Regulatorzy - Stephen King - ebook
Opis

Wentworth w stanie Ohio - typowe amerykańskie miasteczko, w którym wszyscy się znają, a każdy nowy dzień nie różni się od poprzedniego. Do Wentworth wkracza przeznaczenie: przyjazną, senną ulicę Topolową pochłonie surrealistyczny koszmar, obracając ją w pustynię zniszczenia i desperacji. Nadchodzą siły zła, a wraz z nimi postacie i pojazdy z telewizyjnego serialu 'MotoGliny 2200', niosąc śmierć przerażonym mieszkańcom. Ci, którzy ocaleją, znajda się w innym świecie, gdzie wszystko, nawet najstraszniejsze, jest możliwe... Czy cierpiący na autyzm chłopiec, jego ciotka i starzejący się pisarz Johnny Marinville będą zdolni stawić czoło Regulatorom i ocalić Wentworth przed zagładą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 514

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



O książce

Powieść z Johnnym Marinville’em, bohateremDesperacji

Wentworth w stanie Ohio. Typowe amerykańskie miasteczko, w którym wszyscy się znają, a jeden dzień nie różni się od drugiego.

Aż do pewnego letniego popołudnia, gdy do Wentworth wkroczą siły Zła. A wraz z nimi postacie i pojazdy z serialu telewizyjnego MotoGliny 2200, niosąc mieszkańcom śmierć.

Ale to dopiero początek.

Ocalałych czeka życie w świecie, w którym wszystko jest możliwe, nawet największe koszmary. A przed całkowitą zagładą miasteczko może ocalić tylko dziwnie dobrana trójka: autystyczny chłopiec, który kiedyś odwiedził miejscowość o nazwie Desperacja, jego ciotka i starzejący się pisarz Johnny Marinville.

STEPHEN KING

Wybitny pisarz amerykański, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, zbiory opowiadań i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Uciekinier, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Na podstawie Pana Mercedesa – odznaczonego Edgar Allan Poe Award dla najlepszego kryminału 2014 r. – powstaje miniserial w reżyserii Jacka Bendera (twórcy Lost).

WWW.STEPHENKING.COMWWW.STEPHENKING.PL

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKACZWARTA PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZEPAN MERCEDESZNALEZIONE NIE KRADZIONEMROCZNA WIEŻAROLAND(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)POWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻAPowieści graficzne MROCZNA WIEŻANARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULLWyłącznie jako audiobook i e-bookStephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIEStephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału: THE REGULATORS

Copyright © Richard Bachman 1996All rights reserved

Leaving on a Jet Plane © Cherry Lane Music Publ. Co. Inc. 1967, 1995Słowa I muzyka – John Denver

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Piotr Jankowski 1997

Redakcja: Anna Calikowska

Ilustracja na okładce: Dariusz Kocurek

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-293-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Z myślą o Jimie Thompsonie i Samie Peckinpahu –widmowych legendach

OD WYDAWCY

Richard Bachman do dnia swej śmierci na raka pod koniec tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku opublikował pięć powieści. W roku dziewięćdziesiątym czwartym wdowa po autorze w trakcie przeprowadzki do nowego domu znalazła w piwnicy pudło z rękopisami utworów w różnych stadiach tworzenia. Od niedokończonych rękopisów w notatnikach stenograficznych, w których Bachman zwykle pisał, do gotowego już maszynopisu powieści, którą prezentujemy Czytelnikom. Maszynopis ten zapakowany był w pudełko oklejone taśmą, jak gdyby pisarz przygotowywał go do wysłania, gdy nastąpił ostatni atak choroby.

Pani Bachman przekazała mi ten utwór do oceny i odkryłem, iż nie odbiega on poziomem od wcześniejszych prac jej męża. Poczyniłem kilka drobnych zmian w tekście, głównie po to, by nadać mu bardziej współczesny charakter (zamieniając na przykład w pierwszym rozdziale Roba Lowe’a na Brada Pitta), lecz poza tym pozostawiłem utwór w takiej formie, w jakiej został odkryty. Dzieło to prezentujemy dziś Państwu (za zgodą wdowy po autorze) jako zwieńczenie osobliwego, lecz bez wątpienia interesującego dorobku pisarskiego.

Pragnę podziękować pani Claudii Eschelman (uprzednio Claudii Bachman), badaczowi twórczości pisarza Douglasowi Winterowi, Elaine Koster z New American Library oraz Carolyn Stromberg, redaktorce wcześniejszych powieści Bachmana, która przygotowała do druku również tę książkę.

Jak oświadczyła pani Bachman, o ile wie, pisarz nigdy nie był w Ohio, „chociaż mógł przelatywać na tym stanem raz czy drugi”. Nie wiedziała również, kiedy tworzył tę powieść, wysunęła jednak przypuszczenie, że musiało to być późno w nocy. Richard Bachman cierpiał bowiem na chroniczną bezsenność.

Charles VerillNowy Jork

Panie szanowny, my robimy w ołowiu.

Steve McQueenSiedmiu wspaniałych

Pocztówka, którą przysłał Audrey Wyler jej brat William Garin:

Rozdział 1

Ulica Topolowa/15.45/15 lipca 1996 roku

Przyszło lato.

Nie jakieś tam zwykłe lato – nie w tym roku – lecz apoteoza lata, awatar lata, absolutny przebój buchający zielenią w środku lipca; z białym słońcem jarzącym się na tle tego słynnego nieba środkowego Ohio, nieba w kolorze wypłowiałych lewisów, z dzieciakami wydzierającymi się na okrągło w Lasku Niedźwiedzim na wzgórzu, z puk! kijów baseballowych Małej Ligi na boisku po drugiej stronie lasku, z warkotem kosiarek, z wyciem sportowych samochodów bez tłumika na autostradzie numer dziewiętnaście, z szumem łyżworolek na betonie chodników i gładkim tłuczniu ulicy Topolowej, z brzęczeniem radia, w którym baseball w wykonaniu Cleveland Indians (rzadkość, mecz w środku dnia) konkuruje z Nutbush City Limits w wykonaniu Tiny Turner, co to idzie tak: Pięćdziesiątka dla pojazdów, dla motocykli zakaz wjazdu – a to wszystko wykończone, niczym lamówką dźwiękowej koronki, gładkim, jedwabistym poszumem spryskiwaczy na trawnikach.

Lato w Wentworth, miasteczku na obrzeżach Columbus w Ohio, chłopie, ty to czujesz? Lato na ulicy Topolowej, biegnącej przez sam środek tego słynnego, wypłowiałego amerykańskiego snu; z zapachem hot dogów w powietrzu i papierowymi łuskami po fajerwerkach zalegającymi na skraju jezdni od Czwartego Lipca. To upalny lipiec, w pierwszym gatunku, jak Pan Bóg przykazał, odlotowy lipiec, bez dwóch zdań, choć prawdę powiedziawszy, to również bardzo suchy lipiec – niemal bez deszczu, jeśli nie liczyć rzadkich paroksyzmów węża do podlewania strącających szczątki fajerwerków z trawnika. Może dziś to się zmieni; od zachodu dobiega raz po raz pomruk grzmotu, a ci, co oglądali prognozę na Kanale Pogody (kablówek na Topolowej jest w bród, a jakże), wiedzą już, że po południu spodziewane są burze. Może nawet tornado, choć to już mniej prawdopodobne.

Tymczasem jednak wokół nic, tylko arbuzy i lody na patyku, i kiksy na końcu baseballowego kija; chciałeś lata, to je masz, w samym środku Stanów Zjednoczonych Ameryki, życie jak z najskrytszych marzeń, z chevroletami na podjazdach i stekami w zamrażalniku, czekającymi tylko, by je wrzucić wieczorem na grilla za domem (może na deser będzie szarlotka, jak myślisz?). Oto kraina zielonych trawników i starannie utrzymanych klombów; oto Królestwo Ohio, gdzie dzieciaki noszą czapki daszkami do tyłu i krótkie koszulki w paski do workowatych szortów i szurają tymi wielkimi, topornymi adidasami jak w reklamach Nike.

Na tym odcinku Topolowej, który rozciąga się między ulicami Niedźwiedzią, u wierzchołka wzgórza, i Hiacyntową, u jego podnóża, stoi jedenaście domów i jeden sklep. Ten ostatni, na rogu Topolowej i Hiacyntowej, to nieśmiertelny amerykański osiedlowy sklep samoobsługowy, do którego idzie się po paczkę marlboro, po butelkę pepsi albo sześć puszek budweisera, po cukierki za centa (dziś to już chyba za dziesięć centów), po sprzęt do grilla (talerzyki papierowe widelce plastikowe chrupki bekonowe lody keczup musztarda przyprawy), po lody na patyku i po soczek Snapple w „szerokim asortymencie produkowanym ze składników w najlepszym gatunku”. Na stoisku z prasą, jeśli chcesz, możesz tu nawet kupić „Penthouse’a”, ale trzeba poprosić kasjerkę; w Królestwie Ohio czasopisma z golizną trzyma się najczęściej pod ladą. I jest to absolutnie w porządku, a co! Ważne, że wiadomo, gdzie w razie potrzeby można je dostać.

Dziś jest nowa kasjerka; pracuje tu dopiero od tygodnia i w tej chwili, o piętnastej czterdzieści pięć, czeka, by obsłużyć dziewczynkę i chłopca. Dziewczynka ma jakieś jedenaście lat i powoli zaczyna przeistaczać się w piękność. Chłopiec, z pewnością jej braciszek, jest sześciolatkiem i zaczyna (przynajmniej zdaniem kasjerki) przeistaczać się powoli w pierwszej klasy gnojka.

– Ja chcę dwa batony! – oznajmia Gnojkowaty Braciszek.

– Starczy nam tylko na jeden, jeżeli chcemy sobie kupić picie – tłumaczy mu Śliczna Siostrzyczka z cierpliwością, zdaniem kasjerki, godną podziwu.

Gdyby to był jej braciszek, najchętniej zasunęłaby smarkaczowi takiego kopa, żeby mu tyłek przeskoczył na plecy; mógłby wtedy zagrać dzwonnika z Notre Dame w teatrzyku szkolnym.

– Mamusia ci rano dała pięć dolców, widziałem – mówi gnojek. – Gdzie masz resztę, Margocha?

– Nie nazywaj mnie tak, nienawidzę tego – odpowiada dziewczynka.

Ma długie miodowoblond włosy, które, zdaniem kasjerki, są absolutnie przepiękne. Ona sama nosi krótką odlotową fryzurę: ufarbowała włosy z lewej strony na pomarańczowo, z prawej na zielono. Zdaje sobie doskonale sprawę, że gdyby kierownik sklepu nie potrzebował na gwałt kogoś, kto zgodzi się pracować od jedenastej do dziewiętnastej, z takimi włosami nie dostałaby tu roboty – jej szczęście, jego pech. Wydusił z niej zresztą obietnicę, że przykryje te kolorki czapeczką baseballową, ale obietnice są po to, żeby je łamać. A teraz Śliczna Siostrzyczka przygląda się jej fryzurze z pewną fascynacją.

– Margocha, Margocha, Margocha! – skrzeczy chłopiec i rozpiera go typowa właśnie dla takich braciszków złośliwa radość.

– Naprawdę mam na imię Ellen – mówi dziewczynka takim tonem, jakby powierzała komuś wielką tajemnicę. – Margaret mam na drugie. On specjalnie tak na mnie mówi, bo wie, że tego nienawidzę.

– Miło mi cię poznać, Ellen – odpowiada kasjerka i zaczyna sumować zakupy dziewczynki.

– Miło mi cię poznać, Margocha! – przedrzeźnia ją gnojek i wykrzywia twarz w grymasie tak ohydny, że aż śmiesznym. Marszczy nos, robi zeza. – Miło mi cię poznać, Margocha-Gliździocha!

– Masz piękne włosy – mówi Ellen, nie zwracając na niego uwagi.

– Dzięki. – Nowa kasjerka się uśmiecha. – Nie są tak ładne, jak twoje, ale ujdą. Dolar czterdzieści sześć.

Dziewczynka wyciąga z kieszeni dżinsów małą plastikową portmonetkę na drobniaki. Taką zamykaną na zatrzask. W środku są dwa pomięte banknoty dolarowe i kilka pensów.

– Zapytaj się Margochy-Gliździochy, na co wydała tamte trzy dolce! – trąbi gnojek. Drze się jak megafon na dworcu. – Kupiła sobie pismo z Braaadem Piiiittem na okładce!

Ellen nadal stara się go ignorować, choć policzki już jej lekko poczerwieniały. Podaje kasjerce dwa dolary i mówi:

– Chyba pierwszy raz cię tutaj widzę.

– Chyba tak; zaczęłam w zeszłą środę. Potrzebowali kogoś na cały dzień i jeszcze na zastępstwo, jeżeli chłopak z nocnej zmiany się spóźni.

– Fajnie, że cię poznałam. Jestem Ellie Carver. A to mój braciszek, Ralph.

Ralph Carver pokazuje język i wydaje taki dźwięk jak osa, która wpadła do słoika z majonezem. Jakież to miłe stworzonko, myśli młoda kobieta o dwukolorowych włosach.

– Cynthia Smith. – Wyciąga ponad kontuarem dłoń do dziewczynki. – Cynthia, w żadnym wypadku nie Cindy. Zapamiętasz?

– To tak samo jak ze mną: Ellie, w żadnym wypadku nie Margaret. – Tamta kiwa z uśmiechem głową.

– Margocha-Gliździocha! – wrzeszczy oszalały z uciechy sześciolatek. Unosi ręce i kołysze się w biodrach; jego radość życia to czysta trucizna. – Margocha-Gliździocha, Braaada Piiitta kocha!

Ellen posyła Cynthii dorosłe, zmęczone życiem spojrzenie, oznajmiające: Widzisz, przez co ja muszę przechodzić. Cynthia też ma młodszego brata i doskonale wie, przez co musi przechodzić Ellie. Ma ochotę wybuchnąć śmiechem, ale udaje jej się zachować powagę. I dobrze. Dziewczynka jest więźniem swego czasu i wieku. Jak każdy. A to znaczy, że traktuje to wszystko niezmiernie poważnie. Ellie podaje bratu puszkę pepsi.

– Baton podzielimy na ulicy – mówi.

– Pociągniesz mnie w Busterze – oznajmia Ralph, gdy ruszają do drzwi i wchodzą w prostokąt słonecznego światła wpadającego przez szybę niczym płomień. – Pociągniesz mnie w Busterze aż do samego domu.

– Akurat, cholera jasna – odpowiada Ellie, lecz gdy otwiera drzwi, Gnojkowaty Braciszek odwraca się i posyła Cynthii cwane spojrzenie, które mówi: Jeszcze zobaczymy, kto wygra. Zaraz się przekonamy. Potem wychodzą.

Lato. Tak, lato. Ale nie jakieś tam; mówimy tutaj o piętnastym lipca, o samej kalenicy lata w miasteczku w stanie Ohio, gdzie większość dzieci uczęszcza do wakacyjnej szkółki biblijnej i bierze udział w letnim programie czytelniczym w bibliotece publicznej i gdzie jedno z nich właśnie dostało czerwony samochodzik na pedały, który nazwało (z sobie tylko wiadomych powodów) Busterem. Jedenaście domów i jeden sklep samoobsługowy smaży się w tym środkowozachodnim lipcowym skwarze; jest trzydzieści pięć stopni w cieniu, czterdzieści w słońcu, powietrze tak nagrzane, że drga nad ulicą jak nad otwartym paleniskiem.

Ten odcinek ulicy biegnie wzdłuż osi północ–południe, nieparzyste numery po stronie Los Angeles, parzyste po nowojorskiej. Na zachodnim rogu Topolowej i Niedźwiedziej jest numer dwieście pięćdziesiąt jeden. Przed domem stoi Brad Josephson i podlewa wężem rabatki przy ścieżce prowadzącej do frontowych drzwi. Ma czterdzieści sześć lat, przepysznie czekoladową skórę i wydatne brzuszysko. Ellie Carver uważa, że jest podobny do Billa Cosby’ego… trochę podobny w każdym razie. Brad i Belinda Josephsonowie to jedyni czarni w tym kwartale domów, więc pozostali mieszkańcy są cholernie dumni, że mają ich za sąsiadów. Wyglądają dokładnie tak, jak, zdaniem mieszkańców domków na przedmieściu w Ohio, powinni wyglądać miejscowi czarni – gdy się ich widzi w dzielnicy, człowiek czuje, że wszystko jest na swoim miejscu. To bardzo mili ludzie. Wszyscy lubią Josephsonów.

Zza rogu wyjeżdża na rowerze Cary Ripton, który w poniedziałkowe popołudnia rozwozi „Shoppera”, lokalny tygodnik. Rzuca Bradowi zwinięty w rurkę egzemplarz, a Brad łapie go zręcznie tą ręką, która nie trzyma węża. Ani przy tym drgnie. Tylko ręka w górę, i ciach, jest.

– Brawo, panie Josephson! – woła Cary i pedałuje dalej w dół wzgórza z płócienną torbą obijającą mu się o biodro.

Ma na sobie za dużą sportową koszulkę z napisem „Orlando Magic” i numerem trzydzieści dwa, numerem Shaque’a O’Neilla.

– A co, ma się jeszcze ten chwyt – odpowiada Brad i wtyka końcówkę węża pod pachę, żeby otworzyć tygodnik i zobaczyć, co jest na pierwszej stronie.

Na pewno te same pierdoły, co zwykle – przechwałki władz miejskich i ogłoszenia o wyprzedażach garażowych – ale i tak chce to przeczytać. Człowiek już taki jest – uważa Brad. W domku naprzeciwko, pod dwieście pięćdziesiątym, siedzi na frontowych schodkach Johnny Marinville i gra na gitarze, podśpiewując sobie. Nuci jedną z najgłupszych piosenek świata, ale gra całkiem nieźle i choć nikt go nigdy nie pomyli z Marvinem Gaye’em (albo Perrym Como, na przykład), potrafi zagrać piosenkę czysto i w całości. Trochę to zawsze irytuje Brada, gdyż jego zdaniem ktoś, kto jest w czymś dobry, powinien na tym poprzestać i dać sobie spokój z innymi rzeczami.

Cary Ripton, ostrzyżony na rekruta czternastolatek, jest rezerwowym na trzeciej bazie w Hawks, baseballowej drużynie sponsorowanej przez kombatantów z American Legion z Wentworth (dwa mecze przed końcem sezonu mają punktację 14:4). Rzuca teraz kolejny egzemplarz „Shoppera” na ganek numeru dwieście czterdzieści dziewięć, do Sodersonów. Tak jak Josephsonowie są Miejscowym Murzyńskim Marżeństwem, tak Sodersonowie – Gary i Marielle – są Miejscową Cyganerią. W skali lokalnej opinii publicznej równoważą się całkiem nieźle. Gary to, ogólnie biorąc, facet bardzo uczynny i lubiany przez sąsiadów, mimo że jest praktycznie przez cały czas pod muchą. Marielle jednakże… no cóż, jak to powiedziała kiedyś Kirstie Carver, „na określenie takich kobiet jak Marielle istnieje pewne słowo; rymuje się ono z nazwą pewnego robaka”.

Cary zalicza znakomite trafienie z odbicia, „Shopper” rykoszetuje o drzwi Sodersonów i ląduje na wycieraczce; nikt jednak nie wychodzi po gazetę. Marielle jest na górze, pod prysznicem (już drugim dzisiaj; nienawidzi takiej lepkiej pogody), Gary zaś na podwórku za domem, nieobecny myślami, nakłada węgiel do grilla, aż brykietów jest tyle, że można by usmażyć bawołu. Ma na sobie fartuszek z napisem: MOŻESZ POCAŁOWAĆ KUCHARZA. Na steki jest jeszcze za wcześnie, ale nie za wcześnie na przygotowania. Pośrodku podwórka Sodersonów stoi ogrodowy stolik z parasolem, a na nim przenośny barek Gary’ego: butelka oliwek, butelka ginu, butelka wermutu. Butelka wermutu jest nieotwarta. Przed nią stoi podwójne martini. Gary przerywa zasypywanie grilla, podchodzi do stołu i wychyla to, co zostało w szklance. Jest zdecydowanym zwolennikiem martini, zwykle koło szesnastej już nieźle podciętym, jeśli tylko nie ma potem lekcji. Dziś nie inaczej.

– No dobra – mówi Gary. – Następny, proszę.

I przyrządza sobie kolejne Martini Sodersona. Robi to tak: a) nalewa trzy czwarte szklaneczki bombajskiego ginu; b) wrzuca oliwkę amati; c) stuka brzegiem szklanki o nieotwartą butelkę wermutu; na szczęście.

Smakuje drinka, przymyka powieki; smakuje jeszcze raz. Jego oczy, dobrze już przekrwione, otwierają się. Gary się uśmiecha.

– Tak jest, panie i panowie – zwraca się do rozprażonego upałem podwórka. – Mamy już zwycięzcę!

Z oddali dociera do niego, poprzez inne odgłosy lata – dzieciaki, kosiarki, spryskiwacze, brzęczenie owadów w spalonej słońcem trawie – dźwięk gitary pisarza, słodki i łagodny. Gary rozpoznaje utwór niemal natychmiast i tańcząc wokół kręgu cienia rzucanego przez parasol, ze szklaneczką w ręce, podśpiewuje: Pocałuj mnie i uśmiechnij się… Powiedz, że będziesz na mnie czekać… Przytul mnie, bym nie mógł już uciekać…

Fajny kawałek, jeszcze z czasów, nim ktokolwiek pomyślał o istnieniu bliźniaków Reedów (dwa domy dalej), nie mówiąc już o ich urodzeniu. Przez moment uderza go poczucie realności przemijania, tak absolutnie nieodwołalnego. Kłuje bezlitośnie w uszy wraz z melodią piosenki. Gary pociąga kolejny spory łyk martini i zastanawia się, co robić dalej, skoro grill już gotowy do rozpalenia. Wśród innych odgłosów słyszy również prysznic na górze i wyobraża sobie pod nim nagą Marielle, która jest zdzirą, jakiej świat nie widział, ale ciało utrzymuje w dobrej formie. Widzi, jak namydla sobie piersi, może nawet pieści kolistymi ruchami palców sutki, aż stają się twarde. Ona oczywiście nic takiego, psiakrew, nie robi, ale takie wyobrażenia mają to do siebie, że nie chcą zniknąć, dopóki się ich jakoś nie skasuje. Gary postanawia zostać dwudziestowiecznym wcieleniem świętego Jerzego: zamiast zarzynać smoka, po prostu go zerżnie. Odstawia szklaneczkę na stolik i rusza ku domowi.

A co tam, jest lato, lato, la-la-lato i na Topolowej życie sobie płynie. Jak w Summertime Gershwina.

Cary Ripton sprawdza w lusterku, czy nic nie jedzie, ale nie, więc skręca na drugą stronę ulicy do domu Carverów. Pana Marinville’a pomija, ponieważ na samym początku lata pan Marinville dał mu pięć dolarów, żeby nie dostarczał mu „Shoppera”.

„Błagam, Cary – powiedział, utkwiwszy w nim poważne spojrzenie. – Nie jestem w stanie czytać o otwarciu kolejnego supermarketu albo o konkursie dla klientów. To mnie zabija”.

Cary nie pojmuje zachowania pana Marinville’a ani odrobinę, ale to miły człowiek. Poza tym pięć dolców to pięć dolców.

Drzwi pod dwieście czterdziestym ósmym otwiera pani Carver i gdy Cary rzuca gazetę, kobieta macha do niego ręką. Próbuje złapać „Shoppera” w powietrzu, nie trafia i wybucha śmiechem. Cary jej wtóruje. Pani Carver nie ma może refleksu czy chwytu Brada Josephsona, ale jest ładna, a także bardzo fajna. Jej mąż ubrany w klapki i kąpielówki myje za domem samochód. Kącikiem oka spostrzega Cary’ego, odwraca się i celuje w niego palcem. Cary odpowiada tym samym i udają, że strzelają do siebie. Pan Carver stara się na swój niezdarny sposób też być fajnym gościem, a Cary to szanuje. David Carver pracuje na poczcie, teraz chyba ma urlop. Chłopiec przysięga sobie w duchu: jeżeli będzie musiał pójść do etatowej pracy, kiedy dorośnie (wie, że niektórym to się przytrafia, podobnie jak cukrzyca i niewydolność nerek), nigdy nie będzie spędzał wakacji w domu, myjąc przed garażem samochód.

Zresztą nie będę miał samochodu, myśli. Tylko motocykl. I nie japoński. W grę wchodzi wyłącznie stalowy amerykański rumak jak ten harley davidson, którego trzyma w garażu pan Marinville.

Chłopak zerka znów w lusterko i spostrzega za domem Josephsonów, na Niedźwiedziej, coś jaskrawoczerwonego – wygląda to na furgonetkę zaparkowaną tuż za zachodnim rogiem ulicy – a potem znów przejeżdża na drugą stronę. Tym razem pod dwieście czterdzieści siedem, dom Wylerów.

Spośród zamieszkanych domów przy Topolowej (dwieście czterdzieści dwa, niegdyś dom Hobartów, stoi pusty) tylko ten należący do Wylerów nosi ślady podniszczenia. To mały domek w stylu ranczerskim, któremu przydałoby się malowanie, a jego podjazdowi nowa nawierzchnia. Na trawniku kręci się spryskiwacz, widać jednak, że trawa ucierpiała tu od upału i suszy w stopniu większym niż przed innymi domami (łącznie, mówiąc szczerze, z domem Hobartów). Pożółkłe placki są na razie nieduże, lecz wciąż się powiększają.

Ona nie rozumie, że sama woda nie wystarczy, myśli Cary, sięgając do torby po kolejny egzemplarz zwiniętego ciasno „Shoppera”. Jej mąż by rozumiał, ale…

Nagle uzmysławia sobie, że pani Wyler (domyśla się, że do wdów należy się nadal zwracać per pani, nie panna) stoi za siatkowymi drzwiami i coś w widoku jej ledwie dostrzegalnej sylwetki uderza go z wielką siłą. Rower chybocze się chwilę i kiedy Cary rzuca gazetę, jego celna zwykle ręka pudłuje zdecydowanie. „Shopper” ląduje w koronie jednego z krzewów przy schodkach. Chłopak nienawidzi czegoś takiego, po prostu nienawidzi, to całkiem jak w jakimś kretyńskim serialu, w którym gazeciarz zawsze wrzuca swojego „Gońca Codziennego” na dach albo trafia w szybę – ha, ha, ha, gazeciarz celny jak dziad kościelny, ale numer! Innym razem (lub w innym domu) Cary próbowałby naprawić błąd… może nawet podniósłby gazetę i podał kobiecie, i ukłon, i uśmiech, i życzę miłego dnia. Ale nie dziś. Nie podoba mu się tutaj. Może to coś w jej postawie, w tym, jak stoi nieruchomo za drzwiami: ramiona opuszczone, ręce wiszące niczym zabawka bez baterii. Ale nie tylko dlatego coś nie gra. Nie widać jej stąd za dobrze, ale Cary ma wrażenie, że pani Wyler jest od pasa w górę naga, że stoi tam ubrana tylko w szorty. Stoi i wgapia się w niego.

Wcale go to nie podnieca. Raczej przyprawia o dreszcz.

A ten dzieciak, co u niej mieszka, jej bratanek, taki szczurowaty, też jest jakiś dziwny. Nazywa się Seth Garland czy Garin, czy jakoś tak. Nigdy nic nie mówi, nawet jeśli go o coś zapytać. „Hej, siemasz! Podoba ci się u nas? Myślisz, że Indians wejdą znów do finału?” – a ten tylko patrzy tymi swoimi oczami koloru błota. Patrzy tak właśnie, jak pani Wyler, zwykle taka miła, patrzy teraz na niego. Cary to czuje. Chodź do mnie muszko, powiem ci coś na uszko – rzecze pająk. Coś w tym stylu. Jej mąż zmarł w zeszłym roku (gdzieś tak w tym samym czasie, gdy zaczęły się problemy Hobartów i musieli się wyprowadzić, uzmysławia sobie chłopiec), a ludzie gadali, że to nie był wypadek. Ludzie gadali, że Herb Wyler, który zbierał minerały i podarował kiedyś Cary’emu wiatrówkę, popełnił samobójstwo.

Ciarki – w taki gorący dzień jakoś podwójnie napędzające stracha – przebiegają mu po plecach i gazeciarz, zerknąwszy jeszcze raz w lusterko, wraca na parzystą stronę ulicy. Czerwona furgonetka nadal stoi na rogu Topolowej i Niedźwiedziej (fajny wózek, myśli Cary), lecz teraz ulicą jedzie jeszcze coś: niebieska honda acura, którą Cary rozpoznaje z daleka. To pan Jackson, kolejny nauczyciel z ich ulicy. Profesor Jackson albo może tylko docent. Wykłada na uniwersytecie stanowym Ohio, kasztan jeden1. Jacksonowie mieszkają pod dwieście czterdziestym czwartym, numer dalej niż kiedyś Hobartowie. Mają najładniejszy dom na całej ulicy, przestronny, w stylu nadmorskim, z żywopłotem od dołu zbocza i wysokim płotem z cedrowych sztachet od góry, od strony posesji starego weterynarza.

– Te, Cary! – woła Peter Jackson, zatrzymując się koło niego. Ma wyblakłe dżinsy i koszulkę z wielką, żółtą uśmiechniętą buźką. MIŁEGO DNIA! – mówi uśmiechnięta buźka. – Jak tam leci, chuliganie? – pyta pan Jackson z hondy.

– Świetnie – odpowiada Cary z uśmiechem. Zastanawia się, czy nie dodać: „Poza tym, że pani Wyler stoi w drzwiach bez bluzki”, ale nie dodaje. – Wszystko super.

– A jak mecze?

– Na razie tylko dwa, ale nie ma sprawy. Wczoraj miałem parę wejść, dziś też mnie pewnie wpuszczą kilka razy. Na więcej zresztą nie liczyłem. Ale wie pan, Frank Albertini gra ostatni sezon. – Cary podaje mu zwinięty egzemplarz tygodnika.

– Zgadza się. – Peter bierze od niego gazetę. – A za rok przyjdzie kolej, żeby monsieur Cary Ripton dał gościom popalić na trzeciej bazie.

Chłopiec parska śmiechem, ubawiony dosłownym wyobrażeniem siebie stojącego na trzeciej bazie w kostiumie legionu i częstującego zawodników przeciwnika papierosami.

– Uczy pan znów w tym roku na letnich kursach? – pyta.

– Jasne. Dwie grupy. Dramaty historyczne Szekspira oraz James Dickey i nowy realizm Południa. Interesuje cię?

– Chyba sobie odpuszczę.

– Odpuszczaj, odpuszczaj – Peter poważnie kiwa głową – to nie będziesz już w ogóle musiał chodzić na letnie kursy. – Klepie się po uśmiechniętej buźce na koszulce. – Gdzieś tak od czerwca pozwalają luźniej się ubierać, ale i tak te letnie szkółki to udręka. Zawsze tak było. – Rzuca „Shoppera” na siedzenie obok i przestawia dźwignię automatycznej skrzyni acury na DRIVE. – Tylko nie dostań zawału, jak tak posuwasz po dzielnicy z tymi gazetami.

– Nie ma strachu. Później chyba będzie padać. Cały czas słyszę grzmoty.

– No, mówili w tele… Uważaj!!!

Tuż obok nich przelatuje w pogoni za czerwonym frisbee wielka futrzana kula. Cary traci równowagę i opiera się razem z rowerem o auto Jacksona. Hannibal, owczarek niemiecki, muska go tylko ogonem i pędzi dalej za latającym dyskiem.

– Jego by trzeba ostrzec przed zawałem – stwierdza Cary.

– Może i racja – mówi Peter i powoli odjeżdża.

Cary przygląda się Hannibalowi, który dopada frisbee na chodniku po drugiej stronie i odwraca się, trzymając je w zębach. Na szyi ma zawiązaną zabawnie kowbojską bandanę i wygląda tak, jakby szczerzył pysk w uśmiechu.

– Przynieś, Hannibal! – woła Jim Reed.

– No już, Hannibal – dołącza się jego bliźniak, Dave. – Nie bądź świnią! Przynieś! Daj to!

Hannibal stoi sobie przed dwieście czterdziestym szóstym, naprzeciwko Wylerów, z frisbee w pysku i macha powoli ogonem. Uśmiech ma coraz szerszy.

Bliźniaki Reedów mieszkają pod dwieście czterdziestym piątym, dom za panią Wyler. Stoją na brzegu swojego trawnika (jeden blondyn, drugi ciemny, obaj wysocy i zgrabni, w kusych koszulkach i identycznych szortach od Eddiego Bauera) i wpatrują się w Hannibala. Za nimi stoją dwie dziewczyny. Jedna z nich to Susi Geller, sąsiadka. Ładna, ale nie laska, rozumiesz. Druga natomiast, rudawa, o długich nogach, to inna historia. Jej zdjęcie mogłoby ilustrować w encyklopedii hasło „laska”. Cary jej nie zna, ale chciałby znać – jej nadzieje, marzenia, plany i fantazje. Szczególnie to ostatnie. Nie w tym życiu, myśli sobie. Cipeńka jest prawie dorosła. Ma z siedemnaście lat jak nie więcej.

– Oj, kotuś! – mówi Jim Reed, po czym zwraca się do swego ciemnowłosego brata: – Teraz ty przynosisz.

– Nigdy w życiu, na pewno całe zaślinił – oznajmia Dave Reed. – Hannibal, bądź grzecznym psem i przynieś to zaraz!

Pies stoi nadal na chodniku przed domem Doktora i szczerzy zęby. Niach-niach – mówi, nie odzywając się wcale; jego uśmiech i poruszający się z królewskim spokojem ogon wyrażają wszystko. Niach-niach, wy macie dziewczyny i szorty od Bauera, a ja mam wasze frisbee, całe już mokre od psiej śliny, co leci mi z pyska, i moim zdaniem to ja tutaj jestem Królem Puszczy.

Cary sięga do kieszeni i wyciąga torebkę słonecznika – jak się siedzi na ławce rezerwowych, odkrył niedawno – słonecznik bardzo pomaga zabić czas. Zyskał już całkiem niezłą wprawę w rozłupywaniu słonecznika zębami i przeżuwaniu smakowitych ziarenek jednocześnie z pluciem łuskami na spękaną podłogę wiaty dla rezerwowych z szybkością karabinu maszynowego, prawie jak pierwszoligowiec.

– Kryję go! – woła Cary do bliźniaków w nadziei, że jego bohaterstwo w poskramianiu zwierząt zrobi wrażenie na rudowłosej, choć wie, że to idiotyczne marzenie, jak przystało zresztą na chłopaka po pierwszej klasie liceum.

Ale ona w tych białych szortach z mankietami wygląda tak cudownie, że zmiłuj się panie Boże, a zresztą co to szkodzi sobie pomarzyć.

Opuszcza torebkę słonecznika na poziom psiego pyska i szeleści celofanem. Hannibal podchodzi natychmiast, wciąż trzymając w wyszczerzonych zębach czerwone frisbee. Cary wysypuje na dłoń parę ziarenek.

– Dobry Hannibal – mówi. – Dobre nasionka. Oto słonecznik, uwielbiany przez psy na całym świecie. Spróbuj, a kupisz na pewno.

Hannibal przygląda się ziarenkom jeszcze przez chwilę, z drgającymi nieznacznie nozdrzami, po czym upuszcza frisbee na jezdnię i pochłania słonecznik z dłoni Cary’ego. Chłopiec, szybki jak okamgnienie, pochyla się, łapie frisbee (trochę oślinione na brzegach) i rzuca je w stronę Jima Reeda. To piękny, płynny rzut, Jim może złapać dysk, nie robiąc kroku. I oto, o Boże, o Jezu, rudowłosa bije brawo, podskakując radośnie wraz z Susi, a jej cycuszki (małe, ale jakże smakowite) pod wiązanym topem podskakują razem z nią. O dzięki ci, Panie, dzięki wielkie, mamy teraz w naszej bazie danych materiał na co najmniej tydzień koniobójstwa.

Uśmiechnięty szeroko, nie mając pojęcia, że umrze jako prawiczek i rezerwowy zarazem, Cary ciska „Shoppera” na werandę Toma Billingsleya (zza domu dochodzi warkot kosiarki Doktora) i wraca przez ulicę ku trawnikowi Reedów. Dave odrzuca frisbee do Susi Geller i łapie gazetę w locie.

– Dzięki za odzyskanie frisbee – mówi.

– Nie ma sprawy. Kto to? – Cary wskazuje głową rudowłosą.

– Nieważne, maleńki. – Dave śmieje się bez złośliwości. – Nawet nie pytaj.

Cary rozważa, czyby jeszcze nie nacisnąć, lecz decyduje się dać spokój, póki jeszcze jest górą – w końcu to on odzyskał frisbee i jemu biła brawo, a na widok tych jej podskoków zesztywniałby chyba nawet gotowany makaron. Jak na takie gorące popołudnie w środku lata to aż za wiele.

W górze ulicy, za ich plecami, czerwona furgonetka powoli rusza.

– Przyjdziesz dzisiaj na mecz? – pyta Cary Dave’a. – Gramy z Columbus Rebels. Powinno być nieźle.

– A ty zagrasz?

– Na pewno wejdę kilka razy na bazę i może z raz na uderzającego.

– To chyba nie przyjdę – mówi Dave i ryczy ze śmiechu, aż Cary się krzywi.

Bracia Reed wyglądają może w tych swoich koszulkach i szortach niczym młodzi bogowie, myśli, ale jak już otworzą gębę, zaczynają podejrzanie przypominać Strasznych Bliźniaków z telewizji.

Cary zerka ku domowi na rogu Topolowej i Hiacyntowej, naprzeciwko sklepu. Ostatni dom po lewej, całkiem jak w horrorze pod takim właśnie tytułem. Na podjeździe nie ma auta, ale to nic nie znaczy; może stać w garażu.

– On jest? – pyta Dave’a, wysuwając brodę w stronę numeru dwieście czterdzieści.

– A bo to wiesz? – mówi Jim, podchodząc do nich. – Nigdy nie wiadomo, nie? Dlatego właśnie jest taki dziwny. Co drugi raz zostawia samochód w garażu i zasuwa do Hiacyntowej przez lasek. Pewnie jedzie autobusem tam, dokąd jedzie.

– Boisz się go? – pyta Dave Cary’ego. Jeszcze nie kpiąco, ale prawie.

– Co ty, kurde – odpowiada wyluzowany Cary, patrząc na rudowłosą i wyobrażając sobie, jak by to było, gdyby trzymał takie stworzenie w ramionach, gładkie i jędrne, jak by mu stanął, jak by mu wsunęła języczek… Nie w tym życiu, pimpuś, upomina się znów w myśli.

Macha jej ręką na do widzenia, na zewnątrz obojętny, w środku przepełniony radością, bo ona odmachuje, i odjeżdża skosem w stronę Topolowej dwieście czterdzieści. Zaraz ciśnie „Shoppera” na ganek, jak wszędzie, a potem – jeżeli tylko ten szurnięty były glina nie wyskoczy przed dom z pianą na pysku i spojrzeniem jak po LSD, może nawet wymachując pistoletem albo maczetą, albo Bóg wie czym – skoczy sobie naprzeciwko do E-Z Stop na jakieś picie, by uczcić kolejne szczęśliwe ukończenie trasy: Anderson Avenue do Columbus Broad, Columbus Broad do Niedźwiedziej, Niedźwiedzią do Topolowej. A potem do domu, przebrać się w strój i hajże na wojny baseballowe.

Najpierw jednak trzeba zaliczyć dwieścieczterdziestkę, dom byłego policjanta, który podobno stracił pracę za pobicie kilku niewinnych chłopaków z North Side. Myślał, że zgwałcili dziewczynkę. Cary nie ma pojęcia, czy ta historia jest prawdziwa – w gazetach nigdy nic o tym nie wyczytał – ale widział jego oczy; było w nich coś takiego, czego nie widział w żadnych innych, jakaś taka pustka, że ma się ochotę jak najszybciej (ale nie tak, żeby wyjść na palanta) odwrócić głowę.

W górze ulicy czerwona furgonetka – jeżeli to furgonetka, bo taka jest odpicowana i nietypowa, że właściwie nie wiadomo – skręca w Topolową. Zaczyna nabierać szybkości. Odgłos jej silnika brzmi jak miarowy, jedwabisty szept. A na dachu, jak rany, ma jakiś chromowany gadżet!

Johnny Marinville przerywa grę i patrzy na przejeżdżający samochód. Wnętrza nie widać, bo ma odblaskowe szyby, ale to coś na dachu wygląda jak chromowana czasza radaru, niech to szlag, jeśli nie. Czy to CIA zawitało na Topolową? Po drugiej stronie Johnny widzi Brada Josephsona, który wciąż stoi na trawniku z wężem pod pachą i gazetą w ręce. Brad także ze zdumieniem i zaciekawieniem gapi się na furgonetkę (ale czy to furgonetka, czy coś innego?).

Czerwień lakieru i chromy spod ciemnych okien auta rzucają igiełki słonecznego blasku, tak ostre, że Johnny aż mruży oczy.

Po sąsiedzku David Carver nadal myje samochód. Z wielkim entuzjazmem, trzeba mu to przyznać. Ten jego chevrolet aż tonie w kłębach piany.

Czerwona furgonetka mija go, skrząc się w słońcu i pomrukując cichutko.

Bliźniaki Reedów przerywają zabawę i wraz ze swymi przyjaciółeczkami obserwują toczący się teraz powoli pojazd. Młodzież tworzy czworokąt, w środku siedzi Hannibal i sapie uszczęśliwiony, czekając na kolejną szansę chapnięcia frisbee.

Teraz wszystko dzieje się bardzo szybko, choć nikt na Topolowej jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.

W oddali słychać grzmot.

Cary Ripton już prawie nie widzi furgonetki w lusterku. Nie zauważa też żółtej półciężarówki z firmy transportowej Ryder, która skręca z Hiacyntowej w Topolową i zatrzymuje się na parkingu E-Z Stop, gdzie dzieciaki Carverów stoją nadal przy Busterze i spierają się, czy Ellie pociągnie w nim Ralpha w górę ulicy, czy nie. Ralph w końcu zgodził się pójść na piechotę i nie wygadać o pisemku z Bradem Pittem na okładce, ale tylko pod warunkiem, że jego ukochana siostra Margocha-Gliździocha odda mu cały baton, a nie pół.

Dzieci przerywają kłótnię na widok obłoku białej pary uchodzącej spod maski ciężarówki niczym oddech smoka; Cary Ripton jednak zupełnie nie zważa na problemy kierowcy. Jego uwagę pochłania jedna, jedyna rzecz: żeby już dostarczyć „Shoppera” stukniętemu eksgliniarzowi i oddalić się bez szwanku. Policjant nazywa się Collier Entragian i tylko na jego trawniku stoi tabliczka WSTĘP WZBRONIONY. Niewielka, dyskretna, ale jednak.

Skoro zabił tych chłopaków, to czemu nie siedzi w więzieniu? – zastanawia się Cary, nie po raz pierwszy zresztą. I decyduje się mieć to w nosie. W końcu to nie jego sprawa. Jego sprawą tego parnego popołudnia jest dotrwać do końca trasy.

Nic dziwnego, że mając głowę zaprzątniętą tymi rozmyślaniami, nie dostrzega półciężarówki z dymiącą chłodnicą ani dwójki dzieci, które natychmiast zaprzestały swych skomplikowanych negocjacji na temat czasopisma, batonu Trzej Muszkieterowie i czerwonego samochodziku, ani jadącej z góry furgonetki. Koncentruje się wyłącznie na tym, by nie zostać następną ofiarą gliniarza-psychola. Ironia losu polega jednak na tym, że los ów jest coraz bliżej za jego plecami.

Jedno z bocznych okien furgonetki zaczyna się opuszczać.

Wysuwa się stamtąd dubeltówka. Ma dziwny kolor, ni to srebrny, ni to szary. Układające się w symbol nieskończoności wyloty luf są czarne.

Gdzieś w oddali pod rozprażonym niebem znów dudni grzmot.

Artykuł w „Columbus Dispatch” z 31 lipca 1994 roku:

Rozdział 2

1

Steve Ames stał się świadkiem strzelaniny dzięki dwójce dzieci kłócących się przed sklepem o czerwony samochodzik. Dziewczynka wyglądała na porządnie wkurzoną na chłopca i przez moment Steve był pewien, że mu przyłoży… Dzieciak mógł się potknąć o swoje autko i wpaść pod ciężarówkę. Przejechanie w środkowym Ohio szczeniaka w koszulce z Bartem Simpsonem stanowiłoby z pewnością znakomite uwieńczenie i tak już spieprzonego dnia.

Gdy zahamował dobry kawałek przed nimi – lepiej dmuchać na zimne – spostrzegł, że przenieśli swe zainteresowanie z kłótni nie wiadomo o co na dymiącą chłodnicę jego ciężarówki. Nieco dalej stała na ulicy czerwona furgonetka, najczerwieńsza, jaką Steve widział w życiu. Jednak to nie robota lakiernika przykuła jego uwagę, lecz błyszczący chromem dziwny szpej na dachu auta. Wyglądał jak czasza radaru z filmu science fiction. Obracał się po ciasnym łuku w tę i z powrotem, dokładnie tak, jak robią to radary.

Przeciwną stroną jezdni jechał na rowerze jakiś chłopak. Furgonetka zbliżyła się do niego, jak gdyby kierowca (czy ktoś inny w jej wnętrzu) miał zamiar porozmawiać. Chłopiec w ogóle tego nie zauważył; wyciągnął zwiniętą w rurkę gazetę z przewieszonej przez ramię płóciennej torby i zamachnął się do rzutu.

Steve wyłączył silnik półciężarówki, odruchowo przekręcając kluczyk w stacyjce. Nie docierał już do niego syk chłodnicy ani widok pary dzieciaków przy czerwonym samochodziku, nie myślał też o tym, co powie, gdy zadzwoni pod darmowy numer pogotowia technicznego firmy Ryder. Raz czy dwa w życiu przydarzył mu się przebłysk intuicji – jakieś przeczucie, psychiczny kuksaniec – teraz jednak pochwyciło go już nie przeczucie, lecz coś potężniejszego: pewność, że za chwilę coś się wydarzy. I że nie będzie to nic wesołego.

Steve nie widział ze swego miejsca sterczącej z okna furgonetki podwójnej lufy. Usłyszał jednak huk wystrzału i rozpoznał go momentalnie. Wychował się w Teksasie i nigdy nie zdarzyło mu się pomylić odgłosu strzelby z piorunem.

Gazeciarz wyleciał z siodełka roweru z wykręconymi ramionami i podkurczonymi nogami; czapeczka spadła mu z głowy. Tył jego koszulki rozerwał się na strzępy, a Steve ujrzał więcej, niżby chciał: czerwień krwi i czerń wyrwanego mięsa. Z uniesionej do rzutu ręki, przyciśniętej teraz do ucha, wypadła gazeta, po czym poleciała do suchego rynsztoka. Chłopiec runął na trawnik przed narożnym domkiem i potoczył się jak pozbawiona kości i wdzięku kukła.

Furgonetka przystanęła na środku jezdni tuż przed skrzyżowaniem Topolowej i Hiacyntowej. Jej silnik pracował na wolnych obrotach.

Steve Ames siedział za kierownicą wynajętej ciężarówki z otwartymi szeroko ustami. Po prawej stronie czerwonego pojazdu jak elektrycznie opuszczana szyba w cadillacu czy lincolnie otworzyło się z tyłu małe okienko.

Nie wiedziałem, że furgonetki mają coś takiego, pomyślał Steve. Co to jest właściwie za samochód?

Uzmysłowił sobie, że ktoś wyszedł ze sklepu; dziewczyna w niebieskim fartuchu kasjerki. Jedną rękę przyłożyła do czoła, osłaniając przed słońcem oczy. Widział dziewczynę, lecz ciało gazeciarza na razie zniknęło, zasłoniła je furgonetka. Dotarło do niego, że z otwartego przed chwilą okienka wystaje teraz lufa dubeltówki.

I wreszcie, co nie mniej istotne, zdał sobie sprawę z obecności pary dzieciaków z czerwonym autkiem. Stały na otwartej przestrzeni widoczne jak na dłoni i spoglądały w stronę, skąd padły pierwsze strzały.

2

Uwagę wilczura Hannibala przykuła jedna jedyna rzecz: zwinięta w rurkę gazeta, która wypadła z ręki Cary’emu Riptonowi, gdy impet strzału wyrwał go z siodełka roweru i z życia. Pies rzucił się do ataku, poszczekując radośnie.

– Hannibal, nie! – krzyknął Jim Reed.

Nie zorientował się, co się naprawdę dzieje (nie dorastał w Teksasie i wziął dwa pierwsze strzały za huk grzmotu; nie dlatego, że to podobne odgłosy, lecz dlatego, że nie był w stanie skojarzyć ich z czymś innym; nie na Topolowej w letnie popołudnie), ale i tak mu się to nie podobało. Nie zastanawiając się nawet, co robi – i czemu – posłał frisbee w kierunku sklepu, mając nadzieję odwrócić tym uwagę Hannibala od jego obecnego kursu. Nie udało się. Pies zignorował dysk i pędził dalej jak strzała ze wzrokiem utkwionym w „Shoppera” leżącego tuż obok stojącej na luzie furgonetki.

3

Cynthia Smith również od razu rozpoznała odgłos wystrzałów – jej ojciec, pastor, co sobotę strzelał do rzutków, gdy była jeszcze małą dziewczynką, i często zabierał ją ze sobą na strzelnicę.

Tym razem jednak nie było okrzyku „rzuć!”.

Odłożyła tanie romansidło, które właśnie czytała, okrążyła ladę i wybiegła na schodki sklepu. Oślepiło ją słońce i podniosła rękę, by osłonić oczy.

Ujrzała stojący na środku jezdni samochód i wystającą z tylnego okienka strzelbę wycelowaną w małych Carverów. Na ich twarzach malowało się zdziwienie, lecz jeszcze nie strach.

O Boże, pomyślała. O Boże, on chce je zabić.

Przez moment stała jak wryta. Mózg kazał nogom się poruszyć, lecz nic takiego nie nastąpiło.

Ruszaj się! Już! – wrzasnęła na siebie i połączenia nerwowe zaczęły znów kontaktować.

Poszła chwiejnie naprzód, czując, że zamiast nóg ma szczudła. Omal nie spadła ze schodków. Wyciągnęła ręce, by pochwycić dziewczynkę i chłopca. Ujrzała przed sobą dwa wielkie, ziejące czernią otwory luf i zorientowała się, że już nie zdąży. Ten pierwszy moment bezruchu okazał się fatalny. Jedyne, co osiągnęła, to całkowitą pewność, że gdy człowiek w furgonetce pociągnie za spust, zabije nie tylko pewną dwudziestoletnią laskę, lecz także dwoje niewinnych dzieci.

4

David Carver wrzucił gąbkę do wiadra z mydlinami przy prawym przednim kole swego chevroleta caprice i wolnym krokiem wyszedł przez podjazd na ulicę, by zobaczyć, co się dzieje. W następnym domku po prawej to samo zrobił Johnny Marinville. W ręku niósł gitarę. Po drugiej stronie, rzuciwszy na ziemię tryskający wodą wąż, kroczył przez trawnik Brad Josephson. W lewej ręce wciąż trzymał „Shoppera”.

– Gaźnik komuś strzela czy co? – rzucił głośno Johnny, chociaż tak nie uważał.

Jeszcze w czasach przed Kotem-detektywem, kiedy myślał o sobie jako o „poważnym pisarzu” (co w jego dzisiejszym języku brzmiało równie pikantnie jak „luksusowa dziwka”), wybrał się do Wietnamu, żeby zobaczyć piekło wojny z bliska, i ten odgłos skojarzył mu się raczej z tym, co słyszał podczas ofensywy Tet. Ze strzałami w dżungli. Takimi, od których giną ludzie.

David pokręcił głową i rozłożył ręce na znak, że naprawdę nie wie. Za jego plecami trzasnęły drzwi kremowo-zielonego domku w stylu ranczerskim; ktoś wybiegł na bosaka na chodnik. To była Słodyczek Carver, w dżinsach i zapiętej krzywo bluzce. Mokre włosy przylegały do jej głowy jak hełm. Jeszcze pachniała kąpielą.

– Gaźnik komuś nawalił? Boże, Dave, to brzmiało jak…

– Jak strzały z karabinu – rzekł Johnny, po czym dodał z wahaniem: – Tak mi się przynajmniej wydaje.

Kirsten Carver – Kirstie dla przyjaciół, a Słodyczek dla męża, z jemu tylko wiadomych powodów – spojrzała w dół ulicy. Jej rysy zmieniały się powoli, wyglądała tak, jakby przerażenie rozszerzyło jej nie tylko źrenice, lecz całą twarz. David podążył wzrokiem za jej spojrzeniem. Zobaczył stojącą na wolnym biegu furgonetkę i sterczącą z jej tylnego okienka lufę strzelby.

– Ellie! Ralph! – wrzasnęła Słodyczek. Był to przeszywający, wwiercający się w mózg krzyk i za domem Sodersonów ręka Gary’ego trzymająca szklaneczkę zastygła w połowie drogi do ust. – O Boże, Ellie i Ralph!

Kirsten ruszyła pędem w dół wzgórza, ku furgonetce.

– Kirsten, nie, nie rób tego! – zawołał Brad Josephson.

Rzucił się jej śladem, wbiegając na jezdnię, by przeciąć drogę sąsiadce albo wyprzedzić ją gdzieś między Jacksonami i Gellerami. Jak na swoją posturę biegł zadziwiająco prędko. Lecz już po kilkunastu krokach zrozumiał, że jej nie dogoni.

David też popędził za żoną; jego wydatne brzuszysko podskakiwało nad śmiesznie małymi kąpielówkami, klapki stukały o chodnik niczym pistolet na kapiszony. Podążał za nim jego cień; długi i tak chudy, jak urzędnik pocztowy David Carver nie był nigdy w życiu.

5

Umarłam, pomyślała Cynthia, przyklękając na jedno kolano pomiędzy dziećmi i wyciągając ręce, by je objąć i pociągnąć ku sobie. Jakby to mogło coś pomóc. Umarłam, umarłam, jestem trupem. Lecz wciąż nie mogła oderwać wzroku od luf dubeltówki, od ich wylotów, czarnych jak oczy, w których nie ma litości.

Nagle otworzyły się drzwi żółtej półciężarówki po stronie pasażera i wychylił się z nich kościsty mężczyzna w dżinsowych ogrodniczkach i rockowej koszulce, facet o szpakowatych włosach do ramion i ogorzałej twarzy.

– Tutaj, tutaj! – krzyknął. – Szybko!

Popchnęła dzieci w stronę ciężarówki, pewna, że i tak już za późno. A potem, podczas gdy nadal oczekiwała na uderzenie kuli lub wiązki śrutu (jakby na coś tak wstrętnego w ogóle można było oczekiwać), stercząca z okna strzelba przesunęła się w prawo, ustawiła wzdłuż czerwonej burty furgonetki i wystrzeliła. Huk eksplozji poniósł się poprzez skwar jak hurkot kuli do kręgli toczącej się kamiennym rynsztokiem. Cynthia ujrzała na końcu lufy błysk ognia. Psa Reedów, który już, już dopadał gazety, odrzuciło gwałtownie w prawo i cały jego wdzięk wyparował w jednej chwili jak przedtem z Cary’ego Riptona.

– Hannibal! – krzyknęli unisono Jim i Dave.

Cynthia pomyślała o Miętowych Bliźniakach z reklamy gumy do żucia.

Pchnęła małych Carverów ku otwartym drzwiom półciężarówki tak mocno, że Gnojkowaty Braciszek się przewrócił. Natychmiast zaczął wyć. Dziewczynka – Ellie, w żadnym razie nie Margaret, przypomniało się Cynthii – obejrzała się za siebie z wyrazem chwytającego za serce zdumienia na twarzy. A potem długowłosy kierowca chwycił ją za ramię i wciągnął do szoferki.

– Na podłogę, mała, na podłogę! – krzyknął do niej, pochylając się, by złapać ryczącego chłopczyka.

Niechcący naciśnięty klakson beknął krótko; kierowca zahaczył się jedną stopą w tenisówce o kierownicę, żeby nie wypaść na ziemię głową w dół. Cynthia kopnęła na bok czerwony samochodzik, złapała smarkacza za gumkę spodenek i rzuciła wprost w ramiona kierowcy. Z głębi ulicy nadbiegała kobieta, a za nią mężczyzna; wykrzykiwali imiona dzieci. Mama i tata, uznała Cynthia; pchają się, by zginąć na środku ulicy jak ten gazeciarz i pies.

– Wskakuj! – wrzasnął na nią kierowca.

Wdrapała się do zatłoczonej szoferki, nim zdążył powtórzyć.

6

Gary Soderson wyszedł zdecydowanym (choć nie całkiem pewnym) krokiem ze szklaneczką martini w dłoni zza rogu swego domu. Potężny huk rozległ się po raz drugi i Gary’emu przyszło do głowy, że może to wybuchnął gazowy grill Gellerów. Ujrzał Marinville’a, który w latach osiemdziesiątych zarobił sporo na książkach dla dzieci o dziwacznej, wymyślonej postaci o imieniu Pat, kocie-detektywie. Pisarz teraz stał na środku ulicy, osłaniając oczy i spoglądając w dół wzgórza.

– Mój biały brat wiedzieć, co się stało? – spytał Gary.

– Zdaje się, że ktoś z tej furgonetki właśnie zastrzelił Cary’ego Riptona, a potem psa Reedów – odparł Johnny dziwnym, bezbarwnym głosem.

– Co takiego? Dlaczego? Po co?

– Nie mam pojęcia.

Gary spostrzegł parę – to Carverowie, był prawie pewien – biegnącą w kierunku sklepu. Tuż za nimi cwałował afroamerykański jegomość, którym mógł być tylko jedyny w swoim rodzaju Brad Josephson.

– Ale syf. – Marinville odwrócił się do Gary’ego. – Dzwonię po gliny. Tymczasem radzę ci zejść z ulicy. I to już.

Marinville pospieszył ku swemu domowi. Gary zlekceważył jego radę i został na miejscu. Nie wypuszczając szklaneczki, obserwował furgonetkę stojącą na jezdni naprzeciwko domu Entragiana, pożałowawszy raptem (co jak na niego było wyjątkowo dziwnym odczuciem), iż jest aż tak pijany.

7

Nagle otworzyły się z trzaskiem drzwi pod dwieście czterdziestym i wypadł z nich Collie Entragian, jakby żywcem wyjęty z koszmarów Cary’ego Riptona: z pistoletem w ręce. Poza tym jednak wyglądał całkiem normalnie; ani piany na ustach, ani nabiegłych krwią oczu. Wysoki, pewnie z metr dziewięćdziesiąt wzrostu, mężczyzna, z lekko już zarysowującym się brzuszkiem, lecz wciąż barczysty i muskularny niczym środkowy obrońca. Był w spodniach khaki, bez koszuli. Na lewym policzku miał resztki kremu do golenia, na ramieniu ręcznik. Za broń służyła mu trzydziestkaósemka, najpewniej ten właśnie służbowy pistolet, który tak często wyobrażał sobie Cary, gdy dostarczał gazetę do domu na rogu.

Collie rzucił okiem na martwego chłopca leżącego na trawniku twarzą do ziemi. Jego ubranie nasiąkło już wodą ze spryskiwacza, wysypane z torby gazety zmieniły się w rozmokłą szarą masę. Następnie spojrzał na furgonetkę. Podniósł pistolet, chwycił się lewą dłonią za prawy przegub i w tym momencie furgonetka powoli ruszyła. Zamierzał strzelić do niej mimo wszystko; jednak nie strzelił. W Columbus nie brakowało takich, a były wśród nich ważne figury, których zachwyciłaby informacja, że Collier Entragian użył broni w spokojnej dzielnicy Wentworth… broni, którą zgodnie z prawem powinien był zwrócić.

Nie wykręcaj się, tak nie wolno, pomyślał, odwracając się za jadącym samochodem i wciąż trzymając go na muszce. Strzelajże! Strzelaj, do cholery!

Ale nie strzelił, a gdy furgonetka skręcała w lewo, w Hiacyntową, spostrzegł, że nie ma numeru rejestracyjnego, a na jej dachu… A cóż to za dziwo? Co to może być, na Boga?

Po drugiej stronie ulicy państwo Carverowie wbiegali właśnie na parking E-Z Stop, a za nimi Josephson. Murzyn spojrzał w lewo, zobaczył, że czerwona furgonetka odjeżdża – właśnie znikała za pasem zieleni, który ocieniał Hiacyntową na wschód od Topolowej – pochylił się, oparł ręce na kolanach i dyszał ciężko.

Collie przeszedł przez ulicę, po czym, zatknąwszy pistolet z tyłu za spodnie, położył Josephsonowi rękę na ramieniu.

– W porządku? – zapytał.

– Może – odparł tamten, uśmiechając się z wysiłkiem.

Po twarzy ściekał mu pot.

Entragian podszedł do żółtej ciężarówki. Spostrzegł obok niej czerwony samochodzik na pedały. Wewnątrz leżały dwie nieotwarte puszki pepsi, a przy tylnym kółku, na ziemi, batonik Trzej Muszkieterowie. Rozdeptany.

Posłyszał za plecami krzyki. Odwrócił się i ujrzał bliźniaków Reedów. Ponad zwłokami swego psa wpatrywali się z pobladłymi pod letnią opalenizną twarzami w leżącego na trawniku chłopca. Blondyn – chyba Jim – zaczął płakać. Drugi z bliźniaków cofnął się o krok, skrzywił i zwymiotował na własne stopy.

Pani Carver, głośno łkając, wyciągnęła syna z szoferki ciężarówki. Chłopiec, również wyjąc na cały regulator, zarzucił jej ręce na szyję, a potem natychmiast wczepił się w matkę jak pijawka.

– No już – powiedziała kobieta w dżinsach i krzywo zapiętej bluzce. – Już, kochanie, już po wszystkim. Zły pan sobie poszedł.

David Carver wziął córkę z ramion długowłosego, leżącego w niewygodnej pozycji na siedzeniach szoferki, i przytulił ją.

– Tatusiu, cały jesteś w mydle! – zaprotestowała dziewczynka.

– Nie szkodzi – odrzekł Carver, całując ją w czoło. – Nic ci się nie stało?

– Nie – odparła. – Co to było?

Chciała popatrzeć na ulicę, lecz ojciec zasłonił jej oczy.

– Nic mu nie jest, pani Carver? – zwrócił się Collie do kobiety.

Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem i zaraz odwróciła się znów do wrzeszczącego dzieciaka. Gładziła go po włosach i niemal pożerała oczami.

– Chyba nie – wykrztusiła wreszcie. – Nic ci się nie stało, Ralphie? Powiedz mamusi.

Chłopiec zaczerpnął głęboko powietrza i ryknął:

– Margocha miała mnie pociągnąć w Busterze! Obiecała!

To przekonało Entragiana, że smarkacz jest cały i zdrowy. Odwrócił się więc i spojrzał na miejsce zbrodni. Zobaczył psa leżącego w coraz większej kałuży krwi i blond bliźniaka, zbliżającego się niepewnie ku nieszczęsnemu gazeciarzowi.

– Nie podchodź! – krzyknął przez ulicę.

– Może on jeszcze żyje? – Jim Reed spojrzał pytająco.

– No i co z tego? Masz w kieszeni czarodziejski proszek uzdrawiający? Nie? To się odsuń.

Chłopak postąpił krok w stronę brata.

– O rany, Davey… – Skrzywił się z obrzydzeniem. – Popatrz na swoje nogi! – zawołał, po czym odwrócił się i też zwymiotował.

Collie Entragian poczuł się tak, jakby znów znalazł się w robocie, którą, jak sądził, porzucił na dobre w październiku, kiedy wywalili go z pracy w komendzie policji w Columbus. Test antynarkotykowy wykazał w jego organizmie heroinę i kokainę. Niezła sztuczka, szczególnie biorąc pod uwagę, że nigdy w życiu nie próbował narkotyków.

Pierwsza zasada: chronić obywateli. Druga zasada: udzielić pomocy rannym. Trzecia zasada: zabezpieczyć miejsce przestępstwa. Czwarta…

A tam, czwartą zacznie się przejmować, jak już się upora z pierwszą, drugą i trzecią.

Nowa kasjerka ze sklepu – chuda dziewczyna o dwukolorowych włosach, które aż kłuły Colliego w oczy – wyślizgnęła się z szoferki i zaczęła wygładzać strasznie pomięty fartuch. Za nią wysiadł kierowca.

– Pan jest policjantem? – zapytał.

– Tak – odparł Collie, bo nie chciało mu się nic wyjaśniać. Carverowie oczywiście wiedzieli, ale byli zajęci dziećmi, a zgięty wpół Brad Josephson nadal usiłował uspokoić oddech. – Wejdźcie wszyscy do sklepu. Wszyscy. Brad! Chłopcy! – polecił, podnosząc głos przy ostatnim słowie, żeby Reedowie wiedzieli, że to o nich chodzi.

– Nie, nie, ja lepiej pójdę do domu – rzekł Brad. Wyprostował się, spojrzał ponad ulicą na ciało Cary’ego, a potem na Entragiana. Jego twarz wyrażała skruchę, ale i determinację. Dobrze, że choć złapał wreszcie oddech; Collie już zaczął sobie przypominać zasady reanimacji. – Belinda jest sama i…

– Rozumiem, ale na razie niech pan lepiej wejdzie do sklepu, panie Josephson. Ta furgonetka może wrócić.

– Wrócić? Po co? – zapytał David Carver.

Wciąż trzymał w ramionach córeczkę i patrzył na Entragiana ponad jej głową.

– Nie wiem. – Collie wzruszył ramionami. – Tak samo jak nie wiem, dlaczego przyjechała. Ale tak będzie bezpieczniej. Wejdźcie do środka, ludzie.

– Ma pan prawo wydawać nam polecenia? – spytał Brad.

Jego ton, choć nie prowokacyjny, sugerował jednak, że nie. Collie skrzyżował ręce na swej nagiej piersi. Depresja, która go gnębiła, odkąd odszedł ze służby, ostatnio nieco zelżała, a teraz poczuł, że dopada go na nowo. Pokręcił głową. Nie. Nie ma prawa. Nie dzisiaj.

– No to wracam do żony – rzekł Josephson. – Proszę się nie obrażać, panie Entragian.

Collie uśmiechnął się półgębkiem, słysząc ostrożny ton tamtego. Ty zostaw mnie w spokoju, a ja zostawię ciebie, oznajmiał.

– Ależ skąd – odparł.

Bliźniacy popatrzyli niepewnie najpierw na siebie, potem na Colliego. Zrozumiał, o co im chodzi, i rzekł z westchnieniem:

– Dobra, ale idźcie z panem Josephsonem. I jak dojdziecie do domu, zaraz wchodźcie do środka, koleżanki też. Okay?

Blondyn skinął głową.

– Jim… ty jesteś Jim, prawda? – zapytał Entragian. Chłopak potwierdził, ocierając z zakłopotaniem zaczerwienione oczy. – Wasza mama jest w domu? Albo ojciec?

– Mama. Tata jeszcze w pracy.

– Dobra, chłopcy. Idźcie. Pospieszcie się. Ty też, Brad.

– Postaram się – odparł Brad. – Chociaż coś mi się zdaje, że normę już na dziś wyrobiłem.

Cała trójka ruszyła w górę ulicy jej zachodnią, nieparzystą stroną.

– Ja też bym wolała zabrać dzieci do domu, panie Entragian – powiedziała Kirsten Carver.

Skinął z westchnieniem głową. Jasne, psiakrew, zabieraj je, dokąd chcesz. Choćby na Alaskę. Chciało mu się palić, ale papierosy zostawił w domu. Nie palił przez dziesięć lat, dopóki te sukinsyny ze śródmieścia nie kazały mu zamknąć drzwi z tamtej strony. Wrócił do nałogu przerażająco szybko. Teraz miał chęć na papierosa, ponieważ się zdenerwował. Nie był roztrzęsiony z powodu leżącego na trawniku chłopca, co można by zrozumieć, ale po prostu zdenerwowany. Zdenerwowany jak wszyscy diabli jak powiedziałaby jego matka. Ale czym?

Tym, że na tej ulicy jest zbyt wielu ludzi, odpowiedział sobie, właśnie tym.

O, naprawdę? A co to właściwie znaczy?

Nie wiadomo.

Co z tobą? Tęsknisz za pracą? Zaczyna ci odbijać? To cię gryzie, matołku?

Nie. To ten srebrny dinks na dachu furgonetki. To mnie gryzie, koziołku.

Ojej, poważnie?

No, może nie tak do końca. Ale na początek wystarczy. Albo na odczepkę. W końcu przeczucie to przeczucie i albo wierzysz w swoje przeczucia i kierujesz się nimi, albo nie. Collie Entragian zawsze wierzył, więc takie drobiazgi jak wywalenie z pracy nie zmniejszały mocy, z jaką przeczucia na niego działały.

David Carver postawił córkę na nogi, po czym wziął beczącego wciąż syna z objęć żony.

– Pociągnę cię w Busterze – powiedział do niego. – Aż do samego domu. Co ty na to?

– Margocha-Gliździocha Brada Pitta kocha – wyjawił mu tajemnicę syn.

– Naprawdę? Możliwe, ale nie powinieneś tak na nią mówić – rzekł David.

Mówił nieobecnym tonem człowieka, który skłonny jest wybaczyć dziecku – jednemu ze swoich dzieci w każdym razie – niemal wszystko. Jego żona patrzyła w chłopca prawie jak w święty obraz albo proroka. Tylko Collie Entragian spostrzegł posępną urazę w oczach dziewczynki, gdy jej tak hołubionego brata sadowiono w samochodziku. Miał wiele innych spraw na głowie, mnóstwo spraw, lecz jej spojrzenie było tak intensywne i smutne, że nie mógł go nie zauważyć. Ech.

Przeniósł wzrok z Ellie Carver na dziewczynę o wariackich włosach i podstarzałego hipisa z ciężarówki.

– Może chociaż was uda mi się namówić, żebyście poczekali w sklepie, dopóki nie przyjedzie policja? – zapytał.

– No jasne – odparła dziewczyna. Spoglądała na niego ostrożnie. – Pan jest z policji, prawda?

Carverowie już odchodzili, z Ralphem siedzącym w Busterze po turecku, byli jednak jeszcze dość blisko, by usłyszeć, co powie… poza tym, co miał zrobić? Skłamać? Jak raz wejdziesz w ten kanał, tłumaczył sobie, skończysz w domu wariatów. Były glina z kolekcją nagród w piwnicy, całkiem jak Elvis, i jeszcze paroma odznakami w portfelu dla szpanu. Powiedz, że jesteś prywatny detektyw, chociaż jeszcześ się nawet nie przymierzył do załatwienia licencji. Za dziesięć, piętnaście lat dalej będziesz wciskał kit i usiłował nie wypaść z obiegu, niczym trzydziestolatka, która zakłada mini i chodzi bez biustonosza, żeby przekonać ludzi (z których większość i tak ma to gdzieś), że jeszcze nie jest „z tyłu liceum…”

– Byłem – odpowiedział. Kasjerka skinęła głową. Długowłosy przyglądał mu się z ciekawością, choć nie bez pewnego respektu. – Świetnie wam poszło z tymi dzieciakami.

Collie mówił do obojga, lecz patrzał tylko na nią.

– To zasługa psa. – Cynthia po chwili zastanowienia pokręciła głową i ruszyła w stronę sklepu. Collie i starszawy hipis poszli za nią. – Ten w furgonetce, ten ze strzelbą, chciał wygarnąć do dzieci. Widział pan to? – zwróciła się do długowłosego. – Mam rację?

Mężczyzna skinął głową.

– Nie mielibyśmy szans go powstrzymać – powiedział. Mówił zbyt nosowo, by mógł pochodzić z głębokiego Południa. Teksas, pomyślał Collie. Teksas albo Oklahoma. – I wtedy ten pies odwrócił jego uwagę… tak było, prawda? Zastrzelił psa zamiast dzieci.

– No właśnie – dodała Cynthia. – Gdyby nie pies… no… chyba wszyscy byśmy już nie żyli. Tak jak on.

Wskazała podbródkiem Cary’ego Riptona, martwego i nadal nasiąkającego wodą na trawniku Entragiana. Po czym otworzyła drzwi sklepu i weszła do środka.

Z książki Filmy w telewizji pod redakcją Stephena H. Scheuera:

Rozdział 3

1

Ulica Topolowa/15.58/15 lipca 1996

Parę sekund po wejściu Entragiana, Cynthii i długowłosego kierowcy do sklepu, na południowo-zachodnim rogu Topolowej i Hiacyntowej, naprzeciwko E-Z Stop, zatrzymuje się furgonetka. Niebieski metalik z ciemnymi szybami ze szkła polaryzacyjnego. Na dachu nie widać chromowanego gadżetu, za to jej boki mają kloszowate wybrzuszenia i wklęśnięcia. Mniej przypomina samochód, a bardziej wehikuł zwiadowczy z filmu science fiction. Opony ma zupełnie bez bieżnika, gładkie i czarne jak świeżo starta tablica. W środku, za przyciemnionymi szybami, rytmicznie pomrugują przyćmione kolorowe lampki, jak wskaźniki na desce rozdzielczej.

Dudni burza, teraz już silniej i bliżej. Niebo zaczyna tracić swą letnią jasność. Groźne, purpurowo-czarne chmury piętrzą się od zachodu. Dosięgają lipcowego słońca i gaszą je. Temperatura opada w mgnieniu oka.

Błękitna furgonetka pomrukuje cicho. W górze ulicy, na skrzyżowaniu Niedźwiedziej i Topolowej, zatrzymuje się jeszcze jedna – tym razem jaskrawożółta, jak plastikowy banan. Ona też staje z mruczącym na luzie silnikiem.

Rozlega się pierwszy naprawdę silny grzmot, a po chwili niebo przecina błyskawica. Zamglone prawe oko psa Hannibala zapala się na chwilę w jej blasku jak spirytusowa lampka.

2

Gary Soderson stał wciąż jeszcze na ulicy, gdy podeszła do niego żona.

– Cholera, co ty robisz, Gary? – spytała. – Wpadłeś w jakiś trans czy co?

– Nie słyszałaś tego?

– Czego? – rzuciła ze złością. Gary był mężem tej kobiety od dziewięciu lat i wiedział, że złość to dominująca cecha jej charakteru. – Byłam pod prysznicem, jak mogłam cokolwiek słyszeć? Słyszałam młodych Reedów z tym ich frisbee, szczekanie ich zakichanego psa i grzmot. Co jeszcze byś chciał? Chór z katedry Świętego Patryka?

Wskazał ręką w dół ulicy, najpierw na psa (przynajmniej nie będzie się już na niego skarżyła), a potem na zwłoki zwinięte w kłębek na trawniku posesji numer dwieście czterdzieści.

– Nie jestem do końca pewien, ale zdaje się, że ktoś właśnie zastrzelił chłopaka, który rozwozi „Shoppera”.

Powiodła wzrokiem za jego dłonią i zmrużyła oczy, przysłaniając je ręką, choć słońce już zniknęło. Gary miał wrażenie, że temperatura nagle opadła o dobre dziesięć stopni. Chodnikiem zbliżał się do nich ciężkim krokiem Brad Josephson. Peter Jackson wyszedł przed dom i spoglądał zaintrygowany w dół wzgórza. Podobnie Tom Billingsley, którego większość mieszkańców nazywała Starym Doktorem. Rodzina Carverów przechodziła przez ulicę na stronę, na której stał ich dom; dziewczynka szła obok matki, trzymając ją za rękę. Dave Carver (w tych swoich kąpielówkach wygląda jak ugotowany homar, pomyślał Gary, namydlony gotowany homar, ściślej mówiąc) ciągnął w czerwonym samochodziku syna. Chłopiec siedział po turecku i rzucał wokół wzgardliwe, władcze spojrzenia młodego baszy. Na dziesięciopunktowej skali gnojkowatości Gary przyznawał mu zawsze co najmniej dziewięć i pół punktu.

– Hej, Dave! – zawołał Peter Jackson. – Co się dzieje?

Nim Carver zdążył odpowiedzieć, Marielle rąbnęła Gary’ego nasadą dłoni w ramię na tyle mocno, że wylał sobie resztkę martini na stare, znoszone tenisówki Converse. Może zresztą i dobrze. Może wyświadczy przysługę swej wątrobie i da jej dziś wolny wieczór.

– Głuchy jesteś, Gary, czy tylko głupi? – spytało słońce jego życia.

– Pewnie jedno i drugie – odparł, postanawiając, że pierwszą rzeczą, jaką zrobi, jeżeli kiedyś wytrzeźwieje, będzie złożenie pozwu o rozwód. Albo chociaż przecięcie małżonce strun głosowych. – A co mówiłaś?

– Pytałam, dlaczego, na Boga, ktoś miałby zabijać gazeciarza?

– Może w zeszłym tygodniu nie dostarczył komuś wkładki telewizyjnej – odrzekł Gary.

Uderzył piorun – nadal od zachodu, lecz już bliżej. Przebił się przez gęstwinę chmur jak harpun.

3

Johnny Marinville, który za powieść o obsesji seksualnej, zatytułowaną Rozkosz, otrzymał kiedyś tytuł pisarza roku, a który teraz pisywał książeczki dla dzieci o kocie-detektywie imieniem Pat Kitty-Cat, stał w salonie i spoglądał na swój telefon, czując w sercu lęk. Działo się coś dziwnego. Usiłował nie popaść w paranoję, ale działo się coś naprawdę niesamowitego.

– Być może – powiedział cicho.

No dobrze. Być może. Jednak ten telefon…

Wszedł przed chwilą do domu, postawił gitarę w kącie i wybrał numer dziewięćset jedenaście. Po wyjątkowo długiej pauzie, tak długiej, że zamierzał już przerwać połączenie (jakie połączenie, ha, ha?) i spróbować jeszcze raz, usłyszał w słuchawce głos, jakby dziecięcy. Ton tego głosu, zarazem wesoły i bezosobowy, zaskoczył Johnny’ego i zdrowo przeraził – nie próbował się nawet oszukiwać, że to tylko odruch zdziwienia.