Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta - Douglas Adams - ebook

Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta ebook

Douglas Adams

4,2

Opis

KOLEJNE CZĘŚCI KULTOWEJ POWIEŚCI, KTÓRA ŁĄCZY WIZYJNĄ FANTASTYKĘ ZE ZWARIOWANYM BRYTYJSKIM HUMOREM

Kilka sekund przed zniszczeniem Ziemi w celu przygotowania terenu pod budowę drogi szybkiego ruchu Arthur Dent zostaje zabrany z Ziemi przez swojego przyjaciela Forda Prefecta, specjalistę od badań terenowych nowego wydania encyklopedii Autostopem przez Galaktykę, który ostatnie piętnaście lat spędził na Ziemi, udając bezrobotnego aktora.

Dynamiczna para zaczyna wspólną podróż w przestrzeni kosmicznej, wspomagana przez liczne cytaty z Autostopem („Ręcznik jest chyba najprzydatniejszą rzeczą, jaką może mieć przy sobie międzygwiezdny autostopowicz”) oraz masę innych podróżników: Zaphoda Beeblebroxa – dwugłowego i trzyrękiego byłego hipisa i ostatnią osobę, która powinna zostać prezydentem Galaktyki; Trillian, dziewczynę Zaphoda; Marvina, paranoidalnego, błyskotliwego i chronicznie depresyjnego robota; Veeta Voojagiga, byłego studenta, którego obsesyjnie dręczyło, co stało się z wszystkimi długopisami, które kupował w ostatnich latach.

Kiedy zostaną rozwiązane wszystkie problemy dotyczące przestrzeni, czasu, materii oraz istoty życia, pozostanie pytanie: ,,Gdzie jest najlepsza kuchnia?" Restauracja na końcu wszechświata oferuje niepowtarzalne wrażenia gastronomiczne, zwłaszcza że nie ma co martwić się o dzień jutrzejszy…

Latanie to sztuka, a raczej sztuczka ‒ tak twierdzi przewodnik Autostopem przez Galaktykę. Dowcip polega na tym, by nauczyć się rzucać na ziemię i nie trafić w nią. Z lotu ptaka wiele problemów i niebezpieczeństw wygląda całkiem inaczej ‒ zwłaszcza życie, wszechświat i cała reszta…

„Nigdy nie czytaliście śmieszniejszego science fiction: Douglas Adams jest mistrzem inteligentnej satyry, ostrego jak drut kolczasty dowcipu i komediowego dialogu”.

„The Boston Globe”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 432

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (60 ocen)
29
14
14
3
0
Sortuj według:
HollyR

Nie oderwiesz się od lektury

Super.
00
Mikis78

Nie oderwiesz się od lektury

Genialne, kapitalne; nikt tak nie umie naśmiewać się z Ziemian, jak oni sami. Pozdrawiam z Plutona!
00

Popularność




Douglas Adams Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta Tytuł oryginału THE RESTAURANT AT THE END OF THE UNIVERSE LIFE, THE UNIVERSE AND EVERYTHING ISBN The Restaurant at the End of the Universe Copyright © 1980 by Serious Productions Ltd. Life, the Universe and Everything Copyright © 1982 by Serious Productions Ltd.All rights reserved Copyright © 2017 for the Polish translation by Paweł Wieczorek Ilustracja na okładce Janusz Kapusta Projekt graficzny okładki www.designpartners.com Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

RESTAURACJA NA KOŃCU WSZECHŚWIATA

Jane i Jamesowi

z podziękowaniami

Geoffreyowi Perkinsowi za dokonanie

nieprawdopodobnego

Paddy Kingsland, Lisie Braun i Alick Hale Munro za to, że mu w tym pomogły

Johnowi Lloydowi za pomoc w stworzeniu pierwotnego manuskryptu „Milinowej”

Simonowi Brettowi, który zaczął całą historię

Płycie Paula Simona „One Trick Pony”, której stale słuchałem, pisząc tę książkę. Pięć lat to sporo

Szczególne podziękowania dla Jaqui Grahama za nieskończoną cierpliwość, dobroć i karmienie w potrzebie

Istnieje teoria, że jeśli ktoś kiedyś się dowie, dlaczego powstał i czemu służy wszechświat, to cały kosmos zniknie i zostanie zastąpiony czymś znacznie dziwaczniejszym i jeszcze bardziej pozbawionym sensu.

Istnieje także teoria, że już dawno tak się stało.

Rozdział 1

Dotychczas zdarzyło się, co następuje:

Na początku stworzono wszechświat.

Zezłościło to mnóstwo ludzi i zostało powszechnie uznane za błąd.

Wiele ludów wierzy, że wszechświat został stworzony przez coś na kształt Boga, Jatravartydzi z planety Viltwodl Sześć uważają jednak, że kosmos wykichała istota o imieniu Wielki Zielony Spazm Arkelów.

Jatravartydzi, żyjący w ciągłym lęku przed momentem, który zwą „Przybycie Wielkiej Białej Chustki do Nosa”, to małe niebieskie stworzonka o ponad pięćdziesięciu rączkach; ich niezwykłość polega na tym, że jako jedyny naród w historii wynaleźli dezodorant przed kołem.

Nauka o Wielkim Zielonym Spazmie Arkelów nie znalazła zbyt wielu zwolenników poza Viltwodlem Sześć, a ponieważ wszechświat w dalszym ciągu jest niesamowicie skomplikowany, dalej próbuje się tworzyć teorie jego powstania.

I tak na przykład pewnego razu rasa hiperinteligentnych, żyjących w wielu czasoprzestrzeniach istot zbudowała przeogromny superkomputer nazwany Głęboka Myśl, który miał raz na zawsze wyjaśnić wszelkie wątpliwości, czyli dać odpowiedź na ostateczne pytanie o życie, wszechświat i całą resztę.

Głęboka Myśl kombinował i rachował siedem i pół miliona lat, po czym obwieścił, że odpowiedź brzmi „Czterdzieści dwa”. W efekcie konieczna okazała się budowa następnego, jeszcze większego komputera, by ustalić, jak właściwie brzmi ostateczne pytanie.

Nowy komputer — zwany Ziemia — był tak ogromny, że często brano go za planetę; zwłaszcza robiły to ganiające po powierzchni maszyny przedziwne małpokształtne istoty, niemające zielonego pojęcia, że są elementem gigantycznego programu.

Jest to dość dziwaczne, ponieważ dla kogoś nie- znającego tego prostego i oczywistego faktu nic, ale to nic, co kiedykolwiek wydarzyło się na Ziemi, nie mogło mieć nawet krztyny sensu.

Niestety, tuż nim zakończył się przebieg programu, Ziemia nieoczekiwanie została wyburzona przez Vogonów w celu — jak twierdzili — zrobienia miejsca hiperprzestrzennej trasie szybkiego ruchu. W ten sposób na zawsze zniweczona została nadzieja na odkrycie sensu życia.

Nie do końca.

Dwa przedziwne małpokształtne stwory przeżyły.

Artur Dent umknął w ostatnim momencie, ponieważ nagle okazało się, że jego stary przyjaciel, Ford Prefect, pochodzi nie z Guildfordu, jak zawsze twierdził, lecz z małej planety w okolicy Betelgeuse. Co ważniejsze, Ford wiedział, jak sprawić, by latający talerz zabrał go autostopem.

Tricia McMillan — czyli Trillian — zwiała z planety sześć miesięcy wcześniej z Zaphodem Beeblebroxem, prezydentem Galaktyki.

Dwoje ocalałych.

Trillian i Artur to wszystko, co pozostało po największym eksperymencie wszech czasów, którego celem było odkrycie ostatecznego pytania i ostatecznej odpowiedzi o życie, wszechświat i całą resztę.

Niecały milion kilometrów od miejsca, gdzie w kruczoczarnej ciemności kosmosu dryfuje ociężale statek z Ziemianami, unosi się statek Vogonów. Leci powoli kursem na Ziemian.

Rozdział 2

Statek — jak każdy statek kosmiczny Vogonów — nie bardzo wyglądał na dzieło konstruktora, raczej na efekt zamrożenia, choć nie wiadomo dokładnie czego. Mało estetyczne żółte gruzły i sterczące pod szkaradnymi kątami urządzenia zniekształciłyby linię większości statków, ale tego nic nie mogło oszpecić. Podobno pojawiały się na niebie brzydsze obiekty, ale brak na to wiarygodnych świadków.

Chcąc zobaczyć coś brzydszego niż statek Vogonów, należy wejść do środka i rzucić okiem na pierwszego z brzegu Vogona. Jeśli jesteś mądry, właśnie z tego zrezygnujesz, gdyż przeciętny Vogon nie zastanawia się dwa razy, nim zrobi napotkanemu człowiekowi nikczemność, zwykle tak bezsensowną, że zaczyna się przeklinać dzień swych narodzin (lub jeśli poszkodowany jest nieco bystrzejszy — dzień narodzin Vogona).

Przeciętny Vogon prawdopodobnie nie będzie się zastanawiał nawet jeden raz.

Osobnicy tej rasy cechują się prymitywnym umysłem, oślim uporem oraz móżdżkiem jak u ślimaka i naprawdę nie zostali stworzeni do myślenia. Analiza anatomii Vogonów wykazuje, że pierwotnie ich mózg był potwornie zdeformowaną, przemieszczoną i otłuszczoną wątrobą. Można jednak powiedzieć o nich coś dobrego — wiedzą, czego chcą. Do ich upodobań należy przede wszystkim krzywdzenie innych i wściekanie się przy byle okazji.

Jedną z rzeczy, których zdecydowanie nie lubią, jest zostawianie niedokończonej roboty. Szczególnie dotyczy to Vogona, którego zaraz spotkamy, i — z wielu powodów — akurat wyznaczonego mu niedawno zadania.

Owym Vogonem był komendant prostetnik Vogon Jeltz z Galaktycznej Rady Planowania Hiperprzestrzeni i właśnie jemu powierzono zadanie zniszczenia „planety” Ziemia.

Wiercił swym monstrualnym ohydnym cielskiem po niewygodnym, lepiącym się od brudu fotelu i gapił się w monitor, na którym skanery kawałek po kawałku pokazywały statek międzygwiezdny „Serce ze Złota”.

Komendant nie zważał, że wyposażone w napęd nieprawdopodobieństwa „Serce ze Złota” jest najpiękniejszym i najniezwyklejszym statkiem kosmicznym, jaki kiedykolwiek zbudowano. Estetyka i technika były dla niego bajką o żelaznym wilku, gdyby to od niego zależało — wilku zarżniętym i obdartym ze skóry.

Komendant tym bardziej nie zważał na obecność na pokładzie Zaphoda Beeblebroxa. Zaphod Beeblebrox nie był już prezydentem Galaktyki i choć zarówno jego, jak i statek, który ukradł, ścigał każdy policjant w Galaktyce, Vogona mało to obchodziło.

Miał na głowie ważniejsze sprawy.

Ktoś kiedyś powiedział, że Vogoni są tak samo ponad drobne łapówkarstwo i korupcję, jak morze znajduje się ponad niebem — w przypadku tego przedstawiciela ich rasy stwierdzenie było trafione w dziesiątkę. Słysząc słowa „uczciwość” lub „wysokie morale”, Vogon Jeltz sięgał po słownik wyrazów obcych, słysząc brzęczenie większej gotówki, sięgał po kodeks karny i czym prędzej go wyrzucał.

Dokonując tak bezpardonowego zniszczenia Ziemi i wszystkiego, co się na niej znajdowało, prostetnik nieco wykroczył poza zakres swych obowiązków służbowych. Istniały pewne wątpliwości, czy wspomniana trasa szybkiego ruchu faktycznie będzie budowana, winni ewentualnego nadużycia szybko jednak odłożyli dyskusję nad tym ad acta.

Vogon wydał z siebie odrażający pomruk zadowolenia.

— Komputer! — zaskrzeczał. — Połącz mnie z moim konserwatorem mózgu.

Kilka sekund później na ekranie pojawiło się oblicze Gaga Halfrunta, ozdobione uśmiechem człowieka mającego pewność, że Vogon, na którego patrzy, przebywa w odległości dziesięciu lat świetlnych. W uśmiechu był ślad ironii. Choć Vogon zwracał się do Halfrunta per „mój osobisty konserwatorze mózgu”, nie było tu zbyt wiele do konserwacji, poza tym w rzeczywistości sytuacja przedstawiała się odwrotnie, niż wydawało się prostetnikowi — Halfrunt zatrudniał Vogona.

Płacił mu krocie za trochę brudnej roboty.

Halfrunt, jeden z najsławniejszych i najbardziej wziętych psychiatrów w Galaktyce, zgodził się (razem z paroma kolegami po fachu) płacić bajońskie sumy, gdy okazało się, że może zostać zagrożona przyszłość psychiatrii.

— Witam, mój prostetniku komendancie Vogonów — zagaił. — Dobrze się dziś czujemy?

Komendant opowiedział, że w ciągu ostatnich paru godzin zgładził w ramach postępowań dyscyplinarnych prawie połowę załogi.

Uśmiech Halfrunta nie drgnął nawet na ułamek sekundy.

— No cóż, myślę, że jak na Vogona to zupełnie normalne zachowanie. Naturalne i zdrowe przetworzenie agresywnych skłonności na akty bezsensownej przemocy.

— Zawsze tak gadasz — warknął Vogon.

— Powtórzę: no cóż — oświadczył Halfrunt. — Myślę, że to zupełnie normalne zachowanie jak na psychiatrę. Świetnie. Widzę, że dziś jesteśmy doskonale do siebie dostrojeni psychicznie. Proszę o najnowsze wieści z akcji.

— Zlokalizowaliśmy statek.

— Wspaniale. Cudownie! Co z załogą?

— Jest z nimi Ziemiak.

— Wyśmienicie! Kto poza tym?

— Samiczka z jego planety. On i ona to ostatnie egzemplarze.

— Dobrze, bardzo dobrze — rozpromienił się Halfrunt. — Kto jeszcze?

— Koleś zwany Prefect.

— Jeszcze ktoś?

— Zaphod Beeblebrox.

Uśmiech Halfrunta zadrżał.

— No cóż, oczekiwałem tego. Pożałowania godna okoliczność.

— Przyjaciel? — zapytał Vogon, który kiedyś słyszał to słowo i postanowił je wypróbować.

— Ależ skąd! Przedstawiciele mojego zawodu nie przyjaźnią się z nikim.

— Rozumiem. Zawodowa bezstronność.

— Nie — wesoło odparł Halfrunt. — Po prostu nie mamy do tego drygu.

Psychiatra przez chwilę nic nie mówił. Uśmiech nie schodził mu z ust, ale jego oczy zdradzały lekką złość.

— Musi pan wiedzieć, że Beeblebrox jest jednym z moich najlepszych klientów. Ma problemy, o jakich psychoanalitykom nawet się nie śni…

Przez chwilę rozważał konsekwencje tego, co powiedział, ale w końcu — choć niechętnie — odrzucił litościwy tok myślenia.

— Czy jest pan ciągle gotów do wykonania zadania? — zapytał.

— Oczywiście.

— Doskonale. Natychmiast zniszczyć statek!

— A co z Beeblebroxem?

— Cóż — żwawo odparł Halfrunt — w końcu Zaphod nie jest nikim nadzwyczajnym.

Psychiatra zniknął z ekranu.

Komendant Vogonów nacisnął przycisk i połączył się z niedobitkami załogi.

— Atak!

Zaphod Beeblebrox siedział w swej kabinie i klął jak furman. Dwie godziny temu zaproponował, by wpadli na przekąskę do restauracji na końcu wszechświata, natychmiast po tym odbył karczemną awanturę z komputerem pokładowym i pognał do kabiny, drąc się, że jak tak, to sam sobie wyliczy czynniki nieprawdopodobieństwa ołówkiem.

Napęd nieprawdopodobieństwa czynił z „Serca ze Złota” najpotężniejszy i najbardziej nieobliczalny statek kosmiczny we wszechświecie. Nie istniało żadne zadanie, którego by nie mógł wykonać — oczywiście, jeśli dokładnie się wiedziało, jak nieprawdopodobne jest to, co chce się, by zrobił.

Zaphod ukradł statek w momencie, gdy jako prezydent miał go spuścić z pochylni. Nie wiedział za bardzo, dlaczego ukradł „Serce ze Złota” — poza tym, że mu się podobało.

Analogicznie nie wiedział, dlaczego został prezydentem Galaktyki — poza tym, że odstawianie prezydenta było dość zabawne.

Zdawał sobie sprawę, że istnieją lepsze uzasadnienia obu wydarzeń, są jednak zagrzebane w jakichś mrocznych, odizolowanych regionach jego mózgów. Marzył, by te mroczne, odizolowane regiony jego mózgów się wyłączyły, czasami bowiem dochodziły na krótkie chwile do głosu, zarażały jasne, wesołe regiony osobliwymi myślami i próbowały odciągnąć go od tego, co uważał za cel życia: fantastycznie się bawić.

Aktualnie nie bawił się fantastycznie. Skończyła mu się cierpliwość, skończyły się ołówki i był bardzo głodny.

— Niech to szlag!!! — ryknął.

Dokładnie w tym momencie Ford Prefect znajdował się w powietrzu. Frunął nie dlatego, że coś się popsuło w polu grawitacyjnym statku, lecz dlatego, że przed chwilą skoczył ze schodów prowadzących do kabin mieszkalnych. Jak na jeden sus wysokość była spora — w efekcie źle wylądował, stracił równowagę, ale się pozbierał i pognał korytarzem, płosząc po drodze kilka przelatujących miniaturowych robotów-służących. Pędząc wokół rogu, wpadł w poślizg, wykonał kilka rozpaczliwych ruchów, gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi do kabiny Zaphoda i wyrzucił z siebie, co leżało mu na sercu:

— Vogoni!

Chwilę wcześniej Artur Dent opuścił kabinę i udał się na poszukiwanie filiżanki herbaty. Nie wyruszał w zbyt optymistycznym nastroju, wiedział bowiem, że jedynym źródłem gorących napojów na statku jest ciemne jak tabaka w rogu urządzenie, żywnościomatyczny syntetyzer napojów, produkowany przez cybernetyczną korporację Syriusza. Artur miał już okazję się z nim zetknąć.

Maszyna z uporem twierdziła, że umie wytworzyć dowolne spektrum napojów, dostosowanych indywidualnie do smaku i przemiany materii dowolnej osoby, która zechciałaby z niej skorzystać. Poddana próbie niezmiennie produkowała plastikową filiżankę z płynem, który nie miał prawie nic (choć niezupełnie) wspólnego z herbatą.

Artur postanowił przemówić żelastwu do rozsądku.

— Herbata — zaordynował.

— Bierz i ciesz się — odparła maszyna, podając filiżankę z obrzydliwą cieczą.

Wyrzucił ją.

— Bierz i ciesz się — powtórzyła maszyna, produkując następną filiżankę świństwa.

BIERZ I CIESZ SIĘ to slogan niezwykle efektywnie działającego działu reklamacji cybernetycznej korporacji Syriusza, który zajmuje obecnie trzy średniej wielkości planety i jest jedyną jednostką organizacyjną korporacji, wykazującą się w ostatnich latach stałymi zyskami.

Ułożony z oświetlonych liter pięciokilometrowej wysokości slogan stoi — czy raczej stał — w pobliżu kosmodromu działu reklamacji na planecie Eadrax. Niestety, ciężar liter okazał się tak wielki, że zaraz po ich ustawieniu grunt nie wytrzymał i zapadły się prawie do połowy, wlatując do biur wielu młodych, zdolnych — obecnie niestety zmarłych — specjalistów do spraw reklamacji.

Wystające części liter, czytane w miejscowym dialekcie, tworzą zdanie WETKNIJ GŁOWĘ W ŚWINIĘ, napis nie jest więc oświetlony, z wyjątkiem szczególnych okazji.

Artur wyrzucił szóstą filiżankę z płynem.

— Słuchaj, maszyno! Jeśli utrzymujesz, że możesz zsyntetyzować dowolny istniejący napój, to dlaczego serwujesz mi bez przerwy to świństwo, którego nie da się pić?

— Znam parametry optymalnej dla ciebie diety i twoją wrażliwość na smaki… — zabulgotała maszyna. — Bierz i ciesz się.

— To obrzydliwe!

— Nacieszyłeś się napojem — ciągnęła maszyna — może teraz chciałbyś poczęstować przyjaciół?

— Nie chciałbym — zgryźliwie odparł Artur — ponieważ nie zamierzam ich stracić. Czy nie możesz spróbować pojąć, co do ciebie mówię? Ten napój…

— Ten napój — łagodnie przerwała maszyna — został stworzony, by zaspokoić twoje indywidualne potrzeby dietetyczne i wrażliwość smakową.

— Aha — stwierdził Artur — a więc jestem głodującym masochistą?

— Bierz i ciesz się.

— Zamknij się!

— Czy to na razie wszystko?

Artur postanowił się poddać.

— Tak — zamknął rozmowę.

W tym samym momencie uznał jednak, że szlag go trafi, a się nie podda.

— Nie! — stwierdził gwałtownie. — Słuchaj no, to całkiem proste… nie żądam wiele… jedynie filiżanki herbaty. Zaraz mi ją zrobisz, ale teraz nie mów, tylko słuchaj.

Usiadł. Opowiedział żywnościomatowi o Indiach, opowiedział o Chinach, opowiedział o Cejlonie. Opowiedział maszynie o szerokich, suszących się na słońcu liściach. Opowiedział o imbrykach ze srebra. Opowiedział o letnich popołudniach, spędzanych na wypielęgnowanych trawnikach. Opowiedział o tym, że mleko wlewa się przed herbatą, by nie straciło smaku. Opowiedział nawet (w skrócie) dzieje Kompanii Wschodnioindyjskiej.

— To tego chcesz? — zapytał żywnościomat, gdy Artur skończył.

— Właśnie tego.

— Chcesz czuć smak zaparzanych w wodzie suszonych liści?

— Hm… tak. Z mlekiem.

— Wyciąganym cienkim strumieniem z krowy?

— Może to nie najlepsze określenie, ale…

— Potrzebna mi będzie pomoc — zwięźle stwierdziła maszyna. Z jej głosu zniknęło wesołe gulgotanie, bez reszty koncentrowała się na zadaniu.

— Zrobię, co mogę… — obiecał Artur.

— Zrobiłeś już dość — oświadczył żywnościomat i wezwał na konsultację główny komputer.

— Sie ma, chłopaki! — rzucił ochoczo komputer pokładowy.

Żywnościomat wyjaśnił mu problem herbaty. Główny komputer zdziwił się, podłączył swe obwody logiczne do kolegi i obaj zapadli w posępne milczenie.

Artur przez chwilę patrzył i czekał, ale nic się nie działo.

Szturchnął maszynę, ale dalej nic się nie działo.

W końcu zrezygnował i poczłapał do centrali dowodzenia.

„Serce ze Złota” zawisło nieruchomo w pustych głuszach kosmosu. Dookoła lśniły niezliczone gwiazdy. Powoli zbliżała się ohydna żółta bryła — statek Vogonów.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ŻYCIE, WSZECHŚWIAT I CAŁA RESZTA

Dla Sally

Rozdział 1

Już od dłuższego czasu, gdy Artur Dent się budził i nagle sobie przypominał, gdzie się znajduje, krzyczał z przerażenia.

Mniejsza z tym, że jaskinia była zimna, wilgotna i smrodliwa, prawdziwy problem polegał na tym, że leżała w środku Islington, niedaleko centrum Londynu, a pierwszy autobus odchodził za dwa miliony lat.

Czas jest — jak mówią — najgorszym miejscem, gdzie można się zgubić, co Artur Dent mógłby potwierdzić, gdyż wielokrotnie gubił się zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Gdy ktoś gubi się w przestrzeni, ma przynajmniej co robić.

W wyniku skomplikowanego ciągu wydarzeń, w ramach którego na zmianę to go rozwalano, to obrażano — w dziwaczniejszych okolicach Galaktyki, niż mógłby sobie kiedykolwiek wyobrazić w najśmielszych marzeniach — utknął na prehistorycznej Ziemi i nawet jeśli jego życie stało się obecnie bardzo, bardzo, bardzo spokojne, ciągle jeszcze był lekko roztrzęsiony.

Mijało właśnie pięć lat, odkąd nikt go nie rozwalił.

Odkąd cztery lata temu rozstał się z Fordem Prefectem, prawie nikogo nie widział, nikt go więc też od tego momentu nie obraził.

Z jednym wyjątkiem.

Zdarzyło się to pewnego wiosennego wieczoru mniej więcej dwa lata przed opisywanymi wydarzeniami.

Właśnie wrócił tuż po zmroku do jaskini, gdy zauważył błyskające tajemniczo przez chmury światła. Odwrócił się i zagapił w górę, do serca nagle wpełzła mu nadzieja. Ratunek. Ucieczka. Najtęskniejsze marzenie rozbitka — statek.

A kiedy patrzył, kiedy gapił się zdziwiony i podniecony, przez ciepłe wieczorne powietrze bezgłośnie, bez ceregieli spłynął w dół srebrny statek kosmiczny i rozpostarł długie nogi w perfekcyjnej technicznie baletowej ewolucji.

Osiadł łagodnie na ziemi, a słyszalne przy lądowaniu delikatne buczenie zamarło jak uśpione przez wieczorną ciszę.

Wysunął się trap.

Ze środka wypłynęło światło.

W luku pojawiły się kontury wysokiej postaci. Obcy powoli zszedł po trapie i stanął przed Arturem.

— Jesteś frajer, Dent — powiedział po prostu.

Wyglądał obco, bardzo obco. Miał właściwy Obcym wzrost, właściwą Obcym płaską głowę i małe, właściwe Obcym szparkowate oczy, ekstrawagancko udrapowane złote szaty z typowo obcym deseniem na kołnierzu i bladą, szarozieloną obcą skórę o świecącym połysku, jaki większości szarozielonych ras udaje się osiągnąć jedynie za pomocą wielu ćwiczeń i bardzo drogiego mydła.

Artur gapił się na niego jak wół na malowane wrota.

Obcy patrzył na niego jakby nigdy nic.

Pierwsze jaskółki nadziei i podniecenia zostały natychmiast pokonane przez zdziwienie i najrozmaitsze myśli zaczęły walczyć w głowie Artura o prawo do użycia strun głosowych.

— Ooo…? — zapytał. — Blaa… aa… bla… — dodał. — Ruu… ree… hhh… kto? — wybełkotał w końcu i pogrążył się w posępnym milczeniu. Uświadomił sobie, że jak daleko może sięgnąć pamięcią, nie odzywał się do nikogo słowem.

Obcy zmarszczył czoło i rzucił okiem na coś w rodzaju notatnika, który trzymał w mizernej i chudej jak szczapa, typowej dla Obcych dłoni.

— Artur Dent? — zapytał.

Artur bezradnie kiwnął głową.

— Artur Filip Dent? — dodał Obcy, wydając z siebie coś w rodzaju przenikliwego szczeknięcia.

— Ee… ee… tak… ee… ee… — potwierdził Artur.

— Jesteś frajer — powtórzył Obcy. — Jesteś kompletnym durniem.

— Ee…

Obcy sam sobie przytaknął, kiwając potwierdzająco głową, postawił w notatniku typowo obcego ptaszka, szybko odwrócił się i zaczął żwawo wracać do statku.

— Ee… — powiedział Artur desperacko — ee…

— Nie odzywaj się tak do mnie! — warknął Obcy.

Wszedł na trap, minął luk i zniknął w środku. Statek zamknął się i rozległo się głębokie, pulsujące buczenie.

— Eee… hej! — wykrzyknął Artur i zaczął niemrawo biec w jego kierunku. — Chwileczkę! Co to ma znaczyć? Zaraz! Czekaj!

Statek zaczął się unosić, jakby pozbywał się własnego ciężaru. Na chwilę zawisł w powietrzu, potem popłynął w niezwykły sposób w wieczorne niebo. Przeleciał przez chmury, które na moment rozbłysnęły jasnym światłem, i tyle go było widać, Artur zaś, bezradnie podrygując i podskakując w miejscu, został sam w środku niezmierzonych połaci ziemi.

— Co?! — wył. — Co powiedziałeś? Co jestem? Czekaj no! Wracaj i powiedz to jeszcze raz!

Skakał i podrygiwał, aż zabolały go nogi, krzyczał, aż zaczęło mu charczeć w płucach. Nikt nie odpowiadał. Nie było nikogo, kto by go usłyszał albo mógł z nim porozmawiać.

Obcy statek kosmiczny właśnie zbliżał się z łoskotem do górnych warstw atmosfery, skąd zaraz wyleci w przerażającą pustkę, która oddziela od siebie niesamowicie małą liczbę istniejących we wszechświecie rzeczy.

Jego właściciel, Obcy z kosztowną cerą, rozparł się w fotelu. Nazywał się Wowbagger Nieskończenie Przedłużony i był mężczyzną mającym cel. Dość byle jaki cel, sam pierwszy by to przyznał, ale cel to cel i przynajmniej utrzymywał go w ruchu.

Wowbagger Nieskończenie Przedłużony był — znaczy się, jest — jednym z bardzo niewielu nieśmiertelnych we wszechświecie.

Większość tych, którzy rodzą się jako nieśmiertelni, wie instynktownie, jak radzić sobie z wiecznym życiem, Wowbagger niestety do nich nie należał. Tak naprawdę od pewnego momentu zaczął nienawidzić tej sfory pogodnych łobuzów. Nieśmiertelność została mu narzucona w wyniku nieszczęśliwego wypadku z przyśpieszaczem cząstek, który nagle stracił rozum, płynnym obiadem i dwoma gumowymi taśmami. Dokładne szczegóły tego wypadku są nieistotne, gdyż nikomu nie udało się powtórzyć warunków, w jakich do niego doszło, a wiele osób, które tego próbowały, wyszło na głupków, zginęło albo i jedno, i drugie.

Wowbagger, ponury i zmęczony, zamknął oczy, włączył lekki jazz i po raz kolejny stwierdził, że mógłby poradzić sobie z nieśmiertelnością, gdyby nie te przeklęte niedzielne popołudnia. Naprawdę mógłby sobie z nią poradzić.

Na początku nieśmiertelność sprawiała mu przyjemność. Świetnie się bawił narażaniem życia, podejmowaniem ryzyka, zgarnianiem olbrzymich sum z wysoko oprocentowanych, długoterminowych lokat kapitału i w ogóle życiem dłużej od innych.

W końcu okazało się, że nie może dojść do ładu z niedzielnymi popołudniami i okropną niechęcią do robienia czegokolwiek, która zaczyna się około godziny 2.55, gdy człowiek dochodzi do wniosku, że już wziął tyle kąpieli, ile jest sens brać jednego dnia, że bez względu na to, jak intensywnie będzie się wpatrywać w artykuł w gazecie, nigdy go naprawdę nie przeczyta ani nie będzie stosować omawianej w nim nowej rewelacyjnej techniki przycinania roślin oraz że wskazówki nieubłaganie zbliżają się do godziny czwartej i zaraz zacznie się długi, mroczny podwieczorek dusz.

Coraz więcej rzeczy przestawało mieć urok. Z twarzy Wowbaggera zaczął znikać uśmiech zadowolenia, który prezentował na pogrzebach kolejnych znajomych. Zaczął pogardzać wszechświatem w ogólności, a każdym jego mieszkańcem w szczególności.

Wtedy obrał cel, który go napędzał i — o ile mógł to przewidzieć — pozwoli mu zachować werwę po wsze czasy. Tak jest!

Postanowił lżyć wszechświat.

To znaczy: będzie obrażać każdą istotę we wszechświecie. Indywidualnie, osobiście, jedną po drugiej i (z tego powodu naprawdę radośnie zgrzytał zębami) w kolejności alfabetycznej.

Gdy ten i ów — co czasem się zdarzało — odpowiadał, że plan jest nie tylko nieprzemyślany, lecz po prostu niemożliwy do wykonania z powodu liczby istot, które ciągle się rodzą i umierają, Wowbagger wbijał w adwersarza lodowaty wzrok i mówił:

— Chyba wolno mężczyźnie mieć marzenia?

Tak więc zaczął. Wyposażył specjalnie zbudowany statek kosmiczny w komputer zdolny do przetwarzania danych potrzebnych do stałego śledzenia ludności znanego wszechświata i obliczania wynikających z tego horrendalnie skomplikowanych tras podróży.

Właśnie teraz statek przecinał orbity planet Układu Słonecznego i szykował się do okrążenia Słońca, by wystrzelić jak z procy w przestrzeń międzygwiezdną.

— Komputer! — odezwał się Wowbagger.

— Jestem! — wrzasnął komputer.

— Dokąd teraz?

— Właśnie obliczam.

Wowbagger przez chwilę patrzył na wspaniałe klejnoty nocy, miriady maleńkich diamentowych światów, obsypujących światłem nieskończoną ciemność. Każdy, dosłownie każdy z nich leżał na jego drodze. Większość odwiedzi miliony razy.

Przez chwilę wyobrażał sobie trasę swej podróży, łącząc planety linią, jak przy grze z ponumerowanymi punktami. Miał nadzieję, że powstały wykres, widziany z odpowiednio dobranego miejsca we wszechświecie, jest bardzo nieprzyzwoitym słowem.

Komputer zapiszczał niemelodyjnie, informując, że skończył z obliczeniami.

— Folfanga — poinformował. Zapiszczał. — Czwarta planeta w systemie Folfanga — dodał. Znów zapiszczał. — Przewidywany czas podróży trzy tygodnie. — Znów zapiszczał. — Spotkamy tam małego rozrabiakę — zapiszczał — z plemienia A-Rth-Urp-Hil-Jpdenu. Zdaje mi się — dodał po małej przerwie, w czasie której piszczał — że zdecydowałeś się określić go jako bezmózgiego matoła.

Wowbagger zacharczał. Przez chwilę oglądał majestat Stworzenia za oknami.

— Myślę, że utnę sobie małą drzemkę. Przez rejon jakich stacji telewizyjnych będziemy przelatywać w ciągu najbliższych kilku godzin?

Komputer zapiszczał.

— Kosmowid, Myślopix i Domowa Łebska Skrzynka — zapiszczał.

— Jakieś filmy, których nie widziałem już trzydzieści tysięcy razy?

— Nie.

— No cóż…

— Dają Strach w kosmosie. Widziałeś go dopiero trzydzieści trzy tysiące pięćset siedemnaście razy.

— Obudź mnie na drugą połowę.

Komputer zapiszczał.

— Przyjemnych snów.

Statek leciał przez noc.

W tym czasie na Ziemi zaczęło lać jak z cebra. Artur Dent siedział w jaskini i przeżywał jeden z najpodlejszych wieczorów swego życia. Po głowie chodziło mu, co mógł powiedzieć Obcemu, i rozgniatał muchy, które też miały podły wieczór.

Następnego dnia zrobił sobie torbę z króliczego futra, uznał bowiem, że może mu się przydać do trzymania rzeczy.

Rozdział 2

Minęły dwa lata od wizyty Wowbaggera. Poranek był łagodny i pachnący. Artur wypełzł z jaskini, którą nazywał swym domem, dopóki nie znajdzie się lepsze określenie lub lepsza jaskinia.

Choć gardło znów go bolało od porannego krzyku przerażenia, miał ni stąd, ni zowąd szalenie dobry humor. Szczelnie owinął się wyświechtanym szlafrokiem i promiennie uśmiechnął do poranka. Powietrze było czyste i pachnące, w wysokiej trawie wokół jaskini igrał lekki wiaterek, ptaki szczebiotały do siebie, motyle trzepotały ładnie to tu, to tam i cała przyroda sprawiała wrażenie, że sprzysięgła się być tak miła, jak to tylko możliwe.

Nie te wiejskie rozkosze powodowały jednak, że Artur czuł się wesoło. Radość brała się stąd, że wpadł mu do głowy bajeczny pomysł, jak poradzić sobie ze straszliwą samotnością, majakami sennymi, fiaskiem prób założenia ogrodu, absolutnym brakiem perspektyw i bezsensem życia na prehistorycznej Ziemi. Pomysł polegał na tym, by zwariować.

Znów się rozpromienił i oderwał zębami kawałek mięsa z króliczej nogi, która została z kolacji. Przez chwilę żuł szczęśliwy, potem postanowił oficjalnie ogłosić swą decyzję.

Wstał, ruszył pewnym krokiem i popatrzył światu prosto w pola i wzgórza. By nadać swym słowom wagę, wetknął w brodę króliczą kość. Szeroko rozpostarł ramiona.

— Wariuję! — oznajmił.

— Świetny pomysł — powiedział Ford Prefect, złażąc ze skały, na której siedział.

Mózg Artura zrobił salto. Jego szczęka zaczęła wykonywać pompki.

— Przez pewien czas też byłem wariatem — powiedział Ford. — Szalenie dobrze mi to zrobiło.

Oczy Artura kręciły młynka.

— Wyglądasz… — zaczął Ford.

— Gdzie się podziewałeś? — przerwał mu Artur, kiedy poszczególne części jego głowy skończyły zestaw ćwiczeń.

— Kręciłem się — powiedział Ford. — Tu i tam. — Wyszczerzył zęby w sposób, który prawidłowo ocenił jako wkurzający. — Pozwoliłem swemu rozumowi dostać na jakiś czas fioła. Uznałem, że jeśli świat będzie mnie potrzebował, to się zgłosi. Tak też się stało.

Z okropnie wyświechtanej torby wyjął sub-eta sens-o-matic.

— Przynajmniej tak mi się wydaje. Ten mądrala niedawno wydał z siebie kilka dźwięków. — Ford potrząsnął sens-o-matickiem. — Jeśli to był fałszywy alarm, zwariuję. Oszaleję z powrotem.

Artur potrząsnął głową i usiadł. Spojrzał w górę na Forda.

— Myślałem, że nie żyjesz… — powiedział prosto z mostu.

— Przez jakiś czas tak było — odparł Ford — ale potem postanowiłem zostać na parę tygodni cytryną. Szaloną przyjemność sprawiało mi wskakiwanie do ginu z tonikiem i wyskakiwanie z niego.

Artur odchrząknął. Zaraz potem odchrząknął jeszcze raz.

— Gdzie, do diabła…?

