Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zbrodnia, która dyskretnie wymknęła się z książki
Po ostatnich wstrząsających wydarzeniach życie w Nałęczowie toczy się znowu swoim rytmem. Ale niech sielski nastrój Was nie zmyli…
Gabriela – była policjantka, dziś recepcjonistka w rodzinnym pensjonacie – stara się odzyskać spokój. Żałoba po ukochanym mężu i ciąża to wystarczająco dużo wyzwań. Jednak kiedy w zagadkowym wypadku ginie miejscowa lekarka, instynkt śledczy popycha Gabi do działania. Trop prowadzi do niszowego kryminału omawianego na spotkaniu w lokalnej bibliotece. Wszystko wskazuje na to, że ktoś postanowił przenieść historię z kart książki do rzeczywistości. W miasteczku buzują emocje, narastają podejrzenia, a fikcja staje się niepokojąco realna. Tymczasem w Jaśminowym Dworze pojawia się tajemniczy gość o magnetycznym głosie, który sprawia, że serce Gabrieli zaczyna uderzać mocniej. Po co przyjechał do Nałęczowa? Co go łączyło z ofiarą? I czy dla Gabi nie jest za wcześnie na nowe uczucie?
Ciepły, pełen humoru kryminał, w którym mnożą się tajemnice, a prawda jest ukryta tam, gdzie nikt jej nie szuka.
Seria, którą pokochają fani Czwartkowego Klubu Zbrodni Richarda Osmana!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 297
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja: Ewelina Korostyńska
Korekta: Marta Śliwińska
Projekt okładki: Eliza Luty
Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki
Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka
Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
Copyright © by Agora SA, 2026
Copyright © by Katarzyna Gacek, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-8380-567-2
Wydanie pierwsze
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dla wszystkich,
którzy czują się samotni
Kiedy wyeliminujesz niemożliwe, wszystko, co pozostanie, bez względu na to, jak nieprawdopodobne, jest prawdą.
— A.C. Doyle —
Ludzie pod wpływem swoich pragnień stają się bezbronni.
— C.S. Lewis —
W całym swoim prawie pięćdziesięcioletnim życiu Bożena Tarkowska nie czuła takiego bólu jak dziś w południe, gdy wysyłała ten ostatni esemes. Zupełnie jakby ktoś jej wydarł serce. Ale tylko taką decyzję mogła podjąć. Musiała zawalczyć o siebie, choć wiedziała, że koszty tej walki będą wysokie. Jak bardzo, mogła sobie na razie tylko wyobrażać. Strach przed konsekwencjami był jednak niczym w porównaniu ze stresem, który niszczył ją od miesięcy.
Jeszcze niedawno myślała, że przydarzyła jej się najpiękniejsza miłość na świecie. Teraz nie chciała miłości. Pragnęła tylko zrzucić z siebie ten koszmarny ciężar. Dać sobie szansę i zacząć żyć na nowo. Wiedziała, że przed nią jeszcze długa droga i kolejne akty odwagi, ale ten pierwszy był najtrudniejszy. To, że się na niego zdobyła, dodało jej pewności siebie, więc odnalazła numer telefonu, który dostała kiedyś od siostry, zadzwoniła i umówiła się na spotkanie następnego dnia. Im szybciej, tym lepiej.
Z pracy wyszła dopiero o siedemnastej. Zaczynało się ściemniać, w powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę. Będzie dobrze, pomyślała z nadzieją, która zaskoczyła nawet ją samą. Wszystko się ułoży.
W autobusie udało jej się usiąść przy oknie. Oparła głowę o szybę i przymknęła oczy. Powoli schodziło z niej napięcie, rozluźniały się mięśnie, uspokajały myśli. Od dawna miała bezsenne noce, ale może dziś wreszcie zaśnie? Powinna odpocząć przed tym, co ją czeka.
Blok, w którym mieszkała, miał tylko trzy piętra, więc nie zamontowano w nim windy. Ruszyła schodami w górę, przytrzymując się poręczy. Od tamtego wypadku, który tak naprawdę wypadkiem nie był, autentycznie się tych schodów bała. Dlatego musiała się asekurować.
Na trzecie piętro dotarła lekko zdyszana. Odszukała w torebce klucze. Były nowe i błyszczące, podobnie jak zamek. Odkąd go wymieniła, czuła się bezpieczniej. Otworzyła drzwi, weszła do środka i zapaliła światło w korytarzu. Na wieszaku płaszcz i zimowa kurtka, niżej – równo ustawione dwie pary butów. Czysto i schludnie. Teraz, kiedy jej życie zaczynało się sypać, potrzebowała porządku. Sprzątała wręcz obsesyjnie, bo świadomość, że jest chociaż niewielki fragment rzeczywistości, który może kontrolować, bardzo jej pomagała.
Jeszcze raz omiotła przedpokój spojrzeniem i wtedy coś dostrzegła. Pochyliła się nad podłogą. Szarą, gresową płytkę przecinała ciemna smuga, jakby ktoś zarysował ją brzegiem podeszwy. Nic wielkiego. Drobiazg. Tyle że kiedy wychodziła rano do pracy, tej rysy tutaj nie było.
Kiedy to sobie uświadomiła, poczuła strach. Odruchowo zacisnęła palce na złotym krzyżyku, który nosiła na szyi, a potem wyprostowała się gwałtownie i rzuciła do drzwi. Chwyciła za klamkę i wtedy na tył jej głowy spadł cios. Ostatnie, co poczuła, to przeraźliwy ból, rozchodzący się od kości ciemieniowej wzdłuż szyi, przez ramiona aż do serca. A potem zapadła ciemność.
Gdyby sześć miesięcy temu ktoś powiedział Gabrieli, że rzuci pracę w policji i zajmie się prowadzeniem pensjonatu w Nałęczowie, zabiłaby go śmiechem. Bo pół roku wcześniej jej życie zawodowe było pełne adrenaliny, a życie osobiste – miłości. Nie chciała zmian, poza jedną, do której dojrzeli wspólnie z mężem. Dwanaście lat po ślubie zaczęli się wreszcie starać o dziecko. Ale Gabi nie zamierzała zwalniać. Umówili się, że będzie pracować aż do porodu, wróci do pracy najszybciej, jak się da, a potem Tomek weźmie urlop tacierzyński. Tak bardzo chciał zostać ojcem, że sam to zaproponował, a ona zgodziła się z radością. Wszystko dokładnie zaplanowali. Nawet miejsce, gdzie miało się począć ich dziecko. Uznali, że powinny to być Bieszczady, bo tam się poznali, więc na jeden z wiosennych weekendów wynajęli hotel w Polańczyku.
Jednak zdanie: „Jeśli chcesz rozbawić Boga, opowiedz mu o swoich planach” nie wzięło się znikąd. Kiedy wracali z tego weekendu, zdarzył się wypadek. Tomasz zginął na miejscu. Gabrieli fizycznie prawie nic się nie stało, ale kiedy dowiedziała się o śmierci męża, poczuła się tak, jakby sama umarła. Bo to ona nie utrzymała kierownicy na zakręcie, to ona była odpowiedzialna za to, że auto wypadło z drogi i uderzyło w drzewo. A przynajmniej tak na początku myślała. Odeszła z policji, zerwała wszystkie kontakty i pogrążyła się w rozpaczy, znieczulając ból alkoholem.
Wtedy na scenę wkroczyła jej rodzina.
„Musisz wrócić do Nałęczowa i pomóc nam prowadzić pensjonat”, usłyszała. Pewnie gdyby nie była otumaniona cierpieniem i Żołądkową Gorzką, zorientowałaby się, że sprawa jest naciągana. No ale się nie zorientowała. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i pojechała do Jaśminowego Dworu, żeby pomóc matce, ojcu i młodszemu bratu. „Na miesiąc. Ani dnia dłużej”, zastrzegła, a Bóg po raz kolejny parsknął śmiechem.
Miesiąc minął już dawno temu i wszystko wskazywało na to, że jeszcze tu zostanie. Postanowiła przedłużyć pobyt i choć nie była to łatwa decyzja, uznała, że Tomasz by ją pochwalił. Poza tym zaczynała czuć się tu coraz lepiej, co nie zmieniało faktu, że Wiktora, swojego brata, miała czasami ochotę udusić. O jego żonie Aldonie nie wspominając.
No i o babce. Babka też potrafiła nieźle dać Gabrieli w kość.
– Nic się nie powinno dziać. Nikt nie wyjeżdża, nikt nie przyjeżdża. Jakby co, dzwoń – poinstruowała Zuzię, kelnerkę, która czasami przejmowała od niej obowiązki recepcjonistki. Gabriela wybierała się właśnie na swoje pierwsze spotkanie lokalnego Klubu Książki. Wzięła z blatu kryminał W sieci pająka i wyszła z pensjonatu.
Droga z Jaśminowego Dworu do biblioteki zajęła Gabrieli dziesięć minut. Nie spieszyła się. Nie była do końca przekonana, czy ten Klub Książki to dobry pomysł. Ale Małgorzata tak nalegała...
– Fajni ludzie, ciekawe dyskusje, które czasami wymykają się spod kontroli – zachwalała przyjaciółka, dyrektorka nałęczowskiej biblioteki. – W tym miesiącu rozmawiamy o kryminale, więc bardzo byś nam się przydała. Wpadnij, co ci szkodzi.
Faktycznie, nic jej nie szkodziło. Zwłaszcza że w Nałęczowie nie było zbyt wielu konkurencyjnych atrakcji. Szczerze? Nie było żadnych atrakcji. Odkąd Gabriela zdecydowała, że tu zostaje, spędzała czas w trzech miejscach: w Jaśminowym Dworze, domu rodziców i mieszkaniu Małgosi. Biblioteka w tej sytuacji wydawała się całkiem atrakcyjna.
Jednak gdy zatrzymała się przed budynkiem otynkowanym na piaskowy kolor, poczuła przemożną chęć ucieczki. Dwanaście obcych osób, z którymi będzie musiała rozmawiać i dla których będzie musiała być miła albo przynajmniej znośna? Ta wizja nagle ją przeraziła. Chyba jeszcze za wcześnie, pomyślała, i już miała zawrócić, kiedy poczuła, jak czyjaś dłoń delikatnie chwyta ją za łokieć.
– Gabi! – Obok niej pojawiła się śliczna filigranowa brunetka w dżinsach i trochę porozciąganym T-shircie. Ewa Borowiecka była ginekolożką. Znały się jeszcze z czasów podstawówki i bardzo lubiły. – Idziesz na spotkanie Klubu Książki?
I to tyle w temacie ucieczki.
– Tak – odpowiedziała Gabi bez entuzjazmu. – Ty też?
– Oczywiście! – Ewa pociągnęła ją w stronę drzwi. – Przeciekawe są te spotkania. Przeczytałaś W sieci pająka?
Gabi skinęła głową.
– Prawie. Została mi jeszcze jakaś jedna trzecia.
– I co? Jak wrażenia?
– Mieszane – odpowiedziała ostrożnie Gabriela. – Dobrze się czyta, ale ten pomysł na zbrodnię...
– No mnie się akurat bardzo podobał – przyznała Ewa. – Ale ja się na tym nie znam. To będzie bardzo ciekawe posłuchać, co myślisz.
Weszły do środka.
Od progu poczuły zaskakujący, słodki spożywczy zapach, kojarzący się raczej z kawiarnią niż z biblioteką.
– Nie tylko rozmawiamy, trochę też jemy – wyjaśniła Ewa. – Renata miała coś na dzisiaj upiec.
Na środku wypożyczalni ustawiono w okręgu pięć stolików. Przy jednym z nich niska, korpulentna kobieta koło siedemdziesiątki ostrożnie układała na paterze kawałki karpatki. Ewa pociągnęła Gabrielę w jej kierunku.
– To Renia Kwaśna. Piecze najlepsze ciasta pod słońcem.
– Mam takie nazwisko, że muszę dbać o odpowiedni poziom słodyczy. – Kwaśna puściła oko do Gabi. – Ale my to się znamy, jestem stałą klientką Irenki. Pamiętam, jak przychodziłaś do salonu po szkole i odrabiałaś lekcje.
Gabi uśmiechnęła się na to wspomnienie. Zakład fryzjerski matki był miejscem, w którym jako dziecko spędzała dużo czasu. Panujący tam gwar jakoś wtedy zupełnie jej nie przeszkadzał. Jadła tam posiłki, uczyła się, potrafiła nawet uciąć sobie drzemkę. Cudowne, beztroskie czasy.
– Jak ty to robisz, Renatko, że ci te fale tak wychodzą? – westchnęła Ewa, patrząc z podziwem i zazdrością na ciasto. – Moja karpatka jest zawsze płaska jak naleśnik.
Kwaśna wsunęła łopatkę pod kolejny kawałek ciasta, ostrożnie wyjęła go z blachy i umieściła na paterze obok innych.
– Trzeba tu i tam spryskać wodą – wyjaśniła rzeczowo. – Wtedy w tych miejscach nie urośnie i tak się elegancko powygina.
Po czym dodała: – Twoja mama też piecze bardzo dobrą karpatkę.
Ostatnie zdanie zabrzmiało lekko niezręcznie.
– Oczywiście! Moja mama wszystko robi najlepsze. – Ewa przewróciła oczami.
W tym momencie na salę wkroczyła, stukając szpilkami, Ilona Mnich, elegancka sześćdziesięciolatka, bez skrępowania korzystająca z dobrodziejstw medycyny estetycznej.
Ewa nachyliła się do Gabrieli i szepnęła jej na ucho:
– O wilku mowa...
I głośniej: – Cześć, mamo!
– No proszę, kogo my tu mamy! – Ilona rozpromieniła się na widok Gabrieli, córki właściwie nie zauważając. – Ktoś popełnił zbrodnię? – zażartowała.
– Już nie pracuję w policji. Dzień dobry pani – Gabi, mówiąc to, odruchowo ściągnęła wargi.
Matka Ewy była dentystką, a rozmawiając z dentystą, lepiej się zbyt szeroko nie uśmiechać.
Ilona chwyciła ją za łokieć, podobnie jak wcześniej Ewa, tylko mocniej.
– Ale doświadczenia nikt ci nie odbierze. Musisz usiąść przy moim stoliku – zarządziła. – W końcu będziemy analizować kryminał!
Gabriela zdecydowanym ruchem uwolniła rękę z uścisku i odsunęła się od kobiety na bezpieczną odległość. Nie znosiła, kiedy ktoś przekraczał w tak bezwzględny sposób jej granice.
– Nie widzieli państwo serwetek? Gdzieś położyłam i nie mogę znaleźć...
Ania Sobczak, jedna z pracownic biblioteki, krążyła wokół stołów, rozglądając się bezradnie.
Gabi uznała, że taki pretekst zdecydowanie trzeba wykorzystać.
– Jaki kolor? – spytała rzeczowo.
– Zielone!
Z ulgą opuściła towarzystwo Ilony i ruszyła pomóc w poszukiwaniach.
Przy drzwiach do niewielkiej kuchni spotkała Małgorzatę.
– A już się bałam, że w ostatniej chwili stchórzysz. – Przyjaciółka, bezpośrednia jak zwykle, cmoknęła Gabi w policzek. Pachniała swoimi ulubionymi perfumami Muglera, których używała na każdą okazję. Gabriela dotąd nie zwracała uwagi na zapachy, ale teraz wszystko czuła dużo mocniej, intensywniej. Ciekawe były te zmiany w jej fizjologii.
– Ja nigdy nie tchórzę, tylko realnie oceniam szanse. To wszystko.
– Daj spokój. Tutaj nie musisz oceniać szans, bo nikt nie będzie z tobą walczył. Może poza Iloną. – Przewróciła oczami. – Nałęczów ma cztery tysiące mieszkańców. Jak się zaprzyjaźnisz z tymi dziesięcioma osobami, które tu przychodzą, to jakbyś się zaprzyjaźniła ze wszystkimi. Tak to działa.
– Jezu, Gosia! – jęknęła Gabriela. – Chciałaś, żebym wzięła udział w dyskusji o kryminale, proszę bardzo. Ale zaprzyjaźniać się z nikim nie mam zamiaru. Wystarczycie mi ty i moi rodzice.
Małgorzata wzruszyła lekko ramionami.
– Jasne. Pogadamy za rok. A teraz czas na karpatkę Renaty. I W sieci pająka oczywiście. Obiecuję, nie będziesz się nudzić.
Witam państwa bardzo serdecznie na siódmym już w tym roku spotkaniu naszego Klubu Książki „Bookszpan” – rozpoczęła Małgorzata oficjalnym tonem. – Najpierw chciałabym powitać naszą nową członkinię. – Uśmiechnęła się do Gabi. – Gabriela Cybulska.
Wszyscy jednocześnie spojrzeli w stronę Gabi, która natychmiast się zaczerwieniła. Nie lubiła być w centrum uwagi.
– Jak część z was wie, Gabi wiele lat pracowała w policji, dlatego bardzo liczę na jej merytoryczny wkład w dzisiejszą dyskusję. Bo będziemy dzisiaj omawiać kryminał słoweńskiego pisarza Tomo Horvata W sieci pająka. Literatura słoweńska ze względu na rozmiary tamtejszego rynku nie ma zbyt wiele do zaoferowania, więc nie jest u nas zbyt popularna. Jednak dzięki Agnieszce – Małgorzata skinęła głową w kierunku szczupłej, nerwowej brunetki w beżowej garsonce – która zarekomendowała ten tytuł, trafiła w nasze ręce książka nietuzinkowa. Świetnie napisana. Zabawna i głęboka. Poruszająca, zadająca pytania...
– Mnie się na przykład kompletnie nie podobała – przerwała jej Ilona. – Agnieszka, przypomnij mi, skąd ty wzięłaś ten tytuł?
Brunetka w garsonce odwróciła się w stronę Ilony.
– Moja ciocia go przetłumaczyła – w jej głosie czuć było napięcie. – Mieszkała kiedyś w Słowenii, ma męża Słoweńca i odkąd się przenieśli do Polski, zajmuje się tłumaczeniami. U nich w kraju ta książka była bestsellerem. Myślałam, że...
– Uważam, że poznawanie nowych kultur przy okazji lektury jest bardzo ciekawe i rozwijające. – Przyszła jej z odsieczą Małgosia. – Czy wszystkim udało się zapoznać z tekstem?
Mówiąc to, rzuciła Gabrieli porozumiewawcze spojrzenie, jakby chciała zakomunikować: Zobacz, nie minęły nawet trzy minuty, a już się zaczyna.
– Ja jeszcze nie skończyłam... – odezwała się Gabriela.
– Jasne. Ktoś jeszcze?
Wysoka, tęga czterdziestolatka w fioletowym kombinezonie podniosła rękę, jakby zgłaszała się do odpowiedzi, a ciężkie złote pierścienie na jej palcach zabłysły dumnie.
– Ja też nie dałam rady. Dostałam książkę od Eli dopiero wczoraj. Zaczęłam pierwszy rozdział.
– Przepraszam, Bogusiu, ale ja wcześniej musiałam czekać, aż wróci do biblioteki po panu Władysławie – wytłumaczyła się szybko Elżbieta Majewska, właścicielka kwiaciarni. – To chyba pierwszy raz się zdarza, że mamy tak mało egzemplarzy.
– Tej książki nigdzie nie można dostać – wyjaśniła siostrzenica tłumaczki. – Nakład był niewielki, już dawno się wyprzedał, nawet na Allegro trudno to złapać. Gdyby ciocia mi nie przysłała dwóch egzemplarzy, nie mielibyśmy na dzisiaj.
– Może gdyby to było lepsze, zrobiliby dodruk? – zasugerowała Ilona.
Gabriela śledziła tę wymianę ciosów z coraz większym zainteresowaniem.
– Ciekawe, mamo, jaką ty książkę zaproponujesz, jak przyjdzie twoja kolej. – Ewa zwróciła uwagę Ilonie.
– To dopiero w listopadzie, coś wymyślę. – Ilona machnęła lekceważąco ręką. – A teraz trudno, pomęczmy się z tym pająkiem.
– Mam taką refleksję, jeśli można – odezwał się jedyny w tym gronie mężczyzna, artysta malarz Władysław Mosek.
Wysoki, szczupły siedemdziesięciolatek w płóciennej marynarce miał przystojną twarz, długie siwe włosy zebrane w kucyk i kolorowy fular fantazyjnie zawiązany pod szyją.
– Otóż, Ilonko, nawet jeżeli wybrana książka nie trafia w nasze gusta, ciekawie jest później wymienić poglądy, zastanowić się nad tym, co chciał nam przekazać autor, poszerzyć swoje horyzonty...
– Władku! – dentystka uniosła ostrzegawczo palec. – Jeśli chodzi o moje horyzonty, nie uważam, żeby były zbyt wąskie. Więc nie brnij, proszę!
Mosek, który zajmował miejsce obok Ilony, chwycił jej dłoń i złożył na niej teatralny pocałunek.
– Przepraszam, moja droga. Nie chciałem, żeby to zabrzmiało niezręcznie. Po prostu starajmy się wnosić na nasze spotkania dobrą energię.
– To może na początek – włączyła się Małgorzata – jeszcze zanim zaczniemy omawiać kwestie literackie, poprosimy o kilka słów Gabrielę, która na pewno ma na tę historię inne spojrzenie niż my wszyscy. Jakie są twoje wrażenia? Co sądzisz o konstrukcji tego kryminału? Co ci się w nim podoba, a co byś ewentualnie zmieniła?
Gabriela poczuła się jak wywołana do odpowiedzi przez nauczyciela.
– Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że nie jestem fanką kryminałów – zaczęła ostrożnie. – Właściwie w ogóle ich nie czytam. Prawdziwa praca policjanta najczęściej nijak się ma do fikcji, choćby nie wiem jak starannie wymyślonej. Dlatego nie potrafię porównać tej książki do innych z tego gatunku. Czytało mi się dobrze, Słowenia została bardzo ciekawie przedstawiona, po tej lekturze chętnie pojechałabym do Lubljany. Natomiast sam pomysł na morderstwo, no cóż, wydaje mi się naciągany. W sensie przekombinowany. Jestem pewna, że można było znaleźć prostszy sposób. Z mojego doświadczenia wiem, że tak precyzyjnie zaplanowane zbrodnie właściwie się nie zdarzają. W dodatku było ogromne ryzyko, że ten plan po prostu nie wypali.
– Mam pytanie – odezwała się Ewa. – Dlaczego uważasz ten pomysł za naciągany?
Gabriela musiała się chwilę zastanowić. Rzeczy, które wydają się oczywiste, wcale nie są łatwe do wytłumaczenia.
– Głównie ze względu na... jak by to ująć... narzędzie zbrodni?
– Czy ktoś mógłby mi przybliżyć temat? – odezwała się kobieta w fioletowym kombinezonie. – O jakie narzędzie zbrodni chodzi?
– O pająka – wyjaśniła Gabriela.
– Jadowitego? – ucieszyła się Bogusia. – Podoba mi się!
– No właśnie nie. Gdyby chodziło o ukąszenie, to bym się nie czepiała. Choć racjonalniej byłoby wykorzystać węża albo skorpiona, mają mocniejszy jad i są bardziej agresywne. Ale morderca użył ptasznika goliata, żeby doprowadzić ofiarę do ataku paniki.
– Goliaty to chyba te największe pająki na świecie, prawda? – Ewa aż się wzdrygnęła.
– I nie są jadowite? – zdziwiła się Bogusia.
– Nie na tyle, żeby zabić człowieka – wytłumaczyła Gabriela.
– No dobrze, ale ja dalej nie wiem, jak doszło do tej zbrodni. – Bogusia rozłożyła bezradnie ręce.
– Poczekaj, może ja ci przeczytam... – Małgorzata wzięła do ręki podniszczony egzemplarz książki o odpychającej okładce, której centralny punkt zajmował rysunek gigantycznego pająka, i przekartkowała kilka stron.
„Wyjechał z bramy na wąską dwupasmówkę, pokonał nią pół kilometra do zjazdu i wyskoczył na autostradę. Nacisnął mocniej pedał gazu, strzałka prędkościomierza wystrzeliła w górę i po chwili przekroczyła dwieście kilometrów na godzinę. Dwieście dziesięć, dwieście dwadzieścia...
Nagle kątem oka dostrzegł we wnętrzu auta jakiś ruch. Przy takiej szybkości zwykle nie odrywał wzroku od drogi, ale ponieważ ruch się powtórzył, spojrzał w prawo i zamarł. W załamaniu między dachem a drzwiami siedział pająk. Ale nie taki zwykły, jakiego można było znaleźć w domu. Ten był wielkości dłoni dorosłego mężczyzny, miał grube, włochate łapy i olbrzymi, równie włochaty odwłok.
Luka natychmiast wpadł w panikę typową dla arachnofobii: serce zaczęło mu bić jak szalone, a ciało drżeć. Jego oddech stał się płytki, spazmatyczny, do ust napłynęła mu ślina zapowiadająca wymioty. Układ nerwowy podpowiadał jedno: uciekaj! Tylko dokąd?!
W tym momencie pająk ruszył w jego kierunku. Luka próbował się odsunąć. Wystarczyła sekunda, żeby stracił panowanie nad kierownicą. Auto skręciło gwałtownie, przebiło bariery i przeskoczyło na przeciwległy pas jezdni, prosto pod nadjeżdżającą z przeciwka ciężarówkę”.
Małgorzata zamknęła książkę i odłożyła ją na stolik, obok patery z ciastem.
– Bardzo ciekawe – stwierdziła Bogusia. – Ale mało wiarygodne. Żeby aż tak się bać pająka? Bez sensu.
– A właśnie, że nie! – zaprotestowała Ewa. – Ja to bardzo dobrze rozumiem. Też mam arachnofobię i uwierzcie mi, jak każda fobia jest po prostu nie do opanowania. Wszyscy mi mówią: jak możesz się bać pająka, przecież on jest taki malutki, to raczej on mógłby bać się ciebie. Ale ten lęk jest poza logiką. Na widok pająka wskakuję na stół, krzyczę, piszczę, macham rękami, zachowuję się jak idiotka. W sumie gdyby ktoś chciał się mnie pozbyć, to spokojnie mógłby zrobić to samo co w tej książce. Dostałabym histerii i rozbiłabym się, jestem pewna.
– Czy ktoś jeszcze jest team Ewa? – chciała wiedzieć Małgorzata.
Ręce podniosły Ela, właścicielka kwiaciarni, oraz Ania, bibliotekarka.
– A ty, mamo? Dlaczego się nie zgłaszasz? – Ewa wywołała do tablicy Ilonę.
– Nie no, ja się pająków aż tak nie boję. One mi się tylko nie podobają ze względów estetycznych.
Ewa parsknęła śmiechem.
– Nie wiedziałam, że za każdym razem, gdy widzisz pająka w domu i uciekasz z krzykiem, to jest to kwestia estetyki.
Ilona westchnęła.
– No dobrze. Boję się. I reaguję paniką. Więc można mnie zabić tak samo jak Ewę i tego całego Lukę. Ale to nie znaczy, że książka mi się podobała – podkreśliła na koniec.
– Dzięki za podpowiedź – powiedziała z przekąsem Bogusia. – Pająk do auta. Zapamiętam.
Ilona posłała kobiecie niechętne spojrzenie, a Gabi zdała sobie sprawę, że między tymi dwiema kobietami są jakieś napięcia. Ciekawe na jakim tle?
– To może teraz porozmawiajmy o warstwie literackiej? – zareagowała natychmiast Małgorzata. – Klarysa?
Klarysa Nowacka, wicedyrektorka Szkoły Podstawowej im. Stefana Żeromskiego, sięgnęła po swój egzemplarz. Spomiędzy kartek wystawały kolorowe znaczniki.
– Po pierwsze, książka mi się podobała – zaczęła. – Ciekawe tło, ciekawy kraj, no i te biznesowe rozgrywki. Natomiast językowo... No cóż. Znalazłam dużo różnych niezręczności, styl jak na kryminał trochę za bardzo kwiecisty, ale właściwie nie wiemy, czy to wina oryginału, czy... Agnieszko, nie obraź się – przekładu. Zwłaszcza w opisie ślubu użyto, tak sądzę, zbyt wielu przymiotników.
W tym momencie rozległo się energiczne dzwonienie łyżeczką o filiżankę.
– Halo! Przepraszam! – Ilona odczekała, aż spojrzenia wszystkich skierują się na nią. – Czy mogę jedno zdanie à propos ślubu?
Nikt nie zaprotestował.
– Kochani, za miesiąc w naszym urzędzie miasta odbędzie się pewna uroczystość, na którą chciałabym was zaprosić. Będzie mi bardzo miło, jeżeli wpadniecie.
– A co to będzie? Uroczyste wręczenie kluczy do lokalu? – rzuciła z przekąsem Bogusia.
Gabriela nachyliła się do Małgorzaty, żeby zapytać, o co chodzi z tym wręczeniem kluczy, ale nie zdążyła, bo Ilona odpowiedziała radośnie:
– Ależ skąd. Mój ślub!
Gdyby na salę wpadło teraz tornado, nie wywołałoby większego poruszenia niż słowa, które padły z ust Ilony Mnich. Po chwili zaskoczenia wszyscy, no prawie wszyscy, rzucili się do niej z gratulacjami. Wyglądało na to, że spotkanie nie wróci już na swoje literackie tory.
Poza Gabrielą tylko trzy osoby wykazały pewną powściągliwość. Pierwszą z nich była Ewa, która wyglądała na zawstydzoną zachowaniem matki. Drugą – obwieszona złotem właścicielka sklepu z pamiątkami. Bogusława, zamiast ściskać szczęśliwą narzeczoną, nałożyła sobie kawałek karpatki i zaatakowała ją łyżeczką z taką złością, jakby ciasto czemuś zawiniło.
W kolejce do gratulacji nie ustawił się również Władysław Mosek. Kiedy Ilona zakomunikowała, że wychodzi za mąż, przez chwilę patrzył na nią z niedowierzaniem, a gdy zrozumiał, że kobieta nie żartuje, zgarbił się, oparł łokcie o stół i ukrył twarz w dłoniach. Sprawiał wrażenie zdruzgotanego.
Ewa sięgnęła po termos z herbatą.
– Coś czuję, że będziemy teraz omawiać krój sukni ślubnej i menu na wesele. Nalać ci? – spytała Gabrielę.
Gabi pokręciła głową.
– Nie, dzięki. Czyli zapowiada się huczna impreza?
Ewa upiła łyk herbaty.
– Właściwie nie. Matka zaprasza na ślub, kogo popadnie, bo chce mieć dużo ludzi na zdjęciach, ale przyjęcie ma być tylko dla rodziny, na dwadzieścia osób. Trochę to nie w stylu mamy, ale Jarosław nalegał. On jest bardzo rozsądnym facetem. Wytłumaczył matce, że teraz, kiedy otwiera drugi gabinet, lepiej wyłożyć pieniądze na sprzęt niż na wesele.
– No szkoda, że tak skromnie – prychnęła Bogusia znad resztek karpatki. Po czym dorzuciła złośliwie: – Za dużo ślubów w życiu to już Ilonka nie będzie miała.
Władysław Mosek odsunął gwałtownie krzesło i wstał.
– Wychodzę – powiedział zachrypniętym głosem. – Powiedzcie pani dyrektor, że rozbolała mnie głowa. Albo nic nie mówcie.
Ruszył w stronę wyjścia, a Gabi pomyślała, że przez ostatnich dziesięć minut mężczyzna postarzał się o ładnych parę lat.
Ewa wyjęła z kieszeni dżinsów komórkę, wpisała PIN, jeden z tych, przed jakimi przestrzegają specjaliści od bezpieczeństwa w sieci: 1234, następnie odpisała komuś na esemes i odłożyła telefon.
– Właśnie się umówiłam na randkę – oznajmiła z satysfakcją. – Całkiem fajny facet. Trzymaj kciuki!
– Jasne!
Ewa kilka miesięcy temu rozstała się z mężem i właśnie była w trakcie wyjątkowo nieprzyjemnego rozwodu z orzekaniem o winie. Randka dobrze jej zrobi, pomyślała Gabriela.
– Wiesz co, ja to już chyba pójdę – zreflektowała się lekarka. – O książce to my już raczej rozmawiać nie będziemy, a ślubu mojej matki mam po dziurki w nosie.
Do ich stolika dosiadła się Małgosia.
– Ewcia, jak tam? Kiedy następna rozprawa?
– Za dwa tygodnie. Ale zostawmy to. – Ewa dyskretnym ruchem głowy wskazała na brunetkę w beżowym kostiumie, która właśnie wypytywała Ilonę o ceny ślubnych bukietów. – Jeszcze mu doniesie, że o nim gadamy.
Gabriela nie bardzo wiedziała, dlaczego mają przy Kaczmarskiej uważać na to, co mówią.
– Czemu miałaby mu donosić? – spytała zaskoczona. – Kim ona jest?
Ewa i Małgorzata wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.
– Pracuje u tego złamasa mojego męża w agencji nieruchomości – wyjaśniła półgłosem Ewa. – Więc rozumiesz...
Zdjęła torebkę z oparcia krzesła.
– Na kiedy jesteś do mnie zapisana? – spytała Gabrieli.
– Na przyszłą środę. – Gabi na myśl o wizycie poczuła w żołądku nieprzyjemny skurcz.
– W takim razie do zobaczenia! – Ewa nachyliła się i cmoknęła ją w policzek, a Gabi pomyślała, że ma dużo szczęścia, że to właśnie Borowiecka prowadzi jej ciążę. Ewa była nie tylko świetną lekarką, ale też dobrym, serdecznym człowiekiem.
– No i co? Jak ci się podobało na naszym Klubie Książki? – spytała Małgosia, kiedy Ewa zniknęła za drzwiami. – Nie żałujesz, że wpadłaś?
– Nie, coś ty. Było bardzo ciekawie.
– Dopiszę cię do listy mailingowej. Spotykamy się za miesiąc, musisz znowu przyjść.
W tym momencie żadna z nich jeszcze nie wiedziała, że członkowie Klubu spotkają się dużo wcześniej. W dodatku wcale nie po to, żeby omawiać kolejny tytuł...
Kiedy w środę przed południem Gabriela pojawiła się w salonie fryzjerskim U Ireny, były tam tylko dwie klientki. Włosy Gabi już od dawna wymagały strzyżenia, ale zawsze miała jakieś ważniejsze sprawy. A dzisiaj i tak musiała wyjść do ginekologa, więc uznała, że w końcu o siebie zadba.
Kiedy usiadła w fotelu przed lustrem, z przyzwyczajenia zakręciła się kilka razy wokół własnej osi. Uwielbiała to robić jako dziecko i choć minęło wiele lat i wiele razy zmieniły się fotele i lustra, poczuła to samo co kiedyś – lekkość. A w dorosłym życiu nie było o nią tak łatwo.
Matka stanęła za nią i przez chwilę przyglądała się jej odbiciu.
– Dobrze wyglądasz – powiedziała. – Ta ciąża ci służy.
Odkąd okazało się, że Gabriela spodziewa się dziecka, matka przestała rozmawiać z nią na inne tematy.
– Wiem, mamo. Mówiłaś mi to rano przy śniadaniu.
– Dobrze, już dobrze. To co robimy?
– Strzyżemy. Może krócej niż zwykle?
Gabriela miała fatalne włosy – cienkie, suche i łamliwe – więc krótka fryzura nie była najlepszym pomysłem, co matka przedstawiła jej krótko i zwięźle.
– Mowy nie ma. Wyrównam ci je i odświeżę. I położę maskę. Chodź na myjkę.
Gabi posłusznie przeniosła się na czarny fotel przy umywalce i odgięła głowę w tył. To był jedyny moment we fryzjerskim rytuale, za którym nie przepadała. Z powodu lekko powiększonej tarczycy zawsze czuła wtedy nieprzyjemny ucisk na szyi, ale mycie głowy ten dyskomfort rekompensowało. Ciepły strumień wody, delikatny plusk i masaż skroni. Wspaniały relaks.
– Gabrysiu kochana, jak ty się czujesz, powiedz? – Na fotel obok opadła Natalia Kubicka, emerytowana pracownica banku, z którą matka Gabrieli od lat się przyjaźniła. – Twoja mama uważa, że ciąża ci służy.
Gabriela parsknęła śmiechem.
– Czuję się bardzo dobrze. Żadnych mdłości, bólów, nic.
– A który to miesiąc?
– Początek czwartego. Przynajmniej tak twierdzi Ewa.
– Aaa! Czyli chodzisz do Borowieckiej?! Wszyscy ją chwalą! To najlepsza ginekolożka w okolicy.
– Zdecydowanie! – wtrąciła matka. – Same dobre opinie o niej krążą.
Jeżeli Irena twierdziła, że ktoś cieszy się w miasteczku dobrą opinią, to na pewno miała rację. W całym Nałęczowie nie było lepiej poinformowanej osoby niż ona.
– Ma dziewczyna sukces zawodowy, finansowy, a z mężem takie problemy – ciągnęła Kubicka. – Nie dość, że ją zdradził i się po mieście prowadza z tą swoją flamą, to jeszcze podobno chce ją oskubać. Irenka, ty wiesz coś więcej?
– Nie. Ale za to słyszałam, że jej matka wychodzi za mąż.
Kubicka aż westchnęła.
– Co ty mówisz? Ilona? Za kogo?
– Jak to za kogo? Wysoki, chudy, mieszkają razem już z pół roku, jak nie więcej. Na pewno go kojarzysz.
– A on nie jest od niej przypadkiem młodszy?
– Jest. – Matka odcisnęła wodę z włosów Gabrieli i owinęła jej głowę ręcznikiem. – Wracamy na fotel.
Gabriela spojrzała w lustro. W turbanie z białego ręcznika wydała się sobie nagle dziwnie blada i nijaka.
– Ciekawe, że kiedy kobieta jest młodsza od mężczyzny, to nikt się jakoś nie dziwi – rzuciła zaczepnym tonem. – A w drugą stronę wszyscy natychmiast się bulwersują.
– Daj spokój, nikt się nie bulwersuje – zainterweniowała matka. – Natalia po prostu zwróciła na to uwagę. Sama przyznasz, że taki układ ciągle nie jest powszechny. Zwłaszcza u nas, w miasteczku, w którym panują tradycyjne poglądy. Ja tam dobrze życzę Ilonce. Najważniejsze, żeby byli szczęśliwi. Prawda, Natalko? – zwróciła się do klientki.
– Prawda, prawda. – Emerytka najwyraźniej nie chciała analizować tego problemu, bo szybko zmieniła temat. – Rano zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy, jeszcze z Lublina. Pamiętacie, jaka w marcu była u nas w banku afera? Okazało się, że ktoś wyprowadza pieniądze, rekompensaty za spłacony kredyt. To była spora suma, prawie dwa miliony złotych. Ja już tam wtedy nie pracowałam, ale i tak mnie sprawdzali. I w końcu odkryli, że stała za tym taka Bożena Tarkowska. Cicha, spokojna, poukładana, klasyczna szara myszka. No i kiedy już ją mieli prawie namierzoną, ona zniknęła. Wszyscy uznali, że uciekła z pieniędzmi. Kojarzycie tę sprawę?
– Owszem – odpowiedziała zaskoczona Gabriela. – I to całkiem nieźle. Prowadziliśmy ją z moim partnerem.
Kubicka, której fryzjerka właśnie skończyła myć głowę, wyprostowała się gwałtownie, chlapiąc dookoła wodą z mokrych włosów.
– Naprawdę? Niesamowite! Co za zbieg okoliczności! A dlaczego to nie ty mnie wtedy przesłuchiwałaś?
– Bo my z Leonem nie zajmowaliśmy się sprawą oszustwa, tylko zaginięciem – wyjaśniła. – Czego się pani dowiedziała od tej koleżanki?
– A, no właśnie, już mówię! Podobno znaleźli tę Bożenę! Tyle że... martwą!
Gabriela odwróciła się gwałtownie z fotelem w kierunku kobiety, o mało nie wytrącając matce nożyczek z dłoni.
– Kiedy to się stało? Gdzie? Wie pani coś więcej?
Kubicka patrzyła niepewnie na Gabrielę, zaskoczona jej reakcją.
– Niestety nie. Ta koleżanka tylko tyle mi powiedziała.
– Gabi, usiądźże normalnie – zirytowała się matka. – Bo cię powycinam w ząbki.
Gabriela posłusznie odwróciła się do lustra, jednocześnie grzebiąc w torbie w poszukiwaniu komórki. Kiedy ją w końcu znalazła, wystukała wiadomość do Leona, swojego byłego partnera: Podobno znaleźliście ciało Tarkowskiej? I położyła telefon przed sobą, obok lustra, czekając na odpowiedź.
Ale Leon milczał.
Kiedy pół godziny później Gabriela wyszła wreszcie z salonu, natychmiast zadzwoniła do Leona. Abonent chwilowo niedostępny, usłyszała komunikat wygłoszony tym sztucznym, obojętnym głosem, który zawsze doprowadzał ją do furii.
Zirytowana, ruszyła w kierunku ulicy Żeromskiego. Zdążyła przejść może jakieś sto metrów, kiedy dogoniła ją matka.
– Kotek! Poczekaj! Nie zdążyłam zapytać, czy nie potrzebujesz wsparcia!
– W jakim sensie? – Gabriela nie zamierzała niczego matce ułatwiać.
– Chętnie tam z tobą pójdę. Na wizytę do ginekologa. Będzie ci raźniej.
Gabriela wzięła głęboki oddech.
– Nie, dziękuję. Poradzę sobie. – A widząc zawód w jej oczach, dodała: – Mamo, jestem dorosła, samodzielna, odpowiedzialna. Poza tym... nie zastąpisz mi Tomka.
Wszyscy jej bliscy – rodzice, brat, nawet Małgorzata – starali się swoją obecnością, troską, miłością wypełnić ten brak. A to było niemożliwe. Zalała ją fala smutku i tęsknoty.
– Muszę już iść, bo się spóźnię – powiedziała. – I nie martw się. Dam sobie radę. Ze wszystkim.
Gabinet lekarski Ewy Borowieckiej mieścił się przy ulicy Żeromskiego 8, w parterowym pawilonie zbudowanym na tyłach bliźniaczej willi, w której Borowiecka mieszkała ze swoją matką. Oprócz gabinetu ginekologicznego znajdowały się tutaj również gabinet dentystyczny Ilony oraz recepcja.
Na pierwszej wizycie Gabriela pojawiła się tutaj miesiąc temu. Zaczęło się od tego, że opóźniał jej się okres i dla świętego spokoju zrobiła sobie test ciążowy. A kiedy wyszedł pozytywny, natychmiast pobiegła do apteki po dwa kolejne. Nie mogła uwierzyć, że dały ten sam wynik. Była jednocześnie szczęśliwa i przerażona, a tęsknota za Tomkiem rozdzierała jej serce. Kiedy zdecydowali się na dziecko, karmiona romantycznymi filmami wyobraźnia Gabi zaczęła jej podsuwać przeróżne sposoby na to, jak zakomunikować mężowi ciążę. Najbardziej kusiło ją pudełko z niemowlęcymi bucikami, wymyśliła nawet całą inscenizację. Ale bez Tomka to wszystko przestało mieć sens...
Więc kiedy zapisywała się na wizytę do Ewy, nie była pewna, czy chce, żeby lekarka potwierdziła ciążę.
– Pobierzemy ci jeszcze krew na beta-hCG, ale wszystko wskazuje na to, że będzie dzidziuś – powiedziała Ewa po badaniu. A ponieważ była cudownie empatyczną osobą i musiała zdawać sobie sprawę z tego, co czuje Gabriela, dodała: – Nie bój się, zobaczysz, wszystko będzie dobrze.
Rzeczywiście, na początku bała się strasznie. Ale wystarczyło podjąć kilka decyzji – że na razie zamieszka z rodzicami, że sprzeda mieszkanie w Lublinie i kupi sobie coś tu, w Nałęczowie, że zajmie się prowadzeniem pensjonatu, żeby poczuć ulgę i spokój. Pozostały jeszcze kwestie zdrowotne. Wiedziała, że każda wizyta kontrolna będzie ją kosztować mnóstwo nerwów, ale świadomość, że urodzi dziecko Tomasza, zmieniła jej spojrzenie na przyszłość, na świat, a nawet na samą siebie. Dwa miesiące temu myślała, że jej życie się skończyło. Teraz czuła, że rozpoczyna się na nowo.
Ewa w fartuchu nie była tą samą Ewą, którą Gabriela znała prywatnie. Wciąż serdeczna i ciepła, stawała się bardziej konkretna, skupiona, skoncentrowana. Była profesjonalistką, a Gabi bardzo to odpowiadało.
– Widzisz, nie trzeba się było tak denerwować.
Lekarka, pochylona nad biurkiem, wypełniała starannie kartę ciąży.
– Wszystko jest idealnie. Wzorcowo. Badanie, wyniki... – Zatrzymała się. – Brakuje mi tylko oznaczenia grupy krwi, chyba zapomnieli w laboratorium. Musimy to uzupełnić. Możesz przyjść jutro rano na pobranie?
– Przyjdę, jasne.
Lekarka odłożyła długopis i odsunęła się z krzesłem od biurka. Gabriela już wcześniej zauważyła, że Borowiecka nie wygląda najlepiej. Była blada, miała podkrążone oczy i dużo bardziej nerwowe ruchy niż ostatnio na Klubie Książki. Kobieta wzięła głęboki oddech i nagle Gabi odniosła wrażenie, że wyparował z niej cały profesjonalizm, a zastąpiły go dziwne rozedrganie i niepewność.
– Wiesz, chyba będę miała do ciebie prośbę – powiedziała ostrożnie. – Zawodową.
– Zawodową lekarską? – zdziwiła się Gabriela.
– Nie chodzi o mój zawód, tylko o twój – wyjaśniła Ewa.
Tego się Gabi nie spodziewała.
– Przecież wiesz, że odeszłam z policji – zastrzegła natychmiast.
– Wiem, oczywiście. Ale masz doświadczenie.
– Powiesz coś więcej?
– Na razie niewiele wiem. Jutro jadę do Warszawy, mam się z kimś spotkać w tej sprawie. Wszystko wskazuje na to, że będę potrzebowała twojej rady. Być może nawet znajomości.
– Możesz na mnie liczyć.
Ewa uśmiechnęła się z wdzięcznością.
– Odezwę się jutro po spotkaniu.
Gabriela miała wielką ochotę już teraz wyciągnąć z Ewy więcej szczegółów, ale zaczęła wibrować jej komórka. Dzwonił Leon. Zrzuciła go.
– Ewa, jeśli tylko będziesz mnie potrzebować, pomogę. Oczywiście w miarę moich możliwości.
Wychodząc z gabinetu, minęła siedzącą w poczekalni kobietę w zaawansowanej ciąży. Czyli ja też tak będę wyglądać? – pomyślała i odruchowo dotknęła swojego brzucha. Jeszcze prawie nie było go widać, choć dżinsy, które wcześniej ściskała paskiem, teraz całkiem dobrze leżały bez niego. Uznała, że będzie sobie musiała kupić ogrodniczki. I chyba jednak jakąś sukienkę, choć za sukienkami nie przepadała.
Przechodząc przez recepcję, wyciągnęła komórkę i oddzwoniła do Leona. Były partner odebrał po trzech sygnałach, a jego pierwsze słowa brzmiały:
– Skąd wiesz?
– Czyli to prawda!
– Skąd wiesz, do cholery?
Gabi oparła się o barierkę przy schodach.
– Niestety nie od ciebie. Więc może się teraz zrehabilitujesz i mi powiesz, co się konkretnie stało?
Choć nie widziała teraz Leona, była pewna, że przewraca oczami i kręci głową, niezadowolony.
– Po co miałem ci mówić? Przecież ty masz się teraz relaksować, odpoczywać... – w tych jego gładkich słowach zabrzmiała lekka pretensja, a może tylko Gabrieli tak się wydawało.
– Prowadziliśmy tę sprawę razem – przypomniała mu. – A to dość istotny zwrot akcji, musisz przyznać. Wypadałoby, żebyś mnie nie pomijał.
– Chcesz się teraz kłócić czy czegoś dowiedzieć? – Zamilkła, więc zaczął opowiadać. – Od kilku miesięcy ktoś okradał cmentarz na Majdanku. Najpierw znikała drobnica, znicze, wazony, sztuczne kwiaty, ale jak zaczęło się wynoszenie elementów nagrobków, to chłopcy z szóstego komisariatu się wkurzyli i namierzyli delikwenta. Podczas próby zatrzymania zaczął stawiać czynny opór, no i trochę sobie nagrabił. A jak się dowiedział, ile mu za to grozi, strasznie spietrał. I zaczął kombinować, czy by się nie dało czegoś z nami przehandlować za niższy wyrok. W końcu jego adwokat przyszedł do nas z informacją, że wczesną wiosną gość widział, jak dwóch ludzi podrzuca trupa do świeżo wykopanego grobu. Sprawdziliśmy daty pochówków, wytypowaliśmy kilka kwater, a on wybrał jedną z nich. Chwilę to trwało, zanim dostaliśmy pozwolenie z prokuratury, ale wczoraj rano ekipa weszła na cmentarz.
– I co?!
– Klasyka. Na zakładkę.
Na zakładkę to jeden z najbardziej skutecznych sposobów pozbycia się ciała. Zwłoki zakopywano w świeżo przygotowanym do pochówku grobie. Następnego dnia przychodził kondukt żałobny, do grobu składano trumnę i zasypywano ziemią. Szansa, że ktoś odnajdzie ciało ukryte pod trumną, była prawie zerowa.
– Skąd wiadomo, że to Tarkowska?
– Po pierwsze, data pochówku się zgadza: dzień po jej zaginięciu. Po drugie, w opisie zaginionej był wymieniony złoty krzyżyk. Miała go nawet na zdjęciu, które nam dostarczyła siostra.
– Pamiętam...
– No i ten sam krzyżyk znaleźliśmy na zwłokach. Ale oczywiście zleciłem DNA i stomatologię. Niezły zwrot, musisz przyznać.
Gabi przypomniała sobie to ekscytujące uczucie, kiedy w śledztwie pojawiały się nowe dowody i zaczynali z Leonem kombinować, gdzie ten element układanki umieścić. Nagle zrobiło jej się przykro.
– Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć? – Zabrzmiało to jak wymówka.
– Na przykład po sekcji, kiedy już będziemy wiedzieli, jak zginęła. I czy na pewno została zamordowana.
– No sama się raczej na cmentarzu nie zakopała.
– Serio? – Leon był już naprawdę zirytowany.
Gabriela odetchnęła głęboko.
– Nie wściekaj się, przecież to żart był... – powiedziała ugodowym tonem.
– Coś ci się, widzę, w tym Nałęczowie poczucie humoru wyostrzyło!
– Po prostu dziwi mnie, że się nie cieszysz – wyjaśniła. – Teraz zamiast sprawy o zaginięcie masz morderstwo.
– Naprawdę uważasz, że powinienem się cieszyć z trupa? – westchnął. – Jednak wolałem wersję, że uciekła z kasą. Poszedł za nią europejski nakaz aresztowania i byłem pewny, że ktoś gdzieś ją dla nas złapie. Teraz się wszystko potężnie skomplikowało. A ja chyba nie mam przestrzeni na komplikacje.
W głosie Leona usłyszała żal i pretensję. Bardzo źle się z tym poczuła. Pracowali z sobą wiele lat. Z żadnym partnerem wcześniej nie czuła takiego komfortu, takiego zaufania, z nikim tak się nie zaprzyjaźniła. No i Tomasz bardzo go lubił. I szanował. Byli praktycznie jak rodzina, nawet święta często spędzali razem. A teraz?
Kiedy odchodziła z pracy po śmierci męża, wszyscy starali się ją zrozumieć. Leon też. Ale wiedziała, że to jego najbardziej dotknęła swoją decyzją i że to on będzie z jej powodu najbardziej poszkodowany. I rzeczywiście. Leon stracił zapał do pracy, energię, a z nowym partnerem nie potrafił się dogadać. Gabi czuła, że to przez nią, zaczęły ją nawet męczyć wyrzuty sumienia, tylko że to kompletnie nie miało sensu. Żeby pomóc Leonowi wykaraskać się z tego motywacyjnego dołka, musiałaby... wrócić do pracy.
Nagle uświadomiła sobie, że gdyby nie ciąża, pewnie nawet zaczęłaby rozważać taką opcję. Może dlatego Leon nie przyjął informacji o tym, że spodziewa się dziecka, z jakimś specjalnym entuzjazmem?
– Przestrzeń to ty zawsze znajdziesz, przecież cię znam – pocieszyła go. – Inna sprawa, że pół roku po zaginięciu trudno będzie się czegoś chwycić. Myślisz, że ten świadek coś wniesie?
– Może tak, może nie. Sorry, ale nie mam czasu gadać – uciął.
– Jakby coś wyszło, daj mi znać! – poprosiła, ale Leon zdążył się rozłączyć.
[...]
