Róża wiatrów - Agnieszka Krawczyk - ebook

26 osób właśnie czyta

Opis

W życiu nie zawsze układa się tak, jak sobie wyśniliśmy w marzeniach. Matylda Radwan wraca nad morze pełna nadziei na nowy związek. Pomiędzy nią a archeologiem Łukaszem Rokickim coś się jednak psuje. Kobieta gubi się w domysłach, co może być tego powodem. Nie ma pojęcia, że ukochany ukrywa przed nią pewien sekret… Także we dworze w Drozdowie wszystko się nagle komplikuje. Pojawia się zagadkowy człowiek, którego zamiary nie są do końca jasne dla właścicielki, Anity Orontowicz. Trudno rozstrzygnąć, czy przybysz chce jej pomóc, czy wręcz przeciwnie – bardzo zaszkodzić. Spokoju nie może znaleźć też Ola, wciąż czekająca na matkę. Czy jej nadzieje nie zostaną zawiedzione?
Róża wiatrów”, to pełna emocji opowieść o pragnieniu miłości i zrozumienia, oraz o próbie dotarcia do samego siebie. Często błąkamy się po bezdrożach naszych uczuć, szukając kompasu. Serce jest jednak najlepszym doradcą i ono z pewnością wskaże właściwy kierunek. Warto zasłuchać się w szum morza, poczuć świeżość bryzy i dać się ponieść opowieści o ludziach, którzy starają się zrozumieć, co jest dla nich najważniejsze, i o co warto walczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 502

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


1.

Pora śniegu skończyła się nieodwołalnie w połowie lutego, o czym świadczyło pojawienie się ptaków, zmieniający się zapach powietrza i nieśmiało wyglądająca z ziemi zielona trawa. Tylko morze miało wciąż kolor mrozu. Barwę chłodnej stali, mroczną i nasyconą, bardzo tajemniczą i niedostępną. Zimą woda ściślej łączyła się z niebem niż latem. Dominowała szarość, zawieszona w powietrzu niczym gęsta mgła. Kiedy jednak stopniał śnieg i na nowo ukazał się piasek, a horyzont zaczęły pokrywać drobne smugi złota przełamujące wszechogarniającą szarzyznę, znaczyło to, iż nadeszła oczekiwana zmiana. Nieśmiałe blaski różowości zapowiadały, że dni, coraz dłuższe, szybko staną się ciepłe.

Tak przynajmniej uważał Józef Orłowski, który – wyprawiwszy wnuczkę na studia do Gdańska – czuł się przez zimę bardzo samotny. Oleńka oczywiście przyjeżdżała co weekend, opowiadając, co się wydarzyło na uczelni i w akademiku. Dzwoniła też do dziadka każdego dnia. Prawda jednak była taka, że staremu brakowało codziennej obecności wnuczki.Sezon dawno minął i w Dębkach nie było nic konkretnego do roboty. Dom Konrada Malinowskiego został sprzedany pod koniec lata, a nowi lokatorzy nie potrzebowali jego pomocy. Zresztą sam by do nich nie poszedł. Co to była za para! Jacyś zarozumiali ludzie, którzy pozjadali wszystkie rozumy. Zupełnie inni niż pani Matylda, która potrafiła grzecznie porozmawiać, wysłuchać człowieka, a nawet sensowniedoradzić.

Starszy mężczyzna tęsknił nie tylko za wnuczką, lecz także za wszystkimi znajomymi z lata: elegancką i utalentowaną Matyldą, spędzającą zimę w rodzinnym mieście, za archeologiem Łukaszem, który – jak wieść głosiła – wykładał gościnnie w Toruniu, wreszcie za Ignacym, co wciąż próbował przenieść się do Gdańska, żeby tutaj dokończyć swoją pracę magisterską. Oleńka zawsze ożywiała się, gdy rozmowa schodziła na temat chłopaka. Nie miała wątpliwości, że wkrótce uda mu się załatwić formalności i zjawi się na Pomorzu.

– To nie takie łatwe, dziadku – przekonywała. – On musi wszystko uzgodnić ze swoim promotorem i dopiero wtedy go puszczą.

– No, ale pan Rokicki obiecywał, że mu jakąś robotę załatwi przy muzeum w Gdańsku. – Orłowski pykał swoją rybacką fajeczkę i przyglądał się wnuczce z powątpiewaniem.

– Owszem, ale ważniejsza sprawa to magisterka Ignacego. Nie może wyjechać bez zgody promotora.

I tak się to ciągnęło przez wszystkie chłodne miesiące. Józef czuł się coraz bardziej przygnębiony i zniechęcony. Wreszcie nadeszła radosna wiadomość od Łukasza Rokickiego – jego architektka, Bogna Wencel, uzyskała wymagane pozwolenia i na wiosnę będzie można rozpocząć przenoszenie starego domu, który archeolog niedrogo kupił, czy też nawet dostał, w okolicy. Poprosił byłego latarnika o pomoc w tych pracach.

– Byłbym spokojniejszy, panie Józefie, gdyby mi pan tam na miejscu wszystkiego doglądał – zaproponował, gdy wpadł do Orłowskiego w drodze do Gdańska.

Starszy mężczyzna zadumał się głęboko nad tą propozycją, ale potem się ucieszył.

– Doglądać budowy, pan mówi?

– Oczywiście, tam będzie moja architektka i kierownik robót, ale zawsze dobrze też mieć kogoś zaprzyjaźnionego – tłumaczył archeolog, a Orłowski kiwał głową. Był zadowolony, że okazuje mu się takie zaufanie.

– Święte słowa! Pan Konrad też nigdy nie narzekał, jak mu się domem opiekowałem. Spojrzę i na pańską działkę, panie Łukaszu, ale między nami mówiąc, to kiepskie miejsce sobie pan wybrał. Pewnie niedrogo policzyli za ziemię, co?

– Nie tak znowu tanio – roześmiał się Rokicki. – Mnie się ta okolica bardzo podoba. Piękny widok na morze i ta przestrzeń…

– Ale droga kiepska i do cywilizacji daleko. To się tak łatwo mówi, ale sąsiad to ważna sprawa.

– Oby dobry – dorzucił Łukasz z humorem, a Józef znów się zamyślił.

– To też prawda – przyznał. – Ja w sumie na swoich nie mogę złego słowa powiedzieć, choć też się plotkarki trafiały, ale wiadomo, różnie może być. Jedyna nadzieja, że jak pan tam domek pobuduje, to i inni ludzie się zachęcą…

– O, na to, to ja wcale nie mam ochoty – stwierdził Rokicki. – Specjalnie wybrałem takie odosobnione miejsce, żeby mi nikt w okna nie zaglądał i się nie kręcił w pobliżu.

– Młody pan jeszcze jesteś, to się panu wydaje, że bez ludzi łatwiej. A tak nie jest – podsumował Orłowski, nabijając swoją fajkę. – A pani Matylda to kiedy przyjedzie?

Przez twarz archeologa przebiegł uśmiech.

Matylda kończyła przygotowywać zgłoszenie na konkurs tkaniny w Łodzi. Można było przedstawić do oceny kilka prac, więc wybrała jeden z gobelinów pozostawionych we dworze w Drozdowie oraz ten z wizerunkiem morza, który już od pewnego czasu nosił nazwę Przylądek Wichrów.Zdecydowała się też na wykonanie czegoś zupełnie nowego. To właśnie pochłaniało ją przez większą część zimy. Tkaniny, które powstawały, miały być zresztą częścią większej serii „drozdowskiej”, tworzonej dla Anity Orontowicz. Inspirację stanowiły motywy egzotyczne, zaczerpnięte z dworskiej oranżerii. Matylda obiecała właścicielce, że wróci na wiosnę, żeby przygotować kilka gobelinów specjalnie dla niej. Te, które wisiały w hotelowym hallu jako dekoracja, wzbudziły ogromne zainteresowanie i większość została sprzedana właściwie od ręki. Matylda podarowała Anicie jeden, właśnie ten, który teraz miał pojechać do Łodzi. Łukasz uśmiechnął się na to wspomnienie.

– Przyjedzie? – powtórzył jak echo Orłowski, wciąż pytający o artystkę.

– Tak, oczywiście. Myślę, że niedługo. Musi tylko dokończyć swoje prace na wystawę i przyjeżdża.

– O, to wspaniale. Oleńka tak ją lubi, ucieszy się dziewczyna.

– A jak Oli idą studia? Zadowolona? – zainteresował się życzliwie archeolog.

– Bardzo. Ja nie byłem do tej geologii przekonany, ale to doskonały fach i świetna przyszłość. Dziewczyna na pewno będzie miała pracę zapewnioną. No i podoba się jej to. Ma miłą koleżankę w akademiku, ułożoną panienkę, nie jakieś fiu-bździu w głowie, Edyta jej na imię, bardzo się cieszę, że to się wszystko tak potoczyło.

– No to doskonale. Pojadę już, panie Józefie, bo muszę jeszcze skoczyć do urzędu w Lęborku, potem na uczelnię do Gdańska, pozałatwiać różne sprawy.

– Oczywiście. Praca najważniejsza.

Starego nurtowała jeszcze jedna kwestia.

– A ta nasza… Alicja… Nie dała znaku życia, prawda?

Matka Oli, Alicja Orłowska opuściła dziewczynkę, gdy ta była maleńka, tuż po śmierci jej ojca w wypadku na morzu, i nie pojawiła się więcej. Jej nieobecność bardzo źle wpływała na Aleksandrę. Marzyła o powrocie Alicji przez wiele lat, wierząc w morskie legendy, głoszące, że można na plaży odnaleźć zaginiony skarb, który zwróci zabraną przez morze ukochaną osobę. Łukasz, Matylda i Ignacy postanowili pomóc dziewczynie, ale bez jej wiedzy. Dzięki informacji od Orłowskiego odnaleźli Alicję w Szwecji. Łukasz się z nią skontaktował, ale kobieta nie okazała entuzjazmu. Była zdziwiona, że ktoś po tak długim czasie próbuje jej szukać. Archeolog miał nadzieję, że Alicja, gdy sobie wszystko przemyśli i ułoży w głowie, zdecyduje się na rozmowę z córką. Stało się jednak inaczej. Minęło wiele miesięcy, a Orłowska milczała. Cała misja okazała się niewypałem. Łukasz gratulował sobie wręcz, że o niczym nie powiedzieli Oli – dziewczyna byłaby mocno rozczarowana, może cierpiałaby bardziej.

– Nie, nie odezwała się – odpowiedział.

Józef westchnął.

– Taka właśnie zawsze była. Samolubna. Liczyło się dla niej wyłącznie własne szczęście. O innych nie dbała. Ale dobrze, żeście się przekonali. Wszyscy się przekonaliśmy – poprawił się, a potem zamilkł już na dobre.

Łukasz uścisnął jego dłoń i wsiadł do samochodu.

Sprawdził godzinę na zegarku i zdecydował się jeszcze podjechać na przyszły teren budowy. Przez ten czas sporo się tutaj zmieniło, przede wszystkim miejsce było już uporządkowane. Archeolog wiedział, że gdy zostaną załatwione wszystkie pozwolenia, dokonane wszelkie odbiory, sprawy nabiorą tempa. Nie mógł się już doczekać, żeby zobaczyć w tym miejscu swój nowy dom. A właściwie – stary dom, który dla niego miał być tym nowym.

Oczywiście, mógłby budować od początku, to zapewne byłby łatwiejsze. Ale on zakochał się w tym domku bez pamięci i kiedy okazało się, że może go dostać praktycznie za bezcen, nie wahał się ani chwili. To był znak. Jeden z wielu tamtego lata. Pierwszym był zachwyt Matyldy tym klifem, a właściwie – źle powiedziane – zdecydowanie najważniejszym znakiem dla niego była sama Matylda. To ona mu uświadomiła, że czas przestać gonić po świecie w pościgu za marzeniami, a pora je realizować tutaj, na miejscu.

I to nie było tak, że zamierzał odłożyć czynne uprawianie archeologii i zostać jedynie wykładowcą czy instruktorem nurkowania. Nie potrafiłby przecież żyć bez swojej pracy naukowej. Zrozumiał jednak, że brakuje mu stałego miejsca, gdzie mógłby rzucić kotwicę, portu, do którego zawsze się wraca, z każdej podróży. Własnego pokoju, z wielkim oknem otwierającym się na morze, gdzie przy sosnowym stole będzie opracowywał notatki z badań. Tarasu, na którym powita każdy nowy dzień, zarówno w pogodę, jak i w sztormowy poranek. Pragnął przestrzeni, widoku i poczucia przynależności do miejsca. Czuł, że w jego życiu przyszedł czas na taką właśnie stabilizację. Do tej pory właściwie tylko wynajmował mieszkania albo korzystał z hoteli asystenckich przy uczelniach. Tak było dla niego prościej. Teraz niespodziewanie zaczął marzyć o czymś dla siebie i na stałe.

Co o tym myślała Matylda?

Nie naciskał na nią w ciągu tych jesiennych i zimowych miesięcy, bo wiedział, jak ceniła sobie swoją osobistą i zawodową niezależność. Nie padło między nimi wiele słów, ale deklaracja artystki, że przyjedzie do Drozdowa wraz z nadejściem wiosny, dawała mu nadzieję, że wszystko jest na właściwiej drodze. Ten sen miał szanse się spełnić, a marzenie mogło się urzeczywistnić. Łukasz nie chciał jednak przyspieszać biegu zdarzeń i wymuszać deklaracji. Cóż bowiem po decyzjach podejmowanych pod presją? Nie są i nie będą nigdy szczere, bo przecież muszą wynikać z potrzeby serca.

Domu zresztą jeszcze nie było. Uporczywie czepiał się myśli, że Matylda obiecała mu, że go urządzi. Niecierpliwił się i przesłał jej nawet całą dostępną dokumentację – plany i zdjęcia. Była podobnie jak on zachwycona i uważała, że budynek świetnie pasuje do Przylądka Wichrów.

***

Ona tymczasem kończyła swoją konkursową pracę i dumała nad tym, co się zdarzyło. Lato, które spędziła w Dębkach, było dla niej niezapomniane. Zaczęło się wszystko niewinnie i zwyczajnie od zlecenia przyjaciółki na przygotowanie domu jej brata do wystawienia na sprzedaż. Matylda właśnie takimi rzeczami się trudniła, gdy nie miała klientów na swoje tkaniny, i robiła to bardzo dobrze. Praca przy aranżacji wnętrza nadmorskiego domku szybko przestała być najważniejsza. A co okazało się najbardziej istotne? Bliskość, jaka nawiązała się pomiędzy nią a innymi ludźmi. Artystka rozumiała, że nie można oceniać drugich po pozorach. I tak opryskliwy i przemądrzały Orłowski dał się poznać jako dobry i uczynny człowiek, zamknięta w sobie i wyobcowana Aleksandra ujawniła swą wrażliwość i serce pełne czułości, wreszcie Ignacy – zwariowany i nonszalancki – był tak naprawdę podatnym na zranienie romantykiem. A co ukrywał Łukasz? Ich relacja komplikowała się od samego początku. Orłowski określił go mianem „latawca bez sznurka” i miał słuszność, gdyż archeologa wciąż nosiło po świecie. Ale teraz wszystko się zmieniło. Nie padło pomiędzy nim a Matyldą zbyt wiele słów, pozostały niedopowiedzenia. Oboje jakby się obawiali, co może przynieść takie wyznanie, zbytnie zbliżanie się do siebie, zobowiązania. Chyba milcząco uznali, że tak będzie lepiej – bez deklaracji i oczekiwań. Czegoś jednak brakowało w tym układzie, tak przynajmniej uważała kobieta.

Łukasz poprosił ją o przyjazd na Przylądek Wichrów, gdy dom będzie już przeniesiony. Miałaby pomóc mu w urządzeniu całości, bo się na tym nie znał, a przynajmniej tak twierdził.

To nie wydawał się szalony plan, bo Matylda lubiła takie wyzwania. Domek archeologa był śliczny. Rozwiesiła zdjęcia, które od niego dostała, po całej swojej pracowni i zerkała na nie często. Nierzadko odrywała się od pracy przy swoim wystawowym gobelinie, żeby zrobić jakiś szkic wnętrza, który właśnie wpadł jej do głowy. Zwłaszcza zimą, gdy dni trwały krótko, śnieg walił w okno, a mdłe światło wpadało przez przyprószone szyby tylko do południa. Wtedy wolała pomyśleć o urządzaniu domku niż o swojej pracy przy tkaninie. Mimo iż dom miał stać nad morzem, postawiła w wystroju na styl wiejski – odsłonięte belki sufitowe, dużo drewna i wielki pobielony wapnem piec, jako główną atrakcję największego pomieszczenia.

Tak się bawiła w mroźne miesiące, rzadko widując się z Łukaszem, który wpadał do niej w przelocie pomiędzy swoimi sprawami naukowymi i urzędowymi. Ich spotkania były gorące i intensywne, ale krótkie i pozostawiające niedosyt. Miała wrażenie, że jej przyjaciel prowadzi jakąś gorączkową działalność, o której nie do końca ją informuje. Czy były to jakieś problemy z pracą? W końcu nie wykorzystał karaibskiego grantu i pewnie musiał jakoś wytłumaczyć swoją nieobecność przy tym projekcie. Matylda próbowała podpytywać go, czy nie ma jakichś problemów z tego powodu, ale nie chciał w ogóle mówić na ten temat. Robił się od razu milczący i niechętny. Martwiło ją to, ale zgodnie ze swoim charakterem nie chciała dociekać przyczyn. Wolność zawsze była dla niej najważniejsza, także ta pomiędzy dwojgiem ludzi. Oplatanie kogoś sobą budziło w niej niechęć, a może i wstręt. A jednak czuła, że coś jest nie tak, jak być powinno, rodziły się pytania bez odpowiedzi, pojawiał niepokój.

Może dlatego zgodziła się na propozycję Anity, a właściwie Irminy Orontowicz, jej córki? To było bezpieczne wyjście z sytuacji. Mogła wrócić w pobliże Łukasza na całą wiosnę i być może znowu na lato, zachowując jednak pewną niezależność.

Gdyby coś ułożyło się nie całkiem po mojej myśli – dopowiadała w duchu i czuła się uspokojona.

Anita postanowiła podjąć terapię w zamkniętym, prywatnym ośrodku. To była wielka rzecz, bo z trudem przyznawała się do swojego nałogu. Córka wiązała z tym ogromne nadzieje i wspierała matkę. Zdecydowała się też pomóc w prowadzeniu Drozdowa. Ojciec nie bardzo się w to mieszał. Po ujawnieniu kiepskiej sytuacji majątkowej Orontowiczów Michał zostawił zarządzanie hotelem całkowicie na głowie żony i córki, a sam zajął się ratowaniem reszty podupadającego przedsiębiorstwa. Po rozmowie z Anitą, w której zarzuciła mu, że kupując i restaurując Drozdowo, korzystał z pieniędzy jej rodziców, stracił serce do tej posiadłości. Irmina uważała wręcz, że uniósł się honorem, albo – co bardziej prawdopodobne – chciał udowodnić żonie, iż nie poradzi sobie z zarządzaniem tym miejscem. I nie mylił się aż tak bardzo. Anita, całkowicie rozchwiana emocjonalnie po odejściu męża, z trudem była w stanie skupić się na swoim zdrowiu i podjąć terapię. Irmina była pełna dobrych chęci – gotowa przerwać studia i zająć się pracą w rodzinnym biznesie, byle tylko nie stracić dworu. Chciała za wszelką cenę udowodnić ojcu, że razem z matką sobie poradzą. W dodatku zaczęły pojawiać się plotki o jakimś kolejnym romansie Michała, co tylko pogłębiło depresję Anity. Na szczęście w porę pojawiła się Justyna Malinowska, przyjaciółka Matyldy. Od dłuższego czasu pragnęła zainwestować w elegancką i perspektywiczną nieruchomość. Z Michałem trudno się było dogadać, ale z Anitą i Irminą sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Justyna jednak nie chciała naciskać ani wykorzystywaćtrudnej sytuacji.

– Nie zamierzam robić żadnych złotych interesów – tłumaczyła Matyldzie, która całkowicie podzielała ten pogląd. – Nie zniosłabym świadomości, że uważają się za postawione pod ścianą. Wiem, to jest biznes i najlepiej zarabia się, gdy ktoś ma kłopoty, ale ja sama odeszłam z korporacji właśnie w takich okolicznościach.

Matylda świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Justyna przyznała się tamtego lata, że stres i walka o swoją pozycję także doprowadziły ją do nałogu. Przyjaciółka rzuciła nie tylko toksyczną pracę, lecz także picie. Zmieniła przy okazji sposób myślenia. Nie potrzebowała już rywalizacji i dorabiania się za wszelką cenę, marzyła o spokoju.

– Co zatem zrobisz? – dopytywała Matylda. – Tak ci zależało na tych udziałach w Drozdowie.

– To prawda. Najpierw miałam nadzieję, że dogadam się z Michałem. Wydawał mi się sensowny, choć cyniczny. Ale potem chyba dobrze się stało, że zostawił to Anicie. Bardziej zasługuje na ten hotel.

– Tylko raczej nie umie go prowadzić.

– Będzie się musiała nauczyć. Podobnie jak ich córka. To może być dla dziewczyny prawdziwa szkoła życia.

– Oby nie zbankrutowały – przestrzegła Matylda. – Byłoby szkoda pięknej posiadłości, no i ich obu. Anita kocha to miejsce, a Irmina ma mnóstwo chęci.

– Nie martw się, pomogę im. Obiecałam Anicie, że pożyczę jej pieniądze. Mam nadzieję, że gdy opracujemy jakiś sensowny plan, staną na nogi. Liczę, że zechcą dopuścić mnie do spółki.

– Jesteś bardzo szlachetna.

– Chcę być w porządku wobec siebie i innych. Zależy mi na tej inwestycji, ale nie za wszelką cenę i nie po trupach. Wiosną, gdy hotel zacznie działać, na nowo przyjadę do Drozdowa i doradzę im.

W ten sposób wszyscy czekali na wiosnę. Na pierwszy ciepły powiew, który świadczyłby o tym, że wiatr się zmienia.

2.

Irmina Orontowicz stała za ladą w recepcji i biedziła się nad księgą zamówień. Pieniądze, które z matką pożyczyły od Justyny, powoli się kończyły, a dziewczyna nie chciała występować o kolejną pożyczkę. Malinowska i tak wiele dla nich zrobiła. Przede wszystkim po długiej i dramatycznej rozmowie namówiła jej matkę na leczenie, za co Irmina była ogromnie wdzięczna. Kwota, jaką otrzymały, miała pomóc wykaraskać się z największych tarapatów. Tak się jednak nie stało.

Zima to był martwy sezon – pocieszała się dziewczyna, wpatrując w listę rezerwacji. Mimo iż nadeszła wiosna, wciąż nie było ich zbyt dużo. Kilka osób wpadło tutaj przejazdem, zwykle z ciekawości, gdyż okazała rezydencja dworska w takiej niedużej wiosce budziła zainteresowanie. Czasami taki zabłąkany gość pojawiał się przypadkiem, jak właśnietego dnia.

Był to mężczyzna po pięćdziesiątce, wysoki i szpakowaty, ubrany na sportowo, ale widać było, że nie leży mu ten strój. Najwyraźniej był przyzwyczajony do bardziej oficjalnego stylu. Rozejrzał się ciekawie po hallu, gdzie wciąż jeszcze wisiały niektóre prace Matyldy Radwan, potem zbliżył się do okna i wyjrzał na uśpiony ogród. Najwyraźniej coś przykuło jego uwagę i zaczął się wpatrywać w park z dużąintensywnością.

– Ciekawe, o co mu chodzi? – szepnęła Ola, która tego dnia skończyła zajęcia wcześniej i przyjechała pomóc Irminie przez weekend. Tak po prawdzie nie było za bardzo w czym pomagać, lecz Aleksandra chciała dodać koleżance otuchy. Uważała, że nie ma nic gorszego niż spędzanie czasu samotnie, w wielkim domu i zamartwianie się swoją sytuacją. Dziadek umówił się na karty z kilkoma kolegami, dawnymi rybakami, więc nie miała wyrzutów sumienia, zresztą obiecała wpaść do niego na obiad w niedzielę. Czuła, że Irminie jest bardziej potrzebna. Miały się we dwie zastanowić nad sensownym planem dla Drozdowa na nowy sezon. Irmina spuściła nos na kwintę i najwyraźniej trapiły ją niewesołe myśli. To był najlepszy moment, żeby ją pocieszyć. Od ubiegłego lata bardzo zbliżyły się ze sobą. Początkowo w ogóle się nie lubiły. Irma, zarozumiała i obojętna, wywyższała się ponad cichą i zalęknioną Aleksandrę. Ale to właśnie Ola okazała silny i niezłomny charakter, to ona potrafiła ofiarować prawdziwą przyjaźń i pomoc. Nawet zepsuta i nieczuła Irmina musiała to przyznać, a potem – docenić. Czas płynął, a ona zrozumiała, że trudno liczyć na lepszą i wierniejszą koleżankę; sama też się zmieniła. Niespostrzeżenie zaczęła zwracać uwagę na potrzeby innych, ich problemy i oczekiwania. Była wdzięczna Oli, że przyjeżdża ją wspierać, choć właściwie – obie zaledwie uczyły się zarządzania i wciąż popełniały wiele błędów. Było jednak w ich działaniach wiele entuzjazmu i kreatywności, którymi nadrabiały wszelkie braki.

– To jakiś znajomy? – zainteresowała się znowu Aleksandra, dyskretnie wskazując na przybysza.

– Nigdy go tutaj nie widziałam. – Irmina wzruszyła ramionami. Obserwowała dziwnego gościa z uwagą, zachodząc w głowę, czego on chce. Może to ktoś z banku, kto szacuje wartość nieruchomości? Obleciał ją strach, ale postanowiła się nie poddawać i śmiało stawić czoła niebezpieczeństwu. Wyszła zza kontuaru i zbliżyła się do mężczyzny.

– W czym możemy pomóc? Szuka pan kogoś? – spytała, starając się przybrać jak najbardziej przyjacielski ton, ale w jej głosie pobrzmiewała niepewność.

– Czy mówi pani może po niemiecku? Ja znam język polski bardzo słabo, wolałbym się nie męczyć, zresztą robię tyle błędów – powiedział mężczyzna z silnym akcentem, uśmiechając się przepraszająco.

– Niestety nie, ale znam angielski – wyjaśniła Irmina.

– Ja mówię po niemiecku – odezwała się Aleksandra, także podchodząc do nich.

– O, to doskonale – mężczyzna przeszedł na ten język. – Będzie mi łatwiej się wysłowić. Jestem Hugo Reimerbach i poszukuje pamiątek po mojej rodzinie…

– Ach, tak! Ten dwór kiedyś należał do rodziny Reimerbachów! – zawołała Ola, a Hugo skinął głową.

– Owszem. Staram się uporządkować historię mojej rodziny, zbieram świadectwa. W tym celu badam różne źródła i dokumenty doprowadziły mnie właśnie tutaj…

– O czym on mówi? – zaniepokoiła się Irmina.

– To potomek dawnych właścicieli, rodziny Reimerbachów, kolekcjonuje jakieś historie familijne – wyjaśniła Aleksandra.

Irmina wydęła wargi.

– Akurat. To Niemiec. Pewnie myśli, że może nam odebrać ten dwór. Ale ojciec go odkupił legalnie od państwa, to była ruina, w której utopiliśmy górę pieniędzy!

Hugo, który najwyraźniej zrozumiał te słowa, odezwał się do niej po angielsku, uspokajająco:

– Proszę się nie niepokoić. Ani mi w głowie to nie postało. Nie miałbym ani siły, ani ochoty na utrzymywanie takiej posiadłości…

– To się tak tylko mówi – burknęła Irmina. – Zawsze można sprzedać, jak się samemu nie chce tym zajmować.

– Szanowna pani, ja wiem, że po wojnie ten majątek przeszedł na własność państwa polskiego, a komu państwo go sprzedało później, nie jest już moją troską. Wręcz cieszę się, że tak pięknie wygląda i kwitnie. Spodziewałem się zastać coś takiego, proszę spojrzeć…

Wyjął z teczki kopertę, a z niej zdjęcie przestawiające dwór w Drozdowie, ale w opłakanym stanie – część dachu była zawalona, okna wybite. W ścianach ziały spore dziury, widać było ślady ognia.

– To zdjęcie z czasów powojennych – wyjaśnił Hugo. – Potem to trochę lepiej wyglądało.

– A później znowu gorzej. – Irmina zbliżyła fotografię do oczu. – Nie wyobraża pan sobie, jak zdewastowany był ten budynek, gdy ojciec go odkupił. Tutaj, na tym zdjęciu wygląda nawet dobrze.

– Czy ja mógłbym porozmawiać z pani ojcem? – spytał Hugo i zwrócił się znowu po niemiecku do Aleksandry: – Chodzi mi o coś w rodzaju wywiadu na temat tej rezydencji. Gdyby mogli mi państwo udostępnić zdjęcia z przebudowy, jakieś szkice sytuacyjne. Bardzo by mi to pomogło.

Ola przełożyła wszystko Irminie, która wzruszyła ramionami.

– Ojciec ostatnio niezbyt często się pojawia, ale mogę spytać. Właściwie po co to panu? Pisze pan jakąś książkę czy to po prostu zwykła ciekawość?

Hugo namyślił się i odpowiedział już tym razem wprost do niej:

– Jestem, jak to określają, „człowiekiem w smudze cienia”. Dla mnie to taki czas, kiedy zacząłem się interesować przeszłością, wiele o niej myślę. Chyba więcej niż o swojej przyszłości, szczerze mówiąc. Pojawiła się potrzeba zbadania dziejów rodziny, odwiedzenia tych wszystkich miejsc, szperania w archiwach…

– Chyba nie wszyscy tak mają? Inni kupują po prostu drogi samochód albo biorą sobie młodszą żonę. Jak mój ojciec – to ostatnie zdanie powiedziała po polsku do Oli, która z dezaprobatą pokręciła głową.

– Ja nie jestem jak inni. Mam nadzieję, że rozumieją to panie. – Na chwilę przerwał, a potem zapytał: – Jeśli można, chciałbym tutaj wynająć pokój.

– Tu? – zdumiała się Irmina, a Hugo wyglądał na jeszcze bardziej zdziwionego niż ona.

– Czemu nie? Tu chyba będzie mi się najlepiej pracowało, nie sądzi pani? Chyba że nie macie wolnych miejsc?

– Mamy ich pod dostatkiem – włączyła się Ola. – Jest martwy sezon, może sobie pan wybrać pokój, jaki sobie pan wymarzy.

– Skoro tak, poproszę o taki z widokiem na park. Ogromnie mi się spodobały te oranżerie. Jeśli to oczywiście nie kłopot.

Irmina zbliżyła się do recepcji i zaczęła stukać w komputer.

– Na jak długo zechce się pan u nas zatrzymać? – spytała swoim oficjalnym tonem, który przyjmowała tylko wobec najważniejszych gości.

Hugo Reimerbach uśmiechnął się. Miał miły i krzepiący uśmiech, budził zaufanie.

– Myślę, że na tydzień… Na początek…

– Bardzo dobrze. Umieścimy pana w złotym pokoju na pierwszym piętrze. Jest śliczny. Olu, zaprowadzisz pana?

Aleksandra kiwnęła głową, wzięła od Irminy klucz i razem z Hugonem ruszyli po szerokich schodach na piętro. Dwór w Drozdowie miał ciekawą architekturę i funkcjonalny układ: parter zajmował obszerny hall z przejściem do restauracji i kawiarni, biblioteka z czytelnią oraz pomieszczenia biurowe i gospodarcze. Apartamenty hotelowe znajdowały się na pierwszym i drugim piętrze.

– Pański pokój jest nieco z boku, niedaleko lokum właścicielki, pani Anity Orontowicz – oznajmiła mu Ola, prowadząc go ciekawą galeryjką na piętrze otaczającą cały hall, w taki sposób, że można było z niej spojrzeć na to, co działo sięna dole.

– Właścicielka jest teraz obecna? – żywo zainteresował się Hugo.

– Niestety nie, musiała wyjechać.

– Na długo?

– Nie będzie jej jakiś czas, powiem szczerze, że to są sprawy zdrowotne.

– Ach, tak, mam nadzieję, że nic poważnego. A jej mąż? Przepraszam, że tak wypytuję, ale chciałbym pomówić z kimś z właścicieli, poznać dzieje tego dworu od zakończenia wojny, najlepiej z pierwszej ręki – usprawiedliwił się gość.

– Pan Michał Orontowicz zajmuje się teraz innymi interesami w Warszawie, rzadko tu zagląda. Drozdowo zostawił na barkach córki i żony.

– Domyśliłem się już, że tamta pani na dole to córka. W pierwszej chwili myślałem, że chodzi o panią – uśmiechnął się Hugo.

– A skądże! – Ola roześmiała się wesoło, bo tak absurdalny wydał się jej pomysł, że mogłaby należeć do tej rodziny. – Teraz głównie Irmina troszczy się o posiadłość, ale to chwilowa sytuacja, naprawdę – dodała, manipulując kluczemw zamku.

Otwarła drzwi i zaprosiła gościa do obszernej komnaty, zlokalizowanej na samym końcu korytarza. Okna znajdowały się tu na dwóch ścianach, jedno z nich było balkonowe i prowadziło na uroczy kwadratowy taras.

– Ten pokój jest usytuowany w ten sposób, że posiada balkon na bocznej ścianie – wyjaśniła. – Będzie pan miał piękny widok na park i oranżerię, a przy tym całkowitą prywatność. Nie ma po tej stronie więcej balkonów ani tarasów.

– Cudownie. Zapewne lepiej bym to docenił latem, ale i tak jest wspaniale. Bardzo paniom dziękuję. Nie spodziewałem się tak miłego przyjęcia.

– Dlaczego? Przecież ten obiekt to teraz przede wszystkim hotel. Pytał pan o jego historię po wojnie. Ja jestem miejscowa, więc trochę o nim wiem, ale nie są to pasjonujące opowieści. Najpierw był tutaj PGR, potem, zaraz po zmianie ustroju, ktoś go kupił, lecz nie dał sobie rady z remontem i budynek sukcesywnie niszczał. Dopiero państwo Orontowiczowie doprowadzili go do świetności.

Hugo rozejrzał się po pokoju, a potem odsunął muślinową firankę i otworzył drzwi na taras. Do wnętrza wlało się rześkie, wiosenne powietrze i po pomieszczeniu rozniósł się śpiew ptaków.

– Pani przyjaźni się z panią Irminą?

Ola chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Trudno właściwie było określić ich relację. Dziewczyna podejrzewała, że to, czego doświadcza ze strony koleżanki, to pewnie jest przyjaźń, a w każdym razie jakiś jej objaw.

– Tak, owszem lubimy się. Ja studiuję w Gdańsku i kiedy mogę, przyjeżdżam tutaj trochę jej pomóc, no i dotrzymać towarzystwa.

– Ach, rozumiem. To miłe. Świetnie pani mówi po niemiecku, aż przyjemnie posłuchać.

Ola się zaczerwieniła.

– Dziadek mnie nauczył. Właściwie tak dla zabawy mówił do mnie po niemiecku i jakoś mi to samo weszło…

– Rozumiem. Dziadek także jest tutejszy?

– Owszem. Był najpierw rybakiem, a potem latarnikiem. A czemu pan pyta? – Zmarszczyła nos.

Hugo oparł się rękoma o biurko.

– Tak sobie. Interesują mnie różne historie. Jestem ciekawski – usprawiedliwił się.

– Pan jest historykiem, badaczem? Może jakimś dziennikarzem lub pisarzem? – indagowała.

– Nie – powiedział to stanowczo, ze zniecierpliwieniem.

– To kim?

– Nikim ważnym, naprawdę. Po prostu przyszedł dla mnie taki okres w życiu, że muszę nabrać dystansu, zrozumieć, skąd przychodzę i dokąd podążam… Pani tego jeszcze nie rozumie, bo jest pani bardzo młoda. – Starał się jej to wytłumaczyć, ale widział, że dziewczyna nie pojmuje.

– Pan też przecież nie jest stary – nachmurzyła się. – A mówi pan jak mój dziadek. To dziwne.

Hugo roześmiał się.

– Nawet nie wiem, jak pani na imię…

– Ola, Aleksandra, ale przyjaciele zwracają się do mnie Aleks. Może pan do mnie mówić po imieniu, nie obrażę się – zapewniła go szczerze.

– Aleksandra – wyszeptał Hugo, patrząc na nią hipnotycznie.

– Tak, Aleksandra Orłowska. Teraz pójdę już, ale gdyby pan czegoś potrzebował, to proszę zadzwonić do recepcji, któraś z nas na pewno tam będzie. Restauracja oczywiście działa, a śniadania są podawane od ósmej rano. Do zobaczenia…

Wyszła, zamykając za sobą delikatnie drzwi. Hugo trwał, oparty o biurko i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w okno. Potem otrząsnął się z letargu i zaczął z wysiłkiem przesuwać ciężki mebel pod drzwi balkonowe. Pragnął patrzeć na park w każdej chwili, gdy tylko będzie siedział przy pracy.

Aleksandra zeszła na dół i zastała Irminę w recepcji. Dziewczyna piła kawę, przyniesioną przez kelnerkę z restauracji, i patrzyła w ekran komputera.

– Dzwoniłam do ojca – zrelacjonowała, a zaskoczona Ola spojrzała na nią ciekawie.

– Po co?

– Żeby powiedzieć, że ten cały Reimerbach przyjechał. Uznałam, że tata powinien wiedzieć.

– Może tak. I jak zareagował?

– Uspokoił, że nie ma się czego bać. Ta rodzina nie ma prawa do żadnych roszczeń. Dwór został kupiony legalnie od skarbu państwa i nie ciążył na nim żaden zapis.

– Aha. – Ola oparła się o kontuar i spojrzała jeszcze raz na hall. A więc o to chodziło, Irmina ciągle obawia się, że dziwny przybysz może mieć jakieś niecne zamiary.

– Ojciec obiecał sprawdzić tego gościa. Kim jest i co właściwie go do nas sprowadza. To niezwykłe, nie?

– Co niby? – nie rozumiała koleżanka.

– No, że pojawił się tak niespodziewanie. Od wojny nikt tu nie słyszał o żadnych Reimerbachach, więc czemu tak nagle? Moim zdaniem to podejrzana sprawa.

– Przesadzasz. Chyba słyszałaś, co sam mówił: zbiera informacje o swojej rodzinie. Facet najwyraźniej się starzeje. Jest sentymentalny. Opowiadał mi o poszukiwaniu własnej tożsamości i innych tego typu sprawach. Może choruje? Gadał jak ktoś nad grobem.

– Poważnie mówisz? – zaniepokoiła się Irmina. – Żeby nam tutaj nie umarł, bo będzie skandal i popsuje renomę hotelu.

– Ciekawe, kto by się o tym mógł dowiedzieć – stwierdziła Ola sarkastycznie. – Jest poza sezonem i dno, jeżeli chodzi o ruch turystyczny. Poza tym żartowałam. Gość wygląda zdrowo. To po prostu melancholik.

– Może poeta? – zadumała się Irmina.

– Nie jest pisarzem, pytałam go o to.

– Ciekawe, co go tutaj przyniosło…

– Mówiłam ci już – zniecierpliwiła się druga dziewczyna.

– No, ale czy naprawdę uważasz, że to tak na serio? Facet przyjeżdża poznać okolicę, w której żyli jego przodkowie? – Irmina nie była przekonana.

– A czemu nie? – Ola wzruszyła ramionami. – Różne świry ludzie mają.

– Przecież on tutaj nawet nigdy nie był. Urodził się długo po wojnie, kiedy ten dwór był od dawna w polskich rękach. Jeszcze bym to rozumiała, jakby go znał z dzieciństwa…

– Irmina, to są osobiste sprawy ludzi, które czasami trudno zrozumieć. Może mu babcia lub dziadek opowiadali o tym miejscu i w jego wyobraźni zamieniło się w jakąś cudowną krainę? Nie wiem. Zostawmy go w spokoju. – Aleksandra skrzywiła się wymownie.

– Masz rację, niepotrzebnie tak to drążę. Facet nie ma żadnych praw do Drozdowa i to jest najważniejsze. Ojciec nawet mówił, że można mu pokazać zdjęcia z przebudowy, jak taki zainteresowany. – Machnęła ręką.

– Naprawdę? A są tutaj gdzieś? – zaciekawiła się jej koleżanka.

– W gabinecie ojca. Poszukam ich później.

– Też będę mogła zobaczyć?

Irmina spojrzała na Olę ze zdumieniem.

– Nie wiedziałam, że cię to interesuje.

– No wiesz, takie spektakularne metamorfozy są intrygujące. Dziadek mówił, że jeszcze w latach dziewięćdziesiątych dwór był w strasznym stanie. Ponoć rosły tu same chwasty, a okna straszyły wybitymi szybami.

– Ja też tego nie pamiętam, ale kiedy rodzice go kupowali i mama weszła tutaj do hallu, to leżała w nim kupa starych spalonych opon i jakieś odpadki. A z balkonu zwisał sznurek, na którym ktoś powiesił za nogę maskotkę, takiego dziecięcego misia.

– Okropne – wzdrygnęła się Ola. – Kto mógł mieć taki chory pomysł?

– Właśnie. Mama się przeraziła, uznała to za zły znak, a ojciec się z niej śmiał, że jest przesądna. Teraz, kiedy sobie o tym przypomniałam, zastanawiam się, czy nie miałaracji.

– W jakim sensie? – Aleksandra była poruszona tą historią.

– No popatrz: ich małżeństwo się rozpada, mama jest na tej terapii… Mogłoby się wydawać, że to właśnie ten dwór przyniósł im pecha. Nawiedzone miejsce.

– Nie gadaj tak. Drozdowo nie ma z tym nic wspólnego – obruszyła się Ola. – Dziadek cały czas powtarza, że dzięki twoim rodzicom ocalał zabytek. Że to jest wielka rzecz, zrobić coś takiego. Poprzedni właściciel, co mu państwo odebrało tę posiadłość, nie dał sobie z nią rady.

– No tak, bo do tego trzeba góry pieniędzy. A ludziom się wydaje, że kupią sobie coś pięknego za niewielką sumę i wszystko się jakoś ułoży. Nie mają pojęcia, ile trzeba wydać na taką nieruchomość – westchnęła Irmina i wpatrzyła się z uwagą w ekran.

– Ojej, mamy nowe zlecenie – stwierdziła podekscytowanym głosem.

– Tak? – zainteresowała się Ola.

– Jakaś niemiecka firma chce u nas zrobić konferencję. Mamy ostatnio szczęście do Niemców – stwierdziła Irmina, ale powiedziała to z uśmiechem.

3.

Matylda Radwan pojawiła się w Drozdowie w weekend. Przyjechała jak zwykle swoim pick-upem, na którego pakę miała załadowane krosna.

– Da się to gdzieś umieścić? – spytała Irminę, która wyszła na jej przywitanie. Zanim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć, z hallu wyskoczyła Ola, która nie posiadała się z radości na widok znajomej.

– To świetnie, że już pani jest! Niech no jeszcze przyjadą Ignacy i pan Łukasz, a wszyscy będziemy w komplecie – zachwycała się.

– Olu, przede wszystkim proszę cię, żebyś mi wreszcie mówiła po imieniu. Poza tym nie byłabym taka pewna, czy Irminie jest w smak ten komplet. – Matylda mrugnęła okiem, a zaczepiona w ten sposób córka właścicieli obruszyła się.

– Przecież ja nie mam nic przeciwko Ignacemu. Trochę mi nie pasowało, jak się zachowywał wobec Aleks, ale skoro się dogadali…

– Mamy tu jednego Niemca. Bada historię tego dworu – przerwała prawie natychmiast Aleksandra.

– Tak? – zdumiała się Matylda, a Irmina machnęła ręką.

– To potomek dawnych właścicieli, Hugo Reimerbach. A w każdym razie za niego się podaje.

Ola i Matylda spojrzały na nią ze zdumieniem.

– Jak to „podaje się”? Przecież chyba widziałaś jego dokumenty – nie rozumiała Aleksandra.

– Paszportu nie widziałam. Zapłacił od razu i to gotówką. Po prostu sprawdziłam w internecie i nic o nim nie ma. Przecież to historyczna rodzina, prawda? Powinny być jakieś dane.

– Może przypisujemy tej familii zbyt istotną rolę – zadumała się Ola. – Przecież to nie była nawet żadna arystokracja…

– Nie bardzo wiem, o czym mówicie, ale cieszę się, że zastaję was w tak dobrej formie – wtrąciła się Matylda. – Powracam jednak do pytania, co mogę zrobić z tym krosnem? Nie będę go przecież targała do środka ani wynosiła na piętro.

– Oczywiście, że nie. Myślałam o przybudówce do oranżerii. Tam jest taki niewielki warsztat, mama chciała zrobić tam pracownię malarską – ożywiła się Irma.

– Nie wiedziałam, że Anita maluje – zdziwiła się Matylda.

– Skądże. Miała plan, żeby robić obrazy z wykorzystaniem zasuszonych roślin z naszych upraw, coś jakby zielniki.

– Świetny pomysł, sama zbieram stare rysunki z roślinami, ale o czymś takim nigdy nie pomyślałam – pochwaliła Matylda. – To co? Podjechać tam?

– Gdybyś mogła. Poproszę ogrodnika, żeby pomógł to znieść z samochodu.

– Będę wdzięczna. Wiesz, jak trzęsę się o te krosna, to moje narzędzie pracy.

Wyszła na podjazd, wskoczyła do samochodu i zakręciła wokół gazonu.

Irmina poczuła przypływ dobrej energii. Cieszyła się z przyjazdu Matyldy. Ola miała rację, gdy zaczynali zbierać się znajomi – przyjaciele – jak poprawiła się w myślach, wszystko wyglądało inaczej. Nie czuła się tak samotna i zagubiona. Wierzyła, że sobie poradzi.

Tymczasem Hugo wyjrzał przez okno i zobaczył, jak ogrodnik z pomocnikiem wnoszą krosno do magazynku przy oranżerii. Zainteresował się i wyszedł na taras. Kobieta, która przywiozła to urządzenie, właśnie dziękowała mężczyznom za pomoc. Odwróciła się i jakby tknięta szóstym zmysłem, zadarła głowę w górę i spojrzała wprost na niego.

Zawstydził się, bo go przyłapała, a potem skarcił się w myślach za tchórzostwo. Skinął kobiecie głową na przywitanie i, nie czekając na jej reakcję, cofnął się do pokoju.

– Widziałam na tarasie pierwszego piętra jakiegoś eleganckiego pana, czy to ten potomek dawnych właścicieli? – zagaiła Matylda, gdy weszła z powrotem do hallu.

– Tak, to właśnie nasz nowy gość – potwierdziła Irmina z uśmiechem. – Masz ochotę na obiad? Zaraz coś możemypodać.

– Jesteś nieoceniona. Padam z głodu.

Ola zaprowadziła artystkę na piętro do jej pokoju.

– Niesamowicie się cieszę, że jesteś – powtórzyła, a Matylda odwróciła się do niej z uśmiechem.

– Wiesz, Olu, trochę się wahałam.

– Czemu?

– Nie chciałam sprawiać Irminie kłopotu…

– Przecież cię zaprosiły, ona i pani Anita. Myślę, że lepiej, jeśli tu zostaniesz.

– Dlaczego?

Dziewczyna poruszyła ramionami.

– W hotelu prawie nikogo nie ma. Irmina się martwi. A tak, będzie miała tutaj kogoś życzliwego. Zawsze miło z kimś pomówić. No i jest jakiś ruch. Hotel będzie zamieszkany.

– Masz rację. Może jakoś jej pomogę, coś doradzę? Nie ma sytuacji bez wyjścia, a zaczyna się wiosna. Zaraz wszystko się zmieni, pojawią się rezerwacje.

– Tak, teraz już wszystko się ułoży, wierzę w to – stwierdziła Ola z optymizmem, a Matylda się uśmiechnęła.

– Jak ci idzie na studiach?

– Bajecznie. Nie podejrzewałam, że geologia może być tak ciekawa. Jestem po prostu zachwycona, to coś dla mnie. Już się nie mogę doczekać zajęć w terenie.

– Bardzo się cieszę, że tak dobrze wybrałaś.

– Zwłaszcza że początkowo wcale nie myślałam o tym kierunku. Pamiętasz, zainteresowałam się tymi belemnitami, których poszukiwał Ignacy. Teraz wiem, że to może być ciekawe samo w sobie. Skały do nas mówią, a już szczególnie pociąga mnie to, co jest na dnie morza.

Rozgadała się i wyglądała naprawdę na szczęśliwą. Matylda nie poznawała dawnej Oli – dziewczyny w pelerynie rybaka i kaloszach – którą poprzedniego lata ujrzała na plaży w Dębkach, obserwującą archeologów. Chciała wtedy znaleźć skarb na piaskach. I chyba go odnalazła, choć nie było to bogactwo, o jakim na początku myślała. Zdobyła pewność siebie i uwierzyła w swoje możliwości.

– O czym teraz myślisz? – zainteresowała się Aleksandra.

– Szczerze mówiąc, o tobie. Jak bardzo się zmieniłaś i to na lepsze.

Ola zawstydziła się.

– Nie sądzę. Wciąż jestem taka sama, może bardziej wychodzę do ludzi. Ośmieliłam się... Teraz muszę się pożegnać. Jadę do dziadka, obiecałam, że do niego wpadnę podczas weekendu, Irmina z pewnością sobie poradzi.

– Oczywiście.

Gdy po chwili Matylda zeszła do jadalni, Ola już odjechała. Sala była prawie pusta, posiłek spożywało zaledwie kilka osób, które zatrzymały się tu po drodze.

Zajęła stolik przy oknie z widokiem na park. Irmina pojawiła się prawie od razu i spytała, czy może się dosiąść. Kobieta zgodziła się z radością, nie miała ochoty spędzać czasusama.

– Oli już nie ma?

– Pojechała do dziadka. To fajnie, że tutaj wpada, z nią czuję się bezpieczniej – wyznała Irmina. – Wiem jednak, że ma swoje sprawy, studia w Gdańsku.

– A ty? – dopytywała się Matylda z życzliwością.

– Co ja? – Wzruszyła ramionami.

– Co z twoimi studiami?

Dziewczyna skrzywiła się wymownie.

– Właściwie już skończyłam, zostało mi pisanie pracy. Nikt tam za mną nie tęskni – stwierdziła lekko.

– Chyba tego nie rzucisz? – zaniepokoiła się Matylda.

– Sama nie wiem. Na razie tutaj jestem potrzebna, muszę się namyślić, co dalej robić.

– Posłuchaj, Irmino, nie powinnaś zaprzepaszczać czegoś, w co włożyłaś sporo trudu – rzekła artystka nieco pouczającym tonem. Dziewczyna od razu się nachmurzyła.

– Zobaczę jeszcze. Te studia były głównie ambicją ojca. Teraz wreszcie czuję, że wiem, czego chcę. Przedtem miałam wrażenie, że rodzice bez przerwy mną sterują. Wiesz: „bądź taka, nie bądź taka”. Chyba dlatego tak się buntowałam. Nareszcie odpowiadam sama za własne czyny i mogę się rozwijać.

– Jak idzie hotel?

Irmina lekko się zasępiła.

– Ostatnio średnio, ale teraz chyba coś się ruszyło. Będziemy przyjmować gości z Niemiec, jakaś konferencja.

– O to wspaniale – pochwaliła Matylda. – Ptaki zaczynają sfruwać do ogrodu, to dobry znak.

– Gdyby to było takie proste – westchnęła dziewczyna. – Ojciec całkowicie się odciął od tego interesu. Powiedział mi, że ma nadzieję na odbudowanie swojej pozycji w branży medialnej, chce wejść z kimś w spółkę.

– Przecież ma długi.

– Owszem, ale wciąż są ludzie, którzy doceniają jego talent. Myślę, że robi wszystko, żeby się wykaraskać i stanąć na nogach. Jaka jest naprawdę sytuacja, dowiemy się przypuszczalnie przy rozwodzie rodziców…

– Jest aż tak źle? – Kobieta pokręciła głową.

– Nie sądzę, żeby mieli do siebie wrócić, nie po tym wszystkim.

Matylda zamilkła na chwilę i zabrała się do przyniesionego właśnie dania.

– A co z mamą?

Irmina ożywiła się.

– Lepiej. Dużo lepiej. Ona naprawdę bierze udział w tej terapii. Może niedługo ją zakończy.

– Myślisz, że nie wróci już do tego? – W głosie artystki czuło się pewne wahanie, ale nie chciała, żeby brzmiała w nim nieufność. Z całego serca dobrze życzyła Anicie.

– Nie wiem. Mam nadzieję, że wytrwa. Sądzę, że obydwu nam byłoby łatwiej, gdyby zostawiła to za sobą.

Matylda, milcząc, wpatrywała się w surowy pejzaż za oknem. Kiedy stąd wyjeżdżała wraz z końcem lata, nie sądziła, że sprawy tak się potoczą. Teraz miała więcej pytań niż odpowiedzi. Ona także nie była do końca pewna, co zrobić ze swoim życiem. Liczyła na to, że Łukasz od razu się odezwie, gdy tylko dowie się, że dotarła do Drozdowa. Zadzwoniła do niego, ale odpowiedziała tylko poczta głosowa, a on nie oddzwonił. Dziwne. Postanowiła jednak nie wpadać w panikę i nie kreślić czarnych scenariuszy. Tutaj również miała coś do zrobienia i czas się było do tego zabrać.

– Czy mogę zapakować gobelin, który podarowałam twojej matce? Wypożyczyła mi go na wystawę w Łodzi, pamiętasz?

Irmina ocknęła się z zamyślenia.

– Oczywiście. Jest tutaj w hallu. Wiele osób chciało go kupić, powiem szczerze.

– Cieszę się, że się podoba. Zapakuję go i jutro wyślę, jestem ci zobowiązana.

– To jakiś konkurs? – zaciekawiła się dziewczyna.

Artystka skinęła głową.

– Tak, można wysłać do oceny kilka prac. Ja wybrałam jeszcze Przylądek Wichrów oraz Cieplarnię.

– Rozumiem. Mam nadzieję, że wygrasz – powiedziała nieuważnie. – Muszę już iść, Ola pojechała do dziadka, a niedługo mamy tych Niemców, trzeba wszystko przygotować.

– Może ci jakoś pomóc? – zaoferowała się Matylda.

– Nie, na razie dziękuję, dam radę. Oni potrzebują sali konferencyjnej, muszę wydać polecenia, żeby posprzątano tę mniejszą salkę jadalną. Nie chcę o niczym zapomnieć, to dla nas szansa, może polecą komuś nasz hotel.

– Jasne. Nie zatrzymuję cię.

Irmina wstała i odeszła do swoich spraw, a Matylda pogrążyła się we własnych rozmyślaniach. Nie zauważyła, że do jadalni wszedł Hugo, usiadł przy drzwiach i przygląda się jej badawczo.

Skończyła jeść, zamówiła jeszcze kawę i wtedy rozdzwonił się jej telefon. Wyszła na taras, żeby odebrać. To był Łukasz. Poczuła miłe odprężenie. A więc niepotrzebnie się zadręczała i miała katastrofalne myśli. Nie zapomniał o niej.

– Przepraszam cię, ale musiałem coś załatwić – wyjaśnił lekko, nie zagłębiając się w szczegóły. – Jesteś już w Drozdowie?

– Tak. – Była zdezorientowana, bo przecież nagrała mu tę wiadomość. Czyżby tak dalece jej nie słuchał? Co się działo?

– Może zobaczymy się jutro? – zaproponował, a ona znowu poczuła ukłucie przykrości. Sądziła, że spędzą miły wieczór.

– Rano muszę podjechać na pocztę nadać moją tkaninę – powiedziała z pewnym ociąganiem. – Będę wolna później.

– To się doskonale składa, bo ja też mam jedno spotkanie.

– Coś nie w porządku z domem? – próbowała drążyć, bo czuła niepokój.

– Z domem? – zdziwił się. – Nie, wszystko nadspodziewanie gładko, ale nie należy chwalić dnia przed zachodem. Chodzi o coś innego.

– O co?

– Jutro ci powiem. – Czy jej się wydawało, że słyszy w jego głosie pewne zniecierpliwienie?

– Mieszkasz w Maciejce? – bardziej stwierdziła, niż zapytała. Był to ośrodek uniwersytecki w Dębkach, gdzie każdego lata przebywali studenci na praktykach. Matylda nie wiedziała, jak tam jest zimą i wczesną wiosną, ale rozumiała, że to dla Łukasza najlepsze lokum.

– Tak. Choć nie jest tak przyjemnie jak latem. W Dębkach poza sezonem trudno jest znaleźć coś fajnego do jedzenia – zaśmiał się.

– Cóż chcesz, to wszystko jest sezonową działalnością – potwierdziła i znowu pomyślała o Oli. Jak to dobrze, że dziewczyna zdecydowała się na studia. Gdyby postąpiła inaczej, pracowałaby w sklepie przez okres wakacji, a teraz siedziała w domu i się zadręczała swoimi myślami o matce. – Wiemy coś o Alicji Orłowskiej? – zapytała więc, a on zaprzeczył.

– Dalej żadnych wieści. Jeżeli chcesz znać moje zdanie, ona już się nie odezwie. Zrobiłaby to wtedy latem, gdy ją odnaleźliśmy. Teraz im więcej czasu mija, tym szanse są mniejsze.

– Szkoda – westchnęła.

– Tak bywa, nie można nikogo zmusić…

– Wiem. Do zobaczenia. – Dziwnie to zabrzmiało, ale ostatnie słowa Łukasza po prostu ją zdenerwowały. Czy to była jakaś aluzja? Że może ona wywiera presję? Odgoniła od siebie te myśli. Co się z nią działo, że była taka nerwowa?

Wróciła do jadalni i spojrzała na stolik. Właściwie przeszła jej ochota na kawę. Postanowiła pójść do pokoju i położyć się na chwilę. Zebrać myśli. Uspokoić się.

– Przepraszam panią bardzo. – Mężczyzna siedzący przy drzwiach zatrzymał ją i odezwał się po angielsku: – Czy może mi pani pomóc?

– W jaki sposób? – odburknęła i po chwili opanowała się. Cóż ten obcy człowiek jest winny, że ona się zdenerwowała? – Przepraszam pana, jestem trochę rozkojarzona – usprawiedliwiła się. – Jakiej pomocy pan potrzebuje?

– Taka pogoda, przedwiośnie sprzyja rozdrażnieniu – rzucił pojednawczo. – Jestem Hugo Reimerbach.

– Matylda Radwan – przedstawiła się, a potem przyjrzała mu się ciekawie.

– Pani jest znajomą tej młodej właścicielki? – pytał, najwyraźniej chcąc przedłużyć rozmowę.

– Raczej jej matki. – Matylda z kolei nie miała ochoty wdawać się z nim w dyskusję, a Hugo to zrozumiał.

– Ach tak. Chciałem tylko zapytać… Jak stąd się dostać nad morze? Czy pani wie?

– Oczywiście. Jesteśmy niedaleko Łeby, tam są piękne wydmy, bardzo polecam. – Starała się zatrzeć poprzednie wrażenie i być użyteczna. Patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami.

– Wydmy… Zapewne są interesujące, ale słyszałem, że w okolicy jest latarnia morska. Pasjami lubię latarnie morskie.

Uśmiechnęła się na wspomnienie nadmorskiego spaceru z Łukaszem w ubiegłym roku. Szli od wraku statku „West Star” leżącego na wysokości miejscowości Ulinia aż do plaży w Stilo. Ach, co to była za cudowna wędrówka. Po prostu magiczna. Przypomniała sobie szum morza, niewiarygodną pustą plażę i towarzyszące wszystkiemu uczucie spełnienia i radości.

– Musi pan zatem podjechać do Osetnika, to także niedaleko stąd, jakieś trzydzieści kilometrów. W Osetniku zostawi pan samochód na parkingu, bo dalej się nie da jechać i pójdzie pan w kierunku latarni morskiej Stilo. Za latarnią jest zejście na plażę. Bardzo piękną i nawet w sezonie mało uczęszczaną. Teraz to będzie z pewnością bajka, jeśli lubi pan samotność.

– Po to tutaj przyjechałem. Bardzo dziękuję. Osetnik, dobrze zapamiętałem?

– Tak. Życzę miłego spaceru. – Skinęła mu głową i wyszła z jadalni.

Mężczyzna chwilę jeszcze patrzył za nią, a potem jakby ocknął się z letargu, uregulował rachunek i skierował się do wyjścia z dworu. Potem rozmyślił się i jeszcze wrócił po coś na górę.

4.

Hugo zaparkował samochód przy latarni morskiej i ruszył na plażę. Musiał tylko znaleźć odpowiednie miejsce, żeby zrealizować to, po co tutaj przyjechał. A zamierzał się zabić.

W podręcznym bagażu miał spory zapas leków na uspokojenie, którymi postanowił zakończyć swoje życie. Początkowo planował zrobić to w hotelu w Drozdowie, ale później zmienił zdanie.

Wiedział, że gazety w końcu wpadną na ten trop i zaczną się rozpisywać, że popełnił samobójstwo w dawnym majątku swej rodziny, obecnie przerobionym na luksusowy hotel. Jeszcze w Berlinie takie rozwiązanie mu się podobało, miało swoistą nutkę fatalizmu i stanowiłoby jego ostatni dobry żart. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej pomysł wydawał mu się finezyjny. Odnalazł kilka zdjęć z domowego archiwum przedstawiających zabudowania dworskie sprzed wojny, dotarł nawet do jakiejś korespondencji swej babki. Mógłby się podać za badacza, szczegółowo zwiedzić budynki i okolicę, a przy okazji wybrać sobie jakieś doskonałe miejsce. Może świątynię dumania w parku albo romantyczne ruiny? Oczywiście, gdy dotarł do Drozdowa, zrozumiał, że większość oryginalnej architektury parkowej po prostu nie istnieje. Sam dwór jednakże bardzo mu się spodobał, a pokój, w którym go zakwaterowano, nadawał się doskonale. Potem jednak uznał swój plan za chybiony. Hugo Reimerbach mówił po polsku praktycznie bez błędów, choć nie zamierzał się przed nikim z tym zdradzać. Z rozmów, które prowadzono w jego obecności bez skrępowania, jako przy cudzoziemcu nieoperującym miejscowym językiem, zrozumiał, że właściciele Drozdowa mają kłopoty finansowe. Uznał, że jego samobójstwo nie zrobiłoby im reklamy, a w każdym razie nie takiej, na jaką liczyli. Hugo miał wiele wad, ale jednej był pozbawiony – nie był samolubny.

W związku z tym, gdy już przeszedł się po parku i zwiedził oranżerię, wpadł na inny pomysł. Plaża. To było coś dla niego.

I oto właśnie znajdował się na tej plaży. Najpierw przeszedł przez las i minął latarnię morską, która kojarzyła mu się z wierszem Elizabeth Bishop: „Szkielet latarni morskiej, stojący tam dalej/ […] Uważa, że piekło szaleje tuż pod jego żelaznymi stopami/ że właśnie dlatego płytka woda jest tak ciepła/ i wie, że z niebem nie ma to wszystko nic wspólnego[1]”.

Z niebem nie ma to nic wspólnego – sparafrazował sobie w myślach. Tak, jego decyzja także nie miała nic wspólnego z niebem. Z piekłem zresztą również. Jeżeli nie liczyć piekła, które sam sobie zgotował przez ostatni rok.

Usiadł na zimnym piasku i starannie odwinął plastikową torebkę, którą do tej pory niósł ostrożnie w kieszeni. Cały zbiór tabletek, jego droga do wolności. Chwilę patrzył na lekarstwa, a potem przeniósł spojrzenie na morze. Czuł, że dokonał dobrej decyzji. Właśnie ten widok chciał zapamiętać jako ostatni. Stalowosiny kolor wody uspokajał go. Gdzieś ponad grzywami fal latały ptaki. Tym razem nie były dla niego zapowiedzią szczęśliwych dni, a jedynie pomyślnego końca. Tak, był zadowolony. Bo wreszcie skończy się ta jego udręka, jego bezsilność i gorycz.

Patrzył w horyzont i powoli doznawał uspokojenia. Ta chwila była jego medytacją, choć nie mógł się pogodzić ani ze sobą, ani ze światem. Tak odejdzie. Nie rozumiejąc, za co go to wszystko spotkało.

Gdy już się wyciszył, sięgnął do kieszeni, by sprawdzić, czy list pożegnalny jest na swoim miejscu. Był. To go dodatkowo wzmocniło i utwierdziło w słuszności działania. Przypomniał sobie, jak starannie pisał go przez ostatnie dni przy biurku w swoim pokoju. Wyglądał przez okno na taras, ptaki śpiewały, do wnętrza wpadało wiosenne słońce, a on marzył o śmierci. Nie było dla niego ratunku. Chwilę jeszcze siedział, wdychając orzeźwiające morskie powietrze, a potem postanowił odkręcić butelkę z wodą i połknąć pastylki.

Wody jednak nie było. To niemożliwe. Był pewny, że zabrał ją z samochodu i wsunął do kieszeni swojej sportowej kurtki. Może wypadła, gdy wspinał się pod górkę na wydmę? Powinien tam wrócić i poszukać jej. Bez wody nie przełknie takiej ilości leków.

Może posłużyć się morską? – przeszła mu przez głowę myśl. Nie, mógłby nie dać rady, a co gorsza, ta woda w połączeniu z pigułkami prawdopodobnie wywołałaby torsje. A ostatnią rzeczą, jakiej by sobie życzył, była nieskuteczność. Zaniepokoił się, a potem rozzłościł. Postanowił wrócić do lasu i odnaleźć butelkę. Niespodziewanie na plaży pojawił się jakiś młody człowiek. Wyglądał, jakby czegoś szukał i Hugo nabrał absurdalnego podejrzenia, że może jest tu w tym samym celu i także nie ma wody. Młodzieniec jednak najwyraźniej rozglądał się za jakimiś minerałami, bo raz po raz podnosił cośz piasku.

– Proszę pana! – krzyknął Hugo po polsku, bo uznał, że tak będzie najlepiej. – Czy może mi pan pomóc?

– Słucham pana, co się stało? – Młody mężczyzna podszedł zaniepokojony.

– Czy ma pan może wodę? Zgubiłem swoją butelkę.

– Panu jest słabo? Zaraz pana zaprowadzę do latarni morskiej, tam mają taki punkt medyczny…

– Nie jest mi słabo, po prostu potrzebuję wody – mruknął Hugo z niezadowoleniem, zły na siebie, że w ogóle zaczął tę rozmowę. Powinien był wrócić do lasu i szukać butelki, a nie zaczepiać tego chłopaka. Jego rozmówca stał nad nim z nieodgadnioną miną, a po chwili pokręcił głową.

– Niech się pan nie obrazi, ale źle pan wygląda. To serce, prawda? Zaraz panu pomogę wstać i odprowadzę w bezpieczne miejsce. Proszę się nie krępować, dla mnie to żaden problem.

Praktycznie nie pytając go o zgodę, chwycił Hugona za rękę i postawił go do pionu. Mężczyzna był zły i wyrwał dłoń.

– Czego pan chce? – rzucił nieprzyjaźnie.

– Pomóc.

– Nie potrzebuję. Chciałem tylko wody.

– Nie mam, przyszedłem tu na chwilę, poszukać ciekawych minerałów dla mojej dziewczyny. Naprawdę nie wygląda pan zdrowo. Widać, że przechodzi pan jakiś kryzys. Muszę pana odprowadzić. Nie darowałbym sobie, gdyby coś się panustało.

Bezceremonialnie ujął Hugona pod ramię i poprowadził go w kierunku latarni morskiej.

Na ścieżce, opodal wydmy leżała butelka z wodą mineralną. Mężczyzna sięgnął po nią.

– Widzi pan? To moja. Wypadła mi z kieszeni. Dziękuję za fatygę, teraz już wszystko dobrze. – Próbował uwolnić się od chłopaka, ale ten trzymał go dosyć mocno. Musieliby się zacząć szarpać, a na to mężczyzna nie miał ani ochoty, ani – jak się przekonał – siły. W momencie, gdy duchowo przygotował się już na śmierć, jakby opadła z niego cała silna wola i umiejętność skutecznego stawiania oporu. Jak to zresztą będzie wyglądało, gdy uderzy swego samozwańczego wybawiciela?

– Nie ma mowy, odprowadzę pana. Martwię, że może pan mieć zawał albo coś w tym stylu. Pan tutaj zostanie, a ja się będę pół dnia zadręczał, że porzuciłem człowieka w potrzebie. Nie ma mowy.

Hugo zacisnął zęby i uznał, że najlepiej będzie nie protestować. Pod latarnią morską chłopak go z pewnością opuści, a on wróci zrobić, co zamierzał.

Jednak gdy dotarli na miejsce, wszystko okazało się nie takie proste, jak myślał. Młody człowiek zaalarmował obsługę i przyszedł ktoś obeznany z pierwszą pomocą. Zmierzyli mu ciśnienie i uznali, że jest niepokojące.

– Może wezwać karetkę? – zastanawiał się chłopak z plaży.

– Ma pan jakieś leki przy sobie? Może zapomniał pan zażyć? – indagował pracownik latarni.

Hugo czuł się nie tylko zmęczony, lecz także rozdrażniony ich natrętną troską.

A mówią, że wszędzie panuje znieczulica – złościł się w myślach. – Widocznie nie tutaj, niestety.

– Tłumaczyłem temu panu. – Skinął głową w kierunku chłopaka. – Że czuję się dobrze. Potrzebuję tylko wody, bo zgubiłem swoją.

– Zaraz panu podamy coś do picia – zadeklarował człowiek z obsługi.

– Nie potrzeba, już mam. Naprawdę, dziękuję za zainteresowanie, ale poradzę sobie.

– Co pan właściwie robił na tej plaży? – Młody człowiek zmarszczył brwi. – Siedział pan na piasku w taki sposób, jakby się pan zgubił. Albo przed chwilą zasłabł. Od razu na pana zwróciłem uwagę. Gdyby pan nie zawołał, sam bym podszedł.

Hugo był zirytowany. Dlatego właśnie powinien zrealizować pierwszy pomysł – zrobić to w pokoju hotelowym. Tam przynajmniej nikt nie wścibiał nosa. Pożałował swojej szlachetności wobec właścicieli Drozdowa. Przynajmniej miałby to już wszystko z głowy. A tutaj co? Był zupełnie roztrzęsiony, wytrącony z równowagi i stracił cały spokój, który udało mu się uzyskać medytacją.

– Przyniosłam panu herbatę. Wzmocni się pan, bo dodałam trzy łyżeczki cukru – powiedziała jakaś kobieta, która też najwyraźniej pracowała w latarni, a zawiadomiona przez innych przyszła zobaczyć chorego.

– Właśnie, może to jakiś spadek cukru – medytował młodzieniec, którego Hugo miał już całkowicie dość. Obwiniał go za fiasko swej misji i był na niego wściekły.

Posłusznie jednak upił trochę herbaty. Była niezbyt mocna, za to rzeczywiście słodka jak ulepek. Choć powinien się skrzywić ze wstrętem – nigdy nie pijał tego typu napojów, a już w szczególności unikał słodzenia – to nagle poczuł się lepiej. Ożywił się, a twarz do tej pory powleczona bladością, poróżowiała.

– O, widzę, że już panu lepiej – ucieszył się pracownik latarni. – Nasza pani Hania zawsze potrafi postawić na nogi. Nie ma pan pojęcia, ilu ona nieszczęśników, którzy dostali zawrotów głowy, wchodząc na latarnię, uratowała swoją herbatką.

– No właśnie. Nie ma się co wstydzić. Różne rzeczy się ludziom przytrafiają – odrzekła Hania filozoficznie. – Na przedwiośniu pogoda słaba, to i człowiek niezbyt jest mocny. Kto to widział, żeby o tej porze roku było tak ciepło? No to i serce nie wytrzymuje.

– Chciał pan pospacerować? – zapytał chłopak.

– Tak, wybrałem się na wycieczkę – odparł Hugo niechętnie.

– Pan to z Niemiec przyjechał, prawda? Od razu poznałam po akcencie – pochwaliła się Hania. – Pewnie pan ptaki obserwuje? Tu dużo ludzi z tamtych stron przyjeżdża na ptaki.

– Nie, nie jestem ornitologiem. Po prostu lubię chodzić po plaży – wyjaśnił i chwilę siedział nieruchomo, a oni przyglądali mu się z troską.

– No jak? Polepszyło się panu? – zwrócił się do Niemca młody człowiek, gdy już wymienił z pracownikiem latarni kilka uwag o pogodzie i nadchodzącym sezonie turystycznym. Hugo kiwnął głową, trochę bez przekonania. – Mieszka pan tu w okolicy? Może odwiozę? – zadeklarował się.

– Nie, dziękuję, mam tu samochód.

– Nie wiem, czy powinien pan prowadzić w tym stanie. Może lepiej by było wezwać tego lekarza.

– Proszę dać spokój lekarzom. Pani Hania ma rację, pogoda mnie nieco otumaniła, już nie jestem taki młody, przeceniłem swoje siły. Ale teraz naprawdę doszedłem do siebie.

Uznał, że nie ma sensu zaprzeczać i walczyć z nimi. W gruncie rzeczy byli to poczciwi ludzie. W innych okolicznościach byłby im wdzięczny. Na przykład, gdyby naprawdę zasłabł na plaży. To przecież dobrze, że jednak trafiają się szlachetne dusze. Nie powinien ich tak niegrzecznie traktować, bo może nie zechcą już w przyszłości nikomu pomóc, zniechęceni jego nastawieniem. Hugo od dawna wiedział, że każdy czyn, nawet pozornie nieważny, wywołuje reakcję, niekiedy tak odwleczoną w czasie, że dotykającą już innych osób i zdarzeń.

– To znakomicie. – Młody człowiek wciąż patrzył na niego z niepokojem. – Daleko pan musi jechać? Nie odpowiedział mi pan.

– Do Drozdowa – wyjaśnił niechętnie.

– O, pan pewnie jest z tej grupy, która przyjechała na konferencję we dworze? – ucieszył się. Hugo spojrzał na niego bezradnie.

– Jakiej znowu grupy? – powtórzył.

– Niemieckiej. Moja dziewczyna tam czasami pomaga córce właścicieli, mówiła mi, że mają mieć jakąś grupę z Niemiec, a ponieważ pan jest Niemcem… Swoją drogą świetnie pan mówi po polsku.

– Pańska dziewczyna pomaga córce właścicieli? – Mężczyzna zignorował wtręt na temat swej znajomości języka. – A jak ma na imię?

– Aleks. To znaczy Aleksandra – wyjaśnił młody człowiek. Hugo przymknął oczy. Teraz bardziej niż kiedykolwiek miał wrażenie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Czy to, co się właśnie stało, nie było zrządzeniem losu? A może Opatrzności? Aż zdziwił się na tę myśl. Dlaczego mu to w ogóle przyszło do głowy? Nie wierzył w Boga, niebo, w piekło ani obecność metafizyki. Rozumiał i uznawał wyłącznie swoją własną duchowość i nie sądził, by było cokolwiek poza nią. Siła wyższa, czyli Vis Major. Absolutnie. Zresztą w Absolut również nie wierzył. Jednakże po tym, co właśnie go spotkało, zaczynał wątpić w osobiste postrzeganie świata. Czy to nie był znak? Tylko od kogo? Ten tu młody człowiek znowu wymienił imię tak mu bliskie. Aleks… Przecież to niemożliwe – zganił się natychmiast. To zwykły zbieg okoliczności, że ta dziewczyna nosi takie imię, a student jest jej chłopakiem. Czemu jednak pojawili się w momencie tak dla niego przełomowym? Może jednak winien to przemyśleć? Zatrzymać się i nie realizować swego postanowienia.

Dzisiaj już nie wróci na plażę, by przeprowadzić ten plan, był pewny.

– Nie, ja nie jestem z tej grupy – powiedział nieuważnie, bo miał wrażenie, że zebrani czekają na jakąś odpowiedź.

– Wszystko w porządku? Jakoś pan pobladł.

– Tak, dziękuję państwu za opiekę. Pojadę już. Jak sam pan widzi, nie mam daleko, to zaledwie trzydzieści kilometrów – zwrócił się do chłopaka, a on kiwnął głową.

– To prawda, więc skoro pan już doszedł do siebie…

Hugo pożegnał się z nimi serdecznie, a przynajmniej wydawało mu się, że zdobył się na ciepłe słowa podziękowania i ruszył na parking.

***

Ignacy patrzył za nim z troską.

– Żeby nie zasłabł po drodze – rzuciła Hania.

– Pojadę za nim i zobaczę – zadecydował chłopak. – Nie chciałem się narzucać, bo widać, że to taki samotnik, niechętny ludziom.

– Byle jakiegoś wypadku nie spowodował, bo uparty jak osioł – ocenił pracownik latarni. – Taki to pomóc sobie nie da, a potem różne nieszczęścia z tego mogą być.

– Oj, nie krakałbyś tak. Zwyczajnie chłop przemęczony i tyle. Widać, że to już nie młodzieniaszek, choć na pierwszy rzut oka nieźle się trzyma – dodała Hania.

Ignacy poczekał, aż mężczyzna wsiądzie do auta, a potem poszedł na parking. Miał zamiar zrobić niespodziankę Aleks. Przyjechał do Dębek, ale stary Orłowski poinformował go, że dziewczyna właśnie wróciła do Gdańska. Czekała go więc jeszcze dzisiaj podróż właśnie tam.

Chwilę jechał za Hugonem, ale gdy ten wreszcie dotarł do rozjazdu prowadzącego w kierunku Drozdowa i nic nie zwiastowało, że może mieć jakieś kłopoty zdrowotne, to po prostu go wyminął, by pojechać w swoją stronę.

Niemiec go nie widział. Miał swoje problemy. Roztrząsał słowa chłopaka o grupie, która ma się pojawić w hotelu. A nuż to będzie ktoś znajomy? Szybko odgonił od siebie te myśli. Jakie jest bowiem prawdopodobieństwo, że w hotelu w Polsce spotka kogoś, kto będzie go znał? Żadne. Zresztą towarzystwo będzie się trzymało razem, a skoro mają tutaj konferencję, to ich uwagę pochłoną własne sprawy. Kto by się zresztą niminteresował?

Na podjeździe stał mikrobus, którym zapewne przyjechała ta delegacja i dwa prywatne samochody.

Wysiadł ze swojego auta i nie poświęcił im ani chwili zainteresowania. Dopiero teraz poczuł dziwną słabość. Postanowił wrócić do swego pokoju i nie wychodzić przed kolacją.

[1] Elizabeth Bishop, Pejzaż morski, tłum. A. Sosnowski [w:] Santarém (wiersze oraz trzy małe prozy), Stronie Śląskie 2018, s. 19.