Refleksje pofilmowe. O symbolach okiem psychologa - Talarczyk Małgorzata - ebook
NOWOŚĆ

Refleksje pofilmowe. O symbolach okiem psychologa ebook

Talarczyk Małgorzata

0,0

Opis

Każdy z filmów fabularnych czy dokumentalnych poddanych refleksji poruszyłmnie emocjonalnie lub/i zafascynował poznawczo, dlatego mam nadzieję, że może wybrane tytuły zainteresują także Czytelnika. Część tytułów to premierowy repertuar kin w czasie, gdy o nich pisałam, natomiast część to produkcje, które miały swoje premiery kilka lub kilkanaście lat wcześniej. Każdy z opisanych filmów jest dostępny, jeżeli nie w kinach, to na różnych stronach internetowych zajmujących się dystrybucją filmów. Mam nadzieję, że spojrzenie na wybrane filmy w kontekście symboli zachęci nie tylko kinomanów do obejrzenia filmu po raz pierwszy lub może po raz kolejny.

dr Małgorzata Talarczyk, psychoterapeuta

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Część I

Fot. Małgorzata Talarczyk

1. Musimy porozmawiać o Kevinie

(reż. Lynne Ramsay; premiera: 2011 r.)

Musimy porozmawiać o Kevinie – to pierwszy film, po obejrzeniu którego zachęcona przez panią Elżbietę Binswanger-Stefańską napisałam o symbolach, które w nim widziałam.

Skupiając się punktowo i wybiórczo wyłącznie na wybranych wątkach filmu: relacji matki z synem i symbolice, to: 1. Widzimy, jak płaczące non stop dziecko (zdarza się nierzadko u dzieci, u których stwierdza się dysfunkcje układu nerwowego) budzi w przemęczonej matce ambiwalentne uczucia. 2. Dziecko to czuje przyciąganie i odpychanie, czuje potrząsanie, nie czuje kojącego przytulania (które daje ojciec, który zresztą głównie daje). Takie prawdziwe, serdeczne, matczyne przytulenie wyraźnie widzimy dopiero pod koniec filmu, w scenie w więzieniu, po słowach chłopaka wyrażających bezradność... 3. Długotrwałe zanieczyszczenie się chłopca może wynikać z dysfunkcji układu nerwowego, ale może też być zachowaniem regresywnym, które zapewnia kontakt fizyczny z matką. 4. Scena, gdy matka rzuca dziecko na podłogę, a ono łamie rękę, to przemoc (!), która jednocześnie w tej opowieści „łamie” opór dziecka. Tu też można postawić hipotezę, że chłopak potrzebuje stawiania jasnych granic i poczucia, że ktoś inny jest silniejszy (co generalnie daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa). Po zdarzeniu ze złamaniem ręki chłopiec „kryje” matkę, najpierw w szpitalu, a później przed ojcem, w ten sposób stając się jej sprzymierzeńcem. Ale w filmie ta „siła” i „granice” stawiane przez matkę są tylko w pierwszym rozdaniu, bo w drugim syn, „kryjąc” matkę, nadal trzyma ją w szachu. Choć to, że chłopak potrzebuje zewnętrznej siły, widać także w scenie zatrzymania przez policję i rzucenia chłopaka twarzą na maskę. Ale wracając do wcześniejszego dzieciństwa, to sytuacja po złamaniu ręki na krótko zbliża syna z matką, co w dosłowny sposób pokazuje scena czytania chłopcu książki przez matkę. Ojciec w tej scenie okazuje się intruzem i kłania się tu Freud... Słowa ojca „chłopcy tacy są” (nie pamiętam, w której sytuacji) też mają taki freudowski wydźwięk. A konsekwencją tych słów staje się urodzenie córki/ siostry, czyli przeszkody (drugiej po ojcu) – przeszkody w budowaniu bliskości z matką. 5. Kolacja matki z synem, a wcześniej jego słowa, że „dobrze może być z matką” (brzmiały nieco inaczej, ale taki miały wydźwięk), tylko zagęszcza atmosferę unoszącego się w powietrzu jak dym erotyzmu (erotyzm, jak za mgłą, ale widoczny jest w wielu scenach, również w scenach relacji brata z siostrą)… No i czerwony kolor, który towarzyszy nam od początku, od poczęcia dziecka. Na zegarze jest północ i może trochę magii ze świata wampirów. Migające światło czasu, jak światło „stop”, albo/i tzw. zapalona ostrzegawcza czerwona lampka… Czerwień to też erotyzm i krew… I ta czerwień jest często i wszędzie, na bułkach, na koszulce, na strzałach łuku, a w końcu na ścianie… A jedna z pierwszych scen – zanurzenie głowy w wodzie, gdy wkłada głowę do wanny jedna osoba, a wyjmuje druga, czytać można jak wzajemne przenikanie się obu postaci, „przepływanie” dobra i zła (nie chcę tu widzieć alter ego)…

Moje refleksje dotyczą wyłącznie filmu, a nie podobnych czy zbliżonych trudnych realnych relacji rodziców z dzieckiem. Dlatego proszę ich nie uogólniać, w interpretacji nie wykraczać poza sceny filmu. A film gorąco polecam.

2. Zimna wojna

(reż. Paweł Pawlikowski; premiera: 2018 r.)

Klika refleksji nt. Zimnej wojny... Jeżeli czytać ten film nie tylko jako pretekst do pokazania pięknych zdjęć – obrazów i przepięknej muzyki – bo chyba można go tak czytać, skoro współscenarzystą jest Janusz Głowacki. Jeżeli więc scenariusz rozumieć jako historię i tę międzynarodową, i tę międzyludzką, to dla mnie jest to film wielowątkowy. Jest o granicach międzypaństwowych i osobistych, o ich stawianiu i przekraczaniu. Słowa Zuli: „ojciec pomylił mnie z matką, więc nożem pokazałam mu różnicę” (cytuję z pamięci) to jeden z przykładów stawiania granic, a pozostanie w kraju – ich nieprzekraczania… To też film o wyborach, w czasach i miejscu, gdzie wybory były bardzo okrojone, a z tych dostępnych to wybór np. między dzieckiem a kochankiem, między życiem a śmiercią. O „wojnie” więzi z wolnością (w sensie osobisto-psychologicznym i politycznym), o „wojnie” bliskości z oddaleniem i jeszcze innych uczuciach i potrzebach, ale nie rozwinę tego wątku, aby zbytnio nie psychologizować.

To też film o ludzkich losach, którymi jak pionkami grają uczucia i historia. A jeśliby widzieć w tym filmie opowieść o miłości, a może o tęsknocie za nią, to film o miłości, która wygrywa i przegrywa równocześnie, bo wygrywa ze sobą, a przegrywa z życiem… A symbole to głównie obrazy: krajobraz początku lat 50. w Polsce, zima, śnieg, bieda. Rok 1951, powstaje zespół ludowy „Mazurek”, skład zespołu „zbierany” jest z kolejnych wsi, do których dojeżdża samotna ciężarówka. I pierwszy obraz, opuszczona ruina kościoła, z wyrwą w dachu, przez którą niebo za ziemię zagląda. Do tego kościoła po zatoczeniu życiowego koła powrócą główni bohaterowi – kochankowie. I symboliczne słowa, komunistyczna narracja elitarno-egalitarna, które wypowiada kierownik administracyjny zespołu: wszystko jest nie dla wszystkich, tylko dla wybranych. I kolejny symbol, otwierający nowy obszar, w którym między obrazy i słowa wkradają się uczucia, gdy Zula śpiewa piosenkę Serce z filmu Świat się śmieje. A to serce, dwa serca będą tętnić w każdej scenie filmu, mimo że światu i ludziom nie będzie do śmiechu. I zwiastun „hejtu”, który wówczas jeszcze swojej nazwy nie miał, gdy w ciągu jednej minuty może wylać morze złego na jedną osobę. A w chwili najważniejszego wyboru szczupła sylwetka mężczyzny palącego papierosa, który czeka na kobietę swojego życia, ale gdy ona nie przychodzi, ze swoją małą walizką w świat zachodu odchodzi. W tym czasie kobieta na bankiecie, pijąc alkohol, dokonuje życiowego wyboru, bo nie czuje się zbyt dobra, by żyć i pracować za granicą, bo jest stąd i tu czuje się u siebie. Rok 1955 w Jugosławii, bez słów spotykają się spojrzenia kochanków, później w 1957 r. Paryż, w którym Zula i Wiktor przez dwa lata mieszkają razem w poddaszowym mieszkaniu. To czas bycia razem, wspólnej pracy, której towarzyszy przekora, duma i zazdrość Zuli o „byłą” Wiktora, cenioną poetkę, zazdrość o jej twórczość i o metaforę „wahadło czasu”, którą autorka wyjaśnia Zuli. A Zula metaforę „czas się nie liczy, gdy kochasz” nie tylko rozumie i asymiluje, ale też z nią się identyfikuje. Rok 1959, znowu polska zima, śnieg, chłód, jeszcze przed odwilżą… Zula i Wiktor zamknięci są w swoich niewolach, politycznej, osobistej i rodzinnej. Po pięciu latach, w 1964 r., wiosną, pustą drogą, kochankowie jadą do zniszczonego kościoła, z otworem w dachu, z którego widać niebo. Para składa sobie przysięgę małżeńską, a przed nimi jak sznur białych korali ułożone białe tabletki, Zula dzieli je zgodnie ze wzrostem. I ostatnia scena, gdy para siedzi na ławce przy pustej drodze, i czeka na dalszą wspólną podróż, w której nikt i nic już im nie przeszkodzi. Zula wypowiada symboliczne słowa: „chodź na drugą stronę, tam będzie lepszy widok”, para wstaje i odchodzi…

3. Kler

(reż. Wojciech Smarzowski; premiera: 2018 r.)

Wiele już o filmie Kler napisano i powiedziano. Jak można było przewidzieć, opinie są podzielone, więc ja tylko wybiórczo i krótko o symbolach. W niektórych opiniach podkreślana jest jednowymiarowość filmu. Można się z tą opinią zgodzić, o ile chcemy widzieć w filmie portret… Ale Kler to nie jest portret, który dokładnie oddaje rysy całej twarzy, to część portretu, ta na co dzień maską zakrywana. Nie wszystkie postaci są też jednowymiarowe, choć tylko dwie zmienią się w trakcie śledzenia ich życia… Same nazwiska bohaterów rysują wyraźną kreską postacie, choć może te nazwiska są zbyt oczywiste? Mordowicz – morduje/ likwiduje/ zamiata pod dywan wszystko i wszystkich, co mu przeszkadza, zarówno żywych, jak i szczątki zmarłych. Lisowski – wiadomo, czego po „lisie” można się spodziewać, nawet gdy wpadnie w sidła, to ranę potrafi na swoją korzyść wykorzystać. Trybus – z jednej strony funkcjonuje zgodnie z trybem, a z drugiej w połowie filmu nagle zmienia tryb życia… No i Kukuła – „robi hałas”, podrzuca kościelnym dygnitarzom „jajka”, ale nikt się nimi nie chce zająć… Ostatnia scena z Kukułą, zarówno symbolicznie, jak i wprost (a może za bardzo wprost i zbyt podobnie do samospalenia szarego człowieka?), mówi o tym, czego nikt nie chce słuchać, a on ma dość… Jest w filmie pies (nie mogę nie wspomnieć o psie), jego symboliczna rola też chyba dość czytelna. To „dygnitarski” pies, jest karmiony, wyprowadzany na spacery, ale nigdy nie pogłaskany… Ten pies jest łącznikiem między zamkniętym hermetycznie życiem a kontaktem ze światem zewnętrznym, ale kontaktem tylko „na uwięzi” i tylko poprzez młodych księży… Film mówi również o tym, jak pedofila przenosi się z ofiary na sprawcę. Ale jak wiadomo, zrozumienie przyczyn nie jest tożsame z wybaczeniem winy… A wina jest zawsze czyjaś, jeżeli jest pojedynczej osoby, to ona musi być osądzona i ponieść karę, ale jeśli winę jednostki kryje instytucja, to odpowiedzialność rozkłada się na oboje – instytucję i jednostkę.

Kler to więc także obraz o mafijnych sieciach, z których trudno członkom mafii się wyplątać, bo z jednej strony trzymają w szachu, a z drugiej – dają azyl. Symboliczną sceną mafijnego poczucia bezpieczeństwa jest zbliżanie się do lądowania samolotu z Lisowskim na pokładzie i zapowiedź pilota, żeby zapiąć pasy. Zapina je stewardesa, ale nie Lisowski, bo jemu już nic nie grozi…

4. 7 uczuć

(reż. Marek Koterski; premiera: 2021 r.)

Kilka refleksji o symbolach.

Można było się obawiać drugiego filmu o Adasiu Miauczyńskim (pierwszy film, w którym pojawia się ta postać, to Dom wariatów z 1984 r.), tym bardziej, że w perspektywie czasowej ten drugi jest pierwszy. Ale chyba się udało.

Początek – wizyta u psychoterapeuty, prawdopodobnie psychoanalityka. Ciekawe rozwiązanie z rozpoznawalnym głosem (Krystyny Czubówny) – symbol zestawienia tego, co możliwe do rozpoznania (uświadomienia sobie), z tym, czego nie widać (bo wyparte)… Choć nie wiem, czy taka była intencja twórców filmu, czy tylko ja (z racji skrzywienia zawodowego) tak tę scenę odbieram.

Główny bohater nie wie, co czuje, nie zna nazw uczuć, nie identyfikuje ich u siebie. Pod koniec filmu dostaje od terapeuty „koło z emocjami”, jak „koło ratunkowe”, czasami stosowane przez terapeutów w przypadku pacjentów, którzy nie znają i nie rozumieją swoich emocji.

A więc skoro psychoanaliza, to powrót do dzieciństwa. W filmie ciekawie, symbolicznie pokazano fazę edypalną w scenie cerowania skarpetek przez mamę Adasia, najpierw skarpetka taty, a potem syna, ale innym ściegiem... No i ten grzybek, który wypada mamie z rąk i wpada w Adasiowe krocze. Dotknięto też różne relacje między rodzeństwem, od rywalizacji do opiekuńczości i identyfikacji.

Dobrze pokazana samotność dzieci, mimo koleżeńskiej bliskości z rówieśnikami, ale przy braku zrozumienia i bliskości z rodzicami (z wyjątkiem mamy Adasia).

Wzruszający, a jednocześnie rzetelny w słowach, zabawach, problemach, powrót do dzieciństwa lat 60. – rozpoznawalny chyba głównie przez seniorów.

Jedna z zabaw, zabawek – skakanka, która w beztrosce łączyła, w trosce też łączy, ale w jednostkowej, choć wspólnej dziecięcej samotności i bezradności.

Ostatnia scena – monolog woźnej, może wydawać się zbyt dosadna, dosłowna, taka „łopatologia”, w filmie raczej „szmatologia”. Poza wulgaryzmami, które moim zdaniem są zbędne i bardziej dzisiejsze niż ówczesne (może to „rekompensata” za brak przekleństw w trakcie filmu?), monolog woźnej punktujący dorosłych jest potrzebny. Sens przekazu z perspektywy odbiorcy – psychologa dziecięcego i terapeuty rodzinnego – jest szczególnie ważny. Bo prowadząc psychoterapię dzieci i rodzin, często muszę przekonywać rodziców do konieczności poświęcania czasu własnym dzieciom, rozmawiania z nimi, interesowania się tym, co dla nich ważne, trudne, radosne. Niby oczywiste, a jednak zbyt często nieobecne…

Podsumowując, kiedyś dzieci były bliżej siebie, a dalej od domów, teraz są głównie w domach, a ze sobą jedynie wirtualnie. Ale i kiedyś, i obecnie zbyt daleko od znaczących osób dorosłych…

Film, mimo że w trakcie oglądania często zabawny, po seansie skłania do smutnych refleksji…

Atutem są też wiarygodne postaci dzieci grane przez dorosłych aktorów.

5. Fuga

(reż. Agnieszka Smoczyńska; premiera: 2018 r.)

Film rozpoczyna się tajemniczo i tę tajemniczość utrzymuje do końca, przykuwając uwagę widza. Główna bohaterka po dwóch latach przebywania poza domem trafia do szpitala, w którym przechodzi badania i otrzymuje rozpoznanie – fuga dysocjacyjna, czyli amnezja i podróż poza miejsce zamieszkania. Ale jak widzimy w filmie, fuga bohaterki to także oddalenie się od siebie… Dzieląc się moimi refleksjami, nie zdradzę ani przebiegu filmu, ani jego zakończenia.

Może zacznę od tego, co pokazane w filmie, a w polskich realiach leczenia psychiatrycznego czy psychoterapeutycznego raczej nierealne. Po pierwsze – lekarz psychiatra, który diagnozuje kobietę, stosuje metody psychologiczne, wykorzystując techniki projekcyjne (choć jest możliwe, że psychiatra może elementy takiego badania przeprowadzić). Po drugie – zaangażowanie lekarza psychiatry (czy psychologa?) wykracza poza przyjęte standardy pracy z pacjentem. Wystąpienie psychiatry z pacjentką w programie telewizyjnym w celu szukania jej rodziny w naszych standardach jest zarówno nierealne, jak i nieetyczne. Choć siedząca na kanapie kobieta zdezorientowana co do swojej tożsamości i przeszłości może symbolizować zaproszenie do psychoterapeutycznej pracy nad wyparciem. Również zawożenie kobiety przez psychiatrę do jej rodziców i udział w rodzinnym obiedzie są nietypowe w pracy z pacjentem. Tego typu opieka bliższa byłaby psychiatrycznemu leczeniu środowiskowemu, ale nie wynika to z filmu. Tak więc zatarta, niejasna jest zarówno profesja, jak i rodzaj opieki psychiatrycznej, choć o medycznym opiekunie kobiety wszyscy mówią: „panie doktorze”. Nie wiem, czy ta niejasność wynika z zaniedbania, czy też jest zamierzona. Gdyby była zamierzona, to nawiązywałaby do niejasności tożsamościowej głównej bohaterki, która początkowo funkcjonuje jako Alicja, a po odnalezieniu rodziny dowiaduje się, że jest Kingą. Choć Kingą jest dla bliskich, bo sama bardziej identyfikuje się z Alicją.

A teraz o symbolach przykuwających uwagę, sygnalizujących, że będą ją trzymać do końca:

zaskakujące i niekonwencjonalne zachowanie kobiety na peronie – pokazujące, że można się spodziewać łamania standardów;jedna ze scen w szpitalu, gdy do badającego kobietę psychiatry dzwoni telefon – lekarz przez chwilę szuka go w kieszeni, nie wyjmując ręki z kieszeni, wyłącza i nie zerka, kto dzwoni – pokazuje, że nie ma dla niego nic ważniejszego (czy tylko w tej chwili?);lekarz daje też kobiecie telefon przy rozstaniu – nie kończy w ten sposób kontaktu; są też symbole pokazujące cierpienie, również fizyczne, i brak tendencji odwetowych u kobiety;zasygnalizowane jest także ryzyko indukcji zaburzeń psychicznych;jest pies stojący przed domem, nie wiadomo skąd się wziął i nie wiadomo czyj, stoi bez emocji na widok przybywającej do domu kobiety; są mroczne symbole związane ze śmiercią, niemocą, pochłanianiem, ale też kolorowe i kwitnące w badaniu komputerowym głowy, te ostatnie pod względem plastyczno-wizualnym dające nadzieję;poprzez ruch i dotyk, bardziej niż przez słowa, pięknie, delikatnie, subtelnie ukazane migające uczucia. Niezwykłe są sceny, w których kobieta doświadcza roli kochanki, żony, matki – w takiej kolejności.

Fuga to też samotność, pokazana dojmująco.

Film pokazuje także strach przed życiem i podjęciem ról psychospołecznych, być może w przeszłości nie w pełni akceptowanych. Ale najwyraźniej i boleśnie pokazany jest lęk przed utratą, co w kontekście decyzji bohaterki wydaje się paradoksalne. Ten silny strach pokazuje sytuacja nad morzem, coraz głośniejszy szum wiatru i lęk o bliskich, również jako lęk utraty siebie, niedawno odnalezionej…

W filmie uwagę przykuwa stonowana i wiarygodna gra aktorów: Gabrieli Muskały i Łukasza Simlata oraz Iwona Rajskiego – przekonującego w roli dziecka. Aktorka grająca główną rolę jest też autorką scenariusza. A scenariusz i bohaterka powoli i oszczędnie pozwalają widzowi poznawać historię kobiety. Co do przebiegu zdarzeń prawda stopniowo się ujawnia, ale nic nie jest jednoznaczne, podobnie jak nie ma jednej Alicji czy jednej Kingi, bo być może fuga dysocjacyjna paradoksalnie pozwala kobiecie odnaleźć bardziej siebie poprzez kontakt ze swoim alter ego.

6. Boska Florence

(reż. Stephen Freans; premiera: 2021 r.)

W Nowy Rok 2019 r. TVP KULTURA powtórzyła film Boska Florence. O czym jest ta opowieść? O sile ambicji oraz magii marzeń, które w poklasku bliskich i podwładnych ku śmieszności pchają. Szczególnie gdy w teczce tyka mobilny testament. A na innym podłożu niż deski sceny (te ambicje) tyleż śmieszne, co niebezpieczne bywają… O tym, jak brak sensownej krytyki naraża na mroczne (choć czasem w blasku) brnięcie przed siebie. O bezkrytycznej ofensywie beztalencia i braku kwalifikacji i o tym, do czego to może prowadzić – w sztuce i działalności publicznej do śmieszności, w innych obszarach czasem też do katastrofy… Kultowe „nie chcę, ale muszę” jest jak kolorowa bańka mydlana, przy niewybuchu – chcę, choć nie nadaję się… I o tym, że pasja to nie zawsze profesjonalizm… Ale też o wielowarstwowości relacji i więzi, gdzie troska i partnerstwo wygrywają z powabem namiętności (przy założeniu, że nie chodzi o testament). Może też o rozumieniu deprywacji intymności w związku i szukania nasycenia w sublimacji… A wszystko to z talentem i doskonałą grą aktorską podane. I klimat tamtych lat wiarygodnie oddany. Lekko i z wdziękiem, ech, gdyby nie ten śpiew...

7. Roma

(reż. Alfonso Cuaron; premiera: 2018 r.)

Film niezwykły, którego muzyką są odgłosy życia, a czarno-białe obrazy zanurzają w rodzinną, psychologiczno-socjologiczną opowieść.

Wiele o filmie powiedziano, więc tu tylko tradycyjnie, o wybranych symbolach.

Symbolem są cztery żywioły. Woda – w roli głównej, jako zagrożenie życia, ale też do życia niezbędna, jak wody płodowe. I ta do gaszenia pożaru, i do ciągłego mycia, a to, co umyte, życie stale zanieczyszcza…

Ogień – w noc sylwestrową, choć przez biesiadników wiadrami ugaszony, zapowiada w nadchodzącym roku ten zabójczy z luf pistoletów... Ziemia – jej drżenie przysypujące inkubator z noworodkiem jest jak usuwanie się gruntu spod nóg, gdy odchodzi ktoś bliski. Powietrze – gdzieś w górze, w lotach samolotów, które wszystko mogą zwiastować, ale są też tłem w scenach z mężczyznami. Jest lecący do Ameryki tatuś, jest „odlatujący” od kobiety w ciąży mężczyzna, gdy oboje są w kinie (są w kinie, nie na filmie), w którym wyświetlana jest komedia z Louisem de Funès. I jest samolot lecący nad głową mistrza sztuk walki, który lewituje – stojąc na jednej nodze, co Cleo robi bez wysiłku, pokazując, że kobiety walczą na co dzień. Jest także brak powietrza w oddechu narodzonego martwego dziecka.

Symboliczne są też zabawy – w śmierć, która paradoksalnie zbliża uczuciowo, czy kolejką elektryczną, z połową szklanki mleka, jak niedokończone, porzucone dzieciństwo.

Funkcje symbolu pełnią też rozmiary: wąski wjazd do domu, za ciasny na zbyt szeroki samochód, jakby ciasno było ojcu i mężowi. I to otarcie, okaleczenie samochodu, prowadzonego przez żonę, która wiezie swoją pomoc domową na badania. Jest też duży, przestronny dom, który żyje głównie swoim bałaganem i głosami dzieci…

Widoczną (symboliczną?) rolę odgrywają psy – obecne blisko, wszędzie, jest ich dużo. Różne mają życie, podobnie jak ludzie. Są te biegające luzem z dziećmi, i te bardziej arystokratyczne, na salonach, przy nodze pana. I jest ten rodzinny pies, bez wybiegu na trawie, żyjący samotnie, na płytkach, znaczący codziennie swoją obecność odchodami, ale nie smutny, lecz „dostosowany”. I te „na wsi” z wypchanymi głowami, jak u myśliwych głowy jeleni czy dzików, ale tu nie jako trofea, lecz pamiętanie o nich i wspomnienia.

Symbolika relacji, w których mężczyźni pokazani są jak w krzywym zwierciadle. Znikający, wycofujący się, uciekający – jeden ucieka w walkę, drugi do kochanki. Obaj tchórzą przed prozą życia. Jeden grozi, wymachując kijem… i celując lufą pistoletu w matkę swojego nienarodzonego dziecka, a drugi nie wie, kiedy zechce zobaczyć czworo swoich dzieci… I na deser plastikowy, groteskowy i paradny mistrz sztuki walki, który w lateksowym kostiumie, z zawiązanymi oczami, stojąc na jednej nodze, bawi się w „ciuciubabkę” ze swoimi uczniami.

Tylko na jednego mężczyznę bohaterki filmu mogą liczyć: to kierowca, zawsze obecny i pomocny.

A kobiety? Są silne, odpowiedzialne, pracowite, ufne, opiekuńcze, solidarne. Solidarność ujawnia się w sytuacji, gdy obie zostają porzucone przez mężczyzn, jedna z czwórką dzieci, druga w ciąży. Ale to jest solidarność niewymazująca różnic klasowych. Choć te różnice znikają w emocjach, m.in. starszej pani, która odwozi pracownicę na porodówkę. Na pytania, czy jest spokrewniona, odpowiada, że jest „pracodawcą”, ale reaguje uczuciowo jak „babcia”. Kobiece więzi istnieją między tymi spokrewnionymi i tymi „obcymi” również klasowo. Silne są też więzi kobiet z dziećmi, które miłość odwzajemniają, szczególnie tej uczuciowo bliskiej, choć „tylko” zatrudnionej. Te sytuacje pokazują też, że bliskie więzi nie wymagają więzów krwi, budują je relacje.

Napięcie tętniące jak puls, które utrzymuje stałą uwagę i oczekiwanie, co może się za chwilę wydarzyć… Przy tak emocjonalnej stymulacji trudno o dystans podczas towarzyszenia każdej pokazanej sytuacji.

8. Bohemian Rhapsody

(reż. Bryan Singer, Dexter Fletcher; premiera: 2018 r.)

Mam zwyczaj nie czytać recenzji przed obejrzeniem filmu i podzieleniem się refleksjami, aby nie sugerować się opiniami recenzentów. Ale tym razem opinie recenzentów zaprosiły się do mnie same. Wynika z nich, że film nie udźwignął złożoności i wielkości postaci oraz geniuszu Freddiego Mercury’ego, że film jest zakłamany i zbyt „płaski”, nie pokazując prawdy o artyście. Nie podejmuję się polemiki z tymi opiniami, bo nie znam szczegółowo biografii tego muzyka poza faktami ogólnie dostępnymi medialnie. Ale sądzę, że przekaz sztuki (jakim jest film) nie musi, a nawet nie powinien być zbyt dosłowny, nie jest dokumentalną biografią, więc możliwa jest wybiórcza optyka scenarzysty czy reżysera. Dla mnie jest to film nie tyle o samym wokaliście, co o muzyce i muzykach oraz ludziach, którzy artystom pomagają, przeszkadzają czy ich wykorzystują. Nie podejmuję się recenzji filmu, bo nie jestem recenzentem, dzielę się jedynie wrażeniami o tym, co widziałam.

W moim emocjonalnym odbiorze w roli głównej filmu jest muzyka, dla wielu od lat porywająca, a momentami również wzruszająca.