Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Co zrobisz, by uratować najlepszego przyjaciela?
Janek, Zosia, Klara, Julka i Tymek to paczka wystrzałowych przyjaciół. Co ich łączy? Supermoce!
Janek ‒ doskonały wzrok
Klara ‒ perfekcyjny słuch
Julka ‒ superczuły dotyk
Zosia ‒ niezawodny węch
Tymek ‒ idealny smak
Fajnie mieć kumpli, na których można polegać i którzy pomogą ci w największych tarapatach. Zdaje się, że tym razem w niezłe kłopoty wpadł Tymek. Jedyny ślad, jaki po nim pozostał, to ubrania nad rzeką. Ale umówmy się, Tymek nigdy by nie złożył ubrań w kostkę.
Grupa przyjaciół rusza na niebezpieczną akcję. Nie wiedzą, z kim przyjdzie im się zmierzyć. Ktoś zna ich sekret i chce przejąć ich moce. Tymek jest kluczem do zagadki.
Co będą w stanie poświęcić przyjaciele, by odzyskać najlepszego kumpla?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 220
Data ważności licencji: 9/30/2030
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czy bycie zwyczajnym nastolatkiem obdarzonym niezwykłymi zdolnościami to dar, czy kłopot?
To pytanie zadają sobie Julka, Klara i Tymon, którzy spotykają się przez przypadek i odkrywają, że każde z nich posiada jeden wyjątkowo wrażliwy zmysł. Można to nazwać supercepcją. Percepcja to odbieranie świata za pomocą zmysłów, a supercepcja — posiadanie superzmysłów.
Julka ma superdotyk, Klara — supersłuch, a Tymon — supersmak. Mógł mieć na to wpływ pewien tajemniczy wybuch, do którego doszło tuż przed ich narodzeniem i który nierozerwalnie połączył losy całej trójki. Czy raczej piątki, bo z biegiem czasu dołączają do nich Janek obdarzony superwzrokiem i Zosia o superczułym węchu. A może pojawi się jeszcze ktoś?
Nastolatkowie przeżywają niezwykłe przygody, podczas których uczą się, jak korzystać ze swoich mocy, i poznają siłę przyjaźni. Jednocześnie ich tropem podąża dwoje tajemniczych i bezwzględnych naukowców, którzy za wszelką cenę pragną poznać sekret nadzwyczajnych zdolności tej piątki.
Czy przyjaciołom uda się uniknąć niebezpieczeństwa?
Julka siedziała w swoim pokoju w Strasznym Dworze na specjalnym, wyjątkowo miękkim pufie i w zamyśleniu głaskała swojego węża, Sznurówkę, który owinął się wokół jej nadgarstka jak żywa bransoletka.
Kontakt z delikatną skórą węża działał na dziewczynę kojąco. Działo się tak, ponieważ Julka miała wyjątkowo czuły zmysł dotyku. Wszystko, co twarde, szorstkie czy kanciaste, sprawiało jej ból. W jej pokoju każdy przedmiot był gładki i miękki, a na dłoniach, niezależnie od pogody, nosiła rękawiczki, które chroniły opuszki jej palców.
Dziewczyna niedawno wróciła z Warszawy ze spotkania z przyjaciółmi. Razem z Klarą, Zosią, Tymonem i Jankiem byli na podwieczorku u pana Zacharego, sąsiada Klary. Kilka dni wcześniej w wyniku brawurowej i niebezpiecznej akcji udało im się odzyskać Fionę, suczkę pana Zacharego, i oddać ją właścicielowi. Fiona została bowiem porwana przez złych, chciwych ludzi i uwięziona w pseudohodowli. Gdyby nie wyjątkowe umiejętności piątki przyjaciół nie wróciłaby nigdy do swojego pana.
Sznurówka musiał chyba stwierdzić, że mu się nudzi, bo zaczął się zsuwać po dłoni Julki, wypatrując jakiejś ciekawszej miejscówki. Julka czasami wypuszczała go na podłogę, a on lubił wpełzać na dywan i przeciskać się przez jego miękkie włosie, ale dzisiaj dłuższa zabawa z wężem nie wchodziła w grę. Na poniedziałek pani od polskiego zadała cztery strony ćwiczeń, a Julce została z tego do zrobienia jeszcze połowa. Powinna się zabierać do roboty, bo choć mama raczej jej lekcji nie sprawdzi, to pani od polskiego – na pewno.
Julka wstała więc z pufa, odłożyła węża do terrarium i usiadła przy biurku. Chwilę potem rozległo się ciche pukanie i do pokoju zajrzała mama. Była poważna i wyglądała na mocno zatroskaną.
– Julka, czy ty coś wiesz o Tymonie? – W głosie mamy słychać było napięcie.
– Wiem różne rzeczy – odpowiedziała rezolutnie Julka. – O co konkretnie chodzi?
– O to, że jeszcze nie wrócił do domu. Dzwoniła jego mama i pytała, czy nie wspominał czasem o jakichś planach na wieczór.
Julka szybko odtworzyła w myślach przebieg minionego popołudnia.
Po podwieczorku u pana Zacharego razem z Tymonem, Zosią i Jankiem poszli odprowadzić Klarę, bo mieszkała najbliżej. Potem odprowadzili Zosię, następnie Janka i w końcu oboje z Tymkiem wskoczyli do tramwaju, który zawiózł ich na rondo Dmowskiego. Julka poszła stamtąd prosto na dworzec kolei podmiejskiej, skąd odchodziły pociągi do Ostrówka, a Tymon ruszył w kierunku stacji metra Centrum. „Która to mogła być godzina?”, zastanowiła się dziewczyna. „Osiemnasta?”
– Ostatni raz widziałam go około szóstej – odpowiedziała po namyśle. – Miał wsiąść do metra i wracać do domu. Nic więcej nie wiem.
– Może chciał gdzieś po drodze wstąpić? Kogoś odwiedzić?
Julka pokręciła stanowczo głową.
– Nie. O niczym takim nie wspominał. Rozmawialiśmy o psach. O tym, że będzie próbował namówić mamę i babcię na wzięcie szczeniaka. I jeszcze o lekcjach, miał coś zadane na poniedziałek i zastanawiał się, czy zdąży…
Julka nagle ugryzła się w język. Przekazanie mamie takich informacji mogło się nie spotkać ze zrozumieniem. Zwłaszcza że na Julkę również czekała praca domowa.
Rodzice całej piątki niezmiernie się cieszyli, że dzieci złapały ze sobą taki fajny kontakt, że tak bardzo się polubiły i spędzają ze sobą dużo czasu, jednak ostatnio dorośli nagle się zreflektowali, że tego wspólnego czasu jest chyba jednak trochę… za dużo. Zaniedbywanie nauki z powodu wyjścia z przyjaciółmi mogło się nie spotkać z ich aprobatą.
Ale mama tego wątku nie podchwyciła. Postała jeszcze chwilę w drzwiach, a potem rzuciła niepewnie:
– Dzięki, kochanie…
I wyszła.
A Julka, zamiast po zeszyt ćwiczeń z polskiego, sięgnęła po komórkę.
Klara zawsze chodziła w nausznikach. Ba, Klara nawet sypiała w nausznikach. Jej superwrażliwy słuch ją do tego zmuszał. Bez nauszników słyszała każdy, nawet najdelikatniejszy dźwięk, a te choć odrobinę głośniejsze wbijały się w jej mózg niczym gwoździe uderzane wielkim, ciężkim młotem. Teraz też miała na sobie nauszniki, choć jej pokój był wyciszony prawie jak profesjonalne studio nagraniowe. Ściany zostały obite specjalnym pikowanym materiałem, drzwi miały wyjątkowo szczelne framugi, a okna – podwójne szyby. Dzięki tym wszystkim zabezpieczeniom – oraz oczywiście dzięki nausznikom – kiedy Klara zamykała za sobą drzwi do pokoju, wreszcie odczuwała ukojenie.
Głośne dźwięki bardzo ją męczyły. Inna sprawa, że właściwie wszystkie dźwięki wydawały się dziewczynie głośne – nie tylko klakson samochodu, ale nawet tupanie łapek muchy na szybie.
Teraz, po dwóch godzinach spędzonych z przyjaciółmi, Klara była wykończona. Oczywiście nigdy się nie skarżyła, bo uwielbiała te spotkania, ale zawsze wracała po nich do swojego pokoju z prawdziwą ulgą i przez jakiś czas dochodziła do siebie w całkowitej ciszy.
Leżała teraz na łóżku, patrzyła w sufit i lekko się uśmiechała do dnia, który minął. U pana Zacharego było tak fajnie! Bawili się z Fioną, jedli tort i puchli z dumy, kiedy starszy pan ich chwalił, dziękując za odnalezienie suczki. Radość pana Zacharego i jego zwierzaka naprawdę była warta każdej minuty spędzonej w strasznej, ponurej piwnicy, pełnej uwięzionych w klatkach, przerażonych psów. Prawdę mówiąc, mało brakowało, a nie wyszliby stamtąd żywi. Gdyby nie pewien znajomy policjant, nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło.
Nagle telefon Klary, oczywiście jak zawsze wyciszony, zawibrował lekko sygnałem odebranej wiadomości. To Julka pisała na czacie, na którym się porozumiewali.
JULKA: Tymon, halo, jesteś tu? Odezwij się!
Zawsze kiedy któreś z nich wysyłało wiadomość na czacie, pozostali otrzymywali powiadomienie i mogli dołączyć do rozmowy. To, że ktoś jest aktywny, można było rozpoznać po zielonej kropce, która zapalała się przy imieniu. Tym razem zielona kropka pojawiła się tylko przy imieniu Zosi. Janek i Tymon pozostali nieaktywni.
Po chwili pojawiła się nowa wiadomość:
JULKA: Hej, Tymek! Co się z tobą dzieje? Gdzie jesteś? Twoja mama się denerwuje!
Tymon w dalszym ciągu nie reagował.
JULKA: Tymon!!!
Klara postanowiła włączyć się do rozmowy.
KLARA: Co się stało? Dlaczego jego mama się denerwuje?
JULKA: Bo jeszcze go nie ma. Nie wrócił do domu. Jak myślisz, dokąd mógł pójść?
W tym momencie do pokoju zajrzała mama Klary, która miała taki sam zatroskany wyraz twarzy jak przed chwilą mama Julki.
– Klarciu… – powiedziała cicho. – Dzwoniła mama Tymona…
Kiedy Zosia wróciła do domu, jej tata siedział przed komputerem.
Tata Zosi pracował w Muzeum Narodowym i zajmował się przygotowywaniem wystaw. Teraz właśnie pisał teksty do nowego katalogu na temat malarstwa średniowiecznego.
Zosia, wiedząc, że kiedy tata wpatruje się w ekran, jest jeszcze bardziej oderwany od rzeczywistości niż zazwyczaj, poszła prosto do kuchni przygotować kolację. Ugotowała na twardo dwa jajka, posmarowała chleb masłem i zrobiła sałatkę z pomidorów. Dopiero kiedy skończyła, zdjęła z nosa specjalny klips pływacki, który zawsze nosiła poza domem. Znajome zapachy własnego mieszkania znosiła bez problemu, ale kiedy kroiła warzywa, zwłaszcza cebulę, musiała chronić swój węch. Był on bowiem tak czuły, że każdy nowy zapach wyprowadzał dziewczynę z równowagi. To właśnie dlatego chodziła z klipsem na nosie, inaczej by zwariowała. Noszenie klipsa wiązało się oczywiście z pewnymi niedogodnościami, bo Zosię swędziała skóra, no i ludzie się za nią oglądali, zupełnie jak za Klarą w nausznikach czy Julką, która nawet w upalne letnie dni nosiła na dłoniach rękawiczki. Ze względu na zacisk na nosie Zosia mówiła też trochę niewyraźnie, ale bez niego nie byłaby w stanie wytrzymać na ulicy czy w sklepie.
Dziewczyna ułożyła przygotowane wcześniej kanapki na talerzu i razem z kubkiem gorącej herbaty zaniosła ojcu.
– Kolacja, tatusiu – powiedziała, stawiając jedzenie na biurku.
Ojciec nawet na nią nie spojrzał.
– Dziękuję… – rzucił nieuważnie, uderzając palcami w klawiaturę. – Nie jestem głodny…
– Musisz coś zjeść! – Zosia zdecydowanym ruchem przesunęła kanapki w jego stronę. Bardzo dobrze znała ten stan, kiedy ojciec zapominał o całym świecie. Wiedziała, że musi być stanowcza i nieustępliwa. Inaczej tata umarłby z głodu.
Ojciec niechętnie oderwał wzrok od ekranu, sięgnął po chleb i ugryzł kawałek. A potem drugi i trzeci. Zosia stała i pilnowała go, dopóki nie skończył.
– Smakowało? – zapytała, zabierając pusty talerz.
– Było pyszne. Dziękuję. Co ja bym bez ciebie zrobił, córeczko? – Tata nagle się rozczulił.
Zosia czasami rzeczywiście czuła się jak rodzic, nie jak dziecko. Tata był świetnym naukowcem, znał się na historii i sztuce, ale w tak zwanym prawdziwym życiu nie bardzo sobie radził. Zwłaszcza odkąd zmarła mama Zosi.
– Zostałbyś jednym z eksponatów w swoim muzeum – odpowiedziała z uśmiechem. – Masz jeszcze na coś ochotę?
Tata się zamyślił.
– Hmm, a mamy w domu coś słodkiego?
Zosia odniosła talerz taty do kuchni i wracając, zabrała z przedpokoju torbę ze słodyczami, którą dostała od pana Zacharego. Właściwie to dwie torby, bo Janek oddał jej swoją. Jego rodzice byli dentystami i gdyby wrócił do domu z siatką pełną czekoladowych batonów, herbatników, cukierków, krówek i innych zgubnych dla uzębienia łakoci, natychmiast wyrzuciliby wszystko do śmieci.
Zosia zostawiła tacie czekoladę mleczną i paczkę krówek, a resztę zabrała do swojego pokoju. Bo nagle poczuła, że też ma ochotę na słodycze.
Kończyła właśnie kolejne prince polo, kiedy w kieszeni jej spodni komórka brzęknęła sygnałem czatu. Zosia odłożyła papierek na szafkę nocną i wygrzebała telefon. Spodziewała się, że ktoś z przyjaciół pisze coś na temat podwieczorku, pana Zacharego, Fiony, ewentualnie spotkania, które zaplanowali na przyszły tydzień. Ale to, co przeczytała, zaskoczyło ją i zaniepokoiło. Jak to możliwe, żeby Tymon jeszcze nie wrócił do domu? Przecież minęło już tyle czasu…
W pokoju Janka panował porządek idealny. Co nie było trudne, bo chłopak miał tam naprawdę mało rzeczy. Lekarz okulista, którego często odwiedzał ze względu na swój wyjątkowo wrażliwy zmysł wzroku, zalecił, żeby w otoczeniu Janka znajdowało się jak najmniej bodźców. Wtedy jego oczy nie będą się tak męczyły.
Dlatego oprócz mebli nie było tam niczego – żadnych drobiazgów, gadżetów, żadnych obrazków na ścianach ani fotografii. Tylko w takim otoczeniu wzrok Janka mógł odpocząć.
Kiedy w niedzielę po podwieczorku u pana Zacharego chłopak wrócił do domu, poszedł prosto do swojego pokoju, położył się na łóżku i zamknął oczy. Bo nawet ciemne okulary nie mogły go uchronić przed szaleństwem kolorów i kształtów, na które został w ciągu całego dnia narażony. Po dwóch godzinach siedzenia przy stole zastawionym mnóstwem talerzyków, kubków i półmisków, w dodatku naprzeciwko Tymona, który jak zwykle miał na sobie ciuchy w samych jaskrawych kolorach, Janka zaczęła boleć głowa.
Nawet nie wiedział, kiedy zasnął. Nie słyszał pikania komórki, informującego o kolejnych wiadomościach na czacie, nie słyszał też pukania mamy, która chciała sprawdzić, dlaczego Janek nie schodzi na kolację.
Spał mocnym, głębokim snem. W przeciwieństwie do Julki, Klary i Zosi, które tej nocy prawie nie zmrużyły oka.
Ranek wstał posępny i wietrzny. Po niebie przesuwały się ciemne chmury, z których w każdej chwili mógł lunąć deszcz, a bezlistne drzewa wyginały gałęzie w dziwnym, niepokojącym tańcu. Julka otworzyła oczy za pięć siódma. Była okropnie zmęczona. Nie spała prawie całą noc, tylko nad ranem chwilę się zdrzemnęła.
Po przebudzeniu natychmiast sięgnęła po komórkę. Miała nadzieję, że znajdzie tam informację o odnalezieniu Tymona. Ale nic takiego nie zobaczyła.
Odczytała tylko wpisy, które wymieniały poprzedniego wieczoru z Klarą i Zosią. Dziewczyny najpierw pocieszały się nawzajem, tłumacząc sobie, że musi być przecież jakieś logiczne wytłumaczenie tego, że Tymon się spóźnia. Bo tak starały się o tym myśleć: że chodzi o zwykłe spóźnienie. Jednak około północy miejsce nadziei zajął niepokój. I choć Julka nie była specjalnie strachliwa, teraz uświadomiła sobie wyraźnie, że zaczyna się o przyjaciela niepokoić. „Musiało mu się coś stać”, pomyślała, wstając z łóżka i idąc do łazienki. „Przecież nie naraziłby ani swojej mamy, ani swojej babki na taki stres!”
Umyła się szybko i mało uważnie, spakowała książki do plecaka na kółkach, włożyła ciemnobrązowe, smutne rękawiczki i wyszła z pokoju.
Na dole, w kuchni pensjonatu, nastroje również nie były optymistyczne. To, że mