Rok w rozmowie. Pisarze krytycznym okiem - Jarosław Czechowicz - ebook
Opis

Zbiór trzynastu rozmów z polskimi pisarzami, które Jarosław Czechowicz - niezależny recenzent - przeprowadził w 2013 roku. Dwanaście wywiadów ukazywało się w regularnym cyklu "wywiad miesiąca" na jego blogu krytycznoliterackim "Krytycznym okiem". Trzynasty publikowany jest po raz pierwszy. Ważne nazwiska, nietuzinkowi rozmówcy, szczere wyznania. Cykl bez tezy, ale przez to uważny, wieloaspektowy.

To był dobry rok. Rok ważnych rozmów. Rok poznawania światów, o których istnieniu zwykle nie wiemy, kiedy czytamy książki, a nie myślimy, jak powstawały. Udało mi się poznać polskich pisarzy, ale przede wszystkim samego siebie w tym, jak o nich piszę. Teraz chyba bardziej świadomie.

Jarosław Czechowicz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 217

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WSTĘP / O ROZ­MO­WACH

Rok w roz­mo­wie to za­pis trzy­na­stu wy­wiadów – szum­nie tak na­zwa­nych na po­trze­by cy­klu – z pi­sa­rza­mi, które prze­pro­wa­dziłem w 2013. Niektórzy mówią, iż oso­by piszące o książkach nie po­win­ny się zbliżać do pi­sa­rzy, bo mogą prze­stać obiek­tyw­nie oce­niać ich twórczość. Prze­pro­wa­dzo­ne roz­mo­wy po­zwo­liły mi zbliżyć się przede wszyst­kim do sa­me­go sie­bie, do mo­je­go spo­so­bu trak­to­wa­nia książki, do me­to­dy ana­li­tycz­nej i do kon­wen­cji, w ja­kiej od sied­miu lat w prze­strze­ni pu­blicz­nej dzielę się re­flek­sja­mi na te­mat prze­czy­ta­nych lek­tur. Było to dla mnie wy­zwa­nie, ale kie­ro­wałem się przede wszyst­kim cie­ka­wością. Tego, jak wygląda sama pra­ca nad książką i co się dzie­je, za­nim efekt końcowy zo­sta­nie przez re­cen­zen­ta oce­nio­ny. Te trzy­naście rozmów po­mogło mi in­a­czej, głębiej wi­dzieć li­te­ra­turę. Było mądry­mi doświad­cze­nia­mi i frajdą. Przy­jem­nością, której efek­ta­mi chciałbym się po­dzie­lić.

Po­mysł na­ro­dził się je­sie­nią 2012 roku. To było późne so­bot­nie popołudnie, wra­całem z Beatą Ru­dzińską z ka­to­wic­kich targów książki. Be­ata – sama będąc pi­sarką i wy­dawcą – pod­sunęła mi po­mysł, bym zaczął roz­ma­wiać z pi­sa­rza­mi. To miało ubo­ga­cić i uatrak­cyj­nić treść blo­ga kry­tycz­no­li­te­rac­kie­go „Kry­tycz­nym okiem”. Myślałem nad tym kil­ka mie­sięcy. Do­szedłem do wnio­sku – o czym już wspo­mniałem – że to przede wszyst­kim ubo­ga­ci mnie, pomoże wia­ry­god­niej i lo­jal­niej pisać o książkach, sko­ro po­dy­sku­tuję z ich twórca­mi. Kie­dy roz­ma­wiałem z Kają Ma­la­nowską, czułem in­stynk­tow­nie, że to nie będzie jed­no­ra­zo­wa przy­go­da. Po­nie­waż żyję i działam za­da­nio­wo, za­pla­no­wałem rocz­ny cykl rozmów. Bez żad­nej tezy. To miały być szcze­re roz­mo­wy z wyraźnymi ludźmi. Ta­kich szu­kałem. Tak się wszyst­ko zaczęło. Mam też wrażenie, że większość prze­py­ta­nych twórców nie opo­wia­dałaby tak oso­biście o swo­im życiu i pra­cy przy dzien­ni­ka­rzu ze zle­ce­niem prze­pro­wa­dze­nia wy­wia­du.

To na pew­no nie jest jed­no­rod­na pu­bli­ka­cja; każda roz­mo­wa od­da­je przede wszyst­kim cha­rak­ter rozmówcy, różna jest długość i jakość wy­wiadów, bar­dzo różno­rod­na te­ma­ty­ka. Cze­go chciałem się do­wie­dzieć? Roz­ma­wiałem przede wszyst­kim o ich twórczości – tej, którą znam, bo do nie­zna­jo­mości jaw­nie się przy­zna­wałem i nie chciałem dys­ku­to­wać o czymś, o czym nie mam pojęcia. Myślę, że wokół do­rob­ku pi­sar­skie­go miały się te roz­mo­wy kon­cen­tro­wać, ale prze­cież tak nie jest. Bo pi­sa­nie jest wy­ra­zem przeżywa­nia świa­ta mo­ich rozmówców i o tym właśnie roz­ma­wia­liśmy.

Jak wspo­mniałem, ni­niej­szy zbiór za­wie­ra za­pis trzy­na­stu rozmów. Dwa­naście uka­zy­wało się w mie­sięcznych odstępach na mo­jej stro­nie in­ter­ne­to­wej przez cały 2013 rok. Do­bry rok do roz­mo­wy. Roz­mo­wy na po­trze­by tej pu­bli­ka­cji zo­stały wzbo­ga­co­ne o małe uzu­pełnie­nia. Jest jesz­cze jed­na, nie­pu­bli­ko­wa­na na stro­nie „Kry­tycz­nym okiem”, roz­mo­wa – z Ingą Iwa­siów. Taka między mie­siącami, bo – jak wspo­mi­na moja rozmówczy­ni – można tam ukryć wszyst­ko i nic. Trud­no mi po­wie­dzieć, ile moi rozmówcy chcie­li przede mną ukryć, a ile odsłonić i czy byli do tego w pełni prze­ko­na­ni. Każdy wy­wiad był moim po­chy­la­niem się w stronę mówiącego, wcho­dze­niem także w jego kon­wencję wyrażania się o świe­cie, a cza­sem trochę błądze­niem po omac­ku, bo nie­jed­no­krot­nie roz­ma­wiałem z osobą, której wcześniej po pro­stu nie znałem. W zbio­rze są wszyst­kie – dłuższe i krótsze, te bar­dzo oso­bi­ste i te, które mieszczą się w ob­ra­zie tego, co od­bior­cy już wiedzą, i nie­wie­le no­we­go wnoszą.

Większość tych wy­wiadów to roz­mo­wy bar­dzo oso­bi­ste. Chciałem, by pi­sa­rze opo­wia­da­li o so­bie. Zro­bi­li to dokład­nie tak, jak chcie­li. Opo­wie­dzie­li, ile chcie­li i w ta­kiej, a nie in­nej kon­wen­cji. O sa­mym pi­sa­niu mówili nad wy­raz jed­no­znacz­nie. To trud­ny pro­ces, wy­ma­gający pra­cy, sa­mo­dy­scy­pli­ny myślo­wej; praw­dzi­we pi­sa­nie to nie ra­do­sne stu­ka­nie w kla­wia­turę pod jabłonią, to na­prawdę ciężkie zajęcie, o trud­ności którego wie­lu nie ma pojęcia.

Wierzę, że na­sze roz­mo­wy po­zwolą spoj­rzeć na tych trzy­naścio­ro twórców in­a­czej. Roz­ma­wiam o spra­wach, które do­tyczą ich jako piszących, ale także, czy­tających i oce­niających twórczość. Wie­le te­matów to te­maty trud­ne; ta książka nie jest po­praw­na po­li­tycz­nie ani w żaden inny sposób; napięcia między nami cza­sem widać wyraźnie, a często – mimo ser­decz­nej at­mos­fe­ry – wdzie­ra się między nas coś uwie­rającego, nie­wy­god­ne­go. Mówimy o wszyst­kim. Mówimy o życiu jako pro­ce­sie twórczym i o twórczości, która wpływa na życie. Sta­rałem się powiązać wyżej wy­mie­nio­ne z emo­cja­mi, przeżycia­mi, na­stro­ja­mi które uczy­nią te roz­mo­wy pry­wat­ny­mi. W większości ta­ki­mi się one stały. I mnie oso­biście na­uczyły przede wszyst­kim po­ko­ry – do tego, co inni sądzą o świe­cie, jak­kol­wiek różny od mo­je­go byłby ten świat.

Chciałem każdemu z osob­na po­dziękować. Kai Ma­la­now­skiej – za szcze­rość, za en­tu­zjazm i za ry­su­nek (udało mi się go wresz­cie ode­brać od oso­by, której go prze­ka­załaś). Rem­ko­wi Grze­li – za po­ka­za­nie świa­ta przeżyć, do ja­kie­go na co dzień nie mam dostępu; za rady odnośnie do tego, w jaki sposób pro­wa­dzić ko­lej­ne roz­mo­wy, by były cie­ka­we. Piotr­ko­wi Czer­wińskie­mu – za opo­wieści z da­le­kich stron i za za­an­gażowa­nie, bo ta roz­mo­wa była ważna dla nas obu. Da­wi­do­wi Kor­na­dze – za zarażenie opty­mi­zmem, za przy­jem­ny flow i za to, że mnie pod­pusz­czał; za dobrą zna­jo­mość na co dzień. Mar­cie Syr­wid – za po­ka­za­nie pa­zu­ra i uświa­do­mie­nie kil­ku spraw. Grze­go­rzo­wi Ko­ze­rze – za kil­ka mądrych zdań o isto­cie pol­skości i za sza­cu­nek do spraw, do których sam za­czy­nam go tra­cić. Jac­ko­wi Wan­gi­no­wi – za szcze­rość, za otwar­tość, za moc­ne za­an­gażowa­nie w roz­mowę i za dow­cip, który był nam po­trzeb­ny. Jo­an­nie Ba­tor – za opo­wia­da­nie z ta­kim za­an­gażowa­niem, że dała mi praw­dziwą przy­jem­ność roz­mo­wy o wewnętrznej wol­ności, i za miłe słowa, które padły poza za­pi­sem roz­mo­wy. Ju­sty­nie Bar­giel­skiej – za uczy­nie­nie z wy­wia­du wy­zwa­nia, za nie­tu­zin­ko­wość, za utar­cie mi nosa tam, gdzie było trze­ba. Kasi Bon­dzie – za za­spo­ko­je­nie cie­ka­wości, którą tyl­ko Ka­sia po­tra­fiła za­spo­koić, i za wska­za­nie, jak czy­tać po­wieści kry­mi­nal­ne. Igna­ce­mu Kar­po­wi­czo­wi – za cier­pli­wość do mnie. PaniAn­nie Jan­ko – za garść ciepłych opo­wieści i za rzad­ko spo­ty­kaną ser­decz­ność, którą czu­je się na­wet na od­ległość. PaniIn­dze Iwa­siów – za czas, za szcze­rość, za dwie ważne książki i za chęć ukry­cia się między mie­siącami, choć to między – jak dla mnie – było jedną z ważniej­szych rozmów tego zbio­ru.

Rok w roz­mo­wie to za­pis tego, co pi­sa­rzom bli­skie i da­le­kie, oraz świa­dec­two ich świa­do­mości by­cia tym, kim są te­raz. To były do­bre roz­mo­wy. Mam na­dzieję, że ich lek­tu­ra także da sa­tys­fakcję.

Ja­rosław Cze­cho­wicz

STY­CZEŃ / KAJA MA­LA­NOW­SKA

(…) każdy z nas in­a­czej po­strze­ga rze­czy­wi­stość i w związku z tym każdy in­a­czej czy­ta.

Bio­lożka pi­sarką? Od kie­dy za­in­te­re­so­wa­nie bak­te­ria­mi zastąpiłaś fa­scy­nacją tym, co słowa­mi – też byty drob­ne, choć nie żywe – można osiągnąć, opi­sując rze­czy­wi­stość?

Zmie­niłam się z ge­ne­ty­ka bak­te­rii w pi­sa­rza zupełnym przy­pad­kiem. Naj­pierw stra­ciłam pracę w la­bo­ra­to­rium. Na­wet dwa razy. Do­pie­ro rok później wydałam książkę. Nadal tęsknię za pracą na­ukową, cho­ciaż wiem do­brze, że nie mam żad­nych szans, żeby do niej wrócić, i po­win­nam za­mknąć ten roz­dział swo­je­go życia, a jed­nak ciągle o niej myślę. Na­wet śni mi się często, że pi­pe­tuję albo pusz­czam żele z ra­dio­ak­tyw­nym DNA. By­cie ge­ne­ty­kiem poza tym, że również wy­ma­ga twórcze­go myśle­nia, nie ma ab­so­lut­nie nic wspólne­go z pracą pi­sa­rza. Wy­da­je mi się, że to zawód pod każdym względem faj­niej­szy od by­cia li­te­ra­tem. Na pew­no jest le­piej płatny. Poza tym wy­ma­ga ciągłej współpra­cy z ludźmi, nie izo­lu­je, nie za­my­ka w domu, daje ogromną przy­jem­ność od­kry­wa­nia nie­zna­nych stron rze­czy­wi­stości i nie gro­zi nie­zdro­wym prze­ro­stem am­bi­cji. W każdym ra­zie nie na eta­pie, na którym byłam, kie­dy z tego za­wo­du zre­zy­gno­wałam. 

Co się wy­da­rzyło?

Czte­ry lata temu do­stałam de­pre­sji, która oka­zała się na tyle poważna, że nie mogłam da­lej pra­co­wać. Przez kil­ka mie­sięcy sie­działam w domu. W tym cza­sie pisałam coś w ro­dza­ju in­ter­ne­to­we­go pamiętni­ka; fa­bu­la­ry­zo­waną re­lację z okre­su cho­ro­by, która zo­stała po­tem wy­da­na jako Drob­ne sza­leństwa dnia co­dzien­ne­go. I tak to się zaczęło.

Pa­ra­dok­sal­nie coś, co jest opre­syj­ne, uwol­niło w to­bie nowe pokłady eks­pre­sji. Czy pi­sa­nie po­ma­ga, kie­dy człowiek jest w kiep­skim sta­nie psy­chicz­nym?

W pew­nym sen­sie rze­czy­wiście pełni rolę te­ra­peu­tyczną. Po­zwa­la na­brać dy­stan­su i spoj­rzeć z boku na własne kłopo­ty. To trochę jak z li­stem, który pi­szesz do oso­by, na którą je­steś z ja­kie­goś po­wo­du wściekły. Nig­dy go jed­nak nie wysyłasz. Mimo że list nie do­cie­ra do ad­re­sa­ta, złe emo­cje i tak częścio­wo wy­pa­lają się w sa­mym ak­cie pi­sa­nia. 

Two­ja naj­now­sza po­wieść Patrz na mnie, Kla­ro po­mogła ci zdo­być no­mi­nację do li­te­rac­kie­go Pasz­por­tu Po­li­ty­ki. Dość ba­nal­ne py­ta­nie, ale jak się z tym czu­jesz?

Oczy­wiście bar­dzo się cieszę. Patrz na mnie, Kla­ro, jest pierwszą książką, którą na­pi­sałam świa­do­mie, z myślą o wy­da­niu. Włożyłam w tę książkę dużo wysiłku. Zwłasz­cza w jej kon­strukcję. Obie­całam so­bie, że nie za­cznę pisać, dopóki nie opra­cuję dokład­nie fabuły, nie na­szki­cuję rysów psy­cho­lo­gicz­nych po­sta­ci i nie wymyślę zakończe­nia. Później kil­ku­krot­nie wy­rzu­całam po kil­ka­dzie­siąt stron, po­pra­wiałam i zmie­niałam w kółko. Po­ma­gał mi mąż, który oka­zał się świet­nym, ale su­ro­wym re­dak­to­rem. Jed­no­cześnie zdałam so­bie boleśnie sprawę z tego, jak bar­dzo nie­do­sko­nałe jest to, co robię. Muszę się jesz­cze dużo na­uczyć, a zaczęłam tak późno... Ta książka jest w tej chwi­li dokład­nie tym, na co mnie stać. To bar­dzo fru­strujące uczu­cie, jeśli się wi­dzi jej nie­do­sko­nałości. A ja widzę je wyraźnie. Tak więc kie­dy ją wydałam, miałam ra­czej po­czu­cie klęski niż suk­ce­su. To, że komuś się po­do­bała i zo­stała do­ce­nio­na, niesłycha­nie pod­niosło mnie na du­chu. 

Uważam, że to two­ja naj­lep­sza rzecz! Może po­ziom fru­stra­cji blo­ku­je cię w pi­sa­niu?

Dziękuję. Cieszę się, że cze­goś zdołałam się na­uczyć w ciągu ostat­nich trzech lat.

Pi­sar­skie fru­stra­cje cza­sem mnie blo­kują. Mie­wam okre­sy, kie­dy to jest trud­ne. Dużo bar­dziej nie­po­koi mnie fakt, że wpływają na to, jak się zmie­niam; nie jako pi­sar­ka, tyl­ko jako oso­ba. Za­wo­dy, które zależą w dużej mie­rze od społecz­ne­go od­bio­ru, nie mają naj­lep­sze­go wpływu na cha­rak­ter. Trud­no osiągnąć w ta­kiej sy­tu­acji spokój. Wiem, że by­wam prze­wrażli­wio­na. Niewątpli­wie daję się we zna­ki swo­jej ro­dzi­nie i to mnie poważnie mar­twi.

Twoją trze­cią książkę często ze­sta­wia się z pierwszą i oma­wiając, zwra­cau­wagę na wtórność. Tym­cza­sem widzę w „Kla­rze” zupełnie nową, in­te­gralną hi­sto­rię. To opo­wieść o ko­bie­cie, która bu­du­je tożsamość, wpa­trzo­na w in­nych. Dla­cze­go szu­ka­my od­bi­cia sie­bie sa­mych w lu­dziach z na­sze­go oto­cze­nia?

Na pew­no obie książki są bar­dzo emo­cjo­nal­ne. Piszę o emo­cjach, emo­cje mnie in­te­re­sują. In­te­re­su­je mnie również to, co znaj­du­je się poza tak zwaną normą. W tym sen­sie „Sza­leństwa” i „Kla­ra” mogą wy­da­wać się po­dob­ne. Obie główne bo­ha­ter­ki to ko­bie­ty, ale na tym chy­ba kończą się ana­lo­gie. „Sza­leństwa” były au­ten­tycz­nym za­pi­sem cho­ro­by. Miałam po­mysł, żeby zno­wu oprzeć „Klarę” na oso­bi­stych przeżyciach, szczęśli­wie jed­nak w dużej mie­rze od nie­go odeszłam. Oczy­wiście, jak większość pi­sa­rzy, wzo­ruję się na tym, co ob­ser­wuję we własnym oto­cze­niu. Nie po­tra­fię, jak Ma­rek Hu­be­rath albo Phi­lip Dick, two­rzyć zupełnie no­wych światów. Wy­da­je mi się jed­nak, że nie­wie­le łączy Klarę z bo­ha­terką „Sza­leństw”. Kla­ra nie cier­pi na de­presję, nie czu­je się sa­mot­na, a już na pew­no nie jest za­kom­plek­sio­na ani nie­do­war­tościo­wa­na. Myślę, że jej pro­blem po­le­ga na trud­nym do określe­nia ro­dza­ju bier­ności, któremu się pod­da­je. Nie umie do­strzec sa­mej sie­bie, dla­te­go próbuje żyć cu­dzym życiem. Jeżeli ktoś wi­dzi poza normą tyl­ko jedną hi­sto­rię i je­den możliwy sche­mat za­cho­wa­nia, to na pew­no obie książki się nałożą. Ale każdy z nas in­a­czej po­strze­ga rze­czy­wi­stość i w związku z tym każdy in­a­czej czy­ta. Sama nie cier­pię, jak au­to­rzy tłumaczą, o co cho­dziło w ich książkach, więc chy­ba po­win­nam już uciąć ten wątek. In­ten­cje pi­sa­rza są na­prawdę naj­mniej ważne.

Swo­im pi­sa­niem po­ka­zu­jesz, iż się zmie­niasz; możesz stać obok emo­cji, które kie­dyś cię pożerały… No właśnie, pi­szesz emo­cja­mi. Uważasz to za wadę czy za­letę two­jej twórczości?

Nie wiem. Dla niektórych wada, dla in­nych (mam na­dzieję) za­le­ta. Ja chy­ba in­a­czej po pro­stu nie umiem. Wiem, że po­wieść psy­cho­lo­gicz­na nie każdemu od­po­wia­da. Wie­le osób iry­tu­je. Ja uważam, że to dla­te­go, iż wszy­scy bo­imy się emo­cji, nie chce­my o nich myśleć i się nad nimi za­sta­na­wiać. Ale może wca­le nie mam ra­cji. Nie wiem, to trud­ne py­ta­nie. Chy­ba zbyt oso­bi­ste.

Praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej emo­cjo­nal­na jest two­ja pierw­sza książka Drob­ne sza­leństwa dnia co­dzien­ne­go. Już trochę po­wie­działaś o tym, jak po­wsta­wała. Tytuł jak­by głaskał pro­blem, try­wia­li­zo­wał go. Tym­cza­sem to opo­wieść o de­mo­nie od­kry­wa­nym w so­bie przez ko­bietę, której trud­no być sa­mej ze sobą. Dla­cze­go sami by­wa­my swo­imi naj­większy­mi wro­ga­mi i kie­dy tak się dzie­je?

Miałam kie­dyś ko­legę, którego bar­dzo lubiłam, cho­ciaż bywał nie­znośny: aro­ganc­ki i bez­czel­ny. Kie­dy na­prawdę prze­sa­dził i czułam się obrażona, ma­wiał: „A wi­dzisz, ty so­bie za­raz pójdziesz, a ja tak ze sobą całe życie muszę…”. Oczy­wiście, że je­steśmy naj­większy­mi wro­ga­mi sa­mych sie­bie. Poza nie­licz­ny­mi przy­pad­ka­mi, to my sami krzyw­dzi­my się najczęściej i naj­bar­dziej boleśnie. Każdy psy­cho­log ci to po­wie. Sztu­ka po­le­ga na tym, żeby na­uczyć się prze­wi­dy­wać własne za­mia­ry i im za­po­bie­gać. Ale to chy­ba py­ta­nie na bar­dzo długą i bar­dzo trudną roz­mowę. Na do­da­tek nie czuję się kom­pe­tent­na, nie je­stem psy­cho­te­ra­peutą. 

Wróćmy do two­je­go de­biu­tu. Drob­ne sza­leństwa dnia co­dzien­ne­go nawiązują do pro­blemów emo­cjo­nal­nych, które mogą po­ja­wiać się na­gle i nie mieć przy­czy­ny. Czy uważasz, że w każdym z nas drze­mie de­struk­cyj­na siła? Kie­dy się ujaw­nia?

We mnie bez wątpie­nia drze­mie. Je­stem poważnie obciążona skłonnością do de­pre­sji, zarówno ze stro­ny ro­dzi­ny mat­ki, jak i ojca. Już trzy razy bo­ry­kałam się z tą cho­robą. Liczę się z tym, że może się to powtórzyć. Ale wiem też, że taką cho­robę da się wy­le­czyć i za­po­mnieć o niej na długi czas. Je­stem dużo sil­niej­sza niż czte­ry lata temu, dużo bar­dziej świa­do­ma; wiem, jak re­ago­wać, do kogo zwrócić się o po­moc. De­presję prze­cho­dzi przy­najm­niej raz w życiu co szósta oso­ba na świe­cie. To bar­dzo częsta przy­padłość. Cza­sem ujaw­nia się pod wpływem trud­nych przeżyć, cza­sem nie­ste­ty zupełnie bez po­wo­du.

Za­py­tam jesz­cze o Imi­gra­cje. To zbiór tekstów o prze­mie­rza­niu różnych prze­strze­ni. Tru­izmem będzie stwier­dze­nie, że życie to wędrówka, ale cie­kaw je­stem, co cie­bie na­uczyło wędro­wa­nie, po­byt w ta­kiej pro­win­cjo­nal­nej Urba­nie w sa­mym środ­ku Stanów Zjed­no­czo­nych?

Imi­gra­cje to zbiór opo­wia­dań, które zo­stały na­pi­sa­ne w różnym cza­sie. I zno­wu, jak w przy­pad­ku Drob­nych sza­leństw dnia co­dzien­ne­go, nie myślałam wcześniej o pu­bli­ka­cji. Po tym, jak uka­zała się moja pierw­sza książka, wy­da­wało się, że ze względów stra­te­gicz­nych do­brze byłoby wydać szyb­ko następną. Tak też się stało. Rze­czy­wiście mo­ty­wem prze­wod­nim tych hi­sto­rii jest sze­ro­ko ro­zu­mia­na podróż. Na pew­no wpłynął na to mój pięcio­let­ni po­byt w Sta­nach. Te­raz wspo­mi­nam ten okres z wiel­kim sen­ty­men­tem. Tęsknię do spo­koj­ne­go, małomia­stecz­ko­we­go życia, ja­kie pro­wa­dzi­liśmy tam z moim mężem i sy­nem. Wszy­scy tęskni­my. Praw­da jed­nak jest taka, że było nam w Sta­nach ciężko. Przez cały czas czu­liśmy się obco i byliśmy bar­dzo sa­mot­ni.

Myślę, że ta chwi­lo­wa emi­gra­cja bar­dzo dużo mnie na­uczyła. Ode­rwałam się od war­szaw­skie­go życia. Ode­rwałam się od ro­dzi­ny i zna­jo­mych. Mu­siałam zacząć żyć na własny ra­chu­nek. Zacząć w końcu sa­mo­dziel­nie myśleć. Do­pie­ro w Sta­nach ukształtował się mój świa­to­pogląd. Trochę późno, muszę przy­znać, miałam pra­wie trzy­dzieści lat. W każdym ra­zie wróciłam zupełnie inną osobą, niż byłam przed wy­jaz­dem. 

Ja­kie są two­je li­te­rac­kie fa­scy­na­cje, wzo­ry?

Ojej, to trud­ne py­ta­nie. Z fa­scy­na­cji to: Vir­gi­nia Wo­olf, Faulk­ner, Na­bo­kov… Ale ta­kie wy­li­czan­ki za­zwy­czaj strasz­nie głupio brzmią. Mu­siałabym to jakoś uza­sad­niać i to by bar­dzo długo trwało, i byłoby okrop­nie nud­ne. 

To jakoś w skrócie.

Jeśli cho­dzi o wzo­ry, to je­stem chy­ba w fa­zie prze­po­czwa­rza­nia. Prze­stał mnie tak bar­dzo in­te­re­so­wać język, przyglądam się za to dokład­niej kon­struk­cji. Sta­ram się roz­gry­zać pod tym względem każdą książkę, film, na­wet głupi se­rial kry­mi­nal­ny. To bar­dzo psu­je przy­jem­ność czy­ta­nia i ogląda­nia, ale nie po­tra­fię się po­wstrzy­mać. Chciałabym się na­uczyć two­rzyć moc­ne, spójne kon­struk­cje. Na ra­zie szu­kam trochę po omac­ku.

A czy pol­scy współcześni pro­za­icy two­im zda­niem po­tra­fią two­rzyć spójne kon­struk­cje?

Wy­da­je mi się, że to pięta achil­le­so­wa współcze­snej pol­skiej li­te­ra­tu­ry. Jest dużo książek na­pi­sa­nych żywym, in­te­re­sującym języ­kiem, które za­czy­nają się świet­nie, roz­wi­jają cie­ka­wie, a końcówki roz­my­wają się, rozłażą i roz­cza­ro­wują. Kie­dy czy­tam, nie­rzad­ko mam wrażenie, że au­tor za­czy­na pisać, licząc na to, że ak­cja sama się z cza­sem roz­wi­nie, a zakończe­nie samo się jakoś wymyśli. Tymcza­sem bar­dzo trud­no jest za­pa­no­wać na bieżąco nad kil­ku­set­stro­ni­co­wym tek­stem. Właści­wie wy­da­je mi się, że to nie­możliwe. Ale wszyst­ko brzmi pro­sto, kie­dy się o tym mówi. Go­rzej z wy­ko­na­niem. Usta­wie­nie sta­bil­ne­go rusz­to­wa­nia, na którym mogłaby oprzeć się książka, to chy­ba naj­trud­niej­sza część pra­cy pi­sa­rza. Nie mam pojęcia, jak to do­brze robić. Bar­dzo bym się chciała tego na­uczyć.

Eg­zy­sten­cja wi­dzia­na oczy­ma two­ich nar­ra­to­rek jest bar­dzo trud­na. Co można zro­bić, by ułatwić so­bie życie i się nim cie­szyć? Co cie­bie cie­szy w życiu?

Oba­wiam się, że nie je­stem wesołą osobą. Mal­kon­tenc­two to moja naj­wy­raźniej­sza ce­cha. Bar­dzo się jej wstydzę i sta­ram się z nią wal­czyć, ale słabo mi to wy­cho­dzi.

Jeżeli cho­dzi o życio­we przy­jem­ności, to chy­ba nic ory­gi­nal­ne­go ci nie po­wiem. Bar­dzo lubię spędzać czas z moim mężem. Zro­bi­liśmy się ostat­nio moc­no do­mo­wi. Rzad­ko wycho­dzimy do knaj­py czy re­stau­ra­cji, na­wet w te­atrze czy ki­nie nie byliśmy od mie­sięcy. Ale za to lu­bi­my podróże; kie­dy mie­liśmy więcej pie­niędzy, od­wie­dza­liśmy różne eg­zo­tycz­ne miej­sca na świe­cie. Te­raz ku­pu­je­my piwo w skle­pie i oglądamy fil­my na kom­pu­te­rze. Nie­ste­ty, nie brzmi to cie­ka­wie, ale taka jest praw­da.

Cze­go życzyłabyś w no­wym roku czy­tel­ni­kom „Kry­tycz­nym okiem”?

Dużo do­brych książek, oczy­wiście!

Dziękuję za roz­mowę.

KAJA MA­LA­NOW­SKA O SO­BIE

fot. Ma­ciej Ma­lic­ki

Je­de­naście lat temu wy­je­chałam do Stanów Zjed­no­czo­nych, gdzie na­pi­sałam dok­to­rat z ge­ne­ty­ki bak­te­rii. Po po­wro­cie do Pol­ski miałam poważne pro­ble­my ze zna­le­zie­niem stałej pra­cy, nie do­stałam sa­mo­dziel­ne­go gran­tu i na­gle oka­zało się, że je­stem bez­ro­bot­na. Mu­siałam przyjąć do wia­do­mości fakt, że nig­dy nie zo­stanę na­ukow­cem i zająć się czymś in­nym. Zaczęłam więc pisać książki. Oczy­wiście, nie można tego te­raz spraw­dzić, ale nadal je­stem prze­ko­na­na, że byłby ze mnie znacz­nie lep­szy na­uko­wiec niż pi­sarz. 

LUTY / RE­MI­GIUSZ GRZE­LA

(…) od początku chciałem być tym, który po­szu­ku­je.

Je­steś osobą bar­dzo ak­tywną w wie­lu sfe­rach. Tak so­bie myślę, że lu­dzi określają ety­kiet­ki, bo w ten sposób najłatwiej za­ko­do­wać w świa­do­mości, kim jest inny człowiek. Która mówi prawdę o to­bie – dzien­ni­karz, sce­na­rzy­sta, reżyser czy pi­sarz? Może jest inna? A może po pro­stu za­cznij­my od py­ta­nia, kim je­steś?

Gdy­bym to wie­dział… Kie­dyś, w li­ceum, na­sza wy­cho­waw­czy­ni, mądra oso­ba, pani pro­fe­sor Te­re­sa Jan­kow­ska, kazała nam na­pi­sać na kar­tecz­kach, kim będzie­my w przyszłości. Po­tem otwo­rzyła je na ja­kimś zjeździe kla­so­wym po la­tach. Oka­zało się, że na­pi­sałem: „Będę dzien­ni­ka­rzem”, a po tej de­kla­ra­cji po­sta­wiłem trzy krop­ki. To mi uświa­da­mia, że od początku chciałem być tym, który po­szu­ku­je. A nie tym, który określa. Cza­sem żar­tuję, za Wo­odym Al­le­nem, bo od nie­go kupiłem to zda­nie: „Jesz­cze nig­dy brak kom­pe­ten­cji nie po­wstrzy­mał mnie przed za­an­gażowa­niem się z en­tu­zja­zmem”. Odpowie­dział tak, kie­dy za­pro­po­no­wa­no mu reżyse­ro­wa­nie ope­ry w Los An­ge­les. Nie bez po­wo­du por­tret Wo­ody’ego wisi u mnie na ścia­nie obok biur­ka i jest na pul­pi­cie w te­le­fo­nie.

Czy­li en­tu­zjazm Al­le­na jest zaraźliwy. A co byś po­ra­dził komuś, kto te­raz sta­wia trzy krop­ki i nie jest pe­wien, kim będzie?

Chy­ba od­po­wie­działbym, żeby w ogóle się tym nie zaj­mo­wał, żeby dał się pro­wa­dzić świa­tu i cie­ka­wości. Przy­po­mi­na mi się coś, co na­pi­sał kie­dyś ksiądz Jan Twar­dow­ski, którego znałem i w którego miesz­ka­niu w klasz­to­rze sióstr wi­zy­tek bywałem wie­le razy. Na­pi­sał: „Jeśli nie wiesz, dokąd iść, sama cię dro­ga zapro­wa­dzi”. Może to trochę pa­te­tycz­ne, ale naj­prost­sze z pro­stych. To jest trochę tak, jak z za­wo­dem, który upra­wiam i który jest na­prawdę wielką radością. Jako dzien­ni­karz mogę bywać w wie­lu miej­scach, w cu­dzych miesz­ka­niach, po­zna­wać lu­dzi; ale nig­dy nie wiem, dokąd ta dro­ga pro­wa­dzi. Roz­mo­wa za­wsze może mieć inny prze­bieg, a oso­ba, z którą roz­ma­wiam, może być mniej cie­ka­wa niż ktoś, kogo spo­ty­kam przy­pad­kiem. 

Za­tem czy­je losy tak po­znałeś?

Całkiem nie­daw­no robiłem roz­mowę z pew­nym ważnym po­li­ty­kiem. Na spo­tka­nie uma­wiała nas pani, która była więźniarką Ra­vensbrück. Znała Czesławę Oknińską, z którą się przy­jaźniła po woj­nie, i w ogóle na­gle otwo­rzyła hi­sto­rię, do której bym pew­nie nie do­tarł. Trze­ba po pro­stu iść. Dro­ga za­wsze ma jakiś cel.

O, mat­ko! Ale zda­nia wy­po­wia­dam. Jar­ku, za­da­jesz zbyt fun­da­men­tal­ne py­ta­nia, a ja jakoś próbuję wypaść mądrzej, od­po­wia­dając ci na nie. Prze­cież nie po­zja­dałem żad­nych ro­zumów, na­wet swo­je­go, żeby dawać rady komuś, kto – jak za­py­tałeś – nie wie, którą drogę wy­brać. Ale…  gdy­bym sam miał iść za kimś… Za Wo­odym Al­le­nem po­szedłbym każdą drogą. To praw­da. Uwiel­biam tego ar­tystę i marzę o me­da­li­ku z jego wytłoczo­nym wi­ze­run­kiem. Bym so­bie nosił Al­le­na na szyi.

Bio­gra­fia Wo­ody’ego Al­le­na jest nie­tu­zin­ko­wa. In­te­re­sują cię ta­kie, ale bliżej ci chy­ba cie­ka­wości ko­biet. Pro­mu­jesz ak­tu­al­nie świet­ny zbiór wy­wiadów z ko­bietami Wol­ne. Za­pew­ne py­ta­no cię w kwe­stii tej pu­bli­ka­cji o wie­le spraw. Mnie in­te­re­su­je dobór rozmówczyń. Dla­cze­go te, a nie inne ko­bie­ty?

In­te­re­sują mnie hi­sto­rie, losy, przeszłość i jej wpływ na na­sze życie. Przeszłość nie ist­nie­je – w mo­jej pry­wat­nej teo­rii. Przeszłość jest dzi­siaj i będzie ju­tro. Za­wsze coś się wy­nu­rzy spod zie­mi. Za­wsze będzie miała na nas wpływ. I to mnie fa­scy­nu­je. Przeszłość, której nie można za­trzasnąć. 

Mamy pew­ne kry­te­rium do­bo­ru. Ale wra­cam do py­ta­nia – jak do­brałeś bo­ha­ter­ki swo­jej książki?

Bo­ha­ter­ki książki Wol­ne chciałem po pro­stu po­znać; cza­sem po­znać le­piej, cza­sem chciałem do nich wrócić, bo roz­ma­wiałem z nimi już wcześniej. Za­zwy­czaj roz­ma­wiam z ludźmi, którzy mnie in­te­re­sują. Często wra­cam do rozmów z nimi przez lata. Jak do­ku­men­ta­li­sta mam po­trzebę po­ka­za­nia swo­ich bo­ha­terów w różnych mo­men­tach życia. W książce Wol­ne jest kil­ka ta­kich rozmów, na przykład z wielką skrzy­paczką Wandą Wiłko­mirską, do której wra­cam, odkąd zacząłem pracę w za­wo­dzie. Na­sza roz­mo­wa uka­zała się na przykład w mo­jej po­przed­niej książce Ho­tel Eu­ro­pa. Wte­dy Wan­da Wiłko­mir­ska mówiła, że ma tyl­ko skrzyp­ce. Dzi­siaj nie ma skrzy­piec, bo sprze­dała je na au­kcji, nie gra, nie uczy, właści­wie nie słucha mu­zy­ki. I próbuje wrócić na stałe do Pol­ski. Wy­najęła miesz­ka­nie w War­sza­wie. Chciałem za­pi­sać ten czas po­wro­tu do kra­ju i czas odejścia od pa­sji, która wy­niosła na szczy­ty świa­to­wej ka­rie­ry. 

Umiesz pytać, roz­ma­wiać z ludźmi. Kie­dy tak ob­ser­wuję two­je po­czy­na­nia, myślę, że w re­la­cjach z ludźmi chłoniesz to, o czym oni mówią i bacz­nie się przysłuchu­jesz. Która sztu­ka jest trud­niej­sza – za­da­wa­nia pytań czy uważnego słucha­nia?

Jed­no wypływa z dru­gie­go. Cza­sem nie trze­ba pytać, wy­star­czy do­brze słuchać. Słucha­nia też, tak myślę, można się na­uczyć. Ale na pew­no nie można się na­uczyć cie­ka­wości świa­ta, a bez tego jed­nak nie ma dzien­ni­kar­stwa. Przez dzie­więć lat uczyłem stu­dentów dzien­ni­kar­stwa zarówno wy­wia­du, jak i pi­sa­nia. To było cie­ka­we doświad­cze­nie. 

I jak uczyłeś pi­sa­nia?

Za­uważyłem w pew­nym mo­men­cie, że są stu­den­ci, którzy fan­ta­stycz­nie opo­wia­dają o tym, co chcą na­pi­sać, a nie piszą cie­ka­wie. I są tacy, którzy nie po­tra­fią opo­wie­dzieć do­brze, a piszą fe­no­me­nal­nie. Wpadłem na po­mysł, żeby ci, którzy fan­ta­stycz­nie opo­wia­dają, na­gry­wa­li to na dyk­ta­fon, a po­tem spi­sy­wa­li. Żeby zo­stał w ich tek­stach ten nerw opo­wieści. Zaś ci, którzy go­rzej mówili, a le­piej pi­sa­li, właści­wie nie po­trze­bo­wa­li za­da­nia, bo i tak w fi­na­le li­czył się tekst. Chy­ba że po­trzeb­na jest umiejętność pu­blicz­ne­go wystąpie­nia. Na to też są różne me­to­dy. Po­dob­nie jak na prze­pro­wa­dza­nie wy­wia­du. Wiesz, taka pro­sta me­to­da, kie­dy ktoś mówi coś trud­ne­go i się za­trzy­mu­je. Nie pytać. Trwać w ci­szy. Za­zwy­czaj rozmówca jed­nak po­dej­mu­je te­mat, szu­ka dro­gi do jego wy­po­wie­dze­nia. Ale nie chciałbym tu­taj zbyt szczegółowo o tym mówić, bo to właści­wie kwe­stia na inną roz­mowę. 

Czy był kie­dyś taki wy­wiad, czy było ta­kie py­ta­nie, które ode­brało ci mowę? Cho­dzi mi o to, że ktoś po­wie­dział coś, co było oczy­wi­ste, nad czym nig­dy nie myślałeś?

Może aż mowy nie ode­brało, ale robiłem nie­daw­no wy­wiad z Le­chem Wałęsą i parę ta­kich kom­plet­nie za­ska­kujących od­po­wie­dzi padło. Naj­bar­dziej z tej roz­mo­wy lubię od­po­wiedź, dla­cze­go nadal cho­dził do pra­cy w stocz­ni, kie­dy do­stał Na­grodę No­bla. Usłyszałem: „Bo ja chodzę na no­gach, a nie na głowie”. W tym był cały Wałęsa. To jest taka od­po­wiedź, którą za­pa­miętu­jesz. Oczy­wi­sta niby, a jed­nak jest w niej jakaś mądrość. Za­sko­czyło mnie też, że pan pre­zy­dent robi so­bie tysiące zdjęć z wszyst­ki­mi, których spo­ty­ka. Skończy­liśmy roz­mowę i już ktoś nam zro­bił zdjęcie. Pan Wałęsa po­wie­dział, że już to zdjęcie jest w in­ter­ne­cie, na jego blo­gu, dał na­wet taką spe­cjalną wi­zytówkę z ad­re­sem tego blo­ga. Tam są dosłownie tysiące zdjęć Wałęsy z ludźmi, których co­dzien­nie spo­ty­ka. 

O, te­mat blo­ga, świet­nie! Pisałeś kie­dyś „Z Kafką przy kaw­ce”, obec­nie już pi­szesz bez tego tytułu; to mo­de­lo­wy przykład oso­bi­ste­go blo­ga pi­sa­ne­go z pasją. Czy in­te­re­su­je cię pol­ska blo­gos­fe­ra? Co w niej przy­ku­wa uwagę?

Chy­ba byłem jed­nym z pierw­szych, którzy pi­sa­li blo­gi pod swo­im na­zwi­skiem, na początku, kie­dy po­wsta­wał Blog.pl. Do­pie­ro później prze­niosłem się na Wir­tu­alnąPolskę.pl, a stamtąd na własną stronę. Więc ten mój blog trochę zmie­niał ad­res. Ale piszę go nie­zmien­nie od lat. 

Cze­go sam szu­kasz w cu­dzych blo­gach?

W blo­gach szu­kam tego, co mnie w jakiś sposób może za­in­spi­ro­wać; szu­kam tego, co do­ty­czy kul­tu­ry, podróży albo kuch­ni. Bo jed­nak je­stem uza­leżnio­ny od kul­tu­ry. Od podróży mniej, ale czy­ta­nie to prze­cież też podróż. A kuch­nia, no po­wiedz mi, kto nie lubi do­brze zjeść? Zresztą naj­ważniej­sze to mieć w życiu ape­tyt, na wszyst­ko.

Blo­gi ku­li­nar­ne robią te­raz fu­rorę! Które oprócz nich lu­bisz, poza moim oczy­wiście? 

Poza two­im? Co oczy­wiście nie jest da­wa­niem ci w tej chwi­li łapówki, bo wiesz, że czy­tam go re­gu­lar­nie. Mam kil­ka, które czy­tam re­gu­lar­nie, i należą do mo­ich przy­ja­ciół lub osób, które znam i cenię. 

Niech zgadnę – Mar­ta Fox?

Ab­so­lut­nie tak. Lubię świat jej lek­tur i jej dow­ci­pu. Również Ania Jan­ko, To­masz Ja­strun, Kry­sty­na Ko­fta, Ma­riusz Szczy­gieł, cho­ciaż się za­nie­dbał i mało pi­sze. Dzwo­nię do nie­go jakiś czas temu i mówię: „Na­pisz nową notkę, bo już nie mogę otwie­rać i od mie­sięcy czy­tać o wszach Ha­vla”, bo taki był wte­dy tytuł ostat­nie­go wpi­su. Czy­tam blog Jac­ka Bo­cheńskie­go, Je­rze­go Sosnowskie­go i po­ety Jana Hen­ry­ka Ci­cho­sza. Czy­tam kul­tu­ral­ne­go blo­ga Ka­mi­li Jan­sen „Przez pal­ce” i Mag­dy Fres; oba na stro­nie, którą kie­dyś zakładałem, Par­nas.pl. Czy­tam blo­ga Małgosi In­dii, która pięknie pi­sze o książkach (www.mal­go­sia-in­dia.blog­spot.com). Czy­tam ostre­go jak brzy­twa blo­ga Mo­ni­ki Li­bic­kiej (www.mo­ni­ka­li­bic­ka.blox.pl). Czy­tam ku­li­nar­no-podróżni­cze­go blo­ga pod­roz­e­ismak.pl, którego pi­sze mój przy­ja­ciel. Zaglądałem też przez wie­le lat do li­te­rac­kie­go blo­ga na stro­nie „Le Mon­de”, którego au­to­rem jest pi­sarz i kry­tyk Pier­re As­so­uli­ne. Dzięki temu do­wia­dy­wałem się o fran­cu­skich nowościach książko­wych. Jak wi­dzisz, jest tego trochę. Ale jest też wie­le blogów, które czy­tam spo­ra­dycz­nie, cho­ciaż chętnie.  

Po­nie­waż mój cykl określiłem so­bie szum­nie jako „roz­mo­wy z pi­sa­rza­mi”, pod­py­tam te­raz o twą twórczość jako pi­sa­rza. Sięgnij­my do 2007 roku i przy­po­mnij­my Bądź moim Bo­giem. Wy­ka­załeś się tam ta­len­tem nar­ra­cyj­nym i umiejętnością praw­dzi­we­go wni­ka­nia w ludz­kie losy. Czy żydowską śpie­waczkę Verę Gran można określić jako spi­ri­tus mo­vens tej książki o wie­lu prze­cież za­wikłanych bio­gra­fiach?

Tak, na pew­no tak było. Tę książkę na­pi­sałem z wie­lu po­wodów. Jako pierw­szy, bo za życia Wie­ry Gran opi­sałem jej los. Ten wątek jest jed­nym z ważniej­szych w po­wieści. Opi­sałem właści­wie na­sze roz­mo­wy. Powód, dla którego to po­wieść, a nie bio­gra­fia Wie­ry Gran, bo prze­cież nie moja, jest ba­nal­ny. Uważałem i do dzi­siaj uważam, że nie można na­pi­sać bio­gra­fii Wie­ry, bo nie ma dostępu do jej ar­chi­wum. To ar­chi­wum prze­ka­zała do Kra­ko­wa za­przy­jaźnio­ne­mu młode­mu człowie­ko­wi i jak dotąd – z tego, co wiem – nie udostępnił tych do­ku­mentów ni­ko­mu. Poza kil­ko­ma zdjęcia­mi do tek­stu Jo­an­ny Szczęsnej w „Ga­ze­cie Wy­bor­czej”. W ar­chi­wum tym są pamiętni­ki Wie­ry pi­sa­ne przez całe życie, ka­len­da­rze, li­sty do niej i od niej pi­sa­ne przez kalkę, fo­to­gra­fie. Wiedząc, że ta­kie ar­chi­wum jest, ale nie ma do nie­go dostępu, nie można na­pi­sać bio­gra­fii. Ko­lej­nym po­wodem było to, że chciałem opo­wiedzieć los Wie­ry Gran trochę in­a­czej, roz­jaśnić go bio­gra­fiami in­nych bo­ha­terów tej książki. Umieściłem Wierę w jed­nej pa­ry­skiej ka­mie­ni­cy z se­kre­tarką Mar­le­ny Die­trich, którą na­prawdę po­znałem, i drag qu­een Lolą. Wiesz, sta­rałem się to trochę pisać jak dzien­ni­karz, do­ku­mentalnie. I wy­obraź so­bie, Han­na Krall po lek­tu­rze za­py­tała mnie, czy na­prawdę se­kre­tarka Die­trich miesz­kała w jed­nej ka­mie­ni­cy z Wierą Gran. Oczy­wiście nie miesz­kała. Książka uka­zała się kil­ka mie­sięcy przed śmier­cią Wie­ry Gran. Zdążyłem za­wieźć tekst do Paryża, do Domu Świętego Ka­zi­mie­rza, w którym zresztą umie­rał Nor­wid, i prze­czy­tałem Wie­rze Gran frag­men­ty jej do­tyczące. Myślę, że postąpiłem uczci­wie. I w ogóle to po­ru­szające wspo­mnie­nie, ta na­sza ostat­nia roz­mo­wa, którą opi­sałem w książecz­ce do płyty cd Le­gen­dar­na Wie­ra Gran. 

A ty, je­steś w tej książce?

Proszę! Oczy­wiście, że dia­lo­gi dzien­ni­ka­rza i śpie­wacz­ki Very