Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 01.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
ŚWIAT SŁUŻB SPECJALNYCH, GDZIE PRAWDA I FAŁSZ TRACĄ SWOJE ZNACZENIE, A CZŁOWIEK JEST TYLKO TRYBIKIEM W MACHINIE. Kapitan ABW Kamil Wicha to najbardziej poszukiwany człowiek w kraju. Odpowiadał za ochronę kontrwywiadowczą programu badań nad komercjalizacją i przemysłową produkcją grafenu. Zdradził. Zbiegł. Zabójstwo szefa zespołu badawczego i zniknięcie dysków, na których przechowywano wyniki badań, wskazują ewidentnie na jego winę, jednak Wicha z jakichś powodów prowadzi z ukrycia swoją grę ze wszystkimi. Wciąga w nią brata bliźniaka, Adriana, który podejmując ją, staje się ofiarą zamachu. Ich tropem podąża Marius, nieuchwytny „Cień”, eliminujący wszystkich, którzy mogliby im pomóc zbliżyć się do prawdy. Czy Wicha rzeczywiście jest zdrajcą, renegatem, czy może jednak realizuje zadanie, do którego wykonania go wyznaczono?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 429
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Marek Stelar, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: © Mariusz Banachowicz
Redakcja: Anna Rozenberg
Korekta: RedKor Agnieszka Luberadzka, Olga Smolec-Kmoch
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-418-7
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Ojcu – za spacery z psem, smażenie boczku, oglądanie „Crime Story”, sklejanie modeli: za to wszystko, czego nie mieli bracia Wicha. Wojtkowi – za „umówione miejsce”, naparzanie się „toporgami” i trzymanie za ręce w szpitalu
Marius poczuł, że za chwilę upadnie.
Zostało mu do pokonania tylko kilka stopni. Stracił sporo krwi, czuł zawroty głowy i tępy, pulsujący ból w biodrze, który prawie uniemożliwiał mu poruszanie. Jeszcze trzy... Dwa... Ostatni. Kod do drzwi. Ocierając rzęsisty pot z czoła, wbił palcem wskazującym lewej dłoni cztery cyfry. Prawa ręka zwisała niemal bezużyteczna, bo kiedy tylko nią ruszył, odzywał się koszmarny ból w okolicach pachy, w miejscu, gdzie przeszła druga kula. Usłyszał brzęczyk, naparł na drzwi ramieniem i wszedł do kliniki. Światło w lobby zapaliło się automatycznie. Dotarł do windy, wjechał na drugie piętro, przypatrując się swojej bladej, spoconej twarzy widocznej w wielkim lustrze na ścianie kabiny. Pół minuty później był już w gabinecie. Białe światło zalało pomieszczenie, Marius zamknął drzwi, oparł się o nie i osunął na posadzkę. Nie mógł teraz zemdleć. Jeszcze nie. Najpierw musiał sprawdzić rany, zatamować krwawienie, opatrzyć się i zaaplikować sobie coś przeciwbólowego. Odpoczął kilka minut, które były równocześnie sekundą i całą wiecznością. Wstanie z podłogi sprawiło mu ogromną trudność i przysporzyło jeszcze więcej bólu. Zacisnął mocno szczęki i poczuł, jak dolna proteza odkleja się od dziąsła. Wypchnął ją językiem i wypluł, potem zrobił to samo z górną, pomagając sobie najpierw palcami. Zgięty wpół doczłapał do blatu, nad którym wisiał rząd białych szafek ze szklanymi, matowymi frontami. Otworzył je gorączkowo, czując, że jeszcze chwila, a będzie za późno. Nie dbając o porządek, wyrzucił na blat roboczy pudełka z ampułkami i buteleczki ze środkami odkażającymi. Przygotował igły, nici i Octenisept, ale najpierw zaaplikował sobie zastrzyki przeciwbólowe. Potem zgarnął wszystko do bluzy trzymanej jak fartuszek, usiadł na fotelu, przysunął asystor i położył na nim leki. Jęcząc przez zęby zaciśnięte z bólu, zdjął bluzę, potem lekko zsunął z bioder spodnie i obejrzał się dokładnie.
Miał dwie rany postrzałowe, to wiedział na pewno. Pomijając ryzyko zakażenia, nie były groźne dla życia, to też już wiedział, za to bardzo bolesne. Jedna kula weszła tuż pod pachą, ominęła wszystkie kości i wyszła fałdem skóry z tyłu ramienia. Miał szczęście. Drugi pocisk był rykoszetem. Trafił najpierw w skraj kamizelki kuloodpornej, a następnie spenetrował ciało, uderzając w talerz kości biodrowej i zostając niezbyt głęboko pod skórą. Tu był większy problem.
Marius musiał obejrzeć ranę dokładniej, żeby sprawdzić, czy kula naruszyła kość i czy jej odpryski w niej nie zostały. Trzeba było rozciąć skórę. Ostrzyknął okolice rany lidokainą, poczekał, aż środek zacznie działać, wziął skalpel i delikatnie naciął skórę. Ssakiem odessał krew i rozsunął brzegi nacięcia, żeby przyjrzeć się dokładniej zniszczeniom, jakie poczynił pocisk, który wciąż tkwił w ciele. Pęsetą wyjął zdeformowany kawałek metalu i wrzucił go do nerki leżącej na asystorze. Ponownie oczyścił ranę ssakiem, odkaził ją i zaszył. Potem podstawił lusterko i to samo zrobił z raną wlotową pod pachą. Z tyłu nie mógł sobie zrobić tego sam, nie mógł też liczyć na niczyją pomoc, na ślepo zakleił więc otwór po pocisku szwami plastrowymi, licząc się z tym, że w tym miejscu pozostanie mu niezbyt ładna blizna. Miał szczęście, że kula nie naruszyła większych naczyń, przez co krwawiłby jak zarzynany wieprzek.
Miał naprawdę dużo szczęścia.
Po pierwsze dlatego, że to były lekkie rany. I tak cud, że z tylu kul wystrzelonych w czasie całej operacji trafiły go tylko dwie. Po drugie, że miał możliwość zoperowania się sam. Kilkadziesiąt lat temu radziecki chirurg, lekarz na stacji antarktycznej, wobec perspektywy śmierci z powodu zapalenia wyrostka robaczkowego dokonał operacji jego wycięcia na samym sobie. Teraz Marius zrobił mniej więcej to samo. Nie mógł przecież jechać do szpitala, bo pierwsza rzecz, jaką zrobiliby na SOR-ze, to zawiadomienie policji.
Musiał teraz odpocząć. Potrzebował naprawdę dużo odpoczynku. Na razie nie miał dokąd iść, tu było najbezpieczniej, przynajmniej do końca weekendu. Potem się zobaczy. Umościł się wygodniej w fotelu. Oddychał spokojnie i miarowo, usiłując oczyścić umysł ze wszelkich myśli, wyjałowić go na jakiś czas i nie martwić się teraz tym, co będzie później.
Nawet nie zauważył, jak wyczerpany zasnął kamiennym snem. Nie przeszkadzało mu nawet zapalone światło. Obudził go jakiś chrobot przy drzwiach. Odruchowo spojrzał na smartwatcha; było po dwudziestej trzeciej. Zamarł w bezruchu. Bezszelestnie zsunął się z fotela, dopadł włącznika, zgasił światło, wcisnął się w miejsce między fotelem a ścianą i niemal przestał oddychać. Czekał. Chrobot zamierał i rozlegał się znowu: ktoś majstrował przy zamku. To była zwykła zapadka zwalniana sygnałem z czytnika karty magnetycznej, więc ktoś po drugiej stronie drzwi uznał, że wystarczy numer z kartą kredytową albo cienką blaszką czy śrubokrętem i metoda siłowa. Kiedy zamek puścił, drzwi uchyliły się lekko i posadzkę gabinetu liznęła cienka smuga światła padającego z dizajnerskich kinkietów na korytarzu. Rozszerzyła się, kiedy nocny gość popchnął skrzydło, otwierając je na oścież.
Marius szybko ocenił zagrożenie: widoczny na tle prostokąta światła mężczyzna był niski i raczej drobnej postury, co mogło ewentualnie działać na korzyść Mariusa w przypadku walki wręcz. Ale tamten miał również broń, a automat Mariusa został w samochodzie pod kliniką. Tu, w gabinecie, nie miał nawet broni krótkiej. Nie było więcej czasu, musiał improwizować.
Intruz przekroczył próg i wyciągnął rękę, na oślep szukając włącznika światła. W drugiej dłoni tkwił złowrogi kształt broni przedłużonej monstrualnym tłumikiem. Marius, leżąc bez ruchu pod ścianą, odczekał, aż tamten odnajdzie włącznik i zapali światło. Jego blask oślepił na chwilę nieproszonego gościa i Marius wykorzystał ten moment idealnie. Kiedy przybysz zrobił krok naprzód, Marius zacisnął bezzębne dziąsła, przygotowując się na ból, i wierzgnął, kopiąc go od tyłu w łydki, tuż pod kolanami. Potężne uderzenie niemal zmiotło mężczyznę z nóg. Odchylił się, jego ciało na ułamek sekundy zawisło nad ziemią niemal poziomo, a potem zwaliło się z hukiem na posadzkę. Towarzyszyło temu głuche stuknięcie, kiedy jego czaszka uderzyła w terakotowe płyty, natychmiast pozbawiając go przytomności.
Marius uspokoił oddech i otarł z czoła pot. Zauważył, że z rany pod pachą znów zaczęła płynąć krew, ale na razie musiał to tak zostawić.
Przysunął się bliżej nieprzytomnego mężczyzny i zaczął mu się przypatrywać. Człowiek, który przyszedł go zabić, był drobnym, wychudzonym, ubranym niedbale Chińczykiem. Wyglądał, jakby nie dojadał, ale prawie na pewno wynikało to z zażywania narkotyków albo palenia opium. Nie był młody. Uwagę Mariusa zwrócił tatuaż wyłaniający się spod skraju podkoszulki; kiedy ją podciągnął, zobaczył resztę i wtedy miał już pewność. Leżący na podłodze musiał być byłym członkiem Ah Kong, chińskiego gangu pochodzenia singapurskiego, podobnego w schemacie organizacyjnym do triad, operującego w Tajlandii oraz w Holandii, głównie w Amsterdamie.
Marius dostał kiedyś zlecenie na jednego z członków syndykatu, już w czasach upadku Ah Kong pod koniec pierwszej dekady tego wieku. Wiedział teraz, kto mógł posłużyć się gangsterem do pozbycia się jego, Mariusa. Akurat tu i akurat teraz.
Czang.
Ale musiał mieć pewność. Kiedy kilka minut później Chińczykowi zaczęła wracać świadomość, Marius był już gotowy. Ręce i nogi jego niedoszłego zabójcy były spętane, a biodra i głowa przytwierdzone taśmą naprawczą do siedziska i oparcia fotela dentystycznego w taki sposób, że napastnik nie miał żadnej możliwości ruchu. Marius siedział obok niego na taborecie, za plecami mając wszystko, czego potrzebował do rozmowy.
– Kto cię przysłał? – zapytał po angielsku.
Chińczyk patrzył na niego bez zmrużenia powiek. Na jego wąskich ustach błądził lekki uśmieszek, jakby go to bawiło. Marius pokiwał głową, wziął strzykawkę z krótką igłą i wbił mu ją z wprawą w jedną z żył na szyi. Niezbyt głęboko. Uśmieszek zszedł Chińczykowi z ust. Nie był gotowy na coś takiego, z pewnością. Teraz Marius się uśmiechnął, widząc zezujące oczy usiłujące objąć spojrzeniem jego ruchy.
– Musisz wiedzieć, że niektóre zabiegi stomatologiczne przeprowadza się w pełnej narkozie, a ja opowiem ci teraz w skrócie, jak działa znieczulenie ogólne – powiedział spokojnie. – Lek znieczulający podawany pacjentom przed operacją składa się z kilku komponentów, które znoszą świadomość, ból, odruchy i zwiotczają mięśnie. Podaje się je w określonej kolejności, różnymi metodami, zawsze tak, by było to bezpieczne i komfortowe dla pacjenta. W strzykawce wbitej w twoją szyję jest pankuronium. Lek, który go zawiera, jest jednym z tych komponentów i służy wyłącznie zwiotczeniu. Znosi przewodnictwo nerwowo-mięśniowe, co oznacza, że mięśnie, również te oddechowe, nie reagują na polecenia płynące z mózgu. Kiedy ci go wstrzyknę, w ciągu kilku minut umrzesz. Udusisz się, będąc świadomym wszystkiego, co się z tobą dzieje. Nie ma chyba gorszej śmierci, którą można zadać równocześnie w tak sterylny i niewymagający późniejszego sprzątania sposób. Nie będziesz krzyczał, nie będziesz się wił ani ruszał; nie będziesz w stanie. Nie otworzysz ust, nie nabierzesz oddechu, nie zaciśniesz dłoni w pięści, nie zrobisz nic, a potem umrzesz. Ale te minuty będą dla ciebie wiecznością. W drugiej strzykawce mam neostygminę, która jest używana do wspomagania przywracania przewodnictwa nerwowo-mięśniowego. Jeśli nie powiesz mi teraz, kto cię przysłał, użyję pierwszej strzykawki, tej, którą masz już w żyle, poczekam chwilę i użyję drugiej. Kiedy już dojdziesz do siebie, powiesz mi to na pewno, uwierz mi, zrobisz wszystko, by ponownie uniknąć tego strasznego doświadczenia. Powiesz mi, ale ja jeszcze raz użyję pierwszej strzykawki i poczekam, aż umrzesz. Rozumiesz? Masz tylko jedną szansę i masz ją teraz.
Chińczyk patrzył na niego z jakimś stoickim spokojem, jakby pogodzony z tym, co go spotkało i co najprawdopodobniej spotka w ciągu następnych kilku minut. Mariusa od zawsze fascynowało to niezwykłe opanowanie wobec rzeczy ostatecznych, jakie prezentowali ludzie Wschodu.
– I tak mnie zabijesz – wyszeptał Chińczyk spokojnie.
– Być może. – Marius pokiwał głową. – Ale jeśli mi powiesz, co chcę wiedzieć, na pewno nie zrobię tego w taki sposób, bo nie jestem potworem. Poza tym ja nie podjąłem jeszcze decyzji, czy cię zabić czy nie, a twoja śmierć nie jest koniecznością dla realizacji moich planów. Wciąż więc masz szansę. Kto cię przysłał? – zapytał go znów.
Chińczyk zamknął na chwilę oczy i przełknął ślinę; Marius patrzył, jak grdyka mężczyzny rusza się w górę i w dół.
– Nazywa się Li Zhao – powiedział w końcu.
– Z Berlina? – upewnił się Marius.
– Tak.
Wyciągnął igłę z nabrzmiałej żyły i odłożył strzykawkę poza zasięgiem wzroku Chińczyka. W cylindrze nie było żadnego leku, bo Marius nie przeprowadzał w swoim gabinecie zabiegów pod narkozą wymagających bezwzględnie obecności anestezjologa. Ale Chińczyk nie musiał o tym wiedzieć. Marius popatrzył na niego i się uśmiechnął.
– I to lubię. Współpraca. Pomogłeś właśnie sam sobie, wiesz?
Sięgnął za siebie po wielki kłąb waty. Pokazał go Chińczykowi, odwracając jego uwagę, potem bez słowa strzelił dwa razy z jego własnego pistoletu z tłumikiem w tułów, pod żebrami, prosto w serce, i natychmiast przyłożył watę do jego boku. Zerkając obojętnie w zachodzące mgłą oczy swojej ofiary, dociskał krwawy ochłap, w jaki zmienił się opatrunek, czekając, aż niewydolne w wyniku tamponady serce przestanie pracować i tłoczyć krew na zewnątrz ranami wlotowymi. Po minucie włożył watę pod koszulkę trupa, dla pewności owinął kilka razy jego tułów taśmą naprawczą i zapiął kurtkę. Udało się; prawie nie było krwi, nie licząc kilku dużych kropel na białym gresie, którym wyłożona była podłoga. Następnie Marius przeciął taśmy, którymi wcześniej unieruchomił Chińczyka w fotelu, i ściągnął go z niego. Ciało upadło na posadzkę z głuchym hukiem.
Teraz musiał jeszcze wynieść je z gabinetu, a potem jakoś się go pozbyć. Zbierając siły, wyciągnął telefon i wpisał podane przez Chińczyka nazwisko w pasek wyszukiwarki. Już pierwszy rekord dał mu pewność: na zdjęciu ze spotkania chińskich i niemieckich dyplomatów w Berlinie był Czang.
Marius uśmiechnął się do siebie. Attaché kulturalny ambasady Chińskiej Republiki Ludowej Li Zhao. Skrzywił się, kiedy ból przypomniał o sobie krótkim dźgnięciem pod pachą. Marius schował telefon. Postanowił odpocząć. Zrobił sobie zastrzyk z pyralginy, wypił pół litra wody, potem zgasił światło, po omacku doszedł do fotela, usiadł na nim i pilotem obniżył oparcie niemal do poziomu. Mimo bólu ćmiącego w miejscach obu postrzałów zasnął prawie natychmiast.
* * *
Kiedy Marius otworzył oczy, było już jasno. Zerknął na smartwatcha, który pokazywał równo południe. Przetarł powieki i dochodząc do siebie, utkwił wzrok w panelach sufitu. Ból znów zaczynał dawać o sobie znać. Wciąż leżąc, odsunął opatrunki i sprawdził szwy. Były w porządku, choć trochę zaniepokoiło go zaczerwienienie wokół rany na biodrze, ale miał nadzieję, że to efekt urazu, a nie zakażenia. Był też głodny, co uznał za dobry objaw.
Zsunął się z fotela i jego wzrok padł na ciało leżące u stóp. W całym gabinecie czuć było woń nieświeżego mięsa. Włączył klimatyzację, ustawiając temperaturę na szesnaście stopni, i dla pewności lekko uchylił okno, pozwalając świeżemu powietrzu dostać się do środka. Starł krople krwi, które ominął wczoraj, założył kurtkę tylko na jedno ramię, drugie chowając pod jej połą, i wyszedł z gabinetu.
Korytarze niedużej kliniki, w której dzierżawił gabinet, były puste. Przyłożył kartę do czytnika i wyszedł przed budynek, kierując się w stronę najbliższej Żabki. Była niedziela, inne sklepy zamknięte, a musiał kupić jakieś zapasy jedzenia i picia. Oprócz pieczywa, jogurtów i wędlin wziął również izotoniki i napoje energetyczne. Czekało go sporo pracy. Po drodze wyciągnął z samochodu ciepły koc i zabrał go ze sobą. Kiedy wrócił do siebie, zjadł nieduży posiłek, popił go Red Bullem i pomarańczowym izotonikiem. Potem sprawdził w komórce wiadomości.
Każdy z portali informacyjnych pisał o strzelaninie pod Emowem dokładnie to samo, bo każdy dysponował dokładnie tymi samymi informacjami. Szczątkowymi i przeważnie nieprawdziwymi. Według nich zginęło dwóch funkcjonariuszy ABW oraz przypadkowy mężczyzna przejeżdżający tamtędy skuterem. Jedna osoba z ostrzelanego samochodu była ranna, ranny został również zamachowiec i prawdziwości tej ostatniej informacji Marius mógł być pewny jak cholera. Zastanawiał się tylko, skąd dziennikarze to wiedzieli. Zakładał też, że tą ranną osobą był Jedynka, czyli Adrian Wicha, nie wiedział tylko jak ciężko. Miał stuprocentową pewność, że poza funkcjonariuszem, którego zabił na szosie, z ludzi przebywających w samochodzie trafił wyłącznie kierowcę, więc obrażenia Wichy musiały być efektem uderzenia w drzewo. Ten, który go postrzelił, siedział z tyłu i tego Marius nie przewidział. Był przekonany, że funkcjonariuszy ABW będzie góra dwóch. Za kolejną rzecz, która odpowiadała prawdzie, uznał informację, że w pobliżu miejsca napadu znaleziono vana z oznakowaniem służby drogowej. Sam go tam zostawił. Reszta to spekulacje i domniemania.
Marius odłożył telefon i westchnął.
Nie udało mu się. Nie wykonał zlecenia porwania Wichy i dostarczenia go Czangowi alias Zhao. Był zbyt zmęczony i obolały, żeby myśleć teraz, co dalej, więc dał sobie z tym na razie spokój.
Nie patrząc na trupa, znów zaległ na fotelu, owinął się w koc i zasnął. Potrzebował jak najwięcej odpoczynku. Kilka minut później z letargu wyrwał go dźwięk telefonu, ale nie jego. Obojętnie spojrzał w dół i znów zamknął oczy. Następnego sygnału już nie słyszał.
* * *
Obudził się późnym wieczorem w dużo lepszej formie. Zapobiegliwie łyknął Panadol i Ibuprom, i zjadł kolację. Miał wilczy apetyt, organizm walczył i potrzebował dużo energii. Włączył telewizor, który zwykle służył mu po prostu do odciągnięcia uwagi pacjentów od przykrości związanych z zabiegami, przełączył go w tryb kablówki i popijając energetyki zagryzane pszennymi bułkami i parówkami, obojętnie oglądał jakiś durny film. Myślami jednak był daleko. O północy zdecydował, że czas zabrać się do pracy. Miał co prawda jeszcze trochę czasu, ale brakowało mu już ruchu, a i tak nie miał nic innego do roboty.
Chińczyk był sztywny jak manekin. Stężenie pośmiertne zmieniło go w ponad półtorametrowy klocek i Marius musiał coś zrobić, jeśli chciał go jakoś wynieść do samochodu. Używając podłokietników fotela jako dźwigni, przełamał kończyny w stawach. Potem zrobił to samo z biodrami. Teraz trup był jak marionetka, której poprzecinano sznurki, i Marius mógł przynajmniej zarzucić sobie jego ramię na kark, objąć wpół i spróbować iść. Zrobił próbę, jęcząc z bólu i czując, jak przed oczami latają mu czarne płaty. Nie miał wyjścia, musiał zacisnąć zęby i zrobić, co trzeba, przecież nie mógł go tu zostawić.
Odłożył ciało na fotel, powyłączał światło, klimatyzację i telewizor, potem uchylił drzwi gabinetu i w półmroku rozpraszanym nikłym światłem padającym z korytarza powtórzył manewr z trupem. Tym razem było lepiej, wiedział, czego się spodziewać: jakiego ciężaru i jakiego bólu. Wyszedł na korytarz i jakimś cudem zdołał zatrzasnąć za sobą drzwi. Zjechał windą na parter i kiedy już zmierzał do tylnego wyjścia, nagle usłyszał okrzyk:
– Halo!
Zatrzymał się. Serce z wysiłku niemal wyskakiwało mu z piersi. Odwrócił się spokojnie i spojrzał na człowieka, który szedł ku niemu, lekko kulejąc. Pan Edek, dozorca pilnujący kliniki i przyległości. Emerytowany kolejarz po wypadku, którego pamiątką była krótsza o trzy centymetry lewa noga.
– Panie Mariuszku? – zapytał zdziwiony Edek. – Co pan tu robi o takiej porze?
Marius oparł trupa o siebie, przytrzymując ciało, by nie osunęło się na podłogę. Musiał odpocząć.
– Dobra, panie Edku, ma mnie pan – sapnął. – To mój pacjent, nielegalny imigrant. Ktoś tych biednych ludzi musi leczyć. Nie żebym był święty, bo przecież nie robię tego za darmo, ale nikt nie musi o tym wiedzieć, rozumiemy się?
– Panie Mariuszku kochany, pan się nie martwi, ja nic nikomu... A co mu się stało? Co on tak śmierdzi?
– Musiałem go wziąć do siebie, bo tam u nich na miejscu to warunki polowe, a on miał już zgorzel. Źle zareagował na znieczulenie. Odleciał mi na fotelu, więc chcę go jak najszybciej odwieźć do swoich, żeby jakby co, nie było na mnie. Najgorsze, że ta zgorzel gazowa pękła i smród okropny.
– Aaa, jasne! Po co się pan tak o niego martwi, kto by tam żałował jakiegoś żółtka. – Dozorca machnął ręką. – Pomóc panu zatachać go do samochodu?
– Nie, nie! – Marius podniósł lekko głos. – Nie chcę pana w to mieszać. To wyłącznie mój problem.
– Ale nie ma sprawy, naprawdę! Co… Co pan robi?
– Tu, panie Edku, ma pan gratyfikację za wykazaną czujność. – Marius chwycił ciecia za spoconą dłoń i wcisnął mu w nią sto euro.
– Panie Mariuszku, ale naprawdę nie trzeba!
– Trzeba, trzeba. – Marius pokiwał głową. – Pan weźmie, przyda się, święta zaraz przecież.
– No tak, święta. – Edek zmarkotniał.
– Sam pan widzi. – Marius uśmiechnął się i ten uśmiech kosztował go mnóstwo sił. – Nie spotkaliśmy się dzisiaj, panie Edku, co?
– Nie wiem, o jakim spotkaniu pan mówi. – Cieć wzruszył ramionami i odwrócił się, rzucając jeszcze tylko: – Spokój był i cały czas czytałem albo kimałem w dyżurce. I niech się pan nie martwi o monitoring. Padł w zeszłym tygodniu i zarządca jeszcze jakoś nie miał czasu się tym zająć. Dobranoc, panie Mariuszku.
Edek zniknął za rogiem korytarza, a Marius pomyślał, że to wyjaśniało, dlaczego dozorca nie zauważył wczoraj Chińczyka włamującego się do kliniki. Po prostu nie widział go na monitorach w swojej kanciapie, bo były wyłączone. Kiedy Marius dotarł z wiszącym mu na ramieniu trupem do wyjścia, okazało się, że Edek traktował swoje obowiązki raczej niechlujnie. Był weekend, w klinice nie pojawiali się pacjenci, lecz obchód jak najbardziej należał do tych obowiązków, a okazało się, że ochroniarz od wczoraj nie zauważył zniszczonego zamka drzwi wejściowych.
Marius lubił, kiedy sprzyjało mu szczęście.
Dziesięć minut później, kosztem ogromnego wysiłku, trup był już wciśnięty na tylną kanapę, która w sportowym Audi jest tylko jej namiastką i przypomina ją nieco wyłącznie wyglądem, a nie rozmiarami. Teraz Marius musiał się pozbyć ciała i wiedział już, jak to zrobi.
* * *
Druga w nocy z niedzieli na poniedziałek to dobra pora dla wszelkiej maści przestępców, zwyrodnialców i ich ciemnych sprawek. Dla ludzi takich jak Marius. Najlepsza na przemieszczanie się z trefnym towarem. Na przykład trupem z tyłu auta.
Marius uważał, że właśnie teraz jest najmniejsze ryzyko: balangowicze odsypiali weekend, bo rano musieli wstać do pracy, a w związku z tym drogówka miała mniej roboty z wyszukiwaniem potencjalnych pijaków za kółkiem. Na mieście było mniej taksówek, prawie w ogóle ludzi, przynajmniej jak na warszawskie warunki. Nie jeździły karetki, bo nikt nie rozbijał sobie głów i nosów ani nie wpadał hulajnogą pod samochód. Dlatego Marius zdecydował o pozbyciu się zwłok właśnie teraz. Jechał w kierunku Wisły niespiesznie i zgodnie z przepisami, żeby nikogo nie prowokować, marszczył nos od smrodu, jaki wydzielał martwy od prawie doby Chińczyk. Jednocześnie wybierał numer, pod który musiał w końcu zadzwonić.
Marius nie przejmował się porą. Podejrzewał, że człowiek, który przedstawił mu się jako Czang, odebrałby telefon od niego, nawet będąc w łóżku z kobietą, jakakolwiek pora by to nie była. Nie mylił się, Chińczyk odebrał po dwóch sygnałach, ale Marius nie dał mu nawet dojść do słowa.
– Bardzo szybka reakcja, gratuluję. Tylko że człowiek, którego pan po mnie przysłał, nie żyje, pewnie pan się zorientował po tym, jak nie odbierał telefonu. Miał tragiczny wypadek – poinformował sucho.
– Znał ryzyko. – Odpowiedź padła dopiero po kilku sekundach. – To teraz ma pan problem, Marius. Co z nim zrobić?
– Poradzę sobie.
– Ciekawe, czy pana matka również sobie poradzi z tą całą sytuacją. Pewnie siedzi w fotelu w swoim segmencie przy Limperslaan w Nieuwegein i jak zwykle ogląda powtórki „Zomergasten”?
– Możliwe. Z matką łączyła mnie jedynie pępowina. To było dawno temu. Nie tędy droga.
– Nie szarżowałbym tak na pana miejscu. Nie wie pan, jakie siły za mną stoją.
– Wiem, panie Zhao. Wiem to dobrze.
Zapadła cisza. Marius czekał.
– Radzę panu nie dzielić się z nikim tą wiedzą. – To nie był głos, to był warkot.
– Nie zamierzam. Przypominam panu, że jestem profesjonalistą, cokolwiek pan sobie teraz o mnie myśli. Krótko: podczas ostatniego zabiegu zostałem ranny. Obawiam się, że przez jakiś czas nie będę w stanie operować.
Marius wciąż posługiwał się stomatologiczną nomenklaturą ustaloną na początku współpracy. Nie było już tylko Dwójki: Oleszczuk nie żył. Adrian Wicha wciąż był „Jedynką”, jego brat Kamil – „Kłem”, a twarde dyski z danymi badań nad grafenem, które miał odzyskać, „Implantami”.
– Wiem, że jest pan ranny, wszyscy o tym wiedzą, a polskie służby sprawdzają każdy szpital i prywatną klinikę. To dla mnie nieistotne. Rezygnujemy z pańskich usług. Potrzebowałem kogoś dyskretnego, a nie człowieka, o którym huczy cały kraj, a nawet Europa. Jest pan spalony. Gdyby pan się nie zorientował, ten ktoś, kto pana odwiedził, przyniósł wypowiedzenie naszej umowy.
Marius jakby go nie słyszał.
– Powiem panu, jaką mam propozycję, i albo pan ją przyjmie, albo nie – powiedział zdecydowanie. – Nie jestem spalony. Nikt nie zna mojej tożsamości, nie ma możliwości powiązania mnie z tymi zdarzeniami. To po pierwsze. Po drugie: potrzebuję trochę czasu na wylizanie się z ran. Są dość powierzchowne, ale minie kilkanaście dni, zanim dojdę do formy. A potem znów zajmę się sprawą.
– Zdarzeniami, mówi pan... A ja powtarzam panu: niczym pan się nie zajmie, Marius. Jedynka leży w szpitalu, strzeżony dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie wiadomo, czy się wyliże. A ja nie mogę sobie pozwolić na kolejny eksces w pana wykonaniu. To koniec.
– Łatwo pan się poddaje, panie Zhao.
– Nie pański interes. Już nie.
– Niech mi pan pozwoli dokończyć, dobrze? To wcale nie musi być koniec. Czy jest inna możliwość dotarcia do kogoś, kto jest związany z poszukiwaniami Kła i Implantów?
Do tej pory plan zakładał, że taką osobą jest Jedynka.
Zhao milczał przez chwilę, a Marius wiedział, że zastanawia się nad tym, co zrobić. Chińczyk nie miał w Polsce nikogo, kto miałby takie możliwości zaangażowania się w sprawę jak Marius, o czym dobitnie świadczyła nieudana wizyta nocnego gościa wciśniętego na tylną kanapę jego samochodu. A właściwie jego narodowość. Marius był jego jedyną szansą. Kiedy Zhao głęboko westchnął prosto do telefonu, Marius wiedział, że wygrał.
– Moje źródło jest blisko, bardzo blisko, ale teraz jeszcze bardziej muszę je chronić. – Głos Zhao był wciąż zimny, ale treść jego słów potwierdzała przemyślenia Mariusa. – Wie praktycznie o wszystkim, co dzieje się w sprawie, ale obecnie, ze względów bezpieczeństwa, kontakt z nim będzie ograniczony do bezwzględnego minimum. W praktyce do zera. A to wyklucza pana zaangażowanie.
Marius naciskał.
– Muszę chwycić cokolwiek, rozumie pan? Nawet kogoś z jego bezpośredniego otoczenia, kogoś, kto też może mieć wiedzę w sprawie albo ją od odpowiednich osób uzyskać, wie pan, co mam na myśli?
– Wiem. Jeśli chodzi o bezpośrednie otoczenie, czekam na dyspozycje dotyczące ekstrakcji jeszcze jednego zęba, w hierarchii ważności można go określić jako dolna jedynka. To kwestia przyszłości i być może zaangażujemy do ekstrakcji również pana. – Słysząc to, Marius uśmiechnął się do siebie z satysfakcją. – Ale na razie skupmy się na innym zabiegu, o którym za chwilę. I, Marius…
– Tak?
– Zastanawia mnie tylko jedna rzecz...
– Proszę pytać.
– Mówił pan, że może w każdej chwili rzucić wszystko i zniknąć.
– To prawda.
– Po co więc pan do mnie zadzwonił? Pochwalić się, że nie dał się zaskoczyć?
– Nie – odparł Marius krótko. – Ja po prostu nie zostawiam rozgrzebanych spraw, panie Zhao. Nigdy. Nawet jeśli ma mnie to sporo kosztować. To kwestia zasad. Przypominam, że to dlatego pan mnie wynajął.
Zhao niespodziewanie się roześmiał, jednak słowa, które padły zaraz potem, były śmiertelnie poważne.
– Gdybym wiedział to, co wiem teraz, być może nie spotkalibyśmy się nigdy, wie pan?
– Rozumiem. Ale teraz nie ma pan wyjścia. Przyjmuje pan moją propozycję?
Zhao znów milczał przez chwilę.
– Nie mam obecnie nikogo innego, jeśli chodzi o osobę związaną ze sprawą „Implantów”, ale postaram się rozwiązać ten problem jak najszybciej. Póki co zażądam, tak właśnie: zażądam, a nie poproszę, żeby zrobił pan coś dla mnie ekstra i za darmo, w ramach rekompensaty. Obecny stan pańskiego zdrowia nie ma chyba aż takiego znaczenia, bo to starszy człowiek, więc nie powinien mieć pan z tym problemu. To ma wyglądać niewinnie. To bardzo ważne, chodzi po prostu o posprzątanie bez zbędnego hałasu. Po prostu nieszczęśliwy wypadek, rozumiemy się?
– Tak.
– Czyli rozumiem też, że przyjmuje pan moją propozycję?
– Propozycję dałem panu ja. Pan stawia żądanie.
– To semantyka. Więc jak?
– Przyjmuję.
– Dobrze. Jeśli chodzi o to nazwisko, wyślę je panu tam, gdzie zawsze, ale resztę zorganizuje sobie pan sam, Marius. I jeśli spierdoli pan coś znowu, tym razem pańska matka nie obejrzy więcej „Zomergasten”, a człowiek, który po pana przyjdzie, nie da się już zaskoczyć. Ostatnia szansa. Czy wyrażam się jasno?
– Jak najbardziej. Czekam na pierwsze nazwisko.
* * *
Marius stał na brzegu Wisły, a czarna jak smoła woda omywała mu czubki butów. W maleńkich zmarszczkach tafli połyskiwały refleksy świateł mostu i odległych budynków odbijających się od jej powierzchni. Temperatura była bliska zera, a nocne niebo usiane gwiazdami. Marius wpatrywał się w nie przez moment, a potem wrócił do rzeczywistości. Podszedł do zaparkowanego niedaleko samochodu, odchylił oparcie przedniego fotela, odczekał chwilę, nabrał głęboko powietrza i zacisnął zęby. Niemal nadludzkim wysiłkiem wyciągał ciało ze środka, pozwalając, by upadło na ziemię.
Uspokoił oddech, poczekał, aż ból zelżeje, i przeszedł do tyłu auta. W niewielkim bagażniku razem z linką holowniczą, która była zbyt cienka, jak na rolę, jaką miała pełnić, woził małe, ołowiane bloczki. Teraz wyjął je, przeniósł po kolei i wpakował jeden po drugim do kieszeni spodni i kurtki trupa. Broń z tłumikiem wpakował mu za pazuchę; nie znał jej pochodzenia, a gdyby ją przy nim kiedyś znaleziono i okazałoby się, że za jej pomocą popełniono jakieś przestępstwa za granicą, miałby przejebane jak w ruskim czołgu.
Marius się pocił. Otarł zimną wilgoć z czoła, czując to samo pod pachami: zimno i mokro. Zastanawiał się, czy to znów opatrunek przesiąkł krwią. Zebrał się w sobie, chwycił trupa za nadgarstki i zaciągnął nad wodę. Płyty JOMB schodziły niemal do samej rzeki niczym slip dla łodzi, co ułatwiło mu zadanie. Chwilę później zwłoki dryfowały tuż pod powierzchnią wody, a kiedy nurt pociągnął je ze sobą, zaczęły tonąć. Marius westchnął głęboko. Był półżywy ze zmęczenia i bólu.
Wpatrując się w bąbelki powietrza znikające powoli z powierzchni wody, zastanawiał się, kiedy i czy w ogóle ciało Chińczyka zostanie odnalezione. Czy nurt powlecze je daleko stąd i wyrzuci gdzieś w porastającą brzeg nieodwiedzaną przez nikogo gęstwinę, czy trup spuchnie od gazów, które wyprą go na powierzchnię nawet pomimo ołowianych bloczków? Marius nie mógł tego oczywiście przewidzieć, ale wiedział, że jeśli zdarzy się to drugie, do Chińczyka będzie musiał dołączyć także pan Edek. Sądził, że to zabójstwo i tak uznane zostanie za wewnętrzne porachunki chińskiej społeczności, ale niczego nie mógł być pewien, za to wciąż obsesyjnie podchodził do kwestii własnego bezpieczeństwa i anonimowości, tu nic się nie zmieniło.
Edek nie był może tytanem intelektu, ale proste fakty skojarzyłby każdy.
Nazywam się Kamil Wicha. Jestem kapitanem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a może byłym kapitanem, bo mój obecny status w ABW jest mi nieznany. Wynika to z tego, że dawno nie pojawiałem się w robocie. I nic w tym dziwnego, kiedy się wie, że twoi koledzy, a raczej dawni koledzy szukają cię z zapałem godnym lepszej sprawy po całym kraju, a nawet całej Europie, w przekonaniu, że jesteś zdrajcą. W zasadzie trudno się dziwić temu zapałowi, trudno też znaleźć sprawę, której waga by go wymagała aż w takim wymiarze. Na ich miejscu, i mając tę wiedzę, jaką mają oni, robiłbym dokładnie to samo, z takim samym uporem, choć może nieco innymi metodami. Problem w tym, że stan ich wiedzy był diametralnie różny od tej, którą posiadałem ja.
To ja go w nią wplątałem.
Przeżył zamach na swoje życie tylko cudem, ale najprawdopodobniej balansował właśnie na tej cienkiej granicy życia i śmierci. A ja nie wiedziałem, co robić. Cały mój plan przygotowany był drobiazgowo i precyzyjnie jak przed operacją na otwartym sercu, kiedy specjaliści po badaniach i konsultacjach, symulacjach i dyskusjach przystępują do pracy, świadomi możliwych komplikacji, ale gotowi na natychmiastową reakcję. Ja też byłem świadomy. I gotowy na reakcję. Co z tego?
A najgorsze chyba jest to, że byłem odcięty od informacji. Poleganie na serwisach i portalach informacyjnych przypomina trochę czytanie horoskopów. Można w nie wierzyć, można być przekonanym, że się sprawdzają. Ale tak naprawdę to tylko ogólnikowe i uniwersalne pieprzenie, z którego każdy wyciągnie sobie to, co chce i co mu pasuje. Z wiadomościami jest tak samo. Prawie. Tworzący je dziennikarze są często przekonani, że zrobili kawał dobrej roboty, a tymczasem opisali tylko to, co ktoś im powiedział. I ile mógł albo chciał im powiedzieć. A to spora różnica.
Tkwiłem w niewielkim mieszkanku w bloku przy ulicy Ożarowskiej na Kole, na warszawskiej Woli. Sam nie wiedziałem, ile czasu minęło, odkąd to wszystko się zaczęło. Stałem właśnie przed lustrem w mikroskopijnej łazience i próbowałem nałożyć sobie szkło kontaktowe, które ślizgało się po powierzchni gałki ocznej i uciekało spod opuszki za każdym, najmniejszym mrugnięciem. Wreszcie mi się udało i moje oczy z intensywnie błękitnych zrobiły się ciemnobrązowe. Włoski rzadkich, jasnych brwi przyciemniłem starannie kredką do oczu, użyłem też tuszu do rzęs. Gdyby ktoś wszedł do mojej łazienki, byłby przekonany, że mieszka tu też kobieta, ale to byłby błędny wniosek.
