Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 12.05.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
36 osób interesuje się tą książką
KIEDY MÓWIĄ CI, ŻE JESTEŚ SAM PRZECIW WSZYSTKIM, UWAŻASZ, ŻE MASZ JESZCZE SZANSĘ. ALE KIEDY WSZYSCY SĄ PRZECIWKO TOBIE, ZNIKA NAWET JEJ CIEŃ.
Późna jesień 1938 roku. III Rzesza u szczytu potęgi. Radca kryminalny Eilhard Kurtz próbuje pozostać sobą w systemie podporządkowanym SS i nazistowskiej ideologii. Tymczasem w Stettinie zostaje zamordowany emerytowany generał Ernst von Mannschwitz. Gwiazda Dawida wydrapana na ścianie jego mieszkania, przesądza o kierunku śledztwa. Kurtz ma jednak wątpliwości. Trop prowadzi go do tajemniczej organizacji będącej zalążkiem NSDAP, a kolejne rytualne morderstwo w Berlinie tylko komplikuje sprawę. W obliczu zbliżającej się wizyty Hitlera w Stettinie, Kurtzowi kończy się czas. A gdy najbliższemu współpracownikowi i przyszłemu zięciowi radcy zaczyna grozić niebezpieczeństwo, ten musi dokonać wyboru, który może odebrać mu wszystko.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 367
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Marek Stelar, 2025
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: © Daniel Rusiłowicz
Redakcja: Anna Rozenberg
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-104-9
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
– Kiedy wreszcie zapiszecie się do partii, Kurtz?
Zadane z ojcowską troską pytanie zawisło w przesyconej zapachem dobrych perfum przestrzeni gabinetu mojego przełożonego. Troska w głosie Grebego była równie szczera, co złoto w kolczyku tkwiącym w uchu Cygana.
– Mam w sobie organiczną niechęć do zrzeszania się niezależnie od rangi stowarzyszenia, panie Standarten-führer – odparłem niezrażony, tak jak robiłem to już wcześniej i niejeden raz. – Nie ma znaczenia, czy to jest kółko filatelistyczne, czy narodowa partia.
– Zbieraczem znaczków może być każdy, przynależność do NSDAP to zaszczyt. – Głos Grebego stwardniał, po fałszywej trosce nie było już śladu.
– Bycie Niemcem jest dla mnie wystarczającym zaszczytem – poczęstowałem go jednym z frazesów, które zawsze miałem na podorędziu właśnie na takie okoliczności.
Zwykle działały, przynajmniej na jakiś czas.
Regierungs- und Kriminalrat Horst Grebe był typem człowieka bez reszty poświęcającego się idei, w którą wierzył. Nazista z przekonania, prezentował poglądy bliskie ludziom jemu podobnym, choć w jego przypadku zmierzały ku skrajnościom. Biurokrata i karierowicz, miałem pewność, że wykonałby każdy rozkaz bez zastanawiania się, czy ma sens, właśnie dlatego, że był rozkazem. Porównywałem go czasem do jego poprzednika, Weddinga. Nieco podobnego do Grebego pod względem usposobienia, a niemal identycznego pod względem światopoglądowym, choć Grebe wydawał mi się dużo bardziej niebezpieczny od tamtego. Był jeszcze w miarę młody, miał umysł ostry jak brzytwa i żadnych skrupułów.
– Bycie Niemcem to również obowiązki wobec ojczyzny, Kurtz – rzucił sucho, poprawiając leżące przed nim papiery tak, żeby krawędzie kartek leżały idealnie równo.
– Zgadzam się, ale o ile wiem, nie ma obowiązku, a tym bardziej przymusu wstępowania ani do NSDAP, ani do SS – zripostowałem. – A swoje obowiązki wykonuję sumiennie i z należytą starannością, zarówno w pracy, jak i w życiu osobistym.
Tak było. Wstąpienie do SS i wiążąca się z tym automatyczna przynależność do Sicherheitsdienst, służby bezpieczeństwa tej formacji, dawały śledczym policji kryminalnej możliwość przyspieszonego awansu. Dały i Grebemu, który przybył do Stettina z Essen, obejmując stanowisko szefa tutejszej Kripoleitstelle. To dlatego paradował w czarnym mundurze, którego rękaw zdobił szary romb SD i dlatego również, zresztą na jego polecenie, zwracałem się do niego stopniem SS. Noszenie munduru wbrew utartemu i przyjętemu w służbie kryminalnej zwyczajowi też nie było obowiązkiem, a raczej życzeniem najwyższych władz Sipo; Głównego Urzędu Policji Bezpieczeństwa, któremu podlegała razem z SD i gestapo nasza stara, dobra Kripo, będąca teraz Urzędem Policji Kryminalnej Rzeszy. Miałem czterdzieści siedem lat, przepracowałem w niej prawie dwadzieścia i byłem zdania, że przeobrażenia, jakie zaszły w ciągu kilku ostatnich, nie prowadziły ku niczemu dobremu. Chodziło zarówno o zmiany w policji kryminalnej, jak i w tym kraju. Kwitnąca gospodarka, przemysł, budownictwo i ogólny dobrobyt były atrakcyjną maską, a pod nią kryło się opresyjne państwo, o którym marzył niegdyś Schulze i jemu podobni. Ich marzenie ziściło się szybciej, niż można było przypuszczać, choć Cornelius Schulze na całe szczęście, moje szczęście, i z moją drobną pomocą nie doczekał tej chwili.
Problem tkwił w tym, że nikogo nie interesowało moje zdanie. Wielu wolało widzieć wyłącznie tę maskę, a nie to, co kryje się pod nią. Chodziło jak zwykle o jedno: po której stronie się stoi i z jakich powodów.
– Nie będziecie już młodsi, Kurtz – zauważył nie bez racji Grebe, stukając palcem w blat biurka. – Pomyślcie o córce, jej przyszłości, no i swojej przyszłości również. W końcu będziemy musieli ściągnąć was z ulicy i posadzić za biurkiem. Dostaniecie przydział na stanowisko kierownicze, ale tylko od was zależy, jakie to stanowisko będzie. Czy zajmiecie się przydziałem papieru toaletowego, spinaczy i ołówków, czy będziecie kierować jakąś komórką odpowiadającą za poważne sprawy. Kto wie, może nawet kiedyś awansujecie na moje stanowisko?
Ścisnąłem główkę laski i poprosiłem w myślach siedzącą przede mną gnidę, żeby zostawił w spokoju moją córkę, a potem uśmiechnąłem się promiennie, pewny, że ta ostatnia rzecz, o jakiej wspomniał Grebe, z pewnością mi nie grozi.
– Pozwoli pan, Standartenführer, że jeszcze przemyślę tę sprawę. Argumenty, które pan przytoczył, niewątpliwie są bardzo ważkie, ale obawiam się, że w pewnym wieku ciężko wyplenić wieloletnie przyzwyczajenia i nawyki.
– Zdaje się, że wasza córka… – Grebe zmarszczył gęste brwi. – Ma na imię Luise, tak?
– Annelise – sprostowałem uprzejmie.
Próba zaimponowania podwładnemu znajomością jego życia prywatnego zbytnio się mojemu przełożonemu nie powiodła. Znów poruszył temat mojej córki, czego nie znosiłem. Czasem szkoda, że ludzie nie czytają nam w myślach.
– No więc, zdaje się, że wychodzi wkrótce za mąż? – Chrząknął.
– Tak jest – potwierdziłem, wbijając wzrok w ścianę, gdzieś nad jego głową.
– Za tego młodego Klingego, od nas?
– Zgadza się.
Nie robiłem z tego tajemnicy, choć nie było też tak, że ja czy Klinge trąbiliśmy o tym na prawo i lewo. Kurt Klinge, mój dawny podopieczny, którego wprowadzałem ongiś w tajniki kryminalnej roboty, obecnie pełnił funkcję samodzielnego śledczego i zgodnie z moimi wcześniejszymi przewidywaniami sprawdzał się w tej roli znakomicie.
Niestety, dziś Kripo miała o wiele większy obszar działań, w tym współpracę z policją polityczną, gestapo. Ostatnimi czasy ta współpraca zacieśniła się w ramach akcji „Arbeitsscheu Reich”, mającej na celu eliminację ze społeczeństwa elementów antyspołecznych. Za takie uważano włóczęgów, żebraków, uchylających się od pracy, prostytutki, Cyganów oraz Żydów. Dziwiło mnie to niepomiernie, bo do tej pory myślałem, że jedynym takim elementem są po prostu przestępcy różnej maści. Grebe chyba postawił sobie za punkt honoru wypełniać polecenia góry w tej materii najrzetelniej, jak tylko potrafi. Na szczęście, przynajmniej do tej pory, ja i Klinge prowadziliśmy sprawy wyłącznie kryminalne, a nasz kontakt z pracującymi w budynku dawnego prezydium policji ludźmi w czarnych mundurach ograniczony był do niezbędnego minimum.
O tym, że Klinge spotyka się z moją córką, dowiedziałem się dość szybko, od niego, a nie od niej, i po pierwszym szoku, kiedy już doszedłem do siebie, uznałem, że to raczej naturalna kolej rzeczy. Anna, po swoich młodzieńczych wybrykach ustatkowała się, skończyła szkołę, zdała maturę i pracowała w domu towarowym sieci Rudolph Karstadt, co może nie było szczytem ani moich, ani jej marzeń, ale od czegoś trzeba było zacząć. No i miała niedaleko do pracy, bo sklep mieścił się przy Breitestrasse.
Mimo różnicy temperamentów Anna i Klinge dogadywali się znakomicie, wyglądało na to, że bardzo się kochają, więc nie widziałem przeszkód, żeby moja jedyna córka wyszła za niego. Nie przeszkadzała mi nawet różnica wieku, choć musiałem przyznać, że nie jest przecież jakaś znacząca. Tak naprawdę uważałem Klingego za jednego z niewielu ludzi, którym mogłem ufać i którego mogłem być pewny na sto procent. To się rzadko zdarza i dlatego byłem wdzięczny losowi, że zetknął ze sobą nas, a w konsekwencji jego i moją córkę. No i Klinge nie był komunistą, co uznawałem za rzecz cenną, zważywszy na lewicowe inklinacje Anny i jej dawną współpracę z ludźmi spod czerwonego sztandaru.
– Sami widzicie, Kurtz. – Głęboki, tubalny głos Grebego przywrócił mnie do rzeczywistości. – Zapewne niedługo wasza rodzina się powiększy, taka jest naturalna kolej rzeczy, a w związku z tym przyda wam się więcej pieniędzy, nieprawdaż?
– Pozwolę sobie zauważyć, że nie wszystko należy traktować w kategoriach materialnych, panie Standartenführer. – Walczyłem dalej ze świadomością, że wobec oporu materii jest to walka beznadziejna.
Grebe trwał przy swoim, ale ja nie zamierzałem się poddawać.
– Zgadza się, niewątpliwie jednak… – Grebemu przerwało nagle głośne brzęczenie stojącego na biurku telefonu.
Podniósł słuchawkę i przyłożył ją do ucha.
– Standartenführer Grebe – rzucił do niej lekko zniecierpliwionym głosem, nie zapominając o najważniejszym, czyli dodaniu stopnia przed nazwiskiem.
Słuchał przez chwilę swojego rozmówcy, a jego twarz zaczęła się nagle stopniowo wydłużać. Wbił we mnie wzrok, który po chwili zmętniał, jakby Grebe odpłynął gdzieś daleko, a rysy jego twarzy wyostrzyły się, kiedy zacisnął zęby. Palce znów zaczęły wystukiwać o blat biurka jakiś rytm. Słuchał, co jakiś czas kiwając lekko głową.
– Rozumiem… Tak… Oczywiście… Tak, na miejsce pojedzie mój najlepszy człowiek.
Lekko zesztywniałem i w takim stanie trwałem do końca rozmowy. Domyślałem się, że mówi o mnie, choć wciąż żywiłem nadzieję, że mam o sobie zbyt dobre mniemanie.
– Macie robotę, Kurtz – powiedział Grebe, odkładając słuchawkę na widełki i niwecząc moje nadzieje na spokojny dzień, za to wzmacniając moje przekonanie o własnej wartości. – Stało się coś strasznego. Generał von Mannschwitz nie żyje.
Przyznaję, zaskoczył mnie. I to bardzo.
Generał w stanie spoczynku Ernst von Mannschwitz był kawalerem orderu Pour le Mérite oraz wielu innych odznaczeń. Był również bohaterem spod Tannenbergu i Marny, teoretykiem wojny i zwolennikiem tej totalnej, gdzie armia jest nadrzędna względem społeczeństwa, a straty w ludziach się nie liczą, o ile idzie za nimi zwycięstwo. Nie czytałem wprawdzie jego dzieł, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że w przypadku klęski straty te były dla niego równie nieistotne. Wzorem feldmarszałka von Mackensena po przejściu w stan spoczynku osiedlił się w Stettinie. Von Mackensen wybrał co prawda nieodległe Falkenwalde, skąd co miesiąc wyruszał na swym rumaku i w mundurze z wielką futrzaną papachą z symbolem trupiej czaszki z piszczelami do komendantury w Stettinie po należną emeryturę. Widać von Mannschwitz wolał uroki miasta, bo osiedlił się przy Rossmarkt, w kamienicy nieopodal pałacyku von Grumbkowa, gdzie niespełna dwa wieki wcześniej na świat przyszła późniejsza matka dwóch rosyjskich carów. Zresztą całkiem niedaleko, niemal za rogiem, trzydzieści lat przed nią świat po raz pierwszy ujrzała anhalcka księżniczka, która później została carycą Katarzyną Wielką. Generał von Mannschwitz najwyraźniej uważał, że przez te dwa historyczne wydarzenia okolica jest wystarczająco godna, by mógł w niej zamieszkać. O ile było mi wiadomo, obaj panowie: Mannschwitz i Mackensen, nie przepadali za sobą, mimo że Hitler względem obu wykazywał sporo atencji. W przeciwieństwie do Mackensena, który potrafił publicznie łajać Hitlera, Mannschwitz był zdeklarowanym i bezkrytycznym sympatykiem nazizmu. Podobno co jakiś czas odwiedzał Führera w Berlinie. I dlatego rozumiałem zdenerwowanie Grebego.
– Jak się domyślam, śmierć generała nie nastąpiła z przyczyn naturalnych? – upewniłem się.
– Nooo nie… – Grebe przez chwilę wyglądał, jakby nie wiedział, nie tylko gdzie, ale i kim jest.
Otrząsnął się szybko, zerwał z fotela, obciągnął mundur i poprawił pas.
– Jedziemy niezwłocznie na miejsce – oznajmił, wychodząc zza biurka i sięgając po wygiętą w łuk niczym siodło czapkę z trupią czaszką na otoku. – Weźmiemy ze sobą tego waszego Klingego. Chcę natychmiastowych efektów, Kurtz, czy to dla was zrozumiałe?
– Naturalnie, panie Standartenführer – szczeknąłem służbiście.
Nie trzasnąłem obcasami tylko dlatego, że obawiałem się o swoją protezę. A może nie tylko dlatego.
Wyszliśmy na korytarz. Szedłem za Grebem, usiłując dotrzymać mu kroku, co nie było łatwe ze względu na moje kalectwo. W połowie drogi minął nas jakiś gestapowiec w randze Sturmbannführera. Pozdrowił Grebego uniesioną dłonią, ten odpowiedział tym samym, ja zaś uznałem, że skoro nie jestem ani członkiem partii, ani tym bardziej esesmanem, nie obowiązują mnie te wygibasy. Zresztą prawą ręką ściskałem swoją laskę, czułem się zatem potrójnie usprawiedliwiony.
Szczerze nienawidziłem tych ludzi i poglądów, jakie prezentowali, a przede wszystkim sposobów, jakich się imali, żeby zdobyć i utrzymać władzę. Ofiarą systemu padł ojciec Bernadette: kobiety, która była matką mojej córki. Ferdinand von Bredow, wysoki urzędnik Reichswehrministerium i szef Abwehry został zmuszony do popełnienia samobójstwa w czasie nocy długich noży, kiedy to Hitler rękami swoich siepaczy rozprawił się z osobistymi wrogami i politycznymi przeciwnikami, a zwłaszcza SA. Usankcjonował to później aktem prawnym pozorującym znamiona legalności. To dlatego dziś, cztery lata później, wiodącą formacją jest SS, zaś liczebność członków SA spadła drastycznie, w miarę jak ta organizacja traci na znaczeniu. Niestety, generalnie nie poprawiło to sytuacji w jakiś istotny sposób, bo owszem, zmienił się kolor mundurów, ale mentalność ludzi, którzy je nosili, pozostała dokładnie taka sama.
Doszliśmy do pomieszczenia, które zajmował Klinge. Grebe chwycił za klamkę i nie wypuszczając jej z ręki ani nie pukając, uchylił lekko drzwi i wetknął głowę do środka.
– Klinge, pozwólcie z nami – rzucił rozkazującym tonem. – Przejedziemy się.
Przez szparę widziałem, jak Klinge zakręca wieczne pióro, które zresztą dostał od Anny na urodziny, wkłada je starannie do wewnętrznej kieszeni marynarki, potem z wieszaka przy drzwiach zdejmuje płaszcz i zakłada go na siebie. Spostrzegł mnie dopiero, kiedy wyszedł na korytarz, bo byłem ukryty za plecami Grebego. Na twarzy Klingego wykwitło zaskoczenie.
– Witaj, Kurt. – Uśmiechnąłem się do niego.
Dziś jeszcze się nie widzieliśmy.
– Dzień dobry, panie radco. – Skłonił uprzejmie głowę.
Mimo że był moim przyszłym zięciem, umówiliśmy się, że będzie się zwracał do mnie po imieniu tylko poza miejscem pracy: na spacerach albo w moim mieszkaniu przy okazji spotkań z Anną. Obaj chyba nie chcieliśmy wzbudzać sensacji. Wciąż przychodziło mu z trudnością wymawianie słowa „Eike”, ale liczyłem, że z czasem ta trudność mu przejdzie.
Grebe, nie wyjaśniając mu niczego, skierował kroki w stronę schodów. Kiedy schodziliśmy, Klinge rzucał tylko w moim kierunku pytające spojrzenia, ale ja delikatnie kręciłem głową z tajemniczym uśmiechem. Na zewnątrz stanęliśmy przy wyjeździe z dziedzińca, a już po chwili w bramie pojawił się służbowy Mercedes Grebego. Kiedy Standartenführer ruszył w jego stronę, Klinge wykorzystał chwilę swobody.
– O co chodzi? – zapytał szeptem.
– Ktoś załatwił von Mannschwitza – odszepnąłem.
Zrobił wielkie oczy, a jego policzki wydęły się od wydychanego powietrza.
Grebe stał już przy aucie. Machnął na nas lekko zniecierpliwiony, więc ruszyliśmy z Klingem w tamtą stronę. Nasz przełożony zajął miejsce obok kierowcy, splótł dłonie w rękawiczkach na podołku i wbił wzrok w przednią szybę. Wsiedliśmy do tyłu, skórzana tapicerka pachniała jeszcze nowością.
– Rossmarkt, i nie żałuj gazu – rzucił Grebe do kierowcy.
Spojrzeliśmy z Klingem po sobie i jak na komendę ścisnęliśmy mocno uchwyty na drzwiach. Przydało się. Opony piszczały na zakrętach, klakson był w użyciu praktycznie przez cały czas, ja i Klinge bez przerwy uderzaliśmy o siebie ramionami. Grebe jakby nie zauważał niczego, miał zamyślony wzrok i skubał sobie czubek nosa. Wymienialiśmy z Klingem od czasu do czasu porozumiewawcze spojrzenia, nie odzywając się do siebie i modląc się w duchu, żeby upiorna podróż wreszcie się zakończyła. Nasze modlitwy zostały w końcu wysłuchane, kiedy kierowca zahamował z piskiem opon na Rossmarkt. Jazda trwała niecałe trzy minuty, ale nam wydały się one latami. Dziwiłem się trochę, że Grebe zdecydował się na auto, bo piechotą uliczkami Altstadt dotarlibyśmy tam góra w dziesięć minut, co absolutnie w niczym ani nie pomagało, ani nie przeszkadzało martwemu już przecież Mannschwitzowi. Ale nie dyskutuje się z rozkazami przełożonych.
Przed kamienicą stało kilku esesmanów i gestapowców oraz ambulans. Z tyłu ciekawskie spojrzenia rzucało paru gapiów.
– Gestapo? – Zmarszczyłem brwi.
– Macie wątpliwości, że to sprawa polityczna? – zapytał Grebe.
Kiedy sięgnął do klamki swoich drzwi, jeden z ludzi w czarnych mundurach, najstarszy stopniem, podskoczył i usłużnie otworzył mu je na całą szerokość.
– Heil Hitler! – Wyprężył się w sztywnej pozie nazistowskiego pozdrowienia, jakby sprawiało mu to wyraźną przyjemność.
Zdenerwowany Standartenführer mruknął coś pod nosem w odpowiedzi i ruszył w kierunku wejścia do kamienicy. Zrobiliśmy z Klingem to samo.
– Nikt tu niczego nie dotykał? – zapytał ostro Grebe idącego za nim krok w krok esesmana.
– Melduję, że nie, panie Standartenführer – zameldował tamten.
– Kto znalazł ciało? – wtrąciłem się, uznając, że skoro już Grebe zdecydował o powierzeniu tej sprawy mnie, nie będzie psuł mi roboty.
O ile wiedziałem, nigdy nie pracował jako śledczy: był po prostu biurokratą posadzonym na stołku, by zarządzać ludźmi.
– Gosposia. – Gestapowiec otworzył przed nami drzwi. – Przyszła rano do generała, dzwoniła, ale nie otwierał, posłużyła się więc swoim kluczem, który jej kiedyś dał. To ona nas zawiadomiła.
– Gdzie teraz jest? – Zerknąłem na zamek w drzwiach, który wyglądał na nieuszkodzony, i puściłem Grebego przodem, choć zwykle miałem obawy, kiedy ktoś stojący wyżej w hierarchii wkraczał na miejsce zbrodni przede mną.
Przeważnie był to ktoś, kto takie miejsca odwiedzał sporadycznie i w związku z tym miał niewielkie pojęcie o zachowaniu się w nim, przede wszystkim o ostrożności, jeśli chodzi o ślady.
– Została zawieziona na Augustastrasse – szczeknął gestapowiec, kiedy znaleźliśmy się w ciemnym przedsionku.
Zatrzymałem się w pół kroku.
– Nie tracicie czasu, co? – Spojrzałem na niego z niesmakiem. – Zamierzacie ją przesłuchiwać?
– Nie, panie radco, będzie tam po prostu do dyspozycji Kripo.
– Wolałbym mieć ją tutaj. – Pokręciłem z powątpiewaniem głową. – Trochę się pospieszyliście, Scharführer. Ja rozumiem, że policja polityczna ma swoje cele oraz środki do ich osiągnięcia, ale my działamy nieco inaczej – pozwoliłem sobie na drobną uszczypliwość.
A może i nie drobną, ale byłem naprawdę zły. Tak to jest, kiedy nadgorliwcy zamiast myśleć i wykonywać, wyłącznie wykonują.
Gestapowiec zacisnął lekko usta i spojrzał na Grebego, jakby szukał u niego pomocy. Ten zauważył to i zrobił minę, którą można było uznać za potwierdzenie moich wątpliwości. Weszliśmy na górę, nie tracąc więcej czasu. Drewniane stopnie trzeszczały pod naszymi stopami, czuć było lekki zapach stęchlizny połączony z tą specyficzną nutą domów zamieszkiwanych przez starych, zaniedbanych ludzi. Gestapowiec skierował nas do jednego z pokoi, którego drzwi były otwarte na oścież. Zajrzałem do niego: w środku panował nieopisany bałagan.
Przez jedno z okien, to odsłonięte, do pokoju wpadał wąski snop promieni słonecznych, oświetlający miejsce zbrodni niczym teatralny reflektor głównego aktora. Kąty pokoju były pogrążone w półmroku, kontrast między światłem a cieniem ukrywał je przed moim spojrzeniem, ale na razie miało to drugorzędne znaczenie. Skupiłem się na tym, co było w tej chwili najważniejsze.
Widziałem w robocie naprawdę straszne rzeczy. Widziałem i czułem wszystkimi pozostałymi zmysłami, jak potworne cierpienie potrafi zadać człowiek drugiemu człowiekowi, pozbawiając go życia na przeróżne sposoby. W tym przypadku sprawca zadał je w sposób okrutny i nieprawdopodobny.
Nagie ciało starca leżało w poprzek na zakrwawionym materacu łóżka. Stopy zwieszały się z jednej jego strony, ręce i głowa z drugiej. Usta miał otwarte jak do krzyku, ale w nich tkwiła jakaś szmata. Jego skóra przypominała barwą marmur, a brzuch rozpłatany był od mostka do łona, zaś z potwornej rany na boki wylały się białofioletowe jelita, układając się wokół ciała, w okolicach bioder na podobieństwo poskręcanych i zakrwawionych okrętowych lin. Z oczu starca sterczały wąskie i długie kawałki szkła, wbite tam na tyle głęboko, na ile pozwalała jego kruchość. Twarz generała zalana była krwią, która ściekała na podłogę, wsiąkając w szpary między deskami, a zakrzywione palce przypominały szpony, jak gdyby stary wiarus próbował chwycić i zatrzymać ostatnie chwile życia.
Z trudem oderwałem wzrok od koszmarnego widoku i zerknąłem na Klingego.
Wyraz twarzy Kurta nie zmienił się. Chłopak stwardniał przez te kilka lat. Wciąż pamiętałem sytuację ze szpitala w Pommernsdorf Anlagen i pierwszego trupa, jakiego wtedy zobaczył na własne oczy. Tamta sprawa była początkiem naszej przyjaźni i próbą, którą Klinge przeszedł pomyślnie.
– Odsłonisz okno? – poprosiłem go, podając mu swoją laskę. – Tylko patrz od nogi.
Potrzebowałem teraz obu rąk. Klinge wziął ode mnie moją wierną towarzyszkę i podszedł ostrożnie do drugiego okna. Chwycił za kotarę i odciągnął ją na bok, a pokój zalało światło dnia. Zobaczyłem, jak jego wzrok zatrzymuje się nagle na ścianie nad łóżkiem, i mój powędrował w to samo miejsce. Grebe też już patrzył w tę stronę.
W zielonkawym tynku ktoś wydrapał wielki symbol i to w niego wpatrywaliśmy się teraz w milczeniu, próbując ignorować smród krwi i wnętrzności. Niezgrabnie wyryte kreski układały się w koślawy heksagram, gwiazdę Dawida.
– To było do przewidzenia… – mruknął nasz szef.
– Co było do przewidzenia, panie Standartenführer? – Nie mogłem oprzeć się pokusie.
Grebe zdjął czapkę, wytarł dłonią wnętrze otoku z potu i wskazał znak na ścianie.
– Że to sprawka jakiegoś parszywego Żyda.
Uśmiechnąłem się z lekkim zakłopotaniem.
– Z całym szacunkiem, ale chyba jeszcze za wcześnie na takie wnioski.
– Naprawdę tak sądzicie, Kurtz? – Grebe założył czapkę na głowę, obejrzał się na mnie i uniósł brwi, które zniknęły pod daszkiem.
– Oczywiście. – Wzruszyłem ramionami. – To tylko jedna z hipotez.
– A macie jakieś inne? – Brwi znów pojawiły się w polu mojego widzenia, zjeżdżając nad same oczy Grebego.
– Pozwoli pan, Standartenführer, że najpierw się rozejrzymy, dobrze? – zaproponowałem chłodno.
Grebe rozłożył ręce niczym gospodarz domu zachęcający odwiedzającego go po raz pierwszy gościa do obejrzenia włości.
Zacząłem od ciała. Podszedłem ostrożnie do łóżka, nachyliłem się nad trupem, próbując oddychać przez usta, ale to niewiele pomagało. Smród aż szczypał w oczy i powodował odruch wymiotny. Zacisnąłem zęby, wstrzymałem oddech i zacząłem przypatrywać się szczegółom. Teraz od razu zauważyłem, że kawałki szkła wbite w oczodoły pochodziły z rozbitego lustra. Przez chwilę w jednym z nich mignęła mi moja twarz. Odwróciłem wzrok i zerknąłem na pokryty znamionami oraz rzadkimi siwymi włosami tors, a w zasadzie na jego boki, bo środek ukazywał żebra i narządy wewnętrzne. Na tym się nie znałem, natomiast moją uwagę zwróciła niewielka blizna na piersi, tuż nad brodawką sutkową, widoczna między plamami zaschniętej krwi. Wyprostowałem się i odwróciłem do Klingego.
– Kurt, mógłbyś mi podać pióro? – Wyciągnąłem rękę.
Na twarzy Klingego wykwitł wyraz zdziwienia, ale bez wahania sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął je i podał mi, wtykając w palce.
Znów pochyliłem się nad trupem i końcówką ebonitowej obsadki odsunąłem płat skóry. Teraz widziałem bliznę wyraźniej. Wyglądała jak jaśniejsza plamka, skóra w tym miejscu była nieco pogrubiała, a na jej skraju zauważyłem niewielki, błękitny trójkącik.
– Co tam znaleźliście? – zainteresował się Grebe, wciąż stojąc w drzwiach i wyciągając szyję jak głodny łabędź.
– Bliznę – stwierdziłem obojętnie. – Chyba nic szczególnego.
– To weteran – zauważył Grebe, zupełnie jakbym o tym nie wiedział.
– Zapewne pamiątka z dawnych czasów – mruknąłem zgodnie i wytarłem końcówkę pióra o materac, a potem oddałem Klingemu.
Wziął je ode mnie z wahaniem i lekkim obrzydzeniem, ale mimo to schował je do wewnętrznej kieszeni marynarki, a potem odruchowo wytarł dłoń w spodnie i wycofał się o krok pod ścianę. Wyprostowałem się i odwróciłem w stronę Grebego.
– Przyczyna śmierci wydaje się jasna, zważywszy na ślady krwi – westchnąłem. – Gdyby był martwy w momencie, w którym sprawca rozpruł mu brzuch, nie byłoby jej aż tyle wokół.
Grebe pokiwał głową, a chwilę później nią pokręcił.
– Możecie zapomnieć o tych swoich hipotezach, Kurtz, jeśli faktycznie jakieś macie, bo to chyba oczywiste, gdzie należy szukać sprawcy. Pozostaje go tylko zidentyfikować. – Skrzywił się, obrzucając trupa Mannschwitza krótkim spojrzeniem. – Jakieś kabalistyczne obrzędy albo rytualny żydowski ubój.
– Tu bym się nie zgodził – wtrącił nagle Klinge.
– Bo? – Grebe spojrzał na niego z nagłym zainteresowaniem.
– To nie do końca tak. Mówiąc o uboju, ma pan zapewne na myśli szechitę, tylko że podczas uboju Żydzi podrzynają zwierzęciu gardło, a nie rozcinają powłoki brzuszne. To by nie miało sensu, ponieważ chodzi o wykrwawienie się, a nie wypuszczenie trzewi, których część też się przecież wykorzystuje jako żywność.
– Skąd więc ta gwiazda? – Grebe nie wyglądał na przekonanego.
– To już inna sprawa. – Klinge nieznacznie schował głowę w ramionach. – Chciałem tylko wyjaśnić tę nieścisłość.
– Nieistotne, czy przecinają gardło, czy brzuch. – Standartenführer wskazał gwiazdę na ścianie. – Ewidentnie któryś z nich chce nam zagrać na nosie.
– A gdyby na ścianie była swastyka? – zapytałem, przychodząc w sukurs Klingemu.
– Co macie na myśli, Kurtz? – Grebe zamrugał gwałtownie.
– Być może ma pan rację, Standartenführer, i faktycznie zrobił to jakiś Żyd. Ale równie dobrze sprawca mógł chcieć oddalić podejrzenia od siebie, kierując je na kogoś innego. A to jest bardzo prosty i jak widać skuteczny sposób.
– „Jak widać skuteczny”? Sugerujecie, że dałem się nabrać? I o co wam chodzi z tą swastyką? – Nastroszył się.
Teraz nie wyglądał jak głodny łabędź, tylko jak wściekły, bo ktoś zakłóca jego spokój. Nawet syczał tak samo.
– Absolutnie niczego nie sugeruję – tłumaczyłem mu cierpliwie jak dziecku. – Chodzi mi wyłącznie o to, że równie dobrze zamiast swastyki na ścianie mógłby widnieć na przykład sierp i młot. Co wtedy by pan o tym sądził? To oczywiste, bo każdy by pomyślał to samo: oto sprawca identyfikuje się z ideą reprezentowaną przez symbol, a zatem przynależy do danej wspólnoty spod tego znaku i chce to podkreślić. I na to mógł liczyć zbrodniarz. Poza tym, panie Standartenführer… – spojrzałem Grebemu w oczy – jeśli założy pan a priori, że zbrodnię popełnił Żyd, a w dodatku wyrazi pan to przekonanie głośno, to tak jakby z własnej woli oddał pan śledztwo gestapo. Chyba że pan tego chce?
Nie chciał i wiedziałem to. Nie chciał, jak każdy karierowicz, oddać nikomu niczego, co mogłoby popchnąć jego karierę do przodu i nadać jej rozpędu. A skoro sprawą, jak się domyślałem, interesował się sam Hitler, to Grebe tym bardziej traktował ją jak możliwość awansu. Był oczywiście jeden szkopuł: musiał wykazać się przed Führerem efektami, a jedynym efektem, na jakim mu zależało w tej chwili, było odkrycie, kto stał za zabójstwem von Mannschwitza. Nawet jeśli faktycznie, jak zakładał nieco pochopnie Standartenführer, stał za tym jakiś Żyd, w tej chwili było to kwestią drugorzędną: chodziło przede wszystkim o to, kto osiągnie sukces w śledztwie. Przed Kripo, któremu szefował Grebe, było mnóstwo pracy, ale pracę ową mój przełożony miał wykonać moimi rękami, co z jednej strony było niewątpliwie docenieniem mojej skromnej osoby, a z drugiej zwykłym wspinaniem się po czyichś plecach. W tym konkretnym przypadku po moich. Ale, jak to mawiają: nająłeś się za psa, to musisz szczekać.
– Macie rację, Kurtz – przyznał Grebe niechętnie. – Dlatego bierzcie się do roboty. Szkoda czasu.
– Musimy rozejrzeć się jeszcze po mieszkaniu – stwierdziłem. – Z zabraniem ciała do kostnicy niech się jeszcze wstrzymają, musimy poczekać na fotografa, no i nie chciałbym, żeby ktoś zadeptał nam jakieś ślady. – Mówiąc „nam”, miałem na myśli oczywiście mnie i Klingego, ale Standartenführer odczytał to jednoznacznie.
Szczerze mówiąc, niczego innego się nie spodziewałem.
– Jasna sprawa, Kurtz. – Spojrzał na mnie jakby nieco cieplej i zatknął rękawiczki za pas. – Nie przeszkadzam, róbcie, co trzeba. Idę na dół zapalić.
– Potrzebujemy jakieś pół godziny – oznajmiłem.
Grebe cmoknął, rozejrzał się jeszcze po pokoju, a potem odwrócił się i wyszedł. Po chwili usłyszeliśmy dudnienie jego oficerek po drewnianych schodach. Odetchnąłem z ulgą.
– Gratuluję opanowania, panie radco – mruknął Klinge.
Wzniosłem oczy ku sufitowi.
– Czasem, żeby osiągnąć cel, musisz wykazać się opanowaniem, Kurt. A moim celem jest wyłącznie święty spokój. I ja również, podobnie jak Grebe, nie chciałbym, żeby śledztwo prowadziły te tępaki z gestapo. Choć z nieco innych względów – dodałem po chwili. – No, dobra. Bierzemy się do roboty.
Najpierw obeszliśmy całe piętro, zaglądając do kolejnych pomieszczeń. Kamienica, którą zamieszkiwał von Mannschwitz, była razem z sąsiednią, niemal identyczną, jedną z najmniejszych nie tylko w pierzei Aschgeberstrasse, ale i na całym Rossmarkt. W przyziemiu mieścił się sklep, a dwa górne piętra, w tym poddasze, zajmowało mieszkanie generała. Kiedy skończyliśmy na piętrze, weszliśmy na poddasze, które okazało się po prostu rupieciarnią. Znalazł się tam nawet koń na biegunach, a w zasadzie na jednym, oraz wielka klatka dla jakiegoś egzotycznego ptaszyska.
– Dobrze, wróćmy tam. – Westchnąłem, kiedy skończyliśmy inspekcję.
To oczywiste, że nie musiałem dodawać, które pomieszczenie mam na myśli, mówiąc „tam”.
Kiedy wróciliśmy do sypialni, smród zwłok uderzył w nas ze zdwojoną siłą. Klinge podszedł do okna.
– Może zasłonię, panie radco? – zaproponował. – Zdaje się, że tam naprzeciwko mamy dość sporą publiczność…
Zerknąłem przez szybę: faktycznie, w oknach kamienicy po przeciwległej stronie stało kilka osób przypatrujących się nam z zaciekawieniem. Przedstawienie teatru jednego aktora, martwego w dodatku, oraz dwóch statystów, żywych, cieszyło się jak widać ogromną popularnością.
– To chyba dobry pomysł – zgodziłem się. – I mam jeszcze jeden, nawet lepszy: otwórz przynajmniej jedno okno, zanim się udusimy.
Klinge uchylił skrzydło i zaciągnął kotary, zostawiając pomiędzy nimi niewielką szparę. To wystarczyło, żeby spokojnie przeszukać pokój, dawało też zarówno odpowiednie światło, jak i odrobinę świeżego powietrza, które stawało się tu zaiste na wagę złota.
W sypialni nie było zbyt wielu sprzętów, widać generał nie miał wielkich potrzeb, będąc jednym z tych oficerów, którym wystarczały podstawowe wygody. Szafa, komoda, łóżko i potrzaskane teraz lustro na ścianie; to było wszystko. Meble były najprawdopodobniej puste, bo podłogę wokół nich zaścielały ubrania, przybory toaletowe i mnóstwo papierzysk, pośród tego mignęło mi parę orderów. Sprawca niemal wywrócił pomieszczenie do góry nogami. Zacząłem się przyglądać szczególnie papierom. Widać było jakieś stare mapy sztabowe, listy, notatki, wszystko to, co starzy ludzie przechowują dla potomności albo dla samych siebie, najwyraźniej nie będąc świadomymi, że na tamtym świecie przyda im się to w równym stopniu, co klatka dla ptaków albo koń na jednym biegunie. W kącie pokoju leżało kilkaset reichsmarek oraz złoty sygnet z herbem, zapewne rodowym von Mannschwitzów. Na tej podstawie można było chyba wykluczyć motyw rabunkowy zbrodni.
– Panie radco? – usłyszałem nagle głos Klingego.
– Tak, Kurt? – Spojrzałem w tamtą stronę.
Stał przy komodzie i wskazywał coś leżącego na jej blacie. Podszedłem do niego, pokazując mu sygnet i pieniądze.
– Co tam znalazłeś? – zapytałem. – Bo ja to.
Obrzucił banknoty i sygnet pobieżnym spojrzeniem.
– Nie jestem pewien, czy znalazłem. To po prostu tu leżało – odparł lekko zmieszany, wskazując na komodę.
To w nim lubiłem. Nie znosił przypisywać sobie zasług, których nie był autorem.
Pochyliłem się nad niskim meblem i przyjrzałem znalezisku. Był to niewielki notes, a spomiędzy jego stron wystawał plik jakichś papierów o nieco większym formacie. Po ząbkowanych krawędziach domyśliłem się, że to zdjęcia, więc ostrożnie otworzyłem okładki notatnika i wyjąłem je, następnie rozłożyłem na blacie. Klinge również pochylił głowę i razem zaczęliśmy się im przypatrywać. Było ich cztery, trzy z nich na pewno zrobiono w Stettinie: jedno przed głównym dworcem osobowym, drugie na tarasach Hakena, trzecie przed wejściem do Landeshaus. Czwarte przedstawiało jakiś nowoczesny gmach, ale ani ja, ani Klinge nie mieliśmy pojęcia, jaki to budynek i tym bardziej gdzie się znajduje. Jednak wspólny element wszystkich fotografii stanowiło dwóch mężczyzn. Jeden z nich był wysokim brunetem z gładko zaczesanymi do tyłu włosami i szpiczastą bródką oraz w okularach. Drugim, stojącym obok niego, był bez wątpienia generał w stanie spoczynku Ernst von Mannschwitz. Odwróciłem zdjęcie, chwytając je opuszkami za ząbkowane krawędzie, i zdziwiłem się nieco, że z tyłu nie ma żadnej pieczątki zakładu fotograficznego.
– Co o tym sądzisz, Kurt? – zapytałem Klingego, ciekawy jego opinii.
– Interesujące… – mruknął.
– Z jakich powodów cię to zainteresowało?
– Nie mnie, panie radco. Sprawcę.
Uśmiechnąłem się i zmrużyłem oczy jak objedzony miodem leśnych pszczół niedźwiedź.
– Wyjaśnisz? – poprosiłem.
– Wszędzie straszliwy bałagan, a ten notes leży sobie, jak gdyby nigdy nic. To może świadczyć o tym, że morderca robił to samo co teraz my. Przeglądał go.
– A kiedy się już napatrzył, po prostu go tu zostawił?
– Najwyraźniej. Nie wiem, czy szukał w nim pieniędzy, czy jakichś papierów, czy chciał tylko przejrzeć jego zawartość, ale bez wątpienia go przeglądał… Szkoda tylko, że materiał okładki wyklucza pobranie odcisków linii papilarnych. – Westchnął.
– Nie sądzę, żeby były na nim odciski palców, Kurt. – Pokręciłem głową. – Z pewnością nie ma ich na kawałkach lustra, wbitych w oczodoły, bo widziałem, że są czyste jak łza. Zapewne sprawca nosił rękawiczki. I to porządne, skórzane, inaczej by się pokaleczył. Pieniędzy nie szukał, bo zostawił je rozrzucone po podłodze, a więc nie o nie chodziło. Podobnie sygnet. Niemniej jednak uważam, że te zdjęcia są dość interesujące, więc zabierzemy je sobie. – Wyciągnąłem z kieszeni marynarki lnianą chusteczkę, na szczęście czystą, i ostrożnie, nie dotykając powierzchni fotografii, zebrałem je, zawinąłem w materiał i schowałem za pazuchę. – A ponieważ strzeżonego Pan Bóg strzeże, na wszelki wypadek sprawdzimy, czy są na nich odciski palców tylko generała, czy może jeszcze kogoś innego. Zaś notes… – Zerknąłem na kilka stron: wyglądało na to, że von Mannschwitz prowadził w nim rachunki domowe. – Notes sobie tu zostanie, tak jak leżał, co o tym myś…
Przerwał mi nagły błysk, jak gdyby w jednej chwili, dosłownie w ułamku sekundy, najczarniejsza, bezksiężycowa noc zmieniła się w bezchmurny dzień, gdy słońce stoi w zenicie. Poczułem, jakby ktoś wbił mi pod powieki tysiące szpilek. Sięgnąłem do oczu i zacząłem je trzeć, a potem szybko spojrzałem w stronę, z której nadszedł ów niespodziewany błysk. Zdolność widzenia powoli wracała i zobaczyłem niewielkiego człowieczka, który majstrował przy jakimś trzymanym w ręku urządzeniu. Doskoczyłem do niego, mrugając, a przed oczami wciąż miałem nieznośny powidok. Klinge robił mniej więcej to samo co ja, czyli przecierał powieki, ale stał w miejscu, wciąż nie mogąc otrząsnąć się z zaskoczenia.
– Zwariowałeś, człowieku? – zawołałem z oburzeniem do przybysza. – Co ty wyprawiasz?
– Wykonuję tylko swoją pracę! – usłyszałem z jego ust.
– A gdzie jest Posner? – zapytałem z zaskoczeniem, stając przed nim.
Posner był etatowym policyjnym fotografem.
– Nie mam pojęcia, ani kim jest Posner, ani tym bardziej, gdzie jest. – Człowieczek wykręcał właśnie z przejęciem zużytą żarówkę lampy błyskowej. – Panowie pozwolą, że się przedstawię: Klaus Feige, redaktor gazety „Stettiner General-Anzeiger”, moje uszanowanie…
Poczułem, że bierze mnie właśnie jasna cholera, jaśniejsza nawet niż błysk sprzed chwili. Wyciągnąłem rękę i chwyciłem Feigego za kołnierz.
– Uszanowanie? – warknąłem, drugą ręką wskazując za siebie, na trupa generała. – Co ty wiesz o uszanowaniu, pismaku? Kto ci pozwolił tu wejść?
– Nikt. – Próbował się wyswobodzić z mojego uścisku, ale był zbyt słaby.
– Więc dlaczego tu wlazłeś?
– Bo nikt mi też tego nie zabronił.
Przyznaję, zamknął mi tym usta. Dziwiłem się tylko, jak przedarł się przez barierę ludzi w czarnych mundurach, ale to akurat mogłem zaraz wyjaśnić. Nie wypuszczając z ręki kołnierza płaszcza, popchnąłem Feigego w stronę schodów.
– Kurt, przewietrzymy się trochę, co ty na to? – zaproponowałem.
Nie miał nic przeciwko, więc zeszliśmy na dół, nie bez prób oporu ze strony Feigego, które niweczyłem za pomocą swojej laski. Gdy znaleźliśmy się już przed kamienicą, przywołałem ruchem ręki Scharführera, tego samego, z którym starłem się po przyjeździe na Rossmarkt.
Podbiegł do nas lekko zaniepokojony, ze zmarszczonymi brwiami zerkając na gagatka, który wisiał mi w garści jak niegrzeczny psiak wyciągnięty z kałuży. Trochę się nawet zgadzało, bo Feige był mokry od potu, który obficie zrosił jego łysawą czaszkę, i zapewne nie tylko ją, wnosząc po kwaśnym zapachu, który dziennikarz wydzielał chyba wszystkimi porami skóry.
– Myślałem, że jesteście tu po to, żeby pilnować porządku, Scharführer – powiedziałem ostro do gestapowca. – Kto go tam wpuścił?
– Jak to? – Wzruszył ramionami. – A to nie jest wasz fotograf?
– Nic podobnego. To pismak.
Gestapowiec zaczął z namysłem żuć dolną wargę.
– Miał aparat…
– Jak zobaczycie na ulicy człowieka z pistoletem w ręku, to pomyślicie od razu, że to policjant po cywilnemu, i pozwolicie mu odejść? – zapytałem kwaśno. – To gratuluję.
Grebe, stojący za samochodem i palący papierosa, podszedł do nas.
– Jaka gazeta? – zapytał ostro.
– „Stettiner General-Anzeiger”. – W głosie Feigego było coś w rodzaju dumy.
Poprawił niezgrabnym ruchem pasek od torby na ramieniu. W tej samej chwili Grebe wziął zamach i otwartą dłonią zdzielił redaktora na odlew, prosto w twarz.
– Aparat! – zażądał.
Skulony Feige jęknął, rozcierając policzek.
– To moje narzędzie pracy…
– Gówno mnie to obchodzi! – ryknął Standartenführer. –Aparat! Natychmiast!
– Oddam panu po prostu film, błagam… Niech pan oszczędzi służbowy sprzęt! To mienie redakcyjne, a nie moje prywatne!
Grebe już bez słowa wyciągnął rękę. Feige sięgnął do torby, trzęsącymi się dłońmi wydobył z niej niewielkiego Kodaka i podał go Grebemu. Standartenführer otworzył klapkę z tyłu i jednym szarpnięciem wyciągnął kliszę, którą rzucił z obrzydzeniem na bruk, gdzie zwinęła się niczym zmarznięty wąż. Kiedy Feige nadstawił ręce, spodziewając się, że Grebe włoży mu w nie aparat, ten podniósł nagle Kodaka i upuścił mu go prosto pod nogi. Usłyszeliśmy suchy, głośny trzask pękającej obudowy.
– Nie… – Dziennikarz jęknął z rozpaczą i uklęknął szybko, ale zanim zdążył go podnieść, obcas Grebego dopełnił dzieła zniszczenia.
– Może to cię czegoś nauczy, hieno – warknął Standartenführer, wymierzając dziennikarzowi potężne kopnięcie w biodro.
Feige upadł na szczątki aparatu. Grebe przypatrywał mu się przez chwilę z obrzydzeniem.
– Won mi stąd, bo zatłukę jak psa! – warknął znów.
Dziennikarz pozbierał się jakoś, zapiął torbę i wciąż pocierając palący zapewne piekielnym ogniem policzek, umknął w stronę fontanny, znikając nam z oczu.
– „Stettiner General-Anzeiger”… – Standartenführer obejrzał swoją dłoń. – Akurat. Szmaciarz nie przypuściłby okazji i te zdjęcia z pewnością ukazałyby się w końcu w „Der Stürmer”.
Grebe mógł mieć rację. Tygodnik ów, mimo formalnych związków z NSDAP, był zwykłą bulwarówką, słynął z treści antyklerykalnych, antykapitalistycznych, a przede wszystkim antysemickich i nastawiony był wyłącznie na wzbudzanie sensacji wśród mniej wykształconych warstw społecznych. Zdjęcie z miejsca zbrodni, zwłaszcza z tą gwiazdą Dawida na ścianie, byłoby jak woda na młyn, a raczej benzyna na ogień. Nawet takiemu antysemicie jak Grebe nie zależało na tego rodzaju rozgłosie.
Standartenführer odetchnął głęboko i poprawił czapkę, która przekrzywiła mu się na głowie na skutek gwałtownych ruchów ciałem.
– Znał pan generała Mannschwitza? – zapytałem go.
– Nie osobiście, tylko ze słyszenia. Czemu o to pytacie?
– Wydaje mi się, że jest pan bardzo poruszony jego śmiercią.
– To bohater i wzór do naśladowania, więc jasnym jest, że ta strata boli mnie jako Niemca. Ale nawet nie o to chodzi… – Popatrzył na mnie spod daszka czapki ciężkim wzrokiem i uderzył trzymanymi w dłoni skórzanymi rękawiczkami w wewnętrzną stronę drugiej ręki. – Jak sądzę, ze względu na osobistą znajomość z von Mannschwitzem sprawą zainteresuje się sam Führer. I w związku z tym nie mamy za dużo czasu, Kurtz. Wyraziłem się jasno?
– Jak najbardziej, panie Standartenführer. – Skinąłem spokojnie głową. – Nadzwyczaj jasno i przejrzyście.
Grebe odwrócił się i chwycił za klamkę drzwi auta.
– Skończone?
– W zasadzie tak – odparłem, dotykając odruchowo poły marynarki.
– Świetnie. Wrócicie do pracy piechotą, ja jeszcze muszę podjechać do ratusza – polecił.
Spojrzałem w górę, na niebo zaciągnięte chmurami, które zabrały słońce. W dodatku w przeciwieństwie do Klingego nie miałem na sobie płaszcza, a jesień roku pańskiego tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego nie należała do najcieplejszych i raczej nie rozpieszczała pogodą.
– Tak jest – mruknąłem bez zapału.
Kiedy Grebe odjechał, poleciłem jeszcze odwieźć ciało generała do kostnicy, a Scharführerowizostawić do wieczora któregoś ze swoich ludzi przed kamienicą oraz znaleźć osobę z sąsiedztwa, która mogłaby mieć oko na mieszkanie von Mannschwitza.
Teraz mogliśmy już wracać do siebie.
Pierwszą rzeczą, jaką chcieliśmy zrobić z Klingem po powrocie do prezydium policji, była oczywiście rozmowa z gosposią generała von Mannschwitza, jednak ku naszemu zaskoczeniu podoficer gestapo poinformował nas krótko i bez szczegółowych wyjaśnień, że została odwieziona do domu. Zdziwiło mnie to nieco, bo poza przypadkami przewożenia do więzienia czy obozu koncentracyjnego odprowadzanie przez funkcjonariuszy tajnej policji państwowej zwykle kończyło się po prostu przy drzwiach wyjściowych z budynku prezydium. Ale w końcu kobieta była gosposią bohatera Wielkiej Wojny, a jej zatrzymanie to zwykła nadgorliwość, którą zapewne chciano zatrzeć dobrym uczynkiem. Coś jak wypuszczenie z ręki gorącego kartofla. Dowiedziałem się od gestapowca, jak gosposia się nazywa i gdzie mieszka, a potem razem z Klingem niezwłocznie do niej pojechaliśmy.
Ulrike Jauch mieszkała w dzielnicy Grünhof, przy Elysiumstrasse, niedaleko browaru, od którego ulica wzięła swoją nazwę. Zwarta zabudowa robotniczych kwartałów sprawiała lekko przygnębiające wrażenie. W porównaniu z secesyjnymi fasadami kamienic ze śródmieścia ceglane lub szare, długie i praktycznie pozbawione detalu elewacje z małymi oknami ciągnące się czasem przez całą długość ulicy były ubogie i nudne. Zaparkowaliśmy pod jednym z kilkunastu identycznych wejść, które od pozostałych odróżniał wyłącznie numer.
Weszliśmy na drugie piętro i stanęliśmy przed drzwiami mieszkania, zgodnie z przekazaną nam informacją zajmowanego przez gosposię generała. Zapukałem w nie mocno główką laski. Otworzyły się nieznacznie i przez wąską szparę ujrzeliśmy fragment twarzy, bez wątpienia kobiecej, choć przyznam szczerze, niezbyt urodziwej.
– Pani Jauch? – Uniosłem odznakę Kripo. – Dzień dobry, policja, radca kryminalny Eilhard Kurtz i inspektor Kurt Klinge. Możemy wejść?
Drzwi uchyliły się nieco szerzej.
– Wcale nie jest dobry… – Drobna, niepozorna kobieta cofnęła się lekko w głąb mieszkania.
Uznałem to za zaproszenie i skorzystałem z niego.
– Przykro mi z powodu nieprzyjemności, jakich doznała pani ze strony gestapo, ale my za to nie odpowiadamy – wyjaśniłem na wszelki wypadek, wchodząc do środka.
Przez chwilę miałem wrażenie, że te blisko osadzone względem siebie oczy o nieprzyjaznym spojrzeniu są mi skądś znane, ale po zastanowieniu uznałem, że raczej nie poznałem nigdy tej kobiety ani jej wcześniej nie spotkałem. A przynajmniej nie w okolicznościach wartych zapamiętania.
– Męża nie ma w domu? – zapytałem, rozglądając się odruchowo.
– Jestem wdową – odparła. – Bezdzietną – dodała po chwili takim tonem, jakby to była moja wina.
Obejrzałem się za siebie, żeby się upewnić, czy Klinge wszedł do mieszkania za mną. Właśnie zamykał drzwi, a jego widok dodał mi otuchy. Szykowała się chyba ostra przeprawa i miło było wiedzieć, że ma się czyjeś wsparcie. Pani Jauch zaprowadziła nas tymczasem do kuchni. Ogień buzował w westfalce, na fajerkach stał garnek, w którym pyrkała zupa, a jej zapach roznosił się po pomieszczeniu, sprawiając, że jasne myśli pierzchały rozgonione nagłym i niepohamowanym uczuciem głodu. Kobieta posadziła nas przy stole i usiadła naprzeciwko. Oparła łokieć na blacie, patrząc na nas wyczekująco. Chrząknąłem z lekkim zakłopotaniem, wzrok ciągle uciekał mi w stronę kuchenki, na łydce zdrowej nogi czułem żar paleniska. Klinge chyba miał podobnie, bo wydatna grdyka latała mu w górę i w dół.
– Jest mi bardzo przykro z powodu tej sytuacji, pani Jauch… – zacząłem.
Pokiwała głową, odwracając ją po chwili gdzieś w bok.
– Zdaję sobie sprawę, że to było wstrząsające przeżycie, ale musimy zadać pani kilka pytań.
– Ale ja nic nie wiem. – Zabrzmiało to jak skarga.
– Może pani nie być nawet świadoma tego, że coś jednak wie. – Uśmiechnąłem się pocieszająco. – Od dawna pracowała pani u generała von Mannschwitza?
– Odkąd przyjechał do Stettina. Czyli jakieś dwanaście lat.
– To długo – przyznałem. – Zapewne była pani z nim dość mocno związana?
– O czym pan mówi? – obruszyła się niespodziewanie.
– O związku emocjonalnym wynikającym z długiego przebywania ze sobą. O przyjaźni, przywiązaniu… – wyjaśniłem.
Jej mina jeszcze przez chwilę wyrażała oburzenie, a potem pani Jauch zaczęła się nad czymś wyraźnie zastanawiać.
– To był miły starszy pan, ale nasza znajomość nigdy nie wykroczyła poza pewne ramy. Nie spoufalał się ze mną, jeśli o to panu chodzi – powiedziała w końcu.
Faktycznie, mniej więcej o to mi chodziło. Mogłem wreszcie przejść do sedna sprawy.
– Czy kiedy pani przyszła dzisiejszego ranka do generała, drzwi były zamknięte na klucz? – zadałem kolejne pytanie.
Spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakbym zapytał ją o to, ile jest trzydzieści cztery pomnożone przez osiemnaście, potem otworzyła usta, żeby odpowiedzieć na moje proste przecież pytanie, ale nagle zawahała się lekko.
– Ja… Nie wiem…
– Nie wie pani? – zdziwiłem się.
– Nie pamiętam. – Spuściła głowę. – Mam pustkę, dziurę w pamięci. Sporo dziś przeżyłam…
To była prawda, ale wyglądało na to, że kobieta trzymała się dzielnie jak na te okoliczności.
– Naturalnie, ale proszę spróbować sobie przypomnieć. To dość ważne.
– Przykro mi, ale nie dam rady. Zwykle pierwsza rzecz, jaką robię, to włożenie klucza do zamka i przekręcenie go. I chyba tak właśnie zrobiłam, a teraz tak sobie myślę, że gdyby drzwi były otwarte, to pewnie bym się mocno zdziwiła i zapamiętała to. Pan generał był bardzo ostrożny i dbał, żeby na noc drzwi zawsze były zamknięte na klucz. Na dwa razy.
– Czy pan generał się czegoś obawiał? – podchwyciłem wątek.
– A czego miał się obawiać?
– Wspomniała pani, że zawsze dbał o to, żeby drzwi na noc zostały zamknięte.
– Wiadomo, licho nie śpi. Złodzieje też nie. Ale żeby się czegoś bał?
– A może nie czegoś, tylko kogoś? – wtrącił Klinge.
– Dokładnie – zawtórowałem mu. – Czy nie wspomniał o kimś, kogo nie darzył sympatią, nie kazał pani na tego kogoś uważać?
– Nie – odparła, tym razem pewnie.
– Czy ktoś go odwiedzał? – indagowałem dalej.
– Wiele osób. – Wzruszyła ramionami, jakby to było najzupełniej naturalne. – Był dość towarzyskim człowiekiem, mimo wieku.
– A ostatnio? Na przykład wczoraj?
Skinęła głową i złożyła ręce na podołku.
– Wczoraj pan generał faktycznie oczekiwał gościa. Miał się zjawić już po moim wyjściu, czyli wieczorem…
Zobaczyłem kątem oka, jak Klinge z zainteresowaniem nadstawia ucha.
– Czy wie pani może, kto miał nim być? – zapytałem.
– Jakiś Szwajcar. Tak powiedział pan generał: „Dziś wieczorem mam gościa ze Szwajcarii”.
Cmoknąłem lekko kącikiem ust.
– Pani wybaczy, ale jest pewna różnica między Szwajcarem a kimś, kto stamtąd przyjeżdża.
Popatrzyła na mnie dziwnie.
– A jaka?
– Ten, kto przyjeżdża ze Szwajcarii, niekoniecznie musi być Szwajcarem, droga pani – wyręczył mnie Klinge. – Czyli generał von Mannschwitz nie wymienił jego nazwiska ani nie powiedział, w jakim celu przybywa?
– Nie.
Krótka i zdecydowana odpowiedź jakby podcięła Klingemu skrzydła. Widziałem, jak opadły mu ramiona, a początkowy entuzjazm uleciał razem z powietrzem z płuc. Wizyta Szwajcara, tudzież przybysza ze Szwajcarii, nie musiała oznaczać jeszcze niczego podejrzanego, ale niewątpliwie był to jakiś trop, a na samym początku wszystkie tropy są ważne, jakkolwiek błahe by były.
– Jak się wyrażał o swoim gościu? – zapytałem.
– Nie rozumiem.
– Czy cieszył się na to spotkanie, czy raczej oczekiwał go z niechęcią?
– Nie jestem pewna, ale on o mało kim wyrażał się pochlebnie, bywał opryskliwy. A jeśli chodzi o wizytę tego gościa, to po prostu mnie o tym poinformował. – Zrobiła nieokreślony ruch ręką.
– Niczego pani nie dotykała po znalezieniu zwłok? – zapytał Klinge. – Nie przesunęła żadnego sprzętu?
– Żartuje pan? – żachnęła się, popatrując na niego zezem.
– Nie, nie żartuję. – Klinge uśmiechnął się, a uśmiech miał jak mały chłopiec, który właśnie dostał wymarzony prezent, choć wrodzona nieśmiałość nie pozwala mu na manifestowanie radości w pełni. – Ludzie pod wpływem doznanego szoku potrafią zrobić różne nieracjonalne rzeczy, nawet nieświadomie. Musimy mieć pewność, dlatego pytam.
Serce gosposi generała von Mannschwitza zmiękło odrobinę, co objawiło się lekką zmianą wyrazu twarzy. Napięte rysy złagodniały nieco, a ja znów odniosłem dziwne wrażenie, że są mi znajome, szczególnie te oczy. Dokończyliśmy rozmowę już w nieco milszej atmosferze, choć pani Jauch cieplejszym spojrzeniem obdarzała wyłącznie Klingego, mnie wciąż traktując nieco obcesowo.
– Co to musiał być za człowiek, żeby zrobić staruszkowi coś tak potwornego – podsumowała, kiedy uznałem, że wiemy już chyba wszystko, i postanowiłem opuścić jej mieszkanie.
– Absolutnie się z panią zgadzam – mówiąc to, skłoniłem uprzejmie głowę.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
