Przyjdzie pogoda na miłość - Wioletta Piasecka - ebook + audiobook

Przyjdzie pogoda na miłość ebook i audiobook

Piasecka Wioletta

4,6

Opis

Pełna emocji historia trzech przyjaciółek, z których marzeń zadrwił los. Młode kobiety zderzają się z brutalnością dorosłego życia. Czy odnajdą w sobie siłę, by podnieść się po bolesnym upadku? Czy potrafią zaufać sobie i innym, kiedy Przyjdzie pogoda na miłość?
Joannę opuszcza narzeczony i decyduje się na ślub z inną kobietą.  U Magdy, która spodziewa się dziecka, lekarze diagnozują raka piersi.Zuzanna marząca o karierze w modelingu wikła się w seksaferę w kręgach władzy.Wioletta Piasecka w powieści Przyjdzie pogoda na miłość zdaje się mówić, że wszystko ma swój czas. Po burzy wychodzi słońce, a więc mimo zawiedzionych nadziei, cierpienia i konsekwencji błędnych decyzji zawsze trzeba szukać nowych szans i walczyć o swoje szczęście.


Jeśli przeżywasz rozterki i rozczarowania, ta książka jest dla Ciebie. Jeśli potrzebujesz otuchy, bo w Twoim życiu się nie układa, ta książka jest dla Ciebie. Jeśli po prostu masz ochotę na dobrą lekturę, to Przyjdzie pogoda na miłość jest idealnym wyborem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 400

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 36 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Zarówno cała książka, jak i jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Szara Godzina s.c.

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Redakcja

Beata Wojciechowska-Dudek

Zdjęcia na okładce

© Mark Owen | Arcangel Images

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Anatta sp. z o.o.

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest zupełnie niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2020

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER SA

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

www.liber.pl

© Copyright by wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2020

ISBN 978-83-66573-43-7

Nie wymażę niczego z mojego życia. Każda rzecz, każda najmniejsza rzecz doprowadziła mnie do tego, kim jestem teraz. Rzeczy piękne nauczyły mnie kochać życie. Rzeczy złe nauczyły mnie, jak żyć.

Bob Marley

Nie mogła złapać tchu. Miała dość tego domu. I tej sukienki. Pożyczyła ją specjalnie na dzisiejszy wieczór, ale była zbyt ciasna. Pragnęła uwolnić się z niej na chwilę i swobodnie pooddychać. Sięgnęła ręką do tyłu, by rozpiąć zamek błyskawiczny, ale ani drgnął. Dała za wygraną i wyczerpana podeszła do okna, by się uspokoić. Rzadko stawała w oknie, bo mieszkali na parterze przy głównej ulicy. Z czołem opartym o chłodną szybę bezmyślnie gapiła się przed siebie. Sporo ludzi kręciło się na przystanku. Nadjeżdżający autobus zabrał prawie wszystkich. Została tylko dziewczyna w zielonym płaszczu. Chodziła tam i z powrotem. Stukot szpilek niósł się po pustej ulicy. Rozglądała się wokół i nerwowo patrzyła na zegarek. Wyraźnie na kogoś czekała.

Ja też się spóźnię – pomyślała Joanna.

Trzaśnięcie drzwiami wyrwało ją z zamyślenia. Ojciec poczłapał z kuchni do swojego pokoju. Od ponad godziny na przemian wrzeszczał i gderał. Nie wiedziała, o co mu chodziło. Od wielu lat próbowała przywyknąć do ciągłych awantur, ale nie zawsze udawało jej się zachować spokój. Uwielbiał roztaczać przed nią czarne wizje – że zostanie starą panną, że nie znajdzie pracy – i wmawiać, że jest nic niewarta.

Drżącymi dłońmi wyjęła z szuflady dyplom. Pachniał nowością. Przymknęła oczy i opuszkami palców musnęła okładkę. Obiecywała samodzielność.

Joanna otworzyła oczy i odetchnęła swobodniej.

– Wszystko w moich rękach – szepnęła. – Za chwilę znajdę pracę i bez żalu wyprowadzę się stąd.

Poprawiła sukienkę. Najpierw naciągnęła obcisłą podszewkę, a potem wygładziła czerwony, połyskujący brokatem materiał, by równo leżał.

Zegar na wieży ratusza wybił dwudziestą trzydzieści. Joanna wepchnęła do szuflady szpargały walające się na biurku. Nie ułożyła ich. Nie leżało to w jej naturze. Na prawie pustym, ciemnym blacie ustawiła lusterko i krytycznym wzrokiem przyjrzała się sobie. Chociaż pokój tonął w półmroku, wyraźnie widziała wielkie, błyszczące, niebieskie oczy. Brwi ściągnięte ku sobie w poważnym skupieniu utworzyły ledwie zauważalną lwią zmarszczkę. Dziewczyna rozciągnęła usta w uśmiechu. Lwia zmarszczka zniknęła. Uśmiechnęła się szerzej, by ujrzeć biel zębów. Przesunęła lusterko i energicznym ruchem przeciągnęła włosy na jedno ramię. Gęste, długie, o niespotykanym rdzawozłotym kolorze wzbudzały podziw i zazdrość wielu koleżanek. Marek mówił, że są w odcieniu bursztynowym. Wystarczyło trochę wilgoci w powietrzu, by skręciły się w kaskadę małych loczków, ale teraz rozprostowane i wyszczotkowane układały się w miękkie fale.

Dźwięk komórki wyrwał ją z zamyślenia.

– Asiu, muszę powiedzieć ci coś ważnego. – Przyjaciółka od razu przystąpiła do ataku.

– Cześć, Madziu, stało się coś?

Joanna sięgnęła do torebki po tusz. Z telefonem ściśniętym między głową a ramieniem próbowała pomalować rzęsy.

– Właściwie… to nic pewnego… ale… ja… – Magda zawahała się.

– Zadzwonię z samego rana, dobrze? – odpowiedziała Joanna i mimo pośpiechu zaczęła się tłumaczyć: – Ojciec jak zwykle stanął na wysokości zadania. Wrzeszczał ponad godzinę. Nie mam już ani minutki, a muszę się jeszcze umalować. Zadzwonię jutro, OK? – Zakręciła tubkę z tuszem.

– Zadzwoń dziś. Zależy mi. Bardzo – szepnęła Magda. – Nie mogę mówić głośniej. Jestem jeszcze w pracy. Dzwonię z magazynku.

– Późno wrócę. – Joanna spryskała się perfumami za uchem. – Zadzwonię raniutko.

– No dobrze… O której?

Wyrzut w głosie przyjaciółki obudził w Joannie jeszcze większe poczucie winy.

– Z samego rana, obiecuję. O ósmej. Najpóźniej o dziewiątej. – Z flakonikiem w dłoni czekała na zakończenie rozmowy.

Zapadła niezręczna cisza. W końcu Magda spytała innym tonem:

– Zmieściłaś się w Zuzy sukienkę?

– Ledwo. Długopisem dociągnęłam zamek. – Zaśmiała się. – Pojęcia nie mam, jak ją zdejmę. Jutro ci wszystko opowiem.

– OK. Udanej zabawy. – Przyjaciółka rozłączyła się z ociąganiem.

Zrobiło się naprawdę późno.

W korytarzu Joanna natknęła się na ojca. Niski, otyły, od lat chodził lekko przygarbiony i w przydeptanych pantoflach zamiast kapci.

– A ty dokąd? – Zasłonił sobą wąski przedpokój.

– Idę z Markiem na kolację. – Przestąpiła z nogi na nogę, czekając, aż jej ustąpi.

– Nie za krótka ta kiecka? – Zmierzył ją krytycznym wzrokiem. – Wyglądasz w niej, jakbyś szła do burdelu.

– Przestań, tato. Jestem dorosła. – Mimowolnie poprawiła materiał.

– Oświadczył się już? – Ojciec zmienił temat.

Wzruszyła ramionami.

– Zrobi to w swoim czasie, zresztą ludzie żyją bez ślubu i dobrze im z tym.

– Pewnie! Tak najlepiej! – Rojewski oparty o ścianę zapalił trzymanego w ręku papierosa i zaciągnął się dymem. − On bogacz, a ciebie matka porzuciła po porodzie.

– Przestań! – podniosła głos.

Ojciec od dziecka oskarżał ją o odejście matki. Co za absurd! – myślała. Nie znała jej nawet z opowieści. Nigdy jej nie widziała. Od kiedy pamięta, niewinne pytanie o matkę wywoływało w ojcu agresję. Dawno przestała pytać.

– Dobrze, dobrze. – Machnął ręką. − Sama wiesz, o co mi chodzi. Oni mają sieć delikatesów. Teraz skończył studia…

− Ja też skończyłam studia. Chcesz zobaczyć dyplom? – Skorzystała z możliwości przejścia, gdy ojciec wyszedł strzepnąć popiół do popielniczki. Podeszła do szafy.

− Eee, za wysokie progi jak dla ciebie. – Stanął między kuchnią a przedpokojem. – Zrobi ci bękarta i tyle będzie z wielkiej miłości. Wspomnisz moje słowa. Ile lat cię wodzi za nos? Cztery? Pięć? – Wypuścił dym prosto w jej wypielęgnowane włosy.

Nie odpowiedziała. W pośpiechu nakładała kremowe szpilki. Dusiła się. Cholerny wąski korytarz! – zaklęła w duchu. Sięgnęła do szafy po żakiet. Z wieszaków spadło kilka ubrań. Przykucnęła, by je pozbierać. Wąska, krótka sukienka i wysokie szpilki mocno utrudniały ruchy.

− Masz prawie dwadzieścia pięć lat. Dawno weszłaś w wiek staropanieństwa. Ja w twoim wieku już byłem żonaty.

Joannę zapiekło pod powiekami. Walczyła z sobą, by się nie rozpłakać. Przełknęła ślinę i szepnęła przez ściśnięte gardło:

− Proszę, nie psuj mi tego spotkania.

− Skończysz jak matka − wycedził. – Tylko nie puszczaj się gdzieś w krzakach. Oglądam telewizję i wiem, co siedzi wam w głowach.

Zaschło jej w ustach. Powietrze w korytarzu zrobiło się gęste od gryzącego dymu tytoniowego. Nacisnęła klamkę i wybiegła na zewnątrz. Targała nią przemożna pokusa trzaśnięcia drzwiami. Ech, zburzyć wszystko! Wyjechać przed siebie, nie wracać, nie myśleć! – pomstowała w duszy. Zamiast tego zamknęła je bezgłośnie. Rozejrzała się wokół i dopiero po chwili poczuła ciepły powiew czerwcowego wieczoru.

Od kiedy pamiętała, ojciec był zrzędliwy. Nie lubił ludzi. Nie utrzymywał kontaktów ani z rodziną, ani ze znajomymi. Jako księgowy często przynosił zlecenia do domu i pracował do nocy. Zamknął się w swoim świecie. Joanną mało się interesował, nawet w okresie wczesnego dzieciństwa. Owszem, kupował jedzenie, ubrania. Ba, nawet zmusił do dziennych studiów! Jednak w mieszkaniu mijali się niczym obcy ludzie. Mimo wszystko kochała go. Kiedyś bardzo zabiegała o jego miłość, dobre słowo. Zapomniała już, kiedy przestała.

Pierwszy cieplejszy czerwcowy wieczór sprawił, że sporo ludzi spacerowało po ulicach. Kwitnące akacje niosły radosny zapach beztroski. Jakaś para siedziała na ławce i całowała się namiętnie, nie zwracając uwagi na otoczenie. Joanna uśmiechnęła się na ten widok. Przyspieszyła kroku. Postanowiła iść pieszo. Do restauracji Santorini nie było daleko, a poza tym przez wrodzoną niecierpliwość nie chciała czekać na autobus. Pragnęła zapomnieć o ojcu i cieszyć się czekającym ją spotkaniem z Markiem.

Mój dom będzie inny. Wesoły, pogodny – rozmarzyła się.

Nagle ni stąd, ni zowąd przypomniały jej się przepłakane wieczory, gdy jako dziecko siadała na parapecie i wysyłała zaklęcia do gwiazd, by mama zabrała ją z tego ponurego, pustego domu.

Co ja robię? – uświadomiła sobie ze zgrozą. Przecież to najgorszy czas na wspomnienia.

Wyprostowała ramiona, włożyła trzymany w ręku żakiet i uniosła głowę. W czerwonej, obcisłej, brokatowej sukience do połowy uda, granatowym żakieciku i kremowych czółenkach na cieniutkiej wysokiej szpilce wyglądała bardzo elegancko. Przerzuciła niewielką granatową torebkę przez ramię, lekki wiatr rozwiewał jej włosy. Z satysfakcją odnotowała pełne podziwu spojrzenia mijających ją mężczyzn. Ponury nastrój prysł.

Idąc ulicą Spacerową, ujrzała w oddali biały budynek greckiej restauracji. Niebieskie okiennice świeżo pomalowane farbą pięknie kontrastowały z czerwonymi pelargoniami zwisającymi z każdego okna i parkanu. Kilkanaście stolików z wiklinowymi krzesłami i niebieskimi parasolami pomiędzy kwiatami zachęcało do wejścia. Cichutka grecka muzyka umilała spacer przechodniom.

Restauracja Santorini do tanich nie należała. Jednak bywali tu z Markiem na swoich sekretnych świętach. Tu obchodzili rocznice: pierwszego pocałunku, pierwszej wspólnej nocy czy pierwszego spotkania. Dziś świętowali piątą rocznicę znajomości.

Nagle ktoś delikatnie chwycił ją za łokieć. Starsza kobieta z przewieszonym na szyi emblematem Caritasu zastąpiła jej drogę.

– Proszę wesprzeć Kamilkę, moją wnuczkę. Zbieramy dla niej na przeszczep szpiku. – Wbiła w Joannę błagalne spojrzenie.

– Naprawdę, przykro mi. – Joanna odwróciła wzrok. – Nie mam przy sobie pieniędzy. – Wyswobodziła łokieć i minęła kobietę.

Uszła kilka kroków. Zaraz jednak obudziły się w niej wyrzuty sumienia.

No przecież masz dwadzieścia złotych. Ty będziesz jeść, a dziecko umiera – spirala myśli zaczęła się nakręcać.

Wróciła. Wściekła na siebie, bez słowa wrzuciła do puszki ostatnie pieniądze.

– Bóg zapłać! – Kobieta otarła łzy. Miała oczy zbitego psa. – Liczy się każda złotówka. – Siorbnęła nosem. Lekki błysk w oku rozjaśnił na chwilę twarz staruszki. – Będziesz szczęśliwa, zobaczysz, los ci na pewno wynagrodzi.

Joanna lekko zawstydzona bąknęła pod nosem coś na znak podziękowania i przyspieszyła kroku.

E, nie ma co narzekać. Dam sobie radę. Jestem zdrowa, młoda, zakochana. Życie przede mną – pomyślała. Łzy starszej pani bardzo ją wzruszyły.

Zobaczyła go z daleka. Stał przy fontannie na wprost restauracji. Opalony, wysoki, przystojny, w eleganckiej marynarce, błękitnej koszuli, dżinsach i zamszowych butach wyglądał świetnie. Trzymał w ręku bukiet kolorowych kwiatów. Ukradkiem palił papierosa, ale zgasił niedopałek, nim zdążyła podejść. Dwie czterdziestolatki obejrzały się za nim.

– Ciacho – zapiszczała zalotnie jedna z kobiet, mijając Marka, ale on, pogrążony we własnych myślach, zdawał się tego nie słyszeć. Płeć piękna mimo licznych figlarnych sztuczek i prób uwiedzenia nie zepsuła go.

– Znowu palisz? – Wspięła się na palce i pocałowała go w policzek. – Trzy lata nie paliłeś. I po co ci to?

– Cudownie wyglądasz. – Zignorował pytanie. Przytulił ją i powąchał za uchem. – Niech zgadnę. Euphoria?

– Tak! Skąd wiedziałeś? – Roześmiała się przekornie. Dostawała te perfumy od Marka co miesiąc. – Rozpieszczasz mnie, kochanie.

Podał jej kwiaty. Wsadziła nos w ich płatki. Złe myśli odpłynęły.

– Wiesz, z tym bukietem wyglądałeś z daleka jak amant z przedwojennego filmu. – Znów zanurzyła twarz w kwiatach. – A właściwie dlaczego nie czerwone róże? – spytała. Od pięciu lat dawał jej wyłącznie róże. Niemal purpurowe.

Marek skłonił się przed nią nisko i pocałował w dłoń.

– Nie czerwone i nie róże, ponieważ musimy iść z duchem czasu – wyjaśnił tajemniczo. – Być bardziej nowocześni.

– Trzeba było mnie uprzedzić. Założyłabym jakieś glany czy coś, a nie poświęcała całego tygodnia na organizowanie kiecki. O odmawianiu sobie kolacji nie wspomnę.

– Czas po prostu dorosnąć i dostosować się do dwudziestego pierwszego wieku.

– Nie wiedziałam, że utknęliśmy w dziewiętnastym. – Znów się roześmiała.

– Duchowo współcześni. – Otworzył przed nią szklane drzwi. – A sukienka super. Wyglądasz… no po prostu bosko.

Przywitała ich feeria świateł. Szklana srebrna kula kręciła się przy suficie, rzucając na ściany wesołe rozbłyski. Dźwięki sztućców i stłumionych rozmów ścierały się z romantyczną grecką nutą. Stoły pokryte białymi wykrochmalonymi obrusami lśniły odświętnie. Na każdym z nich paliły się małe lampiony, co dodawało wnętrzu ciepła i intymności. Ściany z drobinkami kryształków podkreślały magiczny nastrój.

– Witam w restauracji Santorini. – Kelnerka poprowadziła ich do zamówionego wcześniej, jedynego wolnego stolika. Stał już na nim wazon z wodą. – Pomogę pani z tymi ślicznymi kwiatami. – Odebrała od Joanny bukiet i wstawiła do wody. Położyła karty dań i spytała z uśmiechem: – Czy są państwo na coś zdecydowani, czy przyjść za chwilkę?

– A co pani poleca? – Marek bez przekonania przeglądał kartę w tę i we w tę.

– Jedliście państwo u nas musakę?

– Do tej pory jedliśmy u was tylko desery, a jestem okropnie głodna. – Joanna spojrzała na kelnerkę promiennym wzrokiem. – Musaka? Co to takiego?

– To tradycyjna grecka potrawa. Ziemniaczki, bakłażan i mięso mielone zapiekane z kremem beszamel. Specjalność naszej restauracji. Bardzo polecam.

– Co zamawiamy, Mareczku? Ja mam chrapkę na tę musakę. Kusząco pani o niej opowiada. – Joanna oddała kelnerce menu bez otwierania.

– Doskonały wybór, a dla pana?

– To ja również. – Marek zamknął kartę. – Do tego dwie lampki czerwonego półwytrawnego wina. Albo nie, wino poprosimy już teraz.

– Oczywiście, już podaję. – Dziewczyna zapisała zamówienie w smartfonie i kołysząc biodrami, energicznie ruszyła w stronę kuchni. Jej turkusowa kusa sukienka unosiła się, odsłaniając opalone nogi.

Marek odprowadził ją wzrokiem.

– Kochanie, nie patrz tak na nią, bo będę zazdrosna i zostanę w przyszłości wredną żoną. – Joanna pochyliła się i delikatnie odwróciła twarz chłopaka w swoją stronę. Mała blizna nad prawym łukiem brwiowym, którą tak lubiła, dodawała mu męskości.

W szarych oczach dostrzegła wyrzut i roztargnienie. Położył ręce na jej dłoniach i pogładził.

– Sama przyznaj, nigdy nie dawałem ci powodów do zazdrości. Byłem, jestem i pozostanę w stosunku do ciebie uczciwy.

– Ojojoj, jak to zabrzmiało! Jeszcze cię nie widziałam w tak poważnym nastroju.

Przy sąsiednim stoliku trzy młode dziewczyny sączyły drinki i bezceremonialnie lustrowały gości. Teraz wzięły sobie na cel Marka i Joannę, tworzyli bowiem bardzo dobraną parę.

– Wino dla państwa. – Kelnerka postawiła na stoliku dwa fikuśne kieliszki na cienkich nóżkach. – Za chwilę podam musakę. – Oddaliła się bezszelestnie.

– Zaprosiłem cię nie tylko z okazji rocznicy. Muszę ci powiedzieć coś naprawdę ważnego. – Popatrzył na nią bezradnie. – I… nie wiem, jak zacząć. – Ręce mu drżały.

– Mów śmiało, kochanie. – Objęła go czułym, pełnym oddania spojrzeniem. Uświadomiła sobie, że jest gotowa związać z tym mężczyzną całe życie. Cokolwiek chciał jej powiedzieć, zapragnęła go wesprzeć. Dodać mu otuchy. – Marku… – szepnęła.

– Poczekaj, nic nie mów. – Wstał niezdarnie i wyjął z kieszeni marynarki wiśniowe atłasowe pudełeczko. Kolana mu zadrżały.

– Nie, Mareczku, proszę, nie klękaj. Nie trzeba. – Chwyciła szybko jego dłoń.

Usiadł z powrotem przy stoliku. Wytarł chusteczką spocone czoło.

– Joasiu, to dla ciebie. – Położył pudełko obok jej kieliszka. Wyglądało na to, że ten wielki facet za chwilę wybuchnie płaczem.

Sięgnęła po prezent. Nie otworzyła go od razu. Przycisnęła do serca. Przymknęła powieki, by celebrować szczęśliwą chwilę, ale zaraz otworzyła oczy. Rozejrzała się dokoła. Na wprost ukochany mężczyzna, przed nią bukiet pięknych kwiatów, ściany mieniące się kryształkami, palmy pomiędzy stołami kontrastujące z bielą i zapewniające gościom troszkę intymności oraz cicha grecka muzyka.

– W naszą pierwszą podróż pojedziemy do Grecji – rozmarzyła się.

Marek wiercił się niespokojnie. Trzy sąsiadki przyglądały się tej scenie, jedna z nich z nieukrywaną zazdrością.

Joanna obróciła w dłoniach prezent raz i drugi. Serce waliło jej z emocji. To maleńkie pudełeczko oznaczało dla niej nie tylko miłość, ale też wolność i spełnienie marzeń o szczęśliwej rodzinie.

Naraz pudełko pod wpływem ucisku otworzyło się samo. Było w nim cudeńko. Maleńkie, złote serduszko na cienkim łańcuszku. Pochyliła się nad prezentem i zamrugała, jak gdyby chciała się upewnić.

– Serduszko? Przez chwilę myślałam, że… byłam pewna, że… to… pierścionek. – Speszyły ją własne słowa.

– Przepraszam… Przepraszam, Asiu, że cię zawiodłem. – Marek miał łzy w oczach. – Wiem. Rozczarowałem cię. Przepraszam cię… Za… wszystko…

– No coś ty! Prezent jest śliczny! Dziękuję, skarbie. Tylko powiedziałeś, że to coś bardzo ważnego. I ja po prostu… – Roześmiała się. – A zresztą nieważne, Mareczku, pomóż mi go zapiąć. – Przyłożyła serduszko do szyi. – Mam za długie paznokcie. Mareczku, rozchmurz się, pomóż mi – poprosiła.

Marek nie uczynił żadnego gestu. Siedział jak zahipnotyzowany.

– To na pożegnanie – wydusił w końcu jednym tchem, patrząc w kieliszek z winem.

– Co ty mówisz?

– Chciałem ci to dać po kolacji, ale jakoś tak wyszło. – Dalej nie podnosił wzroku.

– O czym ty mówisz? – Ręce z serduszkiem bezwiednie opadły jej na stolik.

– Asiu… – Chrząknął nerwowo i umilkł.

Joanna również milczała.

– Moi rodzice twierdzą… – zaczął nieswoim głosem.

– Oczywiście! – przerwała mu. – Niech zgadnę! Jestem dla ciebie za biedna, tak? To chcesz mi powiedzieć?

– To nie tak. – Marek potarł ręką czoło. – Spróbuj zrozumieć. Mój ojciec naciska… Powiedział mi… że… że… – Przełknął ślinę. Nie mógł znaleźć odpowiednich słów.

Oniemiała. Mimo fali gorąca wstrząsnął nią zimny dreszcz.

Zaraz uduszę się w tej sukience! – pomyślała.

– Moja matka mówi, że to minie. Zawsze mija – powiedział cicho.

– Co minie? Miłość?

Łańcuszek w jej dłoniach połyskiwał bezwstydnie, zupełnie nie na miejscu. Oszołomiona nie wiedziała, co z nim zrobić.

Marek zwilżył językiem spierzchnięte usta.

– Musimy… powinniśmy… – Przerwał. Wzruszył ramionami. Patrzył gdzieś w bok.

– Niczego nie musimy! – oświadczyła stanowczo. – Mam do ciebie prośbę.

– Tak, oczywiście, jaką? – Ożywił się.

– Patrz mi w oczy, gdy ze mną rozmawiasz. Chcę wiedzieć, które słowa są twoje, a które twoich starych. – Wydęła z pogardą usta.

– Joanno… – szepnął i popatrzył na nią smutnym wzrokiem, lecz zbyt długo nie wytrzymał jej przenikliwego spojrzenia. – Ponoć każda miłość przechodzi – bąknął bez przekonania.

– Nasza trwa już pięć lat! – podniosła głos. – Chcesz to przekreślić? Po prostu pstryk i nie ma?!

– Teraz, gdy skończyliśmy studia, trzeba zająć się prawdziwym życiem. Pracą… Karierą…

– Ojciec ci to powiedział czy matka? – przerwała mu. – I w czym ja wam przeszkadzam?

– Widzisz, nasza rodzina… – kręcił się nerwowo na krześle – jest bardzo szanowana w mieście…

– No, tak! Mogłam się tego spodziewać! Mnie przecież własna matka porzuciła. Już dziś to słyszałam!

– Przestań, uspokój się. – Rozejrzał się na boki. – Zrozum, ojciec przepisał na mnie kilka sklepów. Chcemy wejść w układ z taką… firmą. Mają fabrykę czekolady. Szykuje się nam interes życia.

– Ależ handlujcie czekoladą! Co to ma do rzeczy? Przecież ja zaakceptuję każde wasze działanie! Nie chcę waszego majątku! Nie musimy nawet brać ślubu. Żyjmy na kocią łapę. Wiele par tak żyje. Nie nalegam na ślub. Po co komu ślub? Jak dla mnie możemy mieszkać w wynajętym pokoju. Jak wielu naszych znajomych – dodała.

– Zrozum, proszę cię. Jestem to winien i ojcu, i matce. W końcu ładowali we mnie kasę na studiach. Zresztą pomyśl, jak będziesz się czuła w naszej rodzinie. Zeżrą cię! Jak ja będę się czuł? – Zaczerpnął powietrza i dodał innym tonem: – Ojciec zawarł kontrakt… Taki układ, taki… Jak ci to powiedzieć? Że ja… że oni… że ich… – Zakrztusił się. Odkaszlnął parę razy. Rozprostował elegancką serwetę. Wytarł dokładnie usta i wziął głęboki oddech. – Zadaj sobie pytanie, czy kochałabyś mnie, gdybym był bez grosza? – przeszedł znienacka do ataku.

– Jak możesz? – Joanna nie wierzyła w to, co słyszy.

Kim jest człowiek siedzący naprzeciwko niej? I co on wygaduje? – myślała. Wpatrywała się w Marka bez słowa. Od pięciu lat tworzyli parę. Rozumieli się bez słów. Ich pełne namiętności noce, żarty, opowieści po świt… To wszystko nic? I co? I nagle koniec? Czyżby aż tak bał się rodziców? Znała ich od dawna. Owszem, byli zadufani w sobie, ale przecież lubili ją, akceptowali. Bywała u nich tyle razy. I co się nagle stało?

Marek siedział ze spuszczoną głową. Nie mogła rozszyfrować jego twarzy. Drżącymi dłońmi złapał kieliszek i jednym haustem opróżnił go. Łapczywie wypił również wino Joanny. Oparł się o krzesło. Czknął bezgłośnie.

– Żenię się z ich córką. Zawarliśmy umowę między firmami – wydusił z siebie jednym tchem.

– Co takiego? – Osłupiała. Teraz z kolei zrobiło jej się zimno. Zlodowaciałe palce zdrętwiały. Potworne dreszcze przeszywały ją na wskroś.

– Podpisaliśmy kontrakt przedślubny. To znaczy nasi rodzice podpisali – sprecyzował. – Przepisali na mnie kilka sklepów i dali mi dom. Jest córką właścicieli firmy, z którą…

– Dom? – przerwała mu. – Więc już postanowione? Załatwione? Podpisane? A ja mam spadać? Tak? – Joanna spazmatycznie łapała oddech. Sukienka uwierała ją niemiłosiernie.

– Państwa musaka. – Kelnerka wprawnym ruchem postawiła talerze na stole, a zobaczywszy łzy Joanny, oddaliła się taktownie.

Joanna powoli włożyła złote serduszko do pudełeczka. Dłuższą chwilę potrzymała w dłoni zamknięte etui. Przymknęła oczy, po czym ostrożnie, z ociąganiem przesunęła w stronę Marka.

– Nie chcę go. Nie walczyłeś o nas – szepnęła zrezygnowana. – Przyznaj szczerze, miej tę odwagę, nie tylko twoi rodzice chcą rozstania, prawda? Ty też tego chcesz. Inaczej byś o nas walczył. O naszą miłość… – Głos jej się załamał.

– Joanno – westchnął lekko zniecierpliwiony – rozstańmy się kulturalnie. Z czasem to docenisz, zobaczysz.

– Zabrałeś mnie tutaj – wskazała ręką salę – by mi to powiedzieć? Tak? A nie pomyślałeś, jak się poczuję? Popatrz na mnie! Spójrz, jakim okazałeś się egoistą! Wystawiłeś mnie na widok publiczny! Dlaczego? Powiedz, dlaczego mi to zrobiłeś? – spytała bezradnie.

– Proszę cię, uspokój się. – Położył rękę na jej dłoni, ale wyrwała ją natychmiast.

– Chcę go zobaczyć!

– Co chcesz zobaczyć?

– Twój nowy dom. Chcę go zobaczyć! Chcę go zobaczyć teraz! – Podniosła głos. – Chcę zobaczyć, na co mnie przehandlowałeś! – Załkała.

– Nie rób tego, skarbie.

Powiedział to tak czule, że Joanna rozpłakała się na dobre.

– Uspokój się, kochanie, proszę cię. – Wino szumiało mu w głowie. – Zjedzmy kolację i pożegnajmy się jak ludzie. – Przesunął pudełeczko w stronę talerza Joanny. – Bądźmy nowocześni.

– Nie! – krzyknęła.

Ludzie z sąsiednich stolików podnieśli głowy. Sala zastygła. Ucichły brzęki sztućców i rozmowy. Nawet muzyka grała jakby ciszej. Pozostali goście świdrowali ich wzrokiem. Dziewczyny z drinkami bez skrępowania wymieniały między sobą komentarze.

– Ty? Nowoczesny?! – Joanna nie panowała nad sobą. – Tobie rodzice aranżują małżeństwo, żebyś przypadkiem mezaliansu nie popełnił. I uważasz, że to jest nowoczesne?!

– Asiu – wycedził – błagam, ludzie patrzą. – Zabębnił nerwowo palcami po stole.

– Niech patrzą! Chcę go zobaczyć! – Otarła łzy. Tusz rozmazał się jej do połowy policzków. – Uspokoję się, gdy go zobaczę! – Wstała raptownie, przewracając krzesło.

O dziwo, huk upadającego mebla przywrócił ludzi do rzeczywistości. Napięcie opadło. Lokal znów rozbrzmiał odgłosem wieczornej kafejki. Obserwowano ich, ale już dyskretniej.

– Dobrze, chodź, pokażę ci go.

Wstał bez entuzjazmu. Chwycił ją pod ramię i ruszyli do wyjścia. Przy barze rzucił na ladę dwa banknoty stuzłotowe.

– Za dużo. – Barman wziął jeden banknot i podszedł do kasy. – Reszta! – Położył na małej srebrnej tacy pieniądze i paragon fiskalny.

– Reszty nie trzeba. – Marek popchnął wielkie szklane drzwi.

Wyszli odprowadzani wzrokiem przez wszystkich gości i personel restauracji.

Barman włożył pieniądze do beczułki z napiwkami. Wyjął z kredensu lnianą ściereczkę i pogwizdując wesoło, wziął się za przecieranie kieliszków wiszących nad barem.

– Halo, proszę pani! – Kelnerka wybiegła za nimi na ulicę. – Zostawiła pani pierścionek, torebkę i kwiaty.

Joanna odebrała od kelnerki jedynie torebkę i ruszyła przed siebie. Marek mruknął coś pod nosem na znak podziękowania. Złapał atłasowe pudełko. Wcisnął je do kieszeni spodni. Kelnerka z bukietem w dłoni patrzyła na nich bezradnie. Chwycił Joannę pod rękę i poprowadził do stojących taksówek. Rzucił kierowcy adres, którego później za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć.

***

Jarzeniówka migała uporczywie. Że też akurat ta musiała się zepsuć. I jeszcze to brzęczenie. Magda Dobrzyńska odgarnęła jasne, cienkie włosy sięgające ramion i spojrzała w górę. Nie żeby było ciemno. Nie. Wręcz przeciwnie. Sklep zalewało mnóstwo światła. Ale to miganie i brzęczenie działało jej na nerwy. Rzuciła okiem na zegar. Dochodziła dwudziesta pierwsza.

Piątek. Późny wieczór. I nagle wszystkim przypomina się, że na gwałt czegoś potrzebują. Jeszcze godzina. Potem rozliczenie kasy, zmycie podłóg i do domciu – pomyślała.

Do kasy podszedł podchmielony klient. Niestrawiona woń alkoholu dolatywała do niej z daleka. Wyjął na taśmę pół litra.

– Dzień dobry. – Wysłała mu służbowy uśmiech.

– Witaj, królowo! – Wyszczerzył zęby, wśród których brakowało dwóch jedynek.

Pip. Przepuściła butelkę przez czytnik.

– Osiemnaście czterdzieści. Gotówka czy karta?

– E, jeszcze ten, no… – Wskazał palcem na wiszący nad kasą pojemnik z papierosami. – Fajki – wykrztusił w końcu.

– Jakie papierosy pan sobie życzy?

– Westy, kochana, dwie paczki. – Wyjął z kieszeni kilka zgniecionych banknotów i zaczął mozolnie przeliczać. – A… i jeszcze gumę do żucia.

– Z cukrem?

– A niech tam, królowo! – Machnął ręką. – Niech będzie i kilogram cukru.

– Pytam, czy guma z cukrem, czy bez cukru. – Magdzie zadrżały kąciki ust. Próbowała utrzymać powagę.

– Aha. Ee, to daj, pani, jaką masz.

– Czterdzieści osiem trzydzieści.

Prawie idealnie odliczył żądaną kwotę. Położyła na plastikowym spodku dwadzieścia groszy i paragon.

– Zapraszam ponownie.

– Reszta dla ciebie, królowo. Na kukułkę. – Uśmiechnął się, upchnął papierosy i gumy w kieszeniach kurtki i z półlitrówką w ręku poszedł w sobie tylko znanym kierunku.

Magda popatrzyła za nim. Taki to pożyje beztrosko – westchnęła. Naraz sposępniała. Joanna nie znalazła dla niej czasu. Szkoda. Kiedyś rozmawiały godzinami. Ale to było wieki temu.

Z moim Karolem pogadać od serca się nie da – pomyślała. Interesują go konkrety. Tak to tak. Nie to nie. Karol nie bawi się w przypuszczenia. A Magda miała dziś właśnie przypuszczenie. Żaden konkret. Ot, po prostu babski niepokój. Do Zuzanny nie miała po co dzwonić. Odkąd została hostessą, trzeba było umawiać się z nią z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Zalatana, zabiegana, zajęta wyłącznie własnymi sprawami.

Jarzeniówka zgrzytnęła i zamilkła. Magda podniosła wzrok. Żarówka jakby na to czekała. Zatrzeszczała z podwójną siłą.

Godzina! Wytrzymać jeszcze godzinę – powtarzała sobie w myślach.

Nagle zadrżała. Odcinek lędźwiowy zapiekł ją żywym ogniem. Skrzywiła się z bólu. Wsunęła dyskretnie rękę pod sweter, by pomasować plecy. Nie zdążyła. Starsza kobieta z pełnym koszem przyspieszyła kroku, zostawiając w tyle grupkę młodzieży. Ludzie zazwyczaj w pobliżu kasy prowadzili wyścig. Ci spokojni też. Potrafili godzinami łazić po sklepie, by później biec z pełnymi koszami na złamanie karku, jakby to, co kupili, musieli zjeść natychmiast.

– Dzień dobry. – Magda zaserwowała kobiecie firmowy uśmiech. Wzięła pierwszą rzecz z taśmy. Przesunęła przez czytnik. Pip. Pomidory znalazły się po drugiej stronie. Pip. Masło powędrowało za nimi. Pip. Polędwica sopocka poszła ich śladem. Pip. Galaretka truskawkowa. Pip. Chleb zwykły.

O, cholera – zaklęła w myślach. Sześciopak wody! Półtoralitrowej!

Chwyciła oburącz. Naraz zgięła się wpół. Zgrzewka wysunęła się jej z dłoni i upadła z powrotem na taśmę.

– Ożeż ty! – Magda złapała się za plecy. Odcinek lędźwiowy palił ją niemiłosiernie. Potworny ból żołądka tamował oddech. – Yyy! Yyy! Yyy! – Nudności przyszły gwałtownie. Wpadła w panikę. Nie zdążyła nic zrobić. Stała z otwartą buzią, wydając z siebie niepohamowane pomruki.

– Ale jazda! Ty, patrz! Zaraz się spawiuje! – Młodzi mężczyźni przestali gapić się w smartfony.

– Strzelę fotę. Będzie na fejsa! – Wysoki blondyn pstryknął kilka fotek, wcale się z tym nie kryjąc.

Nobliwa starsza pani ze zwinnością tygrysicy przeszła do działania. Szarpnęła jednorazową reklamówkę i otwartą podsunęła Magdzie pod nos.

– Yyy! Ble! Bleee! – Chlup! Brunatna maź wpadła do worka. Obryzgała ręce staruszki i kasę.

Kobieta odwróciła głowę, ale nie odstawiła dłoni. Cierpliwie przytrzymywała torbę foliową.

– Ble! Bleee! Yyy! Bleee!

– Dżizys Krajzys! Co za smród! – Chłopaki zatkały nosy i odskoczyły ze wstrętem.

– Ale siara! Laska zarzygała kasę!

– Dobra, stary, bierz towar i spadamy.

– Tamta jest czynna! Ruchy! – Zabrali colę i chipsy i przeszli do ostatniej kasy.

– Chamstwo! – Kobieta, nie zmieniając pozycji, popatrzyła za nimi spod byka.

Magda trzęsącymi dłońmi otarła usta. Nadal stała zgięta wpół. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Ze wstydem odebrała od kobiety torbę z wymiocinami. Wrzuciła ją do kubła na śmieci, który miała przy nogach.

– Dziękuję – szepnęła. – Zaczeka pani tutaj? Muszę iść się umyć. To potrwa jedną chwilkę. – Nie miała odwagi podnieść wzroku.

– Skasuj mnie, proszę, do końca. Ja też muszę się umyć.

Cholera – zaklęła w duchu. Powinnam mieć przy kasie ręcznik jednorazowy. Niestety za taki ręcznik szefostwo kazało sobie płacić. Dysponowała tylko ścierką, ale nie wypadało dać kobiecie starej szmaty. Przetarła nią zgrzewkę wody, taśmę i czytnik. Ze spuszczoną głową, bez słowa dokończyła transakcję. Zamknęła kasę i powlekła się do toalety.

Gdy Magda wyszła na parking, Karol już czekał w samochodzie. Wystukiwał palcami rytm na kierownicy do muzyki disco polo, która wylewała się z głośników i ryczała na całą okolicę. Lubił prezentować ich moc i ogólnie kochał swój wóz. Uśmiechnięty pozdrawiał uniesieniem ręki wychodzące ze sklepu ekspedientki. Nie ruszył się na widok swojej dziewczyny objuczonej zakupami. Magda postawiła torby na ziemi i otworzyła tylne drzwi. Precyzyjnie ustawiła zakupy. Trzasnęła delikatnie i z ulgą klapnęła na siedzeniu pasażera.

– Coś taka skwaszona? – Nie zaszczycił jej ani jednym spojrzeniem, tylko ruszył z piskiem opon.

– Miałam ciężki dzień. – Sięgnęła po pas bezpieczeństwa.

– Boże, co tak capi? – Pociągnął nosem kilka razy.

– Lepiej nie pytaj. – Szamotała się z pasem. – Miałam ciężki dzień – powtórzyła.

– Jak zwykle. – Wykrzywił usta w dziwnym grymasie. – Fu! Co za smród! Masz żywca?

– Tak. Czteropak.

– No, chociaż tyle. Grzeczna dziewczynka. – Uśmiechnął się i przesłał jej całuska.

Przez chwilę pogwizdywał wesoło do skocznej muzyki. Nie miała nastroju słuchać tego łubu-dubu. Zawahała się, czy nie ściszyć, ale zrezygnowała.

Wyjechali z parkingu wprost na ruchliwą ulicę. Zatrzymali się przed przejściem dla pieszych, po którym szła młodziutka dziewczyna. Nie patrzyła na nich. Rozmawiała przez telefon. Mimo to Karol wyprostował się za kierownicą. Niezbyt wysoki, na widok każdej dziewczyny od razu się prężył. Nieważne, czy brzydka, czy ładna. Stara czy młoda. Robił to bezwiednie. Od niedawna zaczął dodatkowo wciągać brzuch. Magdę zazwyczaj śmieszyły jego głupie sztuczki. Ale nie dziś. Zastanawiała się, dlaczego wobec wszystkich kobiet musi rżnąć przystojniaka. Przybierał pozy. Zgrywał się przed znajomymi. Na każdej imprezie uchodził za duszę towarzystwa. Tylko przy niej był sobą.

***

Po kilkunastu minutach jazdy znaleźli się za miastem, na nowym osiedlu domów jednorodzinnych. Znajdowało się tam około dwudziestu średniej wielkości budynków, większość jeszcze w trakcie budowy. Dom Marka stał w pierwszym rzędzie. Dalej rozciągał się wielki plac z maszynami.

Joanna odprowadziła wzrokiem odjeżdżającą taksówkę. Auto kawałek jechało na wstecznym, po czym wykręciło i ruszyło w stronę miasta. W ciemności powoli zanikały dwa czerwone punkciki.

Grzęznąc coraz bardziej szpilkami w rozmokłej ziemi, patrzyła na okazały budynek. Naraz pożałowała decyzji, by tu przyjechać.

Marek szybkim krokiem zmierzał w stronę domu. Wprawnym ruchem wystukał kod zabezpieczający bramę i wszedł do środka, pozostawiwszy za sobą otwarte drzwi. Przeszła przez podwórko z podjazdem w kształcie koła i niepewnie zatrzymała się w smudze światła.

W środku pachniało nowością. Drewnem, świeżą farbą, skórzanymi meblami i czymś nieokreślonym. Uwagę Joanny przykuła lśniąca marmurowa posadzka. Można było przeglądać się w niej jak w lustrze. Z ubłoconych kremowych szpilek kapnęło kilka czarnych kropli błota. Zawstydzona zdjęła pantofle i ustawiła równiutko. Chłodny wieczór sprawił, że trzęsła się jak w febrze. Podniosła głowę i dostrzegła Marka. Słyszał, że weszła, ale nie spojrzał na nią. Drżącymi dłońmi próbował rozpalić w kominku. Czynność ta pochłonęła go całkowicie.

Rozejrzała się niepewnie. W pomieszczeniu dominowała biel, którą gdzieniegdzie przełamywał surowy odcień dębu. Panowała sterylna czystość. Na środku salonu, zwrócony w stronę kominka, stał biały skórzany komplet wypoczynkowy, a tuż przed nim szklany prostokątny stolik. Na wprost niewiarygodnie długiej kanapy wisiał potężny płaski telewizor. Zajmował niemal całą ścianę. Przed kominkiem leżał puszysty biały dywan. W dalszej części salonu stał wielki biały stół i dwanaście krzeseł. Nad stołem kryształowy żyrandol mienił się na kolorowo.

Przeszła wolno do kuchni. Często bywała w domach bogatych przyjaciół ze studiów, ale kuchnię urządzoną z takim rozmachem widziała pierwszy raz w życiu. Przymknęła oczy, przejechała dłonią po chłodnym blacie. Musiała przywitać się i jednocześnie pożegnać z domem, w którym to ona powinna być gospodynią.

Nowoczesne, eleganckie wnętrza całkowicie zbiły ją z tropu. Dlaczego tak uparła się, by zobaczyć ten dom? Teraz czuła się jak intruz. Prześladowało ją absurdalne uczucie, że ktoś ją właśnie okradł. A może to ona kogoś okradła? Sama już nie wiedziała.

Marek zgasił górne światło i włączył dwie lampy. Ich przyćmiony blask i żar z kominka nadały ogromnemu wnętrzu nieco przytulności. Nie miała siły dłużej oglądać tego przepychu, ale jednocześnie coś ją tu trzymało. Zdawała sobie sprawę, że powinna wyjść, trzasnąć drzwiami i zapomnieć o człowieku, który tak ją skrzywdził, upokorzył, oszukał. Zamiast tego stanęła przed kominkiem. Wyciągnęła ręce do pierwszych nieśmiałych płomieni. Po chwili usiadła na miękkim dywanie, skuliła się i obejmując kolana, wpatrywała w iskierki. Skakały radośnie, wydając z siebie cichutkie trzaski. Marek kucnął tuż przy niej.

– Mogliśmy być tu szczęśliwi. – Uśmiechnęła się gorzko. Wyobraziła sobie ich wspólne życie. Śmiech, żarty, bieganinę dzieci, krzątanie się w tej ślicznej kuchni. Wspólne posiłki, niekończące się rozmowy. Miłość. – Tak wielki dom nie byłby nam potrzebny, ale mogliśmy być ze sobą, nawet tutaj, naprawdę szczęśliwi. – Westchnęła.

Wstał. Poklepał się po kieszeniach spodni. Wyjął z jednej atłasowe pudełeczko i położył na szklanym stoliku. Jeszcze raz się poklepał. Nie znalazł tego, czego szukał. Poszedł do kuchni i wrócił z przypalonym papierosem i z popielniczką. Usiadł na skórzanej kanapie.

– Nic nie wiesz o biznesie. – Zaciągnął się głęboko. Wypuścił dym. – Taki dom jak najbardziej jest potrzeby. Mój ojciec ma liczne zobowiązania w interesach. Nie wszystkich można przyjmować w firmie. Teraz ja przejmę część sklepów. Dlatego dostałem ten dom.

– Aż boję się pomyśleć, jak długo go budowaliście – szepnęła.

Milczał. Strzepnął popiół do popielniczki. Znowu się zaciągnął.

– Przyznaj. Rok? Dwa? Przychodziłeś tu, doglądałeś budowy, a w międzyczasie kochałeś się ze mną i ani słowem o tym nie pisnąłeś. – Pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Mylisz się, nie doglądałem budowy. Ani ojciec, ani matka o niczym mnie nie informowali. Ten dom to ich prezent… Wejście w dorosłe życie.

– Szkoda, że przy okazji wyrzuciłeś mnie z tego życia. Z łatwością. Jak niepotrzebną rzecz. – Ramionami mocniej otuliła kolana. Mimowolnie bujała się lekko w przód i w tył.

– Nie mów tak. To nieprawda. – Zgasił niedopałek i wyniósł popielniczkę na taras.

Chłodny powiew wiatru wdarł się do salonu. Zafalowały misternie upięte firany. Zamknął drzwi tarasu. Usiadł na dywanie obok Joanny. Objął ją ramieniem. Nie protestowała.

– Myślałam, że cię znam. Ale nie, nie znałam cię – powiedziała z żalem. – Nie kochałeś mnie, bo gdybyś mnie kochał… – głos jej się załamał – nigdy byś tak nie postąpił.

– Joasiu, nadal cię kocham. Jesteś częścią mnie. Moją najmilszą na świecie przyjaciółką. – Otarł jej łzy i przytulił do siebie. – Przyznaj uczciwie, nigdy nie obiecywałem ci małżeństwa. Dobrze się razem bawiliśmy. Przecież jesteś inteligentną kobietą, naprawdę wierzyłaś, że się pobierzemy?

– Tak. Dla mnie wszystko było proste. Kochamy się, znajdziemy pracę, weźmiemy kredyt, kupimy mieszkanie, będziemy mieli dzieci.

– I będziemy żyli długo i szczęśliwie w biedzie. Z kredytem na głowie. – W jego głosie dało się słyszeć zniecierpliwienie.

– Wierzyłam w nas. Wierzyłam, że damy sobie radę. Dla mnie w życiu najważniejsza jest miłość. Myślałam, że dla ciebie również.

Nic nie powiedział. Siedzieli wpatrzeni w ogień. Każde z nich pogrążone we własnych myślach.

– Och, Marku, wiele bym oddała, by być z tobą na zawsze. Mieszkać tu czy gdzie indziej, byleby z tobą. Ja… ja nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Ani jednego dnia… – Rozpłakała się. – Proszę, nie rób mi tego. Ja tego nie przeżyję. Jesteś całym moim życiem. – Popatrzyła na niego błagalnie.

– Kochanie, nie płacz. Z czasem znajdziesz sobie kogoś… – Żachnął się. Zacisnął zęby. Zamilkł na dłuższy czas. Jak grom z jasnego nieba spadła na niego myśl, że on przecież nie wyobraża sobie Joanny z innym mężczyzną! Zagotowała się w nim męska ambicja. Osaczyła go dusząca zazdrość. Przestraszył się. Rzeczywiście, nie zastanawiał się wcześniej, czy on da sobie radę bez niej. Bez jej poczucia humoru, bez bliskości jej ciała…

– Nie chcę innego mężczyzny! Nie chcę myśleć o tym, co będzie! Nie chcę! Chcę ciebie! Kocham cię! – wyrzuciła z siebie jednym tchem.

Odetchnął z ulgą. Jednocześnie prostota tych słów zbiła go z tropu. Dziwny niepokój wkradł mu się do serca. Zatruwał myśli. Matka i ojciec przeprowadzili z nim mnóstwo rozmów. Od roku przygotowywali go do tej decyzji. Miał to przecież przemyślane, poukładane. A teraz co? Wszystko nie tak – myślał gorączkowo.

– Czy chociaż przez chwilkę chciałeś o nas powalczyć? – spytała cicho.

– Nie zadręczaj się, kochanie. – Przycisnął ją mocniej do siebie. – To jest skomplikowane, ale będzie dobrze. Zobaczysz. Przyrzekam.

Uniosła twarz ku niemu. Łzy wciąż spływały po policzkach, ale oczy zapłonęły nadzieją. Jakiś czas siedzieli przytuleni. Wytarł jej zapłakane oczy. Patrzyła na niego tak ufnie. Wciąż ją kochał. Rozmowy z rodzicami o poczuciu obowiązku, o odpowiedzialności, o przyszłości, o interesach poszły na marne. Nie miały żadnego znaczenia w konfrontacji z tym oddanym spojrzeniem.

Wtulił twarz w jej bursztynowe włosy. Były miękkie, sprężyste, pachniały cynamonem i wanilią. Mógłby tak trwać całą wieczność. Joanna przylgnęła do niego całym ciałem, a on przesuwał dłońmi po jej ramionach, plecach, bawił się jej włosami. Upajał się ich zapachem. Pochylił się nad nią i pocałował namiętnie w usta ciepłe i mokre od łez. Nie broniła się. Położył ją delikatnie na dywanie. Przygniótł nieskończenie długim pocałunkiem.

Objęła go mocno za szyję i nie chciała puścić ani na sekundę. Wstąpiła w nią głęboka wiara, że jest jeszcze nadzieja dla ich związku. Dotknęła dłońmi jego twarzy.

Ach, wybudzić Marka z letargu! Napełnić go wiarą za nich oboje. Zmusić do walki o miłość! – myślała gorączkowo. Teraz ona pocałowała go gwałtownie. Gorąca fala pożądania ogarnęła ich ciała. Zapragnęła go zapalczywie, niepohamowanie, jak nigdy wcześniej. Świadoma, że jest to jej ostatnia broń, postawiła na szali całą swoją kobiecość. Serce tłukło się w niej jak oszalałe.

Marek jedną ręką delikatnie, przez ubranie pieścił jej twarde z podniecenia sutki, drugą podwinął sukienkę do góry i masował wewnętrzną stronę ud. Wyrwał się z jej uścisku i zdecydowanym ruchem zdjął z niej koronkowe majtki. Pocałował ją czule w podbrzusze. Niecierpliwie szarpnął pasek u spodni. Rozpiął rozporek. Gdy w nią wszedł, poczuła niewiarygodną ulgę.

Kochali się w ubraniach. Szybko. Dziko. Nie chcieli tracić ani sekundy. Jej duszę wypełniła bezgraniczna miłość. Rozpacz ustąpiła miejsca nieposkromionej, szalonej radości. Radości pomieszanej z zatraceniem.

Wchodził w nią brutalnie. Bezlitośnie. Ze świadomością, że po nim nikt. Nikt! Obserwował jej twarz i przez ułamek sekundy zaświtała mu nieodparta pokusa zaciśnięcia dłoni na tej gładkiej szyi. Przestraszył się własnych myśli. Zamknął oczy. Jego ruchy stały się jeszcze szybsze. Nieokiełznane. Poczuł w lędźwiach ciepło poprzedzające spełnienie. Napiął mięśnie. Dreszcz wstrząsnął każdym kawałkiem jego ciała. Padł obok niej bez tchu, w milczeniu, z trudem łapiąc oddech. Zagarnął ją ramieniem. Mocno. Bardzo mocno. Ledwo mogła oddychać, ale nie wyrywała się. Wtulona, należała do niego. Było jej błogo. Bezpiecznie.

– Nie zniosę myśli, że możesz być z kimś innym. – Zagryzł wargi i uniósł się na łokciu.

Odgarnął z jej spoconej twarzy niesforny bursztynowy loczek. Niepokój, który wkradł się do jego duszy, rósł z minuty na minutę. Teraz zaczął się naprawdę bać. Uświadomił sobie, że kontakty z Joanną będą bardzo utrudnione. Jeśli w ogóle do nich dojdzie.

Nie zniosę tego! – pomyślał przerażony.

– Byłeś moim pierwszym mężczyzną. Jedynym. Boże, jak ja ci ufałam – westchnęła. – Szkoda, że nie jestem bogata.

– Skarbie, jesteś cudowną kobietą. Nie chcę, by to się tak skończyło. Chcę utrzymywać z tobą kontakt. Dobrze wiesz, że nie kocham przyszłej żony. Nie łączy mnie z nią żadne uczucie. Nic. Zero. Po prostu nic. Rozumiesz? – mówił coraz szybciej. – Joasiu, może być pięknie między nami. Nic nie musi się kończyć. Przemyślałem to. Będziemy się spotykać. Będzie jak dawniej, zobaczysz, że… – zachłysnął się słowami. – Kupię ci mieszkanie, samochód. Zapewnię ci, co tylko zechcesz. O czym tylko…

– Proponujesz mi rolę kochanki? – przerwała mu.

– Nie kochanki… przyjaciółki – bąknął niepewnie. – Sama mówiłaś, że możesz żyć bez ślubu. Powiedziałaś mi dzisiaj, że ten głupi papierek nie ma dla ciebie najmniejszego znaczenia – dodał śmielej.

Odsunęła trzymające ją ramiona. Wstała powoli. Poprawiła sukienkę. Drobinki czerwonego brokatu rozsypały się na dywanie. Powinna krzyczeć z oburzenia na propozycję Marka, ale tylko patrzyła na niego bezmyślnie, całkowicie wyczerpana. Przegrana. Klęska, wstyd i upokorzenie odebrały jej siły.

– Joasiu, skarbie najdroższy, boję się utraty kontaktu z tobą. – Marek również się podniósł. Zapiął spodnie.

Zwrócił jej twarz ku sobie. Odgarnął długie rdzawozłote włosy. Wcześniej idealnie wyczesane i ułożone, teraz tworzyły burzę skręconych loków. Spróbował wytrzeć dłonią tusz rozmazany na jej policzkach, ale ten nie chciał się zetrzeć. Pocałował ją w czoło.

Poczuła lepką maź między udami. Plamiła jej sukienkę, którą powinna zwrócić w nienagannym stanie.

– Chcę się umyć – szepnęła zrezygnowana i rozejrzała się bezradnie.

– Na górze w sypialni są dwie łazienki. – Wskazał szerokie marmurowe schody. – Prawe drzwi.

Sypialnia była imponująca. Olbrzymie małżeńskie łoże przykrywała ciemnofioletowa narzuta. Leżało na niej mnóstwo atłasowych poduszek. W oknach wisiały tiulowe długie firany w identycznym odcieniu, przewiązane kokardami. Alabastrowa rzeźba obok szafy przedstawiała dwoje kochanków w miłosnym uścisku. Po obu stronach sypialni znajdowały się drzwi do łazienek.

Joanna instynktownie skierowała się w prawo. Nagle stanęła.

Łazienka Marka jest po prawej, a zatem po lewej…

– Nie wchodź tam! – Marek wbiegł do sypialni wyraźnie przestraszony.

Ciekawość Joanny okazała się silniejsza. Nacisnęła klamkę.

– Nie wierzę! – jęknęła zdruzgotana. Zakręciło jej się w głowie.

Łazienka wyglądała, jakby ktoś właśnie ją opuścił. Na brzegu okrągłej wielkiej wanny leżały bezładnie rozrzucone bordowe ręczniki. Tuż obok wanny, na białej skórzanej kanapie, przerzucona przez środek wdzięczyła się bezwstydnie czarna satynowa koszulka. Kremowe stringi byle jak rzucono na podłogę. Na poręczy kanapy wisiał czarny koronkowy szlafroczek. Na toaletce z wielkim lustrem ustawiono damskie kosmetyki i perfumy. Euphoria Calvina Kleina. Identyczne perfumy Marek co miesiąc kupował jej w prezencie.

– Czy ona już tu mieszka?! – krzyknęła roztrzęsiona.

– Joasiu, to nie tak. – Marek zatrzymał się w drzwiach łazienki. – Ten dom jest również jej.

– Co takiego? Przyprowadziłeś mnie do domu twojej przyszłej żony?

– Przecież ci tłumaczyłem, że zawarliśmy kontrakt. Za połowę domu zapłacili jej rodzice.

– Czy ty siebie słyszysz?! – wrzasnęła histerycznie. – Jesteś potworem! Potworem!

Patrzył bezmyślnie. Przechodziły go dreszcze. Próbował nad sobą zapanować, ale nie potrafił. Ręce mu drżały. Schował je do kieszeni spodni.

– Od jak dawna z nią śpisz? Mów! – Podbiegła do niego, zacisnęła pięść i z całej siły uderzyła go w twarz.

Dotknął ręką czerwonego śladu. Rozmasował. Zachciało mu się płakać.

– Mów! Od kiedy z nią śpisz?! – Szarpała go. – Mów!

– Od… od… kilku miesięcy… – wyjąkał w końcu głosem zupełnie pozbawionym życia. Po tym wyznaniu zrobiło mu się wszystko jedno. Zdał sobie sprawę, że stracił Joannę na zawsze. – Nie mieszkamy tu na stałe. Próbujemy… – przełknął ślinę – czy damy radę razem żyć. Przyjeżdżamy tu z Elwirą od czasu do czasu. Dopiero się urządzamy, a raczej urządzają nas rodzice. Ja nie mam nic do powiedzenia. – Wyszedł z łazienki i usiadł ciężko na łóżku w sypialni. Ukrył twarz w dłoniach. Czuł się całkowicie upokorzony.

– Ty potworze! – Wstąpiła w nią furia. – Zniszczyłeś mnie! Zniszczyłeś siebie! Zniszczyłeś naszą miłość, a nawet przyszłą żonę, która pewnie nie ma zielonego pojęcia o moim istnieniu.

– Elwira wie, że jej nie kocham. Ona też mnie nie kocha. Godzi się na taki układ. Jest nowoczesną kobietą. Wie o tobie…

– Co? Jak to? – Nagle przyszła jej do głowy straszna myśl. – Tylko nie mów mi… – przez ściśnięte gardło nie mogła wydusić głosu – nie mów mi, że… że… to ona kupiła ten cholerny prezent na pożegnanie…

– Nie. Prezent kupiła moja matka – wyznał szczerze.

Popatrzyła na niego z obrzydzeniem. Z bezradności splunęła mu w twarz. Nie wytarł się. Nie uczynił najmniejszego gestu. Siedział, gapiąc się na nią. Jak kukła. Zupełnie pozbawiony energii. Nienawidziła go z całego serca. Trzęsła się z bezsilnej złości. Pragnęła mu wykrzyczeć swoją pogardę, ale nie znalazła wystarczająco podłych słów, aby go ubodły do żywego.

W milczeniu zbiegła na dół. W pośpiechu założyła majtki. Otrzepała sukienkę. Podniosła z dywanu żakiet i torebkę. Nałożyła buty i wybiegła, trzaskając drzwiami. W ciemności, idąc do bramy, wycierała napływające łzy. Nikt nigdy w życiu nie upokorzył jej tak bardzo, jak ten mężczyzna, za którym gotowa była skoczyć w ogień. Zacisnęła pięści.

– Nigdy więcej nie dam się skrzywdzić! Nikomu – powiedziała cicho.

Gdy doszła do wyjścia, coś zabrzęczało i brama się otworzyła. Joanna uświadomiła sobie, że Marek musiał użyć pilota.

A więc wstał, zrobił parę kroków i tak po prostu wyrzucił mnie ze swojego życia – pomyślała.

Chłód czerwcowej nocy owiał jej ciało. Włożyła żakiet. Naraz ze zgrozą odkryła, że nie ma przy sobie ani złotówki.

No ładnie! Nie mam za co wrócić do domu – pomyślała. Ostatnie pieniądze oddała kobiecie z Caritasu. Los mi wynagrodzi! – przypomniała sobie słowa starszej pani. Faktycznie, wynagrodził mi. Lepiej nie mógł.

Dłuższą chwilę zastanawiała się, w którym iść kierunku. Zdała sobie sprawę, że to nowe osiedle domów jednorodzinnych wybudowano na obrzeżach miasta i do przejścia ma kilka kilometrów. W oddali ujrzała światła. Westchnęła ciężko i zrezygnowana ruszyła pieszo.

– Boże, powiedz, czym zawiniłam? Co takiego zrobiłam?

Popatrzyła w niebo, wypatrując jakiegoś znaku, czegokolwiek. Naraz zapłakała głośno, rozpaczliwie. Łzy jednak nie przyniosły ukojenia. Wytarła nos w rękaw żakietu. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego każdy, kogo kocha, odtrąca ją. Matka, ojciec, a teraz Marek, ten aż do dziś najukochańszy człowiek na świecie. Dlaczego?

Emocje opadły. Ból, upokorzenie i wstyd ciążyły niemiłosiernie. Eleganckie kremowe szpilki, na które zbierała, udzielając korepetycji, grzęzły teraz w błocie i bruzdach wyrobionych przez koparki i spycharki, utrudniając dalszą wędrówkę. Często zatrzymywała się, by wyciągnąć zatopione w gliniastej brei buty.

To bez sensu – pomyślała zdruzgotana.

Bezradnie rozejrzała się wokół. Dom Marka był tak blisko i zarazem tak daleko. Na górze w sypialni paliło się światło. Nikt nie stał w oknie. Marek nie wypatrywał jej. Zresztą i tak nie mógłby jej dostrzec. Stała zbyt daleko. W błocie, zupełnie sama, jak zbity, niechciany pies patrzyła chciwie na ten dom. Dom, przez który utraciła niewinną młodość, wiarę w miłość i w marzenia. Przez który straciła sens życia. Westchnęła i zrezygnowana schyliła się, by zdjąć z nóg pantofle. Spojrzała ostatni raz w okna sypialni i z ciężkim sercem, boso ruszyła w ciemność.

***

Magda pół dnia wydzwaniała do Joanny. Bez skutku. Nerwowo sprawdzała smsy, czy nie ma wiadomości od przyjaciółki. Nie było. Złość i zniecierpliwienie już dawno ustąpiły. Teraz zaczęła się bać.

Joanna zawsze dotrzymywała słowa. Dziwne, że do tej pory nie zadzwoniła – myślała.

Chodziła w tę i we w tę. Parę razy zadzwoniła do Marka, ale nie odbierał. Kilka razy do Zuzanny i w końcu poczta głosowa poinformowała ją, że nie można zostawić wiadomości.

– A niech to! Co jest grane? – powiedziała do siebie. Nagle własne kłopoty zeszły na drugi plan. Wyszła na schody i krzyknęła w górę do brata: – Jasiek! Jest u ciebie Karol?

Przez chwilę nasłuchiwała, ale nie doczekała się odpowiedzi. Klnąc pod nosem, ruszyła po schodach. Już w połowie piętra usłyszała odgłosy strzelaniny. Otworzyła drzwi pokoju Jaśka. Wyjęła mu słuchawkę z ucha.

– Czego chcesz? – Nastolatek odruchowo wyłączył monitor.

– Po co wyłączasz? I tak wiem, że grasz w tę beznadziejną grę. Słychać w całym domu. Widziałeś Karola?

– Poszukaj w szafie.

– Nie rób sobie jaj. Pytam poważnie. – Magda zauważyła leżące na biurku gazety z gołymi dziewczynami. – Mów, bo wiesz co.

– Bo co? Powiesz mamie? – Popatrzył na siostrę spod byka. – Nie powiesz, bo jak powiesz, to ja też coś powiem.

– Dobra, dobra, gadaj. Grał z tobą?

– Nie dziś. Audiencja skończona. – Odwrócił się do komputera i włożył słuchawkę do ucha.

Przeskakując po dwa stopnie, zbiegła na parter. Z kuchni rozchodził się zapach placków z jabłkami. Normalnie na samą myśl o słodkościach ślinka jej ciekła, ale teraz zapach nie zrobił na Magdzie wrażenia. Od jakiegoś czasu straciła apetyt. Weszła do kuchni. Pulchna, niezbyt wysoka kobietka przepasana fartuchem w kwiaty nabierała chochelką ciasto z plastikowej żółtej miski i nalewała na dwie patelnie.

– Mamo, widziałaś gdzieś Karola? – Magda stanęła w drzwiach.

– O, chodź, Madziu, dobrze, że jesteś, spróbuj. – Kobieta wytarła ściereczką dłonie i sięgnęła po talerzyk.

– Nie, mamo, nie teraz. Muszę znaleźć Karola.

– Karol jest w warsztacie. – Mama nałożyła pięć placków na talerz i posypała cukrem pudrem. – Spróbuj, czy nie za słodkie.

– Nie teraz, mamo. – Magda skierowała się do wyjścia.

– Stój, dziecko, co się stało? – Kobieta drewnianą packą przewracała placki na patelni, zerkając na córkę z niepokojem.

– Martwię się o Joannę. Miała dzwonić, nie dzwoni.

– Zjedz, Madziu, zjedz, tyle się napiekłam.

– Chcę, żeby Karol zawiózł mnie do Joasi, bo mam złe przeczucia.

– Naprawiają z ojcem wóz. Klient ma go jeszcze dziś odebrać.

– W sobotę? – Magda zerknęła na zegar wiszący przy oknie. – O siedemnastej?

– No widzisz, co zrobić, takie czasy. Wszyscy chcą na już. No, chodź, zanim oni naprawią, ty sobie zjesz. Czujesz, jak pachną racuszki? – Podsunęła córce talerz pod nos.

Magda, chcąc nie chcąc, wzięła jednego. Spróbowała.

– Super, mamuś, tylko ty takie dobre robisz. – Uśmiechnęła się z pełną buzią.

Matka popatrzyła na nią z czułością.

Magda zjadła jeszcze jednego racucha. Wytarła ręce w ściereczkę i pobiegła do warsztatu.

Rodzice Magdy Dobrzyńskiej, Elżbieta i Tadeusz, mieszkali w dwupiętrowym szeregowcu, wybudowanym jeszcze przez rodziców pani Elżbiety. Mama dziewczyny wiele lat pracowała w bibliotece, ale od jakiegoś czasu cieszyła się wcześniejszą emeryturą. Tata prowadził przy domu warsztat samochodowy. Cztery lata temu jego długoletni pracownik ciężko zachorował, a na jego miejsce przyszedł młody, zadziorny fachowiec Karol Widłak. Ich córka straciła dla niego głowę. Właściwie od razu zamieszkał u państwa Dobrzyńskich. Zajęli z Magdą pierwsze piętro, a rodzice przenieśli się na parter. Za namową chłopaka porzuciła studia dziennikarskie. Jeśli kiedykolwiek żałowała swojej decyzji, nie dawała tego po sobie poznać ani nigdy z nikim o tym nie rozmawiała. Nawet z Joanną.

Wbiegła do warsztatu. Karol z ojcem grzebali przy kole srebrnego audi wiszącego na podnośniku.

– Karol, zawieź mnie do Joasi! – zawołała od progu.

– Kobieto, nie widzisz, że jestem zajęty?! – Wyciągnął do niej ręce utytłane smarem. W jednej trzymał klucz nasadowy. – Jak mam cię zawieźć?

– Madziu, Karol nie ma czasu. Mogę cię zawieźć, ale później. – Ojciec szukał czegoś w skrzynce z narzędziami.

– Nie to nie, poradzę sobie. Gdybym miała prawo jazdy, sama bym o siebie zadbała – powiedziała z pretensją w głosie.

– Ta, baba za kółkiem, jeszcze czego! – Karol roześmiał się rubasznie. – Słyszy ojciec, co ona wygaduje?

Wybiegła z warsztatu. Weszła na górę po sweter i torebkę. Poradzi sobie bez nich!

Sprawdziła w torebce, czy ma bilety na autobus. Postanowiła jechać natychmiast.

***

Dzwonek do drzwi wyrwał Joannę z otępienia. Nakryła głowę kołdrą. Przez chwilę łudziła się, że to domokrążcy, których ojciec natychmiast spławi. Nic z tego. Delikatne pukanie poprzedziło naciśnięcie klamki. Drzwi pokoju otworzyły się i stanęła w nich Magda.

– Halo, żyjesz? – Przyjaciółka zamknęła za sobą drzwi. Podeszła do łóżka i uniosła kołdrę.

Joanna spróbowała usiąść, ale nie dała rady. Podparła się więc na łokciu i westchnęła zrezygnowana.

– Podaj mi wodę. – Wskazała palcem biurko.

Magda rozejrzała się i podała butelkę. Joanna wypiła powoli kilka łyków i postawiła wodę na podłodze.