Włosami się nie przejmowałem, miały jakiś milimetr długości i były jeszcze ciemne, by dopiero po osiągnięciu kilku centymetrów zacząć wyraźnie jaśnieć na końcach. W nakładanie peruki nie zamierzałem się bawić, to zawsze wygląda sztucznie, a skoro tak, to przyciąga uwagę. Akurat tego nie potrzebuję w ogóle. W policzki włożyłem płatki kosmetyczne, które po chwili nasiąknęły śliną i ułożyły się zgodnie z anatomicznym kształtem dziąseł i zębów, wypychając skórę i czyniąc twarz pełniejszą. Popatrzyłem na siebie w lustrze, opuściłem głowę, cofnąłem podbródek i zgarbiłem się, przez co fałd skóry na szyi opadł i wyglądał teraz jak pierwsze objawy tuszy. Ta pozycja ujęła mi też kilka ładnych centymetrów wzrostu. Następnie kredką do makijażu narysowałem sobie kilka zgrabnych krostek na nosie i czole oraz spore znamię na podbródku. Jeśli komuś przyjdzie do głowy spojrzeć mi w twarz uważniej, to albo skupi się właśnie na nim, albo odwróci wzrok, jeśli będzie się brzydził. Obie te opcje mnie zadowalały. Nie byłem może uzdolniony plastycznie, ale wyszło nieźle, przede wszystkim prawdziwie. Obrazu dopełniły okulary w ciężkiej metalowej oprawce, które założyłem na nos i które pamiętały jeszcze zeszły wiek. Pod obcisłym T-shirtem znalazła się odpowiednio uszyta i wypchana poduszka, którą następnie opiął rozciągnięty dzianinowy sweterek, nałożony razem z kraciastą koszulą. Potem szalik, kolorowa kurtka jak z zachodnich darów oraz spodnie z zaprasowanym kantem i oto przystojny, jak sądzę, niespełna czterdziestoletni mężczyzna zmienił się w przedwcześnie postarzałego, zaniedbanego, szarego człowieka o niskim statusie społecznym i materialnym.
Ludziom setki, a nawet tysiące lat zajęło dojście do wniosku, że higiena przedłuża życie i jest niezbędna do zgodnego współżycia społecznego, a ja byłem teraz zaprzeczeniem tej tezy. Nie myłem się od kilku dni specjalnie na dzisiejszą okazję, więc moje ciało wydzielało przykry zapach nieświeżego potu. Przyjrzałem się sobie po raz ostatni i uznałem ten widok za satysfakcjonujący. Teraz, przynajmniej na oko, byłem jednym z tysięcy mniej zamożnych Warszawiaków i przyjezdnych zamieszkujących to miasto i usiłujących znaleźć w nim swoje miejsce.
W reklamówce z Biedronki owiniętej wokół mojej dłoni był portfel wypchany biletami komunikacji miejskiej oraz kilkoma setkami i pięćdziesiątkami. I dowodem osobistym, oczywiście nie moim, choć mężczyzna na zdjęciu był łudząco podobny do mnie. Kupiłem go od pewnego człowieka, którego ojciec dożywał reszty swoich dni, spędzając je w swoim łóżku ze wzrokiem wbitym w sufit i spustoszonym udarem mózgiem. Lekarze zakładali, że może tak pożyć nawet parę lat; był jeszcze całkiem młody, w niezłej kondycji ogólnej i stanowił swego rodzaju kłopot dla swojego syna, którego nie stać było na pokrycie kosztów opieki. Każde nieszczęście, które spotyka ludzi, ma to do siebie, że dla kogoś może być szczęściem. Nie inaczej było w moim przypadku, choć brzmi to może dość okrutnie. Ale prawdziwie. Za pieniądze, które przekazałem synowi, a za które dostałem dowód osobisty oraz samochód w użyczenie, mógł się nie martwić o ojca przez ładnych kilkanaście miesięcy. O alkohol dla siebie też nie, bo miało starczyć i na to.
Ryzykowałem za każdym razem, gdy wymykałem się z mieszkania, które stało się moim dobrowolnym więzieniem, ale czasami nie miałem wyjścia, a czasem taką potrzebę; jak dziś. Zresztą wolałem takie więzienie niż to, które mi groziło, choć podejrzewałem, że nie spędziłbym w nim dużo czasu. Ktoś postarałby się po prostu o moje szybkie przeniesienie na Powązki.
Zanim wyszedłem, sprawdziłem na laptopie podgląd z kamer: tej na klatce schodowej, ukrytej pod duktem ze światłowodem kablówki obok drzwi do kawalerki, i tej na zewnątrz, na lampie pod zadaszeniem drzwi wejściowych. A potem, bardziej z przyzwyczajenia niż nadziei, przełączyłem na obraz z kamery na Targowej, skierowanej na wiadukt kolejowy. To tam w razie sytuacji bez wyjścia miał się pojawić znak, który to sygnalizował. Zgodnie z przewidywaniami – bez zmian. Jak mogłoby być inaczej, skoro jedyna osoba, która mogła coś w tym obrazie zmienić, nie była teraz w stanie zrobić naprawdę niczego?
Zniechęcony wyszedłem przed blok, dotarłem do Obozowej, gdzie złapałem tramwaj numer dwadzieścia cztery. Otoczony ludźmi podobnymi sobie pojechałem w kierunku Gocławka, jednak moim celem był Centralny Szpital Kliniczny MON na Szaserów.
* * *
Jakiś czas później stanąłem przed budynkiem, w którym mieścił się Oddział Kliniczny Chirurgii Plastycznej, Rekonstrukcyjnej i Leczenia Oparzeń szpitala wojskowego. Skończyłem papierosa i wszedłem do środka, machając reklamówką z Biedry. Najpierw musiałem się chwilę pokręcić i rozejrzeć. Nie mogłem pójść na oddział ot tak. Dotarłbym co najwyżej do wejścia do kliniki. Pytać też nie mogłem, nie o tego pacjenta.
Musiałem to robić inaczej, po swojemu.
Okazja nadarzyła się kilkanaście minut później. Szpitalny korytarz pełny był ludzi i personelu, wszyscy mijali się na nim jak mrówki w mrowisku, gdzie w krętych korytarzach kopca wszystkie owady podążały w jakimś kierunku i celu, o którym nie wiedziały inne mrówki, a każda z nich, choć świadoma obecności pozostałych, skupiona była wyłącznie na sobie. W przeciwieństwie do mrówek ludzie rozmawiali ze sobą, choć przyciszonymi głosami.
Wypatrzyłem wśród białych kitli taki, który nie należał do personelu lekarskiego ani pielęgniarskiego. Czarnowłosy chłopak w białej czapeczce na głowie pchał wypełniony środkami czystości wózek, na którego dnie stało plastikowe wiadro z wystającym kijem od mopa. To było to, czego potrzebowałem. Nie spuszczając z niego wzroku, przepchnąłem się przez tłumek, podszedłem do niczego niepodejrzewającego salowego i zapytałem cicho:
– Chcesz zarobić stówę?
Chłopak obrzucił mnie zniesmaczonym spojrzeniem.
– Co ty, gościu, pozamieniałeś się z kimś na łby?
Nie zraziłem się tą niezbyt grzeczną wypowiedzią.
– Potrzebuję na kwadrans twojego fartucha, no i wózka. Dam stówę.
– Spierdalaj, świrze...
– Mówię poważnie. Muszę załatwić interes z jednym gościem i nikt nie może wiedzieć, że tu byłem. Stówa za piętnaście minut. To jak?
Widziałem, że chłopak próbuje mnie ocenić i że obraz, który widzi, nie bardzo koresponduje ze stylem bycia, jaki mu zaprezentował, ale nie dbałem o to. Ale wahał się, a to już dobrze.
– Nie mam czasu. Nie ty, to ktoś inny. – Spojrzałem na wyszytą na zielonym materiale nazwę firmy sprzątającej. – Kokosów tu nie zarabiasz, co nie? Dwie stówy, to moje ostatnie słowo.
– Ale nie zajebie mi pan majdanu?
– A co miałbym z nim potem zrobić? Nie jest warty nawet pięciu dych. Chodź do toalety, dasz mi fartuch i czapeczkę.
Chłopak wyglądał, jakby się namyślał. Wewnętrzna walka uwidaczniała się na zmarszczonych brwiach, aż w końcu zdecydował.
– Piętnaście minut? – upewnił się.
– Mniej więcej, przecież nie będziesz mi liczył, tak? Chirurgia plastyczna i oparzeniówka są na pierwszym piętrze? Blok „C”?
– Tak, to mój rejon...
Musiałem przyznać, że dawno nic mnie nie ucieszyło aż tak, jak ta informacja.
– No i świetnie. – Otworzyłem drzwi do toalety. – Chodź.
Chłopak westchnął i wszedł do środka. Zamknąłem za nim drzwi, potem lekko popchnąłem salowego do jednej z wolnych kabin.
– Kasa teraz – szepnął chłopak.
– Teraz połowa. – Ostudziłem jego zapał. – Żebyś mi nie poleciał do ochrony.
– Co pan, gdzie, ja!?
– Masz stówę, dawaj fartuch. Nie mam czasu. I nie wyłaź stąd, dopóki nie wrócę, jasne? Powiesz, że miałeś sraczkę albo się tu zatrzasnąłeś. Jak się nazywasz?
– Eryk.
– Eryk i jak dalej?
– Stawski.
Po chwili, opatulony w przyciasny kitel i z czapeczką wciśniętą na głowę, prowadziłem wózek w kierunku windy. Wjechałem na górę, wyprowadziłem sprzęt na korytarz i się rozejrzałem. Nad sobą zobaczyłem wielki napis: Oddział Kliniczny Chirurgii Plastycznej, Rekonstrukcyjnej i Leczenia Oparzeń. Użyłem przycisku domofonu. Kiedy nikt nie zareagował, przytrzymałem przycisk o wiele dłużej. Gdy wreszcie rozległo się zniecierpliwione „halo”, odpowiedziałem pewnym głosem: „serwis sprzątający”, a kiedy usłyszałem brzęczyk, pociągnąłem drzwi i wreszcie znalazłem się na oddziale.
Szedłem powoli korytarzem, pchając wózek przed sobą. Pochyliłem lekko głowę, kiedy kawałek dalej zobaczyłem siedzącego na krześle pod ścianą ubranego na sportowo mężczyznę. Wyglądał na znudzonego: żuł gumę i gapił się w ścianę, z przedramionami opartymi o szeroko rozstawione uda i splecionymi ze sobą palcami obu rąk. Mimo panującego ciepła miał na sobie kurtkę, zapiętą do połowy. Jej poły były rozchylone, jakby miał przygarnąć zaraz małego szczeniaczka, żeby ogrzać go pod pachą. Ale nie chodziło oczywiście o szczeniaczka, tylko o szybki dostęp do tego, co było tam zamiast niego.
Serce zabiło mi nieco szybciej, ale mimo to dalej pewnie realizowałem swój plan. Mijając drzwi z napisem „Dyżurka pielęgniarska”, przystanąłem. Facet na krzesełku, który był już o zaledwie cztery, pięć metrów ode mnie, spojrzał mi w twarz, więc obojętnie skinąłem mu głową, obróciłem głowę w bok i sięgnąłem do klamki drzwi dyżurki. Nie były zamknięte na klucz, a kiedy pchnąłem je, wychylając się znad wózka, stanęły otworem. Zobaczyłem, że pomieszczenie jest puste, za biurkiem nie było nikogo.
– Ej, kolego! – usłyszałem głos typa spod ściany i zmartwiałem, mocniej ściskając kij od mopa.
Niestety był plastikowy i pusty w środku, więc chyba niewiele mogłem nim zdziałać. Gdzie te czasy, kiedy wszystko robiło się porządnie i z solidnych materiałów?
– Spokojnie, ja tu tylko sprzątam – burknąłem niewyraźnie.
Facet zerwał się z krzesełka i podszedł do mnie. Pomyślałem, że to już koniec. Nie zamierzałem dać się obezwładnić, ale cokolwiek miało się zaraz zdarzyć, niweczyło moje dalsze plany.
– Zaraz, spokojnie – usłyszałem z tyłu damski głos.
Obejrzałem się i zobaczyłem kobietę w białym kitlu: na jej szyi nie wisiał stetoskop, więc uznałem, że to pielęgniarka. Miała gęste brwi, ładną cerę i żadnego makijażu, który i tak w jej przypadku był chyba zbędny. Na szyi zobaczyłem tatuaż: kolorowego ptaszka zadziornie wystawiającego łebek zza kołnierzyka bluzki ukrytej pod fartuchem. Skuliłem się, chowając głowę w ramiona.
– Zna go pani? – zapytał facet lekko nerwowym tonem.
– Nie. – Pielęgniarka pokręciła przecząco głową.
– Jestem za Eryka – wyjaśniłem szybko.
– A co z nim? – zdziwiła się kobieta.
– Nie wiem, psze pani, kazali mi iść tu zamiast niego.
– Jak się nazywasz? – To pytanie zadał mężczyzna.
– Wojtek. Wojtek Grodecki.
Tak nazywał się mój kolega z dzieciństwa.
– Dobrze, Wojtek Grodecki, to pokaż mi jakiś dokument – zażądał mężczyzna.
– Nie mam. – Zrobiłem wielkie oczy i wzruszyłem ramionami. – Został w szatni. Mam po niego iść?
Facet spojrzał niezdecydowanie na pielęgniarkę, potem znów na mnie.
– Jak ma na nazwisko ten twój kolega Eryk? – zapytał.
– Stawski. – Znów wzruszyłem ramionami i poprawiłem niezgrabnie okulary.
Kiedy udaje się pierdołę, nie można tylko wyglądać jak pierdoła; trzeba się nią po prostu stać.
– Zgadza się? – zapytał facet pielęgniarki.
– Tak – potwierdziła.
Oblizał usta czubkiem języka i jeszcze raz obrzucił mnie podejrzliwym spojrzeniem.
– Do roboty. – Zarzucił głową, jakby wskazywał mi odcinek pracy.
Zdjąłem z wózka mopa i wiadro z wodą i wszedłem do dyżurki, zostawiając resztę na korytarzu i nie zamykając za sobą drzwi. Słyszałem jeszcze, jak tamta dwójka wymienia ze sobą kilka słów, ale nie oglądałem się, udając skupienie wyłącznie na swojej robocie. Jedna ze ścian dyżurki była całkowicie przeszklona, przesuwne drzwi, również szklane, stały otworem, a za nimi znajdowała się sala z czterema szpitalnymi łóżkami. Trzy były zajęte i kiedy zacząłem się przyglądać leżącym na nich ludziom, poczułem, jak serce zaczyna mi bić w szalonym tempie.
Poznałem go. Leżał najbliżej.
Mimo że twarz niemal w całości zakrywały żółte od jakiejś maści bandaże, nie miałem żadnych wątpliwości: to był Adrian. Podłączony do kroplówki, przykryty cienką kołdrą, z wystającą spod niej nogą, na której zobaczyłem kilka świeżych blizn. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała miarowo w rytm oddechu. Nagie ramię o zaczerwienionej skórze też pokrywała jakaś maź, a monotonne popiskiwanie aparatury kojarzyło się z tykaniem zegara odmierzającego kolejne sekundy czyjegoś życia. Na szczęście macki tej aparatury: przeróżne kable i rurki, były podłączone do kogoś innego. Ten ktoś leżał na sąsiednim łóżku i wyglądał jeszcze gorzej niż mój brat.
– Co tak na niego patrzysz?
Drgnąłem i się odwróciłem. W drzwiach dyżurki stała pielęgniarka. Na szczęście sama.
Spiąłem się lekko, a potem pozwoliłem, żeby moje ramiona opadły.
– A, nic... – Westchnąłem oparty o kij mopa. – Smutno mi, że takie straszne rzeczy przytrafiają się ludziom, psze pani.
Roześmiała się. Może trochę z powodu mojego akcentu z Białostocczyzny.
– Nie masz kogo żałować. To jakiś przestępca.
– Przestępca? – Odwróciłem głowę, spojrzałem na Adriana i poprawiłem okulary. – Co pani mówi?
– Nie zdziwił cię ten człowiek na korytarzu, który cię zaczepił? Pilnuje go. Tak się robi, kiedy do szpitala przyjmują niebezpiecznych więźniów, którzy są zbyt ciężko chorzy, żeby ich leczyć na oddziałach więziennych: przed drzwiami zawsze siedzi policjant. No, to kim ten tam może być? – Wskazała podbródkiem na szybę.
– Ma jakieś szanse? – zapytałem cicho.
Przekrzywiła głowę, wzięła się pod boki i obrzuciła mnie podejrzliwym spojrzeniem.
– Co ty taki ciekawy jesteś, koleżko, co?
Wzruszyłem ramionami i zrobiłem bezradną minę. Ćwiczyłem trochę przed lustrem.
– Pierwszy dzień w nowej pracy – wyjaśniłem odpowiednio pokornym głosem. – Wcześniej robiłem w hipermarketach i jak widzę teraz takich prawie umarlaków, to mi się ciężko gdzieś tam w środku robi. Ma?
Pielęgniarka opuściła ręce i pokiwała głową.
– Ma, ma, spokojnie. Chociaż w przypadku oparzeń nigdy nic nie wiadomo. Ale powinien się wylizać. Piękny już nie będzie, ale przynajmniej żywy. Chociaż co to za życie, w więzieniu... – Machnęła ręką. – Dobra, do roboty. Zacznij od tamtej sali, tylko uważaj.
Posłała za mną ostatnie spojrzenie, po czym usiadła przy biurku i zabrała się za jakąś papierkową robotę. Z głośniczka stojącego obok komputera cichutko sączyła się muzyka.
– Oczywiście, psze pani. – Pokiwałem głową ze wzrokiem wbitym w podłogę, chwyciłem rączkę wiadra, mopa i powłócząc nogami, przeszedłem za szklaną ścianę.
Owionął mnie specyficzny szpitalny zapach, jeszcze bardziej intensywny niż na korytarzu. Zacząłem od łóżka Adriana. Całe dorosłe życie mieszkałem sam, więc na szczęście wiedziałem, co i jak robić. Zanurzyłem mopa w wiadrze, wycisnąłem nadmiar wody o sitko i zacząłem myć podłogę, niepostrzeżenie przysuwając się w stronę łóżka. Adrian miał zamknięte oczy, oddychał spokojnie, ale miałem nadzieję, że nie śpi głęboko. Jeśli tak, to musiałem go jakoś dyskretnie obudzić. To była moja jedyna szansa. I jego też. Kiedy lekko trąciłem mopem nogę łóżka, drgnął i otworzył oczy. Powiódł niezbyt przytomnym wzrokiem dookoła, a potem spojrzał na mnie i wydało mi się, że w jego oczach mignęło coś na kształt zrozumienia. Pokiwałem głową i korzystając, że jestem odwrócony do dyżurki plecami, na sekundę przytknąłem palec do ust. Teraz oczy Adriana się rozszerzyły. Chwilę później zmrużył je, a to, co w nich zobaczyłem, zmroziło mnie lekko.
Nienawiść.
Mój brat patrzył na mnie takim wzrokiem, jakbym zabił mu matkę. Rozumiałem to. Może nie zabiłem mu, a właściwie nam, matki, ale jego prawie mi się udało.
– Jak się czujesz? – wyszeptałem, sięgając mopem pod jego łóżko.
– Nie widzisz? – Jego usta ledwie się rozchyliły, ale usłyszałem go.
– Nic nie mów. Zostawiam ci telefon. – Sięgnąłem do kieszeni pod fartuchem, wyciągnąłem komórkę i wsunąłem ją pod przykrywające go prześcieradło. – Wyciszony, tryb wibrujący. Zadzwoń na jedyny numer w kontaktach, o każdej porze, ale tylko kiedy będziesz mógł swobodnie rozmawiać. W nocy, kiedy pielęgniarka wyjdzie.
– Mogę po prostu pójść do toalety… – powiedział kpiąco.
Obejrzałem się z zaskoczeniem w stronę dyżurki.
– Podobno jesteś umierający? – Wróciłem spojrzeniem do jego twarzy.
– Chciałbyś, co? – syknął.
– Gdybym chciał, to by mnie tu nie było – odparłem szeptem i wyprostowałem się, odkładając mopa na wózek. – Do usłyszenia. Daj mi godzinę na powrót do domu.
Przepchałem wózek do dyżurki i wyciągnąłem drugi telefon, pokazując go pielęgniarce.
– Przepraszam, dostałem wiadomość, że Eryk się znalazł. – Pamiętałem o akcencie. – Ma mnie jednak zmienić. Skończy za mnie, zostawię mu sprzęt na korytarzu, zaraz przyjdzie. To mogę iść?
– Mnie pytasz? – Roześmiała się, odchylając lekko głowę do tyłu, ptaszek na szyi znów wychylił łebek zza kołnierzyka. – W tym hipermarkecie, gdzie pracowałeś wcześniej, panowało niewolnictwo?
Uśmiechnąłem się porozumiewawczo, ukłoniłem, potem niezgrabnym krokiem ruszyłem ku drzwiom i po chwili byłem już na korytarzu. Na wszelki wypadek nie patrzyłem w stronę człowieka siedzącego na małym krzesełku przed drzwiami do sali. Poczłapałem zgarbiony przed siebie, w kierunku wyjścia z oddziału, potem przywołałem windę, a kiedy przyjechała, zniknąłem wszystkim z oczu, zostawiając cały majdan pod ścianą korytarza. Na dole skręciłem w stronę toalet. Salowy już stał przed drzwiami, lekko zniecierpliwiony. Kiedy mnie zobaczył, aż podskoczył.
– Gdzie mój sprzęt? – zapytał gorączkowo.
– Spokojnie, został na górze – odparłem machinalnie, ale zgodnie z prawdą. – Jakby cię pytali, co to za numery, powiedz, że się spóźniłeś. Zastępował cię Wojtek Grodecki, do wczoraj pracował na magazynie w markecie, zapamiętasz?
– Ale o co chodzi? – Zmarszczył podejrzliwie brwi.
– O nic, Eryk. – Uśmiechnąłem się do niego szeroko, trochę za szeroko, bo poczułem, że spod policzków wysuwają mi się mokre od śliny wkładki. – Dwie stówy to dwie stówy, co nie?
Weszliśmy do toalety i zrobiliśmy to samo co kwadrans wcześniej, tylko w drugą stronę. Kiedy chłopak skończył zakładać swój fartuch, wcisnąłem mu do ręki drugą setkę.
– Fakt, najlepiej i najszybciej zarobione dwie stówy ever. – W jego głosie słychać było wyraźne zadowolenie.
– Cieszę się twoim szczęściem. – Wyszliśmy na korytarz. – Tylko lepiej nie chwal się tym nikomu. Wojtek Grodecki, market, pamiętaj. Chyba obaj nie chcemy kłopotów?
Już na dworze wyciągnąłem paczkę Lucky Strike’ów i zapaliłem jednego. Uniosłem głowę, wydmuchnąłem dym w stronę zachmurzonego nieba i posłałem w ślad za nim jedno, ciche, za to nieparlamentarne słowo.
Wszystko odwlekło się w czasie, w dodatku nie mogłem określić, na jak długo. Przeliczyłem się. Nie wziąłem pod uwagę, że sprawy potoczą się aż tak fatalnie, i to była tylko moja wina, bo powinienem był zakładać najgorsze. Powinienem lojalnie uprzedzić Adriana, jakie jest ryzyko, ale tego nie zrobiłem. Nie miałem pewności, jak Adrian odebrał wtedy moje słowa z wiadomości w książce, jak poważnie je potraktował. Dlaczego nie dałem mu tego jaśniej do zrozumienia? Nawet wprost: możesz zginąć. Bo bałem się, że odmówi? A teraz przegrywałem, choć jeszcze istniała jakaś szansa na odwrócenie losów tej gry. Stawka była ogromna, ale czy na pewno musiałem obstawiać tak wysoko? Zwłaszcza nie swoimi sztonami?
I jeszcze jedno. Pielęgniarka myliła się, bo pacjent w izolatce nie był przestępcą, a człowiek siedzący na korytarzu policjantem mającym za zadanie zapobiec ewentualnej próbie jego ucieczki. Ten drugi miał tego pierwszego chronić, a nie pilnować. Chronić, żeby nie powtórzyła się sytuacja, w wyniku której trafił do szpitala. A ja przed chwilą udowodniłem, że można się do niego zbliżyć na odległość strzału. Jeśli mieli Adriana tak ochraniać, to tym bardziej musiałem go jakoś wyciągnąć. Jeden człowiek, z krótką bronią, na krzesełku pod ścianą korytarza. Nawet nie zajrzał do wiadra i nie obejrzał mopa, nie mówiąc o obszukaniu mnie. Śmiech na sali, i to śmiech przez łzy. Fuszerka i bylejakość. Jak zwykle.
Zaciągnąłem się ostatni raz papierosem, zdusiłem niedopałek na osłonie śmietnika i wrzuciłem do środka, a potem pojechałem do siebie. Jedyne, co mogłem teraz zrobić, to siedzieć w swojej kryjówce, nie wyściubiać z niej nosa i czekać. Dopóki nikt nie wie, gdzie jestem, druga strona też nie może zrobić teraz żadnego ruchu. Pat. Przerwa w grze, podczas której mogłem, a właściwie musiałem coś wymyślić.
Tylko na jak długo?
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
1. Warszawa, gabinet stomatologiczny Mariusa, sobota, 10 listopada 2018.
2. Warszawa, niedziela, 23 grudnia 2018.
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
