Opis

RĘKAWICZKI BABCI RÓŻY

„Rękawiczki Babci Róży” autorstwa Ewy Korczyńskiej to powieść niezwykła. Już sam fakt jej pojawienia się w życiu autorki do niezwykłych należy. Babcia Róża, jej niesamowite rękawiczki , sklep w którym płaciło się sercem, wszystko to przyśniło się autorce pewnej nocy, a ciepło założonych we śnie rękawiczek długo jeszcze towarzyszyło jej po obudzeniu i zmusiło do szybkiego spisania całej historii. Każdy kto przeczytał tą książkę twierdził, że „grzeje serce”, wzrusza i pozostawia w duszy niezatarty ślad. Zachęcamy do wypróbowania tego na sobie, zbliżające się święta to najlepszy czas na takie eksperymenty

 

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 114

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zbuntowane okulary

Historia pojawienia się rękawiczek Babci Róży była tak niezwykła, jak iona sama, która zupełnie dla siebie nieoczekiwanie, ze zwykłej, starszej pani, spędzającej większość czasu przed telewizorem, stała się osobą tak bliską dla wielu, że właściwie nikt inaczej jej już nie nazywał, jak Babcią Różą właśnie

…awszystko zaczęło się pewnego, pochmurnego dnia, który na niezwykły wcale nie wyglądał.

Wdniu tym pani Róża, wstała rano iweszła do kuchni przygotować sobie śniadanie. Jak zwykle włączyła telewizor, by jak co dzień obejrzeć swoje poranne seriale. Osoby wnich występujące, były stałymi towarzyszami jej śniadań inieraz zupełnie nie mogła przełknąć kanapki, tak bardzo przejmowała się losem pokrzywdzonych dziewcząt, które musiały bohatersko radzić sobie zżyciem, zdradzone izawiedzione, czy też wzruszała się odnalezionymi po latach dziećmi, które pojawiały się zzadziwiającą regularnością wwiększości znich irobiły prawdziwe zamieszanie, wżyciu zaskoczonych rodziców. Pani Róża kochała ich wszystkich. Nieraz miała ochotę wejść przez to szklane okienko telewizora ipomóc biedakom, ale za chwilę film się kończył iwokół pani Róży pojawiała się znajoma pustka, więc szybko włączała kolejny serial.

Tego dnia jednak, pani Róża ze zdziwieniem zauważyła, że zupełnie nie może oglądać żadnego ze swoich ukochanych filmów. Wogóle nie mogła patrzeć wtelewizor, bo obraz widziała tylko zamazany, oczy jej łzawiły, aokulary które do tej pory pomagały, jakby nagle zastrajkowały iwcale nie chciały wtym patrzeniu pomagać. Pani Róża próbowała chociaż słuchać telewizora, ale po chwili zauważyła, że już wcale nie wie, która to zpostaci śmieje się, aktóra płacze… izezłoszczona wyłączyła telewizor całkiem.

Miała tego dość! Zadzwoniła do swojego lekarza wprzychodni, lecz itu spotkała ją niemiła niespodzianka. Okazało się, że okulista, który znał się zjej oczami jak nikt inny, wyjechał właśnie na spóźniony urlop iwraca dopiero za tydzień. Była zrozpaczona. Co prawda pielęgniarka podała jej adres innego okulisty, ponoć bardzo dobrego specjalisty, ale pani Róża itak stwierdziła, że tak pechowego dnia nie przeżywała od dawna. Jednak, to nie pech zawinił tego dnia. Otóż, była to bardzo tajemnicza sprawa. Ktoś okim nawet przez chwilę nie pomyślała postanowił, że da jej szansę zobaczenia tego, czego pomimo swoich, bardzo drogich idoskonale wykonanych okularów, pani Róża wcale nie dostrzegała.

*

Pierwsze co miała właśnie zobaczyć, było dla niej zupełnie nowe inawet trochę przerażające. Otóż musiała udać się na drugi kraniec miasta, bo tam właśnie przyjmował wskazany lekarz, apani Róża, jako osoba wiekowa już, zreguły nie opuszczała swojej najbliższej okolicy. Była zamożna, mieszkała weleganckiej dzielnicy miasteczka, nieopodal Gdańska, wpięknym, niewielkim bloku, weleganckim ibardzo wygodnym mieszkanku. Na terenie jej kameralnego osiedla były przyjemne, małe sklepiki wktórych pani robiła codziennie zakupy iapteka wktórej kupowała lekarstwa, ale nawet jej przychodnia zdrowia, czy kościół znajdowały się na tyle blisko domu, że wystarczył niewielki spacerek by dotrzeć na miejsce. Na nieco dłuższe wędrówki starsza pani chodziła do małego parku. Miała wnim swoją ulubioną ławeczkę, na której siadywała izradością spoglądała na bawiące się wpiaskownicy dzieci. Zewsząd docierał do niej obraz dobrobytu ispokojnego życia, pozbawionego trosk.

Co prawda pani Róża pamiętała inny świat. Świat wktórym widywała biedaków inędzarzy, gdy ona ubrana wkoronkową suknię ikoronkowe rękawiczki jeździła powozem zaprzężonym wkonie. Pamiętała także czas wojny, gdy nawet jej, dziewczynie wkoronkach, bywało ciężko istrasznie. Czas powojenny spędziła jednak we Francji, gdzie miała bogatego męża iuśmiechnięte dzieci. Na starość zapragnęła żyć wojczyźnie iod dziesięciu lat mieszkała wswojej bogatej dzielnicy, ciesząc się, że zewsząd dociera do niej ukochana polska mowa iże jej rodakom żyje się obecnie tak dobrze iwygodnie.

Dziś za to, musiała udać się wzupełnie nieznane jej miejsce, wokolice zktórymi nigdy się nie zetknęła. Westchnęła smętnie izamówiła taksówkę.

Ubrała się cieplej, bo choć była końcówka sierpnia, od kilku dni słońce schowało się za grube chmury iwpowietrzu czuć już było zapowiadające jesień chłody. Wzięła zpółki kolorowe, puchate rękawiczki. Miały one kolor, który również przywoływał wpamięci jesień. Utkane były zrożnych odcieni brązu ipomarańczy, przeplatane nitkami słonecznej żółci. Zrobiła je, na drutach dla swojej francuskiej wnuczki, ale od lat nie miała okazji wręczyć ich osobiście. Wzięła także parasolkę, zrzeźbioną rączką, która zastępowała jej chwilami już potrzebną laskę izamykając drzwi na klucz, powoli zeszła do czekającej na nią taksówki.

Kiedy wyszła na ulicę, ze zdziwieniem zauważyła, że jej okulary jakby postanowiły się nieco odobrazić. Co prawda pani Róża widziała inaczej niż zwykle, ale wreszcie nic jej się nie zamazywało inawet rozejrzała się ciekawie, bo zdziwiło ją, dlaczego wten pochmurny ichłodny dzień, ona widzi tyle światła wokół.

Pewnie te moje oczy całkiem się psują – pomyślała zmartwiona, lecz wtedy usłyszała za plecami znajome „dzień dobry”. Szybko spojrzała wstronę młodego sąsiada, który pozdrowił ją przed chwilą, jednak on nie patrząc na nią, przygarbiony szybko pomaszerował, do swoich niezwykle ważnych spraw. Pani Róża zdążyła mu się przyjrzeć przez te swoje dziwaczne okulary ipo raz pierwszy dostrzegła, jak ma zmęczony wyraz twarzy.

- Jest taki smutny – pomyślała, ale ponieważ zaraz ijej samej zrobiło się smutno na sercu, spojrzała szybko wstronę dzieci, które, ubrane wciepłe, kurtki ipolarowe rękawice, bawiły się wpiaskownicy na podwórku przed blokiem. Jednak jej nieznośne okulary znów pokazały, nie to, co chciała zobaczyć. Pani Róża dostrzegła właśnie, że każde znich bawi się zupełnie osobno. Patrzyły na siebie zniemiłym wyrazem twarzy, każde kurczowo trzymając swoje zabawki, aby kolega obok, przypadkiem nie zechciał ich pożyczyć do zabawy.

Dziwne..., nigdy tego wcześniej nie widziałam – stwierdziła cicho starsza pani – tutaj każdy jest tak bardzo zajęty sobą...

Pan taksówkarz, wąsaty iuśmiechnięty, uchylił drzwi przed zamożną pasażerką ipomógł jej wsiąść do auta. Po chwili jechali pod wskazany adres.

Pani starsza, wybaczy, że spytam, ale czemuż to osoba taka jak pani, musi leczyć swoje oczy, akurat tam? To przychodnia raczej …dla biedoty naszego miasta.

Co też pan mówi, dobry człowieku? Jakiej biedoty? Tyle lat żyję wtym miasteczku inie widziałam żadnej biedoty – pani Róża była zdziwiona bardziej od taksówkarza – ludzie dzisiaj chodzą dobrze ubrani, sklepy pełne są dobrych towarów...

Oj, pani starsza, widzę życia nie zna – uśmiechnął się taksówkarz – tu, wtej bogatej dzielnicy, wktórej pani żyje, wszyscy myślą, że życie to bajka albo… jakaś mydlana opera. Tam gdzie jedziemy, ludzie walczą okażdy dzień zmagając się zbiedą. Doktor Wesołowski nie tylko oczy leczy, on to przede wszystkim ratuje złamane ludzkie serca. Dobry to człowiek, taki anioł opiekuńczy tych, co się źle mają. Oczy wyleczy lepiej, niż kto inny, ale ipatrzeć niejednego nauczył, tak żeby nie tylko swój koniec nosa widział. Zebrał, takich jak on, zapaleńców wokół siebie. Wtym budynku jest też taki ośrodek, gdzie pomagają tym, co tej pomocy najbardziej potrzebują. Czasem mu się taki pacjent trafi, bogatszy, jak pani szanowna, co za wizytę zapłaci, ale on leczy itych, co za nich nawet państwo płacić nie chce. Złoty człowiek! – powiedział wąsaty kierowca ze wzruszeniem.

Zasłuchała się pani Róża wsłowa taksówkarza, aten nagle stwierdził:

No..., już dojeżdżamy, jeszcze chwila ibędziemy na miejscu, ana odchodne powiem pani, że imnie kiedyś źle się działo. Pracę straciłem, dzieciaczków już trójka była, aczwarte wdrodze. Żona zaległa chora. Zupełnie głowę wtedy straciłem, aż mi ktoś otej przychodni powiedział – wtym momencie to woczach zażywnego taksówkarza błysnęły już prawdziwe łzy. – …iwie pani, że ten doktor to tak zaopiekował się nami..., jego kolega, taki sam święty człowiek zajął się moją Basieńką, aiAntosia na świat przyjął. Antoś, to na cześć dr. Wesołowskiego - wyjaśnił wzruszony kierowca – bo to, nie tylko wyzdrowieć pomógł, ale ipomoc załatwił. No… ipomogli ludziska ito autko nabyłem ina chleb zarabiam, aipomóc czasem mogę, bo ja dla doktora Wesołowskiego itej jego Fundacji… to bym wszystko... - stuknął się taksówkarz rzetelnie wszeroką klatkę piersiową, jakby składał przysięgę wierności swoim dobroczyńcom. Właśnie podjechali pod biały budynek otoczony starymi wierzbami ikierowca rzucił się pomagać przy wysiadaniu starszej pani, która tak zasłuchała się wtą wzruszająca opowieść, że wcale jej się wysiadać nie chciało. Popatrzyła przez te swoje uparte okulary, wtwarz taksówkarza ize zdziwienia nie mogła oderwać od niego wzroku. Jaśniało wniej takie światło!

*

Żal było wysiadać Pani Róży, ale po którymś zkolei przypomnieniu taksówkarza, zebrała swoje rzeczy, awąsaty wielbiciel doktora Wesołowskiego, pomógł jej wysiąść idoprowadził ją zhonorami wprost do otwartego gabinetu swojego dobroczyńcy.

- Co słychać panie Wiesławie? – zawołał radośnie doktor Wesołowski. Pani Róża popatrzyła ciekawie na twarze witających się panów, aniezwykłe okulary ukazały jej, dwa gorejące słoneczka. Tak się zapatrzyła na to zjawisko, że nawet nie słuchała wymiany serdeczności, pytań o„miłą panią Basię idzieci”, myślała tylko, że to zupełnie nadzwyczajny dzień oglądanych cudów iże chciałaby czuć to, co czuje wsercu, już na zawsze.

Chwilkę tylko trwała ta wesoła pogawędka, bo już taksówkarz ukłoniwszy się zszacunkiem, zamykał za sobą cicho drzwi.

- Witam. – Doktor Wesołowski podszedł do swojej pacjentki ipomógł jej się wygodnie rozsiąść wfotelu. – Co też panią do mnie sprowadza, …bo jest pani umnie po raz pierwszy, prawda?

- Tak, panie doktorze. Przychodzę do pana poskarżyć się na moje okulary. – wesoło powiedziała Pani Róża. – Nie wiem, co się znimi stało, zupełnie mi się zbuntowały! Nie mogę telewizji oglądać, obraz mi się zamazuje, ale za to… dziwna rzecz, po drodze widziałam zupełnie dobrze, …choć właściwie też inaczej niż zwykle. Nic ztego nie rozumiem, chyba mi się te moje oczy całkiem popsuły!

Doktor podszedł do Pani Róży izdjął jej okulary znosa. Obejrzał je najpierw wświetle lampy, potem zbadał je we wnętrzu specjalistycznej aparatury, za pomocą innego aparatu sprawdził oczy starszej pani, po czym zawyrokował:

- Zokularami jest wszystko wporządku, ale widzę

Tu pewnego anielskiego figla.

- Anielskiego? – ze zdziwieniem wykrzyknęła pani Róża - Nie bardzo rozumiem…

- Oj, znam ja się ztymi figlarzami… Droga Pani Różo, mogę naprawić te okulary iznów będzie pani oglądała świat przez szybkę telewizora, ale wtedy ten świat rzeczywisty, znów się oddali. Widzę na szkłach pięknie pobłyskujący filtr prawdy. Dostała pani szansę, ale musi pani podjąć decyzję, czy tak ma zostać, czy mam sprawić, aby te okulary znów pokazywały świat po staremu. Żaden anioł nie poważyłby się, aby panią do czegokolwiek przymusić na stałe.

Pani Róża zamyśliła się. Przypomniała sobie, ile dziwnych rzeczy się dziś naoglądała. Stanęła jej przed oczami promienna twarz taksówkarza, bogacze ze smutnymi oczami, no irzecz jasna, dopiero co, jaśniejąca twarz doktora Wesołowskiego, witającego się zpodobnie rozpromienionym „panem Wiesiem”

- Sama nie wiem… - niepewnie powiedziała Staruszka – to rzeczywiście niezwykła historia ztymi moimi okularami. Przyznaję, że dziś rano, nie miałam najmniejszych wątpliwości, po co do pana jadę, ale teraz… – tu Pani Róża popatrzyła zniepokojem wtwarz doktora – Jednak,… co ja będę robiła przez całe dnie? Myślę, że będę bardzo samotna iszybko zrobię się zgorzkniałą, niezadowoloną zżycia staruchą.

Doktor Wesołowski roześmiał się tak głośno iradośnie, jakby chciał całemu światu udowodnić, że jego nazwisko nie trafiło mu się przypadkiem.

- Droga Pani Różo, nie pozwolimy, aby te czarne wizje, kiedykolwiek się zrealizowały! Nigdy na to nie pozwolimy! – doktor Wesołowski podszedł do starszej pani iszarmanckim gestem, nadstawił swoje ramię, aby pani Roża mogła się na nim wesprzeć. – Zapraszam na obchód! Skoro ma pani na sobie anielskie okulary, będzie to dla mnie nieoceniona pomoc.

Babcia Róża

„Kawałek Nieba”

Pomysłem Babci Róży, który miał pomóc wzdobyciu funduszy na działalność charytatywną doktora Wesołowskiego, był sklep. Nie był to taki zwykły sklep zplastikowymi czy metalowymi półkami. Nie było wnim koszyków, ani ekspedientki podającej obojętnie towar. Towar, który tak naprawdę obchodzi ją tylko tyle, co brzęk monet oddawanych wzamian, lub szelest papierków lądujących wkasie. Nie, ten sklep był zupełnie niezwykły, tak jak jego pomysłodawczyni, zanielskimi okularami na nosie. Wtym sklepie nie było karteczek zcenami, wiszących obok towarów, choć prawie każdy, kto zawędrował do tego sklepu izobaczył przepiękne rzeczy tam zgromadzone, od razu ocenę pytał. Był to sklep, gdzie cenę dyktowało serce. Nazywał się tajemniczo „Kawałek Nieba” imieścił się wsamym centrum miasta, tuż nieopodal głównego przystanku autobusowego, na którym tłoczyli się zabiegani ludzie. Babcia Róża była zamożną osobą, ale to mogłoby nie wystarczyć, aby zrealizować jej wielkie plany napisała, więc pewne ważne iwzruszające listy do swoich opływających wdostatki dzieci, mieszkających we Francji, jak ido kilku, nieznających biedy znajomych, również tam pozostawionych. Wwyniku tych działań bardzo szybko znalazły się, zarówno piękne towary, jak ipieniądze na stworzenie takiego właśnie „Kawałka Nieba” na ziemi. Sklep już, jako budynek był urodziwy, miał wielkie przeszklone okna, wktórych powiewały białe zasłony. Był zawsze czysty, schludny ipachnący. Oprócz jasnych półek, na których wyłożony leżał niezwykłej urody towar, były tu wygodne skórzane fotele, stolik zekspresem do parzenia kawy iczajniczkiem ze stale podgrzewającą się herbatą, oczarownym aromacie. Zawsze stały tu przygotowane wpudełku ciasteczka, czy inne smakołyki, aby to miejsce bardziej przypominało dom niż sklep, bo też niemalże domem dla wielu miał się stać. Po zapleczu często kręcili się pomocnicy Babci Róży, zarówno młodzi ludzie zFundacji, jak ikolejni „wnukowie”, którzy dbali, żeby dobra babcia nie wykonywała żadnych prac fizycznych. Niezwykła była idea powstania tego sklepu, aporuszała ona wiele serc. Niezwykły był też towar zgromadzony wsklepie inie tylko brak ceny świadczył ojego wyjątkowości. Babcia Róża zdobywała te niezwykłe przedmioty do swojego sklepu, według jedynej zasady: musiały być one darowane zpotrzeby serca. Nie mógł to być jedynie sposób na opróżnienie szaf, czy pozbycie się staroci. Musiał być czyściutki, pachnący icieszyć serce. Tak jakby był dany wprezencie drogiemu przyjacielowi. Itaki właśnie był!