Przestań zadowalać innych - Hailey Magee - ebook + książka
NOWOŚĆ

Przestań zadowalać innych ebook

Magee Hailey

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Przestań żyć dla innych kosztem siebie i odkryj wolność, która płynie z autentyczności

Hailey Magee przez lata uszczęśliwiała wszystkich wokół siebie, często kosztem własnego zdrowia, kariery i relacji. Z czasem zrozumiała, że popularne rady, takie jak: „stawiaj granice!” czy „bądź sobą!” nie wystarczają, gdy człowiek jest odcięty od swoich uczuć i potrzeb. Kluczem okazało się ponowne nawiązanie kontaktu ze swoimi emocjami, pragnieniami i wartościami.

W swojej książce autorka pokazuje, jak przełamać schemat uszczęśliwiania innych i odbudować poczucie własnej wartości. Łącząc psychologię, nauki społeczne oraz praktyczne ćwiczenia, uczy między innymi, jak:

  • rozpoznać, kiedy szczera życzliwość przeradza się w nadmierne poświęcenie;
  • przestać żyć w poczuciu winy i zależności;
  • odważnie walczyć o swoje prawa w pracy, rodzinie i związkach, budując satysfakcjonujące relacje;
  • czerpać radość z życia, zamiast nieustannie spełniać cudze oczekiwania.

Ten pełen empatii i inspiracji przewodnik to zaproszenie, by odzyskać głos, który być może na długo został zagłuszony, przestać zadowalać innych – i wreszcie zacząć żyć w zgodzie ze sobą.

Hailey Magee jest certyfikowaną trenerką rozwoju osobistego, która pomaga ludziom z całego świata pozbyć się syndromu „zadowalacza”. Jej nowatorskie spojrzenie na wyznaczanie granic oraz stawanie we własnej obronie przyciągnęło uwagę milionów użytkowników mediów społecznościowych, a w jej wykładach i warsztatach uczestniczyły już tysiące osób. Hailey posiada certyfikat Erickson Coaching International, a jej celem jest tworzenie jasnych strategii zmian opartych na badaniach oraz pomoc „zadowalaczom” w odkrywaniu nie tylko ich siły i sprawczości, ale też przyjemności i radości. Mieszka w Seattle w stanie Waszyngton. Możecie poznać ją lepiej na: HaileyMagee.com albo na Instagramie: @HaileyPaigeMagee.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 379

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



DEDYKACJA

Dla Aarona,

który nauczył mnie, że nie musi być mnie mniej,

by ktoś mnie poko­chał

WSTĘP

WSTĘP

W Bosto­nie była połowa sierp­nia. Sta­łam na chod­niku zatło­czo­nej ulicy, w palą­cym słońcu, z papie­ro­wymi tor­bami w dło­niach. Marzy­łam tylko o tym, żeby wró­cić do mojego miesz­ka­nia i włą­czyć kli­ma­ty­za­cję, ale na moje nie­szczę­ście zgo­dzi­łam się wysłu­chać fun­dra­iserki z Gre­en­pe­ace, która zatrzy­mała mnie dzie­sięć minut wcze­śniej, żeby opo­wie­dzieć o walce o los niedź­wie­dzi polar­nych.

Pot spły­wał mi po czole, ale mimo to sta­ra­łam się zacho­wać zatro­skany wyraz twa­rzy. Lubię niedź­wie­dzie polarne – jak wszy­scy – jed­nak nie mia­łam teraz na to ani czasu, ani pie­nię­dzy. Pół godziny póź­niej mia­łam zapla­no­waną służ­bową roz­mowę tele­fo­niczną. Już wie­dzia­łam, że nie zdążę na czas. Nie­stety uprzej­mość przy­kuła mnie do ziemi. Nie chcia­łam, żeby ta obca osoba, któ­rej pew­nie już ni­gdy wię­cej nie zoba­czę, pomy­ślała, że jestem nie­grzeczna.

Kiedy wresz­cie prze­szła do sedna – „Czy jest pani gotowa wpła­cić trzy­dzie­ści dola­rów na pomoc naszym futrza­stym przy­ja­cio­łom?” – się­gnę­łam po port­fel, przy­tło­czona poczu­ciem winy. W tym samym momen­cie jedna z toreb pękła, a puszki poto­czyły się po chod­niku. Gorąco prze­pro­si­łam, a gdy wresz­cie pozbie­ra­łam wszyst­kie swoje rze­czy, dziew­czyna roz­ma­wiała już z kimś innym.

Albo taka histo­ria.

Kilka tygo­dni póź­niej tra­fi­łam do klubu, w któ­rym grał zespół mojego kolegi. Zamiast bawić się pod sceną, utknę­łam jed­nak przy barze. Od dokład­nie trzy­dzie­stu pię­ciu minut – wiem, bo zer­ka­łam na zega­rek co pięć – jakiś obcy męż­czy­zna z zapa­łem opo­wia­dał mi o swo­ich dwu­na­stu gita­rach, nie pomi­ja­jąc żad­nego szcze­gółu. Przez kilka pierw­szych chwil poświę­ca­łam mu całą swoją uwagę – zawsze lubi­łam roz­mowy z sym­pa­tycz­nymi nie­zna­jo­mymi – ale z cza­sem zaczę­łam sto­so­wać wszyst­kie moż­liwe spo­soby, by dać mu do zro­zu­mie­nia, że mnie nie inte­re­suje. Zaczę­łam zer­kać na tele­fon, roz­glą­dać się po sali. Odpo­wia­da­łam pół­słów­kami. Ale on mówił dalej.

Nie czu­łam się przez niego zawsty­dzona ani osa­czona: wyda­wał się cał­ko­wi­cie nie­groźny. Jed­nak z jakie­goś powodu nie mogłam się zebrać na odwagę, by powie­dzieć: „Miło było cię poznać, ale teraz idę na kon­cert”.

Nie potra­fi­łam zna­leźć swo­jego głosu. Cze­ka­łam, aż to on mnie wyzwoli.

Jakiś mie­siąc póź­niej poszłam na pierw­szą randkę z chło­pa­kiem, któ­rego pozna­łam w sieci. Od razu wie­dzia­łam, że do sie­bie nie pasu­jemy. Do tego nie wyglą­dał jak na zdję­ciach na pro­filu. Nie mie­li­śmy wspól­nych zain­te­re­so­wań. Cią­gle mi prze­ry­wał, a pod­czas deseru wygło­sił szcze­gó­łowy wykład na temat dzia­ła­nia giełdy.

Kiedy randka dobie­gła wresz­cie końca, wsia­dłam do mojego Ubera z poczu­ciem ulgi. „Jak dobrze, że to już za mną” – pomy­śla­łam. Nie minęła nawet godzina, kiedy dosta­łam wia­do­mość: „Było bar­dzo faj­nie. Kiedy spo­tkamy się znowu?”.

Nie wie­dzia­łam, co odpo­wie­dzieć. Sądzi­łam, że jeśli odpi­szę: „Dzięki za randkę! Wydaje mi się, że mię­dzy nami nie zaiskrzyło, ale życzę ci wszyst­kiego dobrego”, uzna mnie za nie­grzeczną. Nie umia­łam tego zro­bić. Nie wie­dzia­łam jak. Dla­tego w ogóle się nie ode­zwa­łam.

Minęły trzy dni. Przy­szła kolejna wia­do­mość: „Wiesz, to bar­dzo nie­grzeczne, że mi nie odpi­sa­łaś. Zje­dli­śmy dobrą kola­cję – za którą zresztą zapła­ci­łem – dla­tego jesteś mi winna wyja­śnie­nie”.

Nie zasta­no­wi­łam się nawet nad rosz­cze­nio­wym tonem jego wia­do­mo­ści. Nie zasta­no­wi­łam się, czy to trans­ak­cyjne podej­ście nie stoi w sprzecz­no­ści z moim femi­ni­stycz­nym eto­sem. Wciąż jed­nak czu­łam się winna. Zamiast więc odpo­wie­dzieć szcze­rze, wymy­śli­łam wymówkę – „Sorry, byłam zajęta!” – i zgo­dzi­łam się na drugą randkę. Dopiero po czwar­tej zna­la­złam w sobie odwagę, żeby się z nim defi­ni­tyw­nie poże­gnać.

Przez więk­szość życia chęć zado­wa­la­nia innych była dla mnie czymś natu­ral­nym. Była ona tak oczy­wi­sta, że nawet jej nie nazy­wa­łam. Kiedy ktoś cze­goś ode mnie chciał – rodzina, przy­ja­ciółka, kocha­nek, nie­zna­jomy – dawa­łam mu to, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo nie­kom­for­towo się czu­łam, jak bar­dzo byłam zmę­czona czy ura­żona.

Nie miało zna­cze­nia, że spóź­nię się na spo­tka­nie; nie miało zna­cze­nia, że omi­nie mnie kon­cert kolegi; nie miało zna­cze­nia, czy chcia­łam spo­tkać się z face­tem ponow­nie.

Byłam „zado­wa­laczką”. Wszy­scy wyda­wali mi się waż­niejsi niż ja sama. Nie potra­fi­łam odma­wiać.

W rela­cjach intym­nych słu­cha­łam muzyki, którą wybie­rał mój part­ner, spę­dza­łam czas z jego przy­ja­ciółmi, kłó­ci­łam się na jego zasa­dach. W kon­tak­tach rodzin­nych wyda­wało mi się, że jestem odpo­wie­dzialna za emo­cje moich bli­skich; poświę­ca­łam im znacz­nie wię­cej uwagi niż sobie. W przy­jaźni nie potra­fi­łam mówić „z serca” – wyda­wało mi się, że jestem nie­cie­kawa. Znacz­nie lepiej się czu­łam, słu­cha­jąc. W mojej spo­łecz­no­ści znana byłam jako „ta wesoła dziew­czyna”, która „cią­gle się uśmie­cha”, i cho­ciaż ety­kiety te miały być kom­ple­men­tem, tak naprawdę ukry­wały mój głę­boki smu­tek: bole­sne wra­że­nie, że nikt mnie nie zna i że nikomu nie zależy na tym, żeby mnie poznać.

Po latach tera­pii zaczę­łam roz­po­zna­wać te oko­licz­no­ści, które spra­wiły, że sta­łam się „zado­wa­laczką”. Nie wie­dzia­łam jed­nak, jak prze­kuć tę wie­dzę w dzia­ła­nie i prze­rwać cykl. Moje poranne wpisy w dzien­niku pełne były fru­stra­cji, która wyra­żała się w pyta­niach: „Kiedy wresz­cie stanę we wła­snej obro­nie? Kiedy prze­stanę mówić «tak», myśląc «nie»? Kiedy wresz­cie posta­wię sie­bie na pierw­szym miej­scu?”. Pew­nego wyjąt­kowo trud­nego dnia czer­wo­nym dłu­go­pi­sem zano­to­wa­łam dra­ma­tyczne zawo­ła­nie: „Umrę szczę­śliwa, jeśli nauczę się wresz­cie sta­wiać na swoim”.

Wciąż mam tam­ten dzien­nik. Od czasu do czasu zaglą­dam do niego, żeby przy­po­mnieć sobie, jak długą prze­szłam drogę.

Nie­długo po tym, jak spi­sa­łam swoje fru­stra­cje, posta­no­wi­łam, że prze­stanę zado­wa­lać innych. Prze­ży­łam wów­czas okropne roz­sta­nie z part­ne­rem, w któ­rym kom­plet­nie się zatra­ci­łam. Dopiero jego nie­obec­ność jasno i wyraź­nie uświa­do­miła mi, że ni­gdy nie osią­gnę zado­wo­le­nia, jeśli na­dal będę uza­leż­niać swoje poczu­cie wła­snej war­to­ści wyłącz­nie od cudzego uzna­nia. Zda­łam sobie sprawę – nagle i bole­śnie – że nikt mnie nie ura­tuje przed samą sobą. Musia­łam wziąć odpo­wie­dzial­ność za wła­sne szczę­ście. To nie było coś, co mogłam zrzu­cić na cudze barki.

W kolej­nych latach powoli i świa­do­mie zaczę­łam nawią­zy­wać kon­takt ze swo­imi uczu­ciami, potrze­bami, pra­gnie­niami i marze­niami. Na początku były one nie­śmiałe – przez lata zanie­dbane, nauczyły się, że nie mogą mi zaufać – ale im wię­cej poświę­ca­łam im uwagi, tym sta­wały się gło­śniej­sze. Im bar­dziej sku­pia­łam się na sobie, tym śmie­lej przy­cho­dziło mi zabie­rać głos. Im bar­dziej sza­no­wa­łam swoje potrzeby, tym waż­niej­sze sta­wało się dla mnie inwe­sto­wa­nie w rela­cje z ludźmi, któ­rzy rów­nież je sza­no­wali. Powoli uczy­łam się sztuki sta­wia­nia gra­nic, jasno mówiąc o tym, co w rela­cjach z innymi będę tole­ro­wać, a czego nie.

Dało mi to siłę i wol­ność, ale było też nie­wy­godne. Czu­łam się dziw­nie, pro­sząc innych, by oka­zy­wali mi tro­skę w spo­sób, któ­rego naprawdę potrze­bo­wa­łam. Czu­łam się winna, sta­wia­jąc wyraźne gra­nice moim bli­skim. Pogrą­ża­łam się w żało­bie po związ­kach, które nie nadą­żały za tym, kim się sta­wa­łam. Ale zza każ­dej bole­snej chwili powoli i ryt­micz­nie wyła­niała się świa­do­mość, że po tylu latach wresz­cie mówię wła­snym gło­sem.

Zbli­ża­jąc się do wol­no­ści i zaufa­nia samej sobie, jakich ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czy­łam, nabra­łam pew­no­ści, że chcę pomóc innym osią­gnąć to samo. Moim celem była pomoc ludziom, któ­rzy podob­nie jak ja gotowi byli wpro­wa­dzić w swoje życie pra­gnie­nie zmiany: pod­jąć nama­calne, rze­czy­wi­ste kroki, żeby wyła­mać się z wzorca zado­wa­la­nia innych.

Dys­cy­pliną, która pomaga osią­gnąć to, o czym mówię, jest coaching. Zadaje i odpo­wiada na pyta­nia: „Dokąd naj­bar­dziej chcę pójść? I jak się tam dostać?”. Zapi­sa­łam się więc na pro­gram szko­le­niowy cer­ty­fi­ko­wany przez Mię­dzy­na­ro­dową Fede­ra­cję Coachingu. Kiedy rok póź­niej go ukoń­czy­łam, wie­dzia­łam już, że chcę poma­gać innym wyrwać się z potrzeby zado­wa­la­nia oto­cze­nia, nauczyć ich sta­wiać gra­nice i mówić prawdę o sobie.

Poza indy­wi­du­al­nymi sesjami z klien­tami zaczę­łam pisać i dzie­lić się swoją wie­dzą w inter­ne­cie. Zasko­czyło mnie, jak głę­boko moja histo­ria rezo­no­wała z ludźmi z całego świata. Otrzy­my­wa­łam wia­do­mo­ści od czy­tel­ni­ków z USA, Indii, Jemenu, Fran­cji, Afga­ni­stanu, Nowej Zelan­dii, Sudanu, i nie tylko. Pisali: „Myśla­łem(-łam), że tylko ja mam ten pro­blem”. A ja odpo­wia­da­łam: „Ja też tak kie­dyś myśla­łam”.

Każdy kolejny czło­nek spo­łecz­no­ści i obser­wu­jący pogłę­biał we mnie poczu­cie soli­dar­no­ści: „Jeste­śmy w tym razem. Nie jeste­śmy sami”.

Pięć lat póź­niej moje słowa dotarły do milio­nów czy­tel­ni­ków, a w moich warsz­ta­tach o zado­wa­la­niu innych i sta­wia­niu gra­nic uczest­ni­czyły tysiące czy­tel­ni­ków z całego świata. „Prze­stań zado­wa­lać innych i znajdź w sobie siłę” to esen­cja wielu lat badań, sesji coachin­go­wych, wykła­dów i indy­wi­du­al­nych roz­mów z oso­bami zma­ga­ją­cymi się z potrzebą zado­wa­la­nia innych. W tej książce zawar­łam oparte na bada­niach psy­cho­lo­gicz­nych porady, które pomogą ci prze­rwać nie­po­żą­dany wzo­rzec zacho­wań, a także prak­tyczne narzę­dzia, dzięki któ­rym odnaj­dziesz swój głos i odkry­jesz swoją wewnętrzną siłę.

Z czę­ści 1 pod tytu­łem Znajdź sie­bie dowiesz się, jak poznać wła­sne uczu­cia, potrzeby, war­to­ści, samo­świa­do­mość, pra­gnie­nia i jak uczy­nić je swoim prio­ry­te­tem. To pięć fun­da­men­tów „ja”, któ­rymi należy się kon­se­kwent­nie opie­ko­wać, żeby nauczyć się nimi bro­nić w rela­cjach z innymi.

Z czę­ści 2, zaty­tu­ło­wa­nej Postaw się, nauczysz się, jak sza­no­wać swoje potrzeby w rela­cjach, jak pro­sić innych o to, czego potrze­bu­jesz, nauczysz się sta­wiać gra­nice, które cię ochro­nią, oraz dowiesz się, jak odzy­skać siłę i spraw­czość. Przyj­rzymy się rów­nież, jak zado­wa­la­nie innych wpływa na różne grupy spo­łeczne – w zależ­no­ści od ich sta­tusu i poziomu uprzy­wi­le­jo­wa­nia.

Część 3 pod tytu­łem Zatroszcz się o sie­bie to swo­iste wspar­cie w codzien­nych trud­no­ściach, jakie poja­wiają się, gdy pró­bu­jemy wyjść z utrwa­lo­nego wzorca zado­wa­la­nia innych. Nauczysz się z niej, jak odzy­skać odwagę i uod­por­nić się na poczu­cie winy, strach, gniew, samot­ność i smu­tek; dowiesz się, jak radzić sobie z wyzwa­niami, które poja­wiają się, gdy dora­stasz do opusz­cze­nia nie­zdro­wych związ­ków; odkry­jesz, jak zmie­rzyć się z trud­nymi zmia­nami i jak prze­obra­zić te wszyst­kie wyzwa­nia w szanse na roz­wój i wła­sną meta­mor­fozę.

Część 4, Wzbo­gać się, poka­zuje, w jaki spo­sób twoje życie może stać się lep­sze, kiedy wyła­miesz się z wzorca zado­wa­la­nia innych. Nauczysz się, jak prze­stać się umniej­szać w rela­cjach z innymi; jak w życiu sek­su­al­nym myśleć nie tylko o satys­fak­cji part­nera, ale też o sobie; jak znów zacząć się bawić; jak podejść do pro­cesu zdro­wie­nia w spo­sób roz­tropny i zniu­an­so­wany; i jak odkryć radość dzie­le­nia się z innymi, która wypływa ze szcze­ro­ści i z sza­cunku do samego sie­bie.

Sia­da­jąc do pisa­nia tej książki, mia­łam jasną inten­cję: w czę­ści o zado­wa­la­niu innych sku­pić się na szcze­gó­łach oraz wska­zać trud­no­ści, jakie wiążą się z pracą nad pro­ce­sem zdro­wie­nia.

Kiedy poję­cia takie jak people-ple­asing i self-care tra­fiają do main­stre­amu, bar­dziej zło­żone idee – na przy­kład sta­wia­nie gra­nic – bywają spły­cane w spo­sób, który może znie­chę­cać nas do budo­wa­nia zdro­wych rela­cji. Wpaja się nam, że jeśli nie otrzy­mu­jemy od innych „miło­ści i świa­tła”, powin­ni­śmy się od nich „odciąć”. Sły­szymy rów­nież, że jeśli ktoś się z nami nie zga­dza, powin­ni­śmy tę osobę porzu­cić, by „chro­nić swój spo­kój”. Albo jeśli ktoś nie potrafi speł­nić wszyst­kich naszych potrzeb, wów­czas powin­ni­śmy zwró­cić uwagę na to, że „zasłu­gu­jemy na wię­cej”.

Te jed­no­wy­mia­rowe fra­zesy nie dostrze­gają zło­żo­no­ści rze­czy­wi­stych rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Utrud­niają pro­ces goje­nia ran, kie­ru­jąc nas ku nie­osią­gal­nym stan­dar­dom, i nie pozwa­lają nam wej­rzeć w sie­bie, by oce­nić, do jakiego stop­nia my sami wpły­wamy na nasz smu­tek czy sła­bość.

Wła­śnie dla­tego moja książka sku­pia się na niu­an­sach, któ­rych pozna­nie pomoże prze­rwać utarty wzo­rzec zado­wa­la­nia innych, przy jed­no­cze­snej zachę­cie do nawią­zy­wa­nia reali­stycz­nych i zrów­no­wa­żo­nych rela­cji. Ta książka z uwagą pochyla się nad pyta­niami takimi jak: Jaka jest róż­nica mię­dzy życz­li­wo­ścią a zado­wa­la­niem innych? W jaki spo­sób możemy połą­czyć współ­czu­cie wobec sie­bie z naszą bole­sną histo­rią, która dopro­wa­dziła nas do zado­wa­la­nia innych, z oso­bi­stą odpo­wie­dzial­no­ścią za prze­rwa­nie tego wzorca? Kiedy możemy pójść na kom­pro­mis, a kiedy powin­ni­śmy twardo trzy­mać się tego, co jest naszą potrzebą? I co zro­bić, by roz­po­znać, kiedy inni ludzie prze­kra­czają nasze gra­nice, a kiedy sami je naru­szamy, dając wię­cej, niż jeste­śmy gotowi dać?

Myślę, że praw­dziwy pro­ces zdro­wie­nia tkwi w niu­an­sach. Uwa­żam rów­nież, że musimy zaak­cep­to­wać emo­cjo­nalne zniu­an­so­wa­nie pro­cesu zdro­wie­nia: ta wewnętrzna praca nie tylko da nam siłę, ale będzie też bar­dzo trudna, a cza­sem głę­boko nie­kom­for­towa. Kiedy wyry­wamy się ze szko­dli­wego wzorca zacho­wań, czę­sto boimy się o cokol­wiek pro­sić innych, nie­za­leż­nie od tego, czy te prośby są roz­sądne. Nie­rzadko czu­jemy się winni, kiedy sta­wiamy gra­nice – nawet kiedy są one konieczne. Nie­jed­no­krot­nie jeste­śmy też nie­szczę­śliwi, gdy pozosta­wiamy za sobą tok­syczne rela­cje – nawet jeśli były dla nas bar­dzo szko­dliwe.

Te trud­no­ści są nie tylko nor­malne, ale wręcz nie­uchronne. Jeśli ich nie dostrze­żemy, nie znaj­dziemy uko­je­nia – a jeśli go nie znaj­dziemy, tym więk­sze jest praw­do­po­do­bień­stwo, że wyco­famy się ze sta­wia­nia gra­nic i po raz kolejny ukry­jemy się w mil­cze­niu. To dla­tego w Prze­stań zado­wa­lać innych i znajdź w sobie siłę otrzy­ma­cie prak­tyczne narzę­dzia poma­ga­jące znor­ma­li­zo­wać i ukoić poczu­cie winy, strach, złość, nie­pew­ność i smu­tek, i wresz­cie odzy­skać moc.

Pamię­ta­cie tę wer­sję mnie sprzed lat, która stała na zatło­czo­nej bostoń­skiej ulicy, która słu­chała męż­czy­zny przy barze, która poszła na sze­reg bez­na­dziej­nych ran­dek?

Tamta ja ni­gdy w życiu nie uwie­rzy­łaby, że pew­nego dnia będzie sie­dzieć przed lap­to­pem, pisząc wstęp do książki – szcze­rze prze­ko­nana, że czasy zado­wa­la­nia innych ma już za sobą.

„To absur­dalne” – powie­dzia­łaby. „Nie­praw­do­po­dobne”.

A jed­nak to moż­liwe. Doświad­czy­łam tego w sobie; widzia­łam u setek moich klien­tów i tysięcy ludzi z całego świata, któ­rzy napi­sali do mnie: „Nie sądzi­łem(-łam), że kie­dy­kol­wiek mi się to uda, a jed­nak się udało”.

Zdro­wie­nie nie jest jed­no­ra­zowe; to dłu­go­trwały pro­ces pole­ga­jący na poświę­ca­niu czasu sobie. Za każ­dym razem, kiedy prze­no­simy uwagę z powro­tem na nasze uczu­cia, nasze pra­gnie­nia i marze­nia, zdro­wie­jemy. Za każ­dym razem, kiedy szu­kamy uko­je­nia naszego poczu­cia winy, zamiast na nie reago­wać, zdro­wie­jemy. Za każ­dym razem, kiedy mówimy gło­śno, zamiast mil­czeć, zdro­wie­jemy.

Jestem winna podzię­ko­wa­nia set­kom byłych „zado­wa­la­czy”, któ­rzy pozwo­lili mi podzie­lić się w tej książce ich histo­riami. Cho­ciaż zmie­ni­łam ich imiona, wiek i inne infor­ma­cje, które mogłyby pomóc w ich iden­ty­fi­ka­cji, gdyż chcia­łam chro­nić ich pry­wat­ność, w winie­tach znaj­dzie­cie praw­dziwe histo­rie, praw­dzi­wych ludzi z całego świata.

Mam nadzieję, że Prze­stań zado­wa­lać innych i znajdź w sobie siłę będzie wam towa­rzy­szyć, kibi­co­wać i wspie­rać was na waszej dro­dze do zerwa­nia z syn­dro­mem „zado­wa­la­cza”. To trudna praca, ale zapew­niam: naprawdę warto się jej pod­jąć.

– Hailey Magee, Seat­tle, WA

1. ZNAJDŹ SIEBIE

1. PEOPLE-PLEASING: CO TO JEST, SKĄD SIĘ BIERZE I CZEMU CHCEMY Z TYM SKOŃCZYĆ

1

PEOPLE-PLE­ASING: CO TO JEST, SKĄD SIĘ BIE­RZE I CZEMU CHCEMY Z TYM SKOŃ­CZYĆ

Syn­drom „zado­wa­la­cza” (people-ple­asing) ozna­cza cią­głe sta­wia­nie cudzych potrzeb, pra­gnień i uczuć na pierw­szym miej­scu – kosz­tem wła­snych. Jako „zado­wa­la­cze” z tru­dem sta­jemy w swo­jej obro­nie w rela­cjach z innymi ludźmi. Bar­dzo się sta­ramy, żeby inni nas lubili; trudno nam sta­wiać gra­nice, roz­po­zna­wać i opusz­czać tok­syczne śro­do­wi­ska; wcho­dzimy też w jed­no­stronne rela­cje, w któ­rych tylko dajemy, nic nie bio­rąc dla sie­bie. Czę­sto defi­niu­jemy sie­bie przez to, na ile jeste­śmy pomocni, przy­datni i wspie­ra­jący innych.

Cho­ciaż syn­drom „zado­wa­la­cza” prze­ja­wia się w naszych rela­cjach z innymi ludźmi, tak naprawdę wyra­sta z cha­otycz­nej rela­cji z samym sobą. Można o nim myśleć jak o porzu­ce­niu samego sie­bie. Wielu z nas unika speł­nia­nia swo­ich wła­snych potrzeb, nawet gdy nie ma wokół żad­nych innych ludzi; lek­ce­waży swoje emo­cje; źle się czuje we wła­snym towa­rzy­stwie; zapo­mina o zaba­wie, kre­atyw­no­ści, zachwy­cie, rado­ści i roz­ko­szy. Kiedy tra­cimy poczu­cie wła­snej war­to­ści, odda­jemy się per­fek­cjo­ni­zmowi, zawsty­dzamy się i osą­dzamy; spada nasza tole­ran­cja na stres, zdol­ność regu­lo­wa­nia emo­cji czy uspo­ka­ja­nia się; możemy nawet ulec kom­pul­sjom czy uza­leż­nie­niom, które pozwa­lają nam uciec przed emo­cjami.

Syn­drom „zado­wa­la­cza” to nie dia­gnoza ani cho­roba psy­chiczna, lecz pewien wzo­rzec zacho­wa­nia. Dla więk­szo­ści z nas nie są to zacho­wa­nia świa­dome, ale zako­rze­niony spo­sób inte­rak­cji z innymi, wtła­czany nam już od dzie­ciń­stwa. W tym roz­dziale przyj­rzymy się źró­dłom tego wzorca, temu, w jaki spo­sób wpływa on na nasze rela­cje z innymi, co różni go od życz­li­wo­ści i jak wyko­rzy­stać naszą wie­dzę, by zacząć z niego wycho­dzić.

CZTERY PORTRETY „ZADOWALACZY”

Wzo­rzec zado­wa­la­nia innych doty­czy ludzi każ­dej płci, w każ­dym wieku, każ­dego pocho­dze­nia etnicz­nego i z każ­dej klasy spo­łecz­nej, ale nie zawsze obja­wia się w ten sam spo­sób. Nie­któ­rzy z nas są pewni sie­bie i auten­tyczni w pracy, ale bierni w rela­cjach roman­tycz­nych. Inni bez trudu komu­ni­kują się z przy­ja­ciółmi, ale nie potra­fią sta­wiać gra­nic człon­kom rodziny. Jesz­cze inni czują, że sta­rają się zado­wa­lać innych w każ­dym obsza­rze życia: w pracy, rela­cjach roman­tycz­nych, przy­ja­ciel­skich i rodzin­nych, w swo­jej spo­łecz­no­ści.

Oto jak może wyglą­dać zado­wa­la­nie innych:

Tanya

Czter­dzie­sto­pię­cio­let­nia Tanya jest praw­niczką w nowo­jor­skiej kor­po­ra­cji. Na sali sądo­wej jest bez­kom­pro­mi­sowa i zawzięta, ale w rela­cjach oso­bi­stych czuje się bez­bronna i bez­silna. Nie­chęt­nie pokrywa wszel­kie wydatki swo­jego bez­ro­bot­nego part­nera, pod­czas gdy on w śli­ma­czym tem­pie szuka pracy. Co week­end jeź­dzi poza mia­sto na dłuż­szą wizytę do nie­dawno owdo­wia­łej matki, którą opi­suje jako „nar­cy­styczną i apo­dyk­tyczną”. Ma kil­koro zna­jo­mych w mie­ście, ale ich spo­tka­nia na kawę zawsze prze­kształ­cają się w sesje tera­peu­tyczne, ponie­waż kole­żanki zarzu­cają ją swo­imi oso­bi­stymi pro­ble­mami – nie wyka­zu­jąc żad­nej cie­ka­wo­ści jej życiem.

Poczu­cie obo­wiązku i żalu prze­nika wszyst­kie rela­cje Tanyi. W każ­dej z nich daje z sie­bie wię­cej, niż potrafi wziąć, jed­nak nie wie, jak prze­rwać ten sche­mat.

Aaron

Trzy­dzie­sto­pię­cio­letni Aaron jest zarę­czony, ale jego zwią­zek jest zagro­żony przez rodzinne kom­pli­ka­cje. Jego ojciec zmarł, kiedy Aaron był jesz­cze dziec­kiem. Od tam­tej pory jego rela­cja z matką, Jadą, jest bar­dzo bli­ska. Gdy tylko Jada cze­goś potrze­buje, on do niej pędzi. Kobieta dzwoni do niego kilka razy dzien­nie, żeby roz­ma­wiać o wszyst­kim – od pogody po ostatni mecz fut­bolu. Nawet kiedy Aaron idzie na randkę ze swoją narze­czoną Issą, odbiera tele­fony od matki.

Jest przy­tło­czony jej cią­głą obec­no­ścią, a Issa przy­znała, że czuje się jak piąte koło u wozu w rela­cji Aarona i Jady. Nie­stety od śmierci ojca chło­pak czuje się odpo­wie­dzialny za dobro­stan emo­cjo­nalny swo­jej matki. Chce stwo­rzyć dla sie­bie prze­strzeń, ale nie wie, jak to zro­bić – tak bar­dzo boi się, że ją zrani.

Lena

Dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nia Lena pocho­dzi z orto­dok­syj­nej rodziny żydow­skiej. Kiedy dora­stała, nie­które aspekty jej wiary zaczęły jej prze­szka­dzać – zwłasz­cza sztywny podział ról płcio­wych. I po wielu mie­sią­cach roz­wa­żań pod­jęła decy­zję o odej­ściu z Kościoła.

Świeżo wyzwo­lona z orto­dok­syj­nej wspól­noty, zauwa­żyła, jak bar­dzo ogra­ni­czało ją wycho­wa­nie, które nie pozwa­lało jej odna­leźć i pod­no­sić głosu. W sytu­acjach spo­łecz­nych Lena zawsze ma wzgląd na męż­czyzn w danej gru­pie; w sytu­acjach kon­flik­to­wych z przy­ja­ciółmi usta­wia się w pozy­cji bier­nej i uprzej­mej. Pozba­wiona prze­wod­nic­twa wspól­noty reli­gij­nej nie wie, czego chce, jakie ma marze­nia ani nawet kim naprawdę jest. Lena chce żyć według wła­snego moral­nego kom­pasu, ale nie wie, gdzie go zna­leźć.

Zoe

Nie­bi­narne, dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nie Zoe to ener­giczna, gada­tliwa osoba stu­diu­jąca teatro­lo­gię. Bez trudu nawią­zuje przy­jaź­nie; ma kalen­darz wypeł­niony spo­tka­niami, impre­zami i week­en­do­wymi przy­go­dami. Mimo licz­nych przy­ja­ciół Zoe czuje się jed­nak samotne i zasad­ni­czo nie­wi­dzialne.

Od mło­dego wieku Zoe wie, że cią­gła radość jest stra­te­gią przy­cią­ga­nia uwagi nie­obec­nych rodzi­ców, dla­tego też dzi­siaj sto­suje tę samą metodę. Jest wciąż rado­sne oraz zgodne i cho­ciaż łatwo się zaprzy­jaź­nia, rela­cje te się nie pogłę­biają. Zoe ni­gdy nie dzieli się trud­no­ściami i ni­gdy nie prosi o wspar­cie. Pra­gnie kon­taktu, chce być widziane – nie­stety chęć zado­wa­la­nia innych nie pozwala budo­wać głę­bo­kich, intym­nych rela­cji.

Choć Tanya, Aaron, Lena i Zoe mają inne doświad­cze­nia, łączy ich to, że nie potra­fią prze­mó­wić wła­snym gło­sem, oraz to, że niosą w sobie nie­speł­nione pra­gnie­nie otwar­tego wyra­że­nia sie­bie w rela­cjach. Cała czwórka chce roz­po­znać i uznać swoje uczu­cia, posta­wić zdrowe gra­nice i podej­mo­wać decy­zje, opie­ra­jąc się na wła­snych war­to­ściach i prio­ry­te­tach.

Pierw­szym kro­kiem na dro­dze do wyrwa­nia się z pętli zado­wa­la­nia innych jest zro­zu­mie­nie, w jaki spo­sób wzo­rzec ten zna­lazł się w naszym życiu. Pozwala to roz­wi­jać samo­świa­do­mość i współ­czu­cie samemu sobie, kiedy zda­jemy sobie sprawę, że wzo­rzec ten roz­wi­nął się w nas jako mecha­nizm pozwa­la­jący nam poczuć się bez­piecz­nie.

ŹRÓDŁA ZADOWALANIA INNYCH

Wzo­rzec zado­wa­la­nia innych roz­wi­jamy jako spo­sób na radze­nie sobie z naszym doświad­cze­niem w warun­kach braku wspar­cia, poczu­cia bez­pie­czeń­stwa i sta­bil­no­ści. Wielu z nas uczy się tego w dzie­ciń­stwie, kiedy pra­gnie zaznać wewnętrz­nego spo­koju lub czu­ło­ści ze strony lęko­wych, nie­do­stęp­nych czy prze­mo­co­wych opie­ku­nów. Dla grup mar­gi­na­li­zo­wa­nych – jak osoby nie­białe, LGBTQ+ czy neu­ro­aty­powe – zado­wa­la­nie innych może być także stra­te­gią prze­trwa­nia, poma­ga­jącą unik­nąć napięt­no­wa­nia, nęka­nia i prze­mocy.

Trauma

Ludzie, któ­rzy doświad­czyli traumy, są bar­dziej nara­żeni na przyj­mo­wa­nie roli „zado­wa­la­cza”. W 2003 roku psy­cho­te­ra­peuta i eks­pert od traum Pete Wal­ker roz­sze­rzył znany model reak­cji na stres fight, fli­ght or fre­eze („walka, ucieczka, zamro­że­nie”) o czwartą reak­cję: fawn („płasz­cze­nie się” czy „przy­lgnię­cie”). W obli­czu zagro­że­nia osoba reagu­jąca na czwarty ze spo­so­bów będzie sta­rała się zado­wo­lić, uspo­koić tego, kto sta­nowi jego źró­dło, lub mu się przy­po­do­bać, zamiast zawal­czyć o sie­bie, uciec czy stać się bier­nym.

Postawa płasz­cze­nia się wystę­puje szcze­gól­nie czę­sto wśród osób, które doświad­czyły prze­mocy w dzie­ciń­stwie. Wal­ker wyja­śnia, że naj­praw­do­po­dob­niej wtedy nauczyły się, że pro­te­sty prze­ciwko złemu trak­to­wa­niu tylko pogar­szały ich sytu­ację, więc „porzu­ciły moż­li­wość walki, wykre­śliły ze słow­nika słowo «nie» i ni­gdy nie wypra­co­wały zdro­wej aser­tyw­no­ści”1.

Jeśli płasz­cze­nie się pomo­gło komuś unik­nąć w dzie­ciń­stwie krzywdy, mecha­nizm ten może towa­rzy­szyć mu jesz­cze długo po tym, jak prze­stał zapew­niać bez­pie­czeń­stwo. Jako doro­śli, w obli­czu sytu­acji wywo­łu­ją­cych lęk czy nie­po­kój, osoby o podob­nych doświad­cze­niach zacho­wują się w spo­sób, który – ich zda­niem – zapewni im apro­batę: życz­li­wie i pogod­nie. Kom­ple­men­tują innych, zga­dzają się na aktyw­no­ści, które ich nie inte­re­sują. Wal­ker wyja­śnia, że ci, któ­rzy się płasz­czą, „szu­kają poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, reali­zu­jąc cudze potrzeby, speł­nia­jąc życze­nia i żąda­nia innych. Zacho­wują się tak, jakby pod­świa­do­mie wie­rzyli, że ceną za wej­ście w jaką­kol­wiek rela­cję jest rezy­gna­cja z wła­snych potrzeb, praw, pre­fe­ren­cji i gra­nic”2.

Trauma budzi rów­nież w ludziach prze­wle­kłą hiper­czuj­ność: natu­ralne staje się dla nich uważne moni­to­ro­wa­nie cudzych nastro­jów, dopa­try­wa­nie się w nich sub­tel­nych zmian i oznak zagro­że­nia. Oca­leńcy z traumy czę­sto stają się eks­per­tami w odczy­ty­wa­niu cudzych emo­cji, ale z tru­dem przy­cho­dzi im roz­po­zna­wa­nie wła­snych. Z bie­giem czasu wielu z nich cał­ko­wi­cie traci kon­takt ze swoim wewnętrz­nym świa­tem3. Dłu­go­ter­mi­nowe skutki traumy spra­wiają, że danej oso­bie coraz trud­niej jest nawią­zy­wać kon­takt ze swo­imi uczu­ciami i potrze­bami, odma­wiać i zacho­wy­wać zdrową aser­tyw­ność w sytu­acjach stre­so­wych.

Jak nas wychowywano

Zado­wa­la­nie innych nie zawsze wiąże się z traumą. Cza­sem taka postawa roz­wija się w wyniku spo­sobu, w jaki nas wycho­wano.

Nasi opie­ku­no­wie uczą nas inte­rak­cji ze świa­tem. Poka­zują nam, czy nasze emo­cje i potrzeby są akcep­to­walne; uczą, czy zasłu­gu­jemy na miłość i pod jakimi warun­kami. W latach sześć­dzie­sią­tych psy­cho­lożka kli­niczna Diana Baum­rind stwo­rzyła kla­sy­fi­ka­cję czte­rech sty­lów wycho­wa­nia, są to style: per­mi­sywny, nie­dbały, auto­ry­ta­tywny i auto­ry­tarny4. Zarówno wycho­wa­nie auto­ry­tarne, jak i per­mi­sywne może dopro­wa­dzić u dzieci do wytwo­rze­nia się wzorca zado­wa­la­nia innych.

Auto­ry­tarni rodzice są surowi, kon­tro­lu­jący i mają nie­ra­cjo­nal­nie wyso­kie ocze­ki­wa­nia wobec swo­ich dzieci5. Cho­ciaż zaspo­ka­jają ich mate­rialne potrzeby, rzadko oka­zują im czu­łość i emo­cjo­nalne wspar­cie. Auto­ry­tarni rodzice nie wyja­śniają swo­ich zasad i nie dają prze­strzeni na kom­pro­mis: ich kon­trola jest wszech­ogar­nia­jąca. Sztywne zasady w emo­cjo­nal­nie jało­wym śro­do­wi­sku spra­wiają, że wiele dzieci docho­dzi do wnio­sku, że jedy­nym spo­so­bem na to, by zyskać uzna­nie, jest robie­nie wszyst­kiego, jak należy. Ich moty­wa­cja jest zewnętrzna, dla­tego pełni nie­po­koju szu­kają poczu­cia wła­snej war­to­ści w apro­ba­cie rodzi­ców, nauczy­cieli i kole­gów. Boją się kry­tyki, więc stają się eks­tre­mal­nie kry­tyczni wobec samych sie­bie i czę­sto popa­dają w zabu­rze­nia lękowe. Wielu z nich wyra­sta na per­fek­cjo­ni­stów, któ­rzy nie pozwa­lają sobie na błędy. Tak bar­dzo sta­rają się speł­niać cudze ocze­ki­wa­nia, że trudno przy­cho­dzi im roz­po­zna­wa­nie wła­snych uczuć i pra­gnień. Cho­ciaż jako doro­śli czę­sto odno­szą wiele suk­ce­sów i są bar­dzo pra­co­wici, czę­sto zgła­szają się na tera­pię, żeby pra­co­wać nad bra­kiem aser­tyw­no­ści, poczu­ciem winy, depre­sją, zabu­rze­niami lęko­wymi oraz niskim poczu­ciem wła­snej war­to­ści.

Po prze­ciw­nej stro­nie spek­trum znaj­dują się rodzice per­mi­sywni – osoby wysoko respon­sywne emo­cjo­nal­nie, ale jed­no­cze­śnie nie­kon­se­kwentne w sta­wia­niu ocze­ki­wań, usta­la­niu zasad i egze­kwo­wa­niu efek­tów nie­od­po­wied­niego zacho­wa­nia. Nie­któ­rzy per­mi­sywni rodzice zacho­wują się raczej jak kole­dzy swo­ich dzieci niż ich opie­ku­no­wie. Dzielą się intym­nymi szcze­gó­łami ze swo­jego życia, wyma­gają od dzieci emo­cjo­nal­nego wspar­cia albo czy­nią z nich swo­ich sojusz­ni­ków pod­czas kon­flik­tów w związku. Odwró­ce­nie ról czę­sto pro­wa­dzi do paren­ty­fi­ka­cji – sytu­acji, w któ­rej dzieci przej­mują zbyt dużą odpo­wie­dzial­ność, nie­ade­kwatną do ich wieku. Dzieci te uczą się, że miłość, którą dostają, jest nagrodą za ich wspar­cie emo­cjo­nalne – taka men­tal­ność czę­sto wpływa na ich rela­cje w doro­słym życiu.

Kiedy dzieci stają się pod­porą i powier­ni­kiem swo­ich rodzi­ców, czę­sto mają trud­no­ści z kształ­to­wa­niem wła­snego poczu­cia toż­sa­mo­ści. Łatwo dostrze­gają potrzeby i uczu­cia swo­ich rodzi­ców, trud­niej – roz­po­znają wła­sne. W rezul­ta­cie doro­słe dzieci per­mi­syw­nych rodzi­ców czę­sto przyj­mują rolę wyba­wi­cieli, pomoc­ni­ków, napra­wia­czy lub męczen­ni­ków także w swo­ich doro­słych rela­cjach.

Także emo­cjo­nal­nie nie­doj­rzali opie­ku­no­wie – ci, któ­rzy nie potra­fią regu­lo­wać wła­snych emo­cji – czę­sto mają trud­no­ści z roz­po­zna­wa­niem i dostrze­ga­niem uczuć swo­ich dzieci i byciem dla nich praw­dzi­wie obec­nymi. Nie potra­fią nauczyć swo­ich dzieci, że ich doświad­cze­nia są ważne; ich wewnętrzny świat pozo­staje nie­zau­wa­żony. Dzieci emo­cjo­nal­nie nie­doj­rza­łych rodzi­ców uczą się zanie­dby­wać wła­sne uczu­cia i potrzeby, czę­sto sta­jąc się w doro­słym życiu słu­cha­czami, pomoc­ni­kami i napra­wia­czami.

Nie­stety opie­ku­no­wie także mogą zaszcze­pić w dzie­ciach potrzebę zado­wa­la­nia innych, dając taki przy­kład swoim wła­snym zacho­wa­niem. Jako dzieci uczymy się, co jest nor­mal­nym zacho­wa­niem, wła­śnie obser­wu­jąc naszych opie­ku­nów. Zwra­camy uwagę na ich maniery, decy­zje, na to, jak spę­dzają czas, oraz na to, jak trak­tują samych sie­bie i jak o sobie mówią. Jeśli mie­li­śmy opie­kuna, który był ule­gły, pasywny, poświę­ca­jący się lub nie­umie­jący wyzna­czać gra­nic, możemy nie­świa­do­mie powie­lać te zacho­wa­nia, gdy dora­stamy.

Dorastanie w cieniu uzależnienia

Cza­sem emo­cjo­nalne ogra­ni­cze­nia opie­ku­nów mogą spra­wiać, że nie są w sta­nie zapew­nić dzie­ciom wspar­cia, któ­rego te potrze­bują. Opie­ku­no­wie zma­ga­jący się z uza­leż­nie­niem – lub sku­pieni na uza­leż­nie­niu innego członka rodziny – czę­sto nie są w sta­nie zapew­nić dzie­ciom emo­cjo­nalnego opar­cia, poczu­cia obec­no­ści ani moty­wa­cji do roz­woju.

Rodziny bory­ka­jące się z uza­leż­nie­niem są zazwy­czaj sku­pione wyłącz­nie na oso­bie cho­rej. Nie­mal wszy­scy jej człon­ko­wie moni­to­rują zacho­wa­nie osoby uza­leż­nio­nej, zachę­cają ją do lecze­nia, sta­rają się radzić sobie z jej nie­kon­se­kwent­nymi nastro­jami i nie­prze­wi­dy­wal­nym zacho­wa­niem. Dzieci w takiej rodzi­nie uczą się, że ich głów­nym zada­niem jest opieka nad uza­leż­nio­nym i nie otrzy­mują wspar­cia nie­zbęd­nego do roz­po­zna­wa­nia i wyra­ża­nia swo­ich pod­sta­wo­wych uczuć oraz potrzeb. Wiele dzieci dora­sta­ją­cych w domu dotknię­tym uza­leż­nie­niem wyra­sta na hiper­nie­za­leż­nych i nad­mier­nie odpo­wie­dzial­nych doro­słych. Uwa­żają, że zasłu­gują na miłość tylko „pod warun­kiem, że mogą się przy­dać innym”6. Bada­nia wyka­zują, że doro­słe dzieci alko­ho­li­ków czują się oso­bi­ście odpo­wie­dzialne za wszel­kie nega­tywne wyda­rze­nia, które miały miej­sce w ich domach i śro­do­wi­skach pracy. Podob­nie jak w dzie­ciń­stwie uwa­żają, że powinny zarzą­dzać wszyst­kimi wokół. Obce, nawet dla sie­bie samych, doro­słe dzieci nało­gow­ców czę­sto ota­czają się oso­bami uza­leż­nio­nymi lub nie­do­stęp­nymi emo­cjo­nal­nie, nie­świa­do­mie odtwa­rza­jąc dyna­mikę z dzie­ciń­stwa.

Reakcja na normy genderowe

Dyna­mika rodzinna czę­sto sta­nowi źró­dło syn­dromu „zado­wa­la­cza”, ale istotną rolę odgry­wają rów­nież gen­de­rowe normy. Mimo istot­nych postę­pów na dro­dze do rów­no­ści mię­dzy kobie­tami a męż­czy­znami, które zostały wpro­wa­dzone w życie na prze­strzeni ostat­niego stu­le­cia, kobiety wciąż uzna­wane są w naszej kul­tu­rze za opie­kunki. Zawody mające przede wszyst­kim funk­cję opie­kuń­czą – praca socjalna, edu­ka­cyjna, pie­lę­gniar­ska – są znacz­nie czę­ściej wyko­ny­wane przez kobiety. W domach to one spę­dzają dzien­nie cztery godziny na pracy opie­kuń­czej i obo­wiąz­kach domo­wych, pod­czas gdy męż­czyźni – dwie i pół7. Psy­cho­log Mar­shall Rosen­berg pisze: „Przez całe stu­le­cia obraz kocha­ją­cej kobiety koja­rzony był z poświę­ce­niem i wyrze­ka­niem się wła­snych potrzeb po to, by opie­ko­wać się innymi. Kobiety wycho­wy­wane są tak, by opiekę nad innymi uzna­wać za swój naj­wyż­szy obo­wią­zek, dla­tego uczą się igno­ro­wać wła­sne potrzeby”8.

Nawet w rela­cjach mię­dzy­ludz­kich kobiety wciąż zachęca się – otwar­cie lub w domy­śle – do sta­wia­nia innych na pierw­szym miej­scu. Kobiety czę­ściej niż męż­czyźni stają się odpo­wie­dzialne za pracę emo­cjo­nalną – bez­płatny i nie­do­ce­niany obo­wią­zek pole­ga­jący na pod­trzy­my­wa­niu rela­cji, zarzą­dza­niu emo­cjami innych i dba­niu o ich dobre samo­po­czu­cie9. Według badań kobiety prze­pra­szają znacz­nie czę­ściej niż męż­czyźni i znacz­nie czę­ściej uznają swoje zacho­wa­nia za nie­wła­ściwe i wyma­ga­jące prze­pro­sin10. Kobiety są także czę­ściej nazy­wane „wład­czymi”, kiedy wyka­zują się aser­tyw­no­ścią i pew­no­ścią sie­bie11.

Współ­cze­śnie rza­dziej spo­ty­kamy się z otwar­tym naka­zy­wa­niem kobie­tom, by mil­czały i poświę­cały się dla innych, ale tego rodzaju normy wciąż są głę­boko zako­rze­nione w naszej kul­tu­rze. Nie zawsze wypo­wia­damy je gło­śno, jed­nak na­dal odgry­wają istotną rolę w spo­łecz­nych ocze­ki­wa­niach wobec kobiet i ocze­ki­wa­niach kobiet wobec nich samych.

Męż­czyźni mie­rzą się z innymi nor­mami gen­de­ro­wymi, które nie­stety rów­nież mogą sprzy­jać syn­dro­mowi „zado­wa­la­cza”, ponie­waż skła­niają ich do tłu­mie­nia emo­cji, nie­oka­zy­wa­nia sła­bo­ści i prze­kra­cza­nia wła­snych gra­nic. Od męż­czyzn ocze­kuje się sto­icy­zmu, emo­cjo­nal­nego chłodu i braku eks­pre­sji. Bada­nie z 2019 roku wyka­zało, że 58 pro­cent męż­czyzn uważa, iż inni ludzie spo­dzie­wają się po nich, że „będą silni emo­cjo­nal­nie i nie będą oka­zy­wać sła­bo­ści”, zaś 38 pro­cent z nich nie roz­ma­wia z innymi o uczu­ciach, żeby nie spra­wiać wra­że­nia „nie­mę­skich”12. Kary­ka­tura „męż­czy­zny bez uczuć” two­rzy dwa zasad­ni­cze pro­blemy. Po pierw­sze, wielu męż­czyzn odcina się od wła­snych uczuć i potrzeb, ponie­waż znie­chęca się ich do tego, by w ogóle je mieli. Po dru­gie, wielu męż­czyzn odcina się od innych, ponie­waż trudno jest budo­wać intymne rela­cje oparte na wza­jem­nym wspar­ciu, kiedy nie pozwa­lamy sobie na sła­bość. Wielu męż­czyzn odczuwa silną pre­sję, by w pracy prze­kra­czać wła­sne gra­nice. Mimo rosną­cego udziału kobiet w życiu zawo­do­wym wielu męż­czyzn czuje się w obo­wiązku udo­wad­niać swoją war­tość poprzez odgry­wa­nie tra­dy­cyj­nej roli żywi­ciela rodziny. Wielu z nich rezy­gnuje ze swo­ich potrzeb, takich jak odpo­czy­nek i tro­ska, zaś dążąc do ide­ału męsko­ści, prze­pra­co­wują się, co pro­wa­dzi do wyso­kiego poziomu stresu i pro­ble­mów ze snem. Normy gen­de­rowe czę­sto utrud­niają męż­czyznom akcep­ta­cję wła­snych emo­cji, budo­wa­nie intym­nych rela­cji i sza­no­wa­nie potrzeby odpo­czynku oraz spo­koju13.

Reakcja na kulturę

Zacho­wa­nie okre­ślane w jed­nej kul­tu­rze jako „zado­wa­la­nie innych” może być powszech­nie chwa­lone w innej. To, co uznaje się za zdrowy, a co za prze­sadny altru­izm, jest bowiem uwa­run­ko­wane kul­tu­rowo.

Kul­tury indy­wi­du­ali­styczne, takie jak ame­ry­kań­ska, bry­tyj­ska czy połu­dnio­wo­afry­kań­ska, skła­niają ludzi do reali­za­cji wła­snych celów, a nie cudzych14. (Cho­ciaż, jak widzie­li­śmy w poprzed­nich pod­roz­dzia­łach, kobiety i grupy mar­gi­na­li­zo­wane na­dal mie­rzą się z pre­sją spo­łeczną, która naka­zuje im poświę­cać swoje potrzeby dla innych). Kul­tury indy­wi­du­ali­styczne kładą mniej­szy nacisk na rela­cje rodzinne i gru­powe, więk­szy zaś na auto­no­mię, indy­wi­du­al­ność i samo­re­ali­za­cję. W kon­se­kwen­cji nie­któ­rzy człon­ko­wie tych kul­tur mają poczu­cie wol­no­ści i spraw­czo­ści; inni zaś czują się samotni i pozba­wieni spo­łecz­nego zako­twi­cze­nia.

Tym­cza­sem kul­tury kolek­ty­wi­styczne, takie jak Chiny, Korea, Japo­nia i Indie, zachę­cają swo­ich człon­ków, by sta­wiali na pierw­szym miej­scu grupę lub rodzinę. (Wiele zor­ga­ni­zo­wa­nych reli­gii rów­nież działa jak kul­tury kolek­ty­wi­styczne). Pod­kre­śla­jąc wagę kon­for­mi­zmu, posłu­szeń­stwa i lojal­no­ści, kul­tury kolek­ty­wi­styczne uznają więzi rodzinne i gru­powe za naj­waż­niej­sze. W kon­se­kwen­cji nie­któ­rzy ich człon­ko­wie zyskują poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i przy­na­leż­no­ści; inni czują się uwię­zieni i bez­wolni.

Nie­któ­rzy człon­ko­wie kul­tur kolek­ty­wi­stycz­nych – zwłasz­cza ci, któ­rzy emi­grują do kra­jów bar­dziej indy­wi­du­ali­stycz­nych – bole­śnie odczu­wają kon­flikt mię­dzy ide­ałami ich kul­tury a oso­bi­stym pra­gnie­niem, by na pierw­szym miej­scu posta­wić swoje potrzeby, pasje i marze­nia.

Reakcja na napiętnowanie i opresję

Dla wielu mar­gi­na­li­zo­wa­nych grup zado­wa­la­nie innych, „zmien­no­kształt­ność” i ukry­wa­nie swo­jego praw­dzi­wego ja są konieczne do prze­trwa­nia. Jeśli oto­cze­nie nauczyło cię, że ludzie tacy jak ty nie zasłu­gują na opiekę, god­ność i sza­cu­nek, to oka­zy­wa­nie sza­cunku – zwłasz­cza ludziom spra­wu­ją­cym wła­dzę – staje się spo­so­bem na to, by ochro­nić się przed krzywdą. Kiedy prze­moc wymie­rzona w człon­ków two­jej grupy jest powszechna, stra­te­gią prze­trwa­nia może być uni­ka­nie zwra­ca­nia na sie­bie uwagi i mini­ma­li­zo­wa­nie swo­jej widocz­no­ści.

Różne mar­gi­na­li­zo­wane grupy mie­rzą się z pre­sją zado­wa­la­nia innych. To sze­roki temat, który zasłu­guje na osobny roz­dział, więc temu, jak sys­te­mowa opre­sja wpływa na indy­wi­du­alne wzorce zado­wa­la­nia innych, przyj­rzymy się w roz­dziale 13.

Bezpieczeństwo jako wspólny mianownik

Cho­ciaż wzo­rzec zado­wa­la­nia innych ma wiele źró­deł, wszyst­kie łączy wspólny mia­now­nik: poszu­ki­wa­nie poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Nie musi to jed­nak koniecz­nie ozna­czać ochrony przed fizyczną krzywdą czy prze­mocą, ale także może to ozna­czać poczu­cie bez­pie­czeń­stwa w szer­szym sen­sie tego słowa:

Bez­pie­czeń­stwo spo­łeczne: „Mam poczu­cie przy­na­leż­no­ści” albo „Ludzie mnie akcep­tują”.

Bez­pie­czeń­stwo emo­cjo­nalne: „Inni znają mnie i rozu­mieją”, „Czuję się kochany(-a)”, „Coś zna­czę”.

Bez­pie­czeń­stwo mate­rialne: „Moje pod­sta­wowe potrzeby są zaspo­ko­jone”.

Być może zado­wa­la­nie innych dawało nam poczu­cie bez­pie­czeń­stwa w dzie­ciń­stwie, ale teraz, kiedy jeste­śmy spraw­czymi, nie­za­leż­nymi doro­słymi, znacz­nie sku­tecz­niej­szą stra­te­gią staje się mówie­nie wła­snym gło­sem i nie­uci­sza­nie go, by zdo­być to, czego w życiu naprawdę chcemy i potrze­bu­jemy.

People-pleasing w psychologii

Cho­ciaż syn­drom „zado­wa­la­cza” nie jest zabu­rze­niem psy­chicz­nym ani dia­gnozą, wiele szkół tera­peu­tycz­nych bada ten wzo­rzec zacho­wa­nia – pole­ga­jący na zanie­dby­wa­niu sie­bie w celu zaspo­ka­ja­nia potrzeb innych – i ofe­ruje narzę­dzia, które poma­gają się z niego uwol­nić.

Twórca tera­pii poznaw­czo-beha­wio­ral­nej Aaron Beck ukuł ter­min „socjo­tro­pia” ozna­cza­jący cechę oso­bo­wo­ści, którą cha­rak­te­ry­zuje nad­mierne sku­pie­nie na oce­nie innych i prze­sadne inwe­sto­wa­nie w rela­cje. Ludzie osią­ga­jący wyż­sze wyniki na skali socjo­tro­pii czują się zobo­wią­zani, by przy­po­do­bać się innym: są nie­aser­tywni i prze­sad­nie opie­kuń­czy, nie potra­fią uznać swo­ich potrzeb, boją się kry­tyki i odrzu­ce­nia15. Osoby socjo­tro­piczne czę­ściej cho­rują na depre­sję, a tera­pia kogni­tywna, która kwe­stio­nuje nega­tywne wzorce myślowe o sobie i o świe­cie, łago­dzi stany depre­syjne16.

Tym­cza­sem teo­ria sys­temu rodzin­nego Bowena wpro­wa­dza kon­cep­cję róż­ni­co­wa­nia: to zdol­ność roz­po­zna­wa­nia, gdzie koń­czę się ja, a gdzie zaczy­nają inni17. Ludzie wysoko zróż­ni­co­wani mają silne i nie­za­leżne poczu­cie ja, pod­czas gdy osoby mniej zróż­ni­co­wane opie­rają swoje poczu­cie toż­sa­mo­ści na apro­ba­cie oto­cze­nia18. Ludzie o niż­szym pozio­mie róż­ni­co­wa­nia zazwy­czaj sta­rają się dosto­so­wać do innych, rza­dziej odma­wiają i mają trud­no­ści z obroną wła­snego zda­nia. Tera­pia rodzinna Bowena pomaga ludziom zwięk­szyć poziom róż­ni­co­wa­nia i sta­wiać zdrowe gra­nice, aby lepiej radzili sobie w rela­cjach.

Teo­ria przy­wią­za­nia rów­nież pomaga zro­zu­mieć wzo­rzec zado­wa­la­nia innych. Zakłada, że więzi nawią­zane z opie­ku­nami w dzie­ciń­stwie mają wpływ na spo­sób, w jaki funk­cjo­nu­jemy w rela­cjach w doro­słym życiu. Opie­ku­no­wie ludzi o ambi­wa­lent­nym stylu przy­wią­za­nia byli czę­sto nie­kon­se­kwentni w reago­wa­niu na potrzeby dzieci. W doro­słym życiu stają się one nie­pewne sta­tusu swo­ich rela­cji, dążą do głęb­szej intym­no­ści i potrze­bują cią­głego potwier­dza­nia uczuć ze strony part­nera. Naj­bar­dziej ze wszyst­kiego osoby z ambi­wa­lent­nym sty­lem przy­wią­za­nia boją się porzu­ce­nia, przez co są szcze­gól­nie wyczu­lone na wszel­kie zagro­że­nia dla związku19. Napę­dzane nie­pew­no­ścią i niskim poczu­ciem wła­snej war­to­ści, spo­dzie­wają się odrzu­ce­nia i zro­bią wiele, by go unik­nąć – są gotowe poświę­cić swoje potrzeby, pra­gnie­nia i uczu­cia. Tera­pia sku­piona na przy­wią­za­niu pomaga klien­tom zro­zu­mieć ich styl przy­wią­za­nia i świa­do­mie zmo­dy­fi­ko­wać zacho­wa­nia w rela­cjach inter­per­so­nal­nych.

Mamy też tera­pię uza­leż­nień, która wpro­wa­dza kon­cep­cję współ­uza­leż­nie­nia. Ter­min „współ­uza­leż­niony”, spo­pu­la­ry­zo­wany pier­wot­nie w latach osiem­dzie­sią­tych w celu opi­sa­nia samo­po­świę­ce­nia wielu żon alko­ho­li­ków, wyewo­lu­ował i dziś odnosi się do każ­dej osoby – nie­ko­niecz­nie pozo­sta­ją­cej w rela­cji z nało­gow­cem – która chro­nicz­nie zanie­dbuje sie­bie i sta­wia innych na pierw­szym miej­scu20. Osoby współ­uza­leż­nione czę­sto mają trud­no­ści z roz­po­zna­wa­niem wła­snych uczuć, wyra­ża­niem potrzeb i podej­mo­wa­niem decy­zji; trwają zbyt długo w szko­dli­wych związ­kach oraz sądzą, że inni nie potra­fią zatrosz­czyć się o sie­bie. Pro­gram dwu­na­stu kro­ków stwo­rzony dla ano­ni­mo­wych współ­uza­leż­nio­nych (CoDA) powstał, by pomóc ludziom wyzwo­lić się ze współ­uza­leż­nie­nia: dziś ofe­ruje go wiele ośrod­ków lecze­nia uza­leż­nień.

Należy zazna­czyć, że pacjenci cier­piący na depre­sję, zabu­rze­nia lękowe, lęki spo­łeczne, a także osoby neu­ro­aty­powe rów­nież czę­sto mie­rzą się z syn­dro­mem „zado­wa­la­cza”. Cho­ciaż nie mamy dokład­nych danych na temat powszech­no­ści jego wystę­po­wa­nia, wszech­obec­ność traum, uza­leż­nień, depre­sji, zabu­rzeń lęko­wych, nie­spra­wie­dli­wo­ści spo­łecznej i innych jego źró­deł suge­ruje, że może on doty­czyć milio­nów ludzi na całym świe­cie.

Mimo że zado­wa­la­nie innych jest tak powszechne – i choć ist­nieje wiele spo­so­bów radze­nia sobie z tym pro­ble­mem – wciąż wiele osób nie chce nazwać tak swo­jego chro­nicz­nego samo­po­świę­ce­nia. Nie­któ­rzy mówią: „Wszy­scy powinni sta­wiać cudze potrzeby i uczu­cia na pierw­szym miej­scu… To po pro­stu życz­li­wość”. I mają rację: przej­mo­wa­nie się cudzymi potrze­bami i uczu­ciami jest formą życz­li­wo­ści. Ale życz­li­wość zmie­nia się w syn­drom „zado­wa­la­cza”, kiedy wciąż zanie­dbu­jemy samych sie­bie.

ŻYCZLIWOŚĆ A SYNDROM ZADOWALACZA

Pozor­nie zado­wa­la­nie innych przy­po­mina życz­li­wość. Hoj­ność, lojal­ność, współ­czu­cie i poświę­ce­nie to pod­stawa zdro­wych rela­cji. Ist­nieje jed­nak zasad­ni­cza róż­nica mię­dzy syn­dro­mem „zado­wa­la­cza” a życz­li­wo­ścią.

Psy­cho­lo­go­wie odkryli, że życz­li­wość (którą nazy­wają „zdro­wym altru­izmem”) i syn­drom „zado­wa­la­cza” (który nazy­wają „pato­lo­gicz­nym altru­izmem”) mają cał­kiem odmienne moty­wa­cje. Ta sama czyn­ność, która dla jed­nej osoby może być wyra­zem syn­dromu „zado­wa­la­cza”, dla dru­giej może być zwy­kłą życz­li­wo­ścią; wszystko zależy od tego, dla­czego jest wyko­ny­wana i czy ma ona na nas nega­tywny wpływ.

Psy­cho­lo­go­wie defi­niują pato­lo­giczny altru­izm jako „goto­wość danej osoby do nie­ra­cjo­nal­nego sta­wia­nia domnie­ma­nych potrzeb kogoś innego przed swo­imi w spo­sób, który pro­wa­dzi do wyrzą­dze­nia sobie krzywdy”21. Pato­lo­giczni altru­iści czę­sto zanie­dbują sie­bie, kon­cen­tru­jąc się na cudzym dobro­sta­nie. Bada­cze odkryli, że ich dzia­ła­nia moty­wo­wane są pra­gnie­niem zyska­nia apro­baty i lękiem przed porzu­ce­niem.

U źró­dła syn­dromu „zado­wa­la­cza” leżą:

Trans­ak­cyj­ność: „Daję ci to, więc ty dasz mi coś w zamian”.

Poczu­cie obo­wiązku: „Robię to, bo w prze­ciw­nym razie miał(a)bym poczu­cie winy”.

Kom­pul­sja: „Robię to, bo nie wiem, jak tego nie robić”.

Lęk przed porażką: „Robię to, bo boję się, że cię stracę”.

W wielu przy­pad­kach wzo­rzec ten oparty jest na nie­wy­po­wie­dzia­nej zgo­dzie czy domnie­ma­nej umo­wie: „Będę prze­kra­czać dla cie­bie wła­sne gra­nice, a w zamian poczuję, że mnie kochasz, pra­gniesz i potrze­bu­jesz”. Pro­blem polega na tym, że druga strona nie pod­pi­sała tej umowy. Być może dajesz jej zbyt wiele lub nie­ustan­nie speł­niasz jej potrzeby, wie­rząc, że w ten spo­sób poczuje się zobli­go­wana do odwza­jem­nie­nia upra­gnio­nej miło­ści i uwagi. Ta trans­ak­cyjna men­tal­ność spra­wia, że w naszych rela­cjach poja­wia się nie­wi­dzialny dług.

Kiedy zado­wa­la­cze dają zbyt wiele innym, czują się czę­sto wykoń­czeni, sfru­stro­wani i roz­ża­leni. Kiedy inni nie reagują na to, co im dajemy, potra­fimy ich nawet demo­ni­zo­wać, okre­śla­jąc „nie­grzecz­nymi”, „ego­istycz­nymi”, twier­dząc, że nas wyko­rzy­stują. W kon­se­kwen­cji odda­lamy się od ludzi, któ­rym pró­bu­jemy „pomóc”.

Gwen wypro­wa­dza się z miesz­ka­nia. Wie­czo­rem, dzień przed prze­pro­wadzką, pisze do swo­jej przy­ja­ciółki Hazel, czy ta pomoże jej następ­nego dnia. Kiedy Hazel otrzy­muje wia­do­mość, natych­miast czuje się przy­tło­czona: ma w pracy deadline, a wie­czór zapla­no­wała już ze zna­jo­mymi. Naprawdę nie ma czasu, ale będzie czuła się winna, jeśli odmówi Gwen; do tego nie chce wypaść z jej łask. Zga­dza się więc i odpi­suje, że przyj­dzie do niej następ­nego dnia o dzie­sią­tej rano.

Hazel stre­suje się i zło­ści przez resztę nocy. „Nikt nie powi­nien pro­sić o coś takiego z tak małym wyprze­dze­niem” – myśli. „Nie mogę uwie­rzyć, że spę­dzę jutrzej­szy pora­nek, nosząc pudła, zamiast pra­co­wać!”

Zgoda Hazel nie wynika z życz­li­wo­ści, ale z syn­dromu „zado­wa­la­cza”: zga­dza się pomóc z poczu­cia obo­wiązku („Jeśli odmó­wię, będę się czuła winna”) i lęku przed stratą („Nie chcę wypaść z łask Gwen”). Jak zoba­czymy w następ­nej czę­ści książki, żal, który Hazel czuje po pod­ję­ciu decy­zji, jest wyraźną wska­zówką, że prze­kro­czyła swoje gra­nice.

Życzliwość i zdrowy altruizm

Psy­cho­lo­go­wie defi­niują zdrowy altru­izm jako zdol­ność do „doświad­cza­nia trwa­łej i rela­tyw­nie mało kon­flik­to­gen­nej przy­jem­no­ści za sprawą przy­czy­nia­nia się do dobra innych”22. Altru­iści potra­fią jed­no­cze­śnie dostrze­gać wła­sne potrzeby i dążyć do tego, by uczy­nić życie innych lep­szym – nie poświę­ca­jąc przy tym wła­snego dobro­stanu23. Bada­nia wyka­zują, że zdrowy altru­izm moty­wo­wany jest pra­gnie­niem nowych doświad­czeń i roz­woju oso­bi­stego24.

U źró­dła życz­li­wo­ści leżą:

Pra­gnie­nie: „Chcę ci to dać”.

Dobra wola: „Chcę popra­wić jakość two­jego życia, bo mi na tobie zależy”.

Wybór: „Nie muszę tego robić – chcę to zro­bić”.

Obfi­tość: „Daję ci to, bo mam tego wystar­cza­jąco dużo”.

Kiedy życz­li­wość leży u pod­staw naszego altru­izmu, z wła­snej woli decy­du­jemy się powie­dzieć „tak”, cho­ciaż mogli­by­śmy powie­dzieć „nie”. Nie spo­dzie­wamy się niczego w zamian. Nasza hoj­ność nie jest moty­wo­wana cudzymi reak­cjami, ale wewnętrzną satys­fak­cją, która poja­wia się, gdy dzia­łamy w zgo­dzie ze swo­imi war­to­ściami. Co istotne: spo­sób, w jaki zacho­wu­jemy się publicz­nie, odpo­wiada naszym uczu­ciom. Dzie­le­nie się z innymi bywa męczące także i w takiej sytu­acji, ale obok zmę­cze­nia poja­wiają się zazwy­czaj takie uczu­cia jak: radość, życz­li­wość i bli­skość.

Po wysła­niu wia­do­mo­ści do Hazel Gwen napi­sała rów­nież do swo­jego przy­ja­ciela Gabriela z prośbą o pomoc. Gabriel zer­k­nął do kalen­da­rza, żeby spraw­dzić, czy znaj­dzie czas następ­nego dnia. Jak dotąd zapla­no­wany miał tylko tre­ning koszy­kówki o pięt­na­stej – wcze­śniej chęt­nie pomoże. Gabriel odpo­wiada: „Tak – mam czas do 14.45. Przy­jadę cię­ża­rówką o 10.00!”.

Gabriel czuje satys­fak­cję: zgo­dził się pomóc przy­ja­ciółce w potrze­bie. Jego zgoda wyni­kała z pra­gnie­nia („Chcę pomóc Gwen”) i moż­li­wo­ści wyboru („Nie muszę tego robić – chcę to zro­bić”). Jako że zgo­dził się zro­bić tylko tyle, ile był w sta­nie i na ile miał czas, jego dzia­ła­nia nie wpłyną na niego nega­tyw­nie. Zacho­wał się życz­li­wie i nie pró­bo­wał się przy­po­do­bać. Pato­lo­giczny i zdrowy altru­izm róż­nią się zarówno pod wzglę­dem moty­wa­cji, jak i zakresu oso­bi­stej krzywdy. Psy­cho­lo­go­wie Scott Barry Kauf­man i Ema­nuel Jauk zachę­cają ludzi, któ­rzy chcie­liby porzu­cić altru­izm pato­lo­giczny na rzecz zdro­wego, by zwięk­szyli swój poziom „zdro­wego ego­izmu”, ponie­waż zakłada on, że „tro­ska o sie­bie i małe, życiowe przy­jem­no­ści pomaga w roz­woju”25. W roz­dziale dru­gim zasta­no­wimy się, jak naj­le­piej się o sie­bie zatrosz­czyć.

JAK SZKODZI NAM SYNDROM „ZADOWALACZA”

Jeden przy­pa­dek prze­kra­cza­nia swo­ich gra­nic, by kogoś zado­wo­lić – pomoc w prze­pro­wadzce kole­żanki, kiedy nie mamy czasu – nie wyrzą­dzi nam wiel­kiej krzywdy. Na dłuż­szą metę jed­nak te drobne akty samo­za­nied­ba­nia kumu­lują się i nega­tyw­nie wpły­wają na nasze samo­po­czu­cie, rela­cje oraz plany na przy­szłość.

Po latach zado­wa­la­nia innych sta­jemy się obcy dla samych sie­bie, jeste­śmy czujni na nastroje i uczu­cia oto­cze­nia oraz żało­śnie odsu­nięci od wła­snych. Kiedy inni ludzie pytają nas, czego chcemy lub o czym marzymy, oka­zuje się, że sami nie mamy poję­cia. Zamiast pro­jek­to­wać wła­sne życie, sta­jemy się lustrami, które odbi­jają cudze pra­gnie­nia.

Cią­głe sta­wia­nie innych na pierw­szym miej­scu pozo­sta­wia nam zbyt mało czasu i ener­gii, żeby zatrosz­czyć się o sie­bie, a w kon­se­kwen­cji cierpi nasze zdro­wie fizyczne i psy­chiczne. Cza­sem zanie­dbu­jemy potrzeby mające wpływ na nasze zdro­wie, takie jak odżyw­cza dieta czy wizyty u leka­rza. Rezy­gnu­jemy też z potrzeb finan­so­wych, kiedy godzimy się poży­czyć pie­nią­dze, któ­rych sami nie mamy. Albo z potrzeb emo­cjo­nal­nych, gdy wcho­dzimy w rela­cje z part­ne­rami czy przy­ja­ciółmi nie­do­stęp­nymi emo­cjo­nal­nie. Takie zanie­dba­nia mają swoje kon­se­kwen­cje. Tłu­mie­nie emo­cji pro­wa­dzi do lęków, depre­sji i stresu. Bada­nia dowo­dzą, że tłu­mie­nie emo­cji może pro­wa­dzić do zabu­rzeń psy­chicz­nych, zwięk­szać ryzyko cho­rób serca, pro­ble­mów żołąd­kowo-jeli­to­wych oraz scho­rzeń auto­im­mu­no­lo­gicz­nych26.

Kiedy sku­piamy się na zado­wa­la­niu innych, nie pozwa­lamy sobie na budo­wa­nie praw­dzi­wej intym­no­ści w rela­cjach. A ta wymaga, byśmy poka­zali się tacy, jacy naprawdę jeste­śmy. Tym­cza­sem syn­drom „zado­wa­la­cza” działa jak maska, ukry­wa­jąc nasze auten­tyczne potrzeby i emo­cje. Jeste­śmy rado­śni i nie­fra­so­bliwi, do tego zawsze mówimy „tak”. Nie skar­żymy się, kiedy nas ktoś zrani, i nie mówimy szcze­rze o swo­ich potrze­bach. Cho­ciaż taki spo­sób inte­rak­cji chwi­lowo łago­dzi kon­flikty, jed­nak nie sprzyja budo­wa­niu głęb­szej intym­no­ści. Im bar­dziej sta­ramy się zado­wo­lić innych, tym bole­śniej odczu­wamy naszą nie­wi­dzial­ność.

Dla wielu zado­wa­la­nie oto­cze­nia jest rów­nież źró­dłem gniewu. Wyra­sta on z faktu, że – podob­nie jak Hazel – nie potra­fimy sta­wiać gra­nic. Czę­sto ocze­ku­jemy, że inni ludzie po pro­stu zauważą nasze potrzeby, uczu­cia i gra­nice, nawet jeśli ni­gdy ich nie zako­mu­ni­ko­wa­li­śmy. Zamiast odmó­wić, kiedy jeste­śmy zbyt zajęci, zga­dzamy się na kolejne przy­sługi; uśmie­chamy się, cho­ciaż kur­czymy się w sobie. „Powinni wie­dzieć, że jestem zajęty!” Zamiast otwar­cie powie­dzieć, że czu­jemy się zra­nieni, pie­lę­gnu­jemy w sobie ból, myśląc: „Powinni wie­dzieć, jak się czuję!”. Zamiast popro­sić o pomoc, kiedy jej potrze­bu­jemy, cier­pimy i fru­stru­jemy się, kiedy inni nam jej nie pro­po­nują. Myślimy: „Powinni prze­cież wie­dzieć, czego potrze­buję!”. Zamiast powie­dzieć, jak bar­dzo zależy nam na tym, by ktoś się nami zaopie­ko­wał, sta­wiamy naszym bli­skim nie­wy­po­wie­dziane wyma­ga­nia i zło­ścimy się, kiedy ich nie speł­niają: „Powinni wie­dzieć, jak się o mnie zatrosz­czyć!”.

W ten spo­sób prze­no­simy odpo­wie­dzial­ność za nasze potrzeby i uczu­cia na innych ludzi. Nie­wy­po­wie­dziane ocze­ki­wa­nia sta­wiają naszych krew­nych, part­ne­rów i przy­ja­ciół na stra­co­nej pozy­cji: oble­wają egza­miny, o któ­rych nie mają nawet poję­cia.

Nie­stety, takie wzorce zacho­wań wywo­łują efekt domina – nie­świa­do­mie uczymy innych postawy „zado­wa­la­cza”. Wielu z nas zna ten efekt aż nazbyt dobrze, bo obser­wo­wa­li­śmy samo­po­świę­ce­nie i wyrze­cze­nia naszych opie­ku­nów. Nie­za­leż­nie od tego, czy jeste­śmy rodzi­cami, sze­fami, przy­wód­cami naszych spo­łecz­no­ści – bywamy wzor­cami dla wielu ludzi. Naszym zacho­wa­niem uczymy ich, jak się cenić, jak wyra­żać swoje uczu­cia, czego ocze­ki­wać w rela­cjach z innymi oraz na co się w nich godzić. Możemy stać się wzor­cem syn­dromu „zado­wa­la­cza”, samo­po­świę­ce­nia i ule­gło­ści albo pew­no­ści sie­bie, umie­jęt­no­ści sta­wa­nia we wła­snej obro­nie i sza­cunku do samego sie­bie.

CZAS NA ZMIANĘ

Jeśli czy­tasz tę książkę, praw­do­po­dob­nie podej­rze­wasz już, że koszty zado­wa­la­nia innych prze­wa­żają nad korzy­ściami. Praw­do­po­dob­nie masz dość bycia kimś nie­wi­dzial­nym, nie­wy­słu­cha­nym, odsu­nię­tym od sie­bie i innych. Praw­do­po­dob­nie masz już dość życia w rytm kapry­sów, nastro­jów oraz pra­gnień innych ludzi.

Masz w sobie goto­wość, by wziąć życie w swoje ręce. By zagrać główną rolę we wła­snej histo­rii. Chcesz czuć siłę, wol­ność i zacząć się sza­no­wać. Chcesz odkryć swoją moc.

Zro­zu­mie­nie przy­czyn syn­dromu „zado­wa­la­cza” to fun­da­men­talny pierw­szy krok do wyrwa­nia się ze szko­dli­wego wzorca. Aby jed­nak zmiana była moż­liwa, samej wie­dzy muszą towa­rzy­szyć kon­kretne dzia­ła­nia i prak­tyka. Dla­tego w mojej książce pro­po­nuję podej­ście oparte na dzia­ła­niu, ugrun­to­wane w wie­dzy nauko­wej i psy­cho­lo­gicz­nej, które zapew­nia prak­tyczne narzę­dzia pozwa­la­jące prze­nieść się z miej­sca, w któ­rym jesteś teraz, do tego, w któ­rym chcesz się zna­leźć.

Najgłębsza przyczyna

Porzu­ce­nie syn­dromu „zado­wa­la­cza” to przed­się­wzię­cie trudne, ale obie­cu­jące dużą nagrodę. Z początku warto roz­po­znać swoją „naj­głęb­szą przy­czynę”: naj­waż­niej­szy, naj­bar­dziej poru­sza­jący powód, dla któ­rego roz­po­czy­nasz tę podróż. Jeśli towa­rzy­szą ci strach, nie­pew­ność i zwąt­pie­nie, wów­czas naj­głęb­sza przy­czyna będzie twoją Gwiazdą Polarną, która pokaże ci drogę.

Chcąc ją poznać, zadaj sobie pyta­nie: jaki jest naj­waż­niej­szy powód, dla któ­rego chcę wyrwać się z tego wzorca? Jaką mam wizję sie­bie? Dla kogo chcę być auto­ry­te­tem?

Zada­łam te pyta­nia tysiącom uczest­ni­ków moich warsz­ta­tów. Piękno ich odpo­wie­dzi zawsze mnie zaska­kuje. Odpo­wie­dzieli na przy­kład tak:

„Chcę być wzo­rem do naśla­do­wa­nia dla moich dzieci. Chcę, żeby miały matkę, którą sza­nują. Marzę o tym, by potra­fiły mówić w swoim imie­niu, budo­wać zdrowe rela­cje i sta­wiać gra­nice”.

„Mam dość bycia cie­niem. Ni­gdy nie czu­łam, żeby cokol­wiek w moim życiu naprawdę nale­żało do mnie. Jestem gotowa to zmie­nić. Chcę poczuć, że żyję życiem, które sama wybra­łam, a nie takim, które wybrali za mnie inni”.

„Chcę roz­wi­nąć w sobie aser­tyw­ność i siłę, któ­rych potrze­buję, by reali­zo­wać marze­nia. Mam nie­sa­mo­witą wizję firmy, którą chcę stwo­rzyć, ale wciąż bra­kuje mi pew­no­ści sie­bie, żeby ją urze­czy­wist­nić. Chcę zbu­do­wać biz­nes i być dumna ze swo­ich osią­gnięć. Chcę zro­bić wszystko, co w mojej mocy, by mi się udało”.

„Pocho­dzę z dłu­giej linii kobiet, które się poświę­cały. Nie­które tkwiły w prze­mo­co­wych związ­kach. Inne po pro­stu ni­gdy nie odwa­żyły się reali­zo­wać swo­ich marzeń. Serce mi się kraje, gdy myślę o wszyst­kich kobie­tach w mojej rodzi­nie, któ­rych głosu ni­gdy nie usły­szano. Chcę prze­rwać ten mię­dzy­po­ko­le­niowy ciąg mil­cze­nia kobiet. Chcę stwo­rzyć nową drogę”.

Jaki jest twój naj­głęb­szy powód? Zapisz go sobie i pamię­taj o nim, kiedy wkro­czysz na drogę do odkry­cia sie­bie. Gdy poja­wią się trud­no­ści, będziesz mieć przy sobie coś, co ci przy­po­mni, że porzu­ce­nie syn­dromu „zado­wa­la­cza” może rady­kal­nie zmie­nić twoje życie – i życie tych, któ­rych kochasz.

2. ODNAJDŹ SWOJE UCZUCIA

2

ODNAJDŹ SWOJE UCZU­CIA

Jako „zado­wa­la­cze”, po latach sta­wia­nia na pierw­szym miej­scu cudzych potrzeb, uczuć i pra­gnień, czę­sto zapo­mi­namy o sobie samych – kosz­tem wła­snego dobro­stanu. Z tej przy­czyny pierw­szym kro­kiem na dro­dze do prze­rwa­nia tego wzorca nie jest sta­wia­nie gra­nic ani gło­śny pro­test, lecz powrót do rela­cji z samym sobą, tak byśmy potra­fili obro­nić się w kon­tak­tach z oto­cze­niem.

Ważne jest, żeby zadać sobie pyta­nia:

Jak mamy doma­gać się speł­nie­nia naszych potrzeb, skoro ich nie znamy?

Jak mamy mówić prawdę o sobie, jeśli nie wiemy, co czu­jemy?

Jak mamy sta­wiać gra­nice, żeby się chro­nić, skoro jeste­śmy ode­rwani od naszego „ja”, któ­rego mie­li­by­śmy bro­nić?

Dla­tego też w czę­ści pierw­szej przed­sta­wiam mapę, która pokie­ruje nas do pię­ciu fun­da­men­tów: naszych uczuć, potrzeb, pra­gnień, war­to­ści i samo­świa­do­mo­ści. Po latach zanie­dbań sta­wia­nie tych pię­ciu prio­ry­te­tów na pierw­szym miej­scu nie tylko nas uzdra­wia, ale jest też konieczne, by w rela­cjach z innymi dać wię­cej z sie­bie.

Uczu­cia są naszym pierw­szym punk­tem odnie­sie­nia, ponie­waż poja­wiają się w ciele nawet wtedy, gdy nasz umysł nauczył się je igno­ro­wać. Ich gwał­towna, cie­le­sna natura spra­wia, że sta­no­wią dobry punkt wyj­ścia do nauki wglądu w sie­bie. Nasze uczu­cia są jak kom­pas, który wska­zuje nam kie­ru­nek potrzeb, pra­gnień i war­to­ści; sta­no­wią pod­stawę, na któ­rej zbu­du­jemy pozo­stałe cztery fun­da­menty.

W tym roz­dziale przyj­rzymy się, jak czę­sto bro­nimy się przed wła­snymi uczu­ciami. Omó­wimy, jak wyko­rzy­stać ciało jako narzę­dzie do ich roz­po­zna­wa­nia. Zasta­no­wimy się, jak zwięk­szyć tole­ran­cję na trudne emo­cje, i stwo­rzymy wspie­ra­jącą, codzienną prak­tykę powrotu do sie­bie – nawet wtedy, gdy wydaje się to dziwne i obce.

HISTORIA KAYLEIGH

Czter­dzie­sto­ośmio­let­nia Kay­le­igh zaczyna naszą sesję od przed­sta­wie­nia mi szcze­gó­ło­wej listy pro­ble­mów wszyst­kich ludzi wokół niej. Jej mąż Dave jest zestre­so­wany zbli­ża­ją­cym się deadline’em; jej córka Casey miała trud­no­ści w adap­ta­cji na pierw­szym roku stu­diów; jej matka Ruth została nie­dawno zwol­niona z nauczy­ciel­skiego sta­no­wi­ska w pod­sta­wówce; jej ojciec Paul stop­niowo traci słuch.

„Wszy­scy prze­cho­dzą trudny czas” – tłu­ma­czy Kay­le­igh. „To powinny być złote lata moich rodzi­ców, a tym­cza­sem mają pro­blemy w pracy i ze zdro­wiem. A Casey naprawdę ma kło­poty na stu­diach. Cie­szyła się z wyjazdu, ale teraz marzy tylko o tym, żeby wró­cić do domu”.

Kiwam głową, sły­sząc empa­tię w jej gło­sie.

„Rze­czy­wi­ście, to dużo trud­no­ści naraz” – przy­znaję. „Jak sobie radzisz z tym wszyst­kim?”

„Och, u mnie wszystko w porządku” – odpo­wiada Kay­le­igh auto­ma­tycz­nie, macha­jąc ręką na moje pyta­nie, jakby odga­niała iry­tu­ją­cego komara. „Mar­twię się o nich” – pod­kre­śla, zgrab­nie zmie­nia­jąc kie­ru­nek naszej roz­mowy, tak byśmy nie wkra­czały na nie­kom­for­towe tery­to­rium jej emo­cji.

„U mnie wszystko w porządku” to ulu­biony refren Kay­le­igh. Podob­nie jak wielu „zado­wa­la­czy” jest tą silną, tą, która sobie pora­dzi nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści. Klienci tacy jak Kay­le­igh uwa­żają przy­zna­nie się do wła­snego cier­pie­nia za wyraz sła­bo­ści, a nawet ego­izmu.

„Wiem, jak bar­dzo zależy ci na rodzi­nie” – mówię ze zro­zu­mie­niem. „Ale tutaj sku­piamy się na tobie”.

Kay­le­igh prze­wraca oczami. Już to ode mnie sły­szała.

„Wiem, wiem” – pry­cha. „Po pro­stu moje uczu­cia wydają się niczym w porów­na­niu z prze­ży­ciami bli­skich”.

Kiwam głową i mówię: „Może zro­bimy tak: kiedy nasza sesja dobie­gnie końca, sku­pisz się z powro­tem na cudzych uczu­ciach. Ale teraz przez pół godziny daj sobie pozwo­le­nie na to, by wej­rzeć w sie­bie i zadać sobie pyta­nie: jak czuję się z tym, że to zawsze ja wspie­ram wszyst­kich w ich kło­po­tach?”. Kay­le­igh bie­rze głę­boki oddech. Przez kilka minut mil­czy, sku­piona na nie­zna­nym tery­to­rium swo­ich emo­cji. „Yyy… Sama nie wiem” – mówi wresz­cie.

Wyczu­wam, że zaczyna się fru­stro­wać. Dla „zado­wa­la­czy” próba uzy­ska­nia kon­taktu ze swo­imi emo­cjami bywa jak wpa­try­wa­nie się w brudną krysz­ta­łową kulę. Oczy­wi­ście zależy mi, żeby wie­działa, że to cał­kiem nor­malne.

„Na początku dostro­je­nie się do sie­bie bywa trudne. Nie ma pośpie­chu” – uspo­ka­jam ją. „Na spo­koj­nie zasta­nów się nad tym, co zauwa­żasz”.

Kay­le­igh znów mil­czy. Mija dzie­sięć sekund. Nagle wybu­cha: „Jestem smutna! I zmę­czona!”. Kiedy jej słowa prze­ci­nają ciszę, przez chwilę sama wydaje się nimi zasko­czona. „Kocham moją rodzinę – uwiel­biam męża, córkę i rodzi­ców – ale cza­sem mam dość i też czuję ból”.

Nabiera tempa: „Boję się sta­ro­ści moich rodzi­ców. Przy­kro mi, że zosta­li­śmy teraz z Dave’em w pustym gnieź­dzie. I, szcze­rze mówiąc, czuję się… samotna. Nie tak dosłow­nie – bo Dave jest ze mną w domu – ale emo­cjo­nal­nie. Chcę poczuć, że ktoś naprawdę jest w tym wszyst­kim ze mną. Nie zno­szę być z tym wszyst­kim sama”.

Wypusz­cza powie­trze. Po jej policzku spływa łza.

Dając sobie pozwo­le­nie na wej­rze­nie w sie­bie, Kay­le­igh zro­biła zna­czący krok: przed chwilą „nie znała” swo­ich emo­cji, a teraz okre­śliła ich cał­kiem sporo: ból, lęk, smu­tek, samot­ność. Choćby na chwilę dała sobie pozwo­le­nie na to, by prze­stać być tą osobą, która zawsze wszystko za wszyst­kich zor­ga­ni­zuje.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Pete Wal­ker, Code­pen­dency, Trauma, and the Fawn Response, Janu­ary 2003, https://pete-wal­ker.com/code­pen­den­cy­Fawn­Re­sponse.htm. [wróć]

Pete Wal­ker, The 4Fs: A Trauma Typo­logy in Com­plex PTSD, 2023, data dostępu: 5 wrze­śnia 2023, http://pete-wal­ker.com/fourFs_TraumaTypo­logyCom­plexPTSD.htm. [wróć]

Tian Day­ton, Emo­tio­nal Sobriety: From Rela­tion­ship Trauma to Resi­lience and Balance, Deer­field Beach, FL: Health Com­mu­ni­ca­tions, 2008, s. 79. [wróć]

Diana Baum­rind, Child Care Prac­ti­ces Ante­ce­ding Three Pat­terns of Pre­school Beha­vior, Gene­tic Psy­cho­logy Mono­gra­phs 75, no. 1, Febru­ary 1, 1967, s. 43–88. [wróć]

Edward Tey­ber, Faith Hol­mes Tey­ber, Inter­per­so­nal Pro­cess in The­rapy: An Inte­gra­tive Model, Boston: Cen­gage Lear­ning, 2010, s. 201. [wróć]

Cathy W. Hall i Ray­mond E. Webster, Risk Fac­tors among Adult Chil­dren of Alco­ho­lics, Inter­na­tio­nal Jour­nal of Beha­vio­ral Con­sul­ta­tion and The­rapy 3, no. 4, Janu­ary 1, 2007, s. 494–511. [wróć]

Gus Weze­rek i Kri­sten R. Ghod­see, Opi­nion: Women’s Unpaid Labor Is Worth $10,900,000,000,000, New York Times, August 11, 2020, https://www.nyti­mes.com/inte­rac­tive/2020/03/04/opi­nion/women-unpaid-labor.html. [wróć]

Mar­shall B. Rosen­berg i Deepak Cho­pra, Nonvio­lent Com­mu­ni­ca­tion: A Lan­gu­age of Life: Life-Chan­ging Tools for Heal­thy Rela­tion­ships, Enci­ni­tas, CA: Pud­dle­Dan­cer Press, 2015, s. 84. [wróć]

Britni De La Cre­taz, How to Get Your Part­ner to Take on More Emo­tio­nal Labor, New York Times, May 8, 2020, https://www.nyti­mes.com/article/emo­tio­nal-labor.html. [wróć]

Karina Schu­mann i Michael Ross, Why Women Apo­lo­gize More than Men, Psy­cho­lo­gi­cal Science 21, no. 11, Sep­tem­ber 20, 2010, s. 1649–55. [wróć]

Alice Robb, She­ryl Sand­berg Is Right about the Word ‘Bossy’.This Data Pro­ves It, New Repu­blic, March 19, 2014, https://new­re­pu­blic.com/article/117076/she­ryl-sand­bergs-ban-bossy-cam­pa­ign-right-about-one-thing. [wróć]

Kelly Gon­sa­lves, Study Shows Men Still Feel Jud­ged When They Talk about Their Feelings, Mind­Bo­dy­Green, Octo­ber 16, 2019, https://www.mind­bo­dy­green.com/artic­les/men-think-expres­sing-emo­tions-thre­atens-mascu­li­nity-study-shows. [wróć]

Nick Boet­t­cher et al., Men’s Work-Rela­ted Stress and Men­tal Health: Illu­stra­ting the Wor­kings of Mascu­line Role Norms, Ame­ri­can Jour­nal of Men’s Health 13, no. 2, March 1, 2019, 155798831983841. [wróć]

Sjo­erd Beu­gels­dijk i Chri­stian Welzel, Dimen­sions and Dyna­mics of Natio­nal Cul­ture: Syn­the­si­zing Hofstede with Ingle­hart, Jour­nal of Cross-Cul­tu­ral Psy­cho­logy 49, no. 10 (Octo­ber 2, 2018), s. 1469–1505. [wróć]

Aaron Beck, Cogni­tive The­rapy of Depres­sion: New Per­spec­ti­ves, w: Tre­at­ment of Depres­sion: Old Con­tro­ver­sies and New Appro­aches, red. Paula J. Clay­ton i James Elmer Bar­rett, Phi­la­del­phia: Lip­pin­cott Wil­liams & Wil­kins, 1983, s. 265–84. [wróć]

Peter Bie­ling, Aaron T. Beck, Gre­gory K. Brown, Sta­bi­lity and Change of Socio­tropy and Auto­nomy Sub­sca­les in Cogni­tive The­rapy of Depres­sion, Jour­nal of Cogni­tive Psy­cho­the­rapy 18, no. 2 (April 1, 2004), s. 135–48. [wróć]

Diane R. Gehart, Inter­ge­ne­ra­tio­nal and Psy­cho­ana­ly­tic Family The­ra­pies, w: Maste­ring Com­pe­ten­cies in Family The­rapy: A Prac­ti­cal Appro­ach to The­ory and Cli­ni­cal Case Docu­men­ta­tion (Boston: Cen­gage Lear­ning, 2017), s. 263–309. [wróć]

Intro­duc­tion to the Eight Con­cepts, Bowen Cen­ter for the Study of the Family, data dostępu: 5 wrze­śnia 2023, https://www.the­bo­wen­cen­ter.org/intro­duc­tion-eight-con­cepts. [wróć]

Jef­fry A. Simp­son i W. Ste­ven Rho­les, Adult Attach­ment, Stress, and Roman­tic Rela­tion­ships, Cur­rent Opi­nion in Psy­cho­logy 13 (Febru­ary 1, 2017), s. 19–24. [wróć]

Car­rie A. Sprin­ger, Tho­mas W. Britt, i Barry R. Schlen­ker, Code­pen­dency: Cla­ri­fy­ing the Con­struct, Jour­nal of Men­tal Health Coun­se­ling 20, no. 2 (April 1, 1998): s. 141–58. [wróć]

Rachel Bach­ner-Mel­man i Bar­bara Oakley, Giving ‘Till It Hurts’: Eating Disor­ders and Patho­lo­gi­cal Altru­ism, w: Bio-Psy­cho-Social Con­tri­bu­tions to Under­stan­ding Eating Disor­ders, red. Yael Lat­zer and Daniel Stein (New York: Sprin­ger, 2016), s. 91–103. [wróć]

Beth J. Seelig i Lisa S. Rosof, Nor­mal and Patho­lo­gi­cal Altru­ism, Jour­nal of the Ame­ri­can Psy­cho­ana­ly­tic Asso­cia­tion 49, no. 3 (Sep­tem­ber 1, 2001), s. 933–59. [wróć]

Scott Barry Kauf­man i Ema­nuel Jauk, Heal­thy Sel­fi­sh­ness and Patho­lo­gi­cal Altru­ism: Measu­ring Two Para­do­xi­cal Forms of Sel­fi­sh­ness, Fron­tiers in Psy­cho­logy 11 (May 21, 2020), https://doi.org/10.3389/fpsyg.2020.01006. [wróć]

Bach­ner-Mel­man i Oakley: op.cit. [wróć]

Kauf­man i Jauk, op.cit. [wróć]

Mostafa Bah­re­mand et al., Emo­tion Risk-Fac­tor in Patients with Car­diac Dise­ases: The Role of Cogni­tive Emo­tion Regu­la­tion Stra­te­gies, Posi­tive Affect and Nega­tive Affect (A Case-Con­trol Study), Glo­bal Jour­nal of Health Science 8, no. 1 (May 17, 2015), s. 173. [wróć]