Psychiatra sądowy. Jak psychozy, traumy i choroby psychiczne doprowadzają do zbrodni - Harding Duncan - ebook

Psychiatra sądowy. Jak psychozy, traumy i choroby psychiczne doprowadzają do zbrodni ebook

Harding Duncan

4,7
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Skoro nawet dziecko potrafi zabić, czy to oznacza, że istnieją urodzeni mordercy?

Jako psychiatra sądowy Duncan Harding pracował nie tylko z seryjnymi mordercami i psychopatami, lecz także z pozornie niewinnymi dziećmi i nastolatkami. Wszyscy oni popełnili okrutne, sadystyczne zbrodnie. Zadaniem Hardinga było ocenić stan psychiczny oskarżonych i zrozumieć ich motywacje. Dlaczego dwunastoletni chłopiec podpalił twarz swojego kolegi? Czy nieśmiały nastolatek naprawdę słyszał głosy, które kazały mu zabić? A co kierowało dziewczyną, która pewnego dnia doszczętnie spaliła swój rodzinny dom? Czy osoby, które dopuściły się takich czynów, mają jeszcze szansę wyjść na prostą?

W tej książce Harding dzieli się z czytelnikami sprawami, o których nie umie zapomnieć, a zaglądając do umysłu przestępców i zbrodniarzy – zarówno dorosłych, jak i młodocianych – dociera do źródeł najmroczniejszych skłonności człowieka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 450

Data ważności licencji: 12/19/2029

Oceny
4,7 (7 ocen)
6
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
JustynaNowakowska

Nie oderwiesz się od lektury

Duncan Harding "Psychiatra sądowy" Nastawiałam się na inną książkę, a to z powodu okładkowych zapowiedzi. Zrozumiałam je po swojemu, ale nie jestem zawiedziona. Właściwie rzecz ujmując, jestem bardzo zadowolona. Książka ma kilka warstw. Pierwszym z nich jest wątek autobiograficzny. Autor jest psychiatrą i opisuje swoją drogę do podjęcia decyzji o pozostaniu psychiatrą. W tle są wspomnienia z dzieciństwa, o agresywnym ojcu, przewlekle chorej matce, przemocy rówieśniczej, traumatycznych zdarzeniach, które wpłynęły na rozwój jego osobowości i postrzegania świata. Tłumaczy swoje motywy wyboru zawodu lekarza, a przede wszystkim psychiatry. Swoją drogą nie jest to odosobniony powód, często jest "coś " w tle, chociażby silna potrzeba pomagania i opieki nad innymi. Wiadomo, że wiele naszych decyzji ma swoje tło i długie korzenie, które tkwią w rodzinnych i osobistych wydarzeniach. Druga warstwa to opisy przypadków. Autor jest biegłym w psychiatrii i opiniuje na zlecenie prawników - obrony lub...
00
tomaszkargul

Nie oderwiesz się od lektury

lekko czyta sie, świetna książka,
00


Podobne


Nota od autora

Za sprawą pracy, jaką wyko­nuję, na co dzień przy­glą­dam się nie tylko pacjen­tom, ale też ich krew­nym, a także kon­dy­cji ludz­kiej jako takiej. Uwa­żam tę moż­li­wość za wielki i wyjąt­kowy przy­wi­lej. Niniej­sza książka to zbiór moich prze­my­śleń i opi­nii na tematy zawo­dowe jako psy­chia­try sądo­wego. Ponie­waż w tej pro­fe­sji ochrona pry­wat­no­ści pacjenta ma ogromne zna­cze­nie, zmie­ni­łem klu­czowe fakty i szcze­góły, aby zapew­nić ano­ni­mo­wość osób wymie­nio­nych w publi­ka­cji. Przy­wo­ły­wane infor­ma­cje służą wyłącz­nie jako baza do przed­sta­wie­nia kon­kret­nych przy­pad­ków. Wszel­kie zawarte w książce reflek­sje i opi­nie należą do mnie. Pre­zen­to­wane wyda­rze­nia sta­no­wią wypad­kową róż­no­rod­nych spo­tkań i doświad­czeń – w nie­któ­rych przy­pad­kach zmie­ni­łem płeć, wiek, miej­sce i oko­licz­no­ści, żeby ukryć toż­sa­mość przy­wo­ły­wa­nych osób.

W momen­cie, gdy piszę te słowa, Wielka Bry­ta­nia zmaga się z gwał­tow­nym wzro­stem liczby prze­stępstw z uży­ciem noża i mor­derstw. Nie­mal co week­end sły­szymy o dzie­ciach odbie­ra­ją­cych życie innym dzie­ciom. Jak dopro­wa­dzi­li­śmy do takiej sytu­acji? Dla­czego zmar­gi­na­li­zo­wana mło­dzież nisz­czy sobie życie i zabija piękno naszego kru­chego i cudow­nego świata? Czuję się w obo­wiązku zmie­rzyć się z tym pro­ble­mem; opo­wie­dzieć o roz­dzie­ra­ją­cych serce przy­pad­kach i sytu­acjach, w nadziei, że pomogę innym zro­zu­mieć, skąd się biorą tak eks­tre­malne wzorce zacho­wań.

Decy­zję o napi­sa­niu tej książki pod­ją­łem po głę­bo­kim namy­śle i licz­nych roz­mo­wach ze star­szymi kole­gami po fachu. Mam szczerą nadzieję, że nie wyrzą­dzi ona nikomu żad­nej krzywdy, ale okaże się uży­teczna.

1. Nietypowe zgłoszenie

1

Nie­ty­powe zgło­sze­nie

Dzwo­nię, żeby zgło­sić śmierć. Cho­dzi o mor­der­stwo.

Głos w słu­chawce nale­żał do mło­dej osoby. Dzwo­niący mówił rze­czo­wym tonem.

– Rozu­miem – odparł spo­koj­nie dys­po­zy­tor. W żaden spo­sób nie zdra­dzał zasko­cze­nia; pew­nie codzien­nie odbie­rał tego rodzaju tele­fony. – Czy wie pan, kim jest ofiara?

– To moja ciotka. Zabi­łem ją.

– Jest pan pewien, że nie żyje?

– Tak. Jest naprawdę mar­twa.

Trudno orzec, który z roz­mów­ców wyda­wał się bar­dziej obo­jętny: Liam, sie­dem­na­sto­la­tek dzwo­niący pod numer alar­mowy, czy dys­po­zy­tor.

– Gdzie się pan znaj­duje?

Odpo­wiedź padła natych­miast:

– W Lin­den Grove Coun­try Park.

– Czy to duże miej­sce? W któ­rej kon­kret­nie czę­ści parku?

– Jestem na par­kingu przy Okrą­głym Sta­wie. Stoję przy bia­łym Mini Club­ma­nie.

– To pań­ski samo­chód?

– Należy do mojej ciotki. Podać numer reje­stra­cyjny?

– Tak, popro­szę.

Liam podyk­to­wał numer. Następ­nie usłuż­nie dodał:

– Ma ozna­cze­nie „L”. Ciotka uczyła mnie pro­wa­dzić.

– Gdzie znaj­duje się teraz pań­ska ciotka?

– W sta­wie.

Dys­po­zy­tor na­dal zacho­wy­wał spo­kój, jakby ta wia­do­mość nie zro­biła na nim żad­nego wra­że­nia. Ludzie wyko­nu­jący taką pracę zapewne są szko­leni, by powstrzy­my­wać się od wszel­kich emo­cjo­nal­nych reak­cji. Rozej­rza­łem się po sali roz­praw – ław­nicy, w prze­ci­wień­stwie do dys­po­zy­tora, byli roz­e­mo­cjo­no­wani. Na twa­rzach nie­któ­rych malo­wało się zasko­cze­nie, inni poru­szali się nie­spo­koj­nie w ław­kach albo prze­ciw­nie, zamarli bez ruchu. Przy­słu­chi­wali się w napię­ciu, jak Liam posłusz­nie podaje dys­po­zy­to­rowi imię, nazwi­sko i adres zamiesz­ka­nia swo­jej ciotki.

– Pro­szę się nie roz­łą­czać, dopóki na miej­sce nie przy­będą służby.

– Zacze­kam przy samo­cho­dzie. Kiedy już tu będą, pokażę im, jak dostać się do stawu – zaofe­ro­wał skory do pomocy chło­pak.

– Poli­cja i karetka pogo­to­wia są już w dro­dze. Za szes­na­ście minut powinny być u pana.

– Karetka nie będzie potrzebna. Ale i tak dzięki, kolego.

Kiedy nagra­nie dobie­gło końca, na sali zapa­dła cisza. Pro­ku­ra­tor dla wzmoc­nie­nia efektu rów­nież przez dłuż­szą chwilę nie zabie­rał głosu, uda­jąc, że w wiel­kim sku­pie­niu prze­gląda jakieś papiery. W końcu uniósł wzrok i skie­ro­wał go pro­sto na mnie.

– Dok­to­rze Har­ding, jest pan bie­głym zarówno w dzie­dzi­nie psy­chia­trii sądo­wej, jak i psy­chia­trii dzieci i mło­dzieży. Cie­szy się pan opi­nią eks­perta. Jest pan rów­nież kie­row­ni­kiem Sądo­wej Poradni Zdro­wia Psy­chicz­nego dla Dzieci i Mło­dzieży w Lon­dy­nie. Czy bio­rąc pod uwagę pań­skie doświad­cze­nie zawo­dowe, byłby pan skłonny stwier­dzić, że młody czło­wiek, któ­rego przed chwilą wysłu­cha­li­śmy, wyka­zy­wał objawy psy­chozy? – zapy­tał.

– Nie zauwa­ży­łem żad­nych ewi­dent­nych oznak świad­czą­cych o psy­cho­zie – odpar­łem.

– Czy może pan wyja­śnić, jak doszedł do tego wnio­sku?

– Gdyby Liam prze­ży­wał epi­zod psy­cho­tyczny, wypo­wia­dałby się bar­dziej cha­otycz­nie, co byłoby skut­kiem zabu­rzeń myśle­nia. Ow­szem, zda­rza się, że zmiany w spo­so­bie mówie­nia bywają dość sub­telne. Obrona jed­nak twier­dzi, jakoby Liam prze­ży­wał epi­zod psy­cho­tyczny tuż przed prze­pro­wa­dze­niem tej roz­mowy, w dodatku tak nasi­lony, że aż pro­wa­dzący do mor­der­stwa; a w takiej sytu­acji spo­dzie­wał­bym się, że na nagra­niu znajdą się wyraźne symp­tomy takiego stanu.

– Chce pan powie­dzieć, że spo­sób, w jaki Liam się wypo­wia­dał, nie wska­zuje na zabu­rze­nia psy­cho­tyczne?

– Wska­zuje na coś wręcz odwrot­nego: męż­czy­zna, któ­rego sły­szymy na nagra­niu, wypo­wiada się w spo­sób kla­rowny i zwię­zły. Chwilę wcze­śniej jego ciotka umarła, a mimo to on zacho­wuje spo­kój i potrafi pro­wa­dzić roz­mowę tele­fo­niczną. To moim zda­niem wyklu­cza sce­na­riusz, w któ­rym kilka minut wcze­śniej prze­ży­wałby silny epi­zod psy­cho­tyczny.

– Jak zatem mógłby się zacho­wy­wać taki czło­wiek?

– To zależy. Nie­kiedy psy­choza mani­fe­stuje się w oczy­wi­sty spo­sób: osoba doświad­cza­jąca oma­mów może wyka­zy­wać zabu­rze­nia mowy i myśle­nia lub prze­ja­wiać zacho­wa­nia para­no­iczne czy podejrz­liwe. Zda­rzają się sytu­acje, gdy chory oka­zuje lękli­wość. Cza­sami jed­nak psy­choza ma łagod­niej­szy prze­bieg. Wów­czas naj­czę­ściej mamy do czy­nie­nia z nad­mierną podejrz­li­wo­ścią, splą­ta­niem i uro­je­niami, a zatem obja­wami, które nie muszą być tak wyraź­nie widoczne w spo­so­bie mówie­nia.

Pro­ku­ra­tor poki­wał głową.

– Czy sły­szał pan takie objawy na nagra­niu?

– Nie. Klu­czowy jest kon­tekst: musimy pamię­tać, że chwilę wcze­śniej ciotka Liama została zabita. Oczy­wi­ście biorę pod uwagę rów­nież inne mate­riały dowo­dowe, takie jak nagra­nia z kamer nasob­nych oraz ocenę stanu psy­chicz­nego Liama doko­naną wkrótce po prze­pro­wa­dze­niu roz­mowy z nagra­nia. Gdyby zabój­stwo było doko­nane przez osobę w sta­nie psy­chozy, nale­ża­łoby się spo­dzie­wać, że sprawca będzie mani­fe­sto­wać jakieś objawy psy­chozy. W wypo­wie­dziach pod­sąd­nego nie dopa­trzy­łem się żad­nych ewi­dent­nych oznak zabu­rzeń mowy ani myśli, podejrz­li­wo­ści czy para­noi. Przy­kła­dowo, gdyby Liam cier­piał na para­noję, mógłby zataić przed dys­po­zy­to­rem nie­które infor­ma­cje, o któ­rych poda­nie został popro­szony.

– Uważa pan, że oskar­żony niczego nie zata­jał?

– W trak­cie tej roz­mowy w ogóle nie zacho­wy­wał się tajem­ni­czo czy ostroż­nie. Wydaje się, że w wyobraźni przy­go­to­wał się już na przy­by­cie na miej­sce poli­cji. Stał przy samo­cho­dzie, żeby pokie­ro­wać poli­cjan­tów do stawu. Podyk­to­wał roz­mówcy numer reje­stra­cyjny auta ciotki, w dodatku poin­for­mo­wał, że jest ono ozna­czone zna­kiem L, żeby poli­cjanci mogli łatwiej je roz­po­znać. Na prośbę dys­po­zy­tora bez waha­nia podał imię i nazwi­sko, a także adres zamiesz­ka­nia denatki. Na koniec podzię­ko­wał dys­po­zy­to­rowi za oka­zaną pomoc i zwró­cił się do niego w przy­ja­ciel­ski spo­sób, per „kolego”. Jego ciotka zgi­nęła chwilę wcze­śniej, ale w mojej opi­nii nie zdra­dzał żad­nych oznak psy­chozy.

Liam udu­sił pannę Swin­ney, po czym wrzu­cił jej ciało do stawu. To nie pod­le­gało żad­nej dys­ku­sji, zresztą chło­pak dobro­wol­nie przy­znał, że to zro­bił. Zada­niem ławy przy­się­głych nie było orzec, czy jest winny, ale roz­strzy­gnąć o jego poczy­tal­no­ści.

Wyrok za zabój­stwo w warun­kach ogra­ni­czo­nej poczy­tal­no­ści, do któ­rego dążyła obrona, ozna­czałby, że Liam nie zamie­rzał zabić ciotki, ale zro­bił to z powodu swo­jego zabu­rze­nia, co zna­cząco ogra­ni­czy­łoby jego odpo­wie­dzial­ność karną. Oprócz tego pro­gnoza kry­mi­no­lo­giczna Liama zosta­łaby powią­zana z jego cho­robą psy­chiczną – czyli dopóki chło­pak byłby pod­da­wany lecze­niu, praw­do­po­do­bień­stwo, że zabije kogoś w przy­szło­ści, uzna­wano by za zmniej­szone. Naj­pew­niej cze­ka­łoby go kil­ku­let­nie lecze­nie szpi­talne, po któ­rego zakoń­cze­niu wró­ciłby do domu i pro­wa­dziłby nor­malne życie, tak jakby wcale wła­snymi rękami nie udu­sił krew­nej.

Bie­głym psy­chia­trą powo­ła­nym przez obronę był dok­tor Graf. Obaj prze­pro­wa­dzi­li­śmy z Lia­mem wywiady, jed­nak doszli­śmy na ich pod­sta­wie do sprzecz­nych wnio­sków. Mój kolega po fachu dowo­dził, że chło­pak nie zamie­rzał zabić ciotki i był chory psy­chicz­nie: w momen­cie popeł­nia­nia czynu doświad­czał epi­zodu psy­cho­tycz­nego, który ogra­ni­czał jego poczy­tal­ność. Graf namięt­nie prze­ko­ny­wał ławę przy­się­głych do swo­jego sta­no­wi­ska przez całą środę i cały czwar­tek.

Nad­szedł pią­tek i wresz­cie przy­szła moja kolej na zło­że­nie zeznań.

– Dok­to­rze Har­ding, nagra­nie zgło­sze­nia na numer alar­mowy zostało zare­je­stro­wane o godzi­nie 13.35. Jak wszy­scy wiemy, pozwany wyko­nał ten tele­fon po zabi­ciu panny Swin­ney. Jego zda­niem zro­bił to nie­spełna dzie­sięć minut po śmierci swo­jej ciotki. Pato­log sądowy potwier­dza, że do zgonu mogło dojść w tym cza­sie. Dok­tor Graf wyra­ził pogląd, jakoby pod­sądny w momen­cie ataku prze­ży­wał epi­zod psy­cho­tyczny, który potem minął – kon­ty­nu­ował pro­ku­ra­tor.

O tak, dok­tor Graf wyra­ził ten pogląd – i to nie raz. Wał­ko­wał ten temat do znu­dze­nia w trak­cie prze­słu­cha­nia krzy­żo­wego i nie dopusz­czał żad­nej innej wer­sji zda­rzeń.

– Skoro pań­skim zda­niem, dok­to­rze Har­ding, Liam nie doświad­czał psy­chozy w momen­cie dzwo­nie­nia na numer alar­mowy, czy moż­liwe jest, by był w sta­nie psy­chozy dzie­sięć minut wcze­śniej, kiedy zaata­ko­wał pannę Swin­ney?

Zanim udzie­li­łem odpo­wie­dzi, odwró­ci­łem się do ławy przy­się­głych. Przed laty mój men­tor pora­dził mi, bym zawsze miał stopy skie­ro­wane ku ław­ni­kom, gdy chcę ich prze­ko­nać do swo­ich racji. A ja przez całą karierę słu­cha­łem tej rady.

– Jeśli mówimy o psy­cho­zie, która mogłaby skut­ko­wać tak gwał­tow­nym aktem agre­sji… Cóż, moim zda­niem to mało praw­do­po­dobne, by psy­choza o tak dużym nasi­le­niu ustą­piła w ciągu dzie­się­ciu minut.

– Zatem uważa pan, że nawet krót­ko­trwały, prze­lotny epi­zod psy­cho­tyczny, jakiego u oskar­żo­nego dopa­trzył się dok­tor Graf, nie mógłby ustą­pić w dzie­sięć minut?

– Tak.

Zer­k­ną­łem na Liama, jak wie­lo­krot­nie robi­łem w cza­sie pro­cesu. Wyglą­dał młodo, blado, spra­wiał wra­że­nie wyco­fa­nego. Był szary, wietrzny zimowy dzień. Trwały ferie; kole­dzy Liama zapewne spo­ty­kali się w swo­ich domach albo szu­so­wali na nar­tach po sto­kach z rodzi­nami. Szkoła, do któ­rej Liam uczęsz­czał, była bar­dzo eli­tarna. Teraz sie­dział w pomiesz­cze­niu bez okien, samotny, z opusz­czoną głową, oddzie­lony od sędziego i pozo­sta­łych osób na sali grubą płytą z plek­si­glasu. Człon­ko­wie jego rodziny zajęli miej­sca nie­da­leko, ale Liam na nikogo nie patrzył. Momen­tami widać było, jak trzęsą mu się barki – znak, że pła­kał. Ale przez więk­szość czasu wcale się nie poru­szał. Nie uno­sił też spoj­rze­nia, nie szu­kał z nikim kon­taktu wzro­ko­wego.

– Mniej wię­cej godzinę przed zgo­nem panny Swin­ney matka, a potem rów­nież ojciec oskar­żo­nego roz­ma­wiali z nim przez tele­fon nale­żący do denatki – powie­dział pro­ku­ra­tor. – Rodzice zgod­nie twier­dzą, że pod­czas tej roz­mowy nie zauwa­żyli, by syn wypo­wia­dał się w spo­sób odbie­ga­jący od normy, cha­otyczny czy świad­czący o para­noi. Zatem jeżeli oskar­żony prze­ży­wał psy­chozę, epi­zod nie mógł potrwać dłu­żej niż godzinę i dzie­sięć minut. Czy to moż­liwe?

– Bar­dzo mało praw­do­po­dobne. Psy­choza to nie jest stan, który mija ot tak sobie, jak… – zawie­si­łem głos, zanim dokoń­czy­łem dobit­nie – …napad zło­ści. To poważne zabu­rze­nie, zazwy­czaj wyma­ga­jące psy­cho­far­ma­ko­te­ra­pii. Ale nawet gdyby chory przyj­mo­wał odpo­wied­nio dobrane leki i miał wspar­cie tera­peu­tyczne, moim zda­niem jest prak­tycz­nie nie­moż­liwe, by w tak krót­kim cza­sie psy­choza mogła minąć i ustą­pić miej­sca upo­rząd­ko­wa­nemu tokowi rozu­mo­wa­nia, jaki Liam zapre­zen­to­wał na odtwo­rzo­nym przed chwilą nagra­niu.

– Czy zgod­nie z pań­ską wie­dzą u oskar­żo­nego dia­gno­zo­wano wcze­śniej psy­chozę?

– Nie potwier­dza tego doku­men­ta­cja medyczna.

– Zatem ni­gdy w prze­szło­ści nie prze­pi­sy­wano mu leków prze­ciw­p­sy­cho­tycz­nych?

– Zga­dza się.

– I pań­skim zda­niem nagra­nie jego roz­mowy z dys­po­zy­to­rem wska­zuje, że nie prze­ży­wał epi­zodu psy­cho­tycz­nego?

– Tak. Pra­gnę rów­nież zwró­cić pań­stwa uwagę na wypo­wiedź bie­głej, która doko­nała oceny psy­cho­lo­gicz­nej oskar­żo­nego wkrótce po tym, jak został zatrzy­many i umiesz­czony w aresz­cie. Osoba ta jest wyspe­cja­li­zo­wana w wyszu­ki­wa­niu wszel­kich oznak zabu­rzeń myśle­nia i zacho­wa­nia oraz uro­jeń para­no­icz­nych, które mogłyby wska­zy­wać, że oskar­żony cierpi na psy­chozę. Bie­gła nie stwier­dziła żad­nych tego rodzaju obja­wów. Stwier­dziła coś wręcz odwrot­nego. W jej oce­nie aresz­to­wany prze­ja­wiał cechy prze­ciwne psy­cho­zie: jego zacho­wa­nie było uprzejme, spójne, chęt­nie udzie­lał odpo­wie­dzi na pyta­nia.

– Po przy­by­ciu do aresztu zatrzy­ma­nemu nie podano leków prze­ciw­p­sy­cho­tycz­nych, o któ­rych wspo­mi­nał dok­tor Graf?

– Nie, ponie­waż nikt z wyjąt­kiem dok­tora Grafa ni­gdy nie zdia­gno­zo­wał u Liama psy­chozy.

Tra­fiony, zato­piony, dok­to­rze Graf. Zezna­wa­łem aż do godzin popo­łu­dnio­wych, kiedy to sąd zakoń­czył obrady przed week­en­dową prze­rwą. Ale nim roz­prawa została zamknięta, sędzia wspo­mniał, że chciałby się dowie­dzieć – i, jak zazna­czył, na pewno chcieli tego rów­nież przy­się­gli – dla­czego Liam zabił pannę Swin­ney, skoro nie kie­ro­wała nim psy­choza. Z jakiego powodu zro­bił to tak nagle, bez żad­nego wyraź­nego powodu? W dodatku jego ofiarą nie był ktoś obcy, lecz kobieta, która ode­grała dużą i bez­sprzecz­nie pozy­tywną rolę w jego wycho­wa­niu i do któ­rej czę­sto zwra­cał się w trud­nych momen­tach.

Było to pyta­nie, które zada­wali sobie wszy­scy obecni na sali – adwo­kaci w bia­łych peru­kach, sędzia, pra­co­wi­cie stu­ka­jący w kla­wia­tury dzien­ni­ka­rze, publicz­ność w ław­kach, naj­bliżsi Liama, mnący w dło­niach chu­s­teczki higie­niczne, pro­to­ko­lanci sie­dzący pro­sto, jakby kij połknęli. Pyta­nie brzmiało: dla­czego? Dla­czego ten chło­pak popeł­nił tak odra­ża­jący czyn, skoro nie był wtedy nie­po­czy­talny? Wśród wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych w sądzie tylko jeden czło­wiek znał odpo­wiedź na to pyta­nie. Ale on upar­cie mil­czał.

2. Morderczy uczeń Liam

2

Mor­der­czy uczeń Liam

Oczy­wi­ście mnie rów­nież nie dawało spo­koju pyta­nie, dla­czego Liam zabił swoją ciotkę. Po wielu latach prak­ty­ko­wa­nia psy­chia­trii ogól­nej skon­cen­tro­wa­łem się na bada­niach „umy­słu prze­stępcy” w ramach psy­chia­trii sądo­wej, a osta­tecz­nie zro­bi­łem spe­cja­li­za­cję w kie­runku psy­chia­trii sądo­wej dzieci i mło­dzieży – to doświad­cze­nie zawo­dowe pozwa­lało mi snuć spe­ku­la­cje na temat tego, co mogło się wyda­rzyć feral­nego dnia mię­dzy ciotką a jej bra­tan­kiem. Domy­śla­łem się, że za ata­kiem mógł stać cały sze­reg zło­żo­nych emo­cji, mię­dzy innymi gniew. To, że na sali roz­praw wspo­mnia­łem o napa­dzie zło­ści, nie było przy­pad­kowe.

Rodzice Liama pro­wa­dzili wła­sny biz­nes. Han­dlo­wali spro­wa­dza­nym z zagra­nicy luk­su­so­wym dam­skim obu­wiem – po wielu latach cięż­kiej pracy odnie­śli suk­ces i doro­bili się spo­rych pie­nię­dzy. Można powie­dzieć, że całe ich życie krę­ciło się wokół wyso­kich obca­sów, sznu­ró­wek, pode­szew i zapięt­ków, a dla Liama nie zosta­wało im wiele czasu. Ale mimo że chło­piec był jedy­na­kiem wycho­wy­wa­nym przez zapra­co­wa­nych rodzi­ców, nie mógł narze­kać na brak opieki – czę­sto zaj­mo­wała się nim sio­stra ojca, ciotka Joy, będąca bez­dzietną panną. Liam spę­dzał z nią rów­nie dużo czasu, jak z rodzi­cami.

W szkole zawsze spra­wiał pro­blemy. Dał się poznać jako chło­pak nie­stro­niący od prze­mocy, ze skłon­no­ścią do nie­sto­sow­nych zacho­wań – zwłasz­cza w towa­rzy­stwie dziew­cząt, odkąd wszedł w wiek nasto­letni – a także znę­ca­jący się nad słab­szymi. W momen­cie popeł­nie­nia zbrodni wisiało nad nim widmo powtór­nego pod­cho­dze­nia do egza­minu koń­czą­cego gim­na­zjum. Mimo że zbli­żał się ter­min poprawki, Liam nie wyda­wał się zain­te­re­so­wany nauką. Rodzice uznali wtedy, że pora zasto­so­wać bar­dziej dra­styczne środki. Zabrali mu tele­fon.

Dla nasto­latka to był szcze­gól­nie dotkliwy cios. Liam wpadł w szał. Po gło­śnej i dłu­giej awan­tu­rze z rodzi­cami zadzwo­nił do miesz­ka­ją­cej nie­opo­dal ciotki i powie­dział, że chce ją odwie­dzić. Rodzice wyra­zili zgodę. Liam podej­rze­wał, że to wła­śnie pan­nie Swin­ney rodzice oddali skon­fi­sko­wany tele­fon do prze­cho­wa­nia. Nie mylił się. Rodzice poin­stru­owali ją, żeby udo­stęp­niła bra­tan­kowi tele­fon na kilka godzin pod warun­kiem, że wcze­śniej się pouczy. Wszystko wska­zy­wało na to, że kobieta przy­stała na ten plan. Jej także zale­żało, żeby Liam sku­pił się na nauce i zdo­był zado­wa­la­jącą ocenę na egza­mi­nie.

Tyle że panna Swin­ney wolała metodę mar­chewki niż kija. Wpraw­dzie wywią­zała się z obiet­nicy zło­żo­nej rodzi­com Liama i nie odda­wała mu tele­fonu, ale zara­zem zapo­wie­działa, że jeśli chło­pak zali­czy wszyst­kie popraw­kowe egza­miny, dosta­nie w pre­zen­cie od niej samo­chód. Po pew­nym cza­sie, widząc, że mimo to Liam nie gar­nie się do nauki, Joy zapro­po­no­wała mu lek­cję pro­wa­dze­nia samo­chodu. Para odbyła już kilka takich prze­jaż­dżek, ale Liam chciał poćwi­czyć wię­cej.

Chło­pak pro­wa­dził w dro­dze do Okrą­głego Stawu, będą­cego miej­scową, choć mało uczęsz­czaną, atrak­cją. Na miej­scu Liam i panna Swin­ney udali się nad brzeg stawu. Tam nasto­la­tek udu­sił swoją ciotkę przy pomocy psiej smy­czy.

Przed roz­po­czę­ciem pro­cesu odwie­dzi­łem Liama w aresz­cie. Nasza roz­mowa doty­czyła rela­cji łączą­cych go z ciotką. Opo­wie­dział mi o tym, jak bar­dzo byli zwią­zani i jak wiel­kim smut­kiem napa­wała go jej śmierć – zupeł­nie jakby to nie on ją spo­wo­do­wał. Popro­si­łem, żeby opo­wie­dział mi, co się działo tam­tego dnia, zanim zgi­nęła. Wyznał wtedy, że kobieta była na niego bar­dzo zła z powodu kiep­skich wyni­ków w nauce.

– Mówiła, że ma ochotę mnie zabić. Sta­nęła w drzwiach kuchni i powie­działa, że weź­mie kabel od łado­warki tele­fonu, owi­nie mi go wokół szyi i mnie udusi. Stwier­dziła to jakby ni­gdy nic. Naprawdę chciała mnie zamor­do­wać.

– Czu­łeś się zagro­żony?

– Tak!

– Pokłó­ci­li­ście się?

– Nie. Za bar­dzo się bałem.

– Czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej ciotka budziła w tobie strach?

– Nie, bo ni­gdy dotąd nie gro­ziła mi śmier­cią. Wzięła do ręki łado­warkę i zamach­nęła się kablem. Tak, że prze­le­ciał tuż przy mojej szyi.

Zacho­dzi­łem w głowę, z czym mam tu do czy­nie­nia. Czy było to zło­żone doświad­cze­nie halu­cy­na­cji? A może uro­je­nie – błędne prze­ko­na­nie, które chory wyznaje bez­kry­tycz­nie? A może chło­pak kolo­ry­zo­wał fakty, tak by przed samym sobą uza­sad­nić strach, który naprawdę czuł?

Żeby odpo­wie­dzieć na te pyta­nia, musia­łem prze­ana­li­zo­wać nie tylko to, co Liam mówił, ale rów­nież spo­sób, w jaki to robił: komu­ni­katy wer­balne i pozawer­balne, postawę, jaką przy­jął w trak­cie roz­mowy, zauwa­żalny strach bądź jego brak pod­czas rela­cjo­no­wa­nia tej „groź­nej sytu­acji”. Moim zda­niem, opo­wia­da­jąc o tam­tych wyda­rze­niach, chło­pak nie odczu­wał prze­ra­że­nia. Wspo­mnie­nie, które przy­wo­ły­wał, naj­wi­docz­niej nie powo­do­wało w nim lęku. Odnio­słem nawet wra­że­nie, że mówie­nie o nim przy­cho­dzi mu z dużą łatwo­ścią.

Panna Swin­ney była pra­cow­niczką wyso­kiego szcze­bla w dziale kadr dużej firmy. Przed spo­tka­niem z Lia­mem zapo­zna­łem się z opi­sem jej pro­filu oso­bo­wo­ścio­wego. Trudno było uwie­rzyć, że ta kobieta mogłaby gro­zić bra­tan­kowi śmier­cią, zwłasz­cza że Liam nie wspo­mi­nał o tym we wcze­śniej­szych roz­mo­wach z poli­cją, dok­to­rem Gra­fem ani żad­nym innym zaj­mu­ją­cym się nim spe­cja­li­stą. Nasu­wało się podej­rze­nie, że ta nowa wer­sja wyda­rzeń została spre­pa­ro­wana spe­cjal­nie na uży­tek wywiadu ze mną. Moje wie­lo­let­nie doświad­cze­nie, zdo­byte pod­czas pracy nad set­kami spraw, pod­po­wia­dało mi, że to wymysł.

– Zatem – pod­ją­łem – ciotka zagro­ziła ci śmier­cią, a potem zapro­po­no­wała ci lek­cję jazdy?

Zasta­na­wia­łem się, czy ław­ni­kom wyda się to rów­nie mało praw­do­po­dobne, jak mnie.

– No tak. A kiedy dotar­li­śmy nad staw, powie­działa, że mnie utopi.

– Czyim pomy­słem była wycieczka w to miej­sce?

– Jej. Twier­dziła, że to będzie dobra oka­zja, żebym pod­szko­lił się w pro­wa­dze­niu auta. Ale kiedy zna­leź­li­śmy się na miej­scu, powie­działa, że ma zamiar wepchnąć mnie do wody i zabić. Byłem prze­ra­żony.

– Kiedy dotar­li­ście do parku, popro­si­łeś, żeby oddała ci tele­fon?

– Tak. Chcia­łem zro­bić kilka zdjęć stawu.

– Ale ciotka ci go nie dała?

– Powie­działa, że nie ma go przy sobie.

Tyle że miała wtedy jego tele­fon i chło­pak musiał o tym wie­dzieć. To z niego dzwo­nił potem na numer alar­mowy. Popro­si­łem więc, żeby mi wyja­śnił, jak go odzy­skał. I żeby opo­wie­dział mi coś wię­cej o tam­tym dniu. Liam odparł, że nic wię­cej nie potrafi sobie przy­po­mnieć. Nie pamię­tał, czy wpadł w złość. Nie pamię­tał żad­nej sprzeczki. Nie zapamię­tał też momentu, w któ­rym udu­sił pannę Swin­ney i wrzu­cił jej ciało do wody.

Przed wizytą w aresz­cie uda­łem się nad staw. Brzegi poro­śnięte były drze­wami i krze­wami; w nie­wielu miej­scach roślin­ność pozwa­lała zbli­żyć się do wody wystar­cza­jąco, by dało się kogoś do niej wrzu­cić. A już na pewno nie z więk­szej wyso­ko­ści. Odnio­słem wra­że­nie, że miej­sce, w któ­rym popeł­niono zbrod­nię, musiało zostać wybrane zawczasu. Domy­śla­łem się też, że wybrał je raczej Liam niż jego ciotka.

– Skąd ciotka wzięła psią smycz? Jeśli dobrze rozu­miem, nie miała psa.

– Trzy­mała ją w samo­cho­dzie, bo cza­sami wypro­wa­dzała na spa­cery psa sąsia­dów.

– Ale dla­czego zabra­łeś tę smycz ze sobą, kiedy poszli­ście nad staw?

– To ciotka ją wzięła. Kiedy byli­śmy już na brzegu, powie­działa, że chce mnie wrzu­cić do wody. W ręku trzy­mała tę smycz. Przy­po­mnia­łem sobie, jak zamach­nęła się na mnie kablem od łado­warki i jak gro­ziła, że mnie udusi. I wtedy domy­śli­łem się, że chce jej użyć.

– Rozu­miem, że musia­łeś wyrwać ciotce smycz z ręki.

Chło­pak wzru­szył ramio­nami i spu­ścił wzrok. Miał szczu­płą twarz. Widać było, że sporo czasu spę­dzał na siłowni; jego głowa wyda­wała się nie­na­tu­ral­nie mała w zesta­wie­niu z umię­śnio­nymi tor­sem i bar­kami.

– Jak myślisz, dla­czego wrzu­ci­łeś ciało ciotki do wody po tym, jak ją udu­si­łeś? Pato­log sądowy twier­dzi, że była już wtedy mar­twa. Mogłeś po pro­stu zosta­wić ją na brzegu.

I znowu w odpo­wie­dzi dosta­łem to wyra­ża­jące bez­rad­ność wzru­sze­nie ramion, cał­kiem jakby to nie Liam zna­lazł się tam­tego dnia nad sta­wem.

– Skoro tak nie­wiele pamię­tasz, czy nie przy­szło ci do głowy, że ktoś inny mógł zabić twoją ciotkę?

Jako że na miej­scu nie zabez­pie­czono mate­riału DNA nale­żą­cego do innej osoby, poli­cja wyklu­czyła udział w zbrodni osób trze­cich. Ja jed­nak byłem cie­kaw, jakiej odpo­wie­dzi udzieli Liam.

– Od początku wie­dzia­łem, że to musia­łem być ja – odparł bez waha­nia. – Nikogo innego tam nie było.

Moja robo­cza teo­ria wyglą­dała nastę­pu­jąco: Liam, będąc kie­rowcą – a wła­ści­wie począt­ku­ją­cym kie­rowcą – nie chciał się roz­stać z klu­czy­kami do samo­chodu. W tym odosob­nio­nym miej­scu fakt, że jest w ich posia­da­niu, mógł dawać mu poczu­cie wła­dzy. Domy­śla­łem się, że popro­sił ciotkę o zwró­ce­nie mu tele­fonu, ona jed­nak się nie zgo­dziła. Nie wiem, czy zaczął jej wtedy gro­zić. Moim zda­niem kobieta nie podej­rze­wała, że jej uko­chany bra­ta­nek, chło­piec bli­ski jej nie­mal jak rodzony syn, nagle wycią­gnie smycz i zaci­śnie ją na jej szyi. Na pod­sta­wie ana­lizy śla­dów na ciele pato­log stwier­dził, że w momen­cie śmierci kobiety ata­ku­jący stał przed nią, a zatem musiał widzieć jej wytrzesz­czone, nie­mal wycho­dzące z orbit oczy i gwał­towną zmianę koloru skóry, która sta­wała się pur­pu­rowa. Trzeba wiel­kiej deter­mi­na­cji, żeby widząc, co w takiej chwili się dzieje z ofiarą, mimo to nie roz­luź­nić zaci­śnię­tej pętli.

Oba­wia­łem się, że Liam mógł zapla­no­wać ten atak, wybrać broń i ustronne miej­sce nad sta­wem, tak by w razie gdyby nie udało mu się udu­sić ciotki, mógł ją uto­pić. A może było ina­czej – może zamie­rzał ją uto­pić, a na pomysł udu­sze­nia wpadł dopiero w samo­cho­dzie, kiedy w oczy wpa­dła mu psia smycz.

Nie wie­rzy­łem, że czyn Liama był efek­tem psy­chozy. Zarówno odna­le­zie­nie odpo­wied­niego miej­sca, z któ­rego dałoby się zepchnąć ofiarę do stawu, jak i zabra­nie ze sobą smy­czy wska­zy­wały raczej na zapla­no­wane dzia­ła­nie. Tym­cza­sem psy­choza to stan cha­rak­te­ry­zu­jący się dez­or­ga­ni­za­cją. Ocze­ki­wano ode mnie jako od bie­głego, że po zapo­zna­niu się z fak­tami przed­sta­wię ław­ni­kom obiek­tywną eks­per­tyzę, która uła­twi im pod­ję­cie decy­zji. Nie­za­leż­nie od tego, jakie odczu­cia na sali sądo­wej budził ten czy inny oskar­żony, wystę­pu­jąc w cha­rak­te­rze bie­głego, zawsze sta­ra­łem się zacho­wy­wać bez­stron­ność. Ale to nie zna­czy, że wyzby­wa­łem się ludz­kich lęków i instynk­tów. W spra­wie Liama intu­icja pod­po­wia­dała mi, że to bar­dzo nie­bez­pieczny młody czło­wiek.

Wiele miało zale­żeć od wer­dyktu ławy przy­się­głych. Jeżeli Liam zostałby uznany za nie­po­czy­tal­nego w chwili popeł­nia­nia zbrodni, tra­fiłby do szpi­tala, gdzie pod­dano by go lecze­niu psy­chia­trycz­nemu. Nale­żało się spo­dzie­wać, że po zakoń­cze­niu sto­sun­kowo krót­kiej kura­cji, gdy leka­rze uznają, że Liam nie stwa­rza dal­szego zagro­że­nia, zwol­niono by go. Wyrok wię­zie­nia za mor­der­stwo ozna­czałby nato­miast, że Liam zosta­nie na dłuż­szy czas odizo­lo­wany od spo­łe­czeń­stwa. W opty­mal­nym sce­na­riu­szu pod­czas odsiadki otrzy­małby sto­sowną pomoc psy­cho­lo­giczną, która mia­łaby zmi­ni­ma­li­zo­wać ryzyko recy­dywy. Pobyt w szpi­talu wyda­wać by się mógł bar­dziej huma­ni­tar­nym roz­wią­za­niem, jed­nak skut­ko­wałby zmniej­sze­niem takiego ryzyka jedy­nie przy zało­że­niu, że Liam rze­czy­wi­ście cier­piał na cho­robę psy­chiczną.

Chło­pa­kowi przy­szło długo cze­kać, nim jego sprawą zajął się sąd. W tym cza­sie skoń­czył osiem­na­ście lat i osią­gnął peł­no­let­niość. Ozna­czało to, że dzien­ni­ka­rze, ku swo­jej wiel­kiej satys­fak­cji, zyskali wstęp na salę roz­praw. Fakt, że chło­pak zabił pannę Swin­ney bez­po­śred­nio po lek­cji jazdy, spra­wił, że w pra­sie nadano mu przy­do­mek „Mor­der­czy uczeń Liam”.

W tam­ten pią­tek ław­ni­kom pozwo­lono się rozejść. Wszy­scy wstali, gdy sędzia opusz­czał salę roz­praw, a już chwilę póź­niej zapo­mnieli o cha­rak­te­ry­stycz­nej dla tego miej­sca ciszy; ich umy­słami na nowo zawład­nęły nie­cier­piące zwłoki sprawy dnia codzien­nego. Adwo­kaci zbie­rali swoje papiery, poli­cjanci cho­wali przy­nie­sione lap­topy, obser­wa­to­rzy prze­cią­gali się po dłu­gim bez­ru­chu i uru­cha­miali wyłą­czone na czas roz­prawy tele­fony. Dzien­ni­ka­rze, paku­jąc swój sprzęt, pro­wa­dzili oży­wione roz­mowy. Jeśli o mnie cho­dzi, jako że nie skoń­czy­łem jesz­cze przed­sta­wiać eks­per­tyzy, nie mogłem oma­wiać sprawy Liama ani z poli­cją, ani z pro­ku­ra­to­rem, ani z nikim innym. Po całym dniu spę­dzo­nym w cha­rak­te­rze zezna­ją­cego bie­głego doskwie­rało mi poczu­cie izo­la­cji. Nikt nie chciał ze mną roz­ma­wiać, nikt na mnie nie patrzył.

Spa­ko­wa­łem do torby swoje książki i raporty. Kątem oka dostrze­głem dok­tora Grafa, kiedy chył­kiem wymy­kał się na kory­tarz. Następ­nie opu­ści­łem miej­sce zeznań świadka.

Kiedy wycho­dzi­łem z sali roz­praw, na­dal czu­łem się nie­swojo. Pech chciał, że gdy tylko zna­la­złem się w holu, od razu natkną­łem się na rodzinę Liama, która stała w cia­snej grupce nie­opo­dal. Paru jego bli­skich posłało mi nie­przy­ja­zne spoj­rze­nia, inni na mój widok ści­szyli głos. Rodzice chło­paka po pro­stu odwró­cili wzrok.

I wtedy pierw­szy raz zasta­no­wi­łem się, co tak naprawdę, w głębi duszy, ci ludzie sądzą na temat Liama. Moż­liwe, że w ich ser­cach kryły się lęki, do któ­rych nie umieli się przy­znać nawet przed sobą nawza­jem. Na pewno zda­wali sobie sprawę z jego licz­nych eks­ce­sów w szkole. Być może rodzice, podob­nie jak ja, uwa­żali, że Liam jest nie­bez­pieczny. Może ta świa­do­mość towa­rzy­szyła im pod­czas opła­ki­wa­nia Joy. Może myśleli o czymś jesz­cze: skoro chło­pak potra­fił znieść widok zgrozy i cier­pie­nia malu­ją­cych się na twa­rzy jego uko­cha­nej ciotki, kiedy ją zabi­jał, to może byłby zdolny uśmier­cić także ich. Ale rów­no­cze­śnie był prze­cież ich synem. Ci ludzie go kochali.

W pociągu w dro­dze powrot­nej do domu naszła mnie reflek­sja, jak nie­zwy­kle trudno być rodzi­cem. I jak trudno byłoby mi się odna­leźć w roli ojca.

3. Na ratunek mamie

3

Na ratu­nek mamie

To był mój pierw­szy dzień w szkole. Mama odpro­wa­dziła mnie do samej bramy, wspie­ra­jąc się na kulach i z tru­dem cią­gnąc spa­ra­li­żo­wane nogi. Gwał­towne ruchy wpra­wiały jej sukienkę w ruch, a cięż­kie orto­pe­dyczne buty z głu­chym odgło­sem ude­rzały o zie­mię. Przez krótką chwilę były zdolne utrzy­mać cię­żar ciała, pod­czas gdy mama wyko­ny­wała kolejny zamach kulami. Sze­lest sukienki. Głu­chy łoskot butów. Stu­kot kul, sze­lest, łoskot. Ten rytm wyda­wał mi się wtedy rów­nie zna­jomy i bli­ski jak bicie mojego serca.

Ucichł dopiero, gdy zatrzy­ma­li­śmy się przed bramą. Ale moje serce biło na­dal. Gło­śno i szybko. Ze zde­ner­wo­wa­nia zbie­rało mi się na wymioty. Czu­łem się tak okrop­nie, że nawet nie zauwa­ża­łem, jak inne dzie­ciaki gapią się na mamę.

Na prze­rwie zacze­pił mnie jakiś rosły chło­pak.

– Twoja stara to spa­styczka – oznaj­mił ze znaw­stwem.

Nie wie­dzia­łem, co zna­czy to słowo, ale brzmiało jak z serialu Dok­tor Who. Uwiel­bia­łem go. Główny boha­ter był miły, dobry i spra­wie­dliwy. Liczy­łem, że spa­styk to pozy­tywna postać, pomoc­nik dobrego dok­tora. Przy­tak­ną­łem z poważną miną. Tak, moja matka chyba była spa­styczką.

Wokół nas zebrał się już mały tłu­mek. Dzie­ciaki stały bar­dzo bli­sko. Chcia­łem się cof­nąć, ale oka­zało się, że ota­czają mnie ze wszyst­kich stron.

– On ma mamę spa­styczkę! On ma mamę spa­styczkę! – skan­do­wały.

Po powro­cie do domu, wie­czo­rem, który upły­wał nam w rytm zna­jo­mej melo­dii stu­kot–sze­lest–łoskot, spy­ta­łem mamy:

– Co to jest spa­styczka?

Mdło­ści dawno już minęły, wyparte przez głód.

Mama zapa­rzała aku­rat her­batę. Łok­ciami wspie­rała się na kulach.

– To nic takiego – odparła, prze­wra­ca­jąc oczami. – Nie przej­muj się tym.

– Ale co to zna­czy?

Mama potrzą­snęła głową i zro­biła nie­za­do­wo­loną minę.

– Czas na marsz! No, dalej. Pro­szę odma­sze­ro­wać z nożami i widel­cami do stołu. A potem, jak dobry żoł­nierz, poma­sze­ruj też z warzy­wami.

W tam­tym cza­sie w moim życiu było dużo masze­ro­wa­nia. Kiedy mama przy­go­to­wy­wała posi­łek, gdy potrze­bo­wała zanieść do pralki brudne ubra­nia albo roz­wie­sić pra­nie, kiedy trzeba było zamieść pod­łogę w kuchni albo zro­bić cokol­wiek innego – masze­ro­wa­łem. Byłem nie­za­wod­nym żoł­nie­rzem, który robił to, czego ona nie mogła zro­bić: czyli wszystko to, co wyma­gało uży­cia obu dłoni lub nóg.

Tata ten wie­czór spę­dzał w pubie, dla­tego w domu pano­wała cisza. Po her­ba­cie mama i ja usie­dli­śmy przed komin­kiem. Posta­no­wi­li­śmy zasza­leć i pod­krę­ci­li­śmy ogrze­wa­nie na trzy kre­ski. Czu­łem, jak roz­koszne cie­pło roz­lewa się po moich kola­nach. Opo­wie­dzia­łem mamie o szkole i o tym, że uczę się czy­ta­nia. Mama poki­wała głową z uzna­niem.

– To bar­dzo ważne, żebyś nauczył się dobrze czy­tać – powie­działa. – Będziesz mógł wtedy z łatwo­ścią chło­nąć wie­dzę. A w przy­szło­ści dzięki temu zdo­bę­dziesz dobrze płatną pracę.

Patrzy­łem, jak zapala papie­rosa. W kie­szeni zawsze miała scho­waną paczkę. Kiedy sia­dała, sły­chać było cichy trzask celo­fanu.

– A ty zdo­by­łaś taką pracę?

Mama wypu­ściła dym z ust. Kiedy się ode­zwała, wyda­wała się zmie­szana.

– Źle się stało, że rodzice posłali mnie do tej okrop­nej szkoły dla dzieci na wóz­kach inwa­lidz­kich. Nie mia­łam zamiaru tam zostać i zda­wać egza­mi­nów.

– A zda­ła­byś je?

– Wydaje mi się, że tak. Ale osta­tecz­nie posta­no­wi­łam nauczyć się maszy­no­pi­sa­nia.

– Gdzie?

– W Lon­dy­nie. Mia­łam szes­na­ście lat, kiedy wyje­cha­łam do sto­licy prak­tycz­nie bez żad­nych rze­czy, bez pracy. Za to nie bra­ko­wało mi… – Zawie­siła głos. Nagle jej twarz wydała mi się dziew­częca. Blond włosy oka­lały duże oczy, z któ­rych wyzie­rała wielka tęsk­nota.

– Czego? Pie­nię­dzy?

– Nie pie­nię­dzy. – Po chwili wyja­śniła: – Nadziei w sercu.

Wyobra­zi­łem sobie mamę, która wędruje aż do Lon­dynu na swo­ich zwię­dłych nogach, przy­mo­co­wa­nych do meta­lo­wych szyn z cięż­kimi czar­nymi butami. Wie­dzia­łem, że Lon­dyn od pół­noc­nej Anglii dzieli bar­dzo długa droga. I moja mama poko­nała ją całą z ser­cem wypeł­nio­nym nadzieją.

– Wybra­łaś się sama?

– Tak. Przy oka­zji nie­mal zła­ma­łam serce two­jemu dziad­kowi.

Bar­dzo kocha­łem dziadka. Był miły, dobry i spra­wie­dliwy, zupeł­nie jak Dok­tor Who. Zresztą to on poda­ro­wał mi mojego wła­snego Dok­tora. Niema figurka stała teraz na obu­do­wie kominka, czu­wa­jąc nade mną, tak samo jak dzia­dek, kiedy nas odwie­dzał. Spró­bo­wa­łem wyobra­zić sobie jego pęka­jące serce i łzy, kiedy mama wyru­szyła do Lon­dynu. Poczu­łem, że też zbiera mi się na płacz.

– I co się stało, kiedy tam dotar­łaś?

– Odkry­łam swin­gu­jący Lon­dyn. Zna­la­złam miesz­ka­nie i pracę, a po jakimś cza­sie pozna­łam two­jego ojca. – Mama zer­k­nęła na mnie i dodała: – Swin­gu­jący Lon­dyn to takie okre­śle­nie na tamte czasy, kiedy wszy­scy się dobrze bawili.

– Ale jak?

– Śpie­wali i tań­czyli.

– I ty też się bawi­łaś? – Wie­dzia­łem, że matka bar­dzo ład­nie śpiewa. Ale za nic nie umia­łem sobie wyobra­zić, jak tań­czy. Nie z jej kulami.

Wpa­try­wała się we mnie sze­roko otwar­tymi oczami. Widać było w nich tamtą nadzieję, która wypeł­niała wtedy jej serce.

– O tak – powie­działa cicho.

I w tam­tym momen­cie zro­zu­mia­łem, co zro­bię, kiedy doro­snę: zostanę leka­rzem, żeby znowu wlać w serce mamy nadzieję. Będę jak Dok­tor Who – miły, dobry i spra­wie­dliwy. Wyle­czę ją z polio, żeby znowu mogła zatań­czyć.

Wiele lat póź­niej, kiedy pocho­dzi­łem do matury, w roz­mo­wie ze szkolną dorad­czy­nią zawo­dową wyzna­łem, że zamie­rzam stu­dio­wać medy­cynę. Oczy­wi­ście nie wspo­mnia­łem o Dok­to­rze Who, ale cał­kiem moż­liwe, że opo­wie­dzia­łem jej o cho­ro­bie mojej mamy.

Kobieta popa­trzyła na mnie poważ­nie i potrzą­snęła głową.

– Dun­ca­nie, uwa­żam, że powin­ni­śmy reali­stycz­nie oce­nić twoje szanse.

– Też tak uwa­żam.

– Nie wydaje mi się to moż­liwe.

– Ale…

– Dun­ca­nie, żaden absol­went w histo­rii naszej szkoły nie ukoń­czył stu­diów na uni­wer­sy­te­cie.

Za oknem padał deszcz. Z miej­sca, w któ­rym sie­dzia­łem, widać było dłu­gie rzędy sza­rych domów. Ich dachy nie błysz­czały, mimo że były mokre.

– Oczy­wi­ście, teo­re­tycz­nie mógł­byś być pierw­szy. Nic nie stoi na prze­szko­dzie, żebyś roz­po­czął stu­dia medyczne. Tylko żeby się na nie dostać, musisz mieć świetne oceny.

– Zapra­cuję na nie!

Dorad­czyni z blond bobem popa­trzyła na mnie smutno i znowu potrzą­snęła głową, tym razem tak ener­gicz­nie, że jej włosy zatań­czyły wokół twa­rzy.

– Czeka cię roz­cza­ro­wa­nie. A co powiesz na pracę w labo­ra­to­rium? Jeśli na matu­rze dobrze ci pój­dzie, możesz zostać tech­ni­kiem labo­ra­to­ryj­nym.

Parę tygo­dni póź­niej ta sama dorad­czyni była na moim kon­cer­cie. Gra­łem na gita­rze i śpie­wa­łem od czter­na­stego roku życia. Jako nasto­la­tek bez końca zakła­da­łem i roz­wią­zy­wa­łam kolejne kapele. Ale ta, w któ­rej wów­czas gra­łem, była naprawdę dobra. Zagra­li­śmy na impre­zie szkol­nej, a publicz­ność dosłow­nie sza­lała.

Nie­długo potem dosta­łem od dorad­czyni list.

Dun­ca­nie, po tym, co zoba­czy­łam dziś wie­czo­rem, jestem abso­lut­nie pewna, co powi­nie­neś robić. Roz­wi­jaj się jako muzyk, masz praw­dziwy talent. Inne nie­re­ali­styczne aspi­ra­cje będą ci tylko prze­szka­dzać w pie­lę­gno­wa­niu tego, w czym jesteś naj­lep­szy.

Wie­dzia­łem, że dorad­czyni ma dobre inten­cje. Jasne, myśl o karie­rze muzyka nie była mi obca. Jed­nak ten list miał pewne nie­prze­wi­dziane przez jego autorkę kon­se­kwen­cje. Dzięki niemu dostrze­głem w sobie coś, co wiele razy widzia­łem u mojej matki. Od czasu naszej roz­mowy przy kominku, kiedy opo­wie­działa mi o nadziei prze­peł­nia­ją­cej jej serce, mama zdała maturę, zdo­była sto­pień naukowy i zna­la­zła dobrą pracę w muzeum. To była dla niej trudna droga, jed­nak dopięła swego. Ile­kroć ktoś, patrząc na jej kule, stwier­dzał, że nie uda jej się cze­goś zro­bić, ona gotowa była mu dowieść, że się myli. Prze­czy­ta­łem jesz­cze raz list od dorad­czyni i wtedy wie­dzia­łem już na pewno: zostanę leka­rzem.

Wkrótce po roz­po­czę­ciu stu­diów medycz­nych w Lon­dy­nie, w pierw­szych tygo­dniach seme­stru, zaczą­łem się jed­nak godzić z myślą, że dorad­czyni miała rację. Pomy­śla­łem, że powi­nie­nem dać sobie spo­kój z medy­cyną, wró­cić na pół­noc kraju, gdzie ludzie mówili w zro­zu­mia­łym dla mnie dia­lek­cie, i zostać muzy­kiem. Sto­lica wydała mi się przy­tła­cza­jąca: gło­śna, bez­kre­sna i tchnąca wielką obo­jęt­no­ścią. Moi kole­dzy i kole­żanki z roku w więk­szo­ści byli absol­wen­tami pry­wat­nych szkół i nie­mal bez wyjątku repre­zen­to­wali klasę śred­nią. Ich pew­ność sie­bie była bar­dzo depry­mu­jąca.

Odno­si­łem zresztą wra­że­nie, że stu­dia same w sobie mnie prze­ra­stają – nie dla­tego, że poziom jest zbyt wygó­ro­wany, lecz ponie­waż opacz­nie zro­zu­mia­łem infor­ma­tor. Nie przy­szło mi do głowy, że na zaję­ciach w pro­sek­to­rium będziemy pra­co­wać z praw­dzi­wym ludz­kim cia­łem. Zało­ży­łem, że zwłoki będą nale­żeć do jakie­goś gada, może jasz­czurki. Siność nie­bosz­czyka, woń for­mal­de­hydu, lodo­waty dotyk skal­pela w dłoni, echo dźwię­ków roz­brzmie­wa­jące w pomiesz­cze­niach wyło­żo­nych płyt­kami – wszystko to zło­żyło się w mojej gło­wie na doświad­cze­nie rodem z kosz­mar­nego snu. Przez cały czas zajęć w pro­sek­to­rium marzy­łem tylko, by zna­leźć się w domu. Musiało upły­nąć tro­chę czasu, nim fascy­na­cja poko­nała strach, a zgiełk Lon­dynu skradł moje serce.

Jeśli cho­dzi o naukę, radzi­łem sobie dobrze. Tak dobrze, że w poło­wie stu­diów nada­rzyła się oka­zja do pod­ję­cia badań kli­nicz­nych. Sko­rzy­sta­łem z niej.

Zają­łem się, rzecz jasna, polio. Kon­kret­nie inte­re­so­wały mnie neu­rony ruchowe – komórki ner­wowe, które od tylu lat upar­cie odma­wiały prze­ka­za­nia pro­stej komendy – „Rusz się!” – mię­śniom nóg mojej matki.

Kon­cen­tro­wa­łem się na płasz­czyź­nie, na któ­rej nerwy komu­ni­kują się z mię­śniami – na punk­cie, w któ­rym wia­do­mość powinna być prze­ka­zy­wana do mię­śni, lecz z jakie­goś powodu tak się nie dzieje. Dzięki szcze­pie­niom w ostat­nich latach w Wiel­kiej Bry­ta­nii nie odno­to­wano nowych zacho­ro­wań na polio, ale w miarę jak cho­ru­jący osią­gali pode­szły wiek, u wielu z nich roz­wi­jał się tzw. zespół post-polio. Zupeł­nie jakby cho­roba chciała przy­po­mnieć o sobie ostatni raz, nim da ludz­ko­ści spo­kój. Pozor­nie temu wła­śnie feno­me­nowi była poświę­cona moja praca, jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści ni­gdy nie zapo­mnia­łem o zło­żo­nym w dzie­ciń­stwie przy­rze­cze­niu, że znajdę spo­sób, by wyle­czyć mamę. Zresztą ona też na­dal w to wie­rzyła. Wciąż żyło we mnie nie­śmiałe marze­nie, że mama wsta­nie i zatań­czy bez żad­nych pod­pó­rek. Że prze­spa­ce­ruje się swo­bod­nie po pokoju. Albo po ulicy. Albo po plaży. Mama sta­wia­jąca pew­nie kroki. Bez kul. Bez cięż­kich orto­pe­dycz­nych butów. I nie będą jej towa­rzy­szyły zło­śliwe chi­choty. Żadne dzie­ciaki nie będą się na nią gapić. Nikt nie rzuci żad­nego wstręt­nego dow­cipu. Mama będzie po pro­stu idącą po ulicy kobietą.

Jak się wkrótce prze­ko­na­łem, praca badaw­cza w tej dzie­dzi­nie to nie droga usłana różami. Bada­nia są nie­mal cał­ko­wi­cie uza­leż­nione od finan­so­wa­nia przez pod­mioty nasta­wione na zysk, a ponie­waż polio stało się cho­robą doty­ka­jącą jedy­nie popu­la­cje kra­jów roz­wi­ja­ją­cych się, chęt­nych do spon­so­ro­wa­nia takich badań nie było. Ow­szem, moja praca badaw­cza mogła przy­dać się w lecze­niu innych scho­rzeń upo­śle­dza­ją­cych neu­rony ruchowe, jed­nak w żaden spo­sób nie poma­gała mojej matce. Musiało upły­nąć jesz­cze wiele lat, nim odkryto, że to po pro­stu nie­moż­liwe: nie dało się odbu­do­wać uszko­dzo­nego połą­cze­nia ner­wowo-mię­śnio­wego.

W końcu zmu­szony byłem spoj­rzeć praw­dzie w oczy: nie mogłem w żaden spo­sób pomóc cho­rej na polio matce. Wście­kła się, kiedy jej o tym powie­dzia­łem. Wiara, jaką we mnie pokła­dała, była abso­lutna. Ufała, że jeśli kto­kol­wiek na świe­cie jest w sta­nie przy­wró­cić jej spraw­ność, będzie to wła­śnie jej uta­len­to­wany syn. Kiedy wyzna­łem jej, że to nie­moż­liwe, poczuła się zdra­dzona. I wpa­dła w złość. Wielką złość.

Nie odzy­wała się potem do mnie przez okrą­gły rok. Jej reak­cja pomo­gła mi zro­zu­mieć coś, o czym wie­dzia­łem od zawsze, już jako dziecko, a potem też jako stu­dent medy­cyny zdo­by­wa­jący obszerną wie­dzę o ludz­kim ciele: zdro­wie psy­chiczne jest rów­nie ważne dla dobro­stanu czło­wieka, jak zdro­wie fizyczne. Mimo że polio upo­śle­dzało spraw­ność fizyczną mojej matki, w znacz­nym stop­niu wpły­wało rów­nież na jej psy­chikę. Zro­zu­mia­łem, że wiele lat temu ktoś powi­nien był zapew­nić jej wspar­cie psy­cho­lo­giczne.

W końcu zmu­szony byłem prze­rwać bada­nia neu­ro­lo­giczne i dokoń­czyć stu­dia. Praca badaw­cza pochło­nęła mnie na tyle lat, że musia­łem ponow­nie zda­wać egza­miny wstępne albo poże­gnać się raz na zawsze z marze­niem o byciu leka­rzem. Powró­ci­łem do stu­dio­wa­nia medy­cyny kli­nicz­nej i odkry­łem, że ona też może być eks­cy­tu­jącą przy­godą. Każda spe­cja­li­za­cja wyda­wała mi się cie­kawa, a każdy przy­pa­dek fascy­nu­jący, do tego stop­nia, że ich więk­szość trwale wryła się w moją pamięć. Nawia­sem mówiąc, stu­diu­jąc medy­cynę przez jede­na­ście lat, mimo woli usta­no­wi­łem swo­isty rekord.

W końcu, w 2001 roku, mając trzy­dziestkę na karku, uzy­ska­łem tytuł dok­tora. Eks­cy­ta­cja i duma nie trwały jed­nak długo i wkrótce znie­na­wi­dzi­łem swoją nową pracę. Było tak wiele oddzia­łów, tyle szpi­tali. Przed moimi oczami prze­su­wał się nie­ma­jący końca koro­wód ciał, z któ­rych sączyła się krew i inne płyny. Ludzie ci spo­glą­dali na mnie z nadzieją na ratu­nek, któ­rego nikt nie potra­fił im udzie­lić. Konali na moich oczach lub dozna­wali cier­pień tak wiel­kich, że nie mogły ich zła­go­dzić żadne leki prze­ciw­bó­lowe. I nie toczyła się żadna wojna, to był zwy­czajny dzień. Innych leka­rzy do stu­dio­wa­nia medy­cyny skła­nia wła­śnie per­spek­tywa poma­ga­nia cho­rym. Ze mną było ina­czej – uświa­do­mi­łem sobie, że na stu­diach poświę­ci­łem się pracy badaw­czej dokład­nie po to, żeby unik­nąć mie­rze­nia się z tym oce­anem ludz­kiego cier­pie­nia.

Prze­ło­mo­wym momen­tem była dla mnie noc, gdy do szpi­tala tra­fili poszko­do­wani po wyko­le­je­niu pociągu, i w prze­peł­nio­nym oddziale zapa­no­wał totalny chaos. Trauma, jakiej wtedy doświad­czy­łem, oglą­da­jąc w krót­kim cza­sie zbyt wiele ludz­kich tra­ge­dii, zmu­siła mnie, bym na pewien czas odszedł z zawodu i zasta­no­wił się, co dalej. Przez kilka lat zara­bia­łem jako muzyk. Naj­mo­wa­łem się też jako lekarz zastęp­czy i wystę­po­wa­łem jako uliczny gra­jek (na ulicy zara­biało się lepiej niż na sce­nie). Przez cały ten czas sta­ra­łem się odpo­wie­dzieć sobie na pyta­nie: jakiego rodzaju leka­rzem chcę być?

Po latach poświę­co­nych bada­niu neu­ro­nów ruchu odpo­wiedź nasu­wała się sama: zostanę neu­ro­lo­giem. Tylko że aku­rat do neu­ro­lo­gii zdą­ży­łem się już zra­zić, gdy nie udało mi się wyle­czyć matki ani pomóc jej w jaki­kol­wiek inny spo­sób. Nie, nie chcia­łem być neu­ro­lo­giem. W takim razie kim?

Odpo­wiedź spły­nęła na mnie pew­nego dnia, gdy pra­co­wa­łem na zastęp­stwie za innego leka­rza. I wydała mi się tak oczy­wi­sta, że dosze­dłem do wnio­sku, iż mia­łem ją przed oczami przez cały czas, tylko po pro­stu byłem na nią ślepy.

Był upalny letni dzień. Gorące powie­trze od czasu do czasu poru­szał deli­katny wie­trzyk. Uno­siła się w nim mgiełka kwia­to­wych zapa­chów zmie­sza­nych ze spa­li­nami.

Na tere­nie szpi­tala, w któ­rym wtedy pra­co­wa­łem, nie bra­ko­wało dzie­dziń­ców i ogro­dów, w któ­rych przez więk­szą część roku pano­wały zbyt wiel­kie chłód i wil­goć, by można było je udo­stęp­nić do spa­ce­rów pacjen­tom. Ale w dni takie jak ten wszyst­kie drzwi na dzie­dzi­niec były pootwie­rane. Cze­kało mnie nie­zbyt miłe zada­nie. Mia­łem poszu­kać na dzie­dzińcu kobiety w pode­szłym wieku i poin­for­mo­wać ją, że została wdową.

Spo­tka­łem ją już wcze­śniej tego dnia. Pochwa­liła się wtedy, że obcho­dzi dia­men­tową rocz­nicę ślubu. Dokład­nie sześć­dzie­siąt lat temu wyszła za mąż za jed­nego z naszych pacjen­tów. A teraz mia­łem jej prze­ka­zać, że odtąd ten dzień będzie sym­bo­li­zo­wał rów­nież zupeł­nie inną rocz­nicę.

Zna­la­złem ją sie­dzącą na ławeczce w cie­niu.

– W porządku – ode­zwała się, kiedy do niej pod­sze­dłem. – Wiem, co się stało.

Zatkało mnie. Wbi­łem w nią zdu­miony wzrok.

– Pań­ska mina mówi sama za sie­bie. Tak naprawdę nie chciał pan tu przy­cho­dzić i mi o tym mówić, prawda? Nie szko­dzi. Wiem, że zro­bi­li­ście, co w waszej mocy. Po pro­stu nad­szedł jego czas.

– Wszystko prze­bie­gło bar­dzo spo­koj­nie, pani Hegarty. Pani mąż odszedł w ciszy.

– No tak, to takie typowe dla Erniego. On ni­gdy nie lubił robić wokół sie­bie zamie­sza­nia. Pew­nie pan nie pali, zga­dłam?

Ski­ną­łem głową. Oczy­wi­ście byłem prze­ciw­ni­kiem pale­nia, nie­dawno zdo­ła­łem nawet namó­wić matkę, by rzu­ciła.

– Ma pan coś prze­ciwko, żebym zapa­liła?

Ow­szem, mia­łem. Ale w tych oko­licz­no­ściach posta­no­wi­łem, że nie będę się znę­cać nad biedną kobietą.

Zwin­nie, jedną ręką, zapa­liła zapałkę – była to sztuczka wyma­ga­jąca nie lada tre­ningu; jasny znak, że pani Hegarty była doświad­czoną, wie­lo­let­nią palaczką.

– Widzi pan – ode­zwała się – to coś, co w tych ostat­nich latach robi­li­śmy razem. Pali­li­śmy papie­rosy. Zna­li­śmy się na wylot, prak­tycz­nie nie musie­li­śmy już ze sobą roz­ma­wiać. Po pro­stu sie­dzie­li­śmy, paląc, i wie­dzie­li­śmy, co myśli druga osoba. Nie do wiary, ale kiedy sia­dy­wa­łam na tej ławce z papie­ro­sem, mia­łam wra­że­nie, jak­bym znowu była bli­sko niego. Jak­by­śmy sie­dzieli tu razem. Dla­tego niech mi pan oszczę­dzi gadek o tym, że pale­nie mi szko­dzi, dok­to­rze.

Uśmiech­ną­łem się w odpo­wie­dzi.

– Opo­wie mi pani o tym dniu sześć­dzie­siąt lat temu, kiedy wzię­li­ście ślub? Czy też był taki upał?

Kobieta wydała z sie­bie wtedy dziwny, chra­pliwy rechot, typowy dla dłu­go­let­niego pala­cza.

– Ależ skąd! Lało jak z cebra. Pamię­tam, jak moja matka krę­ciła głową i mówiła: „Hmmm, to zły znak. Coś mi się wydaje, że nie czeka cię dłu­gie, szczę­śliwe mał­żeń­stwo z Erniem”. – Znowu się roze­śmiała. – Był mało­mów­nym, zamy­ślo­nym mło­dym męż­czy­zną, a matka nie była przy­zwy­cza­jona do takich face­tów. Jeśli chłop jej nie kry­ty­ko­wał, nie wie­działa, jak do takiego podejść.

Popro­si­łem, żeby opo­wie­działa mi wię­cej o Erniem i ich wspól­nym życiu. Było cięż­kie, doku­czała im bieda, ale szybko stało się dla mnie jasne, że tę parę połą­czyło coś głęb­szego niż tylko przy­sięga przed ołta­rzem. Zazdro­ści­łem im dzieci. Nie umia­łem sobie wyobra­zić, jak musi się czuć dziecko mające kocha­ją­cych się rodzi­ców.

Sie­dzia­łem na ławce obok, gawę­dząc z panią Hegarty, dopóki nie zawo­łała mnie pie­lę­gniarka.

– Wszę­dzie pana szu­ka­li­śmy – zru­gała mnie, kiedy kie­ro­wa­li­śmy się do budynku.

– Prze­ka­zy­wa­łem pani Hegarty wia­do­mość, że jej mąż zmarł.

– Tak długo? – wyrzu­ciła z sie­bie poiry­to­wana kobieta.

No wła­śnie, ile to powinno potrwać? Ile czasu powin­ni­śmy spę­dzić z dru­gim czło­wie­kiem w tak klu­czo­wym i trud­nym momen­cie jego życia? Wyglą­dało na to, że kiedy czło­wiek pra­co­wał w peł­nym pacjen­tów szpi­talu pań­stwo­wym, w ogóle nie powi­nien trwo­nić czasu na takie rze­czy.

– Oddział pęka w szwach. Musi pan wypi­sać czte­rech pacjen­tów do domu, bo na SOR-ze czeka już na przy­ję­cie co naj­mniej sze­ściu. Wśród nich kobieta po pró­bie samo­bój­czej. Boże jedyny, co ona zro­biła ze swo­imi nad­garst­kami!

Moja matka czę­sto gro­ziła, że ze sobą skoń­czy. Nie bra­ko­wało jej hartu ducha i deter­mi­na­cji, ale jed­no­cze­śnie, odkąd zaczą­łem naukę w pod­sta­wówce, czę­sto przed wyj­ściem do szkoły żegnała mnie sło­wami, że dzi­siaj być może się zabije. W takie dni wra­ca­łem do domu po lek­cjach przy­go­to­wany na to, że znajdę jej zwłoki. Teraz, mimo że byłem trzy­dzie­sto­let­nim męż­czy­zną, takie groźby na­dal budziły mój nie­po­kój i ile­kroć matka dzwo­niła w kiep­skim nastroju, pako­wa­łem się i spie­szy­łem na pół­noc kraju. Jako dziecko mogłem jedy­nie mil­cząco przy­glą­dać się jej cier­pie­niu. Teraz, będąc leka­rzem, uwa­ża­łem, że oso­bie zma­ga­ją­cej się z myślami samo­bój­czymi naj­le­piej pomoże roz­mowa.

Zasta­na­wia­łem się, ile czasu będę mógł poświę­cić pacjentce z pod­cię­tymi żyłami. Wystar­czył rzut oka na pie­lę­gniarkę, która masze­ro­wała obok mnie z zaci­śnię­tymi zębami i pię­ściami, bym domy­ślił się odpo­wie­dzi. Nic dziw­nego, że pra­cu­jąca pod cią­głą pre­sją kobieta była wście­kła na leka­rza, który mar­nuje czas. Było jasne, że nikt nie pozwoli mi na roz­mowy z pacjen­tami ani dzi­siaj, ani żad­nego innego dnia. Ocze­ki­wano, że prze­pi­szę lekar­stwo i natych­miast zajmę się kolej­nym pro­ble­mem.

W rezul­ta­cie zaj­mo­wa­nie się pacjen­tami na oddziale przy­po­mi­nało pracę na taśmie pro­duk­cyj­nej. Zba­dać, podać lek i następny. Zba­dać, podać lek i następny…

Tam­ten dyżur uświa­do­mił mi, jaką drogą powi­nie­nem podą­żyć w swoim życiu zawo­do­wym. Zro­zu­mia­łem, że pra­gnę spę­dzać czas z pacjen­tami. Chcia­łem ich słu­chać. Chcia­łem, żeby opo­wia­dali mi o sobie. Chcia­łem spra­wić, że z nadzieją spoj­rzą w przy­szłość i zaczną wieść szczę­śliw­sze życie. Zda­wa­łem sobie sprawę, że zdro­wie psy­chiczne jest rów­nie istotne jak zdro­wie fizyczne. Pra­gną­łem zostać psy­chia­trą. Natu­ral­nie!

4. Petra i zaburzenie dwubiegunowe

4

Petra i zabu­rze­nie dwu­bie­gu­nowe

Udało mi się dostać na prak­tyki do naj­lep­szego w Lon­dy­nie, a być może i w całej Wiel­kiej Bry­ta­nii, szpi­tala psy­chia­trycz­nego. Nagle zna­la­złem się wśród pacjen­tów, z któ­rych każdy miał zupeł­nie inny spo­sób postrze­ga­nia i inter­pre­to­wa­nia świata. Kiedy pra­co­wa­łem jako lekarz zastęp­czy, żało­wa­łem, że nie mogę spo­koj­nie poroz­ma­wiać z kobietą po pró­bie samo­bój­czej. Za to teraz, w tej wiel­kiej i tęt­nią­cej życiem pla­cówce, mia­łem takich pacjen­tów pod dostat­kiem, a każdy z nich miał wła­sne nie­po­wta­rzalne potrzeby i pro­blemy.

Na wcze­snym eta­pie prak­tyk pozna­łem Gre­gory’ego. Pierw­szy raz usły­sza­łem o nim na obcho­dzie, nie­długo po tym, jak został wbrew swo­jej woli przy­jęty do szpi­tala.

– W przy­padku tego pacjenta ist­nieje bar­dzo wyso­kie ryzyko samo­bój­stwa – poin­for­mo­wał mnie lekarz. – Nie­wiele bra­ko­wało, a by mu się udało. To ewi­dent­nie typ psy­cho­tyczny. Bez prze­rwy opo­wiada, że poka­zują go w tele­wi­zji. Ma to rze­komo zwią­zek z jakimś biz­ne­sem, który zakoń­czył się kolo­salną klapą. Sło­wem, typowe uro­je­nia psy­cho­tyka. Twier­dzi, że na sku­tek tej plajty ucier­piały setki ludzi. Z tego powodu miał też się roz­paść jego zwią­zek. Co prawda nie utrzy­muje, że był part­ne­rem Beyoncé, ale nie­zbyt bym się zdzi­wił, gdy­bym coś takiego od niego usły­szał. Ta kata­strofa, poka­zy­wana w tele­wi­zji, stała się z jego winy. I tak dalej, i tak dalej.

Prak­ty­kanci poki­wali ze zro­zu­mie­niem gło­wami. Tak, ten pacjent na pewno cier­piał na psy­chozę.

Psy­choza to stan bycia odłą­czo­nym od ota­cza­ją­cej nas rze­czy­wi­sto­ści. Kiedy na numer alar­mowy dzwoni osoba bez wie­dzy psy­chia­trycz­nej i mówi, że ktoś osza­lał, zazwy­czaj ozna­cza to, iż będziemy mieć do czy­nie­nia z pacjen­tem psy­cho­tycz­nym. To zabu­rze­nie może przy­bie­rać różne formy: sły­sze­nie gło­sów, przy­wi­dze­nia, uro­je­nia, wiara w ist­nie­nie alter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści. Czę­sto osoba w sta­nie psy­cho­tycz­nym opo­wiada nie­stwo­rzone histo­rie; o tym, że jest sławna i wystę­puje w mediach, o waż­nych wyda­rze­niach, w któ­rych rze­komo brała udział wspól­nie z cele­bry­tami i zna­nymi poli­ty­kami. W jej wypo­wie­dziach czę­sto prze­wi­jają się takie słowa jak „kata­strofa” czy „kolo­salny”. Tak, wszystko się zga­dzało. Gre­gory nie­wąt­pli­wie był psy­cho­ty­kiem.

Moment prze­ło­mowy nastą­pił, kiedy w końcu go zoba­czy­łem. Już w pierw­szej chwili wydał mi się zna­jomy.

– On mówi prawdę – oznaj­mi­łem leka­rzowi.

Popa­trzył na mnie z prze­ra­że­niem.

– W tele­wi­zji naprawdę poka­zy­wali poświę­cony mu pro­gram. Wiem, bo go oglą­da­łem. Facet był wła­ści­cie­lem ogrom­nej firmy trans­por­to­wej i w pew­nym momen­cie dwa z jego kon­te­ne­row­ców zato­nęły. Wielu człon­ków załogi stra­ciło życie. Noto­wa­nia przed­się­bior­stwa na gieł­dzie runęły. Nastą­piły masowe zwol­nie­nia, wielu ludzi wylą­do­wało na bruku. Sprawę oma­wiano nawet w par­la­men­cie. O ile dobrze pamię­tam, w jej kon­tek­ście sporo się mówiło o zanie­dba­niach i kor­po­ra­cyj­nym zabój­stwie…

Lekarz uniósł wysoko brwi. Pozo­stali prak­ty­kanci spo­glą­dali po sobie. W naszym fachu z góry zakła­da­li­śmy, że tego rodzaju histo­rie nie mogą być praw­dziwe.

To zmie­niało wszystko, ponie­waż ozna­czało, że musimy posta­wić sobie pyta­nie: skoro Gre­gory wcale nie był psy­cho­ty­kiem, a jedy­nie oka­zy­wał uza­sad­nioną reak­cję na auten­tyczną kata­strofę, jaka miała miej­sce w jego życiu, czy w ogóle mie­li­śmy prawo trzy­mać go w szpi­talu wbrew jego woli? Jeżeli męż­czy­zna ten, powo­do­wany racjo­nal­nymi prze­słan­kami, pod­jął decy­zję o ode­bra­niu sobie życia, czy powin­ni­śmy inter­we­nio­wać? Może nale­ża­łoby raczej pozwo­lić, żeby ze sobą skoń­czył?

Natu­ral­nie jako leka­rze instynk­tow­nie dąży­li­śmy do prze­dłu­że­nia jego życia. Zara­zem jed­nak powin­ni­śmy usza­no­wać wolę pacjenta: a jeśli racjo­nal­nie myślący czło­wiek posta­na­wia umrzeć, czy mamy prawo trzy­mać go pod klu­czem w szpi­talu? Mnie oso­bi­ście sytu­acje, w któ­rych pozba­wiamy kogoś prawa decy­do­wa­nia o sobie, wydają się bar­dzo pro­ble­ma­tyczne i budzące sprze­ciw. Jed­no­cze­śnie jed­nak dostrze­ga­łem, jak bar­dzo ten czło­wiek cier­piał, i pra­gną­łem mu pomóc.

Była to nie­zwy­kle deli­katna sytu­acja, ale osta­tecz­nie posta­no­wi­li­śmy, że – pomimo pro­te­stów Gre­gory’ego – zatrzy­mamy go w szpi­talu. Mie­li­śmy świa­do­mość, że jeśli, dzia­ła­jąc dwu­to­rowo – z jed­nej strony far­ma­ko­te­ra­pią, z dru­giej uważną komu­ni­ka­cją z pacjen­tem – zapew­nimy mu sto­sowne wspar­cie w okre­sie naj­więk­szego nasi­le­nia impul­sów samo­bój­czych, jest duża szansa, że chęć ode­bra­nia sobie życia minie. Jak uczyły nas doświad­cze­nia z wie­loma wcze­śniej­szymi pacjen­tami, w wielu przy­pad­kach taka stra­te­gia przy­no­siła dobre rezul­taty. Zatrzy­ma­nie pacjenta wbrew jego woli w szpi­talu podyk­to­wane było chę­cią udzie­le­nia mu pomocy w naj­trud­niej­szym dla niego okre­sie i spra­wie­nia, że wycho­dząc do domu, będzie w lep­szym sta­nie psy­chicz­nym. Takie osoby po wypi­sa­niu ze szpi­tala tra­fiały pod opiekę lokal­nych ośrod­ków pomocy psy­cho­lo­gicz­nej i psy­chia­trycz­nej, które miały udzie­lić im holi­stycz­nej pomocy w roz­wią­zy­wa­niu pro­ble­mów. Pacjenci mogli – pod warun­kiem że wyrażą taką chęć – roz­po­cząć pro­ces pozna­wa­nia swo­jej psy­chiki i ucze­nia się, która jej część odpo­wie­dzialna była za dąże­nie do śmierci, a także z jakiego powodu. Na koniec odkry­wali inne moż­liwe roz­wią­za­nia swo­ich pro­ble­mów.

Gre­gory pozo­stał więc na oddziale, co wzbu­dziło w nim opór. Z początku jego stan się nie zmie­niał. Mijały kolejne dni, a on pozo­sta­wał wyco­fany. Było jasne, że na­dal nie widzi sensu w dal­szym życiu i popełni samo­bój­stwo, kiedy tylko wypu­ścimy go ze szpi­tala. Tak mijały dni, tygo­dnie. Zaczę­li­śmy się zasta­na­wiać, jak długo możemy to cią­gnąć, zwłasz­cza że na przy­ję­cie na oddział cze­kała długa kolejka innych pacjen­tów.

W końcu, począt­kowo bar­dzo powoli, coś zaczęło się zmie­niać, jakby Gre­gory nabie­rał sił. W miarę jak roz­ma­wia­li­śmy z nim i leczy­li­śmy go – nie na psy­chozę, lecz na depre­sję – jego despe­rac­kie pra­gnie­nie śmierci sta­wało się coraz mniej doj­mu­jące. Wresz­cie, gdy odzy­skał nadzieję, został wypi­sany ze szpi­tala i oddany pod opiekę lokal­nego zespołu opieki psy­cho­lo­gicz­nej. Pod­su­mo­wu­jąc, zatrzy­ma­li­śmy go w szpi­talu wbrew jego woli i w ten spo­sób ura­to­wa­li­śmy mu życie.

Jest wiele spo­so­bów na samo­bój­stwo i na prze­strzeni kilku kolej­nych lat prze­ko­na­łem się, że osoby roz­wa­ża­jące taki krok potra­fią być bar­dzo pomy­słowe. Osoba po nie­uda­nej pró­bie samo­bój­czej tra­fiała naj­pierw na SOR. U nas, na oddziale psy­chia­trycz­nym, mogła się zna­leźć dopiero, gdy jej stan fizyczny uznano za sta­bilny. Było to oczy­wi­ście zro­zu­miałe: w pierw­szej kolej­no­ści nale­żało zająć się wszel­kimi ura­zami fizycz­nymi, jakie zadał sobie pacjent, na przy­kład uszko­dze­niami serca, żołądka czy szyi, ranami, opa­rze­niami lub zła­ma­niami.

– Witaj, Petro – przy­wi­ta­łem się, wcho­dząc do pokoju przy SOR-ze, gdzie kobieta ocze­ki­wała na decy­zję o prze­nie­sie­niu na oddział psy­chia­tryczny. – Nazy­wam się dok­tor Har­ding. Opo­wiedz, jak to się stało, że tu tra­fi­łaś.

Petra była kobietą około pięć­dzie­siątki. Miała siwe, się­ga­jące za ramiona włosy, któ­rych chyba dawno nie pod­ci­nała, sądząc po tym, jak się ukła­dały. Wyra­zi­ste rysy, być może kie­dyś regu­larne, teraz były tak asy­me­tryczne, że jej twarz przy­po­mi­nała rysu­nek wyko­nany przez małe dziecko.

Nie unio­sła na mnie spoj­rze­nia, ja jed­nak uważ­nie przy­pa­try­wa­łem się jej twa­rzy. Nauczy­łem się już roz­po­zna­wać, jaki wyraz zna­mio­nuje osobę psy­cho­tyczną: na ich obli­czach malo­wała się nie tyle dez­orien­ta­cja, co zadzi­wie­nie, nie­do­wie­rza­nie, że to, w jaki spo­sób działa świat, nie składa się już w logiczną całość. Nawet jeśli pacjent nie odzywa się ani sło­wem, doświad­czony psy­chia­tra jest w sta­nie zdia­gno­zo­wać u niego psy­chozę wyłącz­nie na pod­sta­wie tej cha­rak­te­ry­stycz­nej, wyra­ża­ją­cej oszo­ło­mie­nie mimiki.

Petra nie odpo­wia­dała. Co prawda nie scho­wała twa­rzy pod koł­drą, ale efekt był podobny. Wąt­pi­łem, czy wydo­będę choćby słowo z tej zamknię­tej w sobie kobiety.

– Prze­glą­da­łem twoje akta. Pró­bo­wa­łaś wpu­ścić spa­liny samo­cho­dowe do zamknię­tego pomiesz­cze­nia, zga­dza się?

Odpo­wie­działa mi cisza. Z doku­men­ta­cji medycz­nej wie­dzia­łem, że kobieta pod­łą­czyła gumowy wąż do rury wyde­cho­wej samo­chodu, a jego drugi koniec wsu­nęła przez okno do domu.

– Nawdy­cha­nie się tlenku węgla może wywo­łać paskudne bóle głowy. Mam nadzieję, że czu­jesz się już lepiej.

Mil­cze­nie.

– Petro, wiem, że zdia­gno­zo­wano u cie­bie zabu­rze­nie dwu­bie­gu­nowe. Domy­ślam się, że musiało być z tobą naprawdę kiep­sko. I zasta­na­wiam się, czy dobra­li­śmy ci odpo­wied­nie lekar­stwa. Liczę, że się zgo­dzisz, byśmy przy­jęli cię na oddział psy­chia­tryczny. Będziemy mogli wtedy spraw­dzić, które leki naj­le­piej ci służą. Może zechcesz mi opo­wie­dzieć, jak się ostat­nio czu­jesz?

Zabu­rze­nie dwu­bie­gu­nowe – w żar­go­nie psy­chia­trycz­nym okre­ślane skró­towo dwu­bie­gu­nówką – ma to do sie­bie, że trudno jest dobrać wła­ściwe lecze­nie, ponie­waż chory waha­dłowo prze­cho­dzi od manii, a nie­kiedy wręcz eufo­rii, do skraj­nego przy­gnę­bie­nia i depre­sji. Oczy­wi­ście w okre­sie, gdy znaj­duje się na tym dru­gim, depre­syj­nym końcu skali, pomocne bywają leki prze­ciw­de­pre­syjne. Jed­nak gdy waha­dło wychyla się w stronę prze­ciwną, te same środki, które jesz­cze przed chwilą poma­gały, mogą przy­nieść sku­tek odwrotny do zamie­rzo­nego i wywo­łać u cho­rego nie­bez­pieczny stan manii.

Wresz­cie spro­wo­ko­wa­łem Petrę, by się ode­zwała. Na­dal na mnie nie patrzyła, ale przy­naj­mniej wypo­wie­działa sta­now­czym tonem jedno słowo:

– Nie.

– Nie chcesz, żeby­śmy zmie­nili ci leki?

– Chcę wró­cić do domu.

– Petro, uwa­żam, że lepiej będzie, jeśli przez jakiś czas pozo­sta­niesz tutaj pod naszą opieką.

– Nie, nie. Chcę do domu. Muszę wró­cić, muszę wró­cić do domu. – Słowa te wypo­wie­działa pozba­wio­nym emo­cji gło­sem. Wyczu­wa­łem jed­nak, że pod nimi skrywa się silna deter­mi­na­cja.

Spró­bo­wa­łem prze­mó­wić kobie­cie do roz­sądku.

– Na razie chyba nic się nie zmie­niło w twoim sta­nie, prawda? Na­dal czu­jesz się tak samo jak wtedy, kiedy tar­gnę­łaś się na swoje życie. Jakie jest ryzyko, że zro­bisz to ponow­nie?

Nie od razu odpo­wie­działa. Jej pozba­wione wyrazu, mar­twe spoj­rze­nie błą­dziło po leżą­cym obok niej szpi­tal­nym kocu.

– Chcę umrzeć – powie­działa w końcu. – Nie macie prawa mnie powstrzy­mać.

Wes­tchną­łem ciężko. Wkra­cza­li­śmy na grzą­ski grunt.

– Nie uwa­żasz, że spę­dze­nie tu z nami dłuż­szego czasu mogłoby ci wyjść na dobre? – Mówiąc to, wsłu­chi­wa­łem się w swój głos. Sta­ra­łem się, by brzmiał ser­decz­nie i pew­nie. – Wów­czas przy­naj­mniej mogli­by­śmy o tym spo­koj­nie poroz­ma­wiać.

– Nie.

Byłem prze­ko­nany, że jeśli wypu­ścimy ją do domu, znowu podej­mie próbę samo­bój­czą. Jed­nak czy miała rację, kiedy stwier­dziła, że nie mamy prawa jej powstrzy­mać? W rze­czy­wi­sto­ści mie­li­śmy takie prawo, o ile uzna­li­śmy na pod­sta­wie obser­wa­cji pacjenta, że stan umy­słowy nie pozwala mu na pod­ję­cie racjo­nal­nej decy­zji w tak klu­czo­wej spra­wie. W przy­padku Petry, jako że moim zda­niem cier­piała na psy­chozę, uzna­łem, że decy­zja o ode­bra­niu sobie życia siłą rze­czy nie może opie­rać się na racjo­nal­nych prze­słan­kach.

Skon­sul­to­wa­łem sprawę z innymi leka­rzami i wszy­scy się ze mną zgo­dzili. W ten spo­sób, wbrew wszyst­kim wąt­pli­wo­ściom, oba­wom i złym prze­czu­ciom, Petra stała się pierw­szą pacjentką w mojej karie­rze, którą zatrzy­ma­łem w szpi­talu na mocy Ustawy o zdro­wiu psy­chicz­nym. Decy­zja wymaga zgody trzech spe­cja­li­stów zdro­wia psy­chicz­nego, w tym dwóch leka­rzy, któ­rzy stwier­dzą, że ich zda­niem zatrzy­ma­nie pacjenta jest konieczne ze względu na zagro­że­nia życia jego lub innych.

Czu­łem się naprawdę paskud­nie, zamy­ka­jąc Petrę na oddziale wbrew jej woli.

– Kla­wisz! – wysy­czała. Jej asy­me­tryczną twarz wykrzy­wił nie­na­wistny gry­mas.

Po paru dniach psy­choza minęła, a depre­sja zelżała i kobieta stała się bar­dziej otwarta i odprę­żona. Sta­ra­łem się spę­dzać z nią moż­li­wie jak naj­wię­cej czasu. W trak­cie tych spo­tkań Petra chęt­nie ze mną gawę­dziła. Widzia­łem, że nasze roz­mowy spra­wiają jej przy­jem­ność. Ponie­waż jed­nak byłem w tam­tym cza­sie bar­dzo zajęty, popro­si­łem pra­cu­ją­cego na oddziale psy­cho­te­ra­peutę, by mnie zastą­pił. Z doświad­cze­nia wie­dzia­łem, że współ­praca z psy­cho­te­ra­peutą przy­nosi świetne efekty. Narzę­dzia psy­chia­try i psy­cho­loga zasto­so­wane razem bywają bar­dzo sku­teczne w lecze­niu pacjen­tów.

Tu wypada wspo­mnieć, że jedy­nie psy­chia­trzy mają prawo prze­pi­sy­wać leki. Gene­ral­nie rzecz bio­rąc, psy­cho­te­ra­peuci nie mają nie­zbęd­nych kwa­li­fi­ka­cji do dia­gno­zo­wa­nia i lecze­nia cho­rób w taki sam spo­sób, jak robimy to my. Wno­szą za to umie­jęt­ność holi­stycz­nego podej­ścia do pacjenta, a włą­cza­jąc się w pro­ces jego lecze­nia, wyko­nują nie­zwy­kle cenną pracę tera­peu­tyczną. I dokład­nie tego w moim odczu­ciu potrze­bo­wała wów­czas Petra. Nie­stety oka­zało się, że żaden psy­cho­log nie ma czasu.

Kiedy tylko było to moż­liwe, sta­ra­łem się sto­so­wać w lecze­niu cho­rych metody psy­cho­te­ra­pii. Dla­tego i tym razem posta­no­wi­łem, że spró­buję wygo­spo­da­ro­wać czas, żeby kon­ty­nu­ować moje roz­mowy z Petrą.

Dowie­dzia­łem się od niej, że dzie­ciń­stwo upły­nęło jej w dostatku. Rodzina posia­dała duży dom w Rich­mond. Sie­lankę mącił fakt, że rodzice prze­ja­wiali pro­ble­ma­tyczne zacho­wa­nia. Wspól­nie z Petrą usta­li­li­śmy jed­nak, że żadne z nich nie mie­wało epi­zo­dów psy­cho­tycz­nych, lecz oboje cier­pieli na ostrą formę depre­sji.

– Kiedy po raz pierw­szy zdia­gno­zo­wano u cie­bie cho­robę psy­chiczną?

– Mia­łam parę trud­niej­szych momen­tów przed trzy­dziestką. Ale taki pierw­szy poważny epi­zod wystą­pił, gdy byłam mniej wię­cej w tym wieku co pan. Mia­łam trzy­dzie­ści dwa lata. Od tam­tego czasu nie prze­pra­co­wa­łam ani dnia.

Petra zaj­mo­wała miesz­ka­nie socjalne. W budynku urzę­do­wał dozorca – to on usły­szał war­kot sil­nika, zauwa­żył wąż pocią­gnięty do okna i zare­ago­wał, nim tle­nek węgla poczy­nił nie­od­wra­calne szkody w orga­ni­zmie Petry.

– Jaką pracę wyko­ny­wa­łaś wcze­śniej?

– Byłam zastęp­czy­nią redak­tora naczel­nego w cza­so­pi­śmie.

Tu padła nazwa zna­nego pisma dla kobiet, sły­ną­cego z publi­ko­wa­nia modo­wych foto­sów, na któ­rych topowe modelki pre­zen­tują kosmicz­nie dro­gie kre­acje. Spró­bo­wa­łem wyobra­zić sobie tamtą Petrę – kobietę, która codzien­nie udaje się do pracy z modną fry­zurą i nie­na­gan­nym maki­ja­żem. Dowie­dzia­łem się, że do jej zadań nale­żało zle­ca­nie arty­ku­łów i znaj­do­wa­nie foto­gra­fów. Petra podała też nazwi­ska kil­korga cele­bry­tów, z któ­rymi oso­bi­ście prze­pro­wa­dzała wywiady. Szcze­gó­ło­wość infor­ma­cji, jakie mi prze­ka­zała, pozwa­lała zało­żyć, że mówi prawdę. Trudno było mi połą­czyć w wyobraźni Petrę, o któ­rej mi opo­wia­dała, z kobietą, którą zna­łem teraz. Cho­roba psy­chiczna zabrała jej tak wiele. W dodatku zabu­rze­nie dwu­bie­gu­nowe jest scho­rze­niem prze­wle­kłym i nie­ule­czal­nym. To z tego powodu Petra chciała się zabić.

Wpraw­dzie doga­dy­wa­li­śmy się coraz lepiej, lecz w fun­da­men­tal­nej kwe­stii na­dal nie mogli­śmy się zgo­dzić. Petra chciała wró­cić do domu i popeł­nić samo­bój­stwo, a ja wola­łem, żeby została w szpi­talu.

Liczy­łem, że zdo­łamy usta­bi­li­zo­wać jej stan psy­chiczny na tyle, by odzy­skała poczu­cie sensu życia. Zda­wa­łem sobie przy tym sprawę, że ryzyko kolej­nej próby wzro­śnie, a w każ­dym razie ule­gnie zmia­nie, gdy jej depre­sja, zgod­nie z zasadą dzia­ła­nia cho­roby, prze­kształci się w manię. W sta­nie mania­kal­nym kobieta będzie prze­ja­wiać inne zacho­wa­nia, jed­nak będą one nie mniej ryzy­kowne od tych, któ­rym się odda­wała, będąc w skraj­nej depre­sji. Bar­dzo zale­żało mi na tym, żeby nie wra­cała do domu, dopóki nie poczuje się bez­piecz­nie i nie dostrzeże, że świat wcale nie jest takim okrop­nym, pozba­wio­nym nadziei miej­scem. Co prawda głos racjo­na­li­sty w mojej gło­wie pytał, za kogo się uwa­żam, by decy­do­wać za drugą osobę, kiedy jej życie jest zno­śne, a kiedy nie, ale sta­ra­łem się igno­ro­wać te pod­szepty.

Wytłu­ma­czy­łem Petrze, co jej grozi i przed czym chcę ją uchro­nić. Poki­wała głową, jakby się ze mną zga­dzała. Koniec koń­ców jed­nak zwró­ciła się do Komi­sji Odwo­ław­czej ds. Oceny Zdro­wia Psy­chicz­nego w nadziei, że ta uchyli moją decy­zję i pozwoli jej wró­cić do domu.

Komi­sja jest orga­nem nie­za­leż­nym. Składa się z trzech człon­ków, któ­rzy prze­pro­wa­dzają wywiady ze wszyst­kimi oso­bami zaan­ga­żo­wa­nymi w spór – to zna­czy z pacjen­tem, leka­rzami, pie­lę­gniar­kami, a w nie­któ­rych przy­pad­kach rów­nież krew­nymi cho­rego – i na ich pod­sta­wie podej­mują decy­zję o ewen­tu­al­nym zwol­nie­niu pacjenta. Komi­sja przy­po­mina sąd i two­rzy pre­cy­zyjny sys­tem, który przy­daje się w sytu­acjach, gdy ktoś jest trzy­many na oddziale psy­chia­trycz­nym wbrew swo­jej woli.

Pech chciał, że moja pierw­sza w karie­rze pacjentka zatrzy­mana w szpi­talu na mocy Ustawy o zdro­wiu psy­chicz­nym oka­zała się zara­zem pierw­szym przy­pad­kiem, w któ­rym o pro­wa­dzo­nym przeze mnie lecze­niu orze­kała komi­sja odwo­ław­cza. Decy­zję o przy­mu­so­wej hospi­ta­li­za­cji Petry pod­ją­łem z wiel­kim tru­dem. Teraz musia­łem dowo­dzić, że zatrzy­ma­nie jej w szpi­talu jest konieczne, i czu­łem się w tej sytu­acji bar­dzo nie­kom­for­towo. Uwa­ża­łem jed­nak, że Petra powinna pozo­stać na oddziale dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa. Żar­li­wie bro­ni­łem swo­ich racji przed komi­sją, do tego stop­nia, że zapewne wysze­dłem na nie­do­świad­czo­nego i naiw­nego.

– Dok­tor Har­ding nie pozwo­lił mi spo­tkać się z psy­cho­lo­giem – oznaj­miła przed komi­sją Petra, rzu­ca­jąc mi kose spoj­rze­nia. – Lubię roz­ma­wiać z psy­cho­lo­gami. Ale on chciał leczyć mnie sam.

To nie do końca była prawda. Ale tak, zale­żało mi na holi­stycz­nym podej­ściu: chcia­łem oprócz far­ma­ko­te­ra­pii zająć się bar­dziej zło­żo­nymi potrze­bami psy­chicz­nymi pacjentki. O sku­tecz­no­ści takiej dwu­to­ro­wej metody prze­ko­ny­wa­łem się, pra­cu­jąc z innymi pod­opiecz­nymi. Naj­wy­raź­niej jed­nak oskar­że­nie wyto­czone przez Petrę padło na podatny grunt. Człon­ko­wie komi­sji przy­glą­dali mi się chłodno. Jeden z nich chyba nawet potrzą­snął głową z nie­do­wie­rza­niem.

Musia­łem zadać sobie pyta­nie, dla­czego tak bar­dzo zaan­ga­żo­wa­łem się w tę sprawę. Kiedy ana­li­zo­wa­łem inten­sywne emo­cje, które Petra we mnie budziła, wyda­wały mi się bar­dzo zna­jome. Odkąd byłem dziec­kiem, moja matka gro­ziła, że odbie­rze sobie życie, wytwo­rzyła się więc we mnie potrzeba rato­wa­nia jej za wszelką cenę. Ow­szem, obec­nie miała dobrą pracę, wła­sny dom, krąg przy­ja­ciół, ale to nie zmie­niało faktu, że na­dal potra­fiła zadzwo­nić do mnie z samego rana i poin­for­mo­wać, że być może w porze lun­chu będzie już mar­twa. A ja w takich sytu­acjach oczy­wi­ście rzu­ca­łem wszystko i pędzi­łem ją rato­wać. Czy teraz zadzia­łał ten sam mecha­nizm i po pro­stu zare­ago­wa­łem iden­tycz­nie na Petrę?

Sta­ra­łem się zacho­wać zawo­dowy dystans, lecz mimo woli dostrze­ga­łem wyraź­nie, że Petra wycho­dzi z depre­sji i wkra­cza w mania­kalną fazę swo­jej cho­roby. Prak­tycz­nie nie prze­sy­piała nocy, bie­gała po oddziale, wda­wała się ze wszyst­kimi w roz­mowy, skła­dała jakieś nie­do­rzeczne dekla­ra­cje. U nie­któ­rych osób faza mania­kalna obja­wia się nad­mierną wspa­nia­ło­myśl­no­ścią; w przy­padku Petry obja­wiała się obie­cy­wa­niem rze­czy, jakie kupi swoim nowym zna­jo­mym po wyj­ściu ze szpi­tala, pla­no­wa­niem wspa­nia­łej wspól­nej zabawy i wymy­śla­niem miejsc, które razem odwie­dzą.

Nie ule­gało dla mnie wąt­pli­wo­ści, że powin­ni­śmy ją chro­nić przed kon­se­kwen­cjami kolej­nej, poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nej zmiany nastroju.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki