. Znasz każdy mój układ i babki cię kochają.
– Jakoś nie przeszkadzało mi bycie w twoim cieniu.
– Czas się rozwijać. Spójrz, ten koleś jest naprawdę dobry. – Odwróciłem telefon w jego stronę.
– Nom – przyznał, pocierając swój lekki zarost. – Kojarzę gościa. Tańczył w jednej grupie, która rozpadła się z pół roku temu, a on – wskazał głową na ekran – robi teraz solówki, głównie na wieczorach panieńskich. Czytaliśmy o nim kiedyś, pamiętasz?
– Jo3 – potwierdziłem. – Koleś jest z Grudziądza – dodałem po chwili. – Ciekawe, czy tak dyspozycyjny, jak pisze. Musiałby dojeżdżać na próby kilka razy w tygodniu.
– Skoro wysłał zgłoszenie, to pewnie jest.
– Tak czy siak nie zatrudnię go w ciemno. Musimy zaakceptować go wszyscy. Cały czas jesteśmy drużyną.
– Tak jest. – Zasalutował, a wtedy do sali weszła pozostała trójka: Olo, Kris i Norbi.
*
– Co jest, Zor? – spytał Kris, kiedy w dniu występu w Toruniu przyłapał mnie na wyglądaniu zza zasłony. Za chwilę mieliśmy wejść na scenę i rozpocząć kolejne przedstawienie. – Trema cię dopadła? – Klepnął mnie w bark.
– N-nie – zająknąłem się niepewnie, skanując wzrokiem salę. – Ale to moje miasto i widzę kilka znajomych twarzy.
– Dlatego tak bardzo broniłeś się przed występami w Toruniu? Boisz się, że ktoś cię wyczai?
– Nie jest mi to potrzebne.
– Przecież w tej durnej masce i z wąsem to nawet rodzona matka by cię nie rozpoznała – zaśmiał się.
– Tego bym nie był pewny. Poza tym, ta maska jest seksowna, nie durna. – Wskazałem palcem czarny pas przylegający do mojej skroni.
– Dam ci radę. Weź na scenę jakąś obcą, unikaj znajomych z podwórka czy szkoły. Będzie łatwiej.
– Tak. Chyba masz rację – odparłem bez przekonania. – W takim razie bierzemy te. – Wskazałem od niechcenia palcem na trzy kobiety siedzące najbliżej sceny. – Pierwszy stolik po lewej – zadecydowałem i schowałem się za kurtynę.
Cały występ wyszedł idealnie. Kobiety były zachwycone i poza standardowym wynagrodzeniem dostaliśmy sporo napiwków. Działało to tak: czasem nie mieliśmy żadnej dodatkowej złotówki, ale kiedy w jakimś klubie jedna, zbyt pijana, laska, zaczynała rzucać w nas banknotami, reszta sali szła w jej ślady i wracaliśmy z dużą dodatkową kasą. Niby fajnie, bo w dzisiejszych czasach rządzi pieniądz, ale ja wtedy jeszcze bardziej czułem, że się szmacę. Kasa łatwa, szybka i legalna, ale czy to było to, o czym marzyłem? Nie mogłem przecież tańczyć w samych gaciach przed napalonymi babami całe życie, a robiłem się coraz starszy. Mój kręgosłup też już nie był w takiej formie jak na studiach. Potrzebowałem czegoś ambitniejszego. Potrzebowałem stabilizacji, ale przede wszystkim potrzebowałem zmian.
Do tego ten występ coś we mnie zmienił. Kobieta, którą wziąłem na scenę, coś we mnie odblokowała. Poluzowałem sobie szelki i nawet puściłem do niej sprośną gadkę, czego jeszcze nigdy, na żadnym występie nie uczyniłem. Nigdy nie odezwałem się do kobiety, przed którą tańczyłem. Przy tej nie potrafiłem milczeć. Miałem ochotę warczeć jej do ucha cały czas i najchętniej nie odprowadzałbym jej w ogóle do stolika. Choć udawała wyluzowaną i bezpruderyjną, zdradzały ją rumieńce, gęsia skórka i drżenie ciała. Po występie przez wiele godzin nie mogłem przestać o niej myśleć. Była idealna, a jej zaokrąglone kształty wyprawiały cuda z moimi myślami. Gdy położyła dłonie na moich pośladkach, już byłem stracony. Jeszcze długo po tym czułem jej dotyk. To było dziwne. Z jednej strony przyjemnie, z drugiej niepokojące.
Kiedy zobaczyłem jej wpis pod ostatnim postem, zrobiłem coś, czego nie zrobiłem nigdy dotąd. Założyłem sobie oddzielne konto, jako Zorro, i napisałem do niej wiadomość. Nie wiem, co chciałem osiągnąć, ale pragnąłem kontaktu, chciałem z nią porozmawiać, bez tej całej klubowej otoczki. Dopiero kiedy wysłała mi zdjęcie prawie pustej butelki wina, zrozumiałem, że była taka jak wszystkie. Żadna nie chciała ze mną rozmawiać na trzeźwo. Każda zachwycała się nie mną tylko moim ciałem i do tego jeszcze musiała się napić.
– Co ty odpierdalasz – powiedziałem sam do siebie. – Jak chcesz znaleźć porządną laskę, to idź do biblioteki, a nie szukasz jej wśród fanek striptizerów. Idiota – sarkałem dalej w pustym pokoju.
Pożegnałem się kulturalnie z KotKą, zostawiając sobie furtkę, że może odezwie się do mnie na trzeźwo. Nie wiem dlaczego, ale bardzo tego chciałem. Ta dziewczyna obudziła we mnie coś, co myślałem, że już zawsze będzie uśpione.
Przymknąłem oczy, modląc się, aby móc przespać spokojnie kilka godzin.
*
– Chłopaki, mamy problem – powiedziałem na wideo-czacie w niedzielę z samego rana. Nie było jeszcze ósmej, więc nawet mnie nie zdziwiło, że Kris i Olo, którzy zawsze po występach szli na miasto i w swoich domach lądowali dopiero nad ranem, byli jeszcze w łóżkach. – Lokal we Wrocławiu, w którym mieliśmy mieć ostatni z mikołajkowych występów, spłonął.
– O kurwa – odezwał się Carlos. – I co teraz? Mamy wolne czy opcję awaryjną?
– Na razie zero opcji, zarządzam wolne – burknąłem.
– Mamy – wtrącił Kris. – Sam słyszałem, jak rozmawiałeś z tym gościem z wczoraj, że im się jakiś świąteczny stand-up wykruszył i proponował nam drugi występ.
– Wrocław miał być dzień wcześniej – uświadomiłem ich.
– To dlaczego powiedziałeś mu, że akurat tego dnia jedziemy do Wrocka?
– Bo tak – burknąłem zły.
– Czyli nawet jeśli we Wrocławiu znajdą lokal zastępczy, to i tak twój ostatni występ możemy zrobić dzień później w Toruniu – zaproponował Carlos.
– Ooo, ja głosuję za – rzucił Norbi.
– Nie jestem przekonany. – Przetarłem dłońmi twarz.
– Dlaczego? – zdziwił się Olo. – To jest dodatkowa kasa na święta.
– Mało masz? – burknąłem.
– Czyli szanse są? – zapytał Norbi. – Ale serio Zor, powinieneś ostatni raz wyjść na scenę właśnie tu, w swoim mieście.
– Zor nie lubi występować u siebie – mruknął Carlos. – Przypomnij sobie, jak długo go namawialiśmy.
– Ale w końcu namówiliśmy i było spoko – zauważył Kris. – Szefie jeden, jesteś przegłosowany. Szef numer dwa też jest za. To będzie twój ostatni show w twoim rodzinnym mieście. Łu-huuu! – zawył. – Takie zatoczenie i zamknięcie koła. Tu się zaczęło i tutaj się skończy. Kabooom – wydał dźwięk przypominający wybuch bomby.
– A, właśnie – przerwałem mu. – Zaprosiłem młodego na najbliższą próbę. Jak się nada i go klepniecie, to zostaje. Zaraz wam prześlę jego portfolio.
– Jasne, dawaj – przytaknął Kris. – Carlos, to ten, co mi go pokazywałeś ostatnio?
– Jo, ten sam – potwierdził.
– Dobra Zor, ogarniaj temat Torunia i daj nam znać. Ja muszę spadać. Wyrwałeś nas z łóżka w środku nocy. – Kris nawet nie krył zmęczenia.
– Z czego? – prychnąłem. – Przecież widzę, że nadal leżysz w pościeli – zaśmiałem się.
– Wracam spać. – Ziewnął. – W kontakcie. – Kris się rozłączył.
– Ja też idę spać. Miałem ciężką noc. Plecy mi się odezwały – dodałem.
– Nie dziwię się – prychnął Norbert. – Wiginałeś się przy tej szatynce tak, że sam chwilami zastanawiałem się, czy ci na scenie odcinek lędźwiowy znowu nie pierdolnie – zaśmiał się.
– Przyznaj się, specjalnie zmontowałeś filmik tak, żeby urywek z nią trwał dość długo? – Rozgryzł mnie Olo.
– Lećcie, chłopaki, cieszcie się wolną niedzielą, ja idę spać, bo dzisiaj mam sporo roboty. – Rozłączyłem się. A potem wróciłem do łóżka, żeby spróbować zasnąć i nie myśleć o szarookiej dziewczynie i jej pełniejszych kształtach.
3. Jo – zwrot, głównie na Kujawach i Pomorzu, oznaczający zgodę lub aprobatę, zamiennik słowa „tak”.
W niedzielę rano obudziłam się z niezłym bólem głowy. Do tego, kiedy próbowałam się przeciągnąć, Klusek spojrzał na mnie, ziewnął i miauknął z dezaprobatą. Mój wzrok przykuła pusta butelka po winie i leżący obok niej telefon.
– Jezu – westchnęłam, wtapiając palce w rozczochrane nocą włosy. – Zrobiłam z siebie napaloną, samotną pijaczkę. Dodajmy do tego, że jestem twoją właścicielką. – Wystawiłam palec w kierunku kota. – Stawia mnie to w mało korzystnym świetle.
– Miau – odparł mi kocur, po czym wstał i przeciągnął się na pościeli, wystawiając swój wielki zadek w moją stronę.
– O tym mówię – kontynuowałam monolog do miejsca pod jego podniesionym ogonem. – Stuknęły mi trzydzieści trzy lata, zamiast faceta mam ciebie, a wczoraj, podczas samotnego picia wina, wymieniałam wiadomości ze striptizerem.
– Miau – skomentował Klusek i łaskawie opuścił tyłek, po czym ułożył się ponownie na kołdrze.
Poleżeliśmy chwilę, a kiedy pęcherz pogonił mnie do odklejenia się od poduszki, mój puszysty pupilek bardzo szybko teleportował się do kuchni i zaczął śpiewać swój „Poranny sonet do pustej miski”. Tak, wymyślałam nazwy pieśni manifestujących jego głód, ponieważ to, co wydostawało się z jego gardła, nie było zwykłym miauczeniem. Wieczorem na przykład sopranował „Odę do saszetki”.
Kiedy już ogarnęliśmy swoje potrzeby w odpowiedniej kolejności, czyli najpierw koteczek dostał żreć, a potem ja w spokoju skorzystałam z łazienki, zabrałam się za przyrządzanie śniadania. Sierściuch dawał właśnie bis, bo już zapomniał o tym, że chwilę temu jadł. Teraz szła „Aria ku szynce”. Oczywiście skuteczna.
Na obiad, jak w prawie każdą niedzielę, pojechałam do rodziców. Zazwyczaj po drodze na Wrzosy4 zabierałam Karolinę, ale kiedy rozstała się ze swoim uzależnionym od hazardu facetem, wypowiedziała umowę najmu i wróciła do rodzinnego domu.
Rodzice mieli piętrowy dom z dwoma oddzielnymi mieszkaniami o identycznym rozkładzie. Przedpokój, trzy pokoje, kuchnia i łazienka. Mama z tatą zajmowali dół, a Karola z Kornelią górę. Rodzice oddali nam to mieszkanie jeszcze w ogólniaku, żebyśmy nauczyły się samodzielności. Mieszkałam w nim jeszcze trzy lata po skończeniu studiów i zajmowałam największy pokój z balkonem. Miałam oszczędności, bo pracowałam od klasy maturalnej, potem wzięłam kredyt, a jako pracownik banku miałam korzystne warunki i kupiłam sobie małe mieszkanko w starym wieżowcu. Ciasne, ale własne. To znaczy będzie własne za dwadzieścia lat. Na razie jest banku.
Obiad u rodziców przebiegł standardowo, czyli na luźnych rozmowach przeplatanych biadoleniem mamy, jak to straciła nadzieję na wnuki. To znaczy u mnie na pewno i nawet nie była świadoma, jak trafne były jej żale, ale Karola i Korni miały szansę się jeszcze w tym temacie wykazać.
– Kamilo – mówiła – ty jesteś najstarsza. Powinnaś dać siostrom przykład i związać się z jakimś porządnym mężczyzną, a potem urodzić nam wnuki.
– Masz już wnuka. Niepotrzebny mi facet.
– O czym ty, na Boga, mówisz?
– Twój wnuczek ma sierść i cztery łapy. Nazywa się Klusek.
– Bądź poważna, to twój kot.
– To mój synuś, a ty jesteś nietolerancyjna – udałam oburzenie.
Do tego zrobiłam głową zamach w lewo, dla lepszego efektu strzelania focha.
– Kamila, nie denerwuj mnie – wysyczała. – Roman, powiedz jej coś – zwróciła się do ojca.
– Ale co mam jej mówić? To jej życie, a ja tam Kluska lubię, zawsze się do mnie łasi – powiedział z dumnym uśmiechem.
Na mamę Klusek tylko prychał.
– Łasi się, bo przywozisz mu smakołyki – irytowała się mama.
– Dbam o swojego wnuka. Lepszy taki niż żaden, Halinko.
Miałam zostać jeszcze na kawie, ale kiedy mama delikatnie i subtelnie, jak słoń w składzie porcelany, zauważyła, że przecież nie mam do kogo wracać, to po co mam siedzieć sama z kotem – zostałam na kolacji.
Wracałam wieczorem. Wcale nie zdziwiło mnie to, że winda znowu nie działała. Mieszkałam na czwartym piętrze, więc mogłam wejść pieszo.
Nagle na moim piętrze zauważyłam siedzącą na schodach kilkuletnią dziewczynkę. Ubrana była w strój wiedźmy. Siedziała i cichutko płakała. Spojrzałam na zegarek, było przed dwudziestą pierwszą, dziecko powinno już spać. Przynajmniej takie małe. Natychmiast przy niej przyklęknęłam.
– Hej. Mogę ci jakoś pomóc? Zgubiłaś się? – odezwałam się łagodnym głosem.
Dziewczynka przetarła oczy rękawem i spojrzała na mnie. Pokręciła główką w zaprzeczeniu. Miała śliczne, intensywnie błękitne, chociaż zaczerwienione od płaczu, oczka.
– Nie – powiedziała cicho.
– A gdzie są twoi rodzice?
– Mama daleko, poleciała do góry samolotem, a tatuś śpi.
– A gdzie mieszkasz? – zapytałam.
Mała obróciła ciałko w lewo i wskazała na drzwi moich nowych sąsiadów.
Zaje-kurwa-biście.
Wprowadziła mi się patologia. Matka chuj wie gdzie, a ojciec zalał pałę i śpi.
– Chciałam tylko pozbierać cukierki na Halloween – dodała, pociągając noskiem.
– Chodź – wyciągnęłam do niej rękę – zapukamy do taty.
Malutka wstała i chwyciła moją dłoń. Podeszłyśmy pod drzwi. Dzwonek nie działał. Zapukałam. Za chwilę zaczęłam walić, jakby się paliło, ale nadal nic. Cisza. Zauważyłam klamkę starego typu, która otwierała się tylko od wewnątrz. Z zewnątrz trzeba było użyć klucza. Zostało więc tylko walenie.
– Tatuś tak ma, że mocno śpi – wyjaśniła, kiedy moje kolejne próby nie dawały rezultatu.
– Jak masz na imię?
– Zosia. Nazywam się Zofia Róża Lis.
– Ja jestem Kamila Kotkiewicz, ale możesz mi mówić Kami. – Podałam jej dłoń. – Słuchaj, Zosiu, zrobimy tak: napiszemy karteczkę, że jesteś u mnie, i włożymy ją w drzwi. A tatuś, jak wstanie, to po ciebie przyjdzie. Dobrze? Ja mieszkam tuż obok. – Wskazałam ręką na sąsiednie drzwi po lewej.
Skinęła potwierdzająco, więc wyjęłam z torebki długopis. Chwilę mi zajęło znalezienie jakiejś kartki. Znalazłam fakturę za bluzkę, którą niedawno kurier przyniósł mi do pracy. Od razu ją przymierzyłam, a dokument zakupu wrzuciłam do torebki. Nie to, żebym była bałaganiarą, której torebka to jedna wielka maszyna losująca… No dobra, tak było, ale czasem – jak na przykład teraz – to się przydawało. Napisałam: „Córka jest obok, mieszkanie nr 13” i złożoną kartkę wsunęłam między drzwi a futrynę.
– Lubisz zwierzątka, Zosiu? – spytałam, otwierając swoje mieszkanie. Dziewczynka skinęła. – To dobrze, bo mam w domu kotka.
– Będę mogła go pogłaskać? – zapytała coraz mniej onieśmielona.
– Oczywiście, ale bardzo delikatnie.
Zosia niepewnie weszła ze mną do środka, postawiła swoje wiaderko w kształcie dyni na moim wąskim, kuchennym stole i rozejrzała się po pomieszczeniu. Klusek zeskoczył z kanapy w salonie i podszedł do nas. Obwąchał dziewczynkę, a kiedy stwierdził, że nie jest zagrożeniem, otarł się o jej nóżki. Gdy jednak mała schyliła się, aby go pogłaskać, kocur odskoczył od niej jak oparzony. Dziewczynka posmutniała.
– Klusek jest wielkim żarłokiem – powiedziałam. – Musimy go przekupić, żeby dał się pogłaskać. – Podeszłam do szafki, wyjęłam paczuszkę przysmaków i dałam dziewczynce kilka sztuk. – Teraz przykucnij i wystaw rączkę, to sam do ciebie przyjdzie – poinstruowałam.
– Jest taki mięciutki – powiedziała, kiedy Klusek zjadał kwadraciki z jej dłoni i nie przeszkadzało mu już żadne dotykanie.
– To prawda. Chcesz coś zjeść albo pić?
– Piciu poproszę – mówiła, nie zaprzestając głaskania i nie spuszczając wzroku z mojego kota.
– Sok pomarańczowy może być?
– Tak. Ojej, poszedł sobie. Klusek, wracaj – zawołała smutnym głosem.
Ta, zeżarł smaczki i sobie polazł, normalna sprawa. No cóż, kiciu, dziś twój szczęśliwy dzień, pomyślałam, wyciągając z szafki kolejną garść łososiowych poduszeczek.
– Proszę. – Wysypałam jej kilka na rączkę.
– Klusek jest bardzo gruby – zauważyła.
No co ty nie powiesz, serio?
– Bo pomimo tego że to ja jestem jego panią, też muszę mu dawać smakołyki, żeby móc go pogłaskać – przyznałam. Tak, to mój kot wychował sobie mnie, a nie odwrotnie.
– Widać, że często go głaszczesz – skwitowała. – Nie masz kogo przytulać, więc masz kota?
Świetnie, nawet poznana pięć minut wcześniej kilkulatka potrafiła mnie trafnie podsumować.
– Po prostu bardzo lubię go głaskać – odparłam.
– Prawda, jest bardzo mięciutki.
– Ile masz lat, Zosiu?
– Pięć. A co?
– A dlaczego jesteś przebrana za wiedźmę? Halloween jest dopiero jutro.
– Tatuś kupił mi ten strój i bardzo chciałam go przymierzyć. I jak zasnął, to wyszłam zrobić próbę i już dziś zacząć zbierać cukierki, ale zapomniałam kapelusza. Wróciłam, ale drzwi się zacięły i nie mogłam wejść. Tatuś, jak weźmie tabletki na rękę, to zawsze mocno śpi.
Kuźwa, sąsiad narkoman mi się trafił. Będzie to trzeba gdzieś zgłosić. Wysypywał sobie tablety na dłoń i brał prochy przy dziecku?
– Jak to, tata łykał tabletki z ręki?
– Jak mieszkaliśmy u babci, to tata brał dużo tabletek na rękę.
Łykał tabsy garściami? Przy swojej córce i matce?
– Co to znaczy: na rękę?
– Tata miał operację na rękę. I jeszcze go boli.
– Rozumiem.
Nie rozumiałam. Nawet jeśli to nie były dragi, tylko silne leki, i tak nie powinien ich brać, gdy ma dziecko pod opieką. Tym bardziej że na pewno wiedział, jak na niego działają. Był już uzależniony i brał leki, bo to było silniejsze od niego?
Moje skołtunione myśli przerwał dzwonek do drzwi. No, chyba czas poznać szanownego tatuśka. Podeszłam do wejścia, otworzyłam drzwi i zamarłam. Zamrugałam kilkukrotnie, ale obraz był taki jak przed sekundą.
– Mi… – Przełknęłam ślinę. – Mikołaj – wyszeptałam.
Nie mogłam uwierzyć. Przede mną stał chłopak, to znaczy teraz już mężczyzna, o najbardziej niebieskich oczach, jakie widział ten świat. Mężczyzna, którego kilkanaście lat temu obiecałam sobie nigdy w życiu już nie oglądać.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
4.Dzielnica Torunia.
Okładka: Paweł Panczakiewicz / Panczakiewicz Art.Design
Redakcja: Kamila Recław
Korekta: Alicja Matyjas
Redakcja techniczna: Mariusz Gołdyn
Konwewrsja e-booka: Gabriel Wyględacz / Studio Akapit
Elementy graficzne w tekście: designed by @freepik
Copyright © 2026
@ by Anna Margot
@ for this edition by Wydawnictwo Wolf Sp. z o.o.
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-68960-03-7
Wydawnictwo Wolf
Wydanie I
Gorzów Wielkopolski 2026
Wyprodukowano w Polsce
