Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Opowieść o wygnaniu, wierności i ocaleniu rzucona na tło złożonej historii Irlandii.
Po beztroskim dzieciństwie w hrabstwie Sligo w pierwszych latach XX wieku Eneas McNulty wchodzi w dorosłość w Irlandii targanej przemocą i politycznymi konfliktami. Gdy po zakończeniu I wojny światowej nie może znaleźć pracy, wstępuje ostatecznie do kierowanej przez Brytyjczyków Królewskiej Policji Irlandzkiej, przez co zostaje uznany za zdrajcę. Ścigany przez bojowników IRA, zmuszony do ucieczki z ojczyzny, Eneas opuszcza rodzinę i Viv, kobietę, którą kocha. Jego tułaczka kończy się w Isle of Dogs, przystani marynarzy, gdzie w końcu odnajduje upragniony spokój.
Przypadki Eneasa McNulty’ego to przejmująca opowieść o zwykłym człowieku, który musi się mierzyć z bezlitosnymi mechanizmami historii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 382
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Sebastian Barry
Przypadki Eneasa McNulty’ego
Przełożył
Dawid Czech
ArtRageWarszawa 2026
Ricie Connolly
I który się nie nalazł napisany w księgach żywota, wrzucon jest w jezioro ogniste
Apokalipsa Świętego Jana 20:15
W środku samotnego miasteczka, na tyłach John Street, w trzecim domu od końca ulicy jest sobie malutki pokoik. W tej chwili, będącej ledwie przecinkiem w długim wersie historii tego miejsca, należy do Eneasa McNulty’ego. Wszędzie wokół rozpościera się już nowy wiek, którego zaznać przyjdzie mu tylko urywek, a nawet tego nie posiądzie na własność. Nic na tym padole, ani zbrukane kontynenty ziemskie, ani park nazwany na cześć ojca Morana, ukwiecony gąszczem zapomnianych róż – dla pięcioletniego Eneasa to jedna miara – nie jest jego. Nic, prócz tymczasowej izdebki. Brzegi ciemnego linoleum wywijają się, dochodząc do ciemnych ścian. Na stoliku przy łóżku stoi blaszany dzbanek, łapczywie chwytając światło słońca i blask księżyca. Na smukłej szafie leży staromodne pudło na kapelusz pokryte dywanem kurzu, pełne czy puste – nie wie. Pokój pasuje do Eneasa jak ulał, skrojony na miarę, za oknem zaś kalejdoskopowa procesja obrazów: słoneczne promienie drzemiące na okopconych liściach klonu, potyczki wróbli i sikorek toczone o grudkę sadła zawieszoną na gałęzi przez jego matkę, wściekłe ulewy wścibiające wiotkie palce w szczeliny okien, nadmorski śnieg, co spada ciężko i nagle, choć nigdy nie zostaje na dłużej, podchody zmroku i radosny brzask jutrzenki.
O zmierzchu w oknie stoi z nim ojciec, człowiek prosty, odziany w czerń a obleczony w skórę bladą i wilgotną jak roztarty mlecz. Wskazuje Eneasowi ruiny rezydencji Lungey House straszące na skraju posesji, labirynt wyszczerbionych granitowych murów, których wyłupione okna zieją pustką, każde okolone wątkiem rumianych cegieł.
– Pamiętaj o tych, co swego czasu chadzali korytarzami tego domu – napomina go Tom, jego ojciec – bo widzisz, Eneasie, wydała ich ta sama ziemia. Nosili się po pańsku, powozów mieli bez liku. Cieszyli się szacunkiem. Ludzie o twarzach podobnych do twojej – kładzie mu drobną dłoń na głowie – posyłali osełki masła w dół rzeki, a potem przez ocean szeroki do Hiszpanii i Portugalii, gdzie trudno było o bydło mleczne.
Nie przelewało się im, taka prawda. Tom wstaje skoro świt i cały w skowronkach, gdyby takowe zapuszczały się na John Street, chodzi do domu dla obłąkanych szyć wariatom kaftany. Na tym polega jego praca. Dawniej zajmowała się tym również matka; każdego dnia stawiała się u bram przytułku jako szwaczka dla pomylonych kobiet. I tak się poznali, nad igłą i nicią, a Eneas to owoc ich związku. Dziecko fastrygowane ze skrawków, tyczkowate, później mające obrosnąć w mięśnie, lecz w wieku pięciu lat wciąż cherlawe.
Opowiastce o dawnych handlarzach masłem Eneas nie daje wiary, wierzy natomiast w czarnoskrzydłe ptactwo – wroniska, tak nazywa je matka, choć on uważa, że to gawrony – dla których Lungey House jest teraz domem. Niby latające berbecie skrzeczą i gaworzą w koronach sędziwych jaworów rosnących nad prezbiteriańskimi grobami. Taki stary jawor to wspaniała rzecz, drzewo, które z biegiem lat słoniowacieje – o pniu kostropatym i pomarszczonym. Wierzy w zastępy wonnych laków biorących lato szturmem, a niekiedy także w niesforną dzieciarnię, przekradającą się po murach do sadu pastora. Wierzy, że pewnego dnia chłopcy go zawołają, a on popędzi za nimi. Zasłynie z tych swoich przyjaźni, tak to sobie wyobraża. Koleżeństwo to największy skarb, powtarza ojciec. Z ogrodu wyniesie krągłe, dojrzałe jabłka na wywiniętym brzegu swetra stworzonego – żadne tam „zrobionego na drutach”, stworzonego, podkreśla matka – ze znoszonego szala przez jego babcię, panią Byrne. Tym bohaterskim czynem wzbudzi podziw mieszkańców Sligo, a w każdym razie chłopców ze Sligo.
Widuje ich też przed swoim domem przy John Street. Kiedy mijają wąską fasadę, on pragnie, ach, jakże pragnie wybiec frontowymi drzwiami i w szlachetnej walce zdobyć należne sobie miejsce w ich szeregach. Wciąż jednak jest na to zbyt słabowity, dzień jego siły jeszcze nie nadszedł. Ale nadejdzie. Podobają mu się miękkie rysy prowodyra tej dzikiej bandy, chłopca zwanego Jonnem. Słyszy to imię wykrzykiwane w ciemniejące jesienne niebo, kiedy konary jabłoni uginają się pod ciężarem dorodnych owoców, a pastor nie pilnuje swej własności. Pragnie dołączyć do tych głosów, być jednym z wielu urwisów w porwanych swetrach i za dużych spodniach po starszych braciach.
Doczeka tych dni, wierzy w to żarliwie, zaprawia się więc w bojach. W alkierzu, przy świetle jesiennego ognia, uprawia zapasy z psem Tammy. Roześmiana matka dopinguje syna, zadziera czarne spódnice i rozpoczyna swój taniec przy palenisku. Rusza w tan, odrzuciwszy głowę do tyłu, a Tammy podskakuje jak sprężyna, sięgając niemal jej twarzy. Na kuchni bulgoce potrawka cielęca, barania właściwie, roztaczając smrodliwe miazmaty. Tammy chrypnie od szczekania, a Eneas nie wychodzi z tej próby sił zwycięsko, jeszcze nie.
Jego matka, tanecznica pierwszej wody, wybija obcasami rytm na płycie z czarnego kamienia, gdzie pod piecem zakopano złoto konkwistadorów. Pewnego razu, gdy u brzegów Irlandii srożył się sztorm, Hiszpanie we wspaniałych galeonach okrążali wyspę, aż w końcu wpadli między McNultych, a wtedy ci, szast-prast, wsadzili ich do gara i zjedli, wedle matczynej opowieści. Tu, przy palenisku, matka snuje swe historie i wycina dla niego hołubce. Głupiutka jest jak ten pies, Eneas to wie. I przyodziewa obłąkane z przytułku w sukienczyny, a one, na wpół martwe matrony, latami nie wyścibiające nosa spod pierzyn, w siostrzanej podzięce przetykają kanwę jej myśli cieniutką przędzą szaleństwa, haftują krzyżyki i wzory. Za młodu ona też haftowała w porannym świetle wpadającym przez jedno z tamtejszych okien, nim wykradł ją stamtąd jego ojciec. Czyż jej głowa nie bywa równie ciężka i twarda jak bochen chleba zaspały w zimnym od dawna piecu, jak zakalec? Gdy jednak wstępuje w nią duch, roznieciwszy w niej zachwyt, spódnice idą w górę i krótkie nóżki rwą się do tańca.
Tom często wybywa do Bundoran lub okolicznych miast. Spędza tam po kilka dni ze swoim zespołem na występach dla wczasowiczów i mieszkańców szukających wytchnienia po długim tygodniu pracy. Gra walce, polki, fokstroty, a ostatnimi czasy przeplata je nową muzyką, murzyńskimi brzmieniami ze słynnej Ameryki i czym tam jeszcze, bo tego właśnie chce publika, tego się domaga. Nuty płyną do niego ekscytującymi porcjami z Nowego Jorku i Galveston, przez Azory i poprzetykane światłem letnie sztormy. Zamknięte w cienkich zeszycikach milczą wyczekująco, wypatrują brzegów rzeki Garravogue – i Toma McNulty’ego. Ma i muzykę dawniejszą, irlandzką też, więc jednej nocy w Bundoran, w Hotelu Grand dajmy na to, dosłyszeć można motywy O’Carolana, Straussa i najlepszych muzyków z Nowego Orleanu. W zimowe wieczory ojciec wychodzi z domu ze skrzypcami, drewnianymi fletami i piccolo pod pachą, nieraz bierze też wiolonczelę, i ślad po nim ginie. Zdarza się, że wraca dopiero w poniedziałek rano, zjawia się o piątej czy szóstej, na długo przed mleczarzem pchającym swój wózek. Wychyla parę kubków mocnej herbaty, po czym wychodzi do pracy w przytułku, rześki jakby przespał sobotę i niedzielę w domowych pieleszach.
– Nie jesteś zmęczony, tatku? – dopytuje Eneas, kiedy siedzą we dwóch przy wyszorowanym kuchennym stole.
Zegar nad piecem głośno odlicza sekundy. Chłopiec, ledwo unosząc ołowiane powieki, ze zdumieniem przygląda się ojcu, który bębni palcami o blat i tupie drobną stopą do rytmu. Rozświetlone sukno jego twarzy co rusz rozdziera uśmiech. I wygrzebał się Eneas z ciepłej pościeli, nieodmiennie zwabiony dźwiękami krzątającego się na dole ojca, na powiekach wciąż jednak ciąży mu sen.
– Życie, synku. Życie nie pozwala mi zasnąć. Nie masz tak? Niech no zagram ci melodyjkę, com ją wczoraj dostał od Toma Mangana z Enniscrone – mówi i zaraz sięga po flażolet.
Eneas lubi swojego ojca i tę jego czeredę kolegów. Zachodzą po niego o każdej porze dnia i nocy. Czasem trzeba, coby zagrał jiga z północnego Sligo dla jakiego Jankesa, który wrócił na stare śmieci. A czasem przytrafią się u kogo zaślubiny. Za dwanaście szylingów i trzy kieliszki szkockiej Tom, ojciec Eneasa, powiedzie młodą parę ulicami miasta. Z jego muzyką przejdą od progu do ołtarza i z powrotem. Marzy mu się jednak własna tancbuda umoszczona w urokliwej szarzyźnie Strandhill.
Czyż nie dzierżawi ogródka w krainie Finisklin, na skraju leszczyny obrastającej Midleton, którą ongiś regularnie przetrzebiano, a teraz, gdy zaczęło napływać zagraniczne drewno, pozostawiono samej sobie? Korytem Garravogue ciągnie więcej szlamu, niż nadążają wybierać, konstatuje ojciec. Ten jego ogródek, to ci dopiero miejsce! Wcześniej dzika połać ziemi okryta kobiercem traw i koniczyny, upstrzona rutewką, dzikimi bratkami i świetlikiem, aż pewnego razu Tom wpadł tam ze szpadlem i wielkimi planami rozrysowanymi na świstku zatłuszczonego papieru i wszystko przekopał. Jak już się wbije pierwszą łopatę, robota idzie szybko, choć objąwszy wzrokiem tamten obraz ustronnego zaniedbania, ogrodzony posępnym murem z zamkniętą na kłódkę żelazną furtką wiodącą dawniej do Midleton, mógłby kto sądzić, że życia mu na to zabraknie. Pierwszego roku nawoził czarną glebę łajnem; poszło w sumie siedemnaście taczek, nim ruszył z kompostem z obierek i herbacianych fusów. Ojciec kopał, Eneas tymczasem bawił się na kępce trawy oddanej w jego władanie, póki srebrzyste gwiazdy nie oprószyły nieba nad Sligo. Gdy tylko chłopiec bierze do ust bryłkę gliny, dostaje solidnego kuksańca, trzyma się więc swojego skrawka zieleni, dłubiąc w ziemi motyczką. Tylko z rzadka, na przekór własnym instynktom, podsuwa sobie pod nos tę czy inną bryłkę.
W kolejnych miesiącach ojciec przecina działkę gęstą siatką ścieżek, taszcząc z pralni worki popiołu – pozostałości po opale, który podgrzewał wodę w klasztornych kotłach. Grabiami wyrównuje alejki, a jego syn Eneas drepcze po nich z wdzięcznością, wcale a wcale niezainteresowany smakowicie wyglądającym popiołem. Wnet wschodzą dostojne zagony malw, piwonii, werben i szafirowych hortensji, a po murze odgradzającym ich od Midleton pnie się groszek pachnący. W ciepłym, osłoniętym od wiatru rogu działki Tom sadzi kilka grusz. Pewnej wiosny, po wielu prośbach, jakiś jegomość w końcu przynosi znad jeziora kilka płaskich głazów wygładzonych przez fale. Tak oto w jedno popołudnie na ścieżce do grusz pojawia się pięć kamiennych płyt. Wspaniały to dzień dla ogródka.
Nocą ojciec prowadzi Eneasa do sypialenki wyłożonej granatowym linoleum; idą przez klasztorną ziemię pogrążoną w ciemnościach tak niezgłębionych, że każdemu dziecku napędziłyby stracha. Maszerują ręka w rękę, aż wreszcie docierają do domu i zjadłszy skromną kolację przy świetle lampy, suną do łóżek niby zjawy. Matka szoruje jeszcze Eneasowi paznokcie, a ten pada na pościel zmęczony i rad, ile dusza pozwala.
Takie są tamte dawno minione dni, kiedy ojciec gra na flecie, matka tańczy, a on siedzi przed paleniskiem i uśmiecha się do nich szaleńczo, uśmiechem szczerym, radosnym. Jego twarz, jak miniatura ojcowskiej twarzy, rozdziera się w tym uśmiechu, jakże szczodrym i pełnym zachwytu. Prosty świat wypełniają proste przyjemności, a kiedy wieczorami słyszy chłopców wołających „Jonno!”, myśli o eskapadach po jabłka, a ostatnie promienie słońca nikną w objęciach jaworów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Kontakt:
Z prozy współczesnej w ArtRage do tej pory ukazały się:
Verena Kessler
Duchy z miasteczka Demmin
w tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej
Victoria Kielland
Moi mężczyźni
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Nona Fernández
Strefa mroku
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Aleksandra Pakieła
Oto ciało moje
Margaryta Jakowenko
Przemieszczenie
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Charles Yu
Ucieczka z Chinatown
w tłumaczeniu Agi Zano
Andrea Abreu
Ośli brzuch
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Linn Strømsborg
Nigdy, nigdy, nigdy
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Mohamed Mbougar Sarr
Bractwo
w tłumaczeniu Jacka Giszczaka
Claudia Salazar Jiménez
Krew o świcie
w tłumaczeniu Tomasza Pindla
Jessica Au
Mógłby spaść śnieg
w tłumaczeniu Agi Zano
Kjersti Anfinnsen
Chwile wieczności
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Jonas Eika
Po słońcu
w tłumaczeniu Macieja Bobuli
Aleksandra Tarnowska
Wniebogłos
Nick Cave
Gdy oślica ujrzała anioła
w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego
Sebastian Barry
Tysiąc księżyców
w tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika
Adda Djørup
Kot Bułhakowa
w tłumaczeniu Zuzanny Zywert
Michał Michalski
Gruby
Linn Strømsborg
Kurwa, kurwa, kurwa
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Santiago Roncagliolo
Noc szpilek
w tłumaczeniu Tomasza Pindla
Cristina Morales
Lektura uproszczona
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko i Agaty Ostrowskiej
Sebastian Barry
Po stronie Kanaanu
w tłumaczeniu Katarzyny Makaruk
Merethe Lindstrøm
Dni w historii ciszy
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Marta Hermanowicz
Koniec
Aki Ollikainen
Sielanka
w tłumaczeniu Justyny Polanowskiej
Chiang-Sheng Kuo
Stroiciel fortepianów
w tłumaczeniu Katarzyny Sarek
Jarek Skurzyński
Zły syn
Sebastian Barry
Czas starego Boga
w tłumaczeniu Agi Zano
Arturo Pérez-Reverte
Szachownica flamandzka
w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego
Michał Trusewicz
Plemię
Oliver Lovrenski
Jak byliśmy młodsi
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Juan Cárdenas
Diabeł z prowincji
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
Maren Uthaug
11%
w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz
Brenda Navarro
Prochy w ustach
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Karina Sawaryna
Wynik negatywny
w tłumaczeniu Katarzyny Fiszer
Arturo Pérez-Reverte
Ostatnia zagadka
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
Sebastian Barry
Tak daleko od domu
w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki
Louise Erdrich
Rzeka Czerwona
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
John Darnielle
Wilk w białej furgonetce
w tłumaczeniu Agi Zano
Sebastian Barry
Tymczasowy dżentelmen
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
Mia Couto
Lunatyczna kraina
w tłumaczeniu Michała Lipszyca
Brenda Navarro
Puste domy
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Alexis Wright
Księga łabędzi
w tłumaczeniu Agi Zano
Mircea Cărtărescu
Solenoid
w tłumaczeniu Joanny Kornaś-Warwas
Maren Uthaug
88%
w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz
Aleksandra Tarnowska
Niedźwiedź, syn niedźwiedzia
Louise Erdrich
Okrągły dom
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
Winona Cole, osierocona córka Indian Lakota, dorasta w niekonwencjonalnym domu na farmie w zachodnim Tennessee. Wraz z rodzeństwem Bougereau, dwojgiem wyzwolonych niewolników, i przybranymi rodzicami, Johnem Cole’em i jego towarzyszem broni oraz życiowym partnerem Thomasem McNultym, mieszka i pracuje na farmie Lige’a Magana. Ta zupełnie niezwykła jak na XIX wiek rodzina próbuje trzymać na dystans brutalny świat zewnętrzny i trudne wspomnienia z przeszłości.
Ale Tennessee jest stanem wciąż rozdartym między gorzkim dziedzictwem wojny secesyjnej a niejasną przyszłością. Kiedy najpierw Winona, a potem Tennyson Bouguereau zostają brutalnie napadnięci przez nieznanych sprawców, pułkownik Purton powołuje milicję, by okiełznać buntowników i nocnych jeźdźców, którzy panoszą się na obrzeżach miasteczka Paris. Uzbrojona w nóż, karabin Tennysona i odwagę swej słynnej matki-wojowniczki Winona postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i wyruszyć na poszukiwanie sprawiedliwości. Po drodze odsłania mroczne sekrety ze swej przeszłości i odkrywa, kim sama tak naprawdę jest.
Tysiąc księżyców to znakomicie napisana, wspaniała powieść o miłości i odkupieniu.
Poruszająca powieść historyczna wybitnego irlandzkiego prozaika w nowym, znakomitym przekładzie Katarzyny Makaruk.
Po stronie Kanaanu to opowieść Lilly Bere, osiemdziesięciopięcioletniej irlandzkiej emigrantki, rozpoczynająca się żałobą po wnuku, Billu. Lilly, córka dublińskiego policjanta, powraca do przeszłości i dramatycznych wydarzeń, wskutek których została zmuszona do ucieczki z Irlandii pod koniec I wojny światowej. Epicka i zarazem intymna historia jej życia ma swój dalszy ciąg w Stanach Zjednoczonych, gdzie – z dala od rodziny – po raz pierwszy zasmakowała słodyczy miłości i goryczy zdrady.
W Po stronie Kanaanu Sebastian Barry pochyla się nad takimi zagadnieniami, jak pamięć, wojna, więzi rodzinne, miłość i strata. W 2011 roku książka została nominowana do Bookera, a rok później wyróżniono ją Nagrodą im. Waltera Scotta dla najlepszej powieści historycznej.
Nominowana do Nagrody Bookera powieść irlandzkiego mistrza we wspaniałym przekładzie Agi Zano.
Policjant Tom Kettle niedawno przeszedł na emeryturę i zamieszkał w zaciszu nowego domu, przybudówki do wiktoriańskiego zamku z widokiem na Morze Irlandzkie. Miesiącami z nikim się nie widział, pomijając ekscentrycznego właściciela i znerwicowaną młodą matkę, która wprowadziła się tuż obok. Kettle wraca wspomnieniami do swoich bliskich: ukochanej żony June i dwójki dzieci, Winnie i Joego. Kiedy jednak u drzwi staje dwóch byłych kolegów po fachu, którzy pragną rozwikłać sprawę niedającą mu od kilkudziesięciu lat spokoju, Kettle musi wrócić do tego, co pragnął na zawsze zostawić za sobą.
Czas starego boga to wspaniała powieść o demonach przeszłości. Sebastian Barry wikła czytelnika w historię, w której nic nie jest takie, jakie z początku się wydaje.
W 1914 roku osiemnastolatek Willie Dunne opuszcza Dublin, swoją rodzinę i ukochaną Grettę, którą planuje poślubić. Zaciąga się do wojska, by niosąc pomoc Belgii stawić czoła Niemcom na froncie zachodnim w szeregach Królewskiego Pułku Fizylierów Dublińskich. We Flandrii czeka go orgia przemocy i niewyobrażalna groza, a przy życiu trzymają go tylko listy od bliskich, towarzysze broni i Dostojewski.
Willie, lojalny syn policjanta, praktycznie nieświadom napięć politycznych narastających w Irlandii podczas jego nieobecności, wraca z frontu na urlop. Jego ojczyzna już za chwilę pogrąży się w bratobójczej walce. Młodzieniec znajduje pocieszenie jedynie w bliskich, wie jednak, że wkrótce musi wrócić do pułku i walczyć do samego końca w wyniszczającej wojnie.
Sebastian Barry z właściwym sobie wdziękiem i pisarskim mistrzostwem oddaje zmagania Williego, a także przytłaczające skutki wojny.
Tytuł oryginału: The Whereabouts Of Eneas Mcnulty
Redaktor inicjujący: Michał Michalski
Redaktor prowadzący: Krzysztof Cieślik
Opieka techniczna: Szczepan Kulpa
Opieka promocyjna: Paula Czubaj, Agata Krajewska
Projekt okładki: Leniva Studio
Projekt makiety: Mimi Wasilewska
Redakcja: Maria Wirchanowska
Korekta: Aleksandra Orzechowicz, Aleksandra Marczuk-Radoszek, Krzysztof Cieślik
© Copyright Sebastian Barry, 1998
© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2026
© Copyright for the Polish translation by Dawid Czech, 2026
Published by agreement with Rogers, Coleridge and White Ltd
Książka została opublikowana przy wsparciu Literature Ireland
Wydawnictwo ArtRage
wydawnictwo.artrage.pl
Wydanie pierwsze, Warszawa 2025
ISBN 978-83-68295-94-8
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
