Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Reporterki to pierwsza publikacja, która opowiada o twórczyniach literatury non-fiction.
Magdalena Wdowicz-Wierzbowska zagląda polskim reporterkom prosto w oczy. Odsłania kulisy ich niełatwego zawodu i życia prywatnego w intymnych portretach konwersacyjnych (jak nazwał ten typ przybliżania człowieka Truman Capote).
Autorki uchylają również drzwi swoich domów i pracowni, gdzie pokazują ważne dla siebie przedmioty: łuskę naboju z więzienia w Albanii, fragment łazienkowego kafla, wełniane skarpety, krzyżyk z Wambierzyc czy stary klucz do więziennej celi.
Fotografka zdążyła zapisać twarze i opowieści także tych reporterek, które już odeszły. Od 2015 roku, kiedy zaczęła projekt, zmarły: Wiesława Grochola, Irena Morawska, Lidia Ostałowska i Agnieszka Wróblewska. W książce znalazły się ich ostatnie refleksje o życiu i zawodzie.
Dwadzieścia jeden kobiet: od legend polskiego reportażu Hanny Krall i Małgorzaty Szejnert po młodsze, nagradzane autorki non-fiction – Olgę Gitkiewicz i Małgorzatę Rejmer. Tym razem to nie one zadają pytania, ale same są przepytywane, a z ich opowieści wyłania się historia gatunku, który uprawiają.
„Człowiek, który przede mną zrzuca maskę, przemienia się, ale ja też doznaję przemiany – mówi w rozmowie Magdalena Grochowska. – To obcowanie jest czasem trudne, męczące, destrukcyjne, a niekiedy odświeża mnie, ożywia i buduje, i przynosi olśnienie”.
„Ile zaskakujących rzeczy dowiedziałem się o swoich koleżankach! Reporterki to piękna opowieść o życiach spełnionych. A zarazem album fotograficzny, podręcznik reportażu oraz instrukcja, jak przeżyć w tym zawodzie, gdy się jest kobietą” – Mariusz Szczygieł
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 253
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdalena Wdowicz-Wierzbowska REPORTERKI
Wydanie pierwsze, Warszawa 2025
Copyright © Magdalena Wdowicz-Wierzbowska, 2025
Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2025
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
REDAKCJA
Kinga Gałuszka
KOREKTA
Agnieszka Tabor
PROJEKT GRAFICZNY, SKŁAD I ŁAMANIE
Magdalena Wdowicz-Wierzbowska
PRZYGOTOWANIE ZDJĘĆ
Jan Jędrzejczyk
ISBN 978-83-66778-87-0 (EPUB); 978-83-66778-88-7 (MOBI)
Wydanie elektroniczne 2026
Wydawnictwo Dowody
Imprint Fundacji Instytut Reportażu
Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa
www.dowody.com
[email protected], [email protected]
Autorka jest stypendystką
Funduszu Popierania Twórczości
Stowarzyszenia Autorów ZAiKS
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dedykacja
Od Autorki
Magdalena Grzebałkowska – Nie wytrzymałam i się wzięłam
Krystyna Kurczab-Redlich – Ciągle mi Rosjanie wchodzą do książek
Helena Kowalik – Przyspawało się gdzie indziej
Magdalena Grochowska – Życie zwielokrotnione
Irena Morawska – Z siebie
Barbara Pietkiewicz – Nigdy nie wiedzieli, co ze mną zrobić
Iza Michalewicz – Przekuwać w światło
Wiesława Grochola – Trochę mnie słowa niosły
Hanna Krall – Nikt nie widział, ja widziałam
Joanna Szczęsna – Trzeba zostawiać ślady
Angelika Kuźniak – Słuchanie obrazów
Barbara Seidler – Bajbus, Bas, Barbara
Aleksandra Gumowska – Azję masz u siebie
Lidia Ostałowska – Doświadczenia ludzkie, nie reporterskie
Małgorzata Rejmer – Ja to i tak zrobię, bo po prostu powinnam
Maria Wiernikowska – Własna struna
Katarzyna Surmiak-Domańska – Plan A, B i C
Agnieszka Wróblewska – Nie tylko o człowieku
Olga Gitkiewicz – No dobra, a jak ja chcę?
Ewa Winnicka – Epicentrum wszechświata i zderzenie kultur
Małgorzata Szejnert – To nie ja ich nauczyłam
Podziękowania
Dla Janka, który nie wątpi.
Na jednym ze spotkań o książce 100/XX Antologia polskiego reportażu XX wieku przygotowanej przez Mariusza Szczygła zobaczyłam Barbarę Seidler. Zapragnęłam ją sfotografować. Trwało spotkanie, a ja myślałam tylko o tym, że chciałabym zrobić zdjęcie. Wróciłam do domu i napisałam o tym Mariuszowi, który w odpowiedzi przysłał mi listę nestorek polskiego reportażu, z uwagą, że każda z nich na pewno opowie coś ciekawego. I tak, wymieniając maile w środku nocy, doszliśmy do wniosku, że to jest temat dla mnie. Prawie do rana nie zmrużyłam oka. Czułam, że to będzie coś wielkiego.
Odwiedzałam bohaterki w ich domach, bo tak najbardziej lubię portretować ludzi – w prywatnej przestrzeni, gdzie czują się swobodnie i gdzie najłatwiej zbliżyć się do drugiego człowieka. Albo przynajmniej spróbować.
Najpierw były rozmowy. W obecności Reporterek inaczej wręcz nie wypadało. „Nocny plan” zakładał, że przyniosę nie tylko zdjęcia – obrazom miało towarzyszyć słowo. Więc pytałam, jak umiałam: o reportaż i drogę do niego, o bohaterów, o przedmioty, które coś szczególnego dla nich znaczą. I o to, co się w tym wszystkim liczy najbardziej. W ten sposób – myślę, że nie tylko mnie – o wiele łatwiej się później fotografuje.
Dość szybko projekt rozrósł się o młodsze pokolenia. W latach 2014–2022 odwiedziłam dwadzieścia jeden reporterek. Każde spotkanie było dla mnie niezwykłą przygodą. Część z nich ma swój ciąg dalszy, niektóre przerodziły się w bliższe znajomości. Wiele się nauczyłam, sporo dowiedziałam. O pracy i pisaniu, ale też o życiu po prostu. Cieszę się, że mogę się tym podzielić. Tym bardziej, że w ostatnim czasie odeszło kilka z moich znakomitych rozmówczyń.
Za wszystko, co mnie spotkało, czuję ogromną wdzięczność.
Dziękuję Oldze Gitkiewicz, Wiesławie Grocholi, Magdalenie Grochowskiej, Magdalenie Grzebałkowskiej, Aleksandrze Gumowskiej, Helenie Kowalik, Hannie Krall, Krystynie Kurczab-Redlich, Angelice Kuźniak, Izie Michalewicz, Irenie Morawskiej, Lidii Ostałowskiej, Barbarze Pietkiewicz, Małgorzacie Rejmer, Barbarze Seidler, Katarzynie Surmiak-Domańskiej, Joannie Szczęsnej, Małgorzacie Szejnert, Marii Wiernikowskiej, Ewie Winnickiej i Agnieszce Wróblewskiej.
Pianino
Mogłabym być pianistką, to marzenie mojego dzieciństwa. W rodzinie nie mieliśmy żadnego muzyka, nie było nas stać na instrument, nie poszłam do szkoły muzycznej. Dopiero gdy zaczęłam pracę w „Dużym Formacie”, kupiłam sobie pianino i przez dwa lata brałam lekcje. Miałam też pożyczone skrzypce, bardzo dobrze mi szło.
Ale jak bym mogła nie być reporterką?!
Oszczep
Są czasami takie szczęścia w życiu, że się ma sąsiada, na przykład dziennikarza, i on odkrywa w tobie talent. Ja musiałam wszystko sama. Nie było nigdy nauczyciela, który by powiedział: „Dziecko, ty masz talent aktorski”. Bo najbardziej chciałam być aktorką... Chodziłam nawet do koła teatralnego, które prowadził facet, złośliwy i cyniczny. Gnoił nas. A ja byłam wtedy strasznie zakompleksiona i... nieprzekonana o sobie. Raz kazał nam zagrać zawody sportowe tylko pantomimą. Zaczęłam udawać, że rzucam oszczepem – jemu się skojarzyło seksualnie i to skomentował. Matko, jak on mnie wtedy zawstydził... Tak mnie speszył, że stwierdziłam, że do żadnej szkoły teatralnej nie idę. Poza tym powiedział, że seplenię. A przecież to się da wyćwiczyć... Nie wierzyłam w siebie. Miałam też wtedy chłopaka, który mówił, że jego przyszła żona nie będzie aktorką, a byłam już z nim zaręczona. Powiedziałam: „No dobra...”. Może i lepiej. Może bym grała ogony?
A może byłabym Danutą Stenką, kto wie?
Bogowie
Lubiłam pisać, ale żeby ktoś to czytał. Widać, że parcie na scenę jednak miałam. Pisanie zawsze we mnie było, tylko wydawało mi się, że dziennikarze to bogowie. Jedna pani w naszej klatce pracowała w „Wieczorze Wybrzeża”. Więc jeździłam z nią windą na dziesiąte piętro, żeby stać koło prawdziwego dziennikarza.
A mieszkałam na trzecim.
Fruuu
Ktoś z rodziny dał mi znać, że jego znajomy jest naczelnym „Głosu Wybrzeża”. Wzięłam swoje teksty i poszłam na spotkanie. Ubrałam się tak, jak moim zdaniem dziennikarz wyglądać powinien: dżinsy, marynarka w pepitkę, fajna, angielska, z lumpeksu, i okulary zerówki. Wydawało mi się, że dziennikarz musi mieć okulary. Włosy związałam do tyłu jak Agnieszka z Człowieka z marmuru. Facet wziął plik artykułów, przekartkował tak fruuu... i powiedział: „Dobra, jesteś przyjęta. Robię cię naczelną nowego dodatku dla młodzieży »Głos Młodych«. Na przyszły tydzień zorganizuj tu wszystko”. Więc kupiłam brystol, farbki, rozrysowałam plakaty, powiesiłam na wszystkich uczelniach: „Studencie, jeśli chcesz być dziennikarzem – przyjdź!”. Na spotkanie przyszło jakieś siedemdziesiąt osób. Szczena mu opadła.
Diamencik
W tylu miejscach pracowałam... W liceum – sklep papierniczy. Układanie ołówków, gumeczek, piór, rewelacja. Do dzisiaj mam mistyczne przeżycia, gdy wchodzę do jakiegoś papierniczego. Godzinami mogę się tam kręcić i dotykać każdej rzeczy. I chociaż ołóweczek sobie kupić, z diamencikiem na czubku.
Potem pracowałam w sopockim kasynie, ale nie jako krupierka – brałam pod uwagę moje zdolności matematyczne – tylko recepcjonistka. To było siedem miesięcy dziwnego doświadczenia na początku lat dziewięćdziesiątych. Różnych ludzi poznałam: a to Nikoś, a to Pershing, świętej pamięci obaj. Ale nie dało się ciągnąć na dłuższą metę studiów dziennych i pracy nocnej, bo o szóstej wracałam, a o ósmej były zajęcia. No to zaczęłam sprzątać u ludzi. Jak Kobieta pracująca z Czterdziestolatka – „żadnej pracy się nie boję”.
Archiwum
Jestem pierwszą osobą w rodzinie, która skończyła studia. Wybrałam historię, bo nie lubię matematyki i ona mnie nie lubi. A historia to była jedyna rzecz, która przychodziła mi bez problemu, której się nie trzeba uczyć. Czytasz i wiesz.
Na pewno byłabym świetną nauczycielką historii, taką zaangażowaną, która jak uczy o bitwie pod Grunwaldem, to przynosi na lekcję dwa nagie miecze. W ogóle jestem dobra z dziećmi, bo pamiętam, jak to jest być dzieckiem. Ale bałam się, że ten zawód mnie wypali, więc – nie mając o tym zielonego pojęcia – wybrałam specjalizację archiwistyczną. Co mi się dzisiaj bardzo przydaje w pracy dziennikarskiej.
Uwielbiam to, co robię. I nienawidzę tego!
Kto lubi pisać?
Uważam, że mam najlepszą pracę na świecie. Chociaż kiedy piszę, to jej nienawidzę. Jak ktoś mnie pyta, co jest najgorsze w pisaniu, to mówię, że pisanie. Usiąść do białej kartki lub białego ekranu? Kto to lubi? Za to kiedy już się napisze... co za przyjemne uczucie! Chyba dla tej adrenaliny to robię.
Czasami sięgam do mojej książki, gdy już mam dystans, i z ciekawości czytam, co tam jest... Ale tylko pojedyncze kawałki. Całości nie, w życiu! Co za nuda, przecież wiem, jak to się skończy. Otwieram przypadkowy fragment i myślę: „Boże, ja to napisałam...?”. W ogóle tego nie pamiętam i uważam, że to jest beznadziejne i mogło być o wiele lepsze.
Pisanie to jest fizyczna mordęga. Kolejne słowa to flaki wyrywane z siebie. Ale jeśli już wejdziesz w rytm, to się nie zastanawiasz nad każdym zdaniem. Jacek Hugo-Bader pisze w czapce, bo tak przy tym marznie. Ja też. Przecież mózg traci kalorie, męczy się, biedny mózg.
Umiejętność
Wszystkie książki, które napisałam, a nie jest ich tak wiele, wzięły się z nienawiści do pisania książek. Oprócz pierwszej [Ksiądz paradoks. Biografia Jana Twardowskiego – red.]. Ja i ksiądz Twardowski? To nie był mój pomysł: zwróciło się do mnie Wydawnictwo Znak. Myślałam, że może chodzi im o Magdę Grochowską, bo zdarzało się, że nas mylono. Ktoś mi kiedyś gratulował jej reportażu, biografii Giedroycia też, cieszyłam się bardzo.
Ale wtedy chodziło o mnie. Pomyślałam: „Najwyżej mi się nie uda, o Jezu...”. To była pierwsza książka, więc nie było strachu. Napisałam, spodobała się i świetnie, ale następna to już na emeryturze. Twardowski mnie wykończył. Czułam jego starcze dłonie na szyi, jakby mnie dusił. Znak zaczął składać kolejne propozycje. Na nic się nie godziłam. Niektóre były łatwe i popowe, więc w prosty sposób przyniosłyby mi dużo pieniędzy. Ale Hugo-Bader mawia: „Jak jest łatwe, to jest głupie”. Też tak uważam.
Najważniejsza umiejętność: umieć ściągać od kolegów najlepsze cytaty i zapamiętać.
M. Sz.
Kiedy Znak podrzucił mi temat o Beksińskich, zadzwoniłam do Małgosi Szejnert: „Małgosiu, co o tym sądzisz?”. Ona na to: „Supertemat”. Ma intuicję.
Przy Beksińskich było tak: dwa tygodnie siedziałam przed ekranem, migał tylko kursor. Nic nie szło, kompletnie. Potem zaczęłam i od razu jej wysłałam. Oddzwoniła natychmiast po przeczytaniu i powiedziała, że zaczyna się jak encyklopedia. Czy ja na pewno chcę napisać encyklopedię o Beksińskich? Ta jedna rozmowa wszystko mi przestawiła w głowie.
Szczygieł też ma taką moc – od razu widzi reportaż. Ty dochodzisz do tego etapami, a on natychmiast widzi całość. Brakuje tylko, żeby przelał to z głowy na papier. Mówię mu: „Mam taki temat, zebrane to i to, i nie mogę sobie poradzić”. „Napisz tak i tak, zrób to i to”. „To jest świetne, ale nie moje. W życiu nie pozwolę sobie, żeby to wykorzystać”, odpowiadam. „Taki fajny pomysł ci wymyśliłem i go zmarnowałaś”.
Chcę powiedzieć, że czasami ktoś może ci otworzyć jakąś klapkę w mózgu. Czasami potrzeba jednego słowa.
Szczęście
Reporter musi mieć mistrza. Naprawdę miałam szczęście, młodsi nie będą go mieli: Małgorzata Szejnert, Mariusz Szczygieł, Paweł Goźliński, praca w „Gazecie Wyborczej”.
Na początku Małgosia odrzucała mi teksty po dziesięć razy. Ile łez, o Boże, ile łez... No i tak się człowiek wykuwał. Życzę każdemu początkującemu reporterowi na świecie, żeby trafił na własnego mistrza, na kogoś, kto go ukształtuje.
Dwanaście razy
Po napisaniu Beksińskich [Beksińscy. Portret podwójny – red.] znów powiedziałam sobie: koniec. Ale Paweł Goźliński zapytał, czy chciałabym napisać cykl reportaży o roku 1945. „Super, to nie jest żadna książka, tylko reportaże, czyli coś, co robię na co dzień” – ucieszyłam się.
To była najtrudniejsza praca, jaką wykonywałam do tej pory. Dwanaście razy musiałam się uczyć osobno – i o Japończykach, i o Hiszpanach, i o Związku Radzieckim, i o łagrach, i o Żydach, i o powstaniu... Obiecywałam sobie, że potem przez pół roku będę odpoczywać. Miałam się wziąć od października, ale nie wytrzymałam i się wzięłam od września. Wcale nie odpoczęłam, nie umiem tego robić.
Niteczka
Mój system pisania jest morderczy. Najpierw zbieram, zbieram, zbieram i w ogóle nie odsłuchuję nagranych rozmów, zupełnie nic. Na książkę przypada średnio sto pięćdziesiąt wywiadów. Próbuję złapać tę pierwszą niteczkę, czyli kogoś, kto znał bohatera, a ten ktoś znał jeszcze kogoś i potem to już łańcuszek ludzi dobrej woli. Tak to idzie: kropka za kropką. Połączysz je i wychodzi portret.
Drugim torem biegnie szukanie źródeł. Trochę w bibliotekach, trochę w papierach, trochę w archiwach. I jeżdżenie, za granicę też, łapanie jakichś ludzi, rozmowy z nimi. I stresik: uda się, nie uda, nagra się, nie nagra. To jest fajne życie, trochę hazardowe.
Lista
Gdy już nazbieram, to siadam. I odsłuchuję – to jest zabójcze. Potem zamykam się na werandzie i piszę – to też zabójcze. Siedzę po dwanaście godzin. Dziecko nogą odtrącam, gdyby nie mąż, to nic bym nie zrobiła.
Nie lubię pisać na brudno, tylko od razu na czysto. W strzelaniu, które przez cztery lata trenowałam, jest coś takiego jak strzały próbne. Nigdy tak nie robiłam, tylko ustawiałam broń i od razu do celu. I piszę, aż napiszę. Patrzę przez okno, świat się zmienia, a ja siedzę i stukam w klawiaturę. Żeby uratować siebie, w trakcie robię listę ważnych rzeczy „po napisaniu”, których potem prawie nigdy nie realizuję. Ale to mnie trzyma przy życiu.
Zelig
Mam bardzo głęboko posuniętą zdolność mimikry, sięga prawie syndromu Zeliga, tego z Woody’ego Allena. Zelig stoi obok ortodoksyjnego Żyda i staje się jak on. Też to mam: kiedy rozmawiam z Żydem, to mam pejsy, kiedy ze skinem – łysą głowę. To jest doskonała cecha dla reportera, bo szybko potrafię znaleźć coś wspólnego, otworzyć człowieka.
Twarze
Siedzę u bohatera, rozmawiamy, coś się tworzy. Wywiad to jest intymna rozmowa dwóch dusz. Oko w oko. Ale zaraz biegnę do dwudziestu innych ludzi. Niestety, relacja, jeśli nie jest podsycana, zamiera. Jest parę osób, ale naprawdę niewiele, z którymi przyjaźnię się do dzisiaj.
Na nieszczęście mam taką przypadłość, na którą cierpi wielu z nas, reporterek i reporterów, że z powodu wielości twarzy spotkanych w życiu nie poznaję ludzi. To jest straszne dla człowieka – jesteś u niego parę razy, pijesz herbatę, gadasz z jego dziećmi, on ci się zwierza (wiadomo, że reporter wyciąga z ludzi najgłębsze rzeczy), a potem, kurde, nie poznajesz go na ulicy. Jakie to musi być dla niego przykre! A mnie jest zawsze tak głupio...
Szarutek
Wydaje mi się, że trzeba polubić swojego bohatera. Moi byli fajni, więc miałam łatwo. Beksińscy, Twardowski, Komeda. Trochę tylko trudniej z tym ostatnim, bo gdy pytałam ludzi, jaki był, słyszałam, że milczek. „Szarutek” – mówił Jerzy Gruza, reżyser. Niebywale trudno napisać książkę o szarutku.
Komeda jest jednym z bohaterów książki Komeda. Osobiste życie jazzu, oczywiście głównym, ale to książka o jazzie i o całym tamtym środowisku. Okazało się, że bardzo mało o nim napisano. Zakochałam się w tym temacie i kupiłam sobie na premierę sukienkę na halkach z lat pięćdziesiątych, czyli z czasów, kiedy rodził się polski jazz.
Nie odpuściła mi
Od każdego bohatera coś biorę. Od Komedy – jazz. Przez trzy lata, gdy pisałam, słuchałam tylko tego. Teraz sięgam nawet po trudniejsze kawałki. Od Zdzisława Beksińskiego – sztukę; od Tomasza – film, bo oglądałam wszystkie, które tłumaczył. Beksińscy w ogóle nie byli mroczni. Oprócz tego, że było tam morderstwo i samobójstwo, to ciągle się chichrałam przy tej książce.
Pewnie i z Wojenki coś mam i z 1945. Boję się wojny, nigdy się nią nie interesowałam, ale mi nie odpuściła i powiedziała: „Musisz się o mnie dowiedzieć”. W ten sposób jakoś ją oswoiłam. Tylko od Twardowskiego nie wiem, co wzięłam, bo poezji nie pokochałam.
Ogień emocji
Są we mnie dwa bieguny. Jestem reporterką od dwudziestu paru lat, umiem działać z materią tak, żeby się nie poparzyć. Wiem, jak postępować z ogniem emocji – wzbudzić go w czytelnikach, ale samej nie wpaść w depresję. Być może gdzieś spycham emocje i one kiedyś wybuchną. Niektóre koleżanki twierdzą, że jak najbardziej nadaję się na psychoterapię.
Przymiotniki
Kiedy siadam do pisania, muszę być jak zimny głaz, odsunąć emocje. Jeśli wychodzą w trakcie, to dobrze, ale nie można skrapiać łzami klawiatury, wzruszać się tym, co się napisało, bo chyba to świadczy o grafomanii. Oczywiście przy 1945 ryczałam non stop. Przecież giną albo dzieciaki, albo zwierzęta. A losy żydowskich dzieci w Otwocku? Koszmar. No i się szlochało. Ale potem trzeba łzy otrzeć i pisać.
Gdy się płacze, to pisze się przymiotnikami. A one zabijają reportaż. No, oczywiście może być na przykład „czerwony” – to jest jakiś tam odsłów, albo srosłów, nie znam się na tym. Nienawidzę gramatyki, kompletnie z nią leżę. Ale wiem jedno, że przymiotnik jest wtedy, gdy odpowiada na pytanie: „jaki?” I tego się staram unikać.
Byle jak
Słomiany zapał – szybko zrobić, szybko skończyć, byle jak – musiałam w sobie zwalczyć. W reportażu nie można robić byle jak. Ale pośpiech i to tempo mi zostały. Ciągle chcę robić coś innego, nie lubię wracać do tematów.
Trzeba
Najważniejsza cecha w tym zawodzie: dobrze pisać.
Trzeba mieć do tego dryg albo się tego nauczyć. Trzeba umieć słuchać, musiałam się wprawić, bo jestem gadatliwa. Trzeba być uczciwym, bezwzględnie. Ktoś, kto wymyśla, koloryzuje, nie jest reporterem. Ciekawskim trzeba być, wścibskim. I trzeba stawiać granice, których nie można przekroczyć. Żal mi tych wszystkich biednych dziennikarzy z „Faktu” czy „Super Expressu”, bo nie znają granic.
Cud boży
Do książki 1945 bardzo chciałam porozmawiać z szabrownikiem. To trudne, bo kto się dziś przyzna, że był szabrownikiem. Siedziałam w kawiarni „Gazety Wyborczej” z dziewczynami z „Wysokich Obcasów” i głośno się użalałam, że nie mogę nikogo znaleźć. Potem poszłam się użalać do Pawła Goźlińskiego. Była u niego Karolina Oponowicz, redaktorka, której nie znałam, widziałam ją tylko wcześniej w kawiarni. Słyszała mnie (a jakże!), ale wstydziła się podejść. Cud boży, że ona poszła do tego Pawła! Bo jej babcia była szabrowniczką. Co za zbieg okoliczności! Jestem niewierząca, ale uważam, że to Pan Bóg nas połączył.
Zwykła robota
Reporter powinien być niewidoczny, schowany za swoim warsztatem. Nie dostrzegam żadnego mistycyzmu w tej pracy, nie unosi się nade mną żadna muza. To jest zwykła rzemieślnicza robota. Reporter nie jest nikim wielkim. Jest wart tyle, ile warta jest jego następna książka. To, co napisałaś wcześniej, nie jest już twoje. Tak uważam. Owszem, to wszystko uczy warsztatu, sprawności, ale za każdym razem, kiedy siadasz do pisania czegoś nowego, to jest to jedna wielka niewiadoma. Poza tym skończone dzieło nigdy nie jest tak doskonałe, jak sobie wyobrażałaś.
I tralala
Dostałam ostatnio Śląski Wawrzyn Literacki. Bardzo miła nagroda, bo od czytelników, więc zaszczyt, honor i tralala.
Fajnie jest dostać nagrodę, ale nie ma ona żadnego wpływu na moją pracę. Nagroda za mnie napisze? Statuetka siądzie i to zrobi? Ja muszę.
Jeśli tylko zaczniesz myśleć: „Nooo, teraz to stworzę arcydzieło! Dostałam już pięć złotych medali...”, to trzeba będzie wszystko skasować. W ogóle mnie to nie niesie... żadnego wiatru w skrzydła nie dodają mi nagrody.
Enklawki
Ogromnie lubię spotkania autorskie, to sama przyjemność. Bardzo się staram wypaść jak najlepiej, bo szczerze podziwiam ludzi, którym się chciało w jakiś listopadowy, deszczowy dzień wyjść z domu, dotrzeć do biblioteki i słuchać baby z Sopotu, która przyjechała opowiadać o swojej pracy. Biblioteki – czy to w dużych, czy w małych miastach – to wyjątkowe miejsca, enklawki, zawsze wyjeżdżam podbudowana. Te uśmiechy ludzi albo na przykład jakiś człowiek zaśnie... i potem najgłośniej bije brawo. To jest rozczulające.
Ktoś mi powiedział, że podobno ludzie wcale nie zasypiają, tylko słuchają z zamkniętymi oczami.
Słaba silna, silna silna
Gdy pracuję nad książką, nie biorę się do wątków pobocznych. Ale któregoś dnia zadzwoniła Ewka Winnicka i mówi: „Słuchaj, robimy podcast »Jak się starzeć bez godności«”. Zewsząd tylko słyszymy, że mamy wyglądać młodo i pięknie. A my chcemy być sobą. Ale co to znaczy? Czy być sobą, to zrobić sobie botoks, czy jednak zmarszczki są OK, czy może wstrzyknąć kolagen i mieć usta jak glonojad? Ja na przykład ciągle się odchudzam albo nie odchudzam, zależy, na jakim etapie mnie przyłapiesz. Przy Twardowskim schudłam, przy Beksińskich utyłam, przy 1945 byłam gruba, a potem się odchudziłam. Czasami mam słabą silną wolę, a czasami silną silną wolę.
Najważniejsze
Trudno tęsknić za czymś, czego nie masz, ale mnie się dziecko śniło. Dla mojego dziecka zrobię wszystko. Nic nie stoi ponad nim, pisanie też nie. Patrząc realnie, to ważne, żeby była równowaga: mieć i pracę, i dziecko... Ale nie uważam, że wszyscy powinni być rodzicami. To tylko moja perspektywa.
Nie jestem mamusią, która mówi, że miłość do dziecka uskrzydla, nie. Ono zmienia wszystko, wcale nie na lepsze, bo tracisz wolność. Rodzicielstwo to jest dziewięćdziesiąt procent strachu i dziesięć procent przyjemności. Ale przywiązanie do dziecka to jest coś niesamowitego.
Tośka
Mówię do niej: „Tośka, jak ciebie uszczęśliwi praca na kasie w Biedronce, to proszę bardzo. Dobrze, jakbyś wcześniej skończyła studia, bo wtedy masz większy wybór w życiu. Ale jeśli chcesz studio paznokci – otworzymy ci studio paznokci, chcesz być fryzjerką – proszę bardzo”. Ktoś mi kiedyś powiedział, gdy jeszcze była mała i chodziła na karate i mnóstwo różnych zajęć, że jak będzie nastolatką, to przestanie. Odpowiedziałam, że nie ma takiej możliwości, moja córka na pewno będzie miała jakąś pasję. No to teraz ma: Instagram i TikTok. Ale trudno, trzeba to przejść. Ja za nią życia nie przeżyję. Dla mnie jest najważniejsze, żeby była szczęśliwa.
●
To kafelek z Jeleniej Góry. Z Jasnej Góry. Nie! Słuchaj, nie pamiętam, jak się to miejsce nazywa, niestety. Ale można w książce znaleźć. Podłóż serwetkę, bo mój mąż zaraz odkryje ryski na stole. Pojechałam szukać wakacyjnych śladów księdza Twardowskiego – na przykład do wsi, gdzie spędzał wakacje w dzieciństwie. Był tam dom jego wuja, piękny drewniany dworek, ale został zburzony, zapadał się. Gospodarstwo należy teraz do rodziny pani Genowefy. I pani Genowefa, w kapciach w kwiatki, zaprowadziła nas tam, gdzie rosła już teraz góra chaszczorów.
W jednym miejscu leżały stare płytki, już porozsypywane. Z podłogi w łazience, podejrzewam – cementowe przedwojenne kafelki. No i wzięłam sobie na pamiątkę taki jeden kafelek. Chodziły po nim bose stópki przyszłego księdza.
Potem odkryłam, że w tej wsi ksiądz był może raz, że wakacje w ogóle gdzie indziej spędzał. I to było takie moje odkrycie reporterskie.
Mam jeszcze jedną cenną rzecz – po Beksińskich. Stała na wierzchu, tylko schowałam, kiedy robiliśmy remont, żeby się nie zgubiła i teraz nie wiem, gdzie jest... Tomek Beksiński przeżył katastrofę samolotu. Na pokładzie była też dziewczyna, Asia, miała wtedy dziewiętnaście lat. Odnalazłam ją w Słupsku. Niesamowita osoba, która poczuła, że dostała drugą szansę, i zaczęła robić w życiu niezwykłe rzeczy. Lata na paralotni, wspina się w górach, podróżuje, tylko nie wsiada do samolotów Ale w zeszłym roku poleciała, bo bardzo chciała się wspiąć na Kilimandżaro.
Kiedyś z Mont Blanc czy z jakiejś innej góry przywiozła trochę kamyków z samego szczytu. I ludziom, na których jej zależy, daje jeden, z certyfikatem, ładnie zapakowany, w pudełeczku po pierścionku. Przyjechała na spotkanie autorskie na promocję Beksińskich, przywiozła mi go na pamiątkę, to było wzruszające. Byłam bardzo dumna, że dostałam od niej taki prezent. Na pewno kiedyś go odnajdę.
Magdalena Grzebałkowska (ur. 1972)
Jej domeną są reportaże historyczne oraz reporterskie biografie literackie. Przez wiele lat związana z „Gazetą Wyborczą”. Nominowana do najważniejszych nagród literackich i dziennikarskich, w tym: Nagrody Literackiej Nike za książkę 1945 (Nike Czytelników) i Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia. Laureatka między innymi Grand Press, Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej czy Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego. Współautorka (z Ewą Winnicką) podcastu Jak się starzeć bez godności.
Fajna biblioteczka, ale ani jedna książka więcej się tu nie zmieści...
O Jezu, to jest dramat. No, idą w dwa rzędy, a potem znajdź którąś... Ta konstrukcja nie jest przymocowana do ściany, moim zdaniem kiedyś się zawali i będzie mega muka. Mój mąż twierdzi, że jest stabilna, ponieważ książki na maksa ją obciążyły. Tośka ma zakaz podchodzenia blisko. Ale wiesz co, ja bym chciała, żeby się zawaliła. To będzie masakra, ale mąż wreszcie zobaczy, że miałam rację.
Wydaje mi się, że półki się trochę uginają...
Bo to zwykłe ikeowe szafki. Ale przede wszystkim powinnam to wszystko poukładać – może alfabetycznie? Gatunkami? Jakoś. Byłam tak wściekła, że nie mamy tej biblioteczki, i pudła tyle stały, że wrzucałam książki gdzie popadnie. Błąd. Poprzednio reportaż był osobno, powieść osobno, coś tam osobno. A teraz to się wymieszało.
Tam pod oknem stoją plakaty, które ciągle mam w planie powiesić – symetrycznie, bo jestem symetryczna. Tak ładnie, nad kanapą, między tymi dwiema lampkami. No, ale ścianę boli... Mój mąż jest układaczem, jeszcze nigdy niczego nie powiesił na ścianie, a znamy się osiemnaście lat. Także niech stoją...
