Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
158 osób interesuje się tą książką
Miała już swój plan na święta, ale życie postanowiło napisać go za nią od nowa.
Ida marzy o własnej cukierni. Tuż przed świętami los daje jej szansę, by mogła spełnić swoje pragnienie. Stawia również na jej drodze odnoszącego sukcesy dyrektora banku, Piotra, który właśnie odkrywa, że jest ojcem dziesięcioletniego chłopca.
W ten sposób świąteczny zbieg okoliczności szybko zaczyna zmieniać życie ich obojga. Wśród zapachu cynamonu, słodkich wypieków i bożonarodzeniowej atmosfery pojawia się uczucie, którego żadne z nich się nie spodziewało.
Bo czasami wystarczy jeden niespodziewany gość, by nasze życie całkowicie się zmieniło.
A największym prezentem pod choinką okazuje się… miłość.
Przeczytaj, poczuj i… posmakuj!
W środku znajdziesz wyjątkowe przepisy autorek.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 273
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktorka inicjująca: Agnieszka Mazurkiewicz
Redakcja: Justyna Techmańska
Korekta: Kornelia Dąbrowska, Agata Bogusławska
Projekt okładki: Adelina Sandecka/adusandecka.tumblr.com
Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki
Redaktor prowadzący: Marcin Kicki
Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
Copyright © by Katarzyna Gacek, 2026
Copyright © by Magdalena Nieć, 2026
Copyright for this edition © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026
Wydanie pierwsze
Wszelkie prawa zastrzeżone
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-8380-379-1
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Tego ranka ze snu wyrwał mnie pisk opon.
Fakt sam w sobie niezaskakujący – mieszkam przy Alei Kościuszki, jednej z najbardziej ruchliwych ulic Łodzi, a moje okna wychodzą na przejście dla pieszych. Kierowcy często hamują tutaj w ostatniej chwili, a tak przenikliwy odgłos świadczył o tym, że ktoś się musiał nieźle zagapić.
Przez chwilę leżałam w ciepłej pościeli, zastanawiając się, ile jeszcze zostało mi czasu do budzika, i już niemal z powrotem zapadłam w sen, kiedy nagle przez szparę w zasłonach przecisnął się promień słońca i jasnym ostrzem przeciął łóżko na pół, zatrzymując się tuż przy mojej twarzy.
To nie był dobry znak.
Pod koniec listopada słońce wschodzi koło siódmej, po czym zaczyna swoją mozolną podróż po niebie, i przy okazji po moim mieszkaniu. Najpierw robi nieśmiały rekonesans w kuchni, potem przesuwa się powoli przez okno w korytarzu, żeby mniej więcej wpół do ósmej zajrzeć do pokoju, który służy mi za sypialnię.
Więc jak to możliwe, że widzę je teraz, skoro budzik miałam nastawiony na szóstą trzydzieści, a jeszcze nie dzwonił?
Pełna najgorszych przeczuć chwyciłam komórkę i zobaczyłam swoje odbicie w czarnym, martwym ekranie. Rozładowana.
Senność natychmiast wyparowała, ustępując miejsca panice. Poderwałam się z łóżka, chwyciłam laptop i otworzyłam go tak gwałtownie, że o mało co nie urwałam mu klapy. Uruchomienie procesora trwało dwie, może trzy sekundy, ale miałam wrażenie, jakby to były najdłuższe sekundy w moim życiu. Wreszcie na dole ekranu pojawił się pasek narzędzi z zegarem, który wskazywał godzinę siódmą pięćdziesiąt...
Czyli do obrony mojej pracy magisterskiej zostało czterdzieści minut.
Musiałby stać się cud, żebym zdążyła.
– Ała!
Lodowaty prysznic, bo kto by czekał, aż się woda nagrzeje. Mycie włosów? Akurat. Zebrałam gumką, musi wystarczyć.
Teraz sukienka. Wczoraj ją sobie przygotowałam. Wyprałam, powiesiłam... Tylko uprasować miałam rano.
Bez szans.
Pozostał mi szybki skok na szafę, z której wyłowiłam czarne dżinsy i czysty biały T-shirt. Jeszcze tylko coś na to... Żakietu żadnego nie mam, ale może któraś z dwóch skórzanych ramonesek? Dobra, wezmę tę bez ćwieków.
Ósma zero pięć. Cholera...
Najgorsze, że musiałam się jeszcze jakoś dostać na uczelnię. Komunikacja miejska o tej porze? Śmiech na sali. Chwyciłam komórkę, żeby zamówić taksówkę, a tu poziom baterii – wciąż zero. Jakim cudem, skoro od razu podłączyłam ją do ładowarki? Ano takim, że kabelek od ładowarki się przetarł i nie stykał. Znacie to? Przez sekundę działa, ale wystarczy, że kot przejdzie obok, i się rozłącza.
Przy czym ja nie mam kota.
Ósma zero siedem.
Jedyne, co mi pozostało, to mój klasyczny środek lokomocji, który czekał na klatce schodowej, przypięty do żeberka kaloryfera – rower.
Ruszyłam w kierunku uniwersytetu, pedałując z takim zacięciem, jakbym walczyła o wygraną w Tour de Pologne, i modląc się po drodze żarliwie, żeby mnie nie zapytali o daty, które – ha, ha – miałam sobie powtórzyć przy śniadaniu.
Do Instytutu Historii Sztuki wpadłam zziajana i czerwona jak burak, spóźniona o osiem minut. Aż lub zaledwie, w zależności od interpretacji. Korytarz na pierwszym piętrze był pusty, tylko uchylone drzwi do sali egzaminacyjnej świadczyły o tym, że ktoś już się za mną rozglądał. Zerwałam z głowy kask, poprawiłam gumkę na włosach i starając się uspokoić oddech, weszłam na salę.
– Rzadko się zdarza, żebyśmy obronę pracy magisterskiej zaczynali z opóźnieniem – zauważył z przekąsem profesor Zaremba, kierownik naszego instytutu i przewodniczący Komisji egzaminacyjnej.
– Korki! Straszne... korki! – wydyszałam.
– Proszę odłożyć okrycie wierzchnie. – Zaremba westchnął, wskazując ruchem głowy parapet. – I ten kask również.
Szlag, szlag, szlag!
Pozbyłam się rzeczy najszybciej, jak mogłam, wyszarpałam z plecaka laptop i wróciłam przed oblicze komisji.
– No, wreszcie możemy zacząć. – Zaremba poprawił się na krześle. – Na początek prosiłbym panią o przedstawienie tematu pracy...
– Momencik!
Kilka dni wcześniej specjalnie przyjechałam tutaj, żeby sprawdzić, jak wszystko działa od strony technicznej. Teraz wystarczyło tylko włączyć komputer, podłączyć do niego kabel HDMI i po chwili na ekranie, ustawionym naprzeciwko komisji, pojawiła się reprodukcja obrazu, którego każdy centymetr kwadratowy znałam na pamięć.
– W mojej pracy magisterskiej analizuję Martwą naturę ze słodyczami Josefy de Obidos – zaczęłam tonem, jakbym przedstawiała dobrego przyjaciela. – To kompozycja z ciastkami ustawionymi na stole. – Podeszłam do ekranu i wskazałam dłonią środek obrazu. – W części centralnej widzimy srebrną cukiernicę ze złotą łyżeczką.
– Co miało na celu użycie tych właśnie rekwizytów?
– Niektórzy analitycy twórczości de Obidos twierdzą, że chodziło o podkreślenie zamożności domu...
W moim tonie musiała zabrzmieć wątpliwość, bo Zaremba przerwał mi czujnie:
– Pani ma inne zdanie?
– Pani Ida z reguły ma inne zdanie – zauważył docent Bielak, mój promotor, posyłając mi ostrzegawcze spojrzenie.
Zignorowałam je.
– Według mnie przedstawiona tu historia nie jest o bogactwie, tylko o szczodrości. Dlatego bardziej od zastawy zaciekawiły mnie ciastka...
Zaremba drgnął, Bielak przewrócił oczami, za to we wzroku doktor Chojnowskiej, recenzentki pracy, pojawił się błysk zainteresowania.
– Zadałam sobie pytanie: kto je upiekł? Kogo chciał nimi nakarmić? I nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła się zastanawiać, jaki mają smak. – Poczułam wiatr w skrzydłach, jak zawsze, kiedy udawało mi się wskoczyć na mojego ukochanego konia. – Te tutaj wyglądają jak piñonada, ciasto z orzeszków piniowych, jajek i miodu, aromatyzowane cynamonem. Co ciekawe, nadal można je znaleźć w hiszpańskich cukierniach. Przy czym kiedyś orzeszki przed dodaniem do ciasta gotowano, dzisiaj pokrywa się je kremem maślanym...
– Pani Ido! – przerwała mi Chojnowska dość zasadniczym tonem.
Zamarłam.
– Tak, pani doktor?
– Ależ mi pani narobiła apetytu...
Chojnowska uśmiechnęła się porozumiewawczo i – czy to w ogóle możliwe? – puściła do mnie oko.
Zaremba to zauważył i natychmiast zareagował.
– Dlaczego z całej twórczości de Obidos wybrała pani właśnie Martwą naturę ze słodyczami? – zapytał oficjalnym tonem, który miał mnie zapewne skierować z powrotem na naukowe ścieżki.
Oczywiście mogłam powiedzieć, że obraz stanowi przykład niezwykłej precyzji i barokowego naturalizmu i jest uznawany za jedno z najwybitniejszych dzieł artystki... Na taką wersję z pewnością czekała komisja. Tyle że to nie byłaby prawda.
– Wybrałam go dlatego, że zmienił moje życie – powiedziałam z mocą, która nawet mnie samą zaskoczyła.
Członkowie komisji popatrzyli po sobie, zaskoczeni.
Przewodniczący odchrząknął.
– Może nam to pani przybliżyć?
– No cóż, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tę martwą naturę, poczułam, że muszę ją ożywić. Zrozumiałam, że nie chcę tylko oglądać, chcę też uczestniczyć. I tworzyć.
– Ciekawe... – Profesor pogłaskał palcami swoją krótką, siwą brodę. – Zaczęła pani malować?
– Nie. Zaczęłam piec.
Ten poniedziałek zaczął się identycznie jak każdy inny.
Pierwszy alarm zadzwonił o szóstej pięćdziesiąt osiem – potrzebuję dwóch minut, żeby przewinąć sobie w głowie cały plan na nadchodzący dzień i upewnić się, że jest ułożony perfekcyjnie.
Dopiero drugi alarm – ten o siódmej – wzywał do pełnej mobilizacji.
Usiadłem gwałtownie na łóżku, sięgnąłem po telefon i kliknąłem aplikację radia Bloomberg, które dwadzieścia cztery godziny na dobę nadaje wiadomości biznesowe z całego świata. Muszę wiedzieć, co jest grane na rynkach – stanowisko dyrektora działu ryzyka kredytowego w jednym z największych banków w Polsce zobowiązuje.
Klara śmieje się, że jestem od tego radia uzależniony, ja to nazywam trzymaniem ręki na pulsie. Rynki finansowe nigdy nie śpią. Każdy poranek może przynieść zmiany, o których poprzedniego wieczora nawet byśmy nie pomyśleli. Trzeba znać fakty, żeby odpowiednio na nie reagować. Powtarzam to wszystkim moim pracownikom.
Spojrzałem na drugą połowę łóżka – Klara musiała wstać już jakiś czas temu, bo wgłębienia na poduszce po jej stronie prawie nie było widać. Pozostał tylko zapach Caroliny Herrery, jej ulubionych perfum. Szkoda. Lubiłem budzić ją pocałunkiem.
Jeszcze kilka tygodni temu wstawaliśmy o tej samej porze, ale teraz Klara awansowała. A to oznaczało zmiany, nie tylko w jej życiu.
Poszedłem pod prysznic. Na początek – strumień zimnej wody. Poprawka – nie zimnej, tylko lodowatej. To był jeden z wielu moich porannych rytuałów. Napiąłem mięśnie, z trudem opanowując odruch ucieczki. Doceniałem ten moment. Moje ciało i mózg również go doceniały. Przez te trzydzieści sekund ładowałem się energią na cały dzień, a w tym okresie była mi ona szczególnie potrzebna. Koniec listopada i grudzień, aż do świąt, to w banku gorący czas. A dla mnie – choć może nie powinienem się do tego przyznawać – najbardziej ekscytujące cztery tygodnie roku.
Poruszyłem ręką, żeby ożywić smartwatcha. Siódma zero siedem. Zgodnie z planem.
W garderobie czekały na mnie: biała koszula, granatowy garnitur i brązowy krawat. Przygotowałem je sobie poprzedniego wieczoru, żeby rano nie tracić czasu na wybór.
Ubrałem się i przejrzałem w lustrze. Idealnie!
Kiedy kwadrans po siódmej wszedłem do kuchni, Klara robiła sobie kawę. Już drugą – pierwszą wypija zawsze przed bieganiem. Twierdzi, że kofeina podnosi wydajność podczas treningu, zwiększa koncentrację oraz pozytywnie wpływa na wygląd skóry. I to z pewnością prawda, bo skórę Klara ma piękną. W ogóle cała jest piękna. Nawet teraz, zmęczona po treningu, bez makijażu, w legginsach i dresowej bluzie, wyglądała zjawiskowo.
Podszedłem do niej, objąłem ramieniem w talii i lekko pocałowałem w szyję.
– Strasznie jesteś spięta...
Klara chwyciła filiżankę i usiadła przy stole, przed otwartym laptopem.
– Robię dziś wywiad i muszę się tego wszystkiego – puknęła palcem w ekran – nauczyć na pamięć.
– Przecież możesz improwizować. Jesteś świetną dziennikarką. Poradzisz sobie – zapewniłem uspokajającym tonem.
– Chyba żartujesz! Wszystko musi być idealnie! Nie po to tyle czasu walczyłam o wejście na wizję, żeby sobie teraz improwizować.
Musiałem jej przyznać rację. Rzeczywiście, walczyła. Bo kiedy siedzi się na zapleczu programu telewizyjnego i przygotowuje materiały dla prowadzących, nie jest łatwo zostać zauważoną. Awans z redaktorki na dziennikarkę kosztował ją mnóstwo pracy, nerwów, determinacji. Podziwiałem ją za to.
Nie odrywając wzroku od ekranu, przesunęła w moją stronę kolorowy kobiecy magazyn ze swoim zdjęciem na okładce.
– Widziałeś?
Fiu, fiu.
– Brawo!
– I to jest właśnie dowód na to, że ta walka ma sens – wyjaśniła. – Gdybym została tam, gdzie byłam, nikt by mnie nie znał.
Oczywiście miała rację, ale...
– Ja cię znałem.
Udała, że nie słyszy.
A ja udałem, że mnie to nie martwi.
Rozumiałem jej ambicje, kibicowałem jej z całych sił, tylko że coraz częściej za nią tęskniłem. Chociaż była tuż obok.
Spojrzałem na wyświetlacz na kuchence. Za dziesięć minut powinienem siedzieć w aucie.
Sięgnąłem szybko po papierową torbę z logo popularnej firmy cateringowej, która pojawia się codziennie o szóstej rano na naszej furtce, i wyjąłem z niej dwa pudełka ze śniadaniem. Jedno otworzyłem dla siebie, drugie podsunąłem Klarze.
Pokręciła głową.
– Nie będziesz jadła?
– Muszę pilnować wagi. Kamera pogrubia. – Teraz to ona spojrzała na zegarek. – Błagam, idź już! Nie mogę się przy tobie skupić.
Chwyciłem z pudełka dwa pankejki. Normalnie pocałowałbym Klarę na pożegnanie, ale w takiej sytuacji uznałem, że lepiej nie ryzykować. Więc po prostu wyszedłem z kuchni. Nie wiedziałem, że już niedługo nasze poranki będą wyglądały zupełnie inaczej.
No i jak się czujesz, pani magister? Gratki, gratki! Od razu inaczej, nie?
Natalia mnie przytuliła, Marta wycałowała w oba pliczki, a Tytus wręczył mi sfatygowaną żółtą różę, która wyglądała, jakby obskoczyła wcześniej ze dwie obrony.
Czekali na mnie na dole, przy wyjściu z instytutu. Ekipa z mojego roku, z którą trzymałam się najbliżej.
– Na co zdałaś?!
– Na czwórkę.
– No i brawo ty! – Marta uniosła kciuk.
– Też bym to chciała mieć z głowy. – Natalia westchnęła. Miała wyznaczony termin obrony na początek stycznia. – Jak Zaremba?
– Trochę ciśnie. A jak powiesz coś nie tak, to robi cierpiętniczą minę w stylu: Boże, widzisz, a nie grzmisz. Za to Chojnowska w porządku.
– Jeszcze mi nie przydzielili recenzenta, ale jej raczej nie dostanę – zmartwiła się Natka. – Siemiradzki to nie jest jej działka, a ja mam analizę Pochodni Nerona.
– Siemiradzki jest banalny – prychnął Tytus. – Zdasz bez problemu.
– Tak jakby twój Cybis nie był banalny – zjeżyła się Natalia.
– No wiesz, przynajmniej mam jakieś pole do interpretacji. Ty możesz sobie przepisać parę zdań z Wikipedii i gotowe.
Postawiłam plecak na parapecie i wyjęłam z niego plastikowy pojemnik. Wystarczyło go otworzyć, żeby rozładować emocje.
– Co tam masz? – zainteresowała się natychmiast Marta.
– Takie coś na szybko. Kruche ciasto, jabłka i krem pâtisserie.
– Jakoś się nazywa?
– Szarlotka egzaminacyjna.
Specjalnie pokroiłam ciasto na małe kawałki, żeby nie trzeba było używać talerzyków.
– Genialne to jest. – Tytus zamknął oczy, a na jego twarzy pojawił się wyraz absolutnej błogości. Od razu sięgnął do pojemnika po kolejną porcję. – Na moją magisterkę poproszę to samo.
Kiedy patrzyłam, jak pochłaniają ciasto, czułam to, co zawsze, kiedy karmiłam innych – satysfakcję i radość.
Błyskawicznie opróżnili pudełko.
– Słuchajcie, muszę lecieć. Robota czeka.
– Nie wzięłaś sobie wolnego na dziś? – zdziwił się Tytus. – No bez jaj!
Uśmiechnęłam się, włożyłam kurtkę i owinęłam szyję szalikiem.
– Dzięki, że przyszliście.
– Po prostu wiedzieliśmy, że znowu przyniesiesz coś zajebistego do jedzenia – roześmiała się Marta, a potem nagle zajrzała mi w oczy i wypaliła: – Słuchaj, po co ty w ogóle zdawałaś tę magisterkę, skoro ona ci do niczego nie jest potrzebna?
To pytanie sama sobie zadawałam wcześniej wiele razy, więc doskonale wiedziałam, co odpowiedzieć.
– Bo zawsze kończę to, co zaczynam.
Czy wsiadając na rower po egzaminie, czułam się inaczej, lepiej, pełniej, niż przyjeżdżając tu rano? Jasne! Ale tak naprawdę myślałam głównie o tym, że wciąż mam rozładowaną komórkę, więc na razie nie mogę zadzwonić do rodziców. I jakaś część mnie była z tego faktu zadowolona. Całkiem spora część mnie.
Jasne, prędzej czy później będę musiała im powiedzieć, że się obroniłam na czwórkę. Tylko na czwórkę. Ale na razie nie chciałam psuć sobie humoru. Postanowiłam jeszcze przez jakiś czas cieszyć się z sukcesu.
Ojcu słowo „sukces” w tym kontekście raczej nie przeszłoby przez gardło. Chyba że ze znakiem zapytania na końcu. Moje studia i oceny to był drażliwy temat.
Poszłam na historię sztuki, bo rodzice nie wyobrażali sobie, żebym studiowała coś innego. Sami też skończyli ten kierunek: w efekcie ojciec od lat prowadzi galerię na Kazimierzu, a matka została na uczelni jako adiunkt. Historia sztuki to ich życie. A ja w wieku osiemnastu lat dałam sobie wmówić, że również moje. Na szczęście resztki intuicji podpowiedziały mi, żebym negocjowała wyjazd na studia do Łodzi. Tłumaczyłam, że czułabym się niezręcznie na uczelni, na której pracuje matka. Zgodzili się zaskakująco łatwo. Może dlatego, że w liceum nauka nie była moim ulubionym zajęciem i istniało realne ryzyko, że nie spełnię wygórowanych oczekiwań rodziców. A wtedy mama będzie świecić oczami przed całym wydziałem.
W ten sposób wylądowałam w mieście, które szybko zaakceptowałam, a w końcu nawet polubiłam. Choć czasami potrafi człowiekowi dać w kość.
Nacisnęłam mocniej pedały, skupiając się na jeździe. Oraz na otoczeniu. Latem przechodnie trzymają się z daleka od ścieżek rowerowych. Głównie dlatego, że cały czas trwa na nich intensywny ruch. Ale kiedy robi się chłodniej i użytkownicy rowerów przesiadają się na komunikację miejską, piesi przestają się pilnować. Nie rozglądają się, nie uważają i co chwila trzeba używać dzwonka, żeby nikogo nie potrącić.
Kiedy skręcałam w Maratońską, o mało nie wpadłam na kobietę, która niefrasobliwie pchała dziecięcy wózek środkiem ścieżki. Zahamowałam dosłownie w ostatniej chwili, po czym musiałam wysłuchać agresywnej tyrady, że jeżdżę za szybko, że rowerzystom to się w głowach poprzewracało i że powinni nam zabronić jazdy po chodnikach. To, że kobieta, atakując mnie, stała dokładnie na środku ścieżki rowerowej, najwyraźniej nie miało żadnego znaczenia.
Kiedy zwróciłam jej na to uwagę, zaczęła się wściekać jeszcze bardziej. Do tego dziecko w wózku wybuchło płaczem... I tak się darli na dwa głosy, masakra. Chętnie bym się stamtąd zmyła, ale wyglądało na to, że kobieta postanowiła wyrzucić z siebie całe gigantyczne pokłady frustracji oraz niechęci do plemienia rowerzystów. I gadała, gadała, gadała...
Nie chciało mi się dyskutować. Nie dzisiaj. Więc po prostu tam stałam, a mój wzrok błądził po okolicznych witrynach. Kwiaciarnia... Sklep zoologiczny... Poprawki krawieckie... Na ostatniej, zamalowanej białą farbą, wisiała kartka z napisem: „Do wynajęcia”. Co tam było wcześniej? A tak, sklep spożywczy! Kolejny, który nie udźwignął konkurencji z wszechobecnymi Żabkami...
Z opresji wybawił mnie inny zabłąkany zimowy rowerzysta. Tak jak ja próbował poruszać się zgodnie z przepisami ścieżką rowerową i tak jak ja musiał gwałtownie zahamować, żeby nie wpaść na kobietę z wózkiem. Oraz na mnie.
Kobieta natychmiast go zaatakowała, a ja, korzystając z zamieszania, wskoczyłam na rower i popedałowałam w stronę Łyżwiarskiej, gdzie w niewielkim, parterowym budynku z czerwonej cegły mieściła się cukiernia U Lewkiewicza.
To tutaj od pół roku pracowałam.
Na kuchenne zaplecze można było wejść albo od strony podwórka, albo przez cukiernię. Wybrałam tę drugą opcję.
Dzyń, dzyń! – odezwał się ostrzegawczo mały, mosiężny dzwoneczek zawieszony nad drzwiami, a oczy stojących w kolejce osób odwróciły się w moją stronę. Anka, zajęta obsługiwaniem gości, posłała mi szybkie, pytające spojrzenie. Podniosłam kciuk.
– Czyli co? Pani magister? – upewniła się, kiedy weszłam do niej za ladę.
– Tak...
– Ekstra! – Przytuliła mnie serdecznie. – Musisz mi wszystko dokładnie opowiedzieć!
– Prosiłam o makowiec królewski – przypomniała niska kobieta w średnim wieku, którą Anka właśnie obsługiwała.
– Już, już! – Anka położyła kawałek makowca na wadze.
Zostawiłam ją i weszłam w wąski, ciemny korytarz, prowadzący na zaplecze.
Pierwsze drzwi po prawej, te od biura, były uchylone. Szefa ani śladu. I bardzo dobrze. Drugie drzwi to szatnia – rząd metalowych szafek, stolik, dwa krzesła, czajnik i mała lodówka dla pracowników. Dalej cała półka chemii gospodarczej i dwie (dwie!) apteczki wypchane bandażami, niebieskimi plastrami i buteleczkami wody utlenionej, że o płynie odkażającym nie wspomnę. Wszędzie porozwieszano dozowniki płynu, a Lewkiewicz kazał nam bez przerwy dezynfekować ręce, zupełnie jak w czasach covidu. Ale nie, nie chodziło o to, że szefowi umknął koniec pandemii, tylko o jego obsesyjny lęk przed sanepidem. Gdyby kontrola wykazała jakiekolwiek nieprawidłowości, byłby wstyd na całe miasto. A szef nie zamierza sobie pozwolić na żadną rysę na swoim nieskazitelnym wizerunku.
Przebrałam się w robocze ciuchy, podłączyłam komórkę do ładowarki i pobiegłam do kuchni.
Uwielbiałam, kiedy uderzały we mnie najwspanialsze aromaty świata: intensywny, gorzkawy zapach maku, nasycony wanilią zapach masy sernikowej, ostro-słodki zapach cukru palonego na karmel, aromatyczny i krówkowy – kajmaku. Wystarczało kilka minut, żebym się do nich przyzwyczaiła i przestała je czuć, dlatego po wejściu zawsze zatrzymywałam się na chwilę i głęboko wciągałam powietrze, doceniając ten pierwszy moment.
Jednak dziś celebrowanie tej chwili nie było mi dane, bo wszyscy natychmiast się do mnie zlecieli: Mary, Dominik, Maks i Rysiek, moja ulubiona ekipa.
– I jak? Zdałaś? Udało się? Do przodu?
No proszę, a ja im przecież nie mówiłam o obronie. Wiedziała tylko Anka, ale z nią się przyjaźnię. Tyle że Anka jest żoną Ryśka i na pewno mu się wygadała. A on puścił informację dalej.
– Zdałam, zdałam, dzięki!
Zaczęli mnie ściskać, klepać po plecach i gratulować, a moja świeżo wyprana brązowa bluza (brawo dla tego, kto wymyślił ten kolor do cukierni) natychmiast pokryła się białą warstwą mąki.
– No dobra, to do roboty. – Rysiek odpowiada przed szefem za produkcję i to on rozdziela zadania, planuje pracę i pilnuje zaopatrzenia. Ma autorytet. Przynajmniej tutaj, bo w domu szefową jest Anka. – Ida, ogarniesz drożdżowe?
Pewnie, że ogarnę.
Zaczęłam odważać składniki na zaczyn, kątem oka obserwując Ryśka, który na stanowisku obok kończył przygotowywać blachę napoleonek. Napoleonki to klasyczne, trochę nudne, trochę mdłe ciastka. Jako dziecko ich nie lubiłam, bo nie umiałam sobie z nimi radzić. Francuskie ciasto, atakowane łyżeczką, kruszyło się niemiłosiernie, a próby wzięcia ciastka do ręki kończyły się ubrudzeniem dłoni, talerzyka i ubrania kremem i cukrem pudrem.
Kiedyś napoleonki były zdecydowanie bardziej popularne niż dzisiaj, choć ciągle zdarzali się klienci, którzy je kupowali. Podejrzewam, że z sentymentu.
– Rysiek, pomożesz mi z pączkami? – Dominik miał donośny i kompletnie do niego niepasujący głos. Chłopak był po trzydziestce, a wygląda na szesnaście lat. Drobny, szczupły, lekko rozkojarzony, ale nikt tak nie temperował czekolady jak on.
– Moment! Tylko tu skończę! – odkrzyknął Rysiek, a ja zwietrzyłam okazję jak wilk samotną owieczkę na hali.
– Skończę za ciebie! – zaproponowałam.
Rysiek wyprostował się i spojrzał na mnie czujnie.
– Idź, idź! Poradzę sobie! – Posłałam mu niewinny uśmiech.
– Tylko nic mi tutaj nie kombinuj! – Pogroził mi palcem.
Na filmach rysunkowych w takich momentach bohaterowie ukradkiem zacierają ręce. Lub łapki. Z trudem powstrzymałam ten odruch.
Kiedy tylko Rysiek zniknął mi z oczu, zaczęłam działać. Blachę, którą przygotowywał, dokończyłam w minutę – wystarczyło ją posypać cukrem pudrem – i zabrałam się do szykowania nowej porcji. Ciasto francuskie na spód, na ciasto – krem budyniowy. Spróbowałam tego, który Rysiek przygotował dokładnie według receptury Lewkiewicza. Był OK. Tylko OK. A gdyby tak jakiś mały twist? Kajmak? Pasuje idealnie. Szczypta chili? Też na pewno pomoże.
Szybko rozsmarowałam krem i przykryłam drugą warstwą ciasta. Powinnam je teraz pociąć na klasyczne kwadraty, ale korciło mnie, żeby oprócz zmiany smaku dorzucić też coś dla oka.
– Hej, został komuś ganache z białej czekolady?
Mary, która pracowała na sąsiednim stanowisku, przesunęła w moją stronę po blacie rękaw cukierniczy, do połowy wypełniony masą.
– Tutaj masz. Ale do napoleonek?
Wolałam jej nie wtajemniczać. Za to zintensyfikowałam ruchy. Rysiek mógł wrócić w każdej chwili.
Zamiast w kwadraty pokroiłam ciasto na trójkąty i przełożyłam na nową blachę, kładąc kawałki bokiem, tak żeby wyglądały jak kawałki tortu. Każdy z nich ozdobiłam falą ganache’u. Właśnie wyciskałam z rękawa ostatnią kroplę, kiedy do kuchni wparowała Anka, pchając przed sobą pusty wózek na towar.
– Macie coś dla mnie?
Pokazałam jej blachę z moją wersją napoleonek. Ich widok Anki nie zachwycił.
– Co to niby jest? – jęknęła.
Spojrzałam na blachę Ryśka, a potem na moją. Fakt, trzeba było dużo dobrej woli, żeby obie wersje uznać za to samo ciastko.
– Zgadnij... – Miałam nadzieję, że ją rozbroję uśmiechem, ale nie bardzo mi się udało.
– Rysiek! – Anka podniosła głos. – Możesz tu przyjść?
Pojawił się po chwili.
– Uwielbiam, jak na mnie krzyczysz. – Cmoknął Ankę w policzek. – Od razu czuję się jak w domu.
Anka wskazała moje napoleonki.
– Pozwoliłeś jej? Serio?
Pokręcił gwałtownie głową.
– W życiu. Nie pozwoliłem ci, prawda?
– Prawda – przytaknęłam. – To taka moja... samowolka budowlana.
Rysiek pochylił się nad ciastkami i zaczął się im przyglądać z uwagą archeologa, który odkrył miejsce starożytnego pochówku.
– Co z tobą? Naprawdę nie możesz się opanować? – Znów pokręcił głową. – Przecież wiesz, co jest największym przestępstwem w tej kuchni...
– Nuda i rutyna? – zapytałam wyzywającym tonem.
Rysiek przewrócił ostentacyjnie oczami.
– Dziękuj Bogu, że szef dziś egzaminuje i będzie dopiero po południu. Te twoje akcje działają na niego jak płachta na byka.
– A z tym co robimy? – Anka najwyraźniej nie chciała brać na siebie odpowiedzialności za dalsze losy ciastek.
Z piersi Ryśka wydobyło się westchnienie.
– Obym tego nie żałował... Ładuj na wózek.
Skąd ta cała afera?
No cóż, powiedzieć o Lewkiewiczu, że brak mu elastyczności, to jak nic nie powiedzieć. Nasz szef działa według ściśle określonych przez siebie zasad i sztywnych schematów: tradycja rzecz święta, wszystko dokładnie według przepisu, zero otwarcia na nowe pomysły. To tak w skrócie.
Pozostałym pracownikom to nie przeszkadzało. Lubili rutynę, powtarzalność, przewidywalność. Uważali, że ułatwia im to życie, bo nie muszą tracić czasu na szukanie rozwiązań, które już wcześniej ktoś znalazł. Ale co ja na to poradzę, że akurat dla mnie pieczenie jest formą improwizacji? Niestety nie nadawaliśmy z Lewkiewiczem na tych samych falach.
Gdyby ktoś mi zadał pytanie, czym dla mnie jest szczęście, odpowiedziałabym bez wahania: patrzeniem na ludzi, którym smakuje to, co dla nich przygotowałam. Dlatego od dobrej minuty stałam w uchylonych drzwiach zaplecza do cukierni i obserwowałam dwie klientki siedzące przy stoliku przy oknie i raczące się – to archaiczne słowo idealnie oddawało tę czynność – moimi napoleonkami. Obie uśmiechały się błogo za każdym razem, kiedy unosiły do ust widelczyk z ciastkiem. Ten widok sprawił, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Właśnie dla takich momentów warto żyć.
Nagle drzwi wejściowe do cukierni otworzyły się energicznie i stanął w nich Lewkiewicz.
Cofnęłam się odruchowo, natomiast Anka zbladła, jakby za chwilę miała zemdleć.
– A szef nie na egzaminach? – zapytała sztucznie beztroskim tonem, chowając w panice blachę z napoleonkami za ladę.
– Szybko poszło. Jak się nie uczą, to nie zdają. Miernoty! – W jego głosie pojawiła się wyraźna nuta zadowolenia i satysfakcji.
Szybkim krokiem ruszył w stronę zaplecza, a ja się modliłam, żeby tylko nie zauważył napoleonek. I być może moje modlitwy zostałyby wysłuchane, gdyby nagle jedna z klientek, tych, które właśnie z apetytem pochłaniały ciastka, nie odezwała się słodkim głosem:
– Panie Stefanie, świetne te nowe napoleonki! Co to za smak? Bo my tu z koleżanką obstawiamy karmel.
– Albo orzech – dodała druga z kobiet.
Lewkiewicz zatrzymał się i popatrzył na nie, zaskoczony. Nie miał pojęcia, o czym mówią, dopóki jego wzrok nie zatrzymał się na stojących na stoliku talerzykach i resztkach ciastek, które z pewnością nie przypominały jego klasycznych napoleonek. Szef zamarł. Nie był w stanie wydusić słowa.
Klientki zinterpretowały jego milczenie po swojemu.
– Rozumiemy, tajemnica twórcy! Ale wyjątkowo się panu udały.
Niedobrze!
Odskoczyłam do tyłu, żeby mnie czasem nie zauważył. Lepiej mu teraz nie wchodzić w drogę.
Zdążyłam wrócić do kuchni i ustawić się przy swoim stanowisku, kiedy wparował. Był wściekły. Przed sobą trzymał blachę, na której tkwiły trzy ostatnie napoleonki. Które, musiałam to przyznać, napoleonek kompletnie nie przypominały.
– Kto to zrobił? – wyrzucił z siebie oskarżycielskim tonem.
Zapadła nieprzyjemna cisza. Wszyscy spuścili wzrok, nikt nie chciał ściągnąć na siebie uwagi Lewkiewicza. Nabrałam powietrza, zrobiłam krok w jego kierunku i spojrzałam mu w oczy troszkę wyzywająco.
Lewkiewicz uniósł wzrok, jakby szukał pomocy u siły wyższej. Ciekawe, czy jest jakiś święty patron cukierników.
– No jasne! Po co ja się w ogóle pytałem?! – huknął. – Nie wiesz, jak wyglądają napoleonki? I co ci do głowy przyszło z tym karmelem?! Nie znasz receptury?
– To był kajmak – wyjaśniłam.
– W moim przepisie nie ma kajmaku! – Tupnął nogą. – Masz mózg? Możesz to pojąć?
– Improwizowałam. Ale niech szef spróbuje, są idealne!
Na twarzy Lewkiewicza pojawiły się czerwone plamy. Wyglądał tak, jakby miał eksplodować.
– Spróbuję to ja cię nie wylać! – warknął.
To już była rażąca niesprawiedliwość. Więc zaczęłam się bronić.
– Szczerze to powinien mi pan podziękować! Serio! Ludzie się nimi zajadali! Normalnie blacha napoleonek sprzedaje się przez cały dzień, a moja – pokazałam palcem na to, co trzymał w ręku – w godzinę zeszła prawie cała!
I chociaż wszystko, co powiedziałam, było prawdą, raczej mi nie pomogło. Szef zrobił krok w moją stronę. Stał tak blisko, że widziałam przekrwione białka jego oczu.
– Twoja blacha, ale moja cukiernia i moje zasady! – krzyknął tak głośno, że aż się skuliłam. Pozostali uczestnicy tej żenującej sceny również. – I to ja decyduję o tym, co robimy, z czego robimy i jak robimy! Nie podoba się? To idź smażyć frytki w McDonaldzie! Bo nigdzie indziej w tym mieście nie znajdziesz roboty, już ja o to zadbam! Pamiętaj, beze mnie jesteś nikim!
Spojrzał z obrzydzeniem na trzymaną w ręku blachę i jednym ruchem zrzucił do kosza na śmieci to, co na niej zostało.
– Potrącę ci z pensji! I do końca roku dyżury sprzątania są twoje! – zagrzmiał na zakończenie i wycofał się do swojego biura, z całej siły zatrzaskując za sobą drzwi.
Zapanowała cisza. Wszyscy patrzyli na mnie ze współczuciem, doskonale wiedząc, że niewiele mogą w tej niezręcznej sytuacji zrobić. Uśmiechnęłam się do nich ze zrozumieniem, chwyciłam kosz na śmieci z moimi napoleonkami i wyszłam.
Siedziałam na podłodze w szatni, opierając się o zimne, metalowe drzwiczki szafki, i wyjadałam napoleonki z kosza. Sanepid miałby używanie.
Oczywiście było mi przykro. Tak zwyczajnie, po ludzku. Zrobiłam coś, czego nie powinnam, i Lewkiewicz miał prawo zareagować, nawet mnie ukarać. Ale nie w ten sposób! To było zwyczajnie chamskie. Przekroczył granicę. Zdecydowanie nie powinnam pozwalać, żeby tak mnie traktował, tyle że nie bardzo miałam inne wyjście. Groźba tego, że nie zatrudnią mnie w żadnej cukierni w mieście, była absolutnie realna. Lewkiewicz, jako członek zarządu izby rzemieślniczej i starszy cechu, cieszył się w środowisku szacunkiem i posłuchem. Wszyscy starali się mieć z nim jak najlepsze relacje. Nie będą ich przecież narażać dla takiej nic nieznaczącej istoty jak ja. Jeżeli Lewkiewicz rzuci w przestrzeń „Tej pani nie zatrudniamy”, faktycznie nie zatrudni mnie nikt.
Drzwi do szatni się uchyliły, w szparze zobaczyłam zatroskaną twarz Anki.
– Mogę? – zapytała.
Kiwnęłam głową.
Wsunęła się więc do środka i klapnęła na podłogę obok mnie.
– Trzymaj. – Wyciągnęła spod bluzy butelkę amaretto. – Skubnęłam z magazynu.
– Nie, dziękuję! – Pokręciłam głową. Na samą myśl, że miałabym napoleonki popić słodkim likierem, zrobiło mi się niedobrze. – Może masz ochotę na ciasteczko? – Podsunęłam Ance pod nos kosz z ostatnią napoleonką.
Zajrzała do środka i aż się skrzywiła.
– Chyba jednak podziękuję...
– Nie wiesz, co tracisz. Są zajebiste!
– Na twoją zgubę.
Niestety miała rację. Lewkiewicz dużo mniej by się wkurzył, gdyby wyniki moich kulinarnych eksperymentów nie smakowały klientom.
– A wiesz co? Daj! – Wyjęłam jej butelkę z ręki, odkręciłam i upiłam spory łyk.
Było tak ohydne, że aż się wzdrygnęłam.
Bez żalu oddałam butelkę Ance. Napiła się odrobinę.
– Fuj! – podsumowała. – A przecież w tiramisu smakuje całkiem, całkiem.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy.
– Nie chcę, żebyś pomyślała, że jestem po jego stronie – zaczęła w końcu moja przyjaciółka. Niezły wstęp. – Ale czy możesz mi powiedzieć, dlaczego ty go ciągle prowokujesz?
Nienawidziłam takich pytań, bo nie miałam na nie odpowiedzi.
– Nie wiem – odpowiedziałam więc zgodnie z prawdą. – Chyba Rysiek ma rację, po prostu nie mogę się opanować.
– Każdy potrafi, tylko musi chcieć. – Anka błysnęła złotą myślą. – A Lewkiewicz może i jest gnojkiem, ale to ciągle najlepszy rzemieślnik w mieście...
– No właśnie! – ożywiłam się. – Rzemieślnik. Jedenaście i pół deko masła, siedemnaście mililitrów mleka, trzy ziarnka cukru. Błagam!
Anka nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.
– Im więcej przestrzeni na improwizację, tym większa możliwość popełnienia błędu – powiedziała niskim, zachrypniętym głosem, przedrzeźniając sposób mówienia szefa.
– Amen. – Złożyłam ręce w nabożnym geście. – A tak serio, Anka, to ja już mam go naprawdę dosyć. Byłam u niego z pięcioma... nie, z sześcioma nowymi ciastkami. Pamiętasz?
– Oczywiście, że pamiętam. Były przepyszne.
– A on żadnego nawet nie spróbował. Jego argument? Nie, bo nie. Woli w kółko klepać to samo. Bo tradycja, bo klienci nie chcą nowości, bo wszystkie przepisy, z których korzystamy w cukierni, są autorstwa jego albo jego ojca, albo jego dziadka, więc nic nie wolno zmieniać...
– Tylko że wiesz, to jego cukiernia – przerwała mi Anka. – Więc jakby ma prawo...
To jego cukiernia, powtórzyłam w myślach. Więc ma prawo...
– Czyli kiedy się jest u siebie, można wszystko? – zapytałam, teraz już na głos.
Anka popatrzyła na mnie, zaskoczona.
– No pewnie. Po to ludzie zakładają własne biznesy.
Poderwałam się gwałtownie z miejsca.
– Anuś! Jesteś genialna!
Anka patrzyła na mnie nieufnie.
– Hej... Co ty kombinujesz?
– Założę własną cukiernię! I sama będę decydować, co robię, z czego robię i jak robię!
W pośpiechu otworzyłam szafkę, wyjęłam z niej kurtkę i buty i zaczęłam się przebierać.
– Wariatka! Nie mam do ciebie siły. – Moja przyjaciółka pokręciła głową, ale w jej oczach zobaczyłam rozbawienie. – Gdzie ty lecisz?
– Trzeba kuć żelazo, póki gorące! A jakby szef pytał...
– Powiem, że wolałaś zejść mu z oczu.
– Co nawet nie będzie kłamstwem! – Cmoknęłam Ankę w policzek, chwyciłam podładowaną do trzydziestu procent komórkę i wybiegłam z szatni.
Tak, wiem, to szalony pomysł. Ale przecież właśnie o tym marzyłam! Kocham karmić ludzi, kocham patrzeć, jak na ich twarzach pojawia się błogość, odprężenie, może nawet szczęście. A wałkowanie ciasta na szarlotkę z przepisu Lewkiewicza, w kuchni Lewkiewicza i z Lewkiewiczem wiszącym mi nad głową i sprawdzającym, czy nie dodałam czasem do ciasta o deko cukru za dużo, nie dawało mi już żadnej satysfakcji.
Wytrzymywałam u niego, bo jego cukiernia miała bardzo dobrą opinię, i rzeczywiście można się tu było dużo nauczyć. Ale dziś, kiedy słuchałam jego obelg i patrzyłam, jak wyrzuca moje ciastka do śmieci, coś we mnie pękło. Dosyć!
Nie wiem, czy przez ostatni rok nauczyłam się wystarczająco, żeby pójść na swoje, ale nie dowiem się tego, jeśli nie spróbuję.
I jeszcze coś. Wszyscy dookoła mówią, żeby spełniać marzenia. Więc może to jest właśnie czas, żebym ja spełniła swoje? Lepszy pretekst może mi się nie trafić.
Z piskiem hamulca (muszę go wreszcie naoliwić) zatrzymałam się przed lokalem do wynajęcia, tym samym, który zauważyłam, jadąc do pracy. Wyciągnęłam z kieszeni kurtki komórkę i wpisałam numer telefonu podany w ogłoszeniu, po czym nacisnęłam zieloną słuchawkę.
– Halo! – usłyszałam mało zachęcający męski głos po zaledwie jednym sygnale.
– Ja w sprawie ogłoszenia...
Bałam się, że usłyszę, że już nieaktualne.
– Co by pani chciała wiedzieć? – Głos po drugiej stronie jakby złagodniał.
Nie miałam pojęcia, od czego zacząć, więc skoczyłam na główkę.
– Czy ten lokal nadaje się do prowadzenia działalności gastronomicznej?
– Zależy jakiej. Na restaurację to bym nie polecał.
Przełknęłam ślinę.
– Myślałam o cukierni.
– A na cukiernię to akurat w sam raz. Chce pani zobaczyć?
Uśmiechnęłam się do swojego odbicia w szybie.
– Bardzo! Na kiedy się możemy umówić?
– Może dzisiaj? Jestem na miejscu, porządkuję lokal.
– Jest pan na miejscu? – zdziwiłam się. – Bo ja właśnie stoję pod drzwiami...
– W takim razie już otwieram!
Pojawił się kilka sekund później – średniego wzrostu, dość tęgi, z nosem w kształcie kartofla, pokrytym niepokojącą siatką popękanych naczyń krwionośnych.
Obrzucił mnie uważnym spojrzeniem.
– Lepiej niech pani od razu przyjdzie z szefem – oświadczył. – Nie ma sensu dwa razy pokazywać.
Na początku nie zrozumiałam.
– Ale mój szef nic o tym nie wie! – zapewniłam i dopiero w tym momencie do mnie dotarło. – To ja jestem zainteresowana!
– Pani?
– Ja! – oświadczyłam hardo. – Coś nie tak?
– Nie, nie, po prostu nie pomyślałem. Pani taka młoda...
– Pełnoletnia, nie musi się pan martwić. Pokaże mi pan lokal?
Otworzył szerzej drzwi i wpuścił mnie do środka.
Główne pomieszczenie wyglądało naprawdę nieźle – może było trochę wąskie, ale przy odpowiednim ustawieniu stolików dałoby radę.
– Wysokość prawie trzy metry, powierzchnia całkowita sześćdziesiąt. Tu ma pani toaletę dla gości, ale z tyłu jest też druga, dla pracowników. Chodźmy dalej...
Zaplecze było mniejsze niż to u Lewkiewicza, tyle że tutaj nie pracowałoby pięć osób, tylko dwie. Najwyżej trzy. I bez problemu można by zrobić podział na strefy.
– Wentylację mamy sprawną, poprzedni najemca niedawno robił remont, w sumie wystarczy odmalować. Jest kanalizacja, jest siła. Kilka lat temu była tutaj lodziarnia.
– Jaki czynsz?
Nie byłam specjalnie zorientowana w rynku lokali użytkowych, ale kwota, którą podał, wydała mi się całkiem rozsądna.
Czułam narastające podekscytowanie. Przymknęłam na chwilę oczy i wyobraziłam sobie, jak to miejsce by mogło wyglądać: wygodne blaty do pracy, nowoczesne piece, lodówki...
I nagle do mnie dotarło, że to wszystko, o czym właśnie myślę, kosztuje. Natychmiast ocknęłam się z rozmarzenia. Potrzebowałam pieniędzy. I to niemało.
– No i jak? Podoba się? – Właściciel stał oparty ramieniem o ścianę i uważnie mi się przyglądał.
Pewnie powinnam teraz zacząć kręcić nosem i wybrzydzać, żeby choć trochę obniżył opłaty, ale mój problem polegał na czymś innym.
– Bardzo! – odpowiedziałam szczerze. – To jest absolutnie idealne miejsce na moją kawiarnię!
Żeby udało się pokonać przeszkodę, o której istnieniu właśnie sobie uświadomiłam, musiałam go przekonać, że jestem na sto procent zdecydowana.
– Czyli podpisujemy umowę? – ucieszył się właściciel.
– Tak, oczywiście! Jak tylko dostanę kredyt.
Mina mu lekko zrzedła.
– Kredyt?
– Wie pan, ta cukiernia to spora inwestycja. Muszę kupić wyposażenie sali, no i przede wszystkim sprzęt gastronomiczny. Bez kredytu nie dam rady.
– Cholera – wyrwało mu się. – Ile z tym kredytem potrwa?
– Załatwię najszybciej, jak się da! – zapewniłam optymistycznie. – To jak, przytrzyma pan dla mnie ten lokal?
Widziałam, że się waha.
– W sumie mogę przytrzymać. Tylko muszę dostać zaliczkę.
– Czyli?
– Dwa czynsze z góry.
To było dokładnie tyle, ile miałam odłożone...
Odetchnęłam głęboko i wyciągnęłam rękę w jego stronę. Raz kozie śmierć.
– Czyli jesteśmy dogadani. – Uścisnęłam jego dłoń i potrząsnęłam nią mocno, żeby jeszcze bardziej podkreślić nasze porozumienie. – Proszę mi przesłać esemesem numer konta. Dzisiaj dostanie pan pieniądze.
Ta decyzja to było czyste szaleństwo! A jednocześnie nigdy wcześniej nie czułam się bardziej pewna tego, co robię.
Wyszłam na dwór, kompletnie oszołomiona, ale bardzo, bardzo szczęśliwa. Miałam ochotę tańczyć, i gdyby nie rower, pewnie zaczęłabym podskakiwać jak mała dziewczynka.
Popatrzyłam na zamalowaną białą farbą witrynę i nagle wydała mi się najpiękniejszą witryną na świecie. Jednym ruchem zerwałam kartkę „Do wynajęcia” i zmięłam ją w dłoni. Lepiej, żeby już nikogo nie kusiła. To miejsce będzie moje! Tylko moje! I zrobię tu kawiarnię, do której będą się ustawiały kolejki!
Najbliższy kosz na śmieci stał obok przystanku autobusowego. Podeszłam tam, żeby wyrzucić ogłoszenie, i stanęłam oko w oko z dużą, kolorową reklamą banku Arista, naklejoną na ścianę przystankowej wiaty. Z reklamy patrzył na mnie przystojny mężczyzna w garniturze – ciekawe, że banki z reguły reklamują faceci – uśmiechał się zachęcająco i wskazywał palcem napis: „Najszybszy kredyt gotówkowy na rynku! Masz pytanie? Kontakt z nami nigdy nie był tak prosty”. I dalej: „Napisz do nas na czacie!”.
– Najszybszy kredyt gotówkowy na rynku? – powtórzyłam pod nosem. – Przecież to musi być znak...
Sięgnęłam do kieszeni po telefon i naprowadziłam obiektyw na wydrukowany na plakacie kod. Natychmiast znalazłam się na stronie czatu, który nie wymagał nawet zalogowania. Puste okienko czekało na moje pytanie, kursor delikatnie pulsował. Uśmiechnęłam się i wystukałam na klawiaturze telefonu dwa słowa, które miały zmienić moje życie: Spełniacie marzenia?
Gdyby mnie ktoś zapytał, dlaczego tak lubię moją pracę, musiałbym się chwilę zastanowić.
Kiedyś, gdy pracowałem na niższych stanowiskach, uskrzydlało mnie poczucie, że pomagam ludziom zmieniać życie. Nadal pamiętam niektóre twarze, nazwiska, historie. To była realna pomoc. Teraz najbardziej pochłaniało mnie podejmowanie decyzji. Branie na siebie odpowiedzialności. Świadomość wpływu. I uczestniczenia w czymś ważnym.
Ale w taki dzień jak dzisiaj żadne z tych wzniosłych haseł nie miało szansy wybrzmieć. Od rana musiałem się zajmować dużo bardziej prozaicznymi tematami: najpierw dwie narady w centrali – jedna z analitykami ryzyka, druga z ekspertami do spraw zabezpieczeń – potem spotkanie na mieście, w agencji reklamowej, która przygotowywała dla nas kampanię dotyczącą nowych, uproszczonych reguł udzielania kredytów. Ludzie kreatywni, z ciekawymi pomysłami, wróciłem naprawdę zadowolony.
Idąc do swojego gabinetu przez open space, zauważyłem młodego chłopaka w za małej marynarce, którego nigdy wcześniej tu nie widziałem. Siedział za biurkiem usytuowanym tuż przy przejściu, na brzegu krzesła, tak jakby się przymierzał do ucieczki, i z napięciem wpatrywał się w ekran komputera. Wyglądało na to, że potrzebuje wsparcia.
Do kolejnego punktu programu w moim dzisiejszym harmonogramie miałem jeszcze dokładnie dwanaście minut, więc zdecydowałem, że sprawdzę, o co tu chodzi. Podszedłem cicho i stanąłem za nim.
– Nowy stażysta? – zapytałem.
Chłopak aż podskoczył. Odwrócił się i na mój widok poderwał z miejsca.
– Tak jest, panie dyrektorze! – wydukał, spłoszony. – To mój pierwszy dzień. Wdrażam się.
– Proszę siadać. – Uśmiechnąłem się, żeby mu dodać otuchy. – Co panu przydzielili? – Naprawdę byłem ciekawy, z czym się mierzy.
– Mam odpowiadać klientom na czacie banku – powiedział, opadając na krzesło, po czym w ryzykownym porywie szczerości dodał: – Nie rozumiem, dlaczego tej pracy nie wykonują boty.
Byłem jednym z autorów pomysłu, żeby na pytania na czacie odpisywali pracownicy, a nie sztuczna inteligencja, ale postanowiłem nie dobijać chłopaka.
– Oczywiście, że by mogły – zgodziłem się. – Ale AI nigdy nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z klientem. Ma pan z czymś problem?
– Generalnie nawet mi idzie, tylko tutaj na jednym się zawiesiłem.
Przesunął się z krzesłem, odsłaniając ekran.
– Spełniacie marzenia? To pytanie jest po prostu dziwne.
– Spełniacie marzenia? – powtórzyłem. – Rzeczywiście, trochę niestandardowe. Ale wyobraźmy sobie prawdziwego, żywego człowieka, który siedzi po drugiej stronie. To nasz klient. – Próbowałem go nakierować. – Powinniśmy dać mu znać, że jest dla nas ważny i że nam na nim zależy. Więc?
Zdenerwowany chłopak szybkim ruchem przeczesał palcami włosy.
– Odpisałbym: proszę znaleźć najbliższy oddział banku i umówić się na spotkanie z doradcą – powiedział niepewnie, po czym dodał: – I może podałbym jeszcze prowizję.
– Od marzeń?
Stażysta pokręcił niepewnie głową.
– No właśnie...
Zrobiło mi się go żal. Odpowiedź w tym wypadku nie była oczywista. Sam nie wiedziałem do końca, co odpisać, a nie chciałem zostawiać chłopaka samego z problemem.
Technicznie czat był tak skonstruowany, że każdy klient rozpoczynający z nami korespondencję automatycznie otrzymywał swoją własną, indywidualną ścieżkę kontaktu. Nie tak jak wpisy pod postami w mediach społecznościowych, które widzą wszyscy. Tutaj rozmowa przebiegała jeden na jeden, między pracownikiem banku a osobą zadającą pytanie. Każdy pracownik w dziale kredytów miał możliwość wejścia na czat i dalszego prowadzenia konwersacji. Ja również.
– Wie pan co? Proszę już sobie nad tym klientem nie łamać głowy, tylko przekierować go bezpośrednio do mnie – zdecydowałem. – A gdyby miał pan jeszcze jakieś problemy z odpowiedziami, proszę pytać opiekuna stażu.
Spojrzałem na zegarek. Do telekonferencji z centralą zostały mi zaledwie cztery minuty. Co odpowiedzieć komuś, kto do spraw finansowych nie podchodzi konkretnie, tylko emocjonalnie, myślałem, wchodząc najpierw do sekretariatu, gdzie pani Danuta właśnie drukowała dla mnie materiały na spotkanie, a potem do swojego gabinetu. Czego oczekuje osoba, która tak sformułowała pytanie do banku?
Uruchomiłem komputer. Na pasku w dole ekranu zobaczyłem migający na czerwono symbol czatu. Otworzyłem okienko i Spełniacie marzenia? znowu pojawiło się przed moimi oczami.
– Panie dyrektorze, centrala na linii – oznajmił interkom głosem pani Danuty.
– Proszę ich połączyć za dwadzieścia sekund – rzuciłem.
A potem szybko wstukałem pięć słów, które wydały mi się w tym momencie idealne, i nacisnąłem przycisk enter, zamykając temat. Przynajmniej tak mi się w tym momencie wydawało.
O czym miała być ta telekonferencja? Spojrzałem w kalendarz. „Nowe metody weryfikacji prawdziwości dokumentów finansowych”. No cóż, zapowiadało się interesujące popołudnie.
[...]
Książka do nabycia na kulturalnysklep.pl, w formie ebooka na Publio.pl
