Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Skoro nawet dziecko potrafi zabić, czy to oznacza, że istnieją urodzeni mordercy?
Jako psychiatra sądowy Duncan Harding pracował nie tylko z seryjnymi mordercami i psychopatami, lecz także z pozornie niewinnymi dziećmi i nastolatkami. Wszyscy oni popełnili okrutne, sadystyczne zbrodnie. Zadaniem Hardinga było ocenić stan psychiczny oskarżonych i zrozumieć ich motywacje. Dlaczego dwunastoletni chłopiec podpalił twarz swojego kolegi? Czy nieśmiały nastolatek naprawdę słyszał głosy, które kazały mu zabić? A co kierowało dziewczyną, która pewnego dnia doszczętnie spaliła swój rodzinny dom? Czy osoby, które dopuściły się takich czynów, mają jeszcze szansę wyjść na prostą?
W tej książce Harding dzieli się z czytelnikami sprawami, o których nie umie zapomnieć, a zaglądając do umysłu przestępców i zbrodniarzy – zarówno dorosłych, jak i młodocianych – dociera do źródeł najmroczniejszych skłonności człowieka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 450
Data ważności licencji: 12/19/2029
Za sprawą pracy, jaką wykonuję, na co dzień przyglądam się nie tylko pacjentom, ale też ich krewnym, a także kondycji ludzkiej jako takiej. Uważam tę możliwość za wielki i wyjątkowy przywilej. Niniejsza książka to zbiór moich przemyśleń i opinii na tematy zawodowe jako psychiatry sądowego. Ponieważ w tej profesji ochrona prywatności pacjenta ma ogromne znaczenie, zmieniłem kluczowe fakty i szczegóły, aby zapewnić anonimowość osób wymienionych w publikacji. Przywoływane informacje służą wyłącznie jako baza do przedstawienia konkretnych przypadków. Wszelkie zawarte w książce refleksje i opinie należą do mnie. Prezentowane wydarzenia stanowią wypadkową różnorodnych spotkań i doświadczeń – w niektórych przypadkach zmieniłem płeć, wiek, miejsce i okoliczności, żeby ukryć tożsamość przywoływanych osób.
W momencie, gdy piszę te słowa, Wielka Brytania zmaga się z gwałtownym wzrostem liczby przestępstw z użyciem noża i morderstw. Niemal co weekend słyszymy o dzieciach odbierających życie innym dzieciom. Jak doprowadziliśmy do takiej sytuacji? Dlaczego zmarginalizowana młodzież niszczy sobie życie i zabija piękno naszego kruchego i cudownego świata? Czuję się w obowiązku zmierzyć się z tym problemem; opowiedzieć o rozdzierających serce przypadkach i sytuacjach, w nadziei, że pomogę innym zrozumieć, skąd się biorą tak ekstremalne wzorce zachowań.
Decyzję o napisaniu tej książki podjąłem po głębokim namyśle i licznych rozmowach ze starszymi kolegami po fachu. Mam szczerą nadzieję, że nie wyrządzi ona nikomu żadnej krzywdy, ale okaże się użyteczna.
1
Nietypowe zgłoszenie
Dzwonię, żeby zgłosić śmierć. Chodzi o morderstwo.
Głos w słuchawce należał do młodej osoby. Dzwoniący mówił rzeczowym tonem.
– Rozumiem – odparł spokojnie dyspozytor. W żaden sposób nie zdradzał zaskoczenia; pewnie codziennie odbierał tego rodzaju telefony. – Czy wie pan, kim jest ofiara?
– To moja ciotka. Zabiłem ją.
– Jest pan pewien, że nie żyje?
– Tak. Jest naprawdę martwa.
Trudno orzec, który z rozmówców wydawał się bardziej obojętny: Liam, siedemnastolatek dzwoniący pod numer alarmowy, czy dyspozytor.
– Gdzie się pan znajduje?
Odpowiedź padła natychmiast:
– W Linden Grove Country Park.
– Czy to duże miejsce? W której konkretnie części parku?
– Jestem na parkingu przy Okrągłym Stawie. Stoję przy białym Mini Clubmanie.
– To pański samochód?
– Należy do mojej ciotki. Podać numer rejestracyjny?
– Tak, poproszę.
Liam podyktował numer. Następnie usłużnie dodał:
– Ma oznaczenie „L”. Ciotka uczyła mnie prowadzić.
– Gdzie znajduje się teraz pańska ciotka?
– W stawie.
Dyspozytor nadal zachowywał spokój, jakby ta wiadomość nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Ludzie wykonujący taką pracę zapewne są szkoleni, by powstrzymywać się od wszelkich emocjonalnych reakcji. Rozejrzałem się po sali rozpraw – ławnicy, w przeciwieństwie do dyspozytora, byli rozemocjonowani. Na twarzach niektórych malowało się zaskoczenie, inni poruszali się niespokojnie w ławkach albo przeciwnie, zamarli bez ruchu. Przysłuchiwali się w napięciu, jak Liam posłusznie podaje dyspozytorowi imię, nazwisko i adres zamieszkania swojej ciotki.
– Proszę się nie rozłączać, dopóki na miejsce nie przybędą służby.
– Zaczekam przy samochodzie. Kiedy już tu będą, pokażę im, jak dostać się do stawu – zaoferował skory do pomocy chłopak.
– Policja i karetka pogotowia są już w drodze. Za szesnaście minut powinny być u pana.
– Karetka nie będzie potrzebna. Ale i tak dzięki, kolego.
Kiedy nagranie dobiegło końca, na sali zapadła cisza. Prokurator dla wzmocnienia efektu również przez dłuższą chwilę nie zabierał głosu, udając, że w wielkim skupieniu przegląda jakieś papiery. W końcu uniósł wzrok i skierował go prosto na mnie.
– Doktorze Harding, jest pan biegłym zarówno w dziedzinie psychiatrii sądowej, jak i psychiatrii dzieci i młodzieży. Cieszy się pan opinią eksperta. Jest pan również kierownikiem Sądowej Poradni Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży w Londynie. Czy biorąc pod uwagę pańskie doświadczenie zawodowe, byłby pan skłonny stwierdzić, że młody człowiek, którego przed chwilą wysłuchaliśmy, wykazywał objawy psychozy? – zapytał.
– Nie zauważyłem żadnych ewidentnych oznak świadczących o psychozie – odparłem.
– Czy może pan wyjaśnić, jak doszedł do tego wniosku?
– Gdyby Liam przeżywał epizod psychotyczny, wypowiadałby się bardziej chaotycznie, co byłoby skutkiem zaburzeń myślenia. Owszem, zdarza się, że zmiany w sposobie mówienia bywają dość subtelne. Obrona jednak twierdzi, jakoby Liam przeżywał epizod psychotyczny tuż przed przeprowadzeniem tej rozmowy, w dodatku tak nasilony, że aż prowadzący do morderstwa; a w takiej sytuacji spodziewałbym się, że na nagraniu znajdą się wyraźne symptomy takiego stanu.
– Chce pan powiedzieć, że sposób, w jaki Liam się wypowiadał, nie wskazuje na zaburzenia psychotyczne?
– Wskazuje na coś wręcz odwrotnego: mężczyzna, którego słyszymy na nagraniu, wypowiada się w sposób klarowny i zwięzły. Chwilę wcześniej jego ciotka umarła, a mimo to on zachowuje spokój i potrafi prowadzić rozmowę telefoniczną. To moim zdaniem wyklucza scenariusz, w którym kilka minut wcześniej przeżywałby silny epizod psychotyczny.
– Jak zatem mógłby się zachowywać taki człowiek?
– To zależy. Niekiedy psychoza manifestuje się w oczywisty sposób: osoba doświadczająca omamów może wykazywać zaburzenia mowy i myślenia lub przejawiać zachowania paranoiczne czy podejrzliwe. Zdarzają się sytuacje, gdy chory okazuje lękliwość. Czasami jednak psychoza ma łagodniejszy przebieg. Wówczas najczęściej mamy do czynienia z nadmierną podejrzliwością, splątaniem i urojeniami, a zatem objawami, które nie muszą być tak wyraźnie widoczne w sposobie mówienia.
Prokurator pokiwał głową.
– Czy słyszał pan takie objawy na nagraniu?
– Nie. Kluczowy jest kontekst: musimy pamiętać, że chwilę wcześniej ciotka Liama została zabita. Oczywiście biorę pod uwagę również inne materiały dowodowe, takie jak nagrania z kamer nasobnych oraz ocenę stanu psychicznego Liama dokonaną wkrótce po przeprowadzeniu rozmowy z nagrania. Gdyby zabójstwo było dokonane przez osobę w stanie psychozy, należałoby się spodziewać, że sprawca będzie manifestować jakieś objawy psychozy. W wypowiedziach podsądnego nie dopatrzyłem się żadnych ewidentnych oznak zaburzeń mowy ani myśli, podejrzliwości czy paranoi. Przykładowo, gdyby Liam cierpiał na paranoję, mógłby zataić przed dyspozytorem niektóre informacje, o których podanie został poproszony.
– Uważa pan, że oskarżony niczego nie zatajał?
– W trakcie tej rozmowy w ogóle nie zachowywał się tajemniczo czy ostrożnie. Wydaje się, że w wyobraźni przygotował się już na przybycie na miejsce policji. Stał przy samochodzie, żeby pokierować policjantów do stawu. Podyktował rozmówcy numer rejestracyjny auta ciotki, w dodatku poinformował, że jest ono oznaczone znakiem L, żeby policjanci mogli łatwiej je rozpoznać. Na prośbę dyspozytora bez wahania podał imię i nazwisko, a także adres zamieszkania denatki. Na koniec podziękował dyspozytorowi za okazaną pomoc i zwrócił się do niego w przyjacielski sposób, per „kolego”. Jego ciotka zginęła chwilę wcześniej, ale w mojej opinii nie zdradzał żadnych oznak psychozy.
Liam udusił pannę Swinney, po czym wrzucił jej ciało do stawu. To nie podlegało żadnej dyskusji, zresztą chłopak dobrowolnie przyznał, że to zrobił. Zadaniem ławy przysięgłych nie było orzec, czy jest winny, ale rozstrzygnąć o jego poczytalności.
Wyrok za zabójstwo w warunkach ograniczonej poczytalności, do którego dążyła obrona, oznaczałby, że Liam nie zamierzał zabić ciotki, ale zrobił to z powodu swojego zaburzenia, co znacząco ograniczyłoby jego odpowiedzialność karną. Oprócz tego prognoza kryminologiczna Liama zostałaby powiązana z jego chorobą psychiczną – czyli dopóki chłopak byłby poddawany leczeniu, prawdopodobieństwo, że zabije kogoś w przyszłości, uznawano by za zmniejszone. Najpewniej czekałoby go kilkuletnie leczenie szpitalne, po którego zakończeniu wróciłby do domu i prowadziłby normalne życie, tak jakby wcale własnymi rękami nie udusił krewnej.
Biegłym psychiatrą powołanym przez obronę był doktor Graf. Obaj przeprowadziliśmy z Liamem wywiady, jednak doszliśmy na ich podstawie do sprzecznych wniosków. Mój kolega po fachu dowodził, że chłopak nie zamierzał zabić ciotki i był chory psychicznie: w momencie popełniania czynu doświadczał epizodu psychotycznego, który ograniczał jego poczytalność. Graf namiętnie przekonywał ławę przysięgłych do swojego stanowiska przez całą środę i cały czwartek.
Nadszedł piątek i wreszcie przyszła moja kolej na złożenie zeznań.
– Doktorze Harding, nagranie zgłoszenia na numer alarmowy zostało zarejestrowane o godzinie 13.35. Jak wszyscy wiemy, pozwany wykonał ten telefon po zabiciu panny Swinney. Jego zdaniem zrobił to niespełna dziesięć minut po śmierci swojej ciotki. Patolog sądowy potwierdza, że do zgonu mogło dojść w tym czasie. Doktor Graf wyraził pogląd, jakoby podsądny w momencie ataku przeżywał epizod psychotyczny, który potem minął – kontynuował prokurator.
O tak, doktor Graf wyraził ten pogląd – i to nie raz. Wałkował ten temat do znudzenia w trakcie przesłuchania krzyżowego i nie dopuszczał żadnej innej wersji zdarzeń.
– Skoro pańskim zdaniem, doktorze Harding, Liam nie doświadczał psychozy w momencie dzwonienia na numer alarmowy, czy możliwe jest, by był w stanie psychozy dziesięć minut wcześniej, kiedy zaatakował pannę Swinney?
Zanim udzieliłem odpowiedzi, odwróciłem się do ławy przysięgłych. Przed laty mój mentor poradził mi, bym zawsze miał stopy skierowane ku ławnikom, gdy chcę ich przekonać do swoich racji. A ja przez całą karierę słuchałem tej rady.
– Jeśli mówimy o psychozie, która mogłaby skutkować tak gwałtownym aktem agresji… Cóż, moim zdaniem to mało prawdopodobne, by psychoza o tak dużym nasileniu ustąpiła w ciągu dziesięciu minut.
– Zatem uważa pan, że nawet krótkotrwały, przelotny epizod psychotyczny, jakiego u oskarżonego dopatrzył się doktor Graf, nie mógłby ustąpić w dziesięć minut?
– Tak.
Zerknąłem na Liama, jak wielokrotnie robiłem w czasie procesu. Wyglądał młodo, blado, sprawiał wrażenie wycofanego. Był szary, wietrzny zimowy dzień. Trwały ferie; koledzy Liama zapewne spotykali się w swoich domach albo szusowali na nartach po stokach z rodzinami. Szkoła, do której Liam uczęszczał, była bardzo elitarna. Teraz siedział w pomieszczeniu bez okien, samotny, z opuszczoną głową, oddzielony od sędziego i pozostałych osób na sali grubą płytą z pleksiglasu. Członkowie jego rodziny zajęli miejsca niedaleko, ale Liam na nikogo nie patrzył. Momentami widać było, jak trzęsą mu się barki – znak, że płakał. Ale przez większość czasu wcale się nie poruszał. Nie unosił też spojrzenia, nie szukał z nikim kontaktu wzrokowego.
– Mniej więcej godzinę przed zgonem panny Swinney matka, a potem również ojciec oskarżonego rozmawiali z nim przez telefon należący do denatki – powiedział prokurator. – Rodzice zgodnie twierdzą, że podczas tej rozmowy nie zauważyli, by syn wypowiadał się w sposób odbiegający od normy, chaotyczny czy świadczący o paranoi. Zatem jeżeli oskarżony przeżywał psychozę, epizod nie mógł potrwać dłużej niż godzinę i dziesięć minut. Czy to możliwe?
– Bardzo mało prawdopodobne. Psychoza to nie jest stan, który mija ot tak sobie, jak… – zawiesiłem głos, zanim dokończyłem dobitnie – …napad złości. To poważne zaburzenie, zazwyczaj wymagające psychofarmakoterapii. Ale nawet gdyby chory przyjmował odpowiednio dobrane leki i miał wsparcie terapeutyczne, moim zdaniem jest praktycznie niemożliwe, by w tak krótkim czasie psychoza mogła minąć i ustąpić miejsca uporządkowanemu tokowi rozumowania, jaki Liam zaprezentował na odtworzonym przed chwilą nagraniu.
– Czy zgodnie z pańską wiedzą u oskarżonego diagnozowano wcześniej psychozę?
– Nie potwierdza tego dokumentacja medyczna.
– Zatem nigdy w przeszłości nie przepisywano mu leków przeciwpsychotycznych?
– Zgadza się.
– I pańskim zdaniem nagranie jego rozmowy z dyspozytorem wskazuje, że nie przeżywał epizodu psychotycznego?
– Tak. Pragnę również zwrócić państwa uwagę na wypowiedź biegłej, która dokonała oceny psychologicznej oskarżonego wkrótce po tym, jak został zatrzymany i umieszczony w areszcie. Osoba ta jest wyspecjalizowana w wyszukiwaniu wszelkich oznak zaburzeń myślenia i zachowania oraz urojeń paranoicznych, które mogłyby wskazywać, że oskarżony cierpi na psychozę. Biegła nie stwierdziła żadnych tego rodzaju objawów. Stwierdziła coś wręcz odwrotnego. W jej ocenie aresztowany przejawiał cechy przeciwne psychozie: jego zachowanie było uprzejme, spójne, chętnie udzielał odpowiedzi na pytania.
– Po przybyciu do aresztu zatrzymanemu nie podano leków przeciwpsychotycznych, o których wspominał doktor Graf?
– Nie, ponieważ nikt z wyjątkiem doktora Grafa nigdy nie zdiagnozował u Liama psychozy.
Trafiony, zatopiony, doktorze Graf. Zeznawałem aż do godzin popołudniowych, kiedy to sąd zakończył obrady przed weekendową przerwą. Ale nim rozprawa została zamknięta, sędzia wspomniał, że chciałby się dowiedzieć – i, jak zaznaczył, na pewno chcieli tego również przysięgli – dlaczego Liam zabił pannę Swinney, skoro nie kierowała nim psychoza. Z jakiego powodu zrobił to tak nagle, bez żadnego wyraźnego powodu? W dodatku jego ofiarą nie był ktoś obcy, lecz kobieta, która odegrała dużą i bezsprzecznie pozytywną rolę w jego wychowaniu i do której często zwracał się w trudnych momentach.
Było to pytanie, które zadawali sobie wszyscy obecni na sali – adwokaci w białych perukach, sędzia, pracowicie stukający w klawiatury dziennikarze, publiczność w ławkach, najbliżsi Liama, mnący w dłoniach chusteczki higieniczne, protokolanci siedzący prosto, jakby kij połknęli. Pytanie brzmiało: dlaczego? Dlaczego ten chłopak popełnił tak odrażający czyn, skoro nie był wtedy niepoczytalny? Wśród wszystkich zgromadzonych w sądzie tylko jeden człowiek znał odpowiedź na to pytanie. Ale on uparcie milczał.
2
Morderczy uczeń Liam
Oczywiście mnie również nie dawało spokoju pytanie, dlaczego Liam zabił swoją ciotkę. Po wielu latach praktykowania psychiatrii ogólnej skoncentrowałem się na badaniach „umysłu przestępcy” w ramach psychiatrii sądowej, a ostatecznie zrobiłem specjalizację w kierunku psychiatrii sądowej dzieci i młodzieży – to doświadczenie zawodowe pozwalało mi snuć spekulacje na temat tego, co mogło się wydarzyć feralnego dnia między ciotką a jej bratankiem. Domyślałem się, że za atakiem mógł stać cały szereg złożonych emocji, między innymi gniew. To, że na sali rozpraw wspomniałem o napadzie złości, nie było przypadkowe.
Rodzice Liama prowadzili własny biznes. Handlowali sprowadzanym z zagranicy luksusowym damskim obuwiem – po wielu latach ciężkiej pracy odnieśli sukces i dorobili się sporych pieniędzy. Można powiedzieć, że całe ich życie kręciło się wokół wysokich obcasów, sznurówek, podeszew i zapiętków, a dla Liama nie zostawało im wiele czasu. Ale mimo że chłopiec był jedynakiem wychowywanym przez zapracowanych rodziców, nie mógł narzekać na brak opieki – często zajmowała się nim siostra ojca, ciotka Joy, będąca bezdzietną panną. Liam spędzał z nią równie dużo czasu, jak z rodzicami.
W szkole zawsze sprawiał problemy. Dał się poznać jako chłopak niestroniący od przemocy, ze skłonnością do niestosownych zachowań – zwłaszcza w towarzystwie dziewcząt, odkąd wszedł w wiek nastoletni – a także znęcający się nad słabszymi. W momencie popełnienia zbrodni wisiało nad nim widmo powtórnego podchodzenia do egzaminu kończącego gimnazjum. Mimo że zbliżał się termin poprawki, Liam nie wydawał się zainteresowany nauką. Rodzice uznali wtedy, że pora zastosować bardziej drastyczne środki. Zabrali mu telefon.
Dla nastolatka to był szczególnie dotkliwy cios. Liam wpadł w szał. Po głośnej i długiej awanturze z rodzicami zadzwonił do mieszkającej nieopodal ciotki i powiedział, że chce ją odwiedzić. Rodzice wyrazili zgodę. Liam podejrzewał, że to właśnie pannie Swinney rodzice oddali skonfiskowany telefon do przechowania. Nie mylił się. Rodzice poinstruowali ją, żeby udostępniła bratankowi telefon na kilka godzin pod warunkiem, że wcześniej się pouczy. Wszystko wskazywało na to, że kobieta przystała na ten plan. Jej także zależało, żeby Liam skupił się na nauce i zdobył zadowalającą ocenę na egzaminie.
Tyle że panna Swinney wolała metodę marchewki niż kija. Wprawdzie wywiązała się z obietnicy złożonej rodzicom Liama i nie oddawała mu telefonu, ale zarazem zapowiedziała, że jeśli chłopak zaliczy wszystkie poprawkowe egzaminy, dostanie w prezencie od niej samochód. Po pewnym czasie, widząc, że mimo to Liam nie garnie się do nauki, Joy zaproponowała mu lekcję prowadzenia samochodu. Para odbyła już kilka takich przejażdżek, ale Liam chciał poćwiczyć więcej.
Chłopak prowadził w drodze do Okrągłego Stawu, będącego miejscową, choć mało uczęszczaną, atrakcją. Na miejscu Liam i panna Swinney udali się nad brzeg stawu. Tam nastolatek udusił swoją ciotkę przy pomocy psiej smyczy.
Przed rozpoczęciem procesu odwiedziłem Liama w areszcie. Nasza rozmowa dotyczyła relacji łączących go z ciotką. Opowiedział mi o tym, jak bardzo byli związani i jak wielkim smutkiem napawała go jej śmierć – zupełnie jakby to nie on ją spowodował. Poprosiłem, żeby opowiedział mi, co się działo tamtego dnia, zanim zginęła. Wyznał wtedy, że kobieta była na niego bardzo zła z powodu kiepskich wyników w nauce.
– Mówiła, że ma ochotę mnie zabić. Stanęła w drzwiach kuchni i powiedziała, że weźmie kabel od ładowarki telefonu, owinie mi go wokół szyi i mnie udusi. Stwierdziła to jakby nigdy nic. Naprawdę chciała mnie zamordować.
– Czułeś się zagrożony?
– Tak!
– Pokłóciliście się?
– Nie. Za bardzo się bałem.
– Czy kiedykolwiek wcześniej ciotka budziła w tobie strach?
– Nie, bo nigdy dotąd nie groziła mi śmiercią. Wzięła do ręki ładowarkę i zamachnęła się kablem. Tak, że przeleciał tuż przy mojej szyi.
Zachodziłem w głowę, z czym mam tu do czynienia. Czy było to złożone doświadczenie halucynacji? A może urojenie – błędne przekonanie, które chory wyznaje bezkrytycznie? A może chłopak koloryzował fakty, tak by przed samym sobą uzasadnić strach, który naprawdę czuł?
Żeby odpowiedzieć na te pytania, musiałem przeanalizować nie tylko to, co Liam mówił, ale również sposób, w jaki to robił: komunikaty werbalne i pozawerbalne, postawę, jaką przyjął w trakcie rozmowy, zauważalny strach bądź jego brak podczas relacjonowania tej „groźnej sytuacji”. Moim zdaniem, opowiadając o tamtych wydarzeniach, chłopak nie odczuwał przerażenia. Wspomnienie, które przywoływał, najwidoczniej nie powodowało w nim lęku. Odniosłem nawet wrażenie, że mówienie o nim przychodzi mu z dużą łatwością.
Panna Swinney była pracowniczką wysokiego szczebla w dziale kadr dużej firmy. Przed spotkaniem z Liamem zapoznałem się z opisem jej profilu osobowościowego. Trudno było uwierzyć, że ta kobieta mogłaby grozić bratankowi śmiercią, zwłaszcza że Liam nie wspominał o tym we wcześniejszych rozmowach z policją, doktorem Grafem ani żadnym innym zajmującym się nim specjalistą. Nasuwało się podejrzenie, że ta nowa wersja wydarzeń została spreparowana specjalnie na użytek wywiadu ze mną. Moje wieloletnie doświadczenie, zdobyte podczas pracy nad setkami spraw, podpowiadało mi, że to wymysł.
– Zatem – podjąłem – ciotka zagroziła ci śmiercią, a potem zaproponowała ci lekcję jazdy?
Zastanawiałem się, czy ławnikom wyda się to równie mało prawdopodobne, jak mnie.
– No tak. A kiedy dotarliśmy nad staw, powiedziała, że mnie utopi.
– Czyim pomysłem była wycieczka w to miejsce?
– Jej. Twierdziła, że to będzie dobra okazja, żebym podszkolił się w prowadzeniu auta. Ale kiedy znaleźliśmy się na miejscu, powiedziała, że ma zamiar wepchnąć mnie do wody i zabić. Byłem przerażony.
– Kiedy dotarliście do parku, poprosiłeś, żeby oddała ci telefon?
– Tak. Chciałem zrobić kilka zdjęć stawu.
– Ale ciotka ci go nie dała?
– Powiedziała, że nie ma go przy sobie.
Tyle że miała wtedy jego telefon i chłopak musiał o tym wiedzieć. To z niego dzwonił potem na numer alarmowy. Poprosiłem więc, żeby mi wyjaśnił, jak go odzyskał. I żeby opowiedział mi coś więcej o tamtym dniu. Liam odparł, że nic więcej nie potrafi sobie przypomnieć. Nie pamiętał, czy wpadł w złość. Nie pamiętał żadnej sprzeczki. Nie zapamiętał też momentu, w którym udusił pannę Swinney i wrzucił jej ciało do wody.
Przed wizytą w areszcie udałem się nad staw. Brzegi porośnięte były drzewami i krzewami; w niewielu miejscach roślinność pozwalała zbliżyć się do wody wystarczająco, by dało się kogoś do niej wrzucić. A już na pewno nie z większej wysokości. Odniosłem wrażenie, że miejsce, w którym popełniono zbrodnię, musiało zostać wybrane zawczasu. Domyślałem się też, że wybrał je raczej Liam niż jego ciotka.
– Skąd ciotka wzięła psią smycz? Jeśli dobrze rozumiem, nie miała psa.
– Trzymała ją w samochodzie, bo czasami wyprowadzała na spacery psa sąsiadów.
– Ale dlaczego zabrałeś tę smycz ze sobą, kiedy poszliście nad staw?
– To ciotka ją wzięła. Kiedy byliśmy już na brzegu, powiedziała, że chce mnie wrzucić do wody. W ręku trzymała tę smycz. Przypomniałem sobie, jak zamachnęła się na mnie kablem od ładowarki i jak groziła, że mnie udusi. I wtedy domyśliłem się, że chce jej użyć.
– Rozumiem, że musiałeś wyrwać ciotce smycz z ręki.
Chłopak wzruszył ramionami i spuścił wzrok. Miał szczupłą twarz. Widać było, że sporo czasu spędzał na siłowni; jego głowa wydawała się nienaturalnie mała w zestawieniu z umięśnionymi torsem i barkami.
– Jak myślisz, dlaczego wrzuciłeś ciało ciotki do wody po tym, jak ją udusiłeś? Patolog sądowy twierdzi, że była już wtedy martwa. Mogłeś po prostu zostawić ją na brzegu.
I znowu w odpowiedzi dostałem to wyrażające bezradność wzruszenie ramion, całkiem jakby to nie Liam znalazł się tamtego dnia nad stawem.
– Skoro tak niewiele pamiętasz, czy nie przyszło ci do głowy, że ktoś inny mógł zabić twoją ciotkę?
Jako że na miejscu nie zabezpieczono materiału DNA należącego do innej osoby, policja wykluczyła udział w zbrodni osób trzecich. Ja jednak byłem ciekaw, jakiej odpowiedzi udzieli Liam.
– Od początku wiedziałem, że to musiałem być ja – odparł bez wahania. – Nikogo innego tam nie było.
Moja robocza teoria wyglądała następująco: Liam, będąc kierowcą – a właściwie początkującym kierowcą – nie chciał się rozstać z kluczykami do samochodu. W tym odosobnionym miejscu fakt, że jest w ich posiadaniu, mógł dawać mu poczucie władzy. Domyślałem się, że poprosił ciotkę o zwrócenie mu telefonu, ona jednak się nie zgodziła. Nie wiem, czy zaczął jej wtedy grozić. Moim zdaniem kobieta nie podejrzewała, że jej ukochany bratanek, chłopiec bliski jej niemal jak rodzony syn, nagle wyciągnie smycz i zaciśnie ją na jej szyi. Na podstawie analizy śladów na ciele patolog stwierdził, że w momencie śmierci kobiety atakujący stał przed nią, a zatem musiał widzieć jej wytrzeszczone, niemal wychodzące z orbit oczy i gwałtowną zmianę koloru skóry, która stawała się purpurowa. Trzeba wielkiej determinacji, żeby widząc, co w takiej chwili się dzieje z ofiarą, mimo to nie rozluźnić zaciśniętej pętli.
Obawiałem się, że Liam mógł zaplanować ten atak, wybrać broń i ustronne miejsce nad stawem, tak by w razie gdyby nie udało mu się udusić ciotki, mógł ją utopić. A może było inaczej – może zamierzał ją utopić, a na pomysł uduszenia wpadł dopiero w samochodzie, kiedy w oczy wpadła mu psia smycz.
Nie wierzyłem, że czyn Liama był efektem psychozy. Zarówno odnalezienie odpowiedniego miejsca, z którego dałoby się zepchnąć ofiarę do stawu, jak i zabranie ze sobą smyczy wskazywały raczej na zaplanowane działanie. Tymczasem psychoza to stan charakteryzujący się dezorganizacją. Oczekiwano ode mnie jako od biegłego, że po zapoznaniu się z faktami przedstawię ławnikom obiektywną ekspertyzę, która ułatwi im podjęcie decyzji. Niezależnie od tego, jakie odczucia na sali sądowej budził ten czy inny oskarżony, występując w charakterze biegłego, zawsze starałem się zachowywać bezstronność. Ale to nie znaczy, że wyzbywałem się ludzkich lęków i instynktów. W sprawie Liama intuicja podpowiadała mi, że to bardzo niebezpieczny młody człowiek.
Wiele miało zależeć od werdyktu ławy przysięgłych. Jeżeli Liam zostałby uznany za niepoczytalnego w chwili popełniania zbrodni, trafiłby do szpitala, gdzie poddano by go leczeniu psychiatrycznemu. Należało się spodziewać, że po zakończeniu stosunkowo krótkiej kuracji, gdy lekarze uznają, że Liam nie stwarza dalszego zagrożenia, zwolniono by go. Wyrok więzienia za morderstwo oznaczałby natomiast, że Liam zostanie na dłuższy czas odizolowany od społeczeństwa. W optymalnym scenariuszu podczas odsiadki otrzymałby stosowną pomoc psychologiczną, która miałaby zminimalizować ryzyko recydywy. Pobyt w szpitalu wydawać by się mógł bardziej humanitarnym rozwiązaniem, jednak skutkowałby zmniejszeniem takiego ryzyka jedynie przy założeniu, że Liam rzeczywiście cierpiał na chorobę psychiczną.
Chłopakowi przyszło długo czekać, nim jego sprawą zajął się sąd. W tym czasie skończył osiemnaście lat i osiągnął pełnoletniość. Oznaczało to, że dziennikarze, ku swojej wielkiej satysfakcji, zyskali wstęp na salę rozpraw. Fakt, że chłopak zabił pannę Swinney bezpośrednio po lekcji jazdy, sprawił, że w prasie nadano mu przydomek „Morderczy uczeń Liam”.
W tamten piątek ławnikom pozwolono się rozejść. Wszyscy wstali, gdy sędzia opuszczał salę rozpraw, a już chwilę później zapomnieli o charakterystycznej dla tego miejsca ciszy; ich umysłami na nowo zawładnęły niecierpiące zwłoki sprawy dnia codziennego. Adwokaci zbierali swoje papiery, policjanci chowali przyniesione laptopy, obserwatorzy przeciągali się po długim bezruchu i uruchamiali wyłączone na czas rozprawy telefony. Dziennikarze, pakując swój sprzęt, prowadzili ożywione rozmowy. Jeśli o mnie chodzi, jako że nie skończyłem jeszcze przedstawiać ekspertyzy, nie mogłem omawiać sprawy Liama ani z policją, ani z prokuratorem, ani z nikim innym. Po całym dniu spędzonym w charakterze zeznającego biegłego doskwierało mi poczucie izolacji. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać, nikt na mnie nie patrzył.
Spakowałem do torby swoje książki i raporty. Kątem oka dostrzegłem doktora Grafa, kiedy chyłkiem wymykał się na korytarz. Następnie opuściłem miejsce zeznań świadka.
Kiedy wychodziłem z sali rozpraw, nadal czułem się nieswojo. Pech chciał, że gdy tylko znalazłem się w holu, od razu natknąłem się na rodzinę Liama, która stała w ciasnej grupce nieopodal. Paru jego bliskich posłało mi nieprzyjazne spojrzenia, inni na mój widok ściszyli głos. Rodzice chłopaka po prostu odwrócili wzrok.
I wtedy pierwszy raz zastanowiłem się, co tak naprawdę, w głębi duszy, ci ludzie sądzą na temat Liama. Możliwe, że w ich sercach kryły się lęki, do których nie umieli się przyznać nawet przed sobą nawzajem. Na pewno zdawali sobie sprawę z jego licznych ekscesów w szkole. Być może rodzice, podobnie jak ja, uważali, że Liam jest niebezpieczny. Może ta świadomość towarzyszyła im podczas opłakiwania Joy. Może myśleli o czymś jeszcze: skoro chłopak potrafił znieść widok zgrozy i cierpienia malujących się na twarzy jego ukochanej ciotki, kiedy ją zabijał, to może byłby zdolny uśmiercić także ich. Ale równocześnie był przecież ich synem. Ci ludzie go kochali.
W pociągu w drodze powrotnej do domu naszła mnie refleksja, jak niezwykle trudno być rodzicem. I jak trudno byłoby mi się odnaleźć w roli ojca.
3
Na ratunek mamie
To był mój pierwszy dzień w szkole. Mama odprowadziła mnie do samej bramy, wspierając się na kulach i z trudem ciągnąc sparaliżowane nogi. Gwałtowne ruchy wprawiały jej sukienkę w ruch, a ciężkie ortopedyczne buty z głuchym odgłosem uderzały o ziemię. Przez krótką chwilę były zdolne utrzymać ciężar ciała, podczas gdy mama wykonywała kolejny zamach kulami. Szelest sukienki. Głuchy łoskot butów. Stukot kul, szelest, łoskot. Ten rytm wydawał mi się wtedy równie znajomy i bliski jak bicie mojego serca.
Ucichł dopiero, gdy zatrzymaliśmy się przed bramą. Ale moje serce biło nadal. Głośno i szybko. Ze zdenerwowania zbierało mi się na wymioty. Czułem się tak okropnie, że nawet nie zauważałem, jak inne dzieciaki gapią się na mamę.
Na przerwie zaczepił mnie jakiś rosły chłopak.
– Twoja stara to spastyczka – oznajmił ze znawstwem.
Nie wiedziałem, co znaczy to słowo, ale brzmiało jak z serialu Doktor Who. Uwielbiałem go. Główny bohater był miły, dobry i sprawiedliwy. Liczyłem, że spastyk to pozytywna postać, pomocnik dobrego doktora. Przytaknąłem z poważną miną. Tak, moja matka chyba była spastyczką.
Wokół nas zebrał się już mały tłumek. Dzieciaki stały bardzo blisko. Chciałem się cofnąć, ale okazało się, że otaczają mnie ze wszystkich stron.
– On ma mamę spastyczkę! On ma mamę spastyczkę! – skandowały.
Po powrocie do domu, wieczorem, który upływał nam w rytm znajomej melodii stukot–szelest–łoskot, spytałem mamy:
– Co to jest spastyczka?
Mdłości dawno już minęły, wyparte przez głód.
Mama zaparzała akurat herbatę. Łokciami wspierała się na kulach.
– To nic takiego – odparła, przewracając oczami. – Nie przejmuj się tym.
– Ale co to znaczy?
Mama potrząsnęła głową i zrobiła niezadowoloną minę.
– Czas na marsz! No, dalej. Proszę odmaszerować z nożami i widelcami do stołu. A potem, jak dobry żołnierz, pomaszeruj też z warzywami.
W tamtym czasie w moim życiu było dużo maszerowania. Kiedy mama przygotowywała posiłek, gdy potrzebowała zanieść do pralki brudne ubrania albo rozwiesić pranie, kiedy trzeba było zamieść podłogę w kuchni albo zrobić cokolwiek innego – maszerowałem. Byłem niezawodnym żołnierzem, który robił to, czego ona nie mogła zrobić: czyli wszystko to, co wymagało użycia obu dłoni lub nóg.
Tata ten wieczór spędzał w pubie, dlatego w domu panowała cisza. Po herbacie mama i ja usiedliśmy przed kominkiem. Postanowiliśmy zaszaleć i podkręciliśmy ogrzewanie na trzy kreski. Czułem, jak rozkoszne ciepło rozlewa się po moich kolanach. Opowiedziałem mamie o szkole i o tym, że uczę się czytania. Mama pokiwała głową z uznaniem.
– To bardzo ważne, żebyś nauczył się dobrze czytać – powiedziała. – Będziesz mógł wtedy z łatwością chłonąć wiedzę. A w przyszłości dzięki temu zdobędziesz dobrze płatną pracę.
Patrzyłem, jak zapala papierosa. W kieszeni zawsze miała schowaną paczkę. Kiedy siadała, słychać było cichy trzask celofanu.
– A ty zdobyłaś taką pracę?
Mama wypuściła dym z ust. Kiedy się odezwała, wydawała się zmieszana.
– Źle się stało, że rodzice posłali mnie do tej okropnej szkoły dla dzieci na wózkach inwalidzkich. Nie miałam zamiaru tam zostać i zdawać egzaminów.
– A zdałabyś je?
– Wydaje mi się, że tak. Ale ostatecznie postanowiłam nauczyć się maszynopisania.
– Gdzie?
– W Londynie. Miałam szesnaście lat, kiedy wyjechałam do stolicy praktycznie bez żadnych rzeczy, bez pracy. Za to nie brakowało mi… – Zawiesiła głos. Nagle jej twarz wydała mi się dziewczęca. Blond włosy okalały duże oczy, z których wyzierała wielka tęsknota.
– Czego? Pieniędzy?
– Nie pieniędzy. – Po chwili wyjaśniła: – Nadziei w sercu.
Wyobraziłem sobie mamę, która wędruje aż do Londynu na swoich zwiędłych nogach, przymocowanych do metalowych szyn z ciężkimi czarnymi butami. Wiedziałem, że Londyn od północnej Anglii dzieli bardzo długa droga. I moja mama pokonała ją całą z sercem wypełnionym nadzieją.
– Wybrałaś się sama?
– Tak. Przy okazji niemal złamałam serce twojemu dziadkowi.
Bardzo kochałem dziadka. Był miły, dobry i sprawiedliwy, zupełnie jak Doktor Who. Zresztą to on podarował mi mojego własnego Doktora. Niema figurka stała teraz na obudowie kominka, czuwając nade mną, tak samo jak dziadek, kiedy nas odwiedzał. Spróbowałem wyobrazić sobie jego pękające serce i łzy, kiedy mama wyruszyła do Londynu. Poczułem, że też zbiera mi się na płacz.
– I co się stało, kiedy tam dotarłaś?
– Odkryłam swingujący Londyn. Znalazłam mieszkanie i pracę, a po jakimś czasie poznałam twojego ojca. – Mama zerknęła na mnie i dodała: – Swingujący Londyn to takie określenie na tamte czasy, kiedy wszyscy się dobrze bawili.
– Ale jak?
– Śpiewali i tańczyli.
– I ty też się bawiłaś? – Wiedziałem, że matka bardzo ładnie śpiewa. Ale za nic nie umiałem sobie wyobrazić, jak tańczy. Nie z jej kulami.
Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami. Widać było w nich tamtą nadzieję, która wypełniała wtedy jej serce.
– O tak – powiedziała cicho.
I w tamtym momencie zrozumiałem, co zrobię, kiedy dorosnę: zostanę lekarzem, żeby znowu wlać w serce mamy nadzieję. Będę jak Doktor Who – miły, dobry i sprawiedliwy. Wyleczę ją z polio, żeby znowu mogła zatańczyć.
Wiele lat później, kiedy pochodziłem do matury, w rozmowie ze szkolną doradczynią zawodową wyznałem, że zamierzam studiować medycynę. Oczywiście nie wspomniałem o Doktorze Who, ale całkiem możliwe, że opowiedziałem jej o chorobie mojej mamy.
Kobieta popatrzyła na mnie poważnie i potrząsnęła głową.
– Duncanie, uważam, że powinniśmy realistycznie ocenić twoje szanse.
– Też tak uważam.
– Nie wydaje mi się to możliwe.
– Ale…
– Duncanie, żaden absolwent w historii naszej szkoły nie ukończył studiów na uniwersytecie.
Za oknem padał deszcz. Z miejsca, w którym siedziałem, widać było długie rzędy szarych domów. Ich dachy nie błyszczały, mimo że były mokre.
– Oczywiście, teoretycznie mógłbyś być pierwszy. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś rozpoczął studia medyczne. Tylko żeby się na nie dostać, musisz mieć świetne oceny.
– Zapracuję na nie!
Doradczyni z blond bobem popatrzyła na mnie smutno i znowu potrząsnęła głową, tym razem tak energicznie, że jej włosy zatańczyły wokół twarzy.
– Czeka cię rozczarowanie. A co powiesz na pracę w laboratorium? Jeśli na maturze dobrze ci pójdzie, możesz zostać technikiem laboratoryjnym.
Parę tygodni później ta sama doradczyni była na moim koncercie. Grałem na gitarze i śpiewałem od czternastego roku życia. Jako nastolatek bez końca zakładałem i rozwiązywałam kolejne kapele. Ale ta, w której wówczas grałem, była naprawdę dobra. Zagraliśmy na imprezie szkolnej, a publiczność dosłownie szalała.
Niedługo potem dostałem od doradczyni list.
Duncanie, po tym, co zobaczyłam dziś wieczorem, jestem absolutnie pewna, co powinieneś robić. Rozwijaj się jako muzyk, masz prawdziwy talent. Inne nierealistyczne aspiracje będą ci tylko przeszkadzać w pielęgnowaniu tego, w czym jesteś najlepszy.
Wiedziałem, że doradczyni ma dobre intencje. Jasne, myśl o karierze muzyka nie była mi obca. Jednak ten list miał pewne nieprzewidziane przez jego autorkę konsekwencje. Dzięki niemu dostrzegłem w sobie coś, co wiele razy widziałem u mojej matki. Od czasu naszej rozmowy przy kominku, kiedy opowiedziała mi o nadziei przepełniającej jej serce, mama zdała maturę, zdobyła stopień naukowy i znalazła dobrą pracę w muzeum. To była dla niej trudna droga, jednak dopięła swego. Ilekroć ktoś, patrząc na jej kule, stwierdzał, że nie uda jej się czegoś zrobić, ona gotowa była mu dowieść, że się myli. Przeczytałem jeszcze raz list od doradczyni i wtedy wiedziałem już na pewno: zostanę lekarzem.
Wkrótce po rozpoczęciu studiów medycznych w Londynie, w pierwszych tygodniach semestru, zacząłem się jednak godzić z myślą, że doradczyni miała rację. Pomyślałem, że powinienem dać sobie spokój z medycyną, wrócić na północ kraju, gdzie ludzie mówili w zrozumiałym dla mnie dialekcie, i zostać muzykiem. Stolica wydała mi się przytłaczająca: głośna, bezkresna i tchnąca wielką obojętnością. Moi koledzy i koleżanki z roku w większości byli absolwentami prywatnych szkół i niemal bez wyjątku reprezentowali klasę średnią. Ich pewność siebie była bardzo deprymująca.
Odnosiłem zresztą wrażenie, że studia same w sobie mnie przerastają – nie dlatego, że poziom jest zbyt wygórowany, lecz ponieważ opacznie zrozumiałem informator. Nie przyszło mi do głowy, że na zajęciach w prosektorium będziemy pracować z prawdziwym ludzkim ciałem. Założyłem, że zwłoki będą należeć do jakiegoś gada, może jaszczurki. Siność nieboszczyka, woń formaldehydu, lodowaty dotyk skalpela w dłoni, echo dźwięków rozbrzmiewające w pomieszczeniach wyłożonych płytkami – wszystko to złożyło się w mojej głowie na doświadczenie rodem z koszmarnego snu. Przez cały czas zajęć w prosektorium marzyłem tylko, by znaleźć się w domu. Musiało upłynąć trochę czasu, nim fascynacja pokonała strach, a zgiełk Londynu skradł moje serce.
Jeśli chodzi o naukę, radziłem sobie dobrze. Tak dobrze, że w połowie studiów nadarzyła się okazja do podjęcia badań klinicznych. Skorzystałem z niej.
Zająłem się, rzecz jasna, polio. Konkretnie interesowały mnie neurony ruchowe – komórki nerwowe, które od tylu lat uparcie odmawiały przekazania prostej komendy – „Rusz się!” – mięśniom nóg mojej matki.
Koncentrowałem się na płaszczyźnie, na której nerwy komunikują się z mięśniami – na punkcie, w którym wiadomość powinna być przekazywana do mięśni, lecz z jakiegoś powodu tak się nie dzieje. Dzięki szczepieniom w ostatnich latach w Wielkiej Brytanii nie odnotowano nowych zachorowań na polio, ale w miarę jak chorujący osiągali podeszły wiek, u wielu z nich rozwijał się tzw. zespół post-polio. Zupełnie jakby choroba chciała przypomnieć o sobie ostatni raz, nim da ludzkości spokój. Pozornie temu właśnie fenomenowi była poświęcona moja praca, jednak w rzeczywistości nigdy nie zapomniałem o złożonym w dzieciństwie przyrzeczeniu, że znajdę sposób, by wyleczyć mamę. Zresztą ona też nadal w to wierzyła. Wciąż żyło we mnie nieśmiałe marzenie, że mama wstanie i zatańczy bez żadnych podpórek. Że przespaceruje się swobodnie po pokoju. Albo po ulicy. Albo po plaży. Mama stawiająca pewnie kroki. Bez kul. Bez ciężkich ortopedycznych butów. I nie będą jej towarzyszyły złośliwe chichoty. Żadne dzieciaki nie będą się na nią gapić. Nikt nie rzuci żadnego wstrętnego dowcipu. Mama będzie po prostu idącą po ulicy kobietą.
Jak się wkrótce przekonałem, praca badawcza w tej dziedzinie to nie droga usłana różami. Badania są niemal całkowicie uzależnione od finansowania przez podmioty nastawione na zysk, a ponieważ polio stało się chorobą dotykającą jedynie populacje krajów rozwijających się, chętnych do sponsorowania takich badań nie było. Owszem, moja praca badawcza mogła przydać się w leczeniu innych schorzeń upośledzających neurony ruchowe, jednak w żaden sposób nie pomagała mojej matce. Musiało upłynąć jeszcze wiele lat, nim odkryto, że to po prostu niemożliwe: nie dało się odbudować uszkodzonego połączenia nerwowo-mięśniowego.
W końcu zmuszony byłem spojrzeć prawdzie w oczy: nie mogłem w żaden sposób pomóc chorej na polio matce. Wściekła się, kiedy jej o tym powiedziałem. Wiara, jaką we mnie pokładała, była absolutna. Ufała, że jeśli ktokolwiek na świecie jest w stanie przywrócić jej sprawność, będzie to właśnie jej utalentowany syn. Kiedy wyznałem jej, że to niemożliwe, poczuła się zdradzona. I wpadła w złość. Wielką złość.
Nie odzywała się potem do mnie przez okrągły rok. Jej reakcja pomogła mi zrozumieć coś, o czym wiedziałem od zawsze, już jako dziecko, a potem też jako student medycyny zdobywający obszerną wiedzę o ludzkim ciele: zdrowie psychiczne jest równie ważne dla dobrostanu człowieka, jak zdrowie fizyczne. Mimo że polio upośledzało sprawność fizyczną mojej matki, w znacznym stopniu wpływało również na jej psychikę. Zrozumiałem, że wiele lat temu ktoś powinien był zapewnić jej wsparcie psychologiczne.
W końcu zmuszony byłem przerwać badania neurologiczne i dokończyć studia. Praca badawcza pochłonęła mnie na tyle lat, że musiałem ponownie zdawać egzaminy wstępne albo pożegnać się raz na zawsze z marzeniem o byciu lekarzem. Powróciłem do studiowania medycyny klinicznej i odkryłem, że ona też może być ekscytującą przygodą. Każda specjalizacja wydawała mi się ciekawa, a każdy przypadek fascynujący, do tego stopnia, że ich większość trwale wryła się w moją pamięć. Nawiasem mówiąc, studiując medycynę przez jedenaście lat, mimo woli ustanowiłem swoisty rekord.
W końcu, w 2001 roku, mając trzydziestkę na karku, uzyskałem tytuł doktora. Ekscytacja i duma nie trwały jednak długo i wkrótce znienawidziłem swoją nową pracę. Było tak wiele oddziałów, tyle szpitali. Przed moimi oczami przesuwał się niemający końca korowód ciał, z których sączyła się krew i inne płyny. Ludzie ci spoglądali na mnie z nadzieją na ratunek, którego nikt nie potrafił im udzielić. Konali na moich oczach lub doznawali cierpień tak wielkich, że nie mogły ich złagodzić żadne leki przeciwbólowe. I nie toczyła się żadna wojna, to był zwyczajny dzień. Innych lekarzy do studiowania medycyny skłania właśnie perspektywa pomagania chorym. Ze mną było inaczej – uświadomiłem sobie, że na studiach poświęciłem się pracy badawczej dokładnie po to, żeby uniknąć mierzenia się z tym oceanem ludzkiego cierpienia.
Przełomowym momentem była dla mnie noc, gdy do szpitala trafili poszkodowani po wykolejeniu pociągu, i w przepełnionym oddziale zapanował totalny chaos. Trauma, jakiej wtedy doświadczyłem, oglądając w krótkim czasie zbyt wiele ludzkich tragedii, zmusiła mnie, bym na pewien czas odszedł z zawodu i zastanowił się, co dalej. Przez kilka lat zarabiałem jako muzyk. Najmowałem się też jako lekarz zastępczy i występowałem jako uliczny grajek (na ulicy zarabiało się lepiej niż na scenie). Przez cały ten czas starałem się odpowiedzieć sobie na pytanie: jakiego rodzaju lekarzem chcę być?
Po latach poświęconych badaniu neuronów ruchu odpowiedź nasuwała się sama: zostanę neurologiem. Tylko że akurat do neurologii zdążyłem się już zrazić, gdy nie udało mi się wyleczyć matki ani pomóc jej w jakikolwiek inny sposób. Nie, nie chciałem być neurologiem. W takim razie kim?
Odpowiedź spłynęła na mnie pewnego dnia, gdy pracowałem na zastępstwie za innego lekarza. I wydała mi się tak oczywista, że doszedłem do wniosku, iż miałem ją przed oczami przez cały czas, tylko po prostu byłem na nią ślepy.
Był upalny letni dzień. Gorące powietrze od czasu do czasu poruszał delikatny wietrzyk. Unosiła się w nim mgiełka kwiatowych zapachów zmieszanych ze spalinami.
Na terenie szpitala, w którym wtedy pracowałem, nie brakowało dziedzińców i ogrodów, w których przez większą część roku panowały zbyt wielkie chłód i wilgoć, by można było je udostępnić do spacerów pacjentom. Ale w dni takie jak ten wszystkie drzwi na dziedziniec były pootwierane. Czekało mnie niezbyt miłe zadanie. Miałem poszukać na dziedzińcu kobiety w podeszłym wieku i poinformować ją, że została wdową.
Spotkałem ją już wcześniej tego dnia. Pochwaliła się wtedy, że obchodzi diamentową rocznicę ślubu. Dokładnie sześćdziesiąt lat temu wyszła za mąż za jednego z naszych pacjentów. A teraz miałem jej przekazać, że odtąd ten dzień będzie symbolizował również zupełnie inną rocznicę.
Znalazłem ją siedzącą na ławeczce w cieniu.
– W porządku – odezwała się, kiedy do niej podszedłem. – Wiem, co się stało.
Zatkało mnie. Wbiłem w nią zdumiony wzrok.
– Pańska mina mówi sama za siebie. Tak naprawdę nie chciał pan tu przychodzić i mi o tym mówić, prawda? Nie szkodzi. Wiem, że zrobiliście, co w waszej mocy. Po prostu nadszedł jego czas.
– Wszystko przebiegło bardzo spokojnie, pani Hegarty. Pani mąż odszedł w ciszy.
– No tak, to takie typowe dla Erniego. On nigdy nie lubił robić wokół siebie zamieszania. Pewnie pan nie pali, zgadłam?
Skinąłem głową. Oczywiście byłem przeciwnikiem palenia, niedawno zdołałem nawet namówić matkę, by rzuciła.
– Ma pan coś przeciwko, żebym zapaliła?
Owszem, miałem. Ale w tych okolicznościach postanowiłem, że nie będę się znęcać nad biedną kobietą.
Zwinnie, jedną ręką, zapaliła zapałkę – była to sztuczka wymagająca nie lada treningu; jasny znak, że pani Hegarty była doświadczoną, wieloletnią palaczką.
– Widzi pan – odezwała się – to coś, co w tych ostatnich latach robiliśmy razem. Paliliśmy papierosy. Znaliśmy się na wylot, praktycznie nie musieliśmy już ze sobą rozmawiać. Po prostu siedzieliśmy, paląc, i wiedzieliśmy, co myśli druga osoba. Nie do wiary, ale kiedy siadywałam na tej ławce z papierosem, miałam wrażenie, jakbym znowu była blisko niego. Jakbyśmy siedzieli tu razem. Dlatego niech mi pan oszczędzi gadek o tym, że palenie mi szkodzi, doktorze.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
– Opowie mi pani o tym dniu sześćdziesiąt lat temu, kiedy wzięliście ślub? Czy też był taki upał?
Kobieta wydała z siebie wtedy dziwny, chrapliwy rechot, typowy dla długoletniego palacza.
– Ależ skąd! Lało jak z cebra. Pamiętam, jak moja matka kręciła głową i mówiła: „Hmmm, to zły znak. Coś mi się wydaje, że nie czeka cię długie, szczęśliwe małżeństwo z Erniem”. – Znowu się roześmiała. – Był małomównym, zamyślonym młodym mężczyzną, a matka nie była przyzwyczajona do takich facetów. Jeśli chłop jej nie krytykował, nie wiedziała, jak do takiego podejść.
Poprosiłem, żeby opowiedziała mi więcej o Erniem i ich wspólnym życiu. Było ciężkie, dokuczała im bieda, ale szybko stało się dla mnie jasne, że tę parę połączyło coś głębszego niż tylko przysięga przed ołtarzem. Zazdrościłem im dzieci. Nie umiałem sobie wyobrazić, jak musi się czuć dziecko mające kochających się rodziców.
Siedziałem na ławce obok, gawędząc z panią Hegarty, dopóki nie zawołała mnie pielęgniarka.
– Wszędzie pana szukaliśmy – zrugała mnie, kiedy kierowaliśmy się do budynku.
– Przekazywałem pani Hegarty wiadomość, że jej mąż zmarł.
– Tak długo? – wyrzuciła z siebie poirytowana kobieta.
No właśnie, ile to powinno potrwać? Ile czasu powinniśmy spędzić z drugim człowiekiem w tak kluczowym i trudnym momencie jego życia? Wyglądało na to, że kiedy człowiek pracował w pełnym pacjentów szpitalu państwowym, w ogóle nie powinien trwonić czasu na takie rzeczy.
– Oddział pęka w szwach. Musi pan wypisać czterech pacjentów do domu, bo na SOR-ze czeka już na przyjęcie co najmniej sześciu. Wśród nich kobieta po próbie samobójczej. Boże jedyny, co ona zrobiła ze swoimi nadgarstkami!
Moja matka często groziła, że ze sobą skończy. Nie brakowało jej hartu ducha i determinacji, ale jednocześnie, odkąd zacząłem naukę w podstawówce, często przed wyjściem do szkoły żegnała mnie słowami, że dzisiaj być może się zabije. W takie dni wracałem do domu po lekcjach przygotowany na to, że znajdę jej zwłoki. Teraz, mimo że byłem trzydziestoletnim mężczyzną, takie groźby nadal budziły mój niepokój i ilekroć matka dzwoniła w kiepskim nastroju, pakowałem się i spieszyłem na północ kraju. Jako dziecko mogłem jedynie milcząco przyglądać się jej cierpieniu. Teraz, będąc lekarzem, uważałem, że osobie zmagającej się z myślami samobójczymi najlepiej pomoże rozmowa.
Zastanawiałem się, ile czasu będę mógł poświęcić pacjentce z podciętymi żyłami. Wystarczył rzut oka na pielęgniarkę, która maszerowała obok mnie z zaciśniętymi zębami i pięściami, bym domyślił się odpowiedzi. Nic dziwnego, że pracująca pod ciągłą presją kobieta była wściekła na lekarza, który marnuje czas. Było jasne, że nikt nie pozwoli mi na rozmowy z pacjentami ani dzisiaj, ani żadnego innego dnia. Oczekiwano, że przepiszę lekarstwo i natychmiast zajmę się kolejnym problemem.
W rezultacie zajmowanie się pacjentami na oddziale przypominało pracę na taśmie produkcyjnej. Zbadać, podać lek i następny. Zbadać, podać lek i następny…
Tamten dyżur uświadomił mi, jaką drogą powinienem podążyć w swoim życiu zawodowym. Zrozumiałem, że pragnę spędzać czas z pacjentami. Chciałem ich słuchać. Chciałem, żeby opowiadali mi o sobie. Chciałem sprawić, że z nadzieją spojrzą w przyszłość i zaczną wieść szczęśliwsze życie. Zdawałem sobie sprawę, że zdrowie psychiczne jest równie istotne jak zdrowie fizyczne. Pragnąłem zostać psychiatrą. Naturalnie!
4
Petra i zaburzenie dwubiegunowe
Udało mi się dostać na praktyki do najlepszego w Londynie, a być może i w całej Wielkiej Brytanii, szpitala psychiatrycznego. Nagle znalazłem się wśród pacjentów, z których każdy miał zupełnie inny sposób postrzegania i interpretowania świata. Kiedy pracowałem jako lekarz zastępczy, żałowałem, że nie mogę spokojnie porozmawiać z kobietą po próbie samobójczej. Za to teraz, w tej wielkiej i tętniącej życiem placówce, miałem takich pacjentów pod dostatkiem, a każdy z nich miał własne niepowtarzalne potrzeby i problemy.
Na wczesnym etapie praktyk poznałem Gregory’ego. Pierwszy raz usłyszałem o nim na obchodzie, niedługo po tym, jak został wbrew swojej woli przyjęty do szpitala.
– W przypadku tego pacjenta istnieje bardzo wysokie ryzyko samobójstwa – poinformował mnie lekarz. – Niewiele brakowało, a by mu się udało. To ewidentnie typ psychotyczny. Bez przerwy opowiada, że pokazują go w telewizji. Ma to rzekomo związek z jakimś biznesem, który zakończył się kolosalną klapą. Słowem, typowe urojenia psychotyka. Twierdzi, że na skutek tej plajty ucierpiały setki ludzi. Z tego powodu miał też się rozpaść jego związek. Co prawda nie utrzymuje, że był partnerem Beyoncé, ale niezbyt bym się zdziwił, gdybym coś takiego od niego usłyszał. Ta katastrofa, pokazywana w telewizji, stała się z jego winy. I tak dalej, i tak dalej.
Praktykanci pokiwali ze zrozumieniem głowami. Tak, ten pacjent na pewno cierpiał na psychozę.
Psychoza to stan bycia odłączonym od otaczającej nas rzeczywistości. Kiedy na numer alarmowy dzwoni osoba bez wiedzy psychiatrycznej i mówi, że ktoś oszalał, zazwyczaj oznacza to, iż będziemy mieć do czynienia z pacjentem psychotycznym. To zaburzenie może przybierać różne formy: słyszenie głosów, przywidzenia, urojenia, wiara w istnienie alternatywnej rzeczywistości. Często osoba w stanie psychotycznym opowiada niestworzone historie; o tym, że jest sławna i występuje w mediach, o ważnych wydarzeniach, w których rzekomo brała udział wspólnie z celebrytami i znanymi politykami. W jej wypowiedziach często przewijają się takie słowa jak „katastrofa” czy „kolosalny”. Tak, wszystko się zgadzało. Gregory niewątpliwie był psychotykiem.
Moment przełomowy nastąpił, kiedy w końcu go zobaczyłem. Już w pierwszej chwili wydał mi się znajomy.
– On mówi prawdę – oznajmiłem lekarzowi.
Popatrzył na mnie z przerażeniem.
– W telewizji naprawdę pokazywali poświęcony mu program. Wiem, bo go oglądałem. Facet był właścicielem ogromnej firmy transportowej i w pewnym momencie dwa z jego kontenerowców zatonęły. Wielu członków załogi straciło życie. Notowania przedsiębiorstwa na giełdzie runęły. Nastąpiły masowe zwolnienia, wielu ludzi wylądowało na bruku. Sprawę omawiano nawet w parlamencie. O ile dobrze pamiętam, w jej kontekście sporo się mówiło o zaniedbaniach i korporacyjnym zabójstwie…
Lekarz uniósł wysoko brwi. Pozostali praktykanci spoglądali po sobie. W naszym fachu z góry zakładaliśmy, że tego rodzaju historie nie mogą być prawdziwe.
To zmieniało wszystko, ponieważ oznaczało, że musimy postawić sobie pytanie: skoro Gregory wcale nie był psychotykiem, a jedynie okazywał uzasadnioną reakcję na autentyczną katastrofę, jaka miała miejsce w jego życiu, czy w ogóle mieliśmy prawo trzymać go w szpitalu wbrew jego woli? Jeżeli mężczyzna ten, powodowany racjonalnymi przesłankami, podjął decyzję o odebraniu sobie życia, czy powinniśmy interweniować? Może należałoby raczej pozwolić, żeby ze sobą skończył?
Naturalnie jako lekarze instynktownie dążyliśmy do przedłużenia jego życia. Zarazem jednak powinniśmy uszanować wolę pacjenta: a jeśli racjonalnie myślący człowiek postanawia umrzeć, czy mamy prawo trzymać go pod kluczem w szpitalu? Mnie osobiście sytuacje, w których pozbawiamy kogoś prawa decydowania o sobie, wydają się bardzo problematyczne i budzące sprzeciw. Jednocześnie jednak dostrzegałem, jak bardzo ten człowiek cierpiał, i pragnąłem mu pomóc.
Była to niezwykle delikatna sytuacja, ale ostatecznie postanowiliśmy, że – pomimo protestów Gregory’ego – zatrzymamy go w szpitalu. Mieliśmy świadomość, że jeśli, działając dwutorowo – z jednej strony farmakoterapią, z drugiej uważną komunikacją z pacjentem – zapewnimy mu stosowne wsparcie w okresie największego nasilenia impulsów samobójczych, jest duża szansa, że chęć odebrania sobie życia minie. Jak uczyły nas doświadczenia z wieloma wcześniejszymi pacjentami, w wielu przypadkach taka strategia przynosiła dobre rezultaty. Zatrzymanie pacjenta wbrew jego woli w szpitalu podyktowane było chęcią udzielenia mu pomocy w najtrudniejszym dla niego okresie i sprawienia, że wychodząc do domu, będzie w lepszym stanie psychicznym. Takie osoby po wypisaniu ze szpitala trafiały pod opiekę lokalnych ośrodków pomocy psychologicznej i psychiatrycznej, które miały udzielić im holistycznej pomocy w rozwiązywaniu problemów. Pacjenci mogli – pod warunkiem że wyrażą taką chęć – rozpocząć proces poznawania swojej psychiki i uczenia się, która jej część odpowiedzialna była za dążenie do śmierci, a także z jakiego powodu. Na koniec odkrywali inne możliwe rozwiązania swoich problemów.
Gregory pozostał więc na oddziale, co wzbudziło w nim opór. Z początku jego stan się nie zmieniał. Mijały kolejne dni, a on pozostawał wycofany. Było jasne, że nadal nie widzi sensu w dalszym życiu i popełni samobójstwo, kiedy tylko wypuścimy go ze szpitala. Tak mijały dni, tygodnie. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak długo możemy to ciągnąć, zwłaszcza że na przyjęcie na oddział czekała długa kolejka innych pacjentów.
W końcu, początkowo bardzo powoli, coś zaczęło się zmieniać, jakby Gregory nabierał sił. W miarę jak rozmawialiśmy z nim i leczyliśmy go – nie na psychozę, lecz na depresję – jego desperackie pragnienie śmierci stawało się coraz mniej dojmujące. Wreszcie, gdy odzyskał nadzieję, został wypisany ze szpitala i oddany pod opiekę lokalnego zespołu opieki psychologicznej. Podsumowując, zatrzymaliśmy go w szpitalu wbrew jego woli i w ten sposób uratowaliśmy mu życie.
Jest wiele sposobów na samobójstwo i na przestrzeni kilku kolejnych lat przekonałem się, że osoby rozważające taki krok potrafią być bardzo pomysłowe. Osoba po nieudanej próbie samobójczej trafiała najpierw na SOR. U nas, na oddziale psychiatrycznym, mogła się znaleźć dopiero, gdy jej stan fizyczny uznano za stabilny. Było to oczywiście zrozumiałe: w pierwszej kolejności należało zająć się wszelkimi urazami fizycznymi, jakie zadał sobie pacjent, na przykład uszkodzeniami serca, żołądka czy szyi, ranami, oparzeniami lub złamaniami.
– Witaj, Petro – przywitałem się, wchodząc do pokoju przy SOR-ze, gdzie kobieta oczekiwała na decyzję o przeniesieniu na oddział psychiatryczny. – Nazywam się doktor Harding. Opowiedz, jak to się stało, że tu trafiłaś.
Petra była kobietą około pięćdziesiątki. Miała siwe, sięgające za ramiona włosy, których chyba dawno nie podcinała, sądząc po tym, jak się układały. Wyraziste rysy, być może kiedyś regularne, teraz były tak asymetryczne, że jej twarz przypominała rysunek wykonany przez małe dziecko.
Nie uniosła na mnie spojrzenia, ja jednak uważnie przypatrywałem się jej twarzy. Nauczyłem się już rozpoznawać, jaki wyraz znamionuje osobę psychotyczną: na ich obliczach malowała się nie tyle dezorientacja, co zadziwienie, niedowierzanie, że to, w jaki sposób działa świat, nie składa się już w logiczną całość. Nawet jeśli pacjent nie odzywa się ani słowem, doświadczony psychiatra jest w stanie zdiagnozować u niego psychozę wyłącznie na podstawie tej charakterystycznej, wyrażającej oszołomienie mimiki.
Petra nie odpowiadała. Co prawda nie schowała twarzy pod kołdrą, ale efekt był podobny. Wątpiłem, czy wydobędę choćby słowo z tej zamkniętej w sobie kobiety.
– Przeglądałem twoje akta. Próbowałaś wpuścić spaliny samochodowe do zamkniętego pomieszczenia, zgadza się?
Odpowiedziała mi cisza. Z dokumentacji medycznej wiedziałem, że kobieta podłączyła gumowy wąż do rury wydechowej samochodu, a jego drugi koniec wsunęła przez okno do domu.
– Nawdychanie się tlenku węgla może wywołać paskudne bóle głowy. Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej.
Milczenie.
– Petro, wiem, że zdiagnozowano u ciebie zaburzenie dwubiegunowe. Domyślam się, że musiało być z tobą naprawdę kiepsko. I zastanawiam się, czy dobraliśmy ci odpowiednie lekarstwa. Liczę, że się zgodzisz, byśmy przyjęli cię na oddział psychiatryczny. Będziemy mogli wtedy sprawdzić, które leki najlepiej ci służą. Może zechcesz mi opowiedzieć, jak się ostatnio czujesz?
Zaburzenie dwubiegunowe – w żargonie psychiatrycznym określane skrótowo dwubiegunówką – ma to do siebie, że trudno jest dobrać właściwe leczenie, ponieważ chory wahadłowo przechodzi od manii, a niekiedy wręcz euforii, do skrajnego przygnębienia i depresji. Oczywiście w okresie, gdy znajduje się na tym drugim, depresyjnym końcu skali, pomocne bywają leki przeciwdepresyjne. Jednak gdy wahadło wychyla się w stronę przeciwną, te same środki, które jeszcze przed chwilą pomagały, mogą przynieść skutek odwrotny do zamierzonego i wywołać u chorego niebezpieczny stan manii.
Wreszcie sprowokowałem Petrę, by się odezwała. Nadal na mnie nie patrzyła, ale przynajmniej wypowiedziała stanowczym tonem jedno słowo:
– Nie.
– Nie chcesz, żebyśmy zmienili ci leki?
– Chcę wrócić do domu.
– Petro, uważam, że lepiej będzie, jeśli przez jakiś czas pozostaniesz tutaj pod naszą opieką.
– Nie, nie. Chcę do domu. Muszę wrócić, muszę wrócić do domu. – Słowa te wypowiedziała pozbawionym emocji głosem. Wyczuwałem jednak, że pod nimi skrywa się silna determinacja.
Spróbowałem przemówić kobiecie do rozsądku.
– Na razie chyba nic się nie zmieniło w twoim stanie, prawda? Nadal czujesz się tak samo jak wtedy, kiedy targnęłaś się na swoje życie. Jakie jest ryzyko, że zrobisz to ponownie?
Nie od razu odpowiedziała. Jej pozbawione wyrazu, martwe spojrzenie błądziło po leżącym obok niej szpitalnym kocu.
– Chcę umrzeć – powiedziała w końcu. – Nie macie prawa mnie powstrzymać.
Westchnąłem ciężko. Wkraczaliśmy na grząski grunt.
– Nie uważasz, że spędzenie tu z nami dłuższego czasu mogłoby ci wyjść na dobre? – Mówiąc to, wsłuchiwałem się w swój głos. Starałem się, by brzmiał serdecznie i pewnie. – Wówczas przynajmniej moglibyśmy o tym spokojnie porozmawiać.
– Nie.
Byłem przekonany, że jeśli wypuścimy ją do domu, znowu podejmie próbę samobójczą. Jednak czy miała rację, kiedy stwierdziła, że nie mamy prawa jej powstrzymać? W rzeczywistości mieliśmy takie prawo, o ile uznaliśmy na podstawie obserwacji pacjenta, że stan umysłowy nie pozwala mu na podjęcie racjonalnej decyzji w tak kluczowej sprawie. W przypadku Petry, jako że moim zdaniem cierpiała na psychozę, uznałem, że decyzja o odebraniu sobie życia siłą rzeczy nie może opierać się na racjonalnych przesłankach.
Skonsultowałem sprawę z innymi lekarzami i wszyscy się ze mną zgodzili. W ten sposób, wbrew wszystkim wątpliwościom, obawom i złym przeczuciom, Petra stała się pierwszą pacjentką w mojej karierze, którą zatrzymałem w szpitalu na mocy Ustawy o zdrowiu psychicznym. Decyzja wymaga zgody trzech specjalistów zdrowia psychicznego, w tym dwóch lekarzy, którzy stwierdzą, że ich zdaniem zatrzymanie pacjenta jest konieczne ze względu na zagrożenia życia jego lub innych.
Czułem się naprawdę paskudnie, zamykając Petrę na oddziale wbrew jej woli.
– Klawisz! – wysyczała. Jej asymetryczną twarz wykrzywił nienawistny grymas.
Po paru dniach psychoza minęła, a depresja zelżała i kobieta stała się bardziej otwarta i odprężona. Starałem się spędzać z nią możliwie jak najwięcej czasu. W trakcie tych spotkań Petra chętnie ze mną gawędziła. Widziałem, że nasze rozmowy sprawiają jej przyjemność. Ponieważ jednak byłem w tamtym czasie bardzo zajęty, poprosiłem pracującego na oddziale psychoterapeutę, by mnie zastąpił. Z doświadczenia wiedziałem, że współpraca z psychoterapeutą przynosi świetne efekty. Narzędzia psychiatry i psychologa zastosowane razem bywają bardzo skuteczne w leczeniu pacjentów.
Tu wypada wspomnieć, że jedynie psychiatrzy mają prawo przepisywać leki. Generalnie rzecz biorąc, psychoterapeuci nie mają niezbędnych kwalifikacji do diagnozowania i leczenia chorób w taki sam sposób, jak robimy to my. Wnoszą za to umiejętność holistycznego podejścia do pacjenta, a włączając się w proces jego leczenia, wykonują niezwykle cenną pracę terapeutyczną. I dokładnie tego w moim odczuciu potrzebowała wówczas Petra. Niestety okazało się, że żaden psycholog nie ma czasu.
Kiedy tylko było to możliwe, starałem się stosować w leczeniu chorych metody psychoterapii. Dlatego i tym razem postanowiłem, że spróbuję wygospodarować czas, żeby kontynuować moje rozmowy z Petrą.
Dowiedziałem się od niej, że dzieciństwo upłynęło jej w dostatku. Rodzina posiadała duży dom w Richmond. Sielankę mącił fakt, że rodzice przejawiali problematyczne zachowania. Wspólnie z Petrą ustaliliśmy jednak, że żadne z nich nie miewało epizodów psychotycznych, lecz oboje cierpieli na ostrą formę depresji.
– Kiedy po raz pierwszy zdiagnozowano u ciebie chorobę psychiczną?
– Miałam parę trudniejszych momentów przed trzydziestką. Ale taki pierwszy poważny epizod wystąpił, gdy byłam mniej więcej w tym wieku co pan. Miałam trzydzieści dwa lata. Od tamtego czasu nie przepracowałam ani dnia.
Petra zajmowała mieszkanie socjalne. W budynku urzędował dozorca – to on usłyszał warkot silnika, zauważył wąż pociągnięty do okna i zareagował, nim tlenek węgla poczynił nieodwracalne szkody w organizmie Petry.
– Jaką pracę wykonywałaś wcześniej?
– Byłam zastępczynią redaktora naczelnego w czasopiśmie.
Tu padła nazwa znanego pisma dla kobiet, słynącego z publikowania modowych fotosów, na których topowe modelki prezentują kosmicznie drogie kreacje. Spróbowałem wyobrazić sobie tamtą Petrę – kobietę, która codziennie udaje się do pracy z modną fryzurą i nienagannym makijażem. Dowiedziałem się, że do jej zadań należało zlecanie artykułów i znajdowanie fotografów. Petra podała też nazwiska kilkorga celebrytów, z którymi osobiście przeprowadzała wywiady. Szczegółowość informacji, jakie mi przekazała, pozwalała założyć, że mówi prawdę. Trudno było mi połączyć w wyobraźni Petrę, o której mi opowiadała, z kobietą, którą znałem teraz. Choroba psychiczna zabrała jej tak wiele. W dodatku zaburzenie dwubiegunowe jest schorzeniem przewlekłym i nieuleczalnym. To z tego powodu Petra chciała się zabić.
Wprawdzie dogadywaliśmy się coraz lepiej, lecz w fundamentalnej kwestii nadal nie mogliśmy się zgodzić. Petra chciała wrócić do domu i popełnić samobójstwo, a ja wolałem, żeby została w szpitalu.
Liczyłem, że zdołamy ustabilizować jej stan psychiczny na tyle, by odzyskała poczucie sensu życia. Zdawałem sobie przy tym sprawę, że ryzyko kolejnej próby wzrośnie, a w każdym razie ulegnie zmianie, gdy jej depresja, zgodnie z zasadą działania choroby, przekształci się w manię. W stanie maniakalnym kobieta będzie przejawiać inne zachowania, jednak będą one nie mniej ryzykowne od tych, którym się oddawała, będąc w skrajnej depresji. Bardzo zależało mi na tym, żeby nie wracała do domu, dopóki nie poczuje się bezpiecznie i nie dostrzeże, że świat wcale nie jest takim okropnym, pozbawionym nadziei miejscem. Co prawda głos racjonalisty w mojej głowie pytał, za kogo się uważam, by decydować za drugą osobę, kiedy jej życie jest znośne, a kiedy nie, ale starałem się ignorować te podszepty.
Wytłumaczyłem Petrze, co jej grozi i przed czym chcę ją uchronić. Pokiwała głową, jakby się ze mną zgadzała. Koniec końców jednak zwróciła się do Komisji Odwoławczej ds. Oceny Zdrowia Psychicznego w nadziei, że ta uchyli moją decyzję i pozwoli jej wrócić do domu.
Komisja jest organem niezależnym. Składa się z trzech członków, którzy przeprowadzają wywiady ze wszystkimi osobami zaangażowanymi w spór – to znaczy z pacjentem, lekarzami, pielęgniarkami, a w niektórych przypadkach również krewnymi chorego – i na ich podstawie podejmują decyzję o ewentualnym zwolnieniu pacjenta. Komisja przypomina sąd i tworzy precyzyjny system, który przydaje się w sytuacjach, gdy ktoś jest trzymany na oddziale psychiatrycznym wbrew swojej woli.
Pech chciał, że moja pierwsza w karierze pacjentka zatrzymana w szpitalu na mocy Ustawy o zdrowiu psychicznym okazała się zarazem pierwszym przypadkiem, w którym o prowadzonym przeze mnie leczeniu orzekała komisja odwoławcza. Decyzję o przymusowej hospitalizacji Petry podjąłem z wielkim trudem. Teraz musiałem dowodzić, że zatrzymanie jej w szpitalu jest konieczne, i czułem się w tej sytuacji bardzo niekomfortowo. Uważałem jednak, że Petra powinna pozostać na oddziale dla własnego bezpieczeństwa. Żarliwie broniłem swoich racji przed komisją, do tego stopnia, że zapewne wyszedłem na niedoświadczonego i naiwnego.
– Doktor Harding nie pozwolił mi spotkać się z psychologiem – oznajmiła przed komisją Petra, rzucając mi kose spojrzenia. – Lubię rozmawiać z psychologami. Ale on chciał leczyć mnie sam.
To nie do końca była prawda. Ale tak, zależało mi na holistycznym podejściu: chciałem oprócz farmakoterapii zająć się bardziej złożonymi potrzebami psychicznymi pacjentki. O skuteczności takiej dwutorowej metody przekonywałem się, pracując z innymi podopiecznymi. Najwyraźniej jednak oskarżenie wytoczone przez Petrę padło na podatny grunt. Członkowie komisji przyglądali mi się chłodno. Jeden z nich chyba nawet potrząsnął głową z niedowierzaniem.
Musiałem zadać sobie pytanie, dlaczego tak bardzo zaangażowałem się w tę sprawę. Kiedy analizowałem intensywne emocje, które Petra we mnie budziła, wydawały mi się bardzo znajome. Odkąd byłem dzieckiem, moja matka groziła, że odbierze sobie życie, wytworzyła się więc we mnie potrzeba ratowania jej za wszelką cenę. Owszem, obecnie miała dobrą pracę, własny dom, krąg przyjaciół, ale to nie zmieniało faktu, że nadal potrafiła zadzwonić do mnie z samego rana i poinformować, że być może w porze lunchu będzie już martwa. A ja w takich sytuacjach oczywiście rzucałem wszystko i pędziłem ją ratować. Czy teraz zadziałał ten sam mechanizm i po prostu zareagowałem identycznie na Petrę?
Starałem się zachować zawodowy dystans, lecz mimo woli dostrzegałem wyraźnie, że Petra wychodzi z depresji i wkracza w maniakalną fazę swojej choroby. Praktycznie nie przesypiała nocy, biegała po oddziale, wdawała się ze wszystkimi w rozmowy, składała jakieś niedorzeczne deklaracje. U niektórych osób faza maniakalna objawia się nadmierną wspaniałomyślnością; w przypadku Petry objawiała się obiecywaniem rzeczy, jakie kupi swoim nowym znajomym po wyjściu ze szpitala, planowaniem wspaniałej wspólnej zabawy i wymyślaniem miejsc, które razem odwiedzą.
Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że powinniśmy ją chronić przed konsekwencjami kolejnej, potencjalnie niebezpiecznej zmiany nastroju.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