— …znalazłem gin z tonikiem? — dokończył wesoło Ford. — Znalazłem jeziorko, które uważało, że jest pełne ginu z tonikiem, więc wskakiwałem do niego i wyskakiwałem. Przynajmniej wydaje mi się, iż uważało, że jest pełne ginu z tonikiem… Może jednak — dodał z uśmiechem, na którego widok każdy roztropny człowiek wdrapałby się na drzewo — tylko tak sobie ubzdurałem…

Czekał na reakcję ze strony Artura, ten jednak nie był aż tak głupi.

— Opowiadaj dalej — poprosił z rezygnacją.

— Sedno sprawy tkwi w tym — ciągnął Ford — że nie ma sensu doprowadzać się do szaleństwa bronieniem się przed szaleństwem. Tak samo dobrze można przestać się męczyć i zachować rozsądek na późniejszy użytek.

— Jesteś znów przy zdrowych zmysłach czy nie? — zapytał Artur. — Pytam z czystej ciekawości.

— Byłem w Afryce — odparł Ford.

— Naprawdę?

— Naprawdę.

— I jak tam było?

— A to jest twoja jaskinia? — zapytał Ford.

— No tak…

Artur czuł się bardzo dziwnie. Prawie po czterech latach izolacji tak się cieszył i czuł taką ulgę na widok Forda, że mógłby się rozryczeć. Z drugiej strony Ford był typem, który natychmiast zaczynał działać na nerwy.

— Bardzo miła — uznał Ford, patrząc na jaskinię Artura. — Musisz jej nienawidzić.

Artur nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć.

— Afryka była bardzo ciekawa — ciągnął Ford. — Zachowywałem się tam bardzo osobliwie. — Zamyślony gapił się w dal. — Zacząłem być okrutny dla zwierząt — rzucił od niechcenia — ale tylko tak, dla sportu.

— Aha… — ostrożnie podtrzymał temat Artur.

— Naprawdę — zapewnił Ford. — Nie chciałbym cię jednak zanudzać szczegółami, gdyż…

— Gdyż?

— …mogłyby być dla ciebie przykre. Może cię mimo wszystko zainteresuje, że wyłącznie ja jestem odpowiedzialny za formę zwierzęcia, które w swojej epoce poznałeś jako żyrafę. Próbowałem też uczyć się latać. Wierzysz mi?

— Opowiedz.

— Kiedy indziej. Chciałbym tylko nadmienić, że Autostopem mówi…

— Auto…?

— Autostopem. Przewodnik Autostopem przez Galaktykę. Pamiętasz go jeszcze?

— Oczywiście. Pamiętam, że wrzuciłem go do rzeki.

— No tak — rzekł Ford — a ja wyłowiłem.

— Nie mówiłeś o tym.

— Nie chciałem, żebyś wrzucił go tam jeszcze raz.

— Rozumiem — zgodził się Artur. — I co mówi?

— Kto?

— Autostopem. Co mówi Autostopem?

— Autostopem mówi, że latanie to sztuka, a raczej sztuczka. Polega na tym, by rzucić się na ziemię i nie trafić w nią. — Uśmiechnął się słabo. Wskazał na kolana spodni i podniósł ręce, by pokazać łokcie. Były tam same dziury. — Na razie niezbyt dobrze mi idzie — wyznał. Wyciągnął rękę. — Arturze, bardzo się cieszę z naszego spotkania.

Z nagłym napływem wzruszenia i zadziwienia Artur pokręcił głową.

— Przez lata nie widziałem nikogo na oczy — powiedział. — Nikogo. Prawie już zapomniałem, jak się mówi. Ciągle zapominam słowa… choć ćwiczę, mówiąc… do tych… no… Jak nazywa się to, do czego nie wolno mówić, bo ludzie pomyślą, że jest się wariatem? Jak Jerzy III.

— Królowie? — zaproponował Ford.

— Nie, nie — powiedział Artur. — Te przedmioty, z którymi rozmawiał. Jesteśmy nimi otoczeni, na miłość boską! Sam posadziłem setki. Wszystkie uschły. Drzewa! Ćwiczę, rozmawiając z drzewami… A co to ma znaczyć?

Ford ciągle jeszcze wyciągał rękę. Artur patrzył na nią, nic nie rozumiejąc.

— Uściśnij! — rozkazał Ford.

Artur wykonał polecenie, z początku niepewnie, jakby mogło się okazać, że to nie ręka, ale ryba. Potem z ulgą złapał ją mocno w obie dłonie. Ściskał i ściskał.

Po chwili Ford uznał za wskazane zabrać rękę.

Wspięli się na czubek pobliskiej skały i oglądali otaczający pejzaż.

— Co się stało z ludźmi z Golgafrinchamu? — zapytał Ford.

Artur wzruszył ramionami.

— Wielu nie wytrzymało zimy przed trzema laty — odparł — a tych paru, których zostało, powiedziało na wiosnę, że muszą mieć wakacje, i prysnęło tratwą. Historia uczy nas, że musieli utrzymać się przy życiu…

— Aha — skwitował Ford — no, no… — Wziął się pod boki i znów zaczął się rozglądać po pustym świecie. Nagle pojawiło się w nim coś energicznego i zdecydowanego. — Ruszamy — powiedział, drżąc podniecony z nadmiaru energii.

— Dokąd? Jak? — zapytał Artur.

— Nie wiem — odparł Ford — ale czuję, że nadszedł czas. Coś się szykuje. Już ruszyliśmy w drogę. — Zniżył głos do szeptu. — Odkryłem zawirowania w pianie.

Z wysiłkiem patrzył w dal i sprawiał wrażenie, że bardzo by mu odpowiadało, gdyby wiatr zwiewał mu dramatycznie włosy z czoła, wiatr był jednak zajęty nieopodal wygłupianiem się z paroma liśćmi.

Artur poprosił o powtórzenie, gdyż niedokładnie zrozumiał sens. Ford powtórzył.

— W pianie? — Artur dalej nic nie rozumiał.

— W pianie czasoprzestrzeni — wyjaśnił Ford, a ponieważ w tym samym momencie wiatr przefrunął obok, Ford wyszczerzył zęby.

Artur skinął głową, potem odchrząknął.

— Masz na myśli — zapytał ostrożnie — coś w rodzaju pralki Vogonów? O tym mówisz?

— Pojawiły się wiry w kontinuum czasoprzestrzeni.

— Aha. — Artur kiwnął głową. — Świry… A więc to oni?

Wsunął ręce w kieszenie szlafroka i spojrzał rozumnie w dal.

— Co? — zapytał Ford.

— Ee… twierdzisz, że świry coś kombinują?

Ford patrzył podrażniony.

— Mógłbyś raz usłyszeć, co mówię? — kłapnął.

— Słuchałem cały czas — odparł Artur — ale nie jestem pewien, czy to coś dało.

Ford złapał go za kołnierz szlafroka i zaczął mówić powoli, wyraźnie i cierpliwie, jakby był pracownikiem Ośrodka Rozliczeniowego Telekomunikacji.

— Wygląda na to, że… istnieje kilka miejsc… z zakłóceniami… w strukturze…

Artur patrzył głupio na tę część szlafroka, którą złapał Ford. Ford zaczął mówić dalej, zanim Artur zdążył zamienić głupie spojrzenie w głupią uwagę.

— …w strukturze przestrzeni i czasu — skończył.

— Ach, to tak… — Artur udał mądrego.

— Tak, dokładnie tak — potwierdził Ford.

Stali na jakiejś górze na prehistorycznej Ziemi i rezolutnie patrzyli sobie w oczy.

— I co to wywołało?

— Wywołało — odparł Ford — powstanie stref destabilizacji.

— Rzeczywiście? — zapytał Artur, który na chwilę przestał strzelać oczami na boki.

— Rzeczywiście — odpowiedział Ford z podobnie nieustępliwym spojrzeniem.

— To dobrze! — ucieszył się Artur.

— Rozumiesz już? — spytał Ford.

— Nie.

Przez chwilę było cicho.

— Trudność tej rozmowy polega na tym — oświadczył Artur, przybierając zamyśloną minę, która wpełzła mu na twarz powoli, jak alpinista pokonujący pełną pułapek pionową ścianę — że jest zupełnie inna od większości rozmów, które prowadziłem w ostatnim czasie. Jak ci wyjaśniałem, odbywały się zwykle z drzewami. Nie były podobne do naszej. Może poza kilkoma dyskusjami z wiązami tkwiącymi gdzieniegdzie w bagnie.

— Arturze… — ostrzegawczo przerwał Ford.

— Tak? Słucham?

— Uwierz po prostu w to, co mówię, i wszystko stanie się proste, bardzo proste.

— Trudno mi w to uwierzyć.

Ford wyjął sub-eta sens-o-matic. Wydawał on z siebie nieokreślone buczące dźwięki i słabo migotała jego mała lampka.

— Baterie się wyczerpały? — spytał Artur.

— Nie, po strukturze czasoprzestrzeni błąka się zakłócenie, wir, strefa destabilizacji i jest tu gdzieś w pobliżu.

— Gdzie?

Ford powoli poruszał przyrządem, zakreślając drżące lekko półkole. Wtem lampka zapłonęła jednostajnym światłem.

— Tam! — krzyknął Ford, wyciągając rękę. — Tam za kanapą!

Artur spojrzał we wskazanym kierunku. Ku wielkiemu zaskoczeniu zauważył, że na polu przed nimi stoi kanapa w stylu chesterfieldzkim, obita aksamitem w paisleyowskie wzory. Gapił się na nią w wysoce inteligentny sposób. Do głowy zaczęły mu przychodzić sprytne pytania.

— Dlaczego na polu stoi kanapa? — zapytał.

— Przecież ci mówiłem! — zawołał Ford, zrywając się na nogi. — Wiry w strukturze czasoprzestrzeni!

— I to ich kanapa? — dopytywał się Artur, który powoli wstawał i — jak miał nadzieję (aczkolwiek niezbyt wielką) — wreszcie zaczynał rozumieć, o co chodzi w całej historii.

— Artur! — wrzasnął Ford. — Kanapa stoi tam z powodu zakłóceń w strukturze czasoprzestrzeni, co cały czas chcę uświadomić twemu nieuleczalnie rozmiękłemu mózgowi. Została wyrzucona z czasoprzestrzeni, jest śmieciem wyrzuconym na brzeg przez fale przestrzeni i czasu. Nieważne, czyja jest — musimy ją złapać, bo jest naszą jedyną szansą, by się stąd wydostać!

Szybko zlazł ze skały i pognał przez pole.

— Złapać? — wymamrotał Artur, potem rozbawiony zmarszczył czoło, zobaczył bowiem, że kanapa odpływa w dal, ociężale podskakując.

Z okrzykiem zupełnie nieoczekiwanego zachwytu zeskoczył ze skały i podniecony rzucił się za Fordem i niedorzecznym meblem.

Biegali radośnie po trawie, podskakiwali, śmiali się, wykrzykiwali do siebie polecenia, by naganiać kanapę to z tej, to z tamtej strony. Słońce z rozmarzeniem świeciło na kołyszącą się trawę, a polne owady latały za nimi jak oszalałe.

Artur czuł się szczęśliwy. Był szalenie zadowolony z tego, że dzień przebiega wreszcie zgodnie z planem. Zaledwie dwadzieścia minut temu postanowił zwariować, a już gnał po polach prehistorycznej Ziemi, ścigając kanapę w stylu chesterfieldzkim.

Kanapa podskakiwała to tu, to tam i sprawiała wrażenie zarówno tak twardej jak drzewa, obok których szybowała, jak i eterycznej niby rozpływający się sen, gdy przenikała przez drzewa niczym duch.

Ford i Artur biegli za nią niezdarnie i bezładnie, kanapa robiła uniki i kluczyła, jakby kierowała się skomplikowaną matematyczną topografią, co było zresztą prawdą. Dalej ją gonili, a ona w dalszym ciągu tańczyła i wirowała, aż nagle zawróciła i skuliła się, jakby miała uciec poza wykres szykującej się katastrofy, ale w tym momencie prawie na niej siedzieli. Robiąc wielkiego susa i wydając gromki okrzyk, wskoczyli na kanapę. W tej chwili Słońce ześlizgnęło się z horyzontu, oni zaś spadli w otchłań pustki i nieoczekiwanie wynurzyli się na środku murawy Królewskiego Klubu Krykietowego w St. John’s Wood w Londynie, i to pod koniec ostatniego meczu mistrzostw — przeciw Australii — w roku tysiąc dziewdzięćset osiemdziesiątym którymś, gdy Anglii do zwycięstwa brakowało zaledwie dwudziestu ośmiu punktów.

Fakty, które warto zapamiętać z historii Galaktyki, nr 1 (według Popularnej historii Galaktyki „Codziennego Kuriera Gwiezdnego”):

Nocne niebo nad planetą Krikkit jest najbardziej nieciekawym widokiem w całym wszechświecie.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki