Przyjaciele. O prawdziwej mocy naszych najważniejszych relacji - Robin Dunbar - ebook

Przyjaciele. O prawdziwej mocy naszych najważniejszych relacji ebook

Robin Dunbar

0,0
69,90 zł

lub
Opis

Przyjaciele mają dla nas znaczenie, i to większe, niż sądzimy. W ciągu ostatnich lat badacze ze zdumieniem odkryli, jak ogromny wpływ ma posiadanie przyjaciół – nie tylko na nasze poczucie szczęścia, ale także na zdrowie, a nawet długowieczność. Nie umiemy żyć w odosobnieniu.

Współczesny świat oferuje nam ogromne możliwości kontaktów międzyludzkich. Dlaczego więc, gdy wszystko wydaje się sprzyjać życiu społecznemu, dotyka nas plaga samotności?

Robin Dunbar, wybitny antropolog i psy­cholog, bada w Przyjaciołach każdy aspekt przyjaźni, łącząc wiedzę naukową z dzie­dzin antropologii, psychologii, neurobio­logii i genetyki z osobistymi doświadcze­niami. Tłumaczy, jak przecinają się różne typy przyjaźni i relacji rodzinnych, jakie mechanizmy psychologiczne i behawioral­ne stanowią ich podstawę, a wreszcie – jak bardzo skomplikowane jest nawiązywanie i podtrzymywanie przyjaźni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 565

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



© Copyright by Copernicus Center Press, 2021 Copyright © Robin Dunbar, 2021
Tytuł oryginalnyFriends: Understanding the Power of our Most Important Relationships
Adiustacja i korektaGabriela Niemiec
Projekt okładki i stron tytułowychMichał Duława
SkładMELES-DESIGN
ISBN 978-83-7886-600-8
Wydanie I
Kraków 2021
Copernicus Center Press Sp. z o.o. pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków tel. (+48) 12 448 14 12, 500 839 467 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: http://ccpress.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Freddiemu, Arthurowi, Ediemu,

Evie, Rufusowi i Theo

Przedmowa

Większość badań opisanych w tej książce została przeprowadzona przez licznych doktorantów, młodych doktorów i doświadczonych badaczy, jak również przez wielu zewnętrznych współpracowników – którzy pracowali ze mną przez ostatnie 30 lat. Było ich zbyt wielu, abym mógł wymienić każdego, ale książka ta zawdzięcza wszystko ich jednostkowym i zbiorowym staraniom, ich przyjaźni oraz ich zapałowi. Chodzi w znacznym stopniu o przedsięwzięcie zbiorowe, podjęte w kręgu przyjaciół i będące źródłem wielkiej radości. Gdyby nie udział tych osób, to, co mam do powiedzenia, byłoby bardzo krótkie. Wszystkim im składam wyrazy wdzięczności.

Wiele znaczyły granty badawcze przyznane przez brytyjskie rady naukowe EPSRC i ESRC (projekt DTESS), Uniwersytet w Liverpoolu, Uniwersytet Oksfordzki, Centrum Badawcze Calleva w Magdalen College, Akademię Brytyjską (stanowisko badawcze oraz projekt „Od Lucy do języka”), Uniwersytet Aalto w Finlandii, programy Unii Europejskiej FP7 i Horizon 2020 (projekty SOCIALNET, ICTeCollective i IBSEN), Europejską Radę Badań Naukowych (projekt RELNET), a także indywidualne wsparcie badawcze ufundowane przez Royal Society i Program Marii Curie Unii Europejskiej. Inne środki przeznaczone na poszczególne badania pochodziły od Holocaust Memorial Day Trust, CAMRY (Campaign for Real Ale), Big Lunch Project i firmy Thomas Fudge. John Archer zechciał przejrzeć rozdział 13.

Rozdział 1

Dlaczego przyjaciele są ważni?

ziennikarka Maria Lally opisała swoje doświadczenia z okresu, gdy jako trzydziestoparoletnia mama wyprowadziła się z tętniącego życiem Londynu – który uwielbiała, odkąd podjęła pracę zawodową – i zamieszkała ze swoją młodą rodziną na spokojnej wsi w hrabstwie Surrey. Wkrótce uświadomiła sobie, że nie tylko nie zna nikogo w nowym miejscu zamieszkania, ale także trudno jej będzie się z kimś zaprzyjaźnić, gdyż wszyscy już wrośli w swoje długoletnie przyjaźnie. „Do dzisiaj pamiętam – wyznaje – jak podsłuchałam dwie kobiety umawiające się na kawę i byłam bliska płaczu”. Większość z nas miała podobne doświadczenia. Jesteśmy trochę jak te opuszczone przez wszystkich sieroty z dziewiętnastowiecznych powieści, zaglądające przez okna do przytulnych, ciepłych pomieszczeń pełnych wesołości i osób beztrosko oddających się przeżywaniu takich czy innych związków.

Przyjaźń i samotność są dwiema stronami tego samego społecznego medalu i w życiu miotani jesteśmy od jednej do drugiej. W ciągu mniej więcej ostatniej dekady badacze z dziedziny medycyny ze zdumieniem odkryli, jak ogromny wpływ ma posiadanie przyjaciół – nie tylko na nasze odczuwanie szczęścia, ale także na zdrowie, samopoczucie, a nawet długowieczność. Nie umiemy żyć w odosobnieniu. Przyjaźń jest jednak procesem dwukierunkowym, który od obu stron wymaga umiejętności dostosowania się i wzajemnej cierpliwości, a także gotowości poświęcania sobie wzajemnie czasu. Prawda ta nie była nigdy tak oczywista jak w naszym współczesnym świecie. Akurat teraz, gdy wszystko wydaje się sprzyjać życiu społecznemu, stwierdzamy, że dotyka nas plaga samotności.

Badania przeprowadzone w 2014 roku przez Fundację Movember na blisko 4 tysiącach australijskich mężczyzn wykazały, że najwięcej cierpienia psychicznego doświadczają mężczyźni niemający przyjaciół i pozbawieni wsparcia społecznego. Szczególnie narażeni są ci, których przyjaźnie oparte są jedynie na wspólnym zainteresowaniu, na przykład trenowaniu w tym samym klubie sportowym: kiedy odpada wspólne zajęcie, kiedy zawodnicy żenią się i mają dzieci lub się przeprowadzają, ci, którzy pozostają, tracą przyjaciół. Samotność okazuje się współczesną zabójczą chorobą, szybko wypierającą inne najczęstsze przyczyny zgonu. Dlaczego tak się dzieje? Albo może odwróćmy zagadnienie: jeżeli czytelnik nie jest jeszcze przekonany, że przyjaźń jest źródłem zdrowia, niech pozwoli mi to udowodnić.

Dziękujmy za przyjaciół

Być może najbardziej zaskakującym ustaleniem badań medycznych ostatnich 20 lat było to, że im więcej mamy przyjaciół, tym jest mniej prawdopodobne, że zachorujemy, i tym dłużej będziemy żyć. Szczególnie nieodpartych dowodów dostarczyła Julianne Holt-Lunstad, która kieruje Laboratorium Powiązań Społecznych i Zdrowia w Uniwersytecie Brighama Younga w stanie Utah i specjalizuje się w oddziaływaniu powiązań społecznych i samotności na nasze szanse życiowe. Dokonała ona przeglądu 148 studiów epidemiologicznych zawierających dane na temat czynników warunkujących prawdopodobieństwo zgonu.

Z mojego punktu widzenia przegląd ten ma dwie zalety. Po pierwsze, 148 uwzględnionych studiów obejmuje łącznie 300 tysięcy pacjentów. Ta ogromna liczba badanych oznacza, że wszelkie wnioski będą mocno uzasadnione. Po drugie, badaczka nie bawiła się w niepotrzebne niuanse: jedynym kryterium było to, czy pacjent przeżył czy nie. Wiele badań korzysta ze skali ocen i na przykład odwołuje się do niejasnych poleceń w rodzaju: „Oceń w skali od 1 do 5, jak bardzo lubisz X” (sam, jak wielu innych, nie jestem bez winy), a te zawsze zależą od tego, jak dany respondent subiektywnie interpretuje polecenie lub jak danego dnia się czuje. Czy moja ocena „Dziś czuję się świetnie” ma takie samo znaczenie co twoja? Czy zresztą sam nadaję jej takie samo znaczenie w tym tygodniu, jakie nadawałbym przed tygodniem? Wykorzystanie jako kryterium tego, czy badany przeżył czy nie, pozwala uniknąć tej pułapki, ponieważ nie może być niejednoznaczności: albo pacjent przeżył, albo zmarł. To ucina wszelkie dyskusje.

Analiza obejmowała wszystkie czynniki, jakie zwykle biorą pod uwagę lekarze: Czy masz nadwagę? Ile palisz? Czy nadużywasz alkoholu? Jak często uprawiasz ćwiczenia fizyczne? Czy powietrze w miejscu, gdzie mieszkasz, jest zanieczyszczone? Czy byłeś szczepiony przeciwko grypie? Czy leczysz się na jakieś schorzenia? Czy przyjmujesz lekarstwa? Ponadto jednak uwzględnione zostały czynniki ze świata społecznego, na przykład: Jak często uczestniczysz w przedsięwzięciach zbiorowych? Ilu masz przyjaciół? Jak bardzo jesteś obecny w życiu swoich przyjaciół lub szerszej wspólnoty, do której należysz? Czy miewasz uczucie osamotnienia lub społecznej izolacji? Czy otrzymujesz wsparcie emocjonalne od innych osób?

Zupełnym zaskoczeniem było ustalenie, że najistotniejszy wpływ na szansę przeżycia – szczególnie po ataku serca lub udarze – mają czynniki społeczne. Okazuje się, że rozstrzygające jest to, jaką mamy częstotliwość wsparcia społecznego oraz jak dobrze jesteśmy zintegrowani z naszą siecią społeczną i lokalną wspólnotą. Wysokie oceny pod oboma względami mogą zwiększyć szansę przeżycia nawet o 50 procent. Podobny skutek ma co najwyżej rzucenie palenia. Ściągnę na siebie gromy ze strony środowiska medycznego, ale nie wydaje mi się przesadą stwierdzenie, że można jeść tyle, ile się chce, pić tyle alkoholu, ile dusza zapragnie, zaniedbywać się do woli, unikać wszelkich ćwiczeń fizycznych i wdychać najbardziej zanieczyszczone powietrze, a różnica będzie nieznaczna. Natomiast brak przyjaciół lub nieuczestniczenie w zajęciach zbiorowych wpływają radykalnie na długość naszego życia. Nie oznacza to, że wszystkie te rzeczy nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Chodzi po prostu o to, że w porównaniu z liczbą i jakością naszych przyjaźni lub z tym, czy palimy papierosy, jednostkowe skutki tych wszystkich pozostałych zmiennych, do których przykłada taką wagę nasz sympatyczny lekarz rodzinny, są dość skromne. Z pewnością zdrowe odżywianie, uprawianie ćwiczeń fizycznych i przyjmowanie przepisanych lekarstw nie zaszkodzą, ale zrobi nam znacznie lepiej, jeśli po prostu będziemy mieć przyjaciół.

Na podstawie analizy danych dotyczących około 38 tysięcy osób w wieku 50 lub więcej lat Ziggi Santini ze współpracownikami z duńskiego Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego w Kopenhadze stwierdził, że osoby mające więcej bliskich przyjaciół i/lub w większym stopniu uczestniczące w życiu klubów i organizacji (takich jak kościoły, organizacje charytatywne, zajęcia edukacyjne, grupy polityczne i obywatelskie) doświadczają znacznie mniej stanów depresyjnych niż te w mniejszym stopniu zaangażowane społecznie. Okazało się, że te dwa czynniki społeczne do pewnego stopnia można traktować wymiennie – większa liczba przyjaciół, a mniejsza liczba zajęć dają taki sam skutek jak mniejsza liczba przyjaciół, a większa liczba zajęć – ale przesada z liczbą zajęć ma już szkodliwe następstwa, prawdopodobnie dlatego, że stają się one wtedy zbyt powierzchowne i za mało czasu wkładamy w budowę wysokiej jakości relacji z innymi ludźmi. Bycie społecznym motylem przelatującym od jednej przyjaźni lub grupy zajęciowej do innej to z psychologicznego punktu widzenia nie to samo co posiadanie niewielu naprawdę bliskich przyjaciół, z którymi spędza się większość swojego czasu. Możemy nie mieć poczucia przynależności do grupy i dlatego czuć się samotni, choć zewnętrznie wydajemy się bardzo aktywni społecznie. Taki byłby właśnie morał: zasadnicze znaczenie ma poczucie rozluźnienia, które pojawia się, gdy spędzamy czas z przyjaciółmi, i które należy przeciwstawiać gorączkowej bieganinie, kiedy spędzamy parę minut w jednym miejscu i parę minut w następnym.

W innym ze swoich badań Julianne Holt-Lunstad przyjrzała się temu, jaki wpływ ma samotność na oczekiwaną długość życia osób, które dożyły wieku 60 lat. Zebrała ona dane z 70 studiów, obejmujących łącznie prawie 3,5 miliona osób, które obserwowano średnio przez siedem lat. Przy kontroli wieku i płci badanych, a także stanu zdrowia na początku okresu obserwacji okazało się, że czynniki takie jak społeczna izolacja, mieszkanie w pojedynkę i poczucie osamotnienia zwiększają prawdopodobieństwo zgonu o około 30 procent. Innymi słowy, osoby mające wielu przyjaciół, mieszkające z kimś innym (nie musi to być małżonek!) lub też bardziej zaangażowane w sprawy lokalnej wspólnoty żyją dłużej. Nie można tego skutku przypisać temu, że osoby z wyniszczającymi chorobami lub niepełnosprawnościami mają mniej przyjaciół lub czują się bardziej osamotnione, gdyż nie są w stanie wychodzić z domu, albowiem badaczom udało się zneutralizować te konkretne oddziaływania.

Jeszcze bardziej przekonujące dowody mamy dzięki serii niezwykle eleganckich badań przeprowadzonych przez socjologów Nicka Christakisa i Jamesa Fowlera (w tamtym czasie obaj pracowali w Uniwersytecie Harvarda) na podstawie danych z Framingham Heart Study, badań serca we Framingham, które polegały na dokładnej obserwacji jednej wspólnoty, liczącej prawie 12 tysięcy członków, w stanie Massachusetts w okresie kilku dekad. Badania te zostały pierwotnie zaprojektowane w celu wykrycia czynników warunkujących rozwój chorób serca i objęły wszystkie dorosłe osoby w tej wspólnocie. Osoby te obserwowano przez 30 lat, od początku lat 70. do roku 2003. Dane dotyczące przyjaźni w tej wspólnocie nie są zupełnie pozbawione wad (proszono po prostu badanych o podanie imion i nazwisk ich najlepszych przyjaciół), ale ponieważ została odwzorowana cała wspólnota, Christakisowi i Fowlerowi udało się odtworzyć nie tylko, kto był przyjacielem kogo, ale również kto był przyjacielem tego przyjaciela, a także przyjacielem przyjaciela przyjaciela. Badacze mogli przeanalizować zmiany zachowania osób lub ich stanu zdrowia w następstwie zmian, jakie zaszły w zachowaniu lub stanie zdrowia ich przyjaciół, przyjaciół przyjaciół i tak dalej.

Badacze stwierdzili, że prawdopodobieństwo tego, iż będziemy szczęśliwi, przygnębieni lub otyli w przyszłości, a także tego, że rzucimy palenie, są silnie skorelowane z podobnymi zmianami u najbliższych przyjaciół. Zauważono także mniejszy, ale nadal istotny wpływ zachowania przyjaciół naszych przyjaciół oraz – teraz już skromniejszy, lecz nadal obecny – wpływ przyjaciół przyjaciół naszych przyjaciół, nic jednak ponadto. Kiedy patrzymy na wykres dla całej wspólnoty, staje się zupełnie oczywiste, że szczęśliwe osoby lgną do siebie, i podobnie nieszczęśliwe osoby. Jeśli twoi przyjaciele są szczęśliwi, jest wielce prawdopodobne, że ty również będziesz szczęśliwy. Obserwuje się nawet powolną propagację szczęśliwości w całej populacji: jeśli czyiś przyjaciele są szczęśliwi w jednej próbce, powoduje to wzrost prawdopodobieństwa tego, że również ta osoba stanie się szczęśliwa w kolejnych próbkach.

Ta zasada jest spełniona szczególnie wtedy, gdy przyjaźń jest wzajemna – innymi słowy, kiedy dwie osoby wymieniają jedna drugą jako przyjaciela. Jeśli przyjaźń nie jest obopólna – innymi słowy, gdy tylko jedna osoba wymienia drugą jako przyjaciela – ten skutek jest znikomy. Chociaż obecność przyjaciela, który nie jest przygnębiony, także istotnie obniża prawdopodobieństwo, że będziemy przygnębieni, prawdopodobieństwo, że przygnębiony przyjaciel wprawi nas w przygnębienie, jest sześć razy większe niż prawdopodobieństwo, że szczęśliwy przyjaciel nas uszczęśliwi. Szczególnie przyjaciółki mają wielki wpływ na rozprzestrzenianie się przygnębienia.

Badaczom udało się także stwierdzić silne oddziaływanie przestrzenne. Jeśli twój szczęśliwy przyjaciel mieszka nie dalej niż półtora kilometra od ciebie, prawdopodobieństwo, że będziesz szczęśliwy, zwiększa się o 25 procent. Zwiększa się ono o 34 procent, jeśli szczęśliwy jest twój najbliższy sąsiad. Nie wiem, jak to świadczy o tej konkretnej wspólnocie, w której prowadzono badania, ale źle wróżącym faktem dla przyszłości amerykańskiej rodziny jest to, że oddziaływanie szczęśliwego współmałżonka, brata lub siostry okazuje się znacznie niższe niż wpływ sąsiada: odpowiednio około 8 procent i około 14 procent! Być może znajduje w tym odzwierciedlenie po prostu wysoki wskaźnik rozwodów w Stanach Zjednoczonych. Bardzo podobnie ma się sprawa z diagnozą depresji klinicznej. Obecność przygnębionego przyjaciela lub sąsiada istotnie zwiększa liczbę dni, w których następnie czujemy się przygnębieni.

Jednym ze zjawisk, z których najlepiej zdajemy sobie sprawę – przynajmniej w mądrości ludowej – jest to, że małżonkowie często umierają we względnie krótkich odstępach czasu. Tak było w przypadku moich rodziców: moja matka zmarła sześć miesięcy po moim ojcu z dokładnością do jednego dnia, mimo że oboje byli osobami aktywnymi i jak na swoje ponad 80 lat cieszyli się ogólnie dobrym zdrowiem i przytomnością umysłu. Felix Elwert i Nick Christakis zbadali dane dotyczące prawie 400 tysięcy par małżeńskich zgromadzone przez amerykański program ubezpieczeń społecznych Medicare. Dla mężczyzn śmierć małżonki wiązała się z osiemnastoprocentowym wzrostem prawdopodobieństwa zgonu w nieodległej przyszłości, podczas gdy śmierć męża zwiększała ryzyko zgonu kobiety o 16 procent. Zaskakująco określone były przyczyny zgonu. Dla mężczyzn uprzednia śmierć żony, bez względu na przyczynę, zwiększała podobieństwo śmierci w następstwie przewlekłej obturacyjnej choroby płuc (POChP), cukrzycy, wypadku, zakażenia/sepsy lub raka płuc o 20 procent, a inne przyczyny wiązały się ze znacznie mniejszym prawdopodobieństwem zgonu. Dla kobiet uprzednia śmierć małżonka zwiększała ryzyko zgonu w następstwie POChP, raka jelita grubego, raka płuc i wypadku. Dla żadnej płci nie stwierdzono istotnie zwiększonego ryzyka choroby Alzheimera lub choroby Parkinsona, śmierć współmałżonka nie była też przyczyną tych nowotworów, które normalnie mają bardzo szybki przebieg i złe rokowania (raka trzustki, prostaty lub wątroby).

Pod wieloma względami członkowie rodziny są po prostu szczególnego rodzaju przyjaciółmi, odgrywają wobec tego tę samą rolę. W 1947 roku epidemiolog Charles Spence rozpoczął długoterminowe badania zdrowotności noworodków w Newcastle upon Tyne. Ponad 1000 noworodków urodzonych w tym mieście w maju i czerwcu tego roku było obserwowanych w sposób ciągły przez pierwszy miesiąc życia, a następnie cyklicznie aż do wieku 15 lat. Jednym z wyraźnych zjawisk stwierdzonych w tym badaniu było to, że częstotliwość chorób, a nawet śmierci u tych dzieci była silnie związana z wielkością rodziny poszerzonej: te, które miały więcej krewnych, chorowały i umierały znacznie rzadziej. W pierwszej dekadzie XXI wieku moja grupa badawcza obserwowała 74 młode matki mieszkające z dwuletnimi dziećmi w Liverpoolu, rejestrując zarówno choroby matek, jak i dzieci, a ponadto to, jak często na przestrzeni jednego roku kontaktowały się one z poszczególnymi członkami rodziny i przyjaciółmi. Okazało się, że te matki, które miały częstszy kontakt z bliską rodziną, cechowała mniejsza zapadalność na choroby, szczególnie jeśli kontakty te dotyczyły bardzo bliskich krewnych (spodziewalibyśmy się czegoś przeciwnego przy założeniu, że kontakty społeczne powodują rozprzestrzenianie się chorób). Podobnie miała się sprawa z dziećmi. Innymi słowy, znów się okazało, że osoby mające duże rodziny poszerzone w mniejszym stopniu cierpią na dolegliwości zdrowotne.

Pewna liczba sławnych przypadków historycznych pozwala przekonać się o zaletach rodziny. W tych przypadkach historycznych zazwyczaj nie wiemy, ilu przyjaciół miały osoby, ale często wiemy, kim byli członkowie ich rodzin, choćby dlatego, że nosili to samo nazwisko. W roku 1607 (półtora dekady przed tym, jak sławni ojcowie pielgrzymi wylądowali nieco bardziej na północ, w Plymouth Rock) 104 angielskich kolonistów wyszło na brzeg w miejscu, które nazwali Jamestown (od panującego wówczas króla angielskiego Jakuba I), w obecnej Wirginii. Nie znali miejscowych roślin ani zwierząt, a także nie byli w stanie wykarczować dostatecznie wielkiej połaci lasu, by na jego miejscu zasiać europejskie uprawy, które przywieźli ze sobą, doświadczali więc głodu i wysokiej śmiertelności, i wymarliby zupełnie, gdyby nie pomoc udzielona im przez miejscowych Indian (z których najsławniejsza stała się młoda Pocahontas). Najlepiej poradzili sobie ci, którzy przybyli razem z rodziną (oraz służącymi), a najgorzej – rośli młodzi mężczyźni podróżujący samotnie. Innym pamiętnym wydarzeniem utrwalonym w amerykańskim folklorze była tak zwana wyprawa Donnera z 1846 roku, w której 87 osób wyruszyło karawaną z Missouri przez góry Sierra Nevada z nadzieją na rozpoczęcie nowego życia w Kalifornii. Nieprzewidziane przeszkody sprawiły, że wyprawa utknęła w górach, kiedy nadeszła zima. Wielu uczestników zmarło, zanim na wiosnę dotarła odsiecz, ale znów ofiarami byli głównie samotni młodzi mężczyźni, podczas gdy dzieci i rodziny poradziły sobie najlepiej. Najwyraźniej jest coś w cieple kręgu rodzinnego, co ochroniło je od najstraszniejszych cierpień, jakich doznała grupa migrantów.

Nie wiemy dokładnie, według jakiego mechanizmu przyjaźń przynosi korzyści zdrowotne, ale istnieje kilka możliwości. Jedną jest to, że przyjaciele zjawiają się z talerzem rosołu, kiedy jesteśmy chorzy, i na wiele innych sposobów nas pielęgnują (nawiasem mówiąc, badania przeprowadzone przez Stephena Rennarda i jego współpracowników z Centrum Medycznego Uniwersytetu w Nebrasce wykazały, że rosół posiada doskonałe właściwości antybakteryjne, a zatem rzeczywiście, tak jak twierdziła babcia, może nam zrobić dobrze). Inna możliwość jest taka, że przyjaciele nas pocieszają, gdy przychodzą nas odwiedzić, i po prostu poprawiają nasz stan psychiczny, co obniża poziom stresu związany z chorobą i przyspiesza rekonwalescencję. W istocie przyjaciele działają jak wirtualna aspiryna, łagodząc skutki choroby, która nas osłabia i pogrąża w zniechęceniu. Istnieje jednak jeszcze inna interesująca możliwość – związana z wydzielaniem endorfin przez mózg. Endorfiny są hormonami peptydowymi przypominającymi chemicznie morfinę (nazwa jest w rzeczywistości skrótem od „endogenna morfina”; słowo „endogenny” oznacza „wytwarzany przez sam organizm”) i – jak zobaczymy w rozdziale 8 – są aktywowane przez wiele czynności, którym oddajemy się wraz z przyjaciółmi, takich jak śmiech, śpiew, taniec, a nawet wzajemne głaskanie. Dipak Sarkar z Uniwersytetu Rutgersa wykazał, że endorfiny pobudzają uwalnianie tak zwanych komórek NK (natural killers, naturalni zabójcy), które stanowią jeden z rodzajów białych krwinek i pełnią rolę oddziałów uderzeniowych układu odpornościowego, wyszukujących oraz niszczących bakterie i wirusy chorobotwórcze. Wydaje się, że endorfiny, wydzielane dzięki obecności przyjaciół, regulują układ odpornościowy i obdarzają nas zwiększoną odpornością na zarazki odpowiedzialne za wiele trapiących nas chorób.

Choć prawdopodobnie podświadomie zdajemy sobie sprawę z doniosłości psychicznego dobrostanu jako podstawy, na której opiera się nasz sukces życiowy, mamy skłonność do jego lekceważenia. Jeśli nasze poczucie dobrostanu zostanie przez jakiś okres istotnie umniejszone, wzrasta prawdopodobieństwo, że osuniemy się w depresję, co dalej niechybnie prowadzi do pogorszenia stanu zdrowia. Kiedy nastrój jest pozytywny i tryskamy energią, nie tylko z większą ochotą uczestniczymy w życiu społecznym, ale także podchodzimy z optymizmem i entuzjazmem do wszystkiego, co robimy. Dokładamy starań, by wywiązać się z nawet najnudniejszych zadań. Nietrudno zrozumieć, w jaki sposób szczęście, pozytywne nastawienie i wiara, że „na pewno się uda”, mogą szybko rozprzestrzeniać się w populacji, jak stwierdzili Nick Christakis i James Fowler we Framingham Heart Study.

Z niewielką pomocą przyjaciół?

Do tej pory podkreślałem zdrowotne korzyści posiadania przyjaciół, a to dlatego, że odkrycie to naprawdę było dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Nikt się ich nie spodziewał – nawet jeśli gdzieś głęboko w podświadomości musieliśmy mieć przeczucie, że one istnieją. Dobry stan zdrowia i uczestnictwo w życiu wspólnoty nie są jednak jedynymi korzyściami, jakie czerpiemy z przyjaźni. Być może najbardziej oczywistą jest ta, że przyjaciele chętnie nam pomogą, gdy potrzebujemy nie tylko wsparcia emocjonalnego, ale także rzeczy bardziej przyziemnych, takich jak pomoc przy przeprowadzce czy pożyczenie pieniędzy lub narzędzi. W tradycyjnych małych społecznościach pomoc przy zbiorze plonów lub budowie domu zawsze miała wielkie znaczenie. Takie zadania przekraczają skalę jednostkową i pomoc rodziny lub przyjaciół jest istotna dla doprowadzenia ich do szczęśliwego końca. Bliscy przyjaciele w większym stopniu będą skłonni do pomocy bez oczekiwania odwzajemnienia się, podczas gdy zwykli znajomi będą zainteresowani jakąś formą umowy: „ja tobie pomogę teraz, pod warunkiem że ty pomożesz mi w przyszłości”.

Oliver Curry przeprowadził kilka badań dotyczących altruistycznego postępowania przyjaciół. W jednym z nich prosił badanych o przypomnienie sobie konkretnych osób ze swojej sieci społecznej i ocenienie, jak blisko czują się z nimi emocjonalnie związani oraz czy byliby skłonni pożyczyć im pewną kwotę pieniędzy lub ofiarować nerkę. Badani mieli wymienić dwoje członków rodziny oraz dwoje przyjaciół (za każdym razem mężczyznę i kobietę) w trzech kategoriach: najlepsi przyjaciele, dobrzy przyjaciele i po prostu przyjaciele (ale nic poza tym). Okazało się, że płeć osoby nie miała wielkiego znaczenia, natomiast obie miary altruizmu rejestrowały stały, regularny spadek w miarę przechodzenia od najbliższych przyjaciół do tych mniej bliskich. Członkowie rodziny zawsze oceniani byli najwyżej, co skłoniło nas do nadania temu zjawisku nazwy „premii za pokrewieństwo”: większość ludzi (choć niekoniecznie wszyscy) daje pierwszeństwo członkom własnej rodziny. Czujemy pewne zobowiązanie względem przyjaciół, a wydaje się ono pochodzić stąd, że spędzamy z przyjaciółmi wiele czasu. Znalazło to potwierdzenie w innym badaniu, przeprowadzonym przez Maxa Burtona. Prosił on badanych o sklasyfikowanie przyjaciół według tego, jak bardzo ich zdaniem ci byliby skłonni do udzielenia im pomocy, a następnie o określenie, jak blisko badani czują się z każdym z nich związani oraz jak często się z nim widują. Okazało się, że osoby, do których czujemy największe emocjonalne przywiązanie i które widujemy najczęściej, są właśnie tymi, na których pomoc najbardziej liczymy.

Innymi słowy, przyjaciele czynią dla nas wiele, a my inwestujemy w nich, bo chcemy mieć pewność, że nadal tak będzie.

Siła słabych więzi

W ważnym i często cytowanym artykule z 1973 roku, zatytułowanym The strength of weak ties (Siła słabych więzi), amerykański socjolog Mark Granovetter postawił tezę, że nasz świat społeczny można podzielić na dwa rodzaje związków: silne więzi i słabe więzi. Związków pierwszego typu mamy tylko kilka, podczas gdy zdecydowaną większość naszych związków stanowi typ drugi. Granovettera interesowały zwłaszcza słabe więzi. Wysunął on hipotezę, że dostarczają one sieci informacyjnej, przez którą zdobywamy wiedzę o szansach, jakich nigdy byśmy nie poznali, gdybyśmy dowiadywali się o nich na własną rękę. Miał on na myśli takie sprawy, jak: oferty pracy, promocje w supermarketach, nowe filmy, które mielibyśmy ochotę obejrzeć, występy popularnych kabaretów czy też koncerty, na które chcielibyśmy pójść. Rzeczywiście posiadanie przyjaciół umożliwia nam przeszukiwanie znacznie większego obszaru, niż gdybyśmy byli zdani wyłącznie na siebie. W książce Connected (Połączeni) Nick Christakis i James Fowler podali oszacowanie, zgodnie z którym mniej więcej do 2010 roku aż 70 procent Amerykanów poznawało partnerów życiowych za pośrednictwem przyjaciół lub rodziny, podczas gdy większość pozostałych poznawała ich w szkole lub na studiach. W ciągu ostatniej dekady ta tradycyjna usługa zapoznawcza została wyparta przez internetowe serwisy randkowe, które obecnie odpowiadają za około 40 procent nowych par. Niemniej w dalszym ciągu 30 procent poznaje się przez rodzinę i przyjaciół, a przygodne spotkania w barach i klubach (prawie zawsze w towarzystwie przyjaciół) stanowią 25 procent.

W małych wspólnotach łowiecko-zbierackich słabe więzi mogły pomagać nam w dowiadywaniu się o nagłym zgromadzeniu zwierzyny przy odległych wodopojach lub o tym, że pewna grupa drzew niebawem wyda owoce. Tego rodzaju zasoby są często ulotne. Jelenie lub antylopy mogą skupiać się przez kilka dni na obszarze porosłym bujną trawą, ale gdy tylko trawa zostanie wygryziona, przenoszą się dalej. Większość drzew ma bardzo krótki okres owocowania, nieprzekraczający paru tygodni. Im więcej osób krąży na danym terytorium, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś natrafi na drzewa z dojrzewającymi owocami. Gdybyśmy musieli sami przeczesywać cały teren, moglibyśmy nie napotkać tej grupy drzew, zanim ich owoce zostaną wyjedzone przez ptaki i zwierzęta lub dojrzeją, opadną na ziemię i rozpoczną proces kiełkowania.

Nikt naprawdę nie wie, kogo dokładnie miał na myśli Mark Granovetter – przypuszczam, że nie wiedział tego nawet on sam – gdy mówił o słabych więziach. Czy chodziło mu o zwykłych przyjaciół, czy też o znajomych, z którymi moglibyśmy raz lub dwa napić się piwa po pracy, ale których nigdy nie zaprosilibyśmy do domu? Nigdy tego nie doprecyzował – prawdopodobnie dlatego, że widział ich wszystkich jako jedną olbrzymią, skomplikowaną sieć społeczną: przyjaciół przyjaciół przyjaciół przyjaciół, trochę tak jak Facebook. Komunikacja szeptana umożliwia dotarcie do nas informacji, kiedy jeden przyjaciel opowiada innemu o swoim nowym odkryciu, aż w końcu my także o nim usłyszymy. Choć przekazywanie informacji może niekiedy być powolne, ostatecznie ona do nas dotrze. Czasami słabe więzi oddają nam korzyści znacznie istotniejsze niż to, gdzie w tym tygodniu znajdziemy najtańszą benzynę. Powrócimy do tego w jednym z następnych rozdziałów, ponieważ, jak się okazuje, krąg przyjaciół biorących udział w tego rodzaju wymianie informacji jest o wiele mniejszy, niż wyobrażał sobie Granovetter.

Samotność to sygnał ostrzegawczy

Bycie częścią grupy społecznej jest czymś tak ważnym, że kiedy jesteśmy sami lub znaleźliśmy się w roli outsidera, zazwyczaj mamy poczucie osamotnienia, skłaniające nas do podejmowania działań zmierzających do zaradzenia tej sytuacji. Niewielu z nas umiałoby żyć w całkowitej izolacji na bezludnej wyspie, bez szansy na uwolnienie. Nawet gburowaty szkocki marynarz Alexander Selkirk (pierwowzór historii o Robinsonie Crusoe) z radością przyjął ratunek po czterech latach spędzonych samotnie na wyspie, noszącej obecnie oficjalną nazwę Robinson Crusoe. Samotność pociąga za sobą straszne koszty i ze wszystkich sił staramy się obcować z innymi. Musimy należeć do grupy, aby mieć poczucie, że naprawdę jesteśmy ludźmi. Czujemy się uspokojeni, gdy wiemy, że stanowimy część czegoś. Jesteśmy bardziej zadowoleni z życia, kiedy mamy pewność, że komuś na nas zależy.

John Cacioppo, pionier neuronauki z Uniwersytetu Chicagowskiego, rozpoczął wraz ze współpracownikami Garym Berntsonem i Jeanem Decetym dziedzinę nauki, którą nazywamy neuronauką społeczną. Cacioppo interesował się szczególnie zjawiskiem samotności i wiele jego późniejszych artykułów i książek poświęconych jest próbie zrozumienia neurobiologicznych uwarunkowań samotności i ich funkcjonalnych konsekwencji. Doszedł on ostatecznie do wniosku, że samotność jest ewolucyjnym sygnałem ostrzegawczym, mówiącym, że coś jest nie tak – wezwaniem do tego, byśmy jak najprędzej zmienili coś w naszym życiu. Samo wrażenie, że zaczynamy być odizolowani społecznie, wystarczy do zaburzenia naszych procesów fizjologicznych, co ma niekorzystne następstwa dla naszego układu odpornościowego, jak również dobrostanu psychologicznego, mogące się gwałtownie zaostrzać i doprowadzić do przedwczesnej śmierci. Wiele z tych argumentów można znaleźć w interesującej książce Cacioppa Loneliness: Human Nature and the Need for Social Connection (Samotność. Natura ludzka i potrzeba związku z innymi), napisanej wraz z Williamem Patrickiem.

To, że samotność rzeczywiście ma niekorzystne następstwa dla naszego układu odpornościowego, potwierdziły badania przeprowadzone przez Sarah Pressman i jej współpracowników z Uniwersytetu Carnegie Mellon w Pittsburghu. Stwierdzono, że samotność studentów pierwszego roku powodowała obniżenie reakcji immunologicznej po zaszczepieniu przeciwko grypie. Układ odpornościowy studentów wykazywał obniżoną aktywność i nie odpowiadał na szczepionkę tak, jak potrzeba do osiągnięcia właściwej odporności. Innymi słowy, pomimo szczepienia studenci nie byli wystarczająco zabezpieczeni przed przyszłymi atakami wirusa grypy. Zaobserwowano jeszcze osobny efekt liczby posiadanych przyjaciół: posiadanie od 4 do 12 przyjaciół wiązało się ze znacznie gorszą reakcją, niż gdy liczba przyjaciół wynosiła od 13 do 20. Wydaje się, że te dwa efekty mogą działać łącznie: posiadanie dużej liczby przyjaciół (rozległej grupy społecznej obejmującej 19 lub 20 przyjaciół) zawsze zabezpiecza przed niedostateczną reakcją immunologiczną, podczas gdy poczucie osamotnienia w połączeniu z posiadaniem małej liczby przyjaciół prowadzi do bardzo słabej reakcji immunologicznej. Posiadanie przyjaciół jest autentycznie zdrowe nawet na poziomie fizjologicznym układu odpornościowego.

Pamiętam, jak raz po wykładzie, który wygłosiłem na pewnym festiwalu książki, podszedł do mnie mężczyzna i opowiedział, że spędził wiele lat w wojsku, ale nigdy nie chorował tak często jak wtedy, kiedy powrócił do życia cywilnego po opuszczeniu służby. Wojsko dokłada wielkich starań, by przeobrazić jednostki w coś na kształt rodziny, ponieważ tworzy to więź, dzięki której żołnierze pozostają solidarni bez względu na wszystko na polu walki. Takie zorganizowanie życia, w którym żołnierze jedzą, śpią, ćwiczą oraz przebywają ze sobą w tej samej niewielkiej jednostce (zwykle jest to oddział liczący od 120 do 180 osób), zapewnia głębokie poczucie więzi. Wydaje się, że skutkiem tego jest także znacznie mniejsza liczba zachorowań, niż ma to miejsce codziennym życiu cywilnym.

David Kim, James Fowler i Nick Christakis wykorzystali część próbek pochodzących z Framingham Heart Study, w których od wolontariuszy pobierano krew w celu określenia zależności między stopniem towarzyskości i zapadalnością na choroby. Stwierdzono, że osoby z niewielką liczbą kontaktów w sieci społecznej miały podwyższone stężenie fibrynogenu we krwi, podczas gdy te z dużą liczbą kontaktów – miały niski jego poziom. Fibrynogen jest cząsteczką chemiczną, która ułatwia krzepnięcie krwi, zabezpieczając przed nadmiernym krwawieniem w przypadku rozerwania naczynia krwionośnego. Ułatwia również w ogólnym sensie gojenie się ran i naprawę tkanek, dlatego jego poziom zwykle podnosi się, kiedy organizm walczy z zapaleniem, uszkodzeniem tkanek lub niektórymi nowotworami. Ponadto z tego powodu, że wysokie stężenie fibrynogenu może prowadzić do nadmiernej krzepliwości krwi, zwiększa ono ryzyko wystąpienia zakrzepów, jeśli pozostaje wysokie przez dłuższy czas. Wysokie stężenie fibrynogenu we krwi oznacza zatem zły stan zdrowia, co dostarcza bezpośredniego dowodu na to, że posiadanie przyjaciół chroni nas przed chorobami, a także przed ryzykiem zawału serca lub udaru w przyszłości. W innym badaniu Andrew Steptoe, Jane Wardell i ich współpracownicy zanalizowali długoterminowe dane dotyczące 6,5 tysiąca Brytyjczyków i Brytyjek powyżej 50. roku życia i stwierdzili, że izolacja społeczna (ale nie deklarowane poczucie osamotnienia) w znacznym stopniu pozwala przewidywać ryzyko zgonu w ciągu następnych 12 lat niezależnie od wieku, płci oraz stanu zdrowia fizycznego i umysłowego: izolacja społeczna o około 25 procent zwiększa prawdopodobieństwo śmierci w ciągu następnej dekady.

Skutki samotności są tak rozległe, że obniża ona nawet liczbę połączeń neuronowych i zmniejsza plastyczność neuronową u szczurów, gdy poddane zostaną izolacji w młodym wieku. W szczególności samotność może zaburzyć działanie kory przedczołowej (przedniej części mózgu odpowiadającej za inteligencję, a zwłaszcza za inteligencję społeczną), a także jej mielinizację (odkładanie się tłuszczowej osłonki wokół neuronów, która umożliwia szybsze i niezawodne przesyłanie sygnałów). Kiedy dojdzie do uszkodzenia, nic już nie można zrobić. U ludzi krótkie okresy samotności rzadko pozostawiają długoterminowe niekorzystne skutki, ale przedłużająca się samotność jest skorelowana ze zwiększonym prawdopodobieństwem zachorowania na chorobę Alzheimera, depresję i demencję, a także zaburzeń snu (co ma z kolei często niekorzystne następstwa psychologiczne).

Tegan Cruwys i jej współpracownicy z Uniwersytetu Queensland w Australii przeanalizowali dane pochodzące z brytyjskich badań nad starzeniem, Longitudinal Study of Ageing, w których zbierano informacje na temat około 5 tysięcy osób od około 50. roku życia. Wśród kwestionariuszy na temat zdrowia i dobrostanu znajdowała się także ankieta dotycząca przynależności do klubów i stowarzyszeń: partii politycznych, związków zawodowych, stowarzyszeń lokatorskich, grup kościelnych i hobbystycznych, zespołów muzycznych i organizacji charytatywnych. Stwierdzono, że osoby, które należały do większej liczby grup, rzadziej cierpiały na zaburzenia depresyjne. Przyczyną nie było jedynie to, że osoby z depresją nie chodzą na spotkania grup: badacze mogli porównywać odpowiedzi z różnych lat i w ten sposób wykazali, że osoby z depresją, które na początku nie należały do żadnej grupy, w kolejnych próbkach miały obniżone ryzyko depresji o około jedną czwartą, jeśli w międzyczasie przystąpiły do jednej z grup. Jeżeli przystąpiły do trzech grup, ryzyko depresji spadało o prawie dwie trzecie. Badacze napisali: „Uczestnictwo w grupach społecznych zarówno chroni przed rozwojem depresji, jak i leczy depresję już istniejącą”.

Podobnie Claire Yang i jej współpracownicy przeanalizowali dane pochodzące z czterech amerykańskich długoterminowych badań zdrowotnych. Badacze stwierdzili, że w każdej z czterech grup wiekowych (nastolatki, młodzi dorośli, osoby w średnim wieku oraz seniorzy) osoby lepiej zintegrowane społecznie charakteryzowały się lepszymi biomarkerami zdrowia fizjologicznego: niższym skurczowym ciśnieniem krwi, niższym wskaźnikiem masy ciała (miarą otyłości) oraz niższym wskaźnikiem białka C-reaktywnego (ten ostatni jest inną miarą zapalenia). W wieku nastoletnim brak kontaktów społecznych miał porównywalny wpływ na ryzyko zapalenia jak brak aktywności fizycznej. W starości brak przyjaciół w większym stopniu wpływał na ryzyko nadciśnienia niż zazwyczaj wymieniane przyczyny kliniczne, takie jak cukrzyca. Co jeszcze bardziej niepokojące, okazało się, że oddziaływanie braku kontaktów społecznych w wieku nastoletnim i wczesnej dorosłości na fizjologiczne wskaźniki zdrowia utrzymuje się aż do starości. Na podstawie długoterminowych badań 267 mężczyzn Jenny Cundiff i Karen Matthews stwierdziły, że im lepiej zintegrowane społecznie było dziecko w wieku sześciu lat, tym miało niższe ciśnienie krwi oraz wskaźnik masy ciała dwie dekady później, w wieku lat trzydziestu paru. Wynik ten utrzymywał się po uwzględnieniu ewentualnego wpływu rasy, wskaźnika masy ciała w dzieciństwie, statusu społeczno-ekonomicznego rodziców, zdrowia w dzieciństwie i ekstrawersji. Kontakty społeczne w dzieciństwie pozostawiają następstwa, bezpośrednie i pośrednie, trwające dziesięciolecia. To bardzo przejmująca konstatacja.

W innym badaniu Anne-Laura van Harmelen i jej współpracownicy przyjrzeli się wpływowi negatywnych doświadczeń w rodzinie przed 11. rokiem życia na prawdopodobieństwo rozwoju depresji w wieku 17 lat u prawie 800 brytyjskich nastolatków. Okazało się, że negatywne doświadczenia w dzieciństwie istotnie zwiększają ryzyko depresji w wieku 17 lat. Przez negatywne doświadczenia w rodzinie należy rozumieć niedostateczną opiekę rodzicielską, złe traktowanie emocjonalne i fizyczne, wykorzystywanie seksualne, brak czułości i zaangażowania rodziców, kłótnie w rodzinie, problemy finansowe rodziny, śmierć w rodzinie, przestępczość lub bezrobocie członków rodziny oraz zaburzenia psychiczne rodziców. Drugi efekt wynikał z przemocy lub gróźb użycia przemocy w dzieciństwie: częstsze odwoływanie się do przemocy przez członków rodziny miało negatywny wpływ na liczbę przyjaźni w wieku 14 lat, a z kolei mniejsza liczba przyjaźni w wieku 14 lat pociągała za sobą zwiększone prawdopodobieństwo depresji w wieku 17 lat.

Według Johna Cacioppa skala tych efektów jest tak wielka, a konsekwencje dla przystosowania tak katastrofalne, iż nie powinno być dla nas zaskoczeniem, że dobór naturalny stworzył mechanizm ostrzegający nas przed problemem – coś w rodzaju dzwonka alarmowego. Na istnienie wymiaru ewolucyjnego mogłoby wskazywać także to, że samotność jest skorelowana zarówno z genem receptora oksytocyny (przynajmniej u nastoletnich dziewcząt), jak i z genem transportera serotoniny (dwóch hormonów mózgowych odgrywających bardzo ważną rolę w regulacji zachowania społecznego). Osoby będące nosicielami pewnej szczególnej odmiany tych genów z większym prawdopodobieństwem będą odczuwać samotność nawet pośród tłumu.

Mój własny, bardzo skromny wkład do tych badań zawdzięczam Anie Heatley Tejadzie. Seria eksperymentów przeprowadzonych w Meksyku i w Oksfordzie pozwoliła jej stwierdzić, że dostrzeżenie empatii w sposobie, w jakim obca osoba reaguje na nas w stresującej sytuacji, prowadzi do mniejszego poczucia osamotnienia, a także wpływa korzystnie na reakcje fizjologiczne takie jak tętno; natomiast brak pomocy lub pomoc udzielona przez osobę nieempatyczną wzmaga nasze poczucie osamotnienia i reakcje fizjologiczne. Nasza reakcja dostosowuje się natychmiast do tego, jak postrzegamy sytuację. Ponadto to, jak bardzo ktoś czuje się osamotniony w takiej sytuacji, zależy od tego, jaka ta osoba bywa w swoich relacjach (czy jest z natury ciepła i otwarta, czy też chłodna i zdystansowana w kontaktach z przyjaciółmi), od liczby posiadanych bliskich przyjaciół oraz od tego, jak wysoko ceni ona bliskie relacje. Co ciekawe, porównując badanych z Meksyku i z Wielkiej Brytanii, Tejada zauważyła, że jakość relacji w obrębie rodziny nuklearnej ma wielkie znaczenie dla radzenia sobie z uczuciem osamotnienia u badanych brytyjskich. Natomiast wydaje się, że znacznie większe rodziny poszerzone, charakterystyczne dla katolickiego Meksyku, stanowią ochronę przed złymi relacjami z członkami rodziny nuklearnej, podczas gdy Brytyjczycy ze swoimi znacznie mniejszymi rodzinami mają zbyt nielicznych krewnych, by mogli znaleźć takie schronienie.

Podsumowując, izolacja społeczna nie jest dobra i powinniśmy za wszelką cenę jej unikać. Bycie towarzyskim i posiadanie przyjaciół mają wiele zalet psychologicznych i zdrowotnych. Przyjaźnie zabezpieczają nas przed chorobami i pogorszeniem sprawności władz poznawczych, pomagają mocniej angażować się w zadania, które mamy do wykonania, oraz pozwalają lepiej zintegrować się ze wspólnotą, w której żyjemy. Jest to szczególnie ważne w świecie współczesnym, w którym do naszej wspólnoty należy wielu nieznanych nam specjalnie lub wcale nieznanych osób. Przyjaciele udzielają pomocy i wsparcia, jak również stanowią grupę osób gotowych poświęcić swój czas (niekiedy nawet pieniądze), by z nami być. Jeśli zatem dobrze mieć przyjaciół, to jaka liczba przyjaciół jest wystarczająca? Czy można mieć zbyt wielu przyjaciół? W następnym rozdziale odpowiem na te pytania. Najpierw jednak powinienem wyjawić, w jaki sposób i dlaczego zainteresowałem się tematem przyjaźni – krótko mówiąc, jak to się stało, że doszło do napisania tej książki.

Tytułem wyjaśnienia...

Podobnie jak wiele idei naukowych, książka ta oraz historia, którą ona opowiada, są osobistą odyseją. Wszystko zaczęło się od przypadku. Przez bez mała 25 lat badałem zachowanie dzikich zwierząt: głównie małp i wysoce monogamicznej miniaturowej antylopy – koziołka skalnego – w Afryce, a także dzikich kóz na wyspie Rum u północno-zachodniego wybrzeża Szkocji i na cyplu Great Orme w północno-zachodniej Walii. Na początku interesowała mnie ewolucja społeczna – dlaczego różne gatunki mają taki, a nie inny system społeczny. Ludźmi interesowałem się co najwyżej powierzchownie i tylko dlatego, że pierwsze 20 lat mojego życia spędziłem w wielokulturowej Afryce Wschodniej. Niemniej wydaje mi się oczywiste, że codzienny kontakt z czterema różnymi kulturami ludzkimi był ważnym bodźcem zarówno do tego, że rozwinąłem wrażliwość niezbędną do starannej obserwacji świata społecznego jakiegokolwiek gatunku zwierząt, jak i tego, że wiele lat później podjąłem decyzję, aby włączyć do sfery moich zainteresowań także ludzi.

Obcując z małpami, nauczyłem się, że ich życie społeczne jest bardziej intensywne niż większości innych gatunków ssaków i ptaków. Pod jego powierzchnią rozgrywa się mnóstwo bardzo subtelnych rzeczy i trzeba być bacznym obserwatorem, by umieć docenić ich znaczenie. Jak bardzo subtelne może być niekiedy ich zachowanie, ilustruje fotografia, którą posiadam, przedstawiająca dorosłą samicę dżelady brunatnej pielęgnowaną[1] przez dwie córki: jedną w wieku około trzech lat, czyli pannicę wchodzącą w okres pokwitania, i drugą – osiemnastomiesięczną dziewczynkę. Naokoło inne małpy siedzą w małych grupach, czyszcząc się nawzajem. Matka trzyma głowę przy ziemi, wystawiając zad w górę, podczas gdy młodsza córka oczyszcza tylne części jej ud. Matka ma głowę zwróconą w prawą stronę i zapewne zamknęła oczy, rozkoszując się tym, że jest pielęgnowana w cieple porannego słońca. Jest odprężona, jak tylko może być matka pod troskliwą opieką swoich córek. Spokój... błogość... Czy życie może ofiarować coś lepszego?

Interesujące jest zachowanie starszej córki. Siedzi na lewo od młodszej siostry, przy pośladkach matki. Wyciągnęła prawą rękę przed czoło siostry i łagodnie odpycha ją, tak by sama mogła zająć się oczyszczaniem mamy. Najwięcej mówi jej głowa. Jest ona odchylona na lewo i nieco w dół. Starsza córka uważnie obserwuje tylną część głowy matki i delikatnie odpychając siostrę, sprawdza jednocześnie, czy mama niczego nie zauważyła. Chce, by ta po zbudzeniu się ze stanu odprężenia i błogości pomyślała, że to starsza córka wyświadczyła jej poranną przysługę, a nie młodsza. Kiedy mama odwdzięczy się tym samym – a na pewno tak się stanie – starsza córka będzie mogła z kolei odprężyć się i zdrzemnąć pod zręcznymi dłońmi fryzjerki. Zdaje sobie sprawę, że jeśli postąpi zbyt gwałtownie, siostra będzie protestować, dlatego musi odepchnąć ją łagodnie, ale stanowczo, tak aby coś innego przyciągnęło uwagę dziewczynki i by mała się oddaliła. Jeżeli bowiem siostra zaprotestuje lub matka odwróci głowę i wszystko zobaczy, starsza córka niechybnie dostanie burę.

Ten rodzaj finezyjnej przelotnej interakcji jest typowy dla małp. Nie znając dynamiki danej grupy, nie będąc tam w tym szczególnym momencie i nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje, przygodny obserwator nie ma szans na docenienie subtelności życia społecznego naczelnych. Wystarczy na chwilę się odwrócić – i nie dostrzeże się niczego. Gdybym nie spędził kilku lat z tymi zwierzętami, aby je poznać jako jednostki, tak jak się poznaje grupę ludzką, nigdy bym nie zrozumiał znaczenia tego, co odbywało się przed moimi oczami.

W latach 90. tego rodzaju praca terenowa stała się jednak niemożliwa. Przeżywaliśmy kolejny kryzys gospodarczy i badania w mojej dziedzinie spadły bardzo nisko na liście priorytetów finansowych jakiegokolwiek rządu. Z braku lepszych opcji zwróciłem swoją uwagę na ludzi i zająłem się mniej więcej takimi samymi badaniami, jakie prowadziłem na małpach, z wykorzystaniem takich samych metod obserwacyjnych. Gdzieś po drodze, w ciągu dosłownie jednego roku, wpadłem na cztery niepowiązane ze sobą, jak się wówczas wydawało, idee. Były to: hipoteza mózgu społecznego (głosząca, że wielkość mózgu u danego gatunku wyznacza lub, ściśle mówiąc, zawęża rozmiar jego grupy społecznej); tak zwana później liczba Dunbara (górne ograniczenie liczby przyjaciół, jakich możemy mieć); zasadnicze znaczenie wzajemnej pielęgnacji dla tworzenia więzi u naczelnych; i wreszcie tak zwana plotkowa teoria ewolucji języka (język rozwinął się w celu umożliwienia wymiany informacji jako częściowe rozwiązanie problemu ograniczeń czasowych, którym podlega tworzenie więzi społecznych). Z czasem stało się oczywiste, że idee te w rzeczywistości stanowią różne aspekty tego samego zjawiska: przyjaźni. Jest to teoretyczna rama, wokół której zbudowana została ta książka.

Z perspektywy lat widzę, że dopisało mi szczęście. Choć z wykształcenia jestem psychologiem, połowę mojej kariery badawczej spędziłem jako zoolog i biolog ewolucyjny. W wyniku tego stanąłem niejako okrakiem pomiędzy dwiema dziedzinami wiedzy, które rzadko się ze sobą komunikują. Takie usytuowanie może powodować wiele niedogodności (na przykład trzeba nadążać za dwoma zupełnie odrębnymi działami piśmiennictwa naukowego), ale dzięki temu miałem rzadką sposobność patrzenia na świat jednocześnie przez dwa końce mikroskopu. Na szczęście biologia ewolucyjna jest ze swej natury nauką multidyscyplinarną, a jej podstawowa teoria – darwinowska teoria doboru naturalnego – splata wszystkie te wątki w jedną spójną całość. Nie chcę tutaj rozwijać tego tematu, ponieważ wypowiedziałem się już obszernie w mojej książce Evolution: What Everyone Needs to Know (Ewolucja. Co każdy wiedzieć powinien). Świadomość tych spraw pozwala jednak zrozumieć, skąd przychodzę i jak się tam znalazłem.

*

Podsumujmy zatem. Wydaje się, że posiadanie przyjaciół jest dla nas autentycznie dobre, a brak przyjaciół nie ma żadnych zalet. Trzeba jednak uczynić ważne zastrzeżenie, które związane jest z samym zwrotem „posiadanie przyjaciół”. Chodzi właśnie o to, że trzeba mieć przyjaciół, zanim spadnie na nas nieszczęście. Jednym z powodów jest to, że – jak zobaczymy później – ludzie dołożą starań, by nam pomóc, tylko jeśli już są naszymi przyjaciółmi. Pomimo tego, co lubimy o sobie myśleć, jesteśmy znacznie mniej skłonni do pomocy ludziom obcym lub słabo znanym. Ale pozyskanie przyjaciół wymaga wysiłku i czasu. Nie da się tego osiągnąć magiczną sztuczką nad filiżanką kawy – choćby dlatego, że wszyscy są już włączeni w jakąś sieć przyjaźni i gdyby mieli przydzielić nam czas i przestrzeń jako nowemu przyjacielowi, musieliby poświęcić przyjaźń z kimś innym.

Jaka liczba przyjaciół jest więc wystarczająca?

Rozdział 2

Liczba Dunbara

Jako fan quizu telewizyjnego BBC pod tytułem QI oglądałem pewnego wieczoru odcinek, w którym Stephen Fry, wieloletni gospodarz programu, zapytał uczestników, czy kiedykolwiek słyszeli o liczbie Dunbara. Gdy wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem, wyjaśnił, że jest to górne ograniczenie liczby przyjaciół, jakich możemy mieć, i że wynosi ono 150. Dodał – zapożyczając analogię, którą posłużyłem się w innej mojej książce – że są to wszystkie osoby, do których nie zawahalibyśmy się podejść, gdybyśmy zobaczyli je o trzeciej nad ranem w poczekalni lotniska w Hongkongu. One natychmiast by nas poznały i umiały zlokalizować na swojej mentalnej mapie, a my umielibyśmy zlokalizować je na naszej mentalnej mapie. Nasza znajomość ma przeszłość, nie musimy się przedstawiać. W tej chwili drugi stały uczestnik programu, którego zadaniem jest rozluźnianie atmosfery za pomocą dawki dowcipu, komik Alan Davies załamał ręce w udawanej rozpaczy i wypalił: „Ale ja mam tylko pięciu!”. Nie jest z nim jednak tak źle, jak sądził. Rzeczywiście na ogół mamy około pięciu bardzo bliskich przyjaciół, ale także 150 przyjaciół w ogólnym sensie.

Istotnie wydaje się, że liczba Dunbara przeniknęła do powszechnej świadomości. Wyszukiwarka Google podaje 34,8 miliona trafień. Być może najbardziej zabawne jest wideo na YouTubie pokazujące, jak młoda kobieta daje sobie wytatuować na ramieniu twarze wszystkich swoich przyjaciół (czytelnik może sam sprawdzić pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=ApOWWb7Mqdo). Ciekawe, że ludzkie ramię ma dokładnie taką długość, która pozwala zmieścić twarze wszystkich jej 152 przyjaciół, co należałoby uznać za triumf ewolucji i niekwestionowany dowód prawdziwości teorii Darwina! Okazuje się jednak, że był to tylko chwyt marketingowy amsterdamskiej tatuażystki. Zresztą to dodaje pikanterii całej sprawie: wygląda na to, że liczba Dunbara trafiła nawet do świata tatuażystów. Myślę, że to bardzo dobrze świadczy o naukowym oczytaniu Holendrów!

Kogo więc nazwiemy przyjacielem? Powinniśmy chyba ustalić, kogo w ten sposób oznaczamy, abyśmy widzieli, jakie osoby chcemy liczyć. Będę się trzymał potocznej, zdroworozsądkowej definicji – znaczenia, jakie słowo „przyjaciel” ma w naszym świecie kontaktów twarzą w twarz. Choć rozróżniamy rozmaite stopnie przyjaźni i wszyscy – podobnie jak Alan Davies – mamy zaledwie garstkę bardzo bliskich przyjaciół, wydaje mi się, że to szersze znaczenie przyjaźni, którym się posługujemy, jest podobne do pokrewieństwa rodzinnego – z wyjątkiem oczywiście tego, że przyjaciół możemy sobie wybierać, tymczasem na to, kto należy do naszej rodziny, nie mamy żadnego wpływu. Pod wieloma względami w tych relacjach chodzi o poczucie zobowiązania i wymianę przysług – o osoby, które bez skrępowania poprosilibyśmy o wyświadczenie przysługi i którym bez namysłu udzielilibyśmy wsparcia. Prawdziwymi przyjaciółmi są ci, z którymi mielibyśmy ochotę spędzać czas, gdyby to było możliwe, i w tym celu bylibyśmy gotowi na pewne poświęcenia. Wiemy, jak się nazywają – znamy ich nazwiska, nie tylko imiona. Wiemy, gdzie mieszkają – mamy zanotowane ich adresy. Znamy członków ich najbliższej rodziny; wiemy, gdzie mieszkali w przeszłości i jakie prace wykonywali. Przygodni znajomi, w tym przynajmniej niektórzy nasi współpracownicy, nie należą do tej grupy, gdyż nie są osobami, dla których bylibyśmy skłonni do poświęceń; nie włożylibyśmy wysiłku, aby je włączyć do naszego intymnego świata społecznego. Oczywiście moglibyśmy czasami postawić im piwo w pubie, a nawet pożyczyć książkę, na której nie bardzo nam zależy. Ale nie bylibyśmy gotowi świadczyć im przysług pociągających za sobą istotne koszty lub niebezpieczeństwa.

Oszacowanie liczby przyjaciół

Zastanawiając się nad najlepszym sposobem oszacowania, ilu ludzie mają przyjaciół, najpierw wpadłem na pomysł wykorzystania adresatów kartek bożonarodzeniowych. Stały za tym dwa powody. Pierwszy był taki, że w czasach przed pocztą elektroniczną i WhatsAppem wysyłanie kartek bożonarodzeniowych do starych przyjaciół było częstym sposobem podtrzymywania przyjaźni, przynajmniej w Wielkiej Brytanii (notabene, Amerykanie zawsze odnosili się do tego zwyczaju z rezerwą i nie oddawali się mu tak powszechnie). Z początkiem grudnia większość z nas zaczynała układać listę osób, do których wyśle kartkę. Często wiązało się to z niemałymi rozterkami. Czy dana osoba przysłała nam kartkę w zeszłym roku? Czy może utraciliśmy kontakt? Wspominała, że się przeprowadza, ale czy raczyła przysłać nam swój nowy adres? Już zadawanie tego rodzaju pytań świadczy o tym, jak starannie ludzie oceniali jakość swoich przyjaźni. Ostatecznie kartki trzeba kupić, a potem jeszcze dochodzi cena wysyłki. Wszystkie te koszty szybko urastają, gdy dodaje się więcej osób do listy. Znalezienie się na liście adresatów kartek bożonarodzeniowych było zatem oznaką autentycznej przyjaźni. Drugim powodem wykorzystania listy adresatów kartek bożonarodzeniowych było to, że przygotowywało się je raz do roku w bardzo regularnych cyklach. Upływ roku bez kontaktu z kimś oznaczał naturalną granicę. Jeśli przez ten okres nie uczyniłem wysiłku, by się z kimś skontaktować, to czy jest bardzo prawdopodobne, że zrobię to później? Większość osób, które o to pytaliśmy, odpowiadała, że nie.

Namówiłem więc Russella Hilla, by przygotował ankietę, w której respondenci wymienią adresatów kartek wysłanych przez nich na ostatnie Boże Narodzenie. Chcieliśmy wiedzieć nie tylko to, ile kartek ludzie wysyłają, ale także kto w danym gospodarstwie domowym był odbiorcą, kiedy ostatni raz badani kontaktowali się z adresatami i jak blisko emocjonalnie czują się związani z każdym z nich. Choć wyraźnie zaznaczyliśmy, by respondenci nie dodawali swoich lekarzy, prawników, rzeźników, piekarzy i innych znajomych czysto biznesowych, niektóre osoby zawsze będą bardziej od innych hojne, jeśli chodzi o to, do kogo wysyłają kartki. Mimo wszystko sądziliśmy, że będzie to rozsądne kryterium. Dodatkowo wpisanie do kwestionariusza każdego adresata kartek bożonarodzeniowych, zarówno dorosłego, jak i dziecka, było niewątpliwie czasochłonną i nużącą czynnością, co samo w sobie zniechęcało do zbyt łatwego dołączania osób.

Przeciętna liczba przyjaciół otrzymana na podstawie tego pierwszego badania wyniosła 154, łącznie z dziećmi. Nasi respondenci wysłali przeciętnie 68 kartek do mniej więcej 2,5 odbiorcy w gospodarstwie domowym. Już w tym badaniu zaznaczyło się bardzo wielkie zróżnicowanie. Niektóre osoby wysłały kartki do mniej niż 20 odbiorców, podczas gdy najwyższa liczba wyniosła 374. Widoczny był jednak bardzo wyraźny pik w okolicach 120–170 odbiorców, z szybko opadającymi ogonami po obu stronach. Innymi słowy, zdecydowana większość wysłała kartki do około 150 osób i choć niektórzy wysłali kartki do ponad 200 osób, było ich względnie niewielu.

Kilka dekad wcześniej brytyjski oceanograf Peter Killworth i amerykański antropolog Russell Bernard podjęli innowacyjną próbę oszacowania rozmiaru sieci społecznej przeciętnej jednostki. Postanowili wykorzystać „sześć stopni oddzielenia”, ideę spopularyzowaną przez Stanleya Milgrama w latach 60. – znakomity przykład na to, jak w nauce często zapożycza się teorie używane w jednym kontekście do badania lub wyjaśnienia czegoś w zupełnie innym kontekście. W 1929 roku węgierski pisarz Frigyes Karinthy napisał opowiadanie pod tytułem Ogniwa łańcucha, w którym twierdził, że możliwe jest dotarcie do dowolnie wybranej osoby na świecie poprzez nie więcej niż sześć kontaktów. (Miałem kiedyś okazję wypić piwo w budapesztańskiej kawiarni, w której Karinthy miał je napisać). Milgram postanowił zweryfikować teorię Karinthyego i zaprojektował sławny eksperyment, w którym wykazał, że istotnie wystarczy sześć kontaktów, aby połączyć ze sobą dwóch przypadkowo wybranych ludzi w Stanach Zjednoczonych. Polegał on na tym, że poproszono kilka osób ze Środkowego Zachodu o wysłanie listu do konkretnej osoby, której nie znały osobiście, a która mieszkała w Bostonie na Wschodnim Wybrzeżu. Uczestnicy mieli zacząć od napisania odręcznego listu do kogoś, kogo znali – a ta osoba miała zrobić to samo. Na przykład wiesz, że twój wujek Jim jest pilotem linii lotniczych, zatem prawdopodobnie zna jakiegoś innego pilota latającego na trasie do Bostonu w tych samych liniach lotniczych, a ten z kolei prawdopodobnie będzie znał kogoś w Bostonie, kto zna kogoś w firmie, w której pracuje żądana osoba, i tak dalej. Był to prawdziwy eksperyment i osoby w każdym ogniwie łańcucha miały dodawać swoje nazwisko do listy na kopercie. Okazuje się, że prawie nigdy nie potrzeba było więcej niż sześciu osób w łańcuchu łączącym nas z dowolną inną losowo wybraną osobą. Nigdy nie jesteśmy dalej niż na sześć „podań dłoni” od każdej innej osoby na świecie.

Killworth i Bernard byli zainteresowani tylko pierwszym ogniwem w łańcuchu – tym, komu przekazujemy list. Uzasadnienie jest takie, że są to właśnie osoby, które bez skrępowania poprosilibyśmy o wyświadczenie przysługi – co stanowi kluczowy element definicji przyjaciela, jak wspomniałem wyżej. Badacze podali uczestnikom około 500 docelowych osób w różnych miejscach w Stanach Zjednoczonych i chcieli się dowiedzieć, kiedy badani zaczną powtarzać nazwiska, gdyż nie będą umieli dodać żadnych nowych osób, i w ten sposób ujawnią granicę swojej sieci społecznej. Średnia dla dwóch eksperymentów wniosła 134. Uwzględniając to, że raczej nie zaczniemy nowego łańcucha od małych dzieci, dołączenie ich powiększy sumę do około 150. Zakres wyniósł od 30 do 300. W interesujący sposób pokrywa się on z naszym wynikiem z badania adresatów kartek bożonarodzeniowych. Później dwóch moich współpracowników w Uniwersytecie Manchesterskim, Alistair Sutcliffe i Jens Binder, poprosiło studentów i kadrę o podanie liczby przyjaciół i członków rodziny. Nie narzucili konkretnej definicji, aby w żaden sposób nie wpłynąć na podawane przez badanych liczby. Średnia wyniosła 175, a odpowiedzi wahały się w typowym szerokim zakresie.

Tymczasem Russell Hill odkrył, że ze strony internetowej firmy The Knot można pobrać dane dotyczące liczby gości na uroczystościach weselnych w Stanach Zjednoczonych. Przeciętna liczba gości wynosiła 144 i praktycznie nie zmieniała się przez całą ostatnią dekadę. Co ciekawe, na podstawie wcześniejszej analizy amerykańskich danych Galena Rhoades i Scott Stanley z Uniwersytetu Wirginii stwierdzili, że małżeństwa, na których weselu było 150 lub więcej gości, są bardziej stabilne i trwają dłużej niż te z mniejszą liczbą gości, a najgorzej wypadają te z bardzo małymi weselami (poniżej 50 gości weselnych). Badacze wysunęli przypuszczenie, że może mieć to związek z tym, iż kiedy ludzie obiecują sobie miłość przy większej liczbie świadków, jest im trudniej (lub wstydzą się) ogłosić parę lat później rozpad małżeństwa. Gdyby tak było, wynikałoby z tego, że w momencie zawarcia małżeństwa wybiegamy bardzo daleko w przyszłość – wynikałoby mianowicie, że liczba gości zaproszonych na ślub odzwierciedla naszą intuicję co do tego, jak długo przetrwa związek, i że na dodatek obie strony musiały być w tym jednomyślne. Szczerze mówiąc, sądzę, że jest to mało prawdopodobne. Być może mniej cyniczne wyjaśnienie byłoby takie, że pary zapraszające wielu gości na ślub mają wokół siebie bardziej rozbudowaną sieć krewnych i przyjaciół, którzy będą mogli wspierać je w trudnych chwilach w związku.

W tym samym czasie podjąłem współpracę z Kimmo Kaskim i jego grupą badawczą z fińskiego Uniwersytetu Aalto. Kaski, ujmująco bezpośredni i zarażający entuzjazmem fizyk statystyczny o rozległych zainteresowaniach, jest ucieleśnieniem naukowca, który zna wszystkich i wszystkim jest znany – do tego stopnia, że liczba moich prac naukowych napisanych wspólnie z innymi autorami gwałtownie wzrosła od czasu, gdy zacząłem z nim współpracę, a to dzięki kontaktom, jakie od niego otrzymałem (wydawało mi się, że zjawisko to zasługuje na osobną nazwę, dlatego nadałem mu miano „katapulty Kaskiego”, co ma oddawać impet, z jakim nasza sieć społeczna zostaje wyrzucona na nieznane wcześniej wyżyny). Za pośrednictwem Kaskiego udało nam się zdobyć dostęp do wielkiej bazy danych na temat połączeń w sieci komórkowej z zapisami dotyczącymi rozmów telefonicznych z całego roku dla około 6 milionów prywatnych abonentów (20 procent wszystkich abonentów telefonicznych w pewnym bardzo dużym europejskim kraju – od razu mówię, że nie była to ani Wielka Brytania, ani Finlandia). Oczywiście wiele z tych połączeń wykonywano w celach biznesowych, na numery instytucji lub na numery bezpłatne (800+). Dość łatwo jednak odfiltrować większość z nich (przynajmniej jeśli znamy się na programowaniu) i dzięki przyjęciu kryterium, że z połączeniem na dany numer musi być skojarzona odpowiedź z tego samego numeru, aby można było mówić o relacji, otrzymaliśmy wciąż bardzo duży wykaz niemal 27 tysięcy osób z pełnym zapisem połączeń telefonicznych. (Dla rozwiania wątpliwości dodam, że nie mamy pojęcia, czego dotyczyły rozmowy, gdyż ich treść nie była zapisywana: wiemy tylko, na jaki numer lub z jakiego numeru dzwoniono). Przeciętna liczba osób, do których dzwoniono, wynosiła około 130, co biorąc pod uwagę, że jest mało prawdopodobne, by ludzie dzwonili do małych dzieci ze znanych sobie rodzin, niewiele się różni od liczby 150 i stanowi bardzo obiecujące ustalenie. Liczba osób, do których dzwoniono, ponownie wahała się w przedziale między 100 a 250.

W rzeczywistości liczba ta pojawia się w wielu miejscach jako naturalna wielkość grup w ludzkich wspólnotach. Pierwszym miejscem, dla którego chciałem ją ustalić, były wspólnoty w społeczeństwach niewielkiej skali (łowiecko-zbierackich i tradycyjnych rolniczych). Przeciętny rozmiar wspólnoty dla kilkunastu takich przykładów wynosił 148,4. Późniejsza analiza innego zbioru danych przeprowadzona przez Marcusa Hamiltona z Uniwersytetu Nowego Meksyku przyniosła wartość 165. Wydaje się, że taki również był typowy rozmiar wczesnośredniowiecznej angielskiej wioski. Wiemy to na podstawie Domesday Book, czyli spisu powszechnego zarządzonego przez Wilhelma Zdobywcę w roku 1086, szacującego, jak wiele udało mu się zagrabić dzięki zwycięstwu w bitwie pod Hastings 20 lat wcześniej – głównie w celu ustalenia wysokości podatków, jakie powinny być wpłacane do królewskiego skarbca. Ten wyjątkowy dokument opisuje każde hrabstwo w Anglii. Ujęty jest każdy dom, pole, pług, krowa i koń wraz z ich właścicielem. Jedyną rzeczą, która się w nim nie znalazła, gdyż nie miała bezpośredniego związku z podatkami, była liczba mieszkańców każdego domu. Historycy oszacowali jednak rozmiar wiosek, mnożąc liczbę domów przez przeciętną wielkość rodziny w tamtym czasie. Okazało się, że przeciętna wioska w każdym hrabstwie Anglii i Walii liczyła niemal dokładnie 150 dusz.

Siedem wieków później Kościół anglikański starannie spisywał narodziny (lub raczej chrzciny), małżeństwa i zgony (pogrzeby). Mimo że czas, ludzkie niedbalstwo, klimat, owady, powodzie i pożary zniszczyły część archiwów kościelnych, w których dane te były przechowywane, wiele z nich się zachowało, dzięki czemu mamy dostęp do bogatego zbioru zapisów historycznych dotyczących życia wiejskiego w XVIII i XIX wieku. Dzięki nim demografom historycznym udało się zrekonstruować wielkość rodzin, wskaźniki rozrodczości i śmiertelności, długość życia oraz to, jak liczby te zmieniały się na przestrzeni wieków. Szczególne znaczenie dla nas ma to, że udało im się wykorzystać te zapisy także do określenia rozmiaru wiosek na podstawie wielkości populacji w każdym momencie historycznym. Siedem wieków po Domesday Book przeciętna wioska w Anglii w latach 80. XVIII wieku wciąż liczyła jedynie 160 mieszkańców.

Innego przykładu historycznego dostarczyli niedawno włoscy ekonomiści Marco Casari i Claudio Tagliapietra. Wykorzystali oni zapisy historyczne w celu wyznaczenia rozmiaru wspólnot w regionie Trentino we włoskich Alpach na przestrzeni pięciu wieków, od roku 1312 do roku 1810. Zapisy te są szczególnie wartościowe, ponieważ opierają się na drobiazgowych księgach stowarzyszeń pastwiskowych, które pragnęły regulować, kto miał prawo korzystać ze wspólnych pastwisk w danej wspólnocie. Przez ponad 500 lat przeciętna wielkość stowarzyszenia pastwiskowego pozostawała zaskakująco niezmienna i wynosiła około 175 osób, mimo że ludność regionu jako całości wzrosła z 83 tysięcy do prawie 230 tysięcy. W miarę jak wzrastała liczba ludności, urzędnicy woleli dzielić stowarzyszenia, tak aby dawało się nimi skutecznie zarządzać, niż pozwolić, by ich rozmiar wymknął się spod kontroli. Powodem nie było ryzyko braku ziemi (ostatecznie wystarczyło jej dla nowo powstałych stowarzyszeń), ale fakt, że panowanie nad członkami stawało się zbyt trudne, gdy wielkość stowarzyszeń przekraczała pewną granicę.

Współczesnym przykładem tego zjawiska są huteryci, chrześcijańska sekta anabaptystów, której członkowie osiedlili się w północno-środkowej części Stanów Zjednoczonych i w południowej Kanadzie po przybyciu z Europy Środkowej w połowie XIX wieku. Żyją oni na farmach należących do wspólnoty i demokratycznie zarządzanych przez wspólnotę jako całość (no dobrze – tylko przez mężczyzn). Huteryci uważają, że wspólnoty muszą się podzielić, gdy osiągną ponad 150 członków, ponieważ jeśli przekroczą tę granicę, niemożliwe będzie zarządzanie za pomocą samego oddziaływania moralnego. Byłyby potrzebne prawa i siły policyjne, a to stoi w sprzeczności z całym ich etosem. Kiedy wspólnota się dzieli, połowa członków przeprowadza się, by założyć nową wspólnotową farmę w pobliżu. Analiza podziału wspólnot w ciągu ostatniego wieku przeprowadzona przeze mnie we współpracy z amerykańskim antropologiem Richem Sosisem wykazała, że przeciętny rozmiar wspólnoty w chwili podziału wynosił 167 członków.

Istnieje kilka przykładów, w których liczba Dunbara pojawia się w świecie współczesnym. Najbardziej znanym jest firma Gore-Tex, produkująca tkaniny wodoszczelne. Gdy Willard Gore założył firmę w latach 70., zdał sobie sprawę, że jednym z czynników ograniczających efektywność wielkich przedsiębiorstw jest po prostu ich rozmiar: pracownicy przestają przekazywać dalej informacje i mają mniejsze zaufanie do siebie nawzajem. Aby rozwiązać ten problem, postanowił, że fabryki należące do jego firmy będą zatrudniały nie więcej niż 200 osób. Dzięki temu wszyscy znają siebie nawzajem i są bardziej skłonni do współpracy. Z kolei rząd Szwecji zreformował swoje służby podatkowe w taki sposób, aby każdy urzędnik obsługiwał jedynie 150 zawsze tych samych klientów i w ten sposób mógł poznać ich osobiście. Jeszcze innym przykładem jest specjalnie zaprojektowana szkoła IJburg College w Amsterdamie, do której uczęszcza łącznie 800 uczniów, ale która została podzielona na niezależne deelscholen (podszkoły), liczące po około 175 uczniów.

Innymi słowy, wydaje się, że naturalne wspólnoty ludzkie oraz prywatne sieci społeczne mają zawsze typowy rozmiar 150 członków. Można by sądzić, że chodzi o dwie różne rzeczy, pamiętajmy jednak, że do momentu powstania tanich i szybkich środków transportu przed mniej więcej stuleciem prywatnym światem społecznym była właśnie wioska. Być może ludzie znali parę osób z wioski sąsiedniej, może kuzyn lub wuj wyemigrowali za pracą do wielkiego miasta, ale poza tym ich cały świat społeczny był światem wioski, w której mieszkali.

Przyjaciele internetowi

Jedną z najczęściej spotykanych reakcji na wzmiankę o liczbie Dunbara jest: „To nie może być prawda, skoro mam 500... 1000... 2000 przyjaciół na Facebooku”. Rzeczywiście dzięki Facebookowi i jego strategii rekomendowania przyjaciół, którzy są przyjaciółmi przyjaciół... przyjaciół, niektóre osoby zgromadziły ogromne liczby przyjaciół internetowych. Trzeba jednak zapytać, czy są oni naprawdę przyjaciółmi. Kilka lat temu udzieliłem wywiadu znanemu szwedzkiemu dziennikarzowi telewizyjnemu, który chciał poddać tę sprawę weryfikacji w swoim programie. Jak każda medialna osobowość zbudował on wielką bazę fanów na Facebooku i teraz postanowił odwiedzić każdą z tysięcy osób ze swojej listy i się przekonać, czy liczba Dunbara istnieje. Spędził więc parę miesięcy na podróżowaniu po północnej Europie z ekipą filmową i odnajdywaniu wszystkich osób z listy. Jak mi powiedział, pewnego razu bez zaproszenia pojawił się nawet na czyimś weselu. Gdy później zdawał relację w swoim programie, musiał przyznać, że najwyraźniej miałem rację. Przyjęli go ciepło ludzie, którzy należeli do jego osobistego kręgu towarzyskiego. Większość pozostałych przyjęła jego pojawienie się ze zdziwieniem, niektórzy dali mu do zrozumienia, że nie był to dobry pomysł, a paru zatrzasnęło drzwi wobec takiej zuchwałości. Eksperyment ten pokazał, że większości nie należałoby zaliczać do przyjaciół. Cóż, ostrzegałem go podczas wywiadu...

Ilu więc przyjaciół mają naprawdę ludzie na Facebooku?

Pretekstem do jednej z naszych pierwszych wypraw do tego świata była dość przypadkowa współpraca z producentem słodyczy Thomas J. Fudge. Ponieważ firma ta dla celów reklamowych pragnęła się dowiedzieć, co ludzie robią z przyjaciółmi, ja zaś chciałem badać sieci przyjaciół internetowych, nasze zainteresowania okazały się zbieżne. Częścią projektu były dwie ankiety obejmujące prawie 3,5 tysiąca osób z całej Wielkiej Brytanii, którym zadano pytanie, ilu mają przyjaciół na swoich kontach w mediach społecznościowych. Przeciętna liczba przyjaciół wyniosła 169, a w większości odpowiedzi wahała się między 50 a 300, co zgadzało się z naszymi danymi spoza internetu. Wydaje się zatem, że ludzie nie mają wcale więcej przyjaciół w internecie niż w świecie rzeczywistym.

Tom Pollet i Sam Roberts przeprowadzili badania wśród holenderskich studentów, aby się dowiedzieć, jaki wpływ ma korzystanie z mediów społecznościowych na rozmiar sieci społecznej. Przeciętna liczba przyjaciół – internetowych lub rzeczywistych – wyniosła 180. Nie było zaskoczeniem, że studenci spędzający więcej czasu w mediach społecznościowych mieli szerszy krąg przyjaciół internetowych: kiedy spędzasz wiele czasu w internecie, w sposób nieunikniony kontaktujesz się z większą liczbą osób. Ilość czasu spędzonego w internecie nie miała jednak związku z rozmiarem sieci społecznej w świecie spotkań twarzą w twarz – ani z poziomem emocjonalnej bliskości względem przyjaciół spoza internetu i rodziny. Wydaje się – w każdym razie na podstawie tego badania – że aktywność w mediach społecznościowych niekoniecznie prowadzi do większej liczby przyjaciół.

Jeszcze bardziej rozbudowaną – oraz imponującą – analizę przeprowadził Stephen Wolfram, informatyk i biznesmen, którego zainteresowało to, w jaki sposób ludzie wykorzystują internet. Zebrał on informacje na temat liczby przyjaciół na milionie profili na Facebooku i na swoim blogu opublikował wykres dystrybucji. Wykres ten pozwolił na dokonanie dwóch ważnych obserwacji: po pierwsze, przytłaczająca większość osób miała od 150 do 250 przyjaciół, oraz po drugie, po prawej stronie występuje ogon z bardzo małą liczbą osób mających wielką liczbę przyjaciół. Podobnie jak w naszym badaniu zleconym przez producenta słodyczy, bardzo mały odsetek ludzi miał ponad 400 przyjaciół, a już zupełnie znikomy miał ponad 1000 przyjaciół. Niemniej wobec ogromnej liczby użytkowników Facebooka nawet niezmiernie mała część ogromnej liczby wystarcza do tego, by prawie każdy z nas znał kogoś mającego ponad tysiąc przyjaciół.

Równocześnie dwie niezależne grupy fizyków, zainspirowane doniesieniami na temat liczby Dunbara, postanowiły przyjrzeć się komunikacji w internecie. Jan Haerter i jego współpracownicy z Uniwersytetu w Kopenhadze zbadali 23 miliony e-maili wysłanych przez 5,6 tysiąca członków kadry i 30 tysięcy studentów Uniwersytetu w Oslo w okresie trzech miesięcy, zarówno do siebie nawzajem, jak i do około 10 milionów osób spoza uniwersytetu. Badacze przyjrzeli się regularnościom, z jakimi kontakty były nawiązywane oraz tracone z upływem czasu, a także temu, czy na wiadomości wysyłane były odpowiedzi (co oznaczało, że występowała prawdziwa relacja) – i ostatecznie doszli do wniosku, że liczba kontaktów stabilizuje się między 150 a 250 osobami.

Druga grupa, Bruno Gonçalves i Alessandro Vespignani[2], postanowiła przyjrzeć się konwersacjom na Twitterze (to znaczy między członkami wspólnoty obserwujących konta na serwisie Twitter). Zbadała ona 380 milionów tweetów w sześciomiesięcznym okresie, spośród których wyselekcjonowała około 25 milionów konwersacji do dokładniejszej analizy. Zamiast brać pod uwagę jedynie absolutne liczby kontaktów każdego użytkownika, badacze uwzględnili siłę relacji (wyrażoną przez liczbę wymienionych tweetów). Pozwoliło to na odrzucenie przygodnych konwersacji z jedną lub dwiema odpowiedziami i skupienie się na najważniejszych relacjach każdego użytkownika. Badacze doszli do wniosku, że liczba kontaktów każdego użytkownika, przy uwzględnieniu siły relacji, waha się w przedziale od 100 do 200.