Przewodnik po Polsce z filozofią w tle. Tom IV: Małopolska - Grzegorz Senderecki - ebook + książka

Przewodnik po Polsce z filozofią w tle. Tom IV: Małopolska ebook

Grzegorz Senderecki

0,0
50,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Opowieść o świecie wielkich idei, twardych ludzi i surowych gór

W tym przewodniku nic nie jest typowe. Nawet Kraków, jedno z najlepiej znanych polskich miast, odsłania nowe, zaskakujące oblicze.

Małopolska to region niezwykle bogaty w historię i wyjątkowe postaci, a filozoficzna perspektywa pozwala spojrzeć na jego przeszłość i teraźniejszość z mniej oczywistej strony.

Zakopane, Szczawnica, Krynica, Muszyna, Nowy Sącz, Tarnów, Wadowice, Częstochowa i inne miejsca Małopolski stają się w tej publikacji barwną sceną dla wybitnych literatów i filozofów.

Jak zmieniał się świat, gdy powstawały największe dzieła?

Wittgenstein, Miłosz, Lem, Witkacy, Ingarden – niech ich losy i twórczość staną się punktem wyjścia do fascynującej wyprawy innej niż wszystkie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 476

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Grzegorz Senderecki

Przewodnik po Polsce z filozofią w tle

Tom IV: Małopolska

Rozdział I

Kraków

1

Na podstawie średniowiecznej legendy zwanej Żywotem św. Metodego historycy utrzymują, że w IX wieku władał Krakowem pogański książę, który został pokonany przez państwo wielkomorawskie i pod przymusem ochrzczony. W połowie X wieku Kraków wchodził w skład państwa czeskiego. Wtedy najprawdopodobniej powstały tu najstarsze chrześcijańskie budowle sakralne, których fragmenty odnaleziono na Wawelu, na rynku pod Kościołem św. Wojciecha oraz na Zwierzyńcu pod Kościołem Najświętszego Salwatora. Pod koniec X wieku Kraków stał się częścią państwa Mieszka I. W roku 1000 utworzono tu biskupstwo podległe arcybiskupowi gnieźnieńskiemu. W wyniku spustoszenia Wielkopolski w roku 1038 przez wojska króla czeskiego Brzetysława centrum polityczne państwa polskiego przeniosło się do Małopolski. Gdy w roku 1040 książę Kazimierz Odnowiciel wrócił z Niemiec, postanowił osiąść w Krakowie, gdyż małopolskie grody nie zostały zniszczone podczas najazdu. Cztery lata później książę ufundował klasztor i ściągnął do podkrakowskiego Tyńca benedyktynów, którzy mieli stanowić intelektualną i duchową siłę odnowy jego księstwa. Budowlą z tamtych czasów, która zachowała się w pełnej okazałości, jest romański Kościół św. Andrzeja przy ulicy Grodzkiej. Do połowy XIII wieku stał on na środku grodu i był jego największą świątynią.

Kościół św. Andrzeja

W roku 1257 książę Bolesław Wstydliwy lokował Kraków na prawie magdeburskim, co spowodowało ekspansję terytorialną miasta w kierunku północnym. Do nowo lokowanego ośrodka zaczęli ściągać mieszczanie z Niemiec. Kraków rozwijał się tak dynamicznie, że król Kazimierz Wielki utworzył wokół Starego Miasta dwa nowe organizmy miejskie – w roku 1335 Kazimierz oraz w roku 1366 Kleparz. Kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju miasta miało jednak ufundowanie przez króla w roku 1364 Akademii Krakowskiej.

Uniwersytety europejskie dzieliły się wówczas na kolegia. W Krakowie jako pierwsze powstały Kolegium Królewskie oraz Kolegium Prawnicze, czyli Collegium Iuridicum, którego pierwsza siedziba zachowała się do dzisiaj przy ulicy Grodzkiej 53. Kolegium Królewskie mieściło się przy obecnej ulicy Jagiellońskiej 15. Dysponowało największym budynkiem, dlatego zaczęto nazywać je Collegium Maius. Uczelnia miała zagwarantowaną autonomię prawną, wskutek czego mieściły się tutaj nie tylko sale wykładowe, mieszkania dla rektora i dziekanów, biblioteka, archiwum i skarbiec, lecz również karcer.

Dwa skrzyżowane berła po raz pierwszy pojawiły się na pieczęci uniwersytetu pod koniec XV wieku. W następnym stuleciu król zezwolił na umieszczenie nad berłami korony jako symbolu fundacji królewskiej, nawiązując w ten sposób do aktu odnowienia uczelni w roku 1400, kiedy to Władysław Jagiełło przeznaczył duże środki finansowe na jej ożywienie.

Collegium Maius

Herby na dziedzińcu Collegium Maius

W XVIII wieku Kraków podupadł. Liczba jego mieszkańców spadła do zaledwie dziesięciu tysięcy – niższej o połowę w porównaniu do końca Średniowiecza. Sytuacja zmieniła się po utworzeniu Rzeczypospolitej Krakowskiej. Na początku 1815 roku Kraków stał się przedmiotem politycznego sporu między Rosjanami i Austriakami. Konflikt ucichł wskutek ucieczki Napoleona z Elby, gdyż obie strony w przestrachu zgodziły się na kompromisowe rozwiązanie polegające na utworzeniu republiki miejskiej, choć zależnej od trzech stałych rezydentów reprezentujących każdego z zaborców. Rzeczpospolita miała własną konstytucję opracowaną na zlecenie cara Aleksandra I przez Adama Jerzego Czartoryskiego. Władzę wykonawczą sprawował trzynastoosobowy senat wybierany przez uniwersytet, kapitułę biskupią i lokalny sejm. Rzeczpospolita działała sprawnie, liczba jej urzędników była niewielka. Jeden z Krakowian tak wspominał:

Bieg interesów był szybki i można go było z łatwością i bez podarków przyspieszyć. Toż samo i urzędnicy niższych stopni, nawet i senatorowie byli przystępni i szacunkiem obywateli nawzajem dla siebie jednający[1].

Do miasta znowu zaczęli napływać Niemcy, ale także Austriacy, Czesi, Francuzi. Nie była to akcja zorganizowana odgórnie. Miasto przyciągało przybyszów swoim potencjałem i brakiem biurokracji. Cudzoziemcy szybko się polonizowali, w domu posługiwali się językiem polskim zazwyczaj już w drugim pokoleniu. Hölzel zamieniał się w Helcla, Oesterreicher w Estreichera. Protoplasta słynnego krakowskiego rodu Estreicherów nazywał się Joseph Oesterreicher. Był medykiem, a zarazem właścicielem browaru w Igławie na Morawach. Jego ród katolickich patrycjuszy pochodził prawdopodobnie z Niemiec i osiadł na Morawach kilka wieków wcześniej.

Syn Josepha, Dominik, w roku 1781 został zaproszony do Krakowa przez Hugona Kołłątaja, aby objął stanowisko profesora rysunku w Szkole Głównej Koronnej (jak nazywano wtedy Uniwersytet Jagielloński, który oficjalnie zyskał obecną nazwę dopiero w roku 1818). Kołłątaj, mając zaledwie 32 lata, popierany przez Komisję Edukacji Narodowej został rektorem uniwersytetu i wespół z Janem Śniadeckim dokonał jego zasadniczej reformy w latach osiemdziesiątych XVIII wieku, otwierając uczelnię na nauki przyrodnicze i medyczne.

Estreicherowie nabyli kamienicę przy Placu Szczepańskim 2, należącą pierwotnie do zakonu jezuitów. Obecnie dominuje obok niej secesyjny gmach Starego Teatru. Nie przypomina już kamienicy, która została zakupiona przez Estreichera w roku 1784 (ta podobna była raczej do obecnej kamienicy przy Placu Szczepańskim 3), gdyż została powiększona do wysokości czterech pięter i przebudowana w roku 1908.

W 1939 praprawnuk Josepha profesor prawa Stanisław Estreicher kończył 70 lat. Gdy na 6 listopada został zaproszony do Collegium Novum na spotkanie na temat przyszłości nauki niemieckiej, poszedł tam w przekonaniu, że zabierze głos w obronie nauki polskiej, choćby miał narazić się tym na nieprzyjemności. „Nie wolno nam dopuścić do głosu młodych! – wyjaśnił. – Poświęcić musimy się my, starzy”[2]. Nikt nie przewidywał, że do żadnej dyskusji nie dojdzie, a zebrani w sali im. Szujskiego profesorowie zostaną najpierw aresztowani, a później rozwiezieni do obozów. Estreicher znalazł się w obozie koncentracyjnym w Oranienburgu, gdzie pozbawiony lekarstw miesiąc później zmarł w wyniku choroby nerek.

W Krakowie, inaczej niż w Poznaniu, naziści nie wysiedlali wszystkich Polaków, lecz tylko tych, których mieszkania były im potrzebne dla napływających z Niemiec urzędników. Wysiedlano rodziny profesorskie, jeśli zamieszkiwały lokale należące do uczelni. Taki los spotkał córkę Stanisława Estreichera, Krystynę Grzybowską, i jej rodzinę, mieszkającą w niedawno wzniesionym budynku na Placu Szczepańskim 5.

Nasze mieszkanie przy placu Szczepańskim, w ogóle cały siedmiopiętrowy dom, nakazano opróżnić w ciągu dwóch godzin.

O wolnych mieszkaniach w mieście mowy nie było. Ratowaliśmy z mężem, co się dało. Pomagali nam życzliwi „ulicznicy”, jak wówczas mówiono, krakowski proletariat. Przytaszczyli wóz i przewozili książki i meble, podczas gdy ja w prześcieradle zarzuconym na ramię przenosiłam pościel[3].

Budynek ten powstał w roku 1934 jako dom czynszowy Funduszu Emerytalnego Komunalnej Kasy Oszczędności Powiatu Krakowskiego. Inwestor otrzymał pozwolenie jedynie na pięć pięter, a mimo to wybudował siedem. Była to samowola budowlana, lecz inwestor bronił się, wskazując na radykalną przebudowę stojącej naprzeciwko kamienicy Estreicherów w roku 1908. Dom obłożony jest okładziną z dolomitu i ma ekspresjonistycznie wykończony narożnik z masztem flagowym.

Budynek na Placu Szczepańskim 5

Wypędzona rodzina Grzybowskich przeniosła się do parterowego mieszkania, należącego do jej uwięzionego w obozie ojca, w kamienicy na rogu ulic Sobieskiego i Kremerowskiej.

Już kilka lat wcześniej, po wygraniu w Niemczech wyborów przez Hitlera, Stanisław Estreicher miał jak najgorsze przeczucia. W marcu 1939 roku udał się osobiście do prezydenta Mościckiego poirytowany beztroską, z jaką władze traktowały zagrożenie ze strony Niemiec. Był bardzo krytyczny wobec II Rzeczypospolitej. Za podstawowy błąd uważał stworzenie podstaw ustrojowych państwa przez ludzi, którzy nie myśleli w kategoriach racji stanu, lecz w kategoriach ideologicznych, przez co powstało państwo skrajnie demokratyczne.

Według Estreichera demokracja nie zawsze jest zła – traktowana jako narzędzie równoważenia interesów sprawdza się w społecznościach o wysokim poziomie kulturowym, jak francuskie, jednak przy niskim poziomie kulturowym Polaków, licznych mniejszościach, rozbiciu dzielnicowym i upartyjnieniu demokracja musiała doprowadzić do bezprawia i przeniknięcia życia politycznego walkami o drobne interesy partyjne. Dzieje II Rzeczypospolitej zdominowane zostały konfliktem dwu największych stronnictw – sanacji i endecji, które z upływem lat upodabniały się do siebie, a ich energia skupiała się na walce o stanowiska urzędnicze.

Estreicher uważał, że założyciel państwa powinien myśleć w kategoriach wykraczających poza krótkotrwały interes własnego stronnictwa, koncentrując się na zagwarantowaniu praworządności. Najpoważniejszym elementem gwarantującym praworządność są zaś trwałe instytucje, które powinny być tworzone w oderwaniu od bieżącej polityki, dlatego postulował utworzenie trybunału konstytucyjnego oraz sądów administracyjnych. Konstytucja marcowa z 1921 roku nie przewidywała żadnych tego typu zabezpieczeń, które mogłyby chronić społeczność przed demokracją i bezprawiem:

W konstytucji polskiej i takiego hamulca brak, toteż bez przesady można powiedzieć, że dostatecznej gwarancji praworządności ona nie daje i niesprawiedliwych rządów partyjnych nie wyklucza. W razie gdyby większość parlamentu – quod absit – weszła na drogę ustaw partyjnych, klasowych itp., nie byłoby czynnika w państwie – aż do następnych wyborów – który by naruszone zasady konstytucji mógł wziąć w obronę. A i następne wybory nie dawałyby przecież absolutnej rękojmi![4]

O tym, że słowa Estreichera nie straciły na aktualności, przekonują choćby skutki demokratyzacji krajów arabskich na początku XXI wieku. Największymi zwolennikami demokracji okazali się islamiści.

2

Najpopularniejszym polskim filozofem na przełomie wieków XIX i XX był Marian Zdziechowski. Na wykłady, jakie prowadził na Uniwersytecie Jagiellońskim, przychodzili nie tylko studenci, ale tłumy Krakowian. Co takiego sprawiało, że największa sala wykładowa wypełniała się po brzegi słuchaczami?

Zdziechowski urodził się w roku 1861 na Białorusi. Studiował w Petersburgu i Dorpacie. W roku 1888 pojawił się w Krakowie z zamiarem napisania pracy doktorskiej. Co zaskakujące, z natury był człowiekiem nieśmiałym i nie lubił publicznych wystąpień. Paraliżujący go strach doprowadził do tego, że w trakcie obrony pracy doktorskiej miał problem ze sformułowaniem najprostszych odpowiedzi. Gdyby nie interwencja jednego z profesorów, przewód zakończyłby się katastrofą. Nie obeszło się jednak bez plotek, że pracę napisał mu kto inny.

Rozpoczęcie wykładów przez Zdziechowskiego zbiegło się z oddaniem do użytku neogotyckiego gmachu Collegium Novum. Neogotyk pod koniec XIX wieku stał się orężem ekspansji kultury niemieckiej, dlatego historyk sztuki Karol Estreicher oskarżał później budowniczych o tendencje germanizacyjne. Wskazywał, że sklepienia klatki schodowej zostały skopiowane wprost z zamku krzyżackiego w Malborku. Były to oskarżenia niesłuszne. Z materiałów źródłowych wynika, że twórcy gmachu wybrali neogotyk nie ze względu na powiązania z kulturą niemiecką, lecz jako nawiązanie do piętnastowiecznej świetności Uniwersytetu, zwłaszcza do budynku Collegium Maius. Oba budynki zbudowano z czerwonej cegły, zaś ozdobne detale wykonano w kamieniu. Na fasadzie, obok herbów uniwersyteckich i cesarskich, pojawiły się polskie orły oraz posągi polskich królów.

W miejscu, w którym stoi obecnie Collegium Novum, istniała bursa z XV wieku. Mieszkali w niej profesorowie i studenci. W XIX wieku popadła w ruinę. W roku 1881 władze uczelni podjęły decyzję o jej rozbiórce i wzniesieniu nowego gmachu. Projekt spotkał się z przychylnym przyjęciem austriackich władz, które od czasu wizyty w Krakowie Franciszka Józefa we wrześniu 1880 roku sprzyjały różnym oddolnym inicjatywom. W trakcie wizyty Krakowianie zaoferowali cesarzowi przejęcie Wawelu na cesarską rezydencję.

Collegium Novum otwarto w czerwcu 1887 roku. Sale wykładowe mogły pomieścić jednocześnie półtora tysiąca osób, a największą z nich była sala Mikołaja Kopernika (pod numerem 52), zaplanowana na trzysta osób, jednak wchodziło do niej niekiedy nawet pięciuset słuchaczy. Organizowano tu nie tylko wykłady, ale również spotkania literackie, na które schodzili się mieszkańcy Krakowa. Początkowo sala miała charakter amfiteatralny. Podium dla wykładowcy znajdowało się naprzeciwko okien. Zwano ją kopernikańską, ponieważ zawieszono w niej obraz Jana Matejki przedstawiający Kopernika. W okresie międzywojennym obraz przeniesiono do auli naprzeciwko z obawy przed uszkodzeniem w trakcie co bardziej burzliwych spotkań albo wykładów. W latach trzydziestych XX wieku poziom politycznego wrzenia podniósł się na tyle, że zakazano wchodzenia do sali nawet z laską albo parasolką.

W październiku 1931 roku przed gmachem Collegium Novum doszło do obrzucenia kamieniami studentów żydowskich. Ranny został wtedy Ksawery Pruszyński, występujący w obronie Żydów. Studenci dzielili się politycznie na narodowców, piłsudczyków i komunistów, ale wszyscy byli równie zrewolucjonizowani. W listopadzie 1934 roku narodowcy wdarli się na wykład Stanisława Estreichera, skandując: „Precz z Estreicherem”.

Collegium Novum

Pod koniec XIX wieku wewnątrz Kościoła katolickiego pojawił się nurt intelektualny zwany modernizmem, będący filozoficzną reakcją na gwałtowny rozwój nauk przyrodniczych, jaki nastąpił w drugiej połowie tamtego stulecia. Nauki przyrodnicze zdawały się wyjaśniać niemal wszystko. W przyrodniczej wizji świata Bóg stał się zbędny. Moderniści katoliccy w ślad za Kantem uważali, że naukowo możemy poznać jedynie zjawiska wewnątrz świata. Nie da się badać naukowo kwestii istnienia albo atrybutów Boga, gdyż są to zagadnienia wykraczające poza granice tego świata. Chociaż nie możemy doświadczyć Boga w świecie, możemy za pomocą uczuć doświadczyć Boga wewnątrz własnego umysłu. Wskutek tego dogmaty Kościoła należy traktować nie tyle jako opis rzeczywistości, ale raczej jako wskazania duchowe bądź moralne.

Dla przykładu dogmat, że Bóg występuje w trzech osobach, należało zdaniem modernistów traktować jako wskazanie, iż należy żyć tak, jakby Bóg istniał w trzech osobach. O prawdziwości dogmatu decydowała nie rzeczywistość, lecz praktyczne jego skutki. Jeśli dany dogmat czynił życie ludzkie lepszym, należało go wyznawać. Jeśli nie, zasługiwał na porzucenie. Poznajemy Boga, żyjąc zbożnie, nie zaś przez zgłębianie fundamentalnych zagadek bytu. Jeden z głównych modernistów George Tyrrell pisał:

Czym są dla nas dogmaty? Symbolami bez wątpienia niezbędnymi, ale nieadekwatnymi, przejściowymi, jedynym środkiem zbliżającym nas do Boga i Boga do nas. Prawda jest po prostu i tylko praktyczna[5].

Modernizm katolicki był zjawiskiem, które wystąpiło głównie w zachodniej Europie. Zdziechowski starał się przenieść idee modernizmu do Polski, choć sam modernistą raczej nie był, gdyż wielu przekonań typowych dla zachodnich modernistów nie podzielał. Wykształcone warstwy społeczeństwa polskiego były zainteresowane najnowszymi prądami intelektualnymi, zwłaszcza gdy te dotyczyły Kościoła, dlatego chętnie przyswajały ich treści. Wspólnym przekonaniem Zdziechowskiego i jego zachodnich kolegów było odrzucenie racjonalnej apologetyki, która starała się udowodnić istnienie Boga przez odwołanie się do zjawisk przyrody. O tych, którzy próbują konstruować takie dowody, Zdziechowski pisał z ironią:

Szczęśliwi są; nakreślają drogi ziemskie i drogi do nieba ze spokojem, z jakim inżynier wytyka linię, po której pójdzie kolej żelazna. Nie ma w nich polotu, nie ma poezji wiary, ale jest niezachwiana pewność, a pewność taka potęguje energię do czynu. Tylko, niestety, mówią oni językiem i operują pojęciami obcymi dzisiejszemu światu[6].

Chociaż moderniści byli początkowo tolerowani przez papieży, spotkali się w końcu z ostrą reprymendą Piusa X, który w roku 1907 w encyklice Pascendi Dominici gregis stwierdził, iż moderniści pozbawiają wiarę jakiejkolwiek trwałości, gdyż może zostać ona porzucona wyłącznie wskutek zmiany uczuć: „otóż ten głos powszechny sumienia poucza nas, że wzruszenie oraz wszystko to, co zniewala duszę, nie pomaga lecz utrudnia badanie prawdy”[7].

Reprezentowałem kiedyś pewną panią w postępowaniu sądowym, które ciągnęło się przez kilka lat. Pani zachowywała się w sądzie dosyć nerwowo, ale któregoś razu zauważyłem, że zyskała niespodziewanie spokój i rozwagę. Wyjaśniła mi, że poszła do wróżki, a wróżka przepowiedziała jej, że sprawę wygramy. Tym sposobem irracjonalne zachowanie, jakim było udanie się do wróżki, sprawiło, że pani zaczęła działać w sądzie w sposób bardziej racjonalny. Pius X, odrzucając idee modernistów, kierował się takim samym rozumowaniem – wiele korzyści życiowych może nam dostarczyć opanowanie naszych umysłów przez chimery, ale to nie oznacza, że chimery te stają się prawdą. Uzależnianie wiary od doraźnych korzyści nie prowadzi wcale do poznania prawdy, nie gwarantuje też wierze trwałości.

O tym, że wiara przynosi różne praktyczne korzyści, pisali wcześniejsi filozofowie, jak Blaise Pascal: „Będziesz wierny, uczciwy, pokorny, wdzięczny, dobroczynny, przyjacielski, szczery, prawdomówny. To prawda, nie będziesz opływał w zatrute uciechy, chwałę, rozkosze; ale czyż nie będziesz miał innych? Powiadam ci, zyskasz jeszcze w tym życiu”[8]. W odróżnieniu od Pascala owe praktyczne korzyści stały się dla modernistów jedynym uzasadnieniem wiary religijnej, a tego papież nie mógł zaakceptować. Gdyby Pius X poprzestał tylko na tym, jego stanowisko mogłoby uchodzić za uzasadnione nawet dzisiaj, lecz papież poszedł krok dalej i upatrując przyczyny zła w naukach przyrodniczych, wydał jednocześnie zakaz ich nauczania na wszystkich uczelniach katolickich. Była to strategia chowania głowy w piasek.

Urząd pasania i owczarni Pańskiej, zlecony Nam przez Boga, mieści w sobie przede wszystkim ten obowiązek, wskazany przez samego Chrystusa, abyśmy jak najczujniej strzegli przekazanego Kościołowi depozytu wiary, odrzucając „niezbożne nowości słów” oraz zarzuty rzekomej nauki[9].

Niestety, Zdziechowski okazał się krnąbrnym baranem i po potępieniu modernistów przez „urząd pasania” wyraził publicznie swoje rozczarowanie treścią encykliki.

Poglądem, który wyróżniał Zdziechowskiego w stosunku do modernistów zachodnich, a zarazem zbliżał do rosyjskich mistyków początku XX wieku, była pochwała pesymizmu. Średniowieczni filozofowie, pragnąc wywyższyć Boga, umniejszali moc zła, traktując je jedynie jako brak dobra albo czynnik niezbędny dla zapewnienia różnorodności w świecie. Pojawiające się wewnątrz chrześcijaństwa nurty, które podkreślały siłę zła, były traktowane jako herezje i zniknęły wytępione. Katarzy albo albigensi widzieli świat jako arenę dwu równoważnych rywalizujących ze sobą sił – dobra i zła. Zło nie było dla nich jedynie brakiem dobra, lecz istotnym, koniecznym, a być może nawet nieusuwalnym elementem świata. W chrześcijaństwie zwyciężył jednak optymizm – przekonanie, że życie i wszystkie nasze sprawy zmierzają ku dobremu. Taka postawa zdaniem Zdziechowskiego uczyniła chrześcijaństwo ślepym na rzeczywiste problemy życia. To nie optymizm, lecz pesymizm powinien być punktem wyjścia, ten zaś w naturalny sposób zbliża chrześcijaństwo do Schopenhauera, którego pesymizm nie ma od siebie głębszych.

W roku 1914 Zdziechowski pisał:

Otóż w przeciwieństwie do zwykłego nastroju współczesnego człowieka, który, nawet krocząc za trumną ukochanej osoby, ma myśl fatałaszkami życia, nie zaś majestatem śmierci zajętą, odczuł Schopenhauer całą siłą duszy powagę śmierci ciążącej nad życiem i przeistaczającej je w powolne konanie[10].

Optymizm ma jeszcze jedną poważną wadę, gdyż prowadzi do wniosku, iż znajdujemy się o krok od zaprowadzenia powszechnej doskonałości. Wystarczy usunąć jakiegoś jednego niedowiarka albo złoczyńcę, a zapanują na ziemi szczęście i sprawiedliwość. Ponieważ usunięcie jednego niedowiarka albo złoczyńcy okazuje się nie zmieniać sytuacji, trzeba usunąć drugiego, trzeciego, dziesiątego. Optymizm jest ufundowany na fałszu, dlatego prowadzi do okrucieństwa. Ceną, jaką świat musiał zapłacić za zniszczenie przez Kościół katarów i innych wyrosłych na gruncie chrześcijaństwa ruchów pesymistycznych, było pojawienie się socjalistów. Socjaliści wyrośli wszak na glebie chrześcijańskiego optymizmu głoszącego, że świat jest dobry i zmierza ku coraz większemu dobru. Jeśli chrześcijanie chcą rozprawić się z socjalistami, powinni w pierwszej kolejności porzucić swój cokolwiek naiwny optymizm.

Portret Mariana Zdziechowskiego na pierwszym piętrze Collegium Novum

Przebywając w Krakowie, Marian Zdziechowski mieszkał w kamienicy przy ulicy św. Gertrudy 7. W roku 1919 przeprowadził się na stałe do Wilna. Jednym ze słuchaczy jego wykładów na Uniwersytecie Wileńskim był młody Czesław Miłosz. Gdy w roku 1926 po zamachu majowym Piłsudski poszukiwał kandydata na urząd prezydenta, jedną z osób, o której myślał, był właśnie Zdziechowski. Wydawał się kandydatem neutralnym politycznie, gdyż nie należał nigdy do Polskiej Partii Socjalistycznej. „Nie było dowodów, że do jakiejś organizacji bandyckiej należałem. Natomiast miałem na sumieniu grzech nie mniej ciężki i obrzydliwy, do którego cynicznie się przyznawałem: byłem monarchistą i, co gorzej, z sympatiami dla dynastii Habsburgów”[11]. To pogrzebało jego szanse na urząd prezydenta. Można przypuszczać, że gdyby nawet nim został, współpraca z Piłsudskim układałaby się burzliwie, gdyż w przeciwieństwie do Mościckiego Zdziechowski miał zazwyczaj samodzielne zdanie, a rządy sanacji oceniał krytycznie, oskarżając ją o stosowanie bolszewickich metod.

Z biegiem lat pesymizm Zdziechowskiego się pogłębiał. Nie cierpiał gazet, które obwiniał za pustoszenie umysłów. Powoływał się przy tym na Spenglera, zdaniem którego „żaden poskramiacz zwierząt nie posiada takiej władzy nad menażerią swoją jak gazeta nad tymi, co ją pilnie czytają”[12]. Gdy człowiek nie wie, co ma myśleć o jakimś aktualnym wydarzeniu, wystarczy, że kupi sobie gazetę, a tam zostanie poinstruowany. Ludziom wolnym pozostaje tylko królestwo książek, które nie jest z tego świata – „bezcelowe i wzniosłe, jak pochód gwiazd na niebie…”[13].

Uważał, że coraz większym zagrożeniem dla świata jest demokracja. Jak Platon, według którego demokracja nieuchronnie prowadzi do tyranii, tak Zdziechowski uznał, że demokracja nieuchronnie prowadzi do socjalizmu, zaś socjalizm do bolszewizmu, który jest końcem cywilizowanego świata. Demokracja opiera się na równości głosu, dlatego tylko krok dzieli ją od uznania równości intelektualnej albo równości majątkowej. W roku 1936 pisał:

Ale czy można powiedzieć, że zwyciężyła demokracja? Nie, bo jej tryumf jest z natury swej krótkotrwały, jest tylko etapem na drodze do tyranii. Bo czym jest demokracja? Jest panowaniem liczby, ale nie nad przywilejem tylko, lecz nad wiedzą i rozumem, więc panowaniem materii nad duchem, supremacją karierowiczów-demagogów, wiodących za sobą spodlone agitacją i roznamiętnione masy. To mówiąc, nie głoszę nic nowego, powtarzam wniosek, do którego niezmiennie dochodzili wszyscy myśliciele z duszą i sercem, którzy nad przedmiotem tym się zastanawiali[14].

Cytował Gustawa Flauberta, zdaniem którego zasada powszechnych wyborów jest hańbą ludzkiego ducha. Z biegiem lat pogrążał się w coraz większej melancholii. Pisał o wzgardzeniu światem, o buncie wobec Natury, o ascetach i świętych, którzy zrozumieli, że duch ludzki nie pochodzi z samej tylko przyrody. Pisał o Cerkwi, która stawiła duchowy opór bolszewizmowi, przez co stała się dla bolszewików największym wrogiem: „zginęło śmiercią męczeńską dwudziestu biskupów i koło ośmiuset kapłanów; niektórych przed śmiercią straszliwie torturowano. Biskup kamieniecki, Ambroży, zmarł na palu; Andronikowi, arcybiskupowi permskiemu, wyłupiono oczy, potem wleczono po ulicy, w końcu posiekano go na kawałki; biskupa tobolskiego, Hermogenesa, topiono całe dwie godziny, to zanurzając go pod lodem, to wyciągając na zewnątrz; czterech kapłanów w powiecie chersońskim ukrzyżowano”[15].

Pisał, że życie jako całość jest wiekuistym więzieniem, z którego być może nie ma ucieczki, gdyż największą grozą przejmuje nas możliwość, że nasz ból i nasza tęsknota nie opuszczą nas także po śmierci. Co, jeśli śmierć przedłuży jedynie o wieczność uczucia, jakie towarzyszą nam przy umieraniu?

Umarł w październiku 1938 roku w Wilnie.

3

Za największe dzieło filozoficzne XX wieku uchodzi Tractatus logico-philosophicus Ludwiga Wittgensteina. Dzieło to w sporej części zostało napisane w Krakowie. Aby wyjaśnić, jak do tego doszło, musimy przenieść się najpierw do Wiednia przełomu wieków.

Ludwig Wittgenstein przyszedł na świat w roku 1889 w jednej z najbogatszych wiedeńskich rodzin żydowskiego pochodzenia. Dla jasności dodajmy, że rodzina Ludwiga nie była spokrewniona z arystokratycznym rodem Seyn-Wittgenstein. Zbieżność nazwisk wynika stąd, że pradziadek Ludwiga pracował na dworze tej austriackiej rodziny i kiedy w roku 1808, na mocy dekretu Napoleona, był zobowiązany wybrać dla siebie nazwisko, przyjął je od rodu, dla którego pracował.

Dziadek Ludwiga wystąpił z gminy żydowskiej. Swoją żydowskość do tego stopnia traktował jako balast, że zabronił dzieciom wchodzić w związki małżeńskie z żydami. Dorobił się majątku na handlu wełną, po czym osiadł w Wiedniu. Ojciec Ludwiga, Karl, zajął się produkcją żelaza i stali, by stać się wkrótce jednym z najbogatszych austriackich przemysłowców. Wiedeński dwór zaproponował mu nawet dodanie przed nazwiskiem przedrostka „von”, ale Karl odmówił, uznając, że byłoby to gestem parweniusza.

Miał ósemkę dzieci, z których najmłodszy był Ludwig. Ochrzcił je wszystkie w Kościele katolickim. W swoim domu gościł regularnie wiedeńskich artystów, takich jak Brahms, Mahler czy Klimt. Dla małego Ludwiga obcowanie z wielkimi artystami było codziennością. Sportretowana przez Klimta w roku 1905 Margaret to siostra Ludwiga, zaś słynny Koncert fortepianowy na lewą rękę został napisany przez Ravela dla brata Ludwiga, Paula, po tym, jak ten, będąc pianistą, stracił na wojnie prawą rękę. To Margaret poleciła Ludwigowi lekturę Schopenhauera.

Przez dziewięć lat Ludwiga dręczyła myśl o popełnieniu samobójstwa. W jego rodzinie samobójstwa były niepokojąco częste. Najstarszy z braci, Hans, chciał zostać kompozytorem, ale jego ojciec uparł się, by pracował w przemyśle, wskutek czego Hans wskoczył do morza i się utopił. Drugi z braci, Kurt, był oficerem i gdy w trakcie I wojny światowej jego żołnierze odmówili wykonania rozkazu, zastrzelił się. Trzeci z braci, Rudolf, zażył cyjanek, gdy odkrył swój homoseksualizm. Pragnienie samobójstwa, jakie żywił Ludwig, miało bardziej skomplikowane powody. W roku 1902 ukazała się w Wiedniu książka Płeć i charakter, która okazała się dla Ludwiga jedną z najważniejszych młodzieńczych lektur. Autor tej pracy Otto Weininger uważał, że w mężczyźnie toczy się walka pomiędzy pierwiastkami męskim i żeńskim. Pierwiastek żeński ujawnia się głównie przez zainteresowanie sprawami seksu:

Pojedynczy mężczyzna nie interesuje się nagością innego mężczyzny, podczas gdy każda kobieta zawsze drugą kobietę w myśli obnaża, dowodząc tym właśnie powszechnego bezwstydu swej płci. Dla mężczyzny jest rzeczą przykrą i żenującą uprzytomniać sobie sprawy seksualne innego mężczyzny; kobieta, gdy tylko z inną kobietą się zaznajomi, zaraz roztrząsa w myśli jej stosunki płciowe, ba, ocenia zawsze drugą tylko wedle jej „stosunku”[16].

Zdaniem Weiningera pierwiastek żeński uniemożliwia abstrakcyjne myślenie, podczas gdy pierwiastek męski objawia się czystym zainteresowaniem całym światem. Mężczyzna, który uwolni się od pierwiastka kobiecego, staje się geniuszem. Jeśli jednak mężczyzna nie potrafi stać się geniuszem, powinien popełnić samobójstwo, co uczynił sam Weininger. Jego poglądy miały ogromny wpływ na całe pokolenie ówczesnych intelektualistów, takich jak Mach, Bergson, Spengler, Joyce czy Broch, ale na żadnego z nich nie wpłynęły chyba tak mocno jak na Wittgensteina. Obsesje młodego Ludwiga skupiły się na pytaniu, czy jest geniuszem, czy raczej powinien popełnić samobójstwo. W świecie Wittgensteina kobiety nie istniały – był homoseksualistą, chociaż jego kontakty seksualne były sporadyczne i związane z poczuciem winy.

Przystań przy Bulwarze Czerwieńskim

Wittgenstein miał ogromne pragnienie sprawdzenia swego męskiego pierwiastka i ta potrzeba była głównym powodem zgłoszenia się do wojska 7 sierpnia 1914 roku. Został przydzielony do Krakowa, dokąd przybył już 9 sierpnia. Miał pełnić służbę na parowcu „Goplana”. Statek ten wybudowano w roku 1895 w Wiedniu pod nazwą „Nixe”. Pięć lat później został zakupiony do obsługi linii pasażerskiej między Warszawą a Sandomierzem, tam też nazwano go „Goplaną”. Na początku wojny Rosjanie zarekwirowali parowiec na potrzeby wojska i przerobili na kanonierkę. Wkrótce potem zdobyli go Austriacy i przeznaczyli do patrolowania Wisły między Krakowem a Sandomierzem. Kanonierka stacjonowała tuż pod Wawelem. Wojskowa przystań mieściła się przy Bulwarze Czerwieńskim, nieopodal Mostu Dębnickiego, po lewobrzeżnej stronie Wisły. W 2014 roku, w setną rocznicę przybycia Wittgensteina, odsłonięto pod Wawelem tablicę upamiętniającą to wydarzenie.

Wittgenstein obsługiwał reflektor zwany szperaczem. Załoga „Goplany” składała się głównie z powołanych pod przymusem słowiańskich chłopów. Wittgenstein nie był w stanie nawiązać z nimi żadnego kontaktu. „Nic nie budzi w nich entuzjazmu, są niewiarygodnie prostaccy, głupi i złośliwi”[17]. Jednocześnie uważał, że ma moralny obowiązek ich zrozumienia.

Pływając na „Goplanie”, Wittgenstein pisał filozoficzne dzienniki, których fragmenty przeniósł później wprost do Traktatu. Rozpoczął je od nieco dziwnego stwierdzenia odnotowanego pod datą 22 sierpnia 1914 roku: „Logika musi się sama o siebie zatroszczyć”[18]. O co tu chodzi?

Od czasu do czasu spotykam psa, zająca, jaszczurkę albo jakieś inne zwierzę. Na najbardziej ogólnym poziomie możemy stwierdzić, że zwierzęta są pewnymi strukturami – zwierzę ma zazwyczaj pysk, serce, trzewia, odnóża etc. Te struktury są dopasowane do świata, umożliwiając zwierzęciu przetrwanie. Dzikiego kangura spotkamy w Australii, lecz nie na biegunie, gdyż struktura będąca kangurem nie jest dopasowana do zimnego świata. Nawet nie znając świata, który zamieszkuje dane zwierzę, mogę odtworzyć warunki, w jakich żyje. Widząc niedźwiedzia polarnego, mogę stwierdzić, że na co dzień żyje on w świecie, w którym jest biało i zimno. Zwierzęta coś mówią o miejscu, w którym żyją, poprzez samą swoją budowę. Co łączy zwierzęta i prawa logiki? Jedne i drugie są strukturami.

A co je różni? Pierwsza różnica polega na tym, że aby spotkać zwierzę, muszę się dokądś przejść albo przejechać, gdyż nie ma ich zazwyczaj obok. Tymczasem prawa logiki są mi dostępne zawsze i wszędzie. Wystarczy, że o nich pomyślę. Druga różnica polega na tym, że zwierzęta są dopasowane do pewnego rodzaju środowiska w świecie, podczas gdy prawa logiki są dopasowane do całego świata. To dopasowanie jest tak dokładne, że nie jest jasne, czy to prawa logiki dopasowały się do świata, czy raczej świat dopasował się do nich. To był punkt wyjścia dla Wittgensteina: nasze umysły mają do czynienia z prawami logiki. Mamy z nimi do czynienia bezustannie, ponieważ myślenie opiera się na logice. Ale to nie my wymyślamy prawa logiki, podobnie jak nie wymyślamy zwierząt. One funkcjonują niezależnie od nas. Prawa logiki same o siebie zadbają, jak zwierzęta, które również same o siebie zadbają. Taką mają strukturę. Zwierzęta żyją w świecie, ale gdzie umiejscowić prawa logiki? W świecie czy poza światem? Wittgenstein uznał, że poza nim. Teza 6.13: „Logika nie jest teorią, lecz lustrzanym odbiciem świata. Logika jest transcendentalna”[19].

Wielkie dzieła filozoficzne nie powstają w próżni, lecz stanowią zazwyczaj odpowiedź na pojawienie się jakiegoś nowego problemu albo nowej sytuacji politycznej. Tak też było z Traktatem. Elementarne zasady logiki zostały opracowane w Starożytności przez Arystotelesa oraz stoików. Przez przeszło dwa tysiące lat panowało przekonanie, że wszystko, co można powiedzieć na temat logiki, zostało już powiedziane. Biorąc do tego pod uwagę, że traktowano ją jedynie jako narzędzie służące do badania poprawności wyciąganych wniosków, zainteresowanie nią było niewielkie.

Sytuacja zmieniła się radykalnie dopiero na przełomie wieków XIX i XX za sprawą kilku matematyków i filozofów, takich jak Boole, Cantor, Frege czy Russell. Okazało się, że z najzupełniej prostych formuł można wytworzyć nieskończony wszechświat o niewyobrażalnym stopniu skomplikowania. Logika i matematyka powstają właściwie z niczego. Autorzy Principia Mathematica – Bertrand Russell i Alfred Whitehead – wyszli od zbioru pustego. Ten zbiór pusty posłużył im do zdefiniowania liczby 1. Liczba 1 posłużyła do zdefiniowania liczby 2 etc. Krok po kroku powstaje nieskończone uniwersum obiektów, które swoją złożonością przekracza znany nam wszechświat fizyczny. Średniowieczni scholastycy definiowali Boga jako przyczynę samego siebie. W pewnym sensie logika posiada cechy boskie, gdyż jest przyczyną samej siebie.

Pod datą 1 sierpnia 1916 roku Wittgenstein zanotował w dzienniku:

To, jak mają się wszystkie rzeczy, jest Bogiem.

Bóg jest tym, jak mają się wszystkie rzeczy[20].

Wspomniany Bernard Russell polecił Wittgensteinowi udanie się na ulicę Szczepańską 11, gdzie mieszkał Michał Dziewicki – lektor języka angielskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim, a jednocześnie tłumacz polskiej literatury na angielski. Miał już przeszło 60 lat, ale wciąż żywo interesował się nowościami filozoficznymi. Przeczytał trzytomowe Principia Mathematica. Wittgenstein skorzystał z zaproszenia i w czasie wolnym od służby wojskowej odwiedzał Dziewickiego. Ten napisał o nim później w liście do Russella jako o „najbardziej genialnym młodym człowieku, jakiego mogłem z satysfakcją spotkać”[21].

Dom przy ulicy Szczepańskiej 11, zwany kamienicą Szołayskich, swój obecny kształt zyskał w pierwszej połowie XIX wieku, po tym, jak w roku 1804 zrujnowaną wówczas kamienicę zakupił od zakonu kanoników ród Marciszewskich. W roku 1902 kamienica przeszła na własność Szołayskich, którzy darowali ją na potrzeby Muzeum Narodowego. Obecnie znajduje się tu kolekcja sztuki Dalekiego Wschodu zebrana przez Feliksa Jasińskiego oraz Muzeum Stanisława Wyspiańskiego.

Dom przy ulicy Szczepańskiej 11

Teza 1.13 Traktatu brzmi: „Światem są fakty w przestrzeni logicznej”[22]. Możemy wyobrazić sobie przestrzeń logiczną jako nieskończony ocean możliwości dopuszczanych przez prawa logiki, na którym istnieje jedna maleńka wysepka albo punkt oznaczające możliwości zrealizowane. Wysepkę tę tworzą fakty. Logika wyprzedza fakty, ponieważ świat jawi się nam zawsze jako logiczny. Trawa nie musi być zielona, ale nie może jednocześnie być i nie być zielona, gdyż takiego nielogicznego świata nie potrafimy sobie wyobrazić. Doświadczając świata, doświadczamy jednocześnie logiki, która jest porządkiem.

Pod datą 1 czerwca 1915 roku Wittgenstein zapisał w swym dzienniku pytanie:

Wielki problem, wokół którego obraca się wszystko, co piszę, jest następujący: czy w świecie istnieje a priori jakiś porządek, a jeśli tak, to na czym on polega?[23]

Chcąc powiedzieć cokolwiek o świecie, używamy języka, który zawiera w sobie logikę. Język funkcjonuje jednocześnie w obu światach, ponieważ ma pewną formę logiczną, a zarazem jest obrazem świata fizycznego. Traktat miał odpowiedzieć na pytanie, jakie relacje łączą logikę, język i świat.

W grudniu 1914 roku Wittgenstein został przeniesiony do pracy w warsztatach. Najprawdopodobniej były to warsztaty artyleryjskie znajdujące się nieopodal głównego dworca kolejowego przy ulicy Lubicz 16. W miejscu tym mieściła się wcześniej strzelnica zwana Celestatem, wybudowana w połowie XIX wieku, która miała służyć potrzebom Bractwa Kurkowego. Bractwo to, którego tradycje sięgają jeszcze XIII wieku, było zrzeszeniem krakowskich mieszczan powołanym do ewentualnej obrony miasta. Strzelnica została wzniesiona w stylu angielskiego neogotyku.

Dawna strzelnica przy ulicy Lubicz 16

Zadanie Wittgensteina polegało na inwentaryzacji sprzętu wojskowego, ale wkrótce powierzono mu również zarządzanie robotnikami w warsztacie. Zarządzanie ludźmi było czynnością, do której filozof się nie nadawał, dlatego zaczął pisać do dowództwa listy, w których prosił o przeniesienie go na pierwszą linię frontu. Chciał doświadczyć grozy śmierci, gdyż uważał, iż strach przed śmiercią jest oznaką złego życia.

Może bliskość śmierci obdarzy mnie światłem życia. Niech Bóg mnie oświeci. Jestem robakiem, lecz dzięki Bogu stanę się człowiekiem. Niech Bóg będzie ze mną. Amen[24].

Dowództwo przez pół roku ignorowało jego prośby, uznając, że jest bardziej przydatny w warsztatach, ale po tym, jak latem 1915 roku wojska austriackie odbiły z rąk Rosjan Przemyśl i Lwów, został przeniesiony do Sokala, nieopodal Lwowa. Na froncie wschodnim zapanował jednak spokój. Marzenie Wittgensteina o walce frontowej spełniło się dopiero rok później, gdy w czerwcu 1916 roku rozpoczęła się największa ofensywa rosyjska w trakcie Wielkiej Wojny zwana ofensywą Brusiłowa. Na ten okres przypada przesunięcie zainteresowań filozofa na kwestie metafizyczne i etyczne. Z ochotą wystawiał się na sytuacje bezpośrednio zagrażające jego życiu. Wytrwał na ostrzeliwanym posterunku, pomimo iż zezwolono mu wcześniej na jego opuszczenie. Przeżył oświecenie, a jego życie zyskało sens.

Według Wittgensteina ten żyje dobrze, kto jest szczęśliwy. Ten zaś jest szczęśliwy, kto żyje bez lęku, ale i bez nadziei. Przesłanie to różni się od przesłania chrześcijańskiego, według którego nadzieja na życie wieczne jest jedną z cnót. Dla Wittgensteina człowiek, który żyje nadzieją, nie żyje dobrze, ponieważ nie jest szczęśliwy. Lęk i nadzieja są skierowane na przyszłość, a tylko ten jest szczęśliwy, kto żyje wyłącznie w teraźniejszości. Chodzi o to, by zatopić swą myśl w wiecznej strukturze świata. Kluczem jest poznanie, ponieważ poznanie – aby miało wartość – zmusza nas do oderwania się od naszych pospolitych interesów i pragnień.

Być może pragnienie picia alkoholu albo zażywania narkotyków ma tę właśnie przyczynę, że środki te zawężają pole naszej percepcji niemal do samej teraźniejszości. Z każdym kolejnym kieliszkiem przeszłość i przyszłość tracą na znaczeniu. Alkohol i narkotyki sztucznie wywołują moment szczęścia polegający na roztopieniu się w teraźniejszości. Kto żyje wyłącznie w teraźniejszości, jest szczęśliwy, a kto jest szczęśliwy, żyje dobrze. Absolutne roztopienie się w teraźniejszości było dla Wittgensteina świeckim odpowiednikiem zbawienia.

Pod datą 6 lipca 1916 roku zanotował w swoim dzienniku:

I w tym sensie Dostojewski ma rację, kiedy powiada, że ten, kto jest szczęśliwy, wypełnia cel istnienia[25].

W tym samym czasie co Wittgenstein do Krakowa trafił młody austriacki poeta Georg Trakl, z wykształcenia farmaceuta. Pochodził z Salzburga, był czwartym z sześciorga dzieci majętnego handlarza żelazem. W sierpniu 1914 roku został zmobilizowany w stopniu porucznika. Jako sanitariusz wziął udział w bitwie pod Gródkiem Jagiellońskim, nieopodal Lwowa. W trakcie bitwy przyszło mu opatrzyć dziewięćdziesięciu ciężko rannych żołnierzy, lecz bez odpowiedniego sprzętu i lekarstw, w pobieżnie zaimprowizowanym lazarecie w stodole. Ciemność nocy, samotność i bezradność wobec ogromu cierpienia wywołała w Traklu wstrząs, z którym nie potrafił sobie poradzić.

Po bitwie został przywieziony do szpitala wojskowego w Krakowie przy obecnej ulicy Wrocławskiej 1, gdzie miał służyć jako aptekarz polowy. Przełożeni uznali jednak, że stan jego umysłu jest niepokojący, i skierowali go na obserwację na oddziale psychiatrycznym. Napisał wówczas wiersz Gródek:

Wieczorem dzwonią jesienne lasy

orężem śmierci, złote doliny

i modre jeziora, w górze toczy się słońce

ponuro, noc obejmuje

gasnących wojowników, dziką skargę

ich ust złamanych.

Ale cicho zbierają się na dnie pastwiska

czerwone chmury, w których mieszka gniewny Bóg,

przelana krew, chłód księżycowy.

Pod złotymi gałęziami nocy i gwiazd

chwieje się cień sióstr przez milczący gaj,

by pozdrowić duchy bohaterów, krwawiące głowy.

I cicho grają w trzcinie ciemne flety jesieni.

O smutku dumniejszy, spiżowe ołtarze.

Bezbrzeżny ból dziś karmi gorący płomień ducha,

nienarodzone wnuki[26].

Szpital przy ulicy Wrocławskiej 1

Tablica na murze szpitala

Trakl napisał do Wittgensteina list, w którym prosił go o spotkanie, ponieważ nie ma w Krakowie nikogo znajomego. Wittgenstein był zachwycony. Płynąc na kanonierce, zapisał:

Jakże byłbym szczęśliwy, mogąc go poznać! Mam nadzieję, że spotkam się z nim po przyjeździe do Krakowa! Byłoby to dla mnie wielkie wsparcie[27].

„Goplana” zawinęła do Krakowa wieczorem 5 listopada 1914 roku. Filozof zapisał: „Jest już za późno, by dziś odwiedzić Trakla”[28]. Słowa te okazały się tragicznie dwuznaczne, gdy rankiem poszedł do szpitala i dowiedział się, że trzy dni wcześniej poeta popełnił samobójstwo, zażywając zabójczą dawkę kokainy.

Nie jest to do końca jasne, czy Trakl zamierzał popełnić samobójstwo, ponieważ nie zostawił żadnego wyjaśnienia, ale jego profesjonalna znajomość medykamentów przemawia za podjęciem świadomej decyzji. Od wielu lat cierpiał na depresję, która mogła pogłębić się wskutek niedawnych przeżyć. Nie pozostawił po sobie żadnego listu, choć pewne wcześniejsze fragmenty jego poezji zapowiadały taką śmierć:

Ale gdy skalną ścieżką schodziłem, schwycił mnie obłęd i głośno krzyczałem w nocy; i kiedy srebrnopalcy schyliłem się nad milczącą wodą, ujrzałem, że moje oblicze mnie opuściło. I biały głos rzekł do mnie: zabij się! Z westchnieniem podniósł się we mnie cień chłopca i patrzył promieniście z krystalicznych oczu, aż bezwładnie padłem, płacząc, pomiędzy drzewa, pod potężnym sklepieniem z gwiazd[29].

Dla Wittgensteina zakaz samobójstwa był fundamentalną zasadą etyczną, odpowiednikiem zasady niesprzeczności w logice. Pod datą 10 stycznia 1917 roku zanotował w dzienniku: „Jeżeli samobójstwo jest dozwolone, to wszystko jest dozwolone”[30].

4

Za sprawą Kartezjusza filozofia nowożytna została zdominowana przez zagadnienie, czy świat, w którym żyjemy, jest realny. Te rozważania pod koniec XIX wieku doprowadziły wielu myślicieli do sceptycyzmu i niewiary w moc rozumu. W filozofii wiedli wtedy prym neokantyści oraz empiriokrytycy, którzy zawężali naszą wiedzę do prostych wrażeń – że jest ciepło albo sucho etc. Przeciwstawił się im Edmund Husserl, którego zdaniem poznajemy nie tylko jednostkowe proste fakty, lecz mamy bezpośredni dostęp do różnych abstrakcyjnych bytów. Kiedy widzę przed sobą zieloną łąkę, mam dostęp nie tylko do każdej zielonej trawy i krzaka z osobna, lecz do zieloności jako takiej. Doświadczam zieloności, a więc pewnego abstraktu, czyli powszechnika. Nie muszę przeprowadzać jakiegoś skomplikowanego procesu abstrahowania, gdyż zieloność jawi mi się wprost. Podobnie z innymi abstraktami. Gdy doświadczam przyjaźni, doświadczam jej wprost, nie zaś pewnego złudnego zjawiska, za którym kryje się autentyczna przyjaźń.

Husserl, podobnie jak Wittgenstein, był pod wrażeniem odkryć, jakie nastąpiły na gruncie logiki i matematyki. Skoro matematyka jest w stanie osiągnąć niezawodność i obiektywizm, dlaczego nie potrafi tego filozofia? Husserl podziwiał pewność i ścisłość, z jaką logicy i matematycy dokonywali swoich ustaleń. Pragnął wymyślić metodę, która pozwoliłaby na osiągnięcie podobnych efektów w badaniach filozoficznych. Rozwiązaniem problemu miała być metoda fenomenologiczna, która polegała na analizowaniu zjawisk przez odzieranie ich z własności nieistotnych. Przy jej pomocy można było badać tak różne zjawiska jak czas, barwa, religia czy miłość.

Najwybitniejszym uczniem Husserla okazał się polski filozof Roman Ingarden. Dziadek Romana, Edward Ingarden, pochodził z Tokaju na Węgrzech. Był lekarzem wojskowym. Ożenił się z Polką i przeprowadził do Nowego Sącza. Ojciec Romana, także Roman, był inżynierem, projektował obiekty wodne. Ożenił się z Witosławą Radwańską, pochodzącą z rodu krakowskich patrycjuszy. Jej dziadek, Feliks Radwański, profesor architektury, był współtwórcą krakowskich Plant.

Przyszły filozof urodził się w roku 1893 w Krakowie, ale gdy był jeszcze dzieckiem, jego rodzice przeprowadzili się do Lwowa. Tam ukończył szkołę średnią. W młodości interesował się literaturą, chciał zostać poetą, lecz zdecydował się studiować filozofię i matematykę. Ponieważ uznał, że poziom nauczania matematyki na Uniwersytecie Lwowskim jest zbyt niski, za namową Kazimierza Twardowskiego przeniósł się do Getyngi, gdzie funkcjonował wówczas najlepszy w świecie ośrodek nauczania matematyki i fizyki. W roku 1912 spotkał w Getyndze Edmunda Husserla. Spotkanie to zadecydowało o jego dalszej drodze życiowej.

Ingarden został zwolniony ze służby wojskowej z powodu wady serca. W roku 1918 wrócił do Polski. Ożenił się z Marią Pol, okulistką, z którą zamieszkał najpierw w Warszawie, później w Toruniu. Utrzymywał się z nauczania matematyki w szkołach średnich. W roku 1933 został profesorem na Uniwersytecie Lwowskim. Po zakończeniu II wojny światowej powrócił do Krakowa i został wykładowcą na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Największym dziełem Ingardena jest trzytomowy Spór o istnienie świata. W roku 1950 władze komunistyczne odsunęły filozofa od zajęć dydaktycznych. Udzielono mu przymusowego urlopu, który wykorzystał na przetłumaczenie Krytyki czystego rozumu Kanta i napisanie trzeciego tomu Sporu. Stworzył go po niemiecku, gdyż obawiał się, że wydanie dzieła w komunistycznej Polsce będzie niemożliwe. Trzeci tom, który został ukończony w roku 1954, w dużym stopniu odbiega tematyką od dwóch poprzednich i można go czytać samodzielnie. Dzieło powstało w mieszkaniu na piątym piętrze przy ulicy Biskupiej 14, które należało do kuzyna Ingardena, lecz były to czasy, gdy na zamieszkanie potrzebował urzędowego zezwolenia:

Prof. Julian Krzyżanowski, którego spotkałem w Alei Mickiewicza, powiedział mi, że w województwie urzęduje jakiś asystent ze Lwowa, który pytał o mnie (Walaszek). Był to mąż dawnej mej uczennicy ze Lwowa, sekretarz urzędującego wojewody. Ten wystawił mi upoważnienie na zajęcie mieszkania przy Biskupiej, a w godzinę po powrocie do domu nadeszła jakaś „komisja”, która domagała się ode mnie pozwolenia na zamieszkanie. Była bardzo niezadowolona, gdy jej je pokazałem, ale nie mogli nic zrobić, i odeszli z kwitkiem zamiast oczekiwanej zapewne łapówki[31].

Kamienica przy ulicy Biskupiej 14

Trzeci tom Sporu o istnienie świata stanowi przykład zastosowania metody fenomenologicznej do badania zjawiska związku przyczynowego. Kluczowe znaczenie dla analizy tego związku ma czas. Z punktu widzenia fizyki czas wyczerpuje się w zestawieniu wszystkich równań fizycznych, w których pojawia się zmienna t. Możemy powiedzieć o nim tyle, ile wynika z równań, i nic ponadto. Dlatego fizyk Max Born uważał, iż czas nie musi płynąć wyłącznie w jednym kierunku – z przeszłości w przyszłość – ponieważ równania fizyczne takiego kierunku nie narzucają. Dla Ingardena było to nie do przyjęcia. Komentując stanowisko Borna, stwierdził:

Sądzimy bowiem, że „przepływ” czasu w jednym jedynym kierunku „od przeszłości ku przyszłości” właśnie należy do istoty czasu i rozwijającego się w czasie realnego świata[32].

Ingarden wychodził z założenia, że upływ czasu w kierunku przyszłości jest jego cechą tak podstawową, iż bieg w przeciwnym kierunku pozbawiłby go własnej istoty. Problem w tym, że fizyk nie musi wierzyć w istnienie istoty albo esencji czasu. Co się stanie, jeśli fizycy stwierdzą, że może on płynąć w dowolnym kierunku albo zmieniać swój bieg? Takie założenie przyjął zresztą fizyk Richard Feynman, opisując pozyton jako elektron poruszający się w czasie wstecz. Jeśli Ingarden upiera się przy jednokierunkowości, dojdzie do sytuacji, że fizyk, używając pojęcia „czasu”, będzie mówił o innym zjawisku niż Ingarden, używając swojego pojęcia „czasu”. To tak, jakby jeden mówił o zamku jako budowli, a drugi o zamku jako urządzeniu w drzwiach. Nie ma między nimi rozbieżności, gdyż nie mówią o tym samym. Definicje są umowami, dlatego Ingarden miał prawo przyjąć, że jego „czas” może płynąć tylko w kierunku przyszłości. Problem w tym, że Ingardenowi nie o to chodziło. Pragnął wszak ustalić niepodważalne i obiektywne atrybuty czasu, a nie tylko ogłosić, co rozumie pod tym pojęciem w swoim prywatnym języku.

Duża część rozważań Ingardena wbrew jego zamierzeniom nie dotyczy rzeczywistości, a jedynie umownych znaczeń słów naszego języka. Z tego głównie powodu program fenomenologii nie przyniósł trwałych rezultatów, jednak pewna grupa zawodowa nieświadomie uprawia fenomenologię na co dzień. Chodzi o prawników. Jeśli prawnik mówi o istocie związku przyczynowego, istocie winy albo istocie małżeństwa, jego rozważania odnoszą się do świata skonstruowanego przez prawo. Jeśli przepis stanowi, że dłużnik wykonuje świadczenie z należytą starannością, jest to opis świata idealnego, ponieważ w rzeczywistym świecie nie każdy dłużnik wykonuje świadczenie z należytą starannością. Właśnie dlatego, że prawo jest opisem idealnego świata, ma sens zadawanie pytań o istotę kreowanych przez prawo pojęć – związku przyczynowego, winy, małżeństwa. Ma sens dociekanie, jaka jest istota związku przyczynowego na gruncie danego systemu prawnego, ponieważ odpowiedź na to pytanie może okazać się decydująca dla skazania lub uniewinnienia danego człowieka. Decyduje wszak o uznaniu go za sprawcę.

W marcu 1957 roku Ingarden powrócił do prowadzenia wykładów. Został wybrany dziekanem Wydziału Filozoficzno-Historycznego, ale wkrótce potem zrezygnował z tej funkcji, gdyż uznał, że praca administracyjna jest stratą czasu. Prowadził zajęcia z filozofii w kamienicy przy ulicy Piłsudskiego 13 (ulica ta w latach 1948–1990 nosiła nazwę Manifestu Lipcowego). Jego studentami byli między innymi Władysław Stróżewski, Jan Woleński, Halina Poświatowska czy Adam Zagajewski. Budynek powstał na początku XX wieku, a obecnie mieszczą się w niej niektóre instytuty filologiczne.

Kamienica przy ulicy Piłsudskiego 13

Collegium Broscianum

Ingarden zmarł w roku 1970. W tym samym roku przekazano na siedzibę Instytutu Filozofii budynek przy ulicy Grodzkiej 52, zwany odtąd Collegium Broscianum. Ma on długie i burzliwe dzieje, gdyż został wzniesiony na potrzeby kolegium jezuitów, które działało w Krakowie jako uczelnia konkurencyjna względem Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jezuici przybyli do Polski w roku 1564 dzięki staraniom kardynała Stanisława Hozjusza, który pragnął stworzyć przeciwwagę dla cieszących się coraz większą popularnością szkół protestanckich. Bullą papieską z roku 1552 jezuici zyskali prawo nadawania tytułów naukowych, dlatego stali się konkurencją nie tylko dla niedawno powstałych szkół protestanckich, lecz również dla uniwersytetów. Projekt założenia kolegium jezuickiego w Krakowie spotkał się z dużym oporem środowiska akademickiego. Szczególnie aktywni w zwalczaniu nowinki okazali się profesorowie wydziału filozoficznego. Prowincjał jezuicki pisał do swojego przełożonego:

Nawet nie mam odwagi używać nazwy kolegium. Bo jeśli będzie kolegium albo taką otrzyma nazwę, natychmiast powstanie przeciwko nam Akademia. A ponieważ posiada sławne imię w Polsce, jakkolwiek w rzeczywistości ma ono słabe pokrycie, niewątpliwie podburzy przeciw nam, a nawet przeciw naszym uczniom całą Polskę. Z Akademii bowiem wychodzą prawie wszyscy plebani, kanonicy, senatorzy i wykształceni ludzie w Polsce z wyjątkiem tych, co studiowali w Niemczech i Italii. Wszyscy oni, czy to z racji złożonej przysięgi, czy ze względów patriotycznych, bronią gorliwie jej dobrej sławy i nie ma co wątpić, że wszędzie wystąpią przeciw nam[33].

Podobny konflikt trwał już w Paryżu i w Wiedniu. Sprawa krakowskiego kolegium nabrała tempa, gdy królem Polski został Zygmunt III Waza, znany ze swojej przychylności dla jezuitów. Upoważnił Piotra Skargę do zakupienia nieruchomości przy ulicy Grodzkiej. Jezuici wybudowali najpierw Kościół pod wezwaniem Świętych Piotra i Pawła. Pierwsze nabożeństwo odprawiono tam w roku 1608. Barokowa świątynia została zaprojektowana na wzór jezuickiego Kościoła Il Gesù w Rzymie.

Kościół Świętych Piotra i Pawła

W roku 1623 król Zygmunt wydał oficjalną zgodę na powstanie w Krakowie nowego kolegium, lecz wcale nie zakończyło to sporu. Pamflety na jezuitów pisał wtedy profesor Jan Brożek, którego imię – przejaw ironii losu – nosi obecnie Collegium. Spór przeniósł się do sądu papieskiego, który w roku 1627 wydał wyrok na korzyść jezuitów. Gdy wydawało się, że sprawa została rozstrzygnięta, na tronie polskim zasiadł Władysław IV. Król był niechętny jezuitom i ograniczył ich uprawnienia do wykładania w Krakowie wyłącznie teologii. Kolegium jezuitów przestało istnieć w roku 1773 wskutek kasaty całego zakonu przez papieża.

Brak jasnej procedury dotyczącej majątku pozostawionego przez jezuitów sprawił, że biblioteka i zbiory sztuki zostały rozgrabione. Budynek służył początkowo jako dom emerytalny dla byłych jezuitów, potem jako magazyn dla wojska, w latach 1815–1846 jako siedziba Senatu Wolnego Miasta Krakowa. Przez następne lata lokowano w nim sądy, w czasach PRL-u Sąd Wojewódzki. W roku 1970 darowano budynek Uniwersytetowi Jagiellońskiemu.

Gmach Collegium powstał w XVII wieku w wyniku przebudowy istniejącego w tym miejscu dworu. Obecny wygląd fasada zyskała w trakcie rozbudowy w roku 1846.

W miejscu, w którym ulica Grodzka dobiega do Placu Wszystkich Świętych, w roku 2007 otwarto budynek wystawienniczy zwany Pawilonem Wyspiańskiego, który zaprojektował Krzysztof Ingarden.

Pawilon Wyspiańskiego

Krzysztof Ingarden jest wnukiem Romana Ingardena, krakowskim architektem, który zaprojektował między innymi Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha czy Małopolski Ogród Sztuki.

5

W roku 1945 Czesław Miłosz oraz Tadeusz Breza wraz ze swoimi małżonkami osiedlili się w Krakowie w czteropokojowym mieszkaniu w domu przy ulicy św. Tomasza 26. Miłosz uciekł z Warszawy w połowie sierpnia 1944 roku, gdy po wybuchu powstania Niemcy podpalili kamienicę, w której mieszkał. Dotarł wtedy do dworu w Goszycach pod Krakowem, który jesienią 1944 roku stał się miejscem schronienia dla wielu literatów. W chwili przyjazdu do Krakowa Miłosz miał ze sobą jedynie słoik ze smalcem, worek fasoli, dwie torby wełny, pled i mydło.

Domy mieszkalne na rogu ulic Szpitalnej oraz św. Tomasza oddano do użytku pod koniec lat dwudziestych XX wieku. Wysokie podatki, jakie obowiązywały wówczas w Polsce, doprowadziły do ruiny budownictwo prywatne. Wznoszono za to sporo domów dla urzędników. Te stojące przy ulicy św. Tomasza 22, 24 i 26 powstały dla urzędników Miejskiej Kasy Oszczędności. Budynek przy ulicy św. Tomasza 26 oddano do użytku w roku 1929. Nad wejściem znajduje się skromny portal w stylu art déco z monogramem „K.O.M.K.”, będącym skrótem od Kasy Oszczędności Miasta Krakowa.

Kamienica przy ulicy św. Tomasza 26

Po wkroczeniu Armii Czerwonej poeci, którzy znaleźli się w Krakowie, zostali zaproszeni przez nowe władze na publiczną recytację swoich wierszy na scenie Starego Teatru 31 stycznia 1945 roku. Zaproszenie otrzymał również Miłosz. Zaraz potem wziął udział w Ogólnopolskim Zjeździe Delegatów Związku Zawodowego Literatów Polskich, na którym poparł politykę Jarosława Iwaszkiewicza oznaczającą współpracę z komunistami. Przez kilka następnych miesięcy zabiegał w ministerstwach o stanowisko w którejś z zachodnich placówek dyplomatycznych. W grudniu 1945 roku wyjechał do USA, gdzie został attaché kulturalnym. Wiele lat później napisał, że „był to pakt diabelski, zważywszy na świadomość tego, co się odbywało”[34]. W lutym 1951 roku przeszedł na stronę Zachodu.

Czarodziejska góra Tomasza Manna opowiada o procesie duchowego dojrzewania Hansa Castorpa w sanatorium w Davos. W sanatorium tym przebywają również mason Settembrini, który kusi młodzieńca ideałami Oświecenia, oraz klerykalny jezuita Naphta, który pociąga go ku ideałom Średniowiecza. Czesław Miłosz jako uczeń wileńskiego liceum przeżył podobne starcie dwu silnych osobowości – rolę Settembriniego odegrał w Wilnie jego nauczyciel łaciny Adolf Rożek, zaś rolę Naphty ksiądz katecheta Leopold Chomski. Jako młodzieniec Miłosz zdecydowanie opowiadał się po stronie Rożka, ale całe jego życie było powolnym procesem dojrzewania, w wyniku którego przyznał ostatecznie rację księdzu Chomskiemu.

Twoje usta śnię często. Ich grymas niesławny

długo uczył pogardy wszystkiego prócz zgonu.

Dziś ja, uczeń, poznałem nicość form powabnych,

I otośmy już obaj z jednego zakonu[35].

Apogeum tego procesu przypadło na lata siedemdziesiąte XX wieku, kiedy to Miłosz, mieszkając w San Francisco, napisał dwie swoje najbardziej filozoficzne książki – Ziemię Ulro oraz Ogród nauk. Życie nakazało porzucić poecie oświeceniowy optymizm. Ujrzał gatunek ludzki, w tym siebie samego, jako zwierzę mroczne, okrutne i niezrozumiałe. Uznał, że przymykanie oczu na tę rzeczywistość jest rodzajem samookłamywania się. Stał się teologiem. Porzucanie tradycji i doświadczeń zebranych przez chrześcijaństwo przez prawie dwa tysiące lat zatrważało Miłosza. W roku 1976 pisał:

Na czas mego życia przypadło nagłe runięcie wielu przęseł i filarów chrześcijańskiej budowli. Przygotowywało się to długo i cały proces podlegał w ciągu paru stuleci stałemu przyśpieszeniu, ale duchowni starali się przynajmniej zachowywać pozory. Nie można oczywiście pomijać niemieckiej teologii liberalnej ubiegłego stulecia i dokonanych przez nią spustoszeń, nigdy jednak rzeczy nie zaszły tak daleko jak w latach po drugiej wojnie, zwłaszcza w latach sześćdziesiątych, kiedy teologowie, tym razem również katoliccy, wystąpili w roli clownów, głupich Augustów z mąki, radośnie obwieszczając, że chrześcijaństwo, które dotychczas sprzeciwiało się światu, teraz będzie ze światem i w świecie, co, jak widzowie tego bardziej ponurego niż śmiesznego widowiska dobrze rozumieli, znaczyło, że chrześcijanie chcą być „jak inni”, czyli przestać być chrześcijanami. Zastosowanie kazuistyki doskonalonej od pokoleń przez pierwszorzędne umysły do dzieła samozniszczenia miało w sobie coś tak złowrogiego, że i niewierzącym robiło się nieswojo. Nie żeby ktoś miał wiele złudzeń co do starych nawyków hierarchii duchownej, instynktownie, jak słonecznik ku słońcu, obracającej się zawsze ku ośrodkom doczesnej władzy. Ale teraz to było zbyt już jawne, a potęgą, przed którą się korzyli, była antychrześcijańska mentalność narzucona masom przez naukę[36].

August z mąki to figura, która, jeśli ją uderzyć, pierdzi mąką. Miłosz był przeciwny wyrzekaniu się tradycyjnych rytuałów i wprowadzaniu na ich miejsce elementów świeckich albo ludycznych, gdyż infantylizują religię. Wierni oczekują powagi.

Cóż mają począć ludzie, dla których niebo i ziemia jest za mało i nie mogą żyć, jeżeli nie oczekują innego nieba i innej ziemi? Dla których ich własne życie, takie jakie jest, pozostaje snem, zasłoną, ciemnym lustrem i nie mogą pogodzić się z tym, że nigdy nie pojmą, czym było naprawdę?[37]

Poeta obawiał się, że z chwilą upadku chrześcijaństwa religia nie zaniknie, lecz zostanie zastąpiona jakimś substytutem w rodzaju wiary w równowagę albo harmonię przyrody. Postulowanie życia w harmonii z Matką Naturą uważał za kontynuowanie tradycji animistycznej, równie zasadnej jak wiara w rusałki.

Zakładając, że Miłosz miał rację, spróbujmy zdobyć się na pewien dystans i wyobrazić sobie antropologa, który za dwa tysiące lat będzie opisywał naszą cywilizację na podstawie szczątków, jakie po sobie zostawimy, podobnie jak my teraz opisujemy cywilizację minojską albo etruską. Napisze być może tak: „Przestali wierzyć w istnienie osobowego zła. Zamiast tego wierzyli w istnienie nierównowagi. Aby przywrócić równowagę, przestali spalać węgiel. Składali ofiary, wznosząc wiatraki, ponieważ sądzili, że dostają wówczas od Natury to, co sama im dała. Zaniechali odmawiania pacierzy, a zamiast tego skupiali się nad odpadkami, które dzielili i składali na różne stosy, aby przebłagać Naturę. Kupowali drogie żarniki, które świeciły mdłym i szarym światłem. Wierzyli, że taka ofiara przywróci im równowagę, jaka panowała przed wiekami”.

Tak na dzisiejsze spojrzyj baśnie.

Trochę z ukosa. Choć poważnie[38].

Ziemia Ulro to wymyślona przez Williama Blake’a kraina, której mieszkańcy siłą tradycji zachowują różnego rodzaju poglądy i zwyczaje religijne, chociaż nikt w nie już nie wierzy. Blake, a za nim Miłosz, uważał, że religię niszczą nauki matematyczno-przyrodnicze, nawet jeśli nie jest to zamiarem naukowców. W zderzeniu z zimną elegancją i ścisłością nauki religia wygląda jak przywiędła dydaktyczna bajeczka. A ponieważ obie te dziedziny ludzkiego ducha pretendują do prawdziwego opisu tej samej rzeczywistości, nieuchronnie stają się przedmiotem porównań. Od czasów Oświecenia przez ponad dwa stulecia każde ważne odkrycie naukowe, często nawet wbrew woli odkrywcy, stawało się od razu argumentem w sporze o istnienie Boga albo w sporze o istnienie duszy nieśmiertelnej. Postępowali tak zarówno sami naukowcy, jak i teologowie.

Dopiero pod koniec XX wieku zaczęto zdawać sobie sprawę, że takie nerwowe reagowanie na każde nowe odkrycie nie ma większego sensu. Po pierwsze, sama nauka jest w ciągłym ruchu i co dziś uznaje się za wiążące, jutro może okazać się przestarzałe. Po drugie, interpretacja danego odkrycia pod kątem jego skutków religijnych jest dość subiektywna, dlatego jedno i to samo odkrycie może być interpretowane za i jednocześnie przeciwko religii. Aby zrozumieć, o co chodzi, posłużmy się pewnym współczesnym przykładem.

Z trzeciego prawa Keplera wynika, że planety krążące dalej od Słońca poruszają się wolniej niż planety położne bliżej. Dlatego Merkury, który jest planetą najbliższą Słońcu, krąży z największą prędkością, a następne planety – Wenus, Ziemia, Mars – poruszają się coraz wolniej. Newton uogólnił trzecie prawo Keplera na wszystkie obiekty poruszające się wokół ośrodka masy. W latach trzydziestych XX wieku przy okazji obserwacji pewnej odległej galaktyki okazało się, że wiruje ona niezgodnie z trzecim prawem Keplera. Jej obrzeża poruszają się zbyt szybko, co wskazuje na istnienie nieznanej nam masy, którą nazwano ciemną materią. Pół wieku później stało się jasne, że anomalia dotyczy ogromnej liczby galaktyk, zaś ciemnej materii w całym wszechświecie jest prawie pięć razy więcej niż znanych nam cząstek.

Aby wyjaśnić zagadkę, wymyślono kilka hipotez. Najprostsza z nich głosi, że wszechświat wypełniony jest nieznanymi nam cząstkami, które słabo reagują z innymi, ale które mają masę. Jak dotąd, nie udało się ich zaobserwować. Inna hipoteza odwołuje się do okoliczności, iż jedynym znanym nam oddziaływaniem fizycznym, które przenosi się w więcej niż czterech wymiarach czasoprzestrzeni, jest grawitacja (dlatego w filmie Interstellar astronauta Cooper, zmuszony porozumiewać się ze swoją córką w piątym wymiarze, używa do tego celu wyłącznie grawitacji). Jest fizycznie możliwe, że obok naszego wszechświata istnieje inny wszechświat, który oddziałuje nań, ale wyłącznie w piątym i wyższych wymiarach. Nie widzimy żadnego obcego wszechświata, ponieważ światło uwięzione jest w czterech wymiarach. Grawitacja nie podlega jednak temu ograniczeniu. To, co odbieramy jako zagadkowy nadmiar masy, jest efektem grawitacyjnego oddziaływania innego wszechświata albo innych wszechświatów. Wyobraźmy sobie, że hipoteza ta zostaje potwierdzona. Jaki wpłynie to na teologię?

Jedni powiedzą, że odkrycie potwierdza istnienie Boga, gdyż pokazuje, że nasz świat może być przenikany przez inny świat z niewidzialnymi dla nas aniołami i demonami. Inni powiedzą, że odkrycie przeczy istnieniu Boga, ponieważ istnienie wielu światów podważa stworzenie świata najlepszego z możliwych. Być może rację miał Kant, który uważał, że próbując rozstrzygnąć tego typu problemy, wikłamy się w nieusuwalne antynomie.

Mieszkańcom ziemi Ulro wydaje się, że są religijni, ale żyją tylko czasem przeszłym. Miłosz uważał, że sprawy zaszły dalej, niż przewidywał Blake, i współczesnym Europejczykom nie wydaje się już, że są religijni. Wydaje się im, że są racjonalni, ponieważ nie są religijni. W odróżnieniu od sytuacji sprzed wieku najbardziej szalone teorie tworzą obecnie nie prorocy ani filozofowie, lecz fizycy – a to że żyjemy pośród nieskończonej liczby cyfrowych wszechświatów (Tegmark), a to że w każdej sekundzie powstaje obok nas ogromna albo nawet nieskończona liczba nowych wszechświatów (Deutsch), a to że istnieje realnie tylko czas, a przestrzeń jest złudzeniem (Smolin), albo że czas jest złudzeniem (Barbour).

Historia nauki zatoczyła koło i jesteśmy dziś w sytuacji przypominającej starożytną Grecję, kiedy to jeden filozof twierdził, że na początku była woda, drugi, że ogień, trzeci, że powietrze, czwarty, że liczby, ale żaden z nich nie był w stanie podać zadowalającej odpowiedzi, ponieważ brakowało odpowiedniego testu. Fundamentalnych współczesnych hipotez również nie sposób przetestować, gdyż rozstrzygający eksperyment wymagałby energii zbliżonej do mocy czarnych dziur. Zmieniło się jedynie tyle, że hipotezy, które jeszcze w połowie XX wieku uchodziłyby za przejaw ekstrawagancji, traktowane są obecnie z powagą. Zmienia to w pewien sposób podejście do religii, gdyż pośród tych wszystkich szalonych hipotez hipoteza, że pewna istota doskonała stała się człowiekiem i została zabita przez ludzi, aby transformować się obecnie w chleb i wino, nie brzmi już tak niedorzecznie jak dawniej.

W roku 1986 zmarła żona Czesława Miłosza, Janina. Sześć lat później poeta ożenił się z młodszą od siebie o 33 lata Amerykanką Carol Thigpen, wykładającą historię pedagogiki na uniwersytecie w Atlancie. W roku 1993 małżonkowie podjęli decyzję o zamieszkaniu w Krakowie, do którego zamierzali przyjeżdżać w miesiącach letnich, wracając na zimę do USA, do Berkeley. Wybór padł na kamienicę przy ulicy Bogusławskiego 6.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przewodnik po Polsce z filozofią w tle. Tom IV: Małopolska

ISBN: 978-83-8423-809-7

© Grzegorz Senderecki i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Jędrzej Szulga

KOREKTA: Agata Ogórek

OKŁADKA: Grzegorz Araszewski

FOTO: Grzegorz Senderecki (w publikacji) i Zofia Senderecka (wewnątrz okładki)

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek