Requiem dla lalek - Cezary Zbierzchowski - ebook + książka

Requiem dla lalek ebook

Cezary Zbierzchowski

4,0

Opis

Pierwsze wydanie „Requiem dla lalek” Cezarego Zbierzchowskiego ukazało się jesienią 2008 roku, zawierało osiem tekstów o tematyce SF z lat 2002–2008 i zostało bardzo dobrze przyjęte przez czytelników oraz przez krytykę. Na szczególną uwagę, zdaniem recenzentów, zasłużyła tytułowa minipowieść oraz opowiadania „Moneta”, „Miejsce na drodze” i „Innego nie będzie”. Jednak ze względu na ograniczoną dystrybucję pierwsze wydanie nie zagościło szerzej w świadomości odbiorców,  co skłoniło nas do przypomnienia zbioru w przededniu premiery powieści SF Cezarego Zbierzchowskiego „Holocaust F”. Niniejsze wydanie zostało wzbogacone o opowiadania „Smutek parseków” i „Płonąc od środka”, pochodzące z późniejszych antologii Powergraphu, a także o niepublikowane jeszcze opowiadanie „Garcia” z 2003 roku. Teksty, w większości luźno powiązane, stworzyły podstawy świata Rammy, który stał się następnie miejscem akcji (a także „bohaterem”) najnowszej powieści Cezarego Zbierzchowskiego. W tym ujęciu  jednym z ważniejszych utworów jest krótkie opowiadanie „Bezludzie”, stanowiące bezpośrednie wprowadzenie do wydarzeń opisanych w „Holocauście F”. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 562

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Cezary Zbierzchowski

Requiem dla lalek

Warszawa 2020
Cezary Zbierzchowski Requiem dla lalek ISBN: 978-83-61187-91-2 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] COPYRIGHT © 2013-2020 Cezary Zbierzchowski COPYRIGHT © 2013-2020 by Powergraph COPYRIGHT © 2013-2020 for the cover by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKCJA: Michał Cetnarowski KOREKTA: Joanna Mika-Orządała, Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 733 50 31/32 e-mail: [email protected] www.dressler.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Innego nie będzie

„I nawet jeśli ktoś powie jakieś słowo

prze­ciwko Synowi czło­wie­czemu,

będzie mu to prze­ba­czone,

lecz jeśli będzie mówił

prze­ciwko Duchowi Świę­temu,

nie zosta­nie mu to prze­ba­czone

ani w tym życiu, ani w przy­szłym”.

(Mt 12,32)

Dzień, w któ­rym nad­szedł koniec świata, był sło­neczny i cie­pły. Pogoda w górach dopi­sy­wała całe lato. Pamię­tam, że po prze­bu­dze­niu długo patrzy­łem z okna pen­sjo­natu na zie­loną ścianę sosen pora­sta­ją­cych zbo­cze Koryni – ską­pane były w bla­sku słońca, a ciszę sierp­nio­wego poranka potę­go­wało brzę­cze­nie owa­dów. Cza­sem z pobli­skiego lasu docho­dziły krzyki ptac­twa kołu­ją­cego nad bagnami. Tego dnia o świ­cie działy się rze­czy straszne. Ci, któ­rzy prze­żyli, widzieli je na wła­sne oczy, albo czę­ściej, jak ja, na ekra­nie tele­wi­zora. Nie były one jed­nak tak medialne, jak zapo­wia­dała Biblia.

Cztery mie­siące po apo­ka­lip­sie cały świat pró­buje uda­wać, że nie stało się nic osta­tecz­nego. Twier­dzi gło­śno, że dotknęła go plaga, jakich wiele spa­dło już na ludz­kość, a z takich doświad­czeń zawsze wycho­dzi ona z dumą, pokrze­piona nową wiarą w czło­wie­czeń­stwo. Być może tylko ja, choć wyglą­dam jak klo­szard i wałę­sam się po mie­ście, rozu­miem, czego doświad­czy­li­śmy. Wra­że­nie potwor­nego osa­mot­nie­nia prze­nika mnie do głębi i nie pozwala zasnąć.

Kiedy cho­dzę po parku i przy­glą­dam się spa­ce­ru­ją­cym, czuję, że wpa­dam w obłęd. Ślady stóp na śniegu, dzieci lepiące bał­wana, twa­rze zaczer­wie­nione od mrozu… Radość z każ­dej sekundy życia, z zabawy, z wol­nego czasu, jakby nic się nie zmie­niło. Gdy­bym nawet im powie­dział, nie uwie­rzy­liby. Ktoś pod­nie­sie z ziemi bryłę lodu i pierw­szy rzuci w moją stronę. Każdy, kto wspo­mina o śmierci, uwa­żany jest teraz za bluź­niercę.

Koniec świata nastą­pił we wto­rek, dwu­na­stego sierp­nia około godziny czwar­tej rano. Ja w tym cza­sie spa­łem twardo na pro­stym drew­nia­nym tap­cza­nie i nie mia­łem o niczym poję­cia. Gdyby cie­ka­wość nie przy­gnała mnie wcze­śniej do klasz­toru pro­we­nów, żył­bym pew­nie w prze­ko­na­niu o wła­snym szczę­ściu, opła­ku­jąc dale­kich krew­nych i zna­jo­mych. Oddał­bym kilka lat życia, żeby móc to zmie­nić, ale nikt nie pro­po­nuje mi takiej trans­ak­cji.

* * *

Klasz­tor znaj­do­wał się na skraju Sve­ricy, nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści u pod­nóża Gór Stro­mych. Zanim do niego dotar­łem, klu­czy­łem długo wąskimi dro­gami, obok któ­rych co chwila otwie­rały się prze­pa­ście. Popsuta kli­ma­ty­za­cja samo­chodu chło­dziła zbyt mocno, dla­tego sta­ną­łem przed bramą kamien­nej budowli porząd­nie zmar­z­nięty u schyłku upal­nego dnia. Wal­cząc z dresz­czami i chwie­jąc się na nogach po kil­ku­go­dzin­nej jeź­dzie, musia­łem wyglą­dać naprawdę mar­nie. Jak sądzę, to wła­śnie spra­wiło, że napo­tkany zakon­nik wpu­ścił mnie do środka.

Ten sam mil­czący czło­wiek wska­zał mi drogę do celi, miesz­czą­cej się w odle­głym skrzy­dle budynku, a potem przy­niósł kola­cję. Nieco póź­niej poja­wił się siwy, pomarsz­czony na twa­rzy ojciec Sta­sys, peł­niący tu funk­cję leka­rza, i zaor­dy­no­wał leki prze­ciw prze­zię­bie­niu. Pytał, skąd jestem i czym się zaj­muję, a ja skła­ma­łem, mówiąc, że pra­cuję w fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej. Uśmiech­nął się pod nosem i usiadł na drew­nia­nym krze­śle obok stołu. Pró­bo­wa­łem pod­nieść się z łóżka, ale Sta­sys powstrzy­mał mnie gestem i podał drugi koc, żebym się lepiej okrył.

Wie­dział, że jestem dzien­ni­ka­rzem. Zakon­nicy mieli w zwy­czaju spraw­dzać, kto ich odwie­dza, więc wła­mali się do bazy danych pojaz­dów i odna­leźli reje­stra­cję mojego samo­chodu. Sta­sys stwier­dził, że moja obec­ność im nie prze­szka­dza, pod warun­kiem, że nie będę zada­wał żad­nych pytań. Ich nauka nie powinna się zna­leźć w bru­kowcu, na doda­tek zapewne w wypa­czo­nej for­mie.

Pró­bo­wa­łem prze­ko­nać go, że tra­fi­łem w to miej­sce przy­pad­kiem, ale nie chciał słu­chać. Nie wie­rzył mi. Powtó­rzył tylko, że jeśli będę chory, mogę zostać kilka dni, bo naj­bliż­szy szpi­tal jest daleko, ale zabro­nił opusz­cza­nia celi. Poka­zał nie­wielką łazienkę miesz­czącą się za ścianą i guzik nad opar­ciem łóżka, któ­rym mogłem kogoś wezwać. Potem wyszedł, zatrza­sku­jąc za sobą cięż­kie drzwi.

* * *

Usły­sza­łem szczęk zamka i od razu poczu­łem się jak wię­zień. Nie sądzi­łem, że gospo­da­rze będą trzy­mać mnie tutaj wbrew woli, ale i tak byłem wście­kły. Nie potrak­to­wa­łem serio tego, co mówiono o pro­we­nach: że naj­waż­niej­sza jest dla nich szybka i dokładna infor­ma­cja, że nie odwra­cają się od tech­niki, a wręcz prze­ciw­nie, korzy­stają czę­sto z jej osią­gnięć. Przez moją głu­potę, przez to, że przy­je­cha­łem służ­bo­wym samo­cho­dem, mogli łatwo, cho­ciaż nie­le­gal­nie, dowie­dzieć się, kim jestem. Stra­ci­łem szansę na spo­kojne wypy­ta­nie kogoś i rozej­rze­nie się po oko­licy.

Na doda­tek trzą­słem się z zimna pod gru­bym przy­kry­ciem, marząc, by następny dzień przy­niósł poprawę. Chyba zaczy­na­łem się sta­rzeć, bo kie­dyś taki wyjazd nie robił na mnie żad­nego wra­że­nia. Zasną­łem wcze­śnie, zanim na zewnątrz zro­biło się cał­kiem ciemno. Była nie­dziela, dzie­siąty sierp­nia. Do Sądu Osta­tecz­nego pozo­stało nam pra­wie pół­to­rej doby. Mia­łem kolo­rowe sny, jak zawsze, kiedy trawi mnie gorączka.

* * *

W ponie­dzia­łek rano stwier­dzi­łem z lekką kon­ster­na­cją, że gdy spa­łem, ktoś przy­niósł mi do pokoju śnia­da­nie. Spod przy­mknię­tych powiek obser­wo­wa­łem ruchy komu­ni­ka­tora, który roz­grzał się chyba jak piec od prze­sła­nych wia­do­mo­ści i prób połą­czeń. Wibru­jąc, sunął wolno po drew­nia­nym stole, aż dotarł do tale­rza, o który zaczął się obi­jać. Naro­bił przy tym pie­kiel­nego hałasu, bo i talerz, i leżąca na nim łyżka wyko­nane były z alu­mi­nium. Wyłą­czy­łem go wresz­cie, nie odczy­tu­jąc listów mru­ga­ją­cych do mnie barw­nymi iko­nami. Musia­łem się sku­pić.

Kiedy bra­łem gorący prysz­nic, a potem jadłem posi­łek i popi­ja­łem her­batę z ter­mosu, roz­my­śla­łem nad sytu­acją. Zaczęła mnie zdu­mie­wać aro­gan­cja, moja i Naczel­nego, kiedy prze­ko­ny­wa­li­śmy się nawza­jem, że zdo­będę ten mate­riał bez pro­blemu. Zakon­nicy znani byli ze swo­jego przy­wią­za­nia do inte­lek­tu­al­nych ćwi­czeń i nic nie wska­zy­wało na to, że dadzą się podejść zwy­kłemu oszu­stowi.

Naj­wy­raź­niej obaj wyzna­wa­li­śmy zasadę, że świat jest pełen głup­ców. Wystar­czy mieć przy sobie garść szkla­nych pacior­ków i mówić z prze­ko­na­niem, żeby otrzy­mać wszystko, czego się chce. Potem ze strzęp­ków infor­ma­cji układa się histo­rię, która nie­ko­niecz­nie musi być praw­dziwa, byle tylko zawie­rała kilka egzo­tycz­nych wyra­zów i spra­wiała wra­że­nie nowo­ści. Cynizm prze­żarł nas jak pleśń.

Wie­dzia­łem o pro­we­nach bar­dzo mało. Zbyt mało, żeby móc się z nimi poro­zu­mieć. Jak zwy­kle nie przej­mo­wa­łem się bada­niem sprawy mają­cej posłu­żyć do napi­sa­nia pach­ną­cej sen­sa­cją bzdury. Tym­cza­sem mogło się oka­zać, że ten wyklęty przez papieża zakon to naj­cie­kaw­szy temat, na jaki tra­fi­łem w życiu. Nawet, jeśli ich kaza­nia o końcu świata brzmiały dla mnie nie­do­rzecz­nie.

Prze­czu­cie było tak silne, że posta­no­wi­łem zro­bić wszystko, żeby pozo­stać w klasz­to­rze. Przede wszyst­kim włą­czy­łem ponow­nie komu­ni­ka­tor i, po odcię­ciu poczty oraz linii tele­fo­nicz­nych, zaczą­łem szu­kać infor­ma­cji w Syne­cie. Zale­wała mnie rzadka, obrzy­dliwa papka, ale po dwóch czy trzech godzi­nach prze­glą­da­nia ser­wi­sów dowie­dzia­łem się znacz­nie wię­cej.

* * *

Zakon ist­niał od połowy ubie­głego wieku, a jego zało­ży­cielką była Iva Palmi, dwu­dzie­sto­let­nia pie­lę­gniarka, pocho­dząca z ubo­giej rodziny. Poda­wała się za wcie­le­nie czło­wieka o nazwi­sku Prowe, poli­cjanta z Rammy, który na kilka mie­sięcy przed śmier­cią doznał serii reli­gij­nych obja­wień. Spi­sy­wał je w punk­tach i w for­mie trak­tatu publi­ko­wał ano­ni­mowo w Syne­cie.

Iva opie­ko­wała się Pro­wem, kiedy został ciężko ranny w strze­la­ni­nie. Twier­dziła, że umie­ra­jąc, prze­ka­zał jej nie tylko swoją wie­dzę, lecz rów­nież część oso­bo­wo­ści. Wyda­wało się to szyte gru­bymi nićmi i typowe dla wsze­la­kich sekt, jed­nak, zda­niem autora arty­kułu, ta pro­sta dziew­czyna miała ogromną wie­dzę, w tym rów­nież z dzie­dziny kry­mi­na­li­styki. Znała także naj­róż­niej­sze szcze­góły z życia Pro­wego oraz z powo­dze­niem pod­jęła się inter­pre­ta­cji jego tek­stu.

Pikan­te­rii doda­wał fakt, że w sprawę, jako opie­kun Ivy, zamie­szany był dosko­nale znany mediom mul­ti­mi­lio­ner i wyna­lazca, Seba­stian Brams. Zakon pro­we­nów został stwo­rzony na fun­da­men­tach jego sto­wa­rzy­sze­nia nauko­wego, które w prze­szło­ści oskar­żano mię­dzy innymi o powią­za­nia z lewi­co­wym eks­tre­mi­zmem. Sam zakon miał także kło­poty, nie tylko z Waty­ka­nem, który od początku nasta­wiony był do niego bar­dzo nega­tyw­nie, lecz rów­nież z poli­cją i taj­nymi służ­bami. Ze wszyst­kich opre­sji wyszedł jed­nak zwy­cię­sko i po około sześć­dzie­się­ciu latach ist­nie­nia na­dal rósł w siłę.

* * *

Od samego początku zarzu­cano pro­we­nom skrajne wypa­cze­nie chrze­ści­jań­skiej idei rów­no­ści. Twier­dzili oni otwar­cie, że zale­d­wie nie­wielka część ludzi dostąpi zba­wie­nia z tej pro­stej przy­czyny, iż tylko nie­liczni spo­śród nas mają duszę. Zna­la­złem wypo­wiedź Ivy, w któ­rej sza­co­wała ona, że co dzie­siąty czło­wiek jest, jak to nazwała, Domem Boga. Na doda­tek, z tych, któ­rzy otrzy­mali duszę, nie wszy­scy mieli być zba­wieni. Postę­pu­jąc wbrew takim zasa­dom, jak umi­ło­wa­nie prawdy czy dąże­nie do dosko­na­ło­ści, można było zabić w sobie boską cząstkę, czyli pla­zmat.

Nie bar­dzo rozu­mia­łem tę kon­cep­cję, ale pro­weni uwa­żali, że Bóg jest two­rem mate­rial­nym, pod­le­głym pra­wom fizyki, który żyje i repli­kuje się w ludz­kim ciele. Miała to być mate­ria samo­świa­doma, żywiąca się infor­ma­cją prze­twa­rzaną przez mózg. Z niej wziął począ­tek cały znany nam wszech­świat, a dzieło zba­wie­nia pole­gało na ponow­nym roz­mno­że­niu się Boga i, jak sądzili, wchło­nię­ciu przez niego kosmosu. Trwało ono nie­prze­rwa­nie na wszyst­kich pla­ne­tach zamiesz­ka­nych przez istoty rozumne, bo tylko w połą­cze­niu z nimi Bóg się odra­dzał.

Powoli zaczy­na­łem rozu­mieć, dla­czego przy przyj­mo­wa­niu do zakonu nie pytano o reli­gijne prze­ko­na­nia kan­dy­data, za to wni­kli­wie badano jego IQ. Pro­weni wyzna­wali zasadę, że Bóg nie może zamiesz­ki­wać umy­słu ogra­ni­czo­nego i zabu­rzo­nego, dla­tego nie tylko stu­dio­wali roz­ma­ite dzie­dziny wie­dzy, głów­nie mate­ma­tykę, infor­ma­tykę, medy­cynę i filo­zo­fię, lecz roz­wi­jali też z powo­dze­niem kilka gałęzi nowo­cze­snej psy­cho­lo­gii. Ich metody tre­nin­gowe i psy­cho­te­ra­peu­tyczne zdo­były ogromne uzna­nie, przy­czy­nia­jąc się jed­no­cze­śnie do wzro­stu popu­lar­no­ści tej grupy. Oka­zało się, że naj­lepsi psy­cho­lo­go­wie kli­niczni w ostat­nim dzie­się­cio­le­ciu nale­żeli do zakonu.

Od wielu lat nie mówiło się dużo o uczniach Pro­wego, bo pro­pa­go­wane przez nich samo­po­zna­nie i inten­sywna nauka nie miały w sobie nic atrak­cyj­nego dla mediów, nawet jeśli za tymi war­to­ściami stało prze­ko­na­nie, że tylko jedna z dzie­się­ciu mija­nych na ulicy osób ma szansę na zba­wie­nie, czy to, iż świa­do­mość czło­wieka noszą­cego w sobie pla­zmat różni się dia­me­tral­nie od jaźni ubo­giej w ducha reszty spo­łe­czeń­stwa. Wystar­czyło jed­nak, by któ­ryś z ojców zakonu napi­sał w swo­jej książce o zbli­ża­ją­cym się końcu świata, a kilka gazet i sta­cji tele­wi­zyj­nych natych­miast zain­te­re­so­wało się sprawą.

Porząd­ko­wa­łem swoją wie­dzę, pró­bu­jąc rów­no­cze­śnie zna­leźć w Syne­cie kon­tro­wer­syjny tekst o Wiel­kim Holo­cau­ście. Usły­sza­łem nagle odgłos kro­ków zbli­ża­ją­cych się do drzwi, więc wyłą­czy­łem komu­ni­ka­tor i rzu­ci­łem się na łóżko. Mia­łem nadzieję, że ojciec Sta­sys pozwoli mi zostać choć jeden dzień dłu­żej, że jesz­cze nie przy­szła na mnie pora, ale musia­łem prze­łknąć gorycz zawodu.

* * *

Było coś w tonie jego głosu, co odbie­rało roz­mówcy pew­ność sie­bie. Kiedy zapro­sił mnie do stołu i jedli­śmy wspól­nie, nie mogłem prze­rwać kło­po­tli­wego mil­cze­nia. Od razu poczu­łem, że jest to spo­ży­wana zbyt wcze­śnie ostat­nia wie­cze­rza, którą nazwa­łem w myślach ostat­nim lun­chem. Sta­sys pole­cił, żebym przy­go­to­wał się do drogi, ale nie chciał wyja­wić powo­dów tej decy­zji – stwier­dził tylko, że są ważne. Wspo­mniał wtedy o ocze­ki­wa­niu i speł­nia­ją­cym się pro­roc­twie, które pozo­sta­nie zakryte przed ludźmi. Dopiero póź­niej zda­łem sobie sprawę, że wła­śnie ten moment odmie­nił cał­kiem mój los.

Na poże­gna­nie życzył mi, by jutrzej­szy dzień oka­zał się szczę­śliwy. Nie sły­sza­łem dobrze jego słów, zagłu­szył je war­kot uru­cha­mia­nego sil­nika. Poza tym roz­sa­dzała mnie wście­kłość, któ­rej nawet nie pró­bo­wa­łem ukryć. Zosta­łem nie tylko ośmie­szony, lecz rów­nież zwie­dziony obiet­nicą pomocy, która nie miała pokry­cia. Tak wła­śnie myśla­łem, jadąc z klasz­toru w kie­runku poło­żo­nej w doli­nie Sve­ricy. W innych oko­licz­no­ściach pew­nie podzi­wiał­bym piękno gór albo wdał się z kimś w długą roz­mowę przez tele­fon, zamiast tego prze­cie­ra­łem spo­cone czoło i wpa­try­wa­łem się z wysił­kiem w szarą wstęgę szosy.

Po prze­ciw­nej stro­nie mia­steczka zna­la­złem nie­wielki pen­sjo­nat i zapła­ci­łem z góry za trzy dni, mając nadzieję, że coś wymy­ślę. Chcia­łem wypy­tać miesz­kań­ców o kon­takty z zako­nem i wyłu­skać jakieś mniej znane, istotne fakty. Moja pierw­sza próba speł­zła jed­nak na niczym. Wła­ści­cielka pen­sjo­natu, nie­młoda już kobieta, była za bar­dzo zmę­czona upa­łami, by silić się na roz­mowę. Wska­zała mi pokój na pię­trze i wyco­fała się szybko do sie­bie. Sie­dzia­łem na twar­dym, przy­kry­tym kocem tap­cza­nie, słu­cha­jąc przez ścianę krzy­ków jakie­goś dziecka i chło­dząc twarz przy małym wia­traczku. Tego dnia dałem za wygraną.

Wie­czo­rem głos Naczel­nego pobu­dził mnie bole­śnie do dzia­ła­nia. Jesz­cze ni­gdy nie sły­sza­łem w jego ustach tylu prze­kleństw i oskar­żeń o leni­stwo, nawet gdy prze­ga­pi­li­śmy mał­żeń­ską zdradę pre­zy­denta. Roz­wście­czony, kaza­łem mu iść do dia­bła, ale po tej kłótni nie potra­fi­łem się uspo­koić. Znowu zaczą­łem szpe­rać w Syne­cie i tra­fi­łem wresz­cie na ofi­cjalną stronę pro­we­nów. Inte­re­su­jąca mnie książka była, tak jak przy­pusz­cza­łem, zbyt trudna dla laika, ale zamiesz­czony na tej samej stro­nie wywiad nie­ja­kiego Wima Gebera z ojcem Danie­lem Herb­stem pomógł mi zro­zu­mieć naj­waż­niej­szą kwe­stię.

* * *

W.G.: Przez wiele lat peł­nił ojciec funk­cję rzecz­nika pra­so­wego zakonu pro­we­nów i odpo­wie­dzialny był za kre­owa­nie jego wize­runku w mediach. Skąd zatem decy­zja o wyco­fa­niu się z życia publicz­nego i poświę­ce­niu pracy nauko­wej?

D.H.: Funk­cja rzecz­nika ma cha­rak­ter prze­chodni, ponie­waż zda­jemy sobie sprawę, że wpływa ogra­ni­cza­jąco na peł­niącą ją osobę. Dotych­cza­sowy model życia nie gwa­ran­to­wał mi peł­nego inte­lek­tu­al­nego i emo­cjo­nal­nego roz­woju. Mam wra­że­nie, że dopiero od kilku lat, pro­wa­dząc mię­dzy innymi zaję­cia z ana­lizy małych grup, zaczą­łem żyć świa­do­mie.

W.G.: Czy ojciec podziela opi­nię wyra­żoną w tek­ście Luciusa Kle­ina, że tak zwany „duchowy koniec świata” nastąpi w bar­dzo bli­skiej przy­szło­ści? Czy jest to ofi­cjalne sta­no­wi­sko zakonu?

D.H.: Zakon odzna­cza się bar­dzo nikłym upo­rząd­ko­wa­niem insty­tu­cjo­nal­nym. W związku z tym trudno mówić o czymś takim, jak ofi­cjalne sta­no­wi­sko. Sta­ramy się nie narzu­cać nikomu prze­ko­nań w żad­nej dzie­dzi­nie. Jed­nak to, o czym pan wspo­mniał, jest opi­nią więk­szo­ści z nas. Do takich wnio­sków skła­niają zarówno pro­wa­dzone od bar­dzo dawna obser­wa­cje socjo­lo­giczne, jak i obli­cze­nia teo­fi­zy­ków.

W.G.: Jak naj­kró­cej okre­śliłby ojciec naturę tego zja­wi­ska?

D.H.: Sta­wia pan przede mną nie­wy­ko­nalne zada­nie. Nie da się stre­ścić pogłę­bia­nej latami wie­dzy tak, by jej nie zafał­szo­wać. Pro­szę pomy­śleć, jak wyglą­da­łoby stresz­cze­nie Kodeksu Cywil­nego w dzie­się­ciu zda­niach. A jeśli weź­miemy nawet poje­dyn­cze twier­dze­nie, pamię­tajmy, że słowa wyrwane z kon­tek­stu stają się pła­skie.

W.G.: Ist­nieje jed­nak jakieś sedno tej hipo­tezy, które da się wyra­zić bez zgłę­bia­nia wszyst­kich dodat­ko­wych sen­sów i filo­zo­ficzno-reli­gij­nych kon­tek­stów.

D.H.: Rozu­muje pan w spo­sób, który zda­niem Luciusa unie­moż­li­wia zba­wie­nie. Jest to tak zwane podzie­le­nie świata. Pró­buje pan skło­nić mnie do wycią­gnię­cia z tej teo­rii eks­traktu i wyło­że­nia go czy­tel­ni­kom, cho­ciaż bra­kuje im odpo­wied­niego punktu odnie­sie­nia. Lecz skła­mał­bym, mówiąc, że nie spo­dzie­wa­łem się tego rodzaju pytań. Świa­do­mie godzę się na nie, tak jak akcep­tuję towa­rzy­szące im trud­no­ści. Chciał­bym jed­nak naj­pierw sam zadać pewne pyta­nie.

W.G.: Pro­szę bar­dzo. Zastrze­gam sobie jed­nak prawo do krót­kiej odpo­wie­dzi.

D.H.: Pyta­nie, rzecz jasna, doty­czy kwe­stii reli­gij­nych. Mówiąc naj­pro­ściej, cho­dzi mi o pana wyobra­że­nie na temat Ducha Świę­tego. Przed tą roz­mową celowo pyta­łem wszyst­kich o wyzna­nie i pan zde­kla­ro­wał się jako kato­lik. Sądzę więc, że ma pan jakąś wła­sną hipo­tezę na temat, kim lub czym jest Duch Święty.

W.G.: Roz­cza­ruję ojca, ale nie mam wiele do powie­dze­nia w tej spra­wie. Nie należę do gor­li­wych wyznaw­ców ani do bada­czy Pisma Świę­tego. Duch Święty to część Trójcy, która wystę­puje w Biblii jako biała gołę­bica i pło­nący krzew. I dar języ­ków, któ­rego w ogóle nie rozu­miem. Kie­dyś nawet pró­bo­wa­łem zasta­na­wiać się nad tym, ale dosze­dłem do wnio­sku, że chrze­ści­ja­nie nazy­wali Duchem Świę­tym natchnie­nie czer­pane z głę­bo­kiej wiary. Albo siłę moralną, którą prze­ciw­sta­wiali zewnętrz­nemu uci­skowi.

D.H.: Otóż nic bar­dziej błęd­nego. Nie dzi­wię się, że ma pan kło­poty ze sfor­mu­ło­wa­niem jakiejś teo­rii na ten temat, że poru­sza się pan w obsza­rze kilku ste­reo­ty­po­wych wyobra­żeń i sko­ja­rzeń. To zasługa Kościoła, który, naszym zda­niem, świa­do­mie oddziela wier­nych od wie­dzy, od gno­sis.

Duch Święty to naj­waż­niej­sza postać Boga, ponie­waż jest to postać stale obecna na Ziemi. Nazy­wamy ją pla­zma­tem i, jak pan z pew­no­ścią wie, twier­dzimy, że roz­wija się w czę­ści z nas. Bóg Ojciec, czyli pier­wotny byt sprzed powsta­nia zna­nego wszech­świata, dał począ­tek mate­rii, prze­mie­nia­jąc się w nią w gwał­tow­nej reak­cji. Syn Boży, czyli Zba­wi­ciel, sta­nowi okre­sową kon­den­sa­cję pla­zmatu, która przy­spie­sza roz­wój duchowy ludz­ko­ści. Ale tylko Duch Święty, będący sumą wszyst­kich poje­dyn­czych dusz, prze­bywa tu stale i bez­po­śred­nio wpływa na nasze życie.

W.G.: W jaki spo­sób? Czy nie kłóci się to z poję­ciem wol­nej woli?

D.H.: Nie, ponie­waż dusza nie zmu­sza czło­wieka do czy­nie­nia dobra, lecz odpo­wie­dzialna jest za powsta­wa­nie w nim pew­nych potrzeb czy pra­gnień. Uwa­żamy, że naturą Boga jest infor­ma­cja, dla­tego naj­waż­niej­sza potrzeba z nim zwią­zana to potrzeba pozna­nia prawdy, dąże­nie do wie­dzy. Śmiem twier­dzić, że należy sta­wiać ją wyraź­nie przed miło­ścią, która jest tylko jedną z wielu prze­ży­wa­nych emo­cji.

Nie da się ukryć, że wcią­gną­łem pana w ten wykład po to, by naszki­co­wać tło do odpo­wie­dzi na posta­wione pyta­nie. Otóż zja­wi­sko opi­sane przez Kle­ina to odpo­wied­nik tego, co chrze­ści­ja­nie nazy­wają Sądem Osta­tecz­nym. Naszym zda­niem pla­zmat ma cha­rak­ter mate­rialny, choć umyka ludz­kiemu pozna­niu. Wraz z przy­ro­stem natu­ral­nym i roz­wo­jem inte­lek­tu­al­nym ludz­ko­ści zwięk­sza swoją obję­tość, aż do osią­gnię­cia pew­nej war­to­ści kry­tycz­nej, po prze­kro­cze­niu któ­rej oddzieli się od ciał i opu­ści Zie­mię.

Zarzuci mi pan pew­nie, że to czy­sto mecha­ni­styczne podej­ście, ale moim zda­niem to dokład­niej­szy opis tego, co nasi przod­ko­wie pró­bo­wali jedy­nie bar­dzo nie­udol­nie nazwać. Naj­więksi uczeni sku­pieni w kate­drze teo­fi­zyki potwier­dzili mate­ma­tycz­nie, że masa kry­tyczna została już pra­wie osią­gnięta i naro­dziny jed­nego dziecka, praw­do­po­dob­nie nowego Zba­wi­ciela, mogą wywo­łać reak­cję. Spo­dzie­wają się tego jesz­cze w tym roku, co, powiem szcze­rze, nawet we mnie budzi nie­po­kój.

W.G.: A zatem mamy się przy­go­to­wy­wać na koniec świata… Czy nadejdą jakieś znaki, zwia­stuny tych zmian? Czy Zie­mia ule­gnie znisz­cze­niu jak w biblij­nej Apo­ka­lip­sie?

D.H.: Tego, jak sądzę, nie wie nikt. Nawet naj­dłu­żej medy­tu­jący i naj­bar­dziej oświe­ceni człon­ko­wie zakonu nie odwa­żyli się dokład­nie zapo­wie­dzieć, co się sta­nie. Przy­pusz­czamy jed­nak, że umrą tylko nie­liczni. Świat może nie roz­po­znać końca świata, jak­kol­wiek by to zabrzmiało. Uży­wa­jąc meta­fory, powiem, że świa­tło odej­dzie wraz z tymi, któ­rzy mieli oczy. A prze­cież dla innych jego obec­ność ni­gdy nie miała zna­cze­nia.

* * *

Pro­roc­twa są jak zapałki. Gasną po chwili, a trzy­ma­jący je kur­czowo ludzie parzą sobie palce. Wystar­czy mały podmuch, prze­ciąg z uchy­lo­nego okna, by wszystko się skoń­czyło. Jed­nak co jakiś czas zapałka wypada z ręki prze­ra­żo­nego dziecka albo wyra­cho­wa­nego pod­pa­la­cza. Coś zaczyna się tlić lub od razu wybu­cha wielki pożar. Od tej zapałki płoną wyschnięte wnętrz­no­ści.

Nie mam zbyt wiele czasu, żeby zasta­na­wiać się nad swoją prze­mianą. Szu­kam jedze­nia, pil­nuję miej­sca w noc­le­gowni, bo w zimie nikt nie prze­żyje na ulicy. Czasy przed apo­ka­lipsą wydają mi się nie­re­alne, jak holo­gra­ficzne reklamy cie­płych kra­jów. Poru­szam się wolno, żeby nie tra­cić za dużo ener­gii. Ubie­ram się w przy­pad­kowe rze­czy i pew­nie też beł­ko­czę do sie­bie, ale trudno to uchwy­cić, jesz­cze trud­niej niż wła­sne chra­pa­nie.

Widzę gdzieś w ota­cza­ją­cej mnie ciem­no­ści twarz Naczel­nego, który wyrzuca mnie z pracy, w chwili gdy powi­nien paść na zie­mię i bła­gać Boga o lito­ściwą śmierć. Widzę zdzi­wie­nie komor­nika skła­da­ją­cego mi wizytę w domu, kiedy pokor­nie godzę się na zaję­cie. Oczy psy­chia­trów, dziwne uśmie­chy urzęd­ni­czek, pomarsz­czone dło­nie kucharki, któ­rymi podaje talerz cie­płej zupy. A wszystko to nie ma żad­nego zna­cze­nia.

Boję się mówić o tym, co pamię­tam, bo nikt mnie nie rozu­mie. Podobno po Dniu Sądu wielu ludzi stra­ciło zmy­sły i popa­dło w para­noję, lecz ci, któ­rych spo­ty­ka­łem, nic nie wie­dzą. Mówią coś o klą­twach, broni bio­lo­gicz­nej i najeźdź­cach z kosmosu. Aż się robi nie­do­brze od tych bzdur. Kiedy uświa­da­miam sobie, że to ja i mnie podobni kształ­to­wa­li­śmy przez dzie­siątki lat tę chorą wyobraź­nię, chce mi się śmiać. I nagle zaczy­nam rozu­mieć, że zbieg oko­licz­no­ści to złu­dze­nie, które oddziela nas od prawdy, bo wszy­scy dosta­jemy dokład­nie to, co chcemy wziąć od Boga. A raczej dosta­wa­li­śmy, zanim nas opu­ścił.

* * *

We wto­rek, dwu­na­stego sierp­nia obu­dzi­łem się wcze­śnie, kilka minut po pią­tej. Słońce prze­bi­jało przez zasu­nięte żalu­zje i ośle­piało mnie. Pró­bo­wa­łem zasnąć, ale nie­po­kój powró­cił, gdy pod poduszką zna­la­złem swój komu­ni­ka­tor. Sen zmo­rzył mnie wie­czo­rem w trak­cie prze­glą­da­nia ser­wi­sów i potem tylko jakimś cudem nie zgnio­tłem deli­kat­nego urzą­dze­nia.

W domu pano­wała cisza. Otwo­rzy­łem okno, żeby pood­dy­chać gór­skim powie­trzem i popa­trzeć na maje­sta­tyczne ciem­no­zie­lone zbo­cze. Wierz­cho­łek Koryni ginął we mgle. Gdzieś nie­da­leko musiały stać ule, bo krę­ciło się tu mnó­stwo psz­czół. Czu­łem, że za godzinę lub dwie upał sta­nie się znowu nie do wytrzy­ma­nia. Czu­łem też dziwne przy­gnę­bie­nie. Może zaczy­na­łem poj­mo­wać, że wczo­raj­sza kłót­nia z Naczel­nym gro­ziła kata­strofą. Może słowa Herb­sta poru­szyły we mnie kilka od dawna nie­po­ru­sza­nych strun.

Widok z okna, który począt­kowo dzia­łał kojąco, stał się nagle trudny do znie­sie­nia. Zało­ży­łem dżinsy i zsze­dłem cicho na par­ter, gdzie znaj­do­wała się kuch­nia. Było pusto, więc bez pyta­nia zna­la­złem jakiś kubek i zapa­rzy­łem her­batę. Wró­ci­łem do pokoju i włą­czy­łem mały tele­wi­zor, sto­jący na przy­kry­tej obru­sem komo­dzie. Wła­śnie nada­wali pro­gram infor­ma­cyjny na żywo, ale nie mogłem pora­dzić sobie z regu­la­cją głosu. Odło­ży­łem pilota i zwięk­szy­łem gło­śność za pomocą przy­ci­sków tele­wi­zora. Spi­kerka mówiła coś o zbie­ra­niu danych i panice, która zata­cza coraz szer­sze kręgi. Poka­zy­wano jakieś duże mia­sto, chyba Rammę, gdzie w spo­rym korku, nie­spo­ty­ka­nym tak wcze­śnie, prze­bi­jały się karetki na sygnale. Nie mogłem pojąć, co się stało.

* * *

Po chwili dotarło do mnie, że przez kraj prze­to­czyła się fala zgo­nów, które na razie nie znaj­do­wały wyja­śnie­nia. Ludzie umie­rali nad ranem, zazwy­czaj na udar mózgu lub inne zabu­rze­nia układu krą­że­nia. Nie­wielka grupa dotknię­tych „śmier­cią we śnie” prze­żyła, ale została cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wana. W nara­sta­ją­cym cha­osie pró­bo­wano liczyć przy­padki i nieść pomoc, sta­wało się to jed­nak pra­wie nie­moż­liwe. Na dole ekranu poja­wił się pasek z donie­sie­niami ze świata, które oka­zały się nie do przy­ję­cia. Tej nocy na całej Ziemi z nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn umie­rały dzie­siątki milio­nów ludzi.

Przed oczami migały mi coraz strasz­niej­sze obrazy. Prze­wa­la­jące się po uli­cach tłumy, pożary domów i leżące na chod­ni­kach zwłoki. Według komen­ta­to­rów miał miej­sce atak ter­ro­ry­styczny z uży­ciem jakiejś super­no­wo­cze­snej broni, praw­do­po­dob­nie pro­mie­nio­wa­nia wysy­ła­nego przez sate­litę. Wyrwani ze snu poli­tycy uspa­ka­jali, naukowcy pró­bo­wali budo­wać hipo­tezy, woj­skowi zaprze­czali. Nikt nie wie­dział, co się stało i czy to samo nie powtó­rzy się za chwilę. Wszyst­kie dzia­ła­jące jesz­cze sta­cje nada­wały wła­ści­wie iden­tyczny pro­gram. Zaczą­łem się śmiać do sie­bie, jak­bym postra­dał zmy­sły. Potem rzu­ci­łem się na łóżko i leża­łem nie­ru­chomo, słu­cha­jąc dal­szych donie­sień.

Zja­wi­sko było nie­zro­zu­miałe, bo śmierć ata­ko­wała cza­sem całe rodziny, cza­sem tylko poje­dyn­cze osoby, a bywało, że spore obszary pozo­sta­wały nie­tknięte. Wyobraź­nia zaczęła pod­su­wać mi różne obrazy. Na przy­kład widok wiel­kiego lot­ni­ska, gdzie wszy­scy pasa­że­ro­wie leżą mar­twi, albo obraz żony budzą­cej się rano obok zim­nego męża, który wie­czo­rem czuł się świet­nie i pra­so­wał koszulę do pracy. I nagle zda­łem sobie sprawę, że powi­nie­nem do kogoś zadzwo­nić, że pew­nie wszy­scy ludzie pró­bują teraz skon­tak­to­wać się z bli­skimi, a ja nie się­gną­łem nawet po tele­fon. Oka­zało się, że nikt nie był dla mnie aż tak ważny. Kiedy to zro­zu­mia­łem, coś się we mnie skur­czyło.

Zwy­mio­to­wa­łem wypitą her­batę i na trzę­są­cych się nogach zaczą­łem bie­gać po domu. Rodziny, któ­rej dziecko hała­so­wało wie­czo­rem za ścianą, nie zasta­łem. Pokój był pusty. Za to gospo­dy­nię odna­la­złem na grządce za domem. Pie­liła spo­koj­nie ogró­dek, nic nie wie­dząc o mon­stru­al­nej kata­stro­fie. Pró­bo­wa­łem jej coś wytłu­ma­czyć, ale chyba nic nie zro­zu­miała i prze­ra­ziła się głów­nie moim wyglą­dem. To nie miało żad­nego sensu, więc wyco­fa­łem się do domu. Opę­tała mnie myśl, że muszę natych­miast poje­chać do klasz­toru. Porwa­łem z pokoju torbę i pogna­łem do samo­chodu.

* * *

Sve­rica jesz­cze spała, na uli­cach nie widać było ludzi. Wyda­wało się, że śmierć omi­nęła to piękne miej­sce, bo pano­wał tu nie­po­dziel­nie sen. Prze­je­cha­łem główną aleją i nie dostrze­głem żad­nych oznak kata­kli­zmu. Na polu, za gra­nicą mia­steczka dziecko pro­wa­dziło stado krów. Szcze­ka­jący gło­śno kun­del przez chwilę ści­gał mój samo­chód.

Wyłą­czy­łem radio, w któ­rym działo się dokład­nie to samo, co w tele­wi­zji. Zamiast słu­chać tego beł­kotu, czuj­nie się roz­glą­da­łem. Kilka kilo­me­trów dalej, w poło­wie drogi do klasz­toru, zauwa­ży­łem na pobo­czu prze­wró­cony motor. Zatrzy­ma­łem się. W rowie leżał przy­kryty skó­rzaną tobą listo­nosz. Z daleka widać było, że nie upił się – jak być może miał w zwy­czaju – lecz nie oddy­cha. Przez głowę prze­bie­gła mi absur­dalna myśl, żeby ukraść jego torbę, ale zawró­ci­łem i ruszy­łem dalej. Droga pięła się pod górę, w uszach czu­łem gwał­towne zmiany ciśnie­nia, jed­nak led­wie to zauwa­ża­łem.

Kwa­drans po szó­stej sta­ną­łem przed lekko uchy­loną bramą klasz­toru, jakby ktoś zapo­mniał ją zamknąć. Prze­cią­łem nie­wielki dzie­dzi­niec i dopa­dłem do jakichś drzwi, które oka­zały się zamknięte. Następne tak samo. I następne. Klą­łem w żywy kamień, bo taka prze­szkoda wyda­wała się w tej sytu­acji zupeł­nie absur­dalna. Ludzie giną jak muchy, przy szo­sie leży mar­twy czło­wiek, a ja nie mogę pora­dzić sobie z drzwiami, bo nie znam się na niczym, oprócz pisa­nia i krę­tac­twa. Pomy­śla­łem, że bycie kimś takim jest żało­sne, że moje umie­jęt­no­ści wystar­czają tylko w sytu­acjach, które znam od lat. Poza nimi byłem bez­bronny jak dziecko.

Może to absur­dalne, że zasta­na­wia­łem się nad tym wła­śnie wtedy, ale przez głowę prze­la­ty­wały mi setki myśli. Ktoś spu­ścił je z łań­cu­cha i zacho­wy­wały się jak wygłod­niałe psy. Każda kąsała mnie od innej strony. Cztery mie­siące póź­niej wszyst­kie umarły w naj­dal­szym kącie czaszki i zastą­piła je ciem­ność, wtedy jed­nak mia­łem wra­że­nie, że roz­sa­dzą mnie od środka. Wali­łem jak osza­lały w żela­zne drzwi, aż jedne z nich ustą­piły, uka­zu­jąc wąskie przej­ście do ogrodu.

* * *

Klasz­tor wyda­wał się pusty. Ani na dzie­dzińcu, który zosta­wi­łem za sobą, ani w kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym na tyły budowli, nie dostrze­głem nikogo z miesz­kań­ców. Dwa dni wcze­śniej, w dro­dze do celi mija­łem prze­cież kil­ka­na­ście osób. Ogar­niał mnie coraz więk­szy lęk. Wsze­dłem do ogrodu, czu­jąc lodo­wate dresz­cze, wędru­jące po krę­go­słu­pie.

Ogród, oto­czony wyso­kim murem oraz skalną ścianą, two­rzył wraz z budyn­kiem coś na kształt wydłu­żo­nej ósemki. Teraz zna­la­złem się w środku więk­szej pętli. Miną­łem nie­wielki utwar­dzony plac, słu­żący zapewne do ćwi­czeń, kilka rzę­dów drzew owo­co­wych, głów­nie jabłoni i dostrze­głem jakiś ruch w dużej, poma­lo­wa­nej na biało szklarni. Ruszy­łem w tam­tym kie­runku, nie myśląc o tym, co się sta­nie, nie ukła­da­jąc w gło­wie żad­nych słów. Chcia­łem słu­chać i zro­zu­mieć wszystko do końca.

Roz­po­zna­łem jego postać, zanim się odwró­cił. Ojciec Sta­sys nie miał na sobie habitu, ubrany był w robo­cze spodnie i baweł­nianą koszulę, ale wie­dzia­łem, że to on. Pod­wią­zy­wał łamiące się pędy pomi­do­rów, a ja cze­ka­łem przy wej­ściu, aż skoń­czy. Zauwa­żył mnie po chwili, odło­żył zwój bia­łego sznurka na zie­mię i pod­szedł w mil­cze­niu. Usie­dli­śmy na kamien­nym progu szklarni i patrzy­li­śmy przed sie­bie, w stronę drzew owo­co­wych. Mogli­śmy spę­dzić tak wiele godzin, bo żaden z nas nie miał dokąd pójść.

— Cze­ka­łem na cie­bie — ode­zwał się zmę­czo­nym gło­sem. — Myśla­łem, że jeśli jesteś w pobliżu, na pewno wró­cisz tu dzi­siaj. Zosta­wi­łem uchy­loną bramę i nie zamkną­łem drzwi do ogrodu. Poja­wi­łeś się nawet wcze­śniej, niż przy­pusz­cza­łem.

— Muszę wie­dzieć, czy stało się to, o czym mówi­li­ście — powie­dzia­łem cicho, jak on. — Czy­ta­łem wasze nauki, dotar­łem do pism Kle­ina i do pierw­szego trak­tatu. Teraz wszystko wydaje mi się inne, jak­bym dopiero zoba­czył ten świat.

— Ludz­kie losy są pełne iro­nii. — Uśmiech­nął się smutno, bar­dziej do sie­bie niż do mnie. — Przez całe życie nie inte­re­so­wała cię prawda, nale­ża­łeś do tych, któ­rzy żyją z kłam­stwa i nagle jej dotkną­łeś. Dotar­łeś do Boga, w chwili gdy opusz­czał świat. Ziarno zakieł­ko­wało tuż przed nasta­niem wiecz­nego mrozu… Współ­czuję ci, naprawdę.

— Już nie ma nadziei?

— Nie ma Boga. Nadzieja pozo­stała, bo to ludzka rzecz, jak miłość i wiara. Wszystko, co znasz, nie ule­gło prze­cież gwał­tow­nej prze­mia­nie. Ludzie na­dal będą robić to, co robili do tej pory. Ale bez tych, któ­rzy ode­szli, bez obda­rzo­nych duszą, ludz­kość skar­leje i spro­wa­dzi na sie­bie zagładę. Roze­szły się drogi zba­wio­nych i potę­pio­nych, a my zna­leź­li­śmy się wśród tych ostat­nich.

— Wszy­scy moi bra­cia zmarli dzi­siaj w nocy — dodał po chwili. — Zosta­łem tu sam, ponie­waż dawno temu wyda­łem na sie­bie wyrok. Nie­speł­niona miłość i może jesz­cze zawie­dzione ambi­cje spra­wiły, że od lat czuję się tak, jak ty teraz, jakby wszystko było już poza mną. Nawet czło­wie­kowi obda­rzo­nemu duszą nie przy­cho­dziło łatwo zbli­że­nie do Boga, za to zabić go w sobie potra­fi­li­śmy na milion spo­so­bów. Cier­piąc ponad siły, nosząc w sobie poczu­cie winy, roz­pa­mię­tu­jąc porażki i roz­pacz­li­wie nie­na­wi­dząc. Dla­tego dzieło zba­wie­nia tyle trwało, i dla­tego Bóg musi szu­kać innych miejsc, by odra­dzać się dalej.

— Ale ja czuję, że jakaś Jego część pozo­stała. On teraz jest we mnie. I w ojcu też, cho­ciaż nie star­czyło sił, żeby iść za nim.

— Te strzępki pla­zmatu, które pozo­stały tutaj, nie prze­trwają bez ener­gii pły­ną­cej z cało­ści. Przy­kro mi, ale jedyne, co może cię spo­tkać, to obłęd. Twoja nie­doj­rzała dusza będzie skrę­cać się teraz w coraz więk­szym bólu, dla­tego lepiej zabij ją od razu. Jesteś w pie­kle, synu. Daleko od Boga i bez żad­nej nadziei na Jego powrót. Na ziemi pozo­stały tylko rośliny i zwie­rzęta.

* * *

Spę­dzi­łem w klasz­to­rze pra­wie cztery dni, sie­dząc w wiel­kiej sali tele­wi­zyj­nej, gdzie z ekranu nie scho­dziły donie­sie­nia o „maso­wym mor­dzie”. Wyłą­czy­łem dźwięk, bo nie mogłem znieść tego potwor­nego jazgotu. Co jakiś czas zasy­pia­łem przy dłu­giej ławie, na któ­rej leżał pokru­szony chleb i stało kilka bute­lek wody. Bałem się szu­kać innego poży­wie­nia, bo za więk­szo­ścią drzwi znaj­do­wali się mar­twi ludzie. Wyda­wało mi się nawet, że w budynku zaczyna już cuch­nąć. Sta­sys nie poja­wił się ani razu, a ja zaczą­łem wpa­dać w stan podobny do kata­to­nii.

Ze Sve­ricy zabrali mnie poli­cjanci, któ­rzy na roz­kaz władz prze­szu­ki­wali wszyst­kie sie­dziby pro­we­nów. To na nich wła­śnie padło podej­rze­nie o przy­go­to­wa­nie ataku, lecz ponie­waż pra­wie wszy­scy zmarli tej nocy, nie było kogo sądzić. Stan mojego umy­słu spra­wił, że po potwier­dze­niu toż­sa­mo­ści zosta­łem prze­wie­ziony do szpi­tala psy­chia­trycz­nego pod Seegar­dem. Gdzieś po dro­dze zgu­bi­łem swoje doku­menty, komu­ni­ka­tor i kartę samo­chodu, ale nie obcho­dziło mnie to. Bałem się tylko leków, które zaczęli mi poda­wać, bałem się, że zabiją we mnie duszę.

Po kilku tygo­dniach otrzy­ma­łem wypis, z któ­rym uda­łem się do domu. Wszystko wrzało jesz­cze po apo­ka­lip­sie, ale z wolna górę zaczęła brać codzien­ność. Nie poja­wi­łem się w pracy, więc Naczelny przy­je­chał do mnie i rzu­cił mi w twarz wypo­wie­dze­nie. Wkrótce potem musia­łem opu­ścić kupione na kre­dyt miesz­ka­nie i zastu­ka­łem do drzwi przy­tułku. Od dzie­sią­tek lat mie­ścił się przy Kościele Marii Mag­da­leny i zawsze budził moją cie­ka­wość. Nacho­dzili mnie tam krótko jacyś ludzie, ale ostat­nio prze­stali. Uznali mnie chyba za wariata.

Mam teraz wię­cej czasu na roz­my­śla­nia i pró­buję uło­żyć swoje wspo­mnie­nia w jedną całość. Sta­sys radził, bym sta­rał się zapo­mnieć, ale jesz­cze nie potra­fię. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek mi się uda. Muszę zro­bić coś z mia­zgą, która wypeł­nia moje wnę­trze.

* * *

Dwu­na­stego sierp­nia na całym świe­cie zmarło rów­no­cze­śnie ponad sto milio­nów osób. Ta liczba wydaje się ogromna, ale to zale­d­wie jeden pro­cent popu­la­cji. W miej­sco­wo­ści takiej, jak Sve­rica, która liczy stu pięć­dzie­się­ciu miesz­kań­ców, zmarł tylko jeden czło­wiek, listo­nosz. Gdyby nie tele­wi­zja i radio, nikt nie dopa­trzyłby się w tym niczego god­nego uwagi.

Śmierć zebrała naj­więk­sze żniwo wśród ludzi nauki. Umie­rali też znani pisa­rze, reży­se­rzy fil­mowi i spor­towcy. Pra­wie każda grupa zawo­dowa ponio­sła tego dnia nie­po­we­to­wane straty, ale trud­niej powie­dzieć coś o hydrau­li­kach czy szew­cach. Pewne jest nato­miast, że kata­strofa omi­nęła rządy państw i naj­wyż­szych dostoj­ni­ków Kościoła. Uznano to za dzia­ła­nie Opatrz­no­ści Bożej i wska­zówkę dla wier­nych. Świat mediów, który rów­nież cie­szył się dobrym zdro­wiem, zaro­bił na dwu­na­stym sierp­nia for­tunę.

Oczy­wi­ście pró­bo­wano usta­lić przy­czyny tra­ge­dii. Mówiono o ataku ter­ro­ry­stycz­nym lub błę­dzie popeł­nio­nym przez woj­sko pod­czas manew­rów w kosmo­sie. Kolejne auto­ry­tety wypo­wia­dały się w tej spra­wie, komen­tu­jąc, uści­śla­jąc bądź pod­wa­ża­jąc wypo­wie­dzi poprzed­ni­ków. Każdy, komu cho­ciaż raz w życiu przy­śniło się coś dziw­nego, pra­gnął wtedy zabrać głos.

Patrzę na to i z każ­dym dniem czuję się coraz bar­dziej obco. Dostrze­gam praw­dziwą róż­nicę pomię­dzy wiarą i wie­dzą, pomię­dzy tym, co oparte na poboż­nych życze­niach i domy­słach, a tym, co stwier­dzone i dowie­dzione. Pro­weni nie musieli wie­rzyć w żadne dogmaty tak, jak to czy­nią ludzie reli­gijni oraz ate­iści. Oni potra­fili zro­zu­mieć naturę swego Boga, a nawet okre­ślić jego wiel­kość czy kształt. Dla nich fizyka i bio­lo­gia sta­no­wiły źró­dło i pod­stawę całej teo­lo­gii.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki