Rodzina Delaneyów - Daphne du Maurier - ebook

Rodzina Delaneyów ebook

Daphne du Maurier

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kolejna z powieści Daphne du Maurier, autorki słynnej “Rebeki”, wydana w uwielbianej przez czytelników Serii Butikowej, prezentującej wysmakowane literacko tytuły w zachwycającej szacie graficznej.

Saga rodzinna. Opowieść o trojgu przyrodniego rodzeństwa – dzieciach szczęścia, ich tajemniczym pochodzeniu i dorastaniu w szalonej teatralnej rodzinie w otoczeniu artystycznej bohemy.

„Kiedy ludzie grają w grę: Wymień trzy lub cztery osoby, które chciałbyś mieć ze sobą na bezludnej wyspie, nigdy nie wybierają Delaneyów. Ani wszystkich nas, ani żadnego osobno. Zasłużyliśmy sobie, nie zawsze uczciwie, na reputację trudnych gości...”

Członkowie rodziny Delaney prowadzili skomplikowane i często skandaliczne życie, a ich wzajemne dziwne relacje zamknęły ich krąg dla osób z zewnątrz. Świat, w którym żyli, był wyrafinowany, radosny, a czasem tragiczny.

Maria, Niall i Celia dorastali w cieniu sławnych rodziców – ojca, wybitnego śpiewaka operowego, i matki, utalentowanej tancerki. Teraz, realizując własne kreatywne marzenia, cała trójka rodzeństwa czuje między sobą niezaprzeczalną więź, ale to Maria i Niall dzielą tajemnicę przeszłości, która niebezpiecznie ich do siebie zbliża…

Na przemian zabawna i niepokojąca, Daphne du Maurier wciąga czytelnika w magiczny świat, który sama doskonale znała…

Najbardziej osobista, oparta na wątkach autobiograficznych książka Daphne Du Maurier, która, tym razem jako mistrzyni prozy obyczajowej, w perfekcyjny sposób oddaje barwną atmosferę życia przedwojennej Europy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 470

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Europa, pierwsza połowa XX wieku.

Maria, Niall i Celia Delaneyowie nie są typowym rodzeństwem. Wychowani w kręgu artystycznej bohemy, w cieniu genialnych, lecz nieodpowiedzialnych rodziców, od dziecka byli dla siebie wszystkim. Dziś są dorośli, utalentowani i podziwiani. Maria błyszczy na londyńskich scenach, Niall komponuje melodie, które nuci cały świat, a Celia zachwyca wydawców pięknymi rysunkami.

Łączy ich niewidzialna nić porozumienia – specyficzny język, wspólne wspomnienia i ironiczny dystans do rzeczywistości. Każdy, kto próbuje wejść do ich kręgu, odbija się od ściany. Partnerzy i przyjaciele są dla Delaneyów tylko tłem, publicznością lub... żywicielami.

Pewnego dnia pada jednak oskarżenie, które burzy ich spokój. Słowo „pasożyty”, rzucone w gniewie przez męża Marii, staje się katalizatorem, który zmusza rodzeństwo do bolesnej podróży w przeszłość.

Daphne du Maurier z mistrzowską precyzją kreśli psychologiczny portret ludzi, którzy nigdy nie dorośli do samodzielności. To opowieść o zniewalającej sile więzów krwi, o cenie bycia artystą i o tym, jak trudno jest kochać kogoś, kto kocha tylko siebie.

Daphne du Maurier

(1907–1989)

Angielska pisarka pochodząca z arystokratycznej rodziny, autorka powieści, które niełatwo zaklasyfikować do jednego gatunku – łączą w sobie grozę, psychologię, romans i thriller. Jej pierwsza powieść, Niespokojny duch, ukazała się w 1931 roku, ale prawdziwą sławę przyniosła jej dopiero wydana w 1938 roku Rebeka, jedna z największych inspiracji Stephena Kinga, sfilmowana m.in. przez Alfreda Hitchcocka. Słynny reżyser przeniósł na ekran także Oberżę na pustkowiu oraz opowiadanie du Maurier pt. Ptaki. Autorka angażowała się w produkcję filmów na podstawie jej powieści, m.in. wpływając na wybór aktorów grających główne role. Napisała także kilka sztuk teatralnych. W 1969 roku otrzymała Order Imperium Brytyjskiego.

Damian Dibben

MAM NA IMIĘ JUTRO

BURZA KOLORÓW

Imogen Hermes Gowar

SYRENA I PANI HANCOCK

Daphne du Maurier

REBEKA

MOJA KUZYNKA RACHELA

OBERŻA NA PUSTKOWIU

KOZIOŁ OFIARNY

PTAKI

ZATOKA FRANCUZA

GENERAŁ I PANNA

NIESPOKOJNY DUCH

NIEBIESKIE SOCZEWKI

RODZINA DELANEYÓW

Madeline Miller

KIRKE

PIEŚŃ O ACHILLESIE

GALATEA

Sophie Haydock

CZTERY MUZY

MADAME MATISSE

M.A. Kuzniar

ZAKLĘTA W ŁABĘDZIA

Kate Morton

MILCZĄCY ZAMEK

ZAPOMNIANY OGRÓD

STRAŻNIK TAJEMNIC

DOM W RIVERTON

TAJEMNICA DOMU TURNERÓW

DOM NAD JEZIOREM

CÓRKA ZEGARMISTRZA

Camille de Peretti

NIEZNAJOMA Z PORTRETU

Diane Setterfield

BYŁA SOBIE RZEKA

TRZYNASTA OPOWIEŚĆ

CZARNE SKRZYDŁA CZASU

Tytuł oryginału:THE PARASITES

Copyright © The Estate of Daphne du Maurier 1949 Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026 Polish translation copyright © Anna Bańkowska 2026 All rights reserved

Korekta: Piotr Królak, Sabina Raczyńska Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka Ilustracje na okładce: Freepik

ISBN 978-83-8439-117-4

Wydawca

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros|Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Ossowska

woblink.com

Pasożyty

Pasożyty zwierzęce to bezkręgowce, które żyją w ciele innych stworzeń. Z biologicznego punktu widzenia pasożytnictwo jest negatywną reakcją na walkę o byt i zawsze oznacza sposób życia po linii najmniejszego oporu. (…) Rozróżniamy pasożyty czasowe i stałe. Do pierwszych można zaliczyć pluskwy i pijawki, które zwykle po nasyceniu się porzucają swego żywiciela. W stadium embrionalnym są one migrantami: przed osiągnięciem dojrzałości przechodzą od jednego żywiciela do drugiego albo do samodzielnego życia. (…) Wśród pasożytów stałych są tzw. wszy rybne z wystającymi narządami gębowymi i skomplikowanymi aparatami czepnymi. Pozostają one przez całe życie w ciele jednego żywiciela i należą do najbardziej zwyrodniałych ze wszystkich znanych pasożytów. Pasożyty oddziałują na swych żywicieli, żerując na ich tkankach i komórkach. Skutki tego procesu mają szeroki zakres, od drobnych ranek do kompletnej destrukcji.

Encyclopaedia Britannica

Tym, do których ta etykietka pasuje.

Menabilly, wiosna 1949

1

To Charles nazwał nas pasożytami. Już sam sposób, w jaki wysunął ten zarzut, wprawił nas w prawdziwe osłupienie, gdyż Charles Wyndham należy do ludzi małomównych i pełnych rezerwy. Rzadko wyraża swoje opinie, a jeśli już, dotyczą zwykle tylko codziennych, domowych spraw. Tymczasem wybuch jego gniewu pod koniec nudnej, deszczowej niedzieli w Farthings, kiedy wszyscy tkwiliśmy przed kominkiem, zajęci wyłącznie czytaniem gazet i ziewaniem, miał siłę prawdziwej eksplozji. Siedzieliśmy w długim, niskim salonie, ciemniejszym jeszcze niż zwykle z powodu słotnego dnia. Szklane drzwi do ogrodu przepuszczały niewiele światła, ponieważ podzielono je na małe szybki, co z zewnątrz dodawało domowi uroku, ale od środka sprawiało przygnębiające wrażenie więziennych krat.

Zegar szafkowy w kącie tykał wolno i nierówno. Od czasu do czasu wydawał z siebie ciche kaszlnięcie, wstrzymując na chwilę oddech jak stary astmatyk, po czym z cichą wytrwałością znów podejmował swe obowiązki. Żar w palenisku zapadł się dość głęboko – mieszanka sporych brył koksu i węgla dawała mało ciepła, a polana, rzucone beztrosko na wierzch wczesnym popołudniem, tliły się leniwie, bo nikt ich nie rozdmuchał. Podłoga zarzucona była gazetami, wśród których poniewierały się puste okładki płyt gramofonowych i poduszka z sofy. Wszystko to podsycało zapewne rozdrażnienie Charlesa, człowieka o metodycznym umyśle, z zamiłowaniem do porządku. Teraz dopiero zrozumieliśmy, w jak wielkim napięciu żył od dłuższego czasu. Doszedł właśnie do punktu krytycznego: miał podjąć ważną decyzję w sprawie swojej przyszłości, takie zaś drobiazgi, jak bałagan w pokoju oraz atmosfera niedbałej beztroski i pewnego rozluźnienia – która wypełniała cały dom, gdy tylko Maria przyjeżdżała na weekend, a którą jej mąż musiał znosić od wielu miesięcy, czy wręcz lat – podziałały na tlącą się w nim złość niczym iskra na beczkę prochu.

Maria leżała, jak to zwykle ona, z zamkniętymi oczami, rozciągnięta na sofie. Była to jej stała poza, obrona przed ewentualnym atakiem. Ktoś obcy mógłby sądzić, że pani domu śpi, zmęczona pracowitym tygodniem w Londynie.

Prawą rękę, z pierścionkiem Nialla na serdecznym palcu, zwieszała niedbale, dotykając czubkami palców podłogi i kłując w oczy Charlesa, który siedział naprzeciwko w głębokim fotelu. Znał ten pierścionek tak długo jak samą Marię i nie przywiązywał do niego większej wagi niż do innych osobistych drobiazgów żony, pochodzących jeszcze z czasów dzieciństwa, na przykład starego grzebienia czy wytartej od ciągłego noszenia bransoletki. Dzisiaj jednak widok bladej akwamaryny przylegającej ciasno do palca Marii, lichej i bezwartościowej w porównaniu z zaręczynowym szafirem i obrączką, które on jej podarował, a które zawsze zapominała zabrać z umywalki, mógł dolać oliwy do tlącego się ognia.

Charles doskonale wiedział, że Maria nie śpi. Egzemplarz sztuki teatralnej leżał z boku; strony były wymięte, a jedną wyrwał szczeniak, któremu pozwolono się nią bawić. Okładka nosiła ślady lepkich palców dzieci. W następnym tygodniu sztuka zostanie zwrócona autorowi z tą samą co zawsze adnotacją, nabazgraną niedbałym pismem Marii albo wystukaną na rozklekotanej maszynie, kupionej na wyprzedaży wiele lat temu: Panasztuka bardzo mi się podobała i uważam ją za nadzwyczaj interesującą. Choć jestem pewna, że odniesie wielki sukces, nie wydaje mi się, żebym potrafiła oddać dokładnie to, o co Panu chodzi, w roli Rity… W ten sposób pochlebi się autorowi, który będzie mógł potem rozpowiadać znajomym: „Ogromnie jej się podobała, naprawdę”, a jednocześnie zachować szacunek, a może nawet sympatię, do Marii.

Teraz jednak maszynopis leży na podłodze, zapomniany pośród niedzielnych gazet; czy spoczywająca na sofie z zamkniętymi oczami Maria poświęciła mu choćby jedną zbłąkaną myśl, Charles nigdy się nie dowie, gdyż dotąd nie dane mu było poznać ani jednej myśli żony. Uśmieszek, który zagościł na moment w kąciku jej ust w czasie pozornego snu, bynajmniej nie dotyczył męża, jego uczuć czy w ogóle ich wspólnego życia. Było to nieznaczne skrzywienie warg kogoś zupełnie obcego. Za to Niall, który gapiąc się w przestrzeń, siedział z kolanami pod brodą na ławeczce pod oknem, w lot zrozumiał, o co chodzi.

– Czarna, wieczorowa suknia – odezwał się pozornie bez związku – bardzo obcisła, uwydatniająca wszystkie krągłości. Czy to nie świadczy o człowieku? Dotarłaś może dalej niż do piątej strony? Bo ja nie.

– Strona czwarta – odparła Maria znudzonym głosem, nie otwierając oczu. – Trochę dalej suknia opada, odsłaniając białe ramię. Przekartkowałam, bo byłam ciekawa. Myślę, że on jest niedużym, łysiejącym jegomościem z pince-nez i ma za dużo złotych zębów.

– Lubi dzieci.

– Przebiera się za Świętego Mikołaja. Ale i tak żadne dziecko mu nie uwierzy, bo zapomina podciągnąć spodnie i potem wystają mu spod czerwonego stroju.

– Ostatnie lato spędził we Francji.

– I tam wpadł na pomysł sztuki. Wszystko przez kobietę, która siedziała naprzeciwko niego w jadalni. Oczywiście nic się nie wydarzyło, ale nie odrywał wzroku od jej biustu.

– Teraz stracił go z oczu i poczuł się znacznie lepiej.

– Czego nie da się powiedzieć o psie. Właśnie zwymiotował na trawniku pod cedrem. Zeżarł stronę dziewiątą.

Poruszenie na fotelu. Charles zmienił pozycję i rozłożył sportową kolumnę „Sunday Timesa”. Powinni się domyślić, że jest rozdrażniony, ale nie zwrócili na niego uwagi.

Tylko Celia, jak zawsze, instynktownie wyczuła nadciągającą burzę. Podniosła głowę znad koszyka z robótką i posłała im ostrzegawcze spojrzenie, które, niestety, zostało zignorowane. Gdybyśmy byli sami, tylko we trójkę, Celia włączyłaby się do rozmowy – z przyzwyczajenia czy dla zabawy – bo od dzieciństwa lubiliśmy się przekomarzać. Ale w domu Charlesa czuła się gościem. Intuicja podpowiadała jej, że gospodarz nie pochwala kpiarskiego tonu Marii i Nialla, ponieważ nie podziela ich poglądów. Głupkowate ironiczne uwagi o autorze zagmatwanej sztuki, której egzemplarz, z wydartą przez szczeniaka stroną, leżał na podłodze, wydawały mu się niesmaczne i nieśmieszne.

Za chwilę, pomyślała Celia, patrząc, jak brat przeciąga się i prostuje, Niall podejdzie leniwie do pianina, ziewnie, po czym ze zmarszczonym czołem zacznie wpatrywać się w klawiaturę wzrokiem pełnym skupionego napięcia. Tak naprawdę będzie to znaczyło, iż nie myśli absolutnie o niczym, chyba że o tym, co podadzą na kolację albo czy w jego sypialni znajdzie się jeszcze jedna paczka papierosów. A potem zacznie grać. Z początku cicho, pogwizdując pod nosem, jak zawsze – od dwunastego roku życia – przy tych starych francuskich pianinach. Maria, ciągle nie otwierając oczu, przeciągnie się także, podłoży ręce pod głowę i zanuci cichutko tę samą melodię. Najpierw to Niall będzie prowadził, ona zaś tylko mu zawtóruje, ale zaraz przerzuci się do innej piosenki, a on podchwyci ów nowy motyw i powtórzy go niczym cień podążający za Marią.

Celia doszła do wniosku, że choć jej się nie chce, musi jakoś powstrzymać Nialla i nie dopuścić go do pianina. Nie żeby Charles nie lubił muzyki, ale po co niepotrzebnie podkreślać fakt, który od lat przysparza mu cierpień: że to Niall odgaduje pierwszy – przed mężem, siostrą, dziećmi – co dzieje się w szczelnie obwarowanym umyśle Marii.

Odłożyła koszyk z robótką – weekendy w Farthings spędzała zwykle na cerowaniu dziecinnych skarpetek, bo biedna Polly nie nadążała, a oczywiście nikt nie poprosiłby o to Marii – i szybko, zanim Niall usadowił się przy instrumencie (właśnie wyciąga stołek i otwiera wieko), zwróciła się do szwagra:

– Ostatnio wcale nie zajmujesz się akrostychami. Dawniej wszyscy siedzieliśmy z nosami w słownikach, encyklopediach i innych źródłach. Charles, jaka jest dziś pierwsza linijka?

Na chwilę zaległo milczenie, po czym Charles burknął:

– Nawet nie spojrzałem jeszcze na akrostych. Na razie moją uwagę przyciągnęło hasło na siedem liter w krzyżówce.

– Tak? A jakie to hasło?

– Bezkręgowiec żerujący na ciele innego zwierzęcia.

– Pasożyt – podsunął Niall, biorąc pierwszy akord.

I wtedy nastąpił wybuch. Charles cisnął gazetę na podłogę i zerwał się z fotela. Był blady ze zdenerwowania, usta miał zaciśnięte w wąską kreskę. Nigdy dotąd nie widzieliśmy go w takim stanie.

– Racja! – wrzasnął. – Pasożyt! Wy wszyscy jesteście pasożytami! Cała wasza banda! Zawsze tak było i nic już was nie zmieni! Po dwakroć, nie, po trzykroć pasożyty! Po pierwsze, od dzieciństwa kupczycie tą iskierką talentu, jaką mieliście szczęście odziedziczyć po waszych wspaniałych rodzicach. Po drugie, nikt z was nie zhańbił się, jak dotąd, uczciwą pracą, za to tuczycie się krwią głupiej publiki, naszą krwią, i egzystujecie wyłącznie dzięki nam. Po trzecie, żerujecie na sobie wzajemnie, bo żyjecie w świecie fantazji, który sami stworzyliście, a który nie ma żadnego związku z niczym, co istnieje na niebie i na ziemi!

Stał, patrząc na nas z góry, i przez chwilę nikt się nie odzywał. Czuliśmy się zmieszani, rozżaleni i uznaliśmy, że nie pora na żarty – atak był zbyt osobisty. Maria teraz dopiero otworzyła oczy i wsparta na poduszce, obserwowała męża z dziwną, zakłopotaną miną, jak patrzyłoby dziecko przyłapane na wybryku. Niall siedział nieruchomo przy fortepianie, nie patrząc na nikogo, Celia splotła ręce na kolanach i czekała biernie na następny cios. Żałowała, że przy odkładaniu koszyka zdjęła okulary – służyły jej za tarczę, bez nich czuła się bezbronna.

– O co ci chodzi? – spytała Maria. – Jak, według ciebie, można żyć w świecie fantazji?

Naiwnie zdziwiony ton znakomicie pasował do szeroko otwartych oczu obrażonej niewinności – Niall i Celia natychmiast poznali się na tych sztuczkach; może zresztą i Charles po tylu latach małżeństwa także już nie dał się zwieść, ale mimo to rzucił się na przynętę jak żarłoczna ryba.

– Bo wy nigdy nie żyliście gdzie indziej. A ty nie masz nawet własnej osobowości, jesteś po prostu zlepkiem wszystkich postaci, które grałaś. Twoje nastroje i charakter zmieniają się przy każdej nowej roli. Nie istnieje i nigdy nie istniał ktoś taki jak Maria, nawet twoje dzieci o tym wiedzą. Dlatego ich fascynacja tobą nigdy nie trwa dłużej niż dwa dni. Potem biegną do swoich pokojów, do Polly. Bo ona jest realna, żywa, prawdziwa.

Są takie słowa, myślała Celia, których mężczyźni i kobiety nie powinni wypowiadać poza sypialnią, a już na pewno nie w salonie, w dodatku w niedzielne popołudnie. I oby Maria nie replikowała, bo to tylko podsyci gniew Charlesa. Przecież to jasne, że musiał być nieszczęśliwy od dłuższego czasu, nikt z nas go nie rozumiał, nikt nie miał pojęcia, jak ten biedak cierpiał od miesięcy, od lat…

– Doskonale rozumiem, o co ci chodzi – zwróciła się Celia do Charlesa. – Maria rzeczywiście zmienia się stosownie do różnych ról, to u niej normalne. Jeszcze kiedy byliśmy dziećmi, stale kogoś udawała. Ale mówić, że ona nie pracuje? To nieuczciwe. Doskonale wiesz, że nie masz racji, bywałeś na próbach, przynajmniej kiedyś. To jej życie, jej zawód!

Charles zaśmiał się i Maria poznała po tonie, że tyrada Celii wcale nie polepszyła sytuacji, wręcz przeciwnie.

Kiedyś Maria umiała sobie poradzić z tym rodzajem śmiechu. Wstawała z sofy, przytulała się do męża i mówiła: „Ty głuptasie! Co cię ugryzło, najdroższy?”. Potem prowadziła go do budynków gospodarczych i okazywała zainteresowanie starym traktorem, workiem pszenicy, spadającymi dachówkami – słowem robiła wszystko, żeby zachować pogodną atmosferę w ich wspólnym życiu. Ostatnio jednak wszystko się zmieniło, takie metody już nie pomagały; ale przecież teraz, myślała Maria, o tak późnej godzinie, Charles nie urządzi chyba sceny zazdrości o Nialla. Byłoby to głupie i bez sensu. Musi wiedzieć, że Niall jest po prostu cząstką mnie samej, od zawsze. Nigdy nie pozwoliłam, żeby to uczucie kolidowało z moim małżeństwem, pracą czy czymkolwiek, nie zrobiłam Charlesowi żadnej krzywdy, nikomu innemu także. To tylko Niall i ja, Niall i ja… Nagle zagubiła się w plątaninie własnych myśli i poczuła strach jak dziecko w ciemnym pokoju.

– Praca? – prychnął Charles. – Możesz nazywać to pracą, skoro tak ci wygodnie. Pies w cyrku, tresowany od szczeniaka, skacze do herbatnika, a potem przez całe życie robi to odruchowo, kiedy w namiocie włączą światło i słychać oklaski.

Co za szkoda, pomyślał Niall, że Charles nigdy przedtem nie mówił w ten sposób, moglibyśmy się zaprzyjaźnić. Doskonale rozumiem jego punkt widzenia. Lubię prowadzić takie rozmowy o piątej rano, kiedy wszyscy są lekko wstawieni, a ja kompletnie trzeźwy, ale teraz, w jego własnym domu, to jakoś nie w porządku; zupełnie jakby ksiądz, którego się darzy wielkim szacunkiem, nagle zdjął spodnie w kościele.

– Ludzie jednak lubią patrzeć na takie psy – rzekł szybko, starając się załagodzić sytuację. – Po to chodzą do cyrku. Dla rozrywki. Maria w teatrze stosuje ten sam rodzaj narkotyku, a i ja udzielam go w hojnych dawkach tym wszystkim chłopcom na posyłki, którzy pogwizdują moje piosenki. Myślę, że użyłeś niewłaściwego słowa. Jesteśmy kramarzami zachwalającymi swoje towary, nie pasożytami.

Charles spojrzał z drugiego końca pokoju na siedzącego przy fortepianie Nialla. Uwaga, chłopcy i dziewczęta, oto nadciąga, pomyślał tamten; całe życie czekałem na prawdziwy, ścinający z nóg cios poniżej pasa – jakież to tragiczne, że ma go wymierzyć stary poczciwy Charles!

– Ty…? – W głosie Charlesa brzmiała niezmierzona pogarda, połączona z gorzką, długo tłumioną zazdrością.

– Co ja?

Jak dom, którego urok gaśnie po zamknięciu okiennic, tak wyrazista twarz Nialla, utraciwszy blask uśmiechu, stała się nagle obojętna i bezosobowa.

– Jesteś wybrykiem natury – wypalił Charles – i masz dość rozumu, żeby zdawać sobie z tego sprawę, co musi być wyjątkowo nieprzyjemne!

Och, nie, myślała Celia, nie… gorzej już być nie może! I dlaczego musiało się to wydarzyć akurat dzisiaj? Wszystko przeze mnie, po co wspomniałam o akrostychu? Powinnam raczej zaproponować spacer po parku albo do lasu.

Maria podniosła się z sofy i dorzuciła szczapę do ognia. Zastanawiała się, czy lepszy będzie jakiś gigantyczny, ale niegroźny wygłup, czy raczej przeczyszczenie atmosfery sceną z wrzaskami i ciosami na oślep. W każdym razie musi skupić uwagę na sobie, a odwrócić ją od Nialla. To stara sztuczka z dzieciństwa, która zawsze się udawała, kiedy byli mali i Niall naraził się papie, mamie albo starej Trudzie. A może po prostu wybiec z domu, wskoczyć w samochód, uciec do Londynu i zapomnieć o tej katastrofalnej niedzieli? Na pewno szybko zapomni, zawsze wszystko zapomina, nic nie zatrzymuje się w jej pamięci na dłużej. A jednak to Niall uratował sytuację. Zamknął wieko pianina, podszedł do okna i stał tam, zapatrzony w drzewa na końcu trawnika.

Był cichy, spokojny moment tuż przed zapadnięciem ciemności, jeden z tych, jakie zdarzają się u schyłku krótkiego zimowego dnia. Deszcz ustał, ale zbyt późno, żeby to miało pomóc. Dalekie drzewa wyglądały malowniczo w swej masie na granicy lasu; stary, zeschnięty konar jodły przypominał wykręcone ku niebu groteskowe ramię. Ociekający wodą szpak wygrzebywał dżdżownice z mokrej trawy. Wszystko to były rzeczy, które Niall znał, kochał, na które lubił patrzeć w samotności. Gdyby umiał rysować, to by je rysował, gdyby umiał malować, oddawałby je pędzlem. Pewnie wplótłby je do swojej muzyki, gdyby dźwięki, które wpadały mu codziennie do głowy, wychodziły z niej w postaci symfonii. Ale to nigdy się nie zdarzyło. Dźwięki opuszczały zwykle głowę Nialla jako chwytliwe melodyjki, które gwizdali potem na ulicach chłopcy na posyłki albo nuciły rozchichotane ekspedientki; po dwóch tygodniach nikt ich nie pamiętał. Żałosne, tanie bzdurki, jego jedyny powód do sławy. Nie, Niall nie był żadnym geniuszem, nie miał w sobie prawdziwej mocy twórczej, jedynie małą iskierkę odziedziczonego talentu, dzięki któremu potrafił bez wysiłku, nawet bez wielkiej ochoty produkować jeden przebój po drugim i zbijać w ten sposób bynajmniej niepożądaną fortunę.

– Masz rację – powiedział do Charlesa. – Stuprocentową, absolutną rację. Jestem wybrykiem natury. – Przez chwilę miał ten sam zaszczuty wyraz twarzy jak wiele lat temu, gdy był małym chłopcem i mama nie zwracała na niego uwagi, a on, żeby pokazać, że nic go to nie obchodzi, biegł do hotelowego okna i pluł przechodniom na głowy. Nagle uśmiechnął się i przejechał palcami po włosach. – Wygrałeś, Charles. Pasożyty zostały pokonane. Ale jeśli dobrze pamiętam lekcje biologii, to w ostatecznym rozrachunku ich żywiciele także giną. – Wrócił do fortepianu. – Nic nie szkodzi, nasunąłeś mi pomysł na kolejną tandetną piosenkę.

Uśmiechając się ciągle do Charlesa, uderzył w klawisze i zaśpiewał cicho:

Żerujmy na sobie, żerujmy,

Nasyćmy się sobą nawzajem.

Zmysłowy, taneczny rytm głupiej melodyjki rozproszył przykrą atmosferę mrocznego salonu niczym niespodziewany wybuch dziecięcego śmiechu.

Charles wykręcił się na pięcie i wyszedł z pokoju.

Nasza trójka została sama.

2

Ludzie zawsze o nas plotkowali, nawet gdy byliśmy dziećmi. Gdziekolwiek pojechaliśmy, wszędzie otaczała nas dziwna atmosfera wrogości. W owych czasach, po pierwszej wojnie światowej, inne dzieci zachowywały się grzecznie i zgodnie z konwenansami, my zaś byliśmy niezdyscyplinowani i rozwydrzeni. Ci koszmarni Delaneyowie… Maria nie cieszyła się sympatią, ponieważ parodiowała ludzi i to niekoniecznie za ich plecami. Miała niesamowity dryg do wyolbrzymiania drobnych ludzkich wad czy nawyków, takich jak sposób odwracania głowy, wzruszanie ramionami, modulacja głosu. Nieszczęsne ofiary zdawały sobie z tego sprawę; widać było, że te wielkie błękitne oczy, niby to rozmarzone i niewinne, w rzeczywistości wypatrują okazji do diabelskich figli.

Nialla nie lubiano nie tyle za to, co mówił, ile za to, czego nie mówił. Nieśmiałe, małomówne dziecko, z wiecznie naburmuszoną miną, którego milczenie pełne było ukrytej treści. Ktoś, kto się z nim zetknął, od pierwszej chwili czuł się podsumowany, osądzony i definitywnie skazany, co jasno wynikało ze spojrzeń, jakie Niall wymieniał z Marią, potem zaś, zanim jeszcze dorosły zdążył się oddalić, ścigały go dziecięce śmiechy i docinki.

Celia była tolerowana, ponieważ zrządzeniem losu odziedziczyła urok obojga rodziców i ani jednej ich wady. Po papie miała wielkie, wspaniałomyślne serce, jednak bez skłonności do egzaltacji i przesady, po mamie zaś wzięła wdzięczne maniery bez choćby odrobiny jej niszczycielskiej mocy. Nawet talent do rysunku – który w pełni rozwinął się u Celii dość późno – nikomu nie przeszkadzał. Nigdy nie rysowała karykatur (to bardziej pasowałoby do Marii), jej postaci nie były złośliwie powykrzywiane (taki kształt nadałby im zapewne Niall). Jako mała dziewczynka miała wady często spotykane u innych dzieci: dużo płakała, marudziła, wpychała się ludziom na kolana w poszukiwaniu pociechy. Ponieważ brakowało jej urody Marii – była grubą dziewczynką o czerwonych policzkach i myszowatych włosach – każdy szybko się nią nudził i próbował odczepić się od małej niczym od namolnego psa. Oczy Celii napełniały się wtedy łzami, co z kolei zawstydzało dorosłych.

Byliśmy – co za skandal! – rozpuszczeni jak dziadowski bicz. Pozwalano nam jeść ciężkostrawne dania, pić wino, bawić się do późna, włóczyć się samodzielnie po Londynie, Paryżu czy innych miastach, w których przyszło nam mieszkać, rośliśmy więc na kosmopolitów nieprzywiązanych szczególnie do żadnego kraju. Znaliśmy powierzchownie kilka języków, ale żadnego nie opanowaliśmy biegle.

Nasze wzajemne pokrewieństwo było straszliwie pogmatwane, toteż nikt nie umiał przedstawić go zgodnie z prawdą. Mówiono, że jesteśmy dziećmi z nieprawego łoża; że nas adoptowano, ot, takie szkieleciki z szacownych szaf mamy i papy (może to i prawda); że jesteśmy podrzutkami, znalezionymi w rynsztoku, sierotami królewskiej krwi. I dlaczego Maria miała niebieskie, irlandzkie oczy papy i jego jasne włosy, chociaż poruszała się z gracją odziedziczoną wyraźnie po kim innym? Albo dlaczego Niall był ciemny, gibki i drobny, o karnacji mamy i wystających kościach policzkowych kogoś obcego? I czemu Celia odymała czasem wargi jak Maria i dąsała się jak Niall, skoro tych dwoje nie łączyły więzy krwi?

W dzieciństwie wszystko to szalenie nas intrygowało, zadawaliśmy masę pytań, a potem zapominaliśmy odpowiedzi, aż wreszcie doszliśmy do wniosku, że nie jest to takie ważne, gdyż zawsze, od samego początku, papa był naszym ojcem, mama matką, a cała nasza trójka należała do nich obojga.

Prawda, gdy się już do niej dotarło, przedstawiała się bardzo prosto.

Kiedy przed pierwszą wojną papa śpiewał w Wiedniu, zakochał się w tamtejszej aktoreczce, która wprawdzie nie miała w ogóle głosu, ale ponieważ była bardzo ładna, bardzo nieprzyzwoita i wszyscy ją uwielbiali, pozwolono jej wypowiadać króciutką kwestię w drugim akcie marnej operetki. Może papa ją nawet poślubił, tego nikt z nas nie wiedział na pewno ani o to nie dbał – ważne, że po roku wspólnego życia tej pary na świat przyszła Maria, Wiedenka zaś z niego odeszła.

Mama w tym czasie tańczyła w Londynie i Paryżu. Po porzuceniu klasycznego baletu, którego ją wyuczono, stała się prawdziwą gwiazdą i swoją wyjątkową, niezapomnianą osobowością wypełniała sceny teatrów wszystkich odwiedzanych miast. Każdy jej ruch był poezją, każdy gest muzyką; na przyćmionej tajemniczo scenie zawsze tańczyła solo. Ktoś jednak – podobno pewien pianista, jak twierdziła stara Truda – został ojcem Nialla. Mama żyła z nim, w tajemnicy przed wszystkimi, zaledwie przez kilka tygodni, po czym kazała mu się wynieść, gdyż powiedziano jej, że kochanek choruje na gruźlicę, a to jest zaraźliwe.

– Ale ona wcale się nie zaraziła – oświadczyła Truda charakterystycznym suchym tonem, prychając, jak to ona, z dezaprobatą. – Za to urodziła mojego chłopaczka, czego nigdy nie darowała temu gruźlikowi.

„Mój chłopaczek” to był oczywiście Niall, którego Truda, jako garderobiana mamy, natychmiast wzięła pod swoje skrzydła. Kąpała go, ubierała, zmieniała mu pieluchy, podawała butelkę, słowem robiła to wszystko, co powinna robić mama, która w tym czasie tańczyła na pustej scenie, uśmiechając się w duchu do swego sekretu i nie pamiętając już wcale o pianiście. Ten zaś zniknął z jej życia zupełnie, tak że nawet nie wiedziała, czy umarł na gruźlicę, czy nie, a zresztą nic ją to nie obchodziło.

A potem papa i mama poznali się w Londynie. On śpiewał w Albert Hall, ona zaś tańczyła w Covent Garden. Ich spotkanie było błyskiem zachwytu, który mógł się przytrafić tylko tym dwojgu, nikomu innemu, jak mówiła Truda, a jej cierpki zazwyczaj głos nabrzmiewał wtedy czułością. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia, szybko wzięli ślub, a małżeństwo dało im ekstatyczne szczęście (chociaż możliwe, że czasem doprowadzało ich do rozpaczy, ale nikt w to szczególnie nie wnikał) oraz Celię, pierwszą dla obojga latorośl z prawego łoża.

Oto i nasza trójka, spokrewniona i niespokrewniona: przybrana siostra, przyszywany brat oraz ich wspólna przyrodnia siostra. Nikt nie potrafiłby wymyślić większego bałaganu, nawet gdyby bardzo się postarał. W dodatku każde z nas dzielił od pozostałych zaledwie rok, tak więc odkąd sięgamy pamięcią, zawsze byliśmy razem.

– Nic dobrego z tego nie wyniknie – mawiała Truda już to w jednym z wielu podrzędnych saloników hotelowych, które służyły nam za pokój dziecinny i jednocześnie salę lekcyjną, już to na ostatnim piętrze domu, wynajętego przez rodziców na czas sezonu teatralnego. – Nic dobrego nie wyniknie z mieszanki ras albo krwi. Szkodzicie sobie nawzajem i nic tego nie zmieni, wyniszczycie się tak czy inaczej – gderała, kiedy któreś z nas było szczególnie niegrzeczne czy rozdokazywane, po czym znów zaczynała cytować maksymy i przysłowia, które nie znaczyły absolutnie nic, ale brzmiały dziwnie złowieszczo: „Nie można dotknąć smoły tak, żeby się nie zabrudzić” albo: „Swój do swego ciągnie, ale najsłabszy ucieka pod ścianę”.

Nie potrafiła jednak poradzić sobie z Marią, która zawsze robiła jej na złość.

– Jesteś najstarsza – tłumaczyła dziewczynce. – Dlaczego nie dajesz dobrego przykładu?

Wtedy Maria zaczynała ją przedrzeźniać. Układała usta w wąską kreskę, zadzierała podbródek, wysuwała prawe ramię, trzęsąc nim przesadnie.

– Powiem papie – groziła Truda, po czym przez cały dzień mnożyły się jęki, utyskiwania i gniewne pomruki, ale kiedy przychodził do nas papa, nic się nie działo, poza tym, że natychmiast robiło się zamieszanie, następowała jeszcze większa błazenada, a potem zabierano nas do salonu na dalsze swawole, popisy i zabawy w niedźwiedzie, ku niewątpliwej udręce gości, którzy przychodzili napawać się widokiem mamy.

Bywało zresztą jeszcze gorzej, nie dla nas, rzecz jasna, tylko dla innych gości hotelowych, kiedy papa pozwalał nam biegać po korytarzach, pukać do różnych drzwi, zamieniać wystawione do czyszczenia buciki, dzwonić, podglądać ludzi przez poręcz schodów i robić głupie miny. Skargi na nic się nie zdawały. Żaden dyrektor nie chciał tracić takich gości jak mama i papa, którzy samą obecnością przydawali prestiżu hotelowi, obojętnie w jakim mieście czy kraju. Teraz, oczywiście, ich nazwiska umieszczano na jednym afiszu, mieli wspólny program, a przedstawienia były całym przedsięwzięciem; wynajmowali teatr na pełny sezon, na dwa, czasem trzy miesiące.

„Słyszeliście, jak on śpiewa? Widzieliście jej taniec?” We wszystkich miastach kłócono się o to, które z nich jest większym artystą, kto jest mistrzem, kto się na kim opiera, kto prowadzi, a kto naśladuje, i jak zaplanowano cały występ.

André, służący papy, twierdził, że to jego chlebodawca organizuje wszystko do najdrobniejszego szczegółu, od początkowych negocjacji aż do końcowego opadnięcia kurtyny; ustala, gdzie mama powinna stanąć, jak wyglądać i co na siebie włożyć. Zawsze lojalna wobec mamy Truda, która darła koty z André, uważała, że papa robi tylko to, co każe mama, że to ona jest wielką artystką, a papa jedynie błyskotliwym amatorem. Kto miał rację, my, dzieci, nigdy się nie dowiedzieliśmy, bo też nic nas to nie obchodziło. Wiedzieliśmy tylko, że papa jest najcudowniejszym człowiekiem i największym śpiewakiem wszech czasów i że nikt od początku świata nie poruszał się z taką gracją i nie tańczył tak pięknie jak mama.

Wszystko to sprawiało, że jako dzieci zachowywaliśmy się arogancko. Już w niemowlęctwie oswoiliśmy się z oklaskami. Wędrowaliśmy z kraju do kraju w atmosferze pochlebstw i ciągłego podniecenia sukcesami jak mali paziowie w królewskim orszaku.

Nigdy nie zaznaliśmy beztroskiej rutyny dziecięcego życia, stałego domu, codziennej krzątaniny. Jeśli wczoraj znajdowaliśmy się w Londynie, jutro niechybnie czekano na nas w Paryżu, a pojutrze w Rzymie.

Wciąż towarzyszyły nam nowe dźwięki, nowe twarze, rwetes i zgiełk, a w każdym bez wyjątku mieście napotykaliśmy ową główną sprężynę naszego życia – teatr. Czasem był to ociekający złotem, okazały gmach opery, czasem zwyczajny, lichy barak, ale zawsze i wszędzie w tym krótkim czasie, kiedy przekazywano nam budynek, uważaliśmy go za swoje miejsce na ziemi – chociaż za każdym razem inne, to jednak tak samo bliskie. Ten zatęchły zapach teatralnego kurzu… jakże ta woń ciągle prześladuje nas wszystkich! Maria w każdym razie nigdy się z niego nie otrząśnie. Wahadłowe drzwi z barierką, zimny korytarz, dudniące głucho schody, zejście do zapadni. Wywieszki na ścianach, nigdy przez nikogo nieczytane, pomiaukujący kot z wyprostowanym sztywno ogonem, zardzewiałe wiadro przeciwpożarowe z niedopałkiem papierosa na dnie. Pierwsze oględziny zawsze wypadały tak samo, w każdym mieście, w każdym kraju. Przy wejściu wisiały afisze, z których nazwiska mamy i papy krzyczały czarnymi albo czerwonymi literami, oraz fotosy – zawsze tylko mamy, bo taki mieli przesąd.

Zajeżdżaliśmy całą rodziną dwoma samochodami. Papa, mama, nas troje, Truda, André, czasem pies, kot czy ptak, czasem jakiś przyjaciel albo ktoś, kto akurat był w łaskach. No i wtedy się zaczynało.

Delaneyowie przyjechali! Żegnaj, porządku, witaj, chaosie!

Wysypywaliśmy się z wynajętych aut wśród triumfalnych wrzasków niczym indiańskie plemię. Dyrektor cudzoziemiec, cały w uśmiechach, kłaniał się uniżenie, chociaż nie potrafił ukryć błysku przerażenia na widok zwierząt, ptaków, a nade wszystko rozbrykanych dzieci.

– Serdecznie witamy, monsieur Delaney, moje uszanowanie, madame… – zaczynał powitalną mowę, uskakując przed klatką z papugą i petardą, która wybuchła pod samym jego nosem.

Konwencjonalne przemówienie przerywało kordialne klepnięcie w plecy, pod którym skurczona postać dyrektora omal się nie rozpadała.

– No to jesteśmy, drogi przyjacielu, jesteśmy! – grzmiał papa w przekrzywionym kapeluszu i płaszczu zwisającym z ramienia jak peleryna. – Tryskamy zdrowiem i werwą niczym starożytni Grecy! Uwaga na tę szkatułkę, jest w niej nóż Gurkhów. Czy znajdzie się jakieś nieduże podwórko dla naszych królików? Dzieci nie chcą się z nimi rozstać.

Dyrektor, ogłuszony tubalnym śmiechem i potokiem słów papy, onieśmielony, być może, jego potężną posturą (metr dziewięćdziesiąt wzrostu), zawracał potulnie jak juczne zwierzę w ciemną otchłań swego teatru. Pod jedną pachą taszczył klatkę z królikami, pod drugą laski, kije golfowe i wschodnie noże.

– Zostaw pan wszystko na mojej głowie, drogi kolego – mówił zadowolony z siebie papa. – Damy sobie radę sami. Po pierwsze i najważniejsze: którą garderobę proponuje pan dla madame?

– Ależ… ma się rozumieć, że najlepszą, panie Delaney – mamrotał dyrektor, nadeptując na ogon szczeniakowi, a po otrząśnięciu się ze zmieszania wydawał dyspozycje, żeby niezliczone elementy bagażu oraz inwentarz żywy umieszczono tymczasem w korytarzu, sam zaś prowadził nas do garderoby przy scenie.

Ale mama z Trudą już obejmowały pokój w posiadanie. Wystawiały właśnie na korytarz lustra i toaletki, zdzierały z drążków zasłony.

– Nic z tego się nie nadaje. Wszystko trzeba usunąć – oświadczała mama.

– Oczywiście, kochanie. Jak sobie życzysz. Nasz przyjaciel wszystkiego dopilnuje – godził się potulnie papa i znowu klepał dyrektora po ramieniu. – Twoja wygoda, kochanie, jest przedmiotem naszej największej troski.

Dyrektor jąkał się, przepraszał, kłamał, obiecywał mamie złote góry, ona zaś zwracała nań zimne spojrzenie ciemnych oczu.

– Chyba pan rozumie, że wszystko musi być gotowe na jutro rano? Nie mogę zacząć prób bez niebieskich zasłonek przy toaletce. I żadnych emaliowanych dzbanków czy misek. Tylko ceramika.

– Tak jest, madame.

Dyrektor z zamierającym sercem wysłuchiwał listy absolutnie niezbędnych przedmiotów, za to na zakończenie otrzymywał nagrodę w postaci uśmiechu. Mama uśmiechała się rzadko, ale ten, kogo spotkało to wyróżnienie, czuł przedsmak raju.

Potem nasza trójka, dotąd z błyszczącymi oczami przysłuchująca się rozmowie, ruszała wśród triumfalnych wrzasków do wejścia dla aktorów.

– Nie złapiesz mnie, Niall! – wołała Maria, pędząc przez korytarz w stronę ciemnej widowni.

Dopadała do krzeseł i chowała się za jednym z nich, rozdzierając przy okazji obicie. Niall ją gonił, więc uciekała między rzędami, zrzucała pokrowce, zostawiając je beztrosko na podłodze. Kurtyna była podniesiona, a na scenie stał dyrektor i zerkał bezradnie jednym okiem na papę, drugim na nas.

– Zaczekajcie na mnie, zaczekaaajcie! – darła się Celia.

Z powodu pulchnego ciałka i krótkich nóżek stale się wywracała. Krzyk bólu docierał aż do garderoby za sceną.

– Trudo, zajmij się dzieckiem – mówiła z kamiennym spokojem mama, myśląc zapewne, że gdyby córka zginęła pod oberwanym nagle żyrandolem teatralnym, oznaczałoby to tylko jedno dziecko mniej do wożenia ze sobą.

Potem, wyrzuciwszy na podłogę zawartość kolejnej walizy (Truda – kiedy już odnajdzie żywą lub martwą Celię – posortuje wszystko i ułoży), szła na scenę, aby i tam ciskać gromy oraz narzekać, że wszystko jest absolutnie do kitu.

– Papo, mamo, patrzcie, gdzie ja jestem! – wołała Maria, stojąc na jednej nodze na balustradzie galerii.

Rodzice, zajęci ożywioną rozmową z kilkoma mężczyznami – stolarzami, elektrykami i innymi sprzymierzeńcami dyrektora – nie zwracali najmniejszej uwagi na niebezpieczeństwo.

– Widzę, kochanie, widzę – rzucał na odczepnego papa, nie przerywając dyskusji ani w ogóle nie patrząc w stronę galerii.

Tyle, jeśli chodzi o pierwsze uderzenie. Stolarze są obrażeni, elektrycy wykończeni, dyrektor i jego pomocnicy doprowadzeni do rozpaczy, sprzątaczki klną. Delaneyowie – wręcz przeciwnie. Ożywieni, szczęśliwi, domagają się kolacji i wychodzą w poczuciu zwycięstwa. Całe to przedstawienie powtarzało się w każdym hotelu czy apartamencie, w którym kiedykolwiek przyszło nam się zatrzymać.

O dziesiątej wieczorem, opchani czterodaniowym posiłkiem w restauracji u boku mamy i papy, obsłużeni przez roztrzęsionych kelnerów, pałających nienawiścią do nas, a uwielbieniem do naszych rodziców, zwłaszcza zaś papy, wciąż jeszcze mieliśmy siłę, by skakać i fikać koziołki na łóżkach. Podłoga spływała wodą z przewróconych dzbanków, okruszki przemyconego z restauracji ciasta zasypywały prześcieradła, a Maria, prowodyr każdego szaleństwa, namawiała Nialla do wyprawy na korytarz, żeby podglądać przez dziurki od klucza rozbierających się ludzi.

Wykradaliśmy się więc, przebrani już w nocną bieliznę. Na przedzie sunęła Maria o jasnych, kędzierzawych, krótkich jak u chłopca włosach, w koszuli wepchniętej do pasiastych spodni od piżamy Nialla, który szedł za nią w miękkich pantoflach Trudy (własnych nie mógł znaleźć). Celia, wlokąc za sobą pluszową małpkę, zamykała pochód.

– Ja pierwsza patrzę, bo to był mój pomysł! – Maria odpychała Nialla od zamkniętych drzwi i ukląkłszy na podłodze, przykładała oko do dziurki. Pozostali obserwowali ją, zafascynowani. – Jakiś staruszek! Zdejmuje kamizelkę…

Zanim jednak zdołała powiedzieć coś więcej, za naszymi plecami wyrastała jak spod ziemi Truda i brutalnie odrywała Marię od drzwi.

– O, nie, moja panno! Może kiedyś zejdziesz na tę drogę, ale na pewno nie pod moją opieką!

Na pupę Marii spadała ciężka dłoń, a chwilę później zaciśnięta piąstka dziecka trafiała opiekunkę w zagniewaną twarz. Na nic jednak wyrywanie się i protesty; pakowano nas do łóżek, gdzie wyczerpani po ciężkim dniu, zasypialiśmy w ułamku sekundy jak szczeniaki.

Ranki to była pora, kiedy naprawdę wymagano od nas ciszy. Mama i papa musieli mieć absolutny spokój. Zarówno w apartamencie, jak i w hotelu czy wynajętym domu rozmawialiśmy szeptem i chodziliśmy na palcach. Zresztą po dziś dzień żadne z nas nie wstaje wcześnie. Leżymy w łóżkach do samego południa, mamy ten zwyczaj we krwi. Wpojono go nam wraz z drugim, jeszcze ściślej przestrzeganym: nakazem ciszy podczas prób teatralnych. Żadnego ganiania po korytarzach, żadnego skakania po krzesłach na widowni. Siedzieliśmy jak myszy pod miotłą w odległym kącie galerii albo – na przykład w Paryżu – zaszywaliśmy się w jednej z lóż.

Celia, która jako jedyna z naszej trójki lubiła lalki i zabawki, zabierała ze sobą po dwie czy trzy i nie spuszczając oka ze sceny, wprawiała je w ruch.

Miś był papą – wysokim, o potężnych barach, z łapą na sercu; japońska gejsza o czarnych włosach, zebranych w kok jak u mamy podczas prób, kłaniała się, dygała i stawała na jednej nodze. Kiedy Celię to znudziło, bawiła się w dom; krzesła w loży były sklepami albo mieszkaniem. Cichutkim, niedocierającym do sceny szeptem prowadziła z zabawkami długie rozmowy.

Natomiast Maria nawet w tamtych odległych czasach z zapałem przysłuchiwała się próbom, zainteresowana nimi tak samo jak papa i mama. W tylnym rzędzie krzeseł czy na galerii odtwarzała w milczeniu cały spektakl, zerkając w miarę możliwości do lusterka.

Śledziła w ten sposób swoje ruchy podobnie jak rodzice na scenie. Wprawiało ją to w stan ekscytacji – była śpiewaczką, tancerką, cieniem przemykającym wśród innych cieni; krzesła w płaszczach pokrowców stanowiły publiczność, głęboka ciemność pustego teatru osłaniała dziewczynkę, pieściła ją, przyjmowała za dobrą monetę wszystkie jej pomysły. Zatracając się w milczącej ekstazie, Maria wyciągała ręce do lusterka jak Narcyz do sadzawki. Odbicie uśmiechało się i płakało razem z nią, ale przez cały czas jakaś cząstka mózgu dziecka pozostawała czujna i krytyczna, śledząc sposób, w jaki papa operował głosem, tak żeby nawet cichy szept na końcu piosenki docierał do najdalszych miejsc widowni.

Najwyraźniej przychodziło mu to bez wysiłku. Ostatnią, wysoką nutę brał z największą swobodą, a w wieczór premiery stał jeszcze przez chwilę z półuśmiechem na ustach i otwartymi ramionami, jakby chciał powiedzieć publiczności: „Weźcie ją sobie, jest wasza!”. Po czym odchodził za kulisy sprężystymi, długimi krokami, a jego ramiona i plecy głosiły wyraźnie: „Ani mi się śni więcej śpiewać!”; lecz wtedy właśnie zrywała się burza oklasków, ogłuszające wrzaski sprowadzały artystę ponownie na scenę, aż wreszcie wzruszał ramionami, tłumił ziewnięcie i śpiewał znowu. Publiczność krzyczała: „Delaney! Delaney!”, ludzie śmiali się, zachwyceni, że ktoś, komu zapłacono, aby imsłużył, traktuje ich z taką pogardą i tak mało dba o brawa.

– Jeszcze raz – zarządzał podczas próby.

Wtedy stary Sullivan, dyrygent, który towarzyszył nam zawsze, w każdej podróży, czekał chwilę z podniesioną batutą, skupiając na sobie uwagę orkiestry, i następowała powtórka ostatniego taktu, z tą samą modulacją, tymi samymi gestami – a wysoko na galerii stała na paluszkach Maria, rozedrgany cień przemykający po powierzchni lustra.

– To wszystko, dziękuję.

Stary Sullivan wyjmował chustkę, ocierał czoło i czyścił pince-nez, papa zaś przechodził na drugi koniec sceny, żeby zamienić parę słów z mamą, która właśnie wróciła od fryzjera, krawcowej czy masażystki, bo nigdy nie brała udziału w porannych próbach, a teraz miała na sobie nową futrzaną pelerynę albo nowy kapelusik z piórami. W chwili, gdy przekraczała próg teatru, atmosfera stawała się bardziej napięta, ożywiona; mama zawsze, gdziekolwiek się pojawiała, wytwarzała swoistą aurę.

Sullivan włożył pince-nez i wyprostował się na stołku. Skulony obok pierwszego skrzypka Niall próbował odczytać partyturę, zafascynowany nieczytelnymi cyframi. W uszach rozbrzmiewało mu ciągle ostatnie pociągnięcie smyczka po strunach, ale gdy tylko uświadomił sobie obecność mamy, natychmiast podniósł pełen skruchy wzrok. Czuł, że mama nie lubi, kiedy on siedzi w orkiestrze. Słyszał jej głos – mówiła właśnie do papy coś na temat przeciągów na scenie, to nie do zniesienia, coś trzeba zrobić jeszcze przed popołudniową próbą – wdychał nieuchwytny, subtelny zapach jej perfum i nagle ogarnęła go tęsknota tak silna, że serce mało nie pękło mu z bólu. Zapragnął zmienić się w teatralnego kota, który przedostał się w jakiś sposób na scenę i w najlepsze ocierał się mamie o nogę, mrucząc i wyginając grzbiet.

– Witaj, Minet!

Mama podniosła łaszącego się zwierzaka, a ten zaraz wtulił łepek w wielki kołnierz ciemnej, futrzanej peleryny, tworząc z nią niemal jedną całość; mama głaskała go i szeptała coś czule, i w tym momencie Niall pochylił się nad fortepianem i rąbnął na oślep rękami w klawiaturę, tworząc paskudny dysonans.

– Niall! – Mama podeszła do świateł na krawędzi sceny. Jej głos nie brzmiał już łagodnie, tylko zimno i twardo. – Jak śmiesz tak się zachowywać?! Chodź tu w tej chwili!

Stary Sullivan przeniósł chłopca nad głową pierwszego skrzypka i postawił przed mamą.

Nie ukarała go. Niall z radością przyjąłby zasłużonego klapsa, ale nic z tego. Odwróciła się, kompletnie go lekceważąc, i jak gdyby nigdy nic zaczęła omawiać z papą szczegóły popołudniowej próby. Obok Nialla pojawiła się Truda, oczyściła mu zakurzoną kurteczkę, pomiętą od klęczenia przy pierwszym skrzypku, a zza kulis tanecznym krokiem wysunęły się Maria i Celia z usmarowanymi buziami i pajęczynami we włosach.

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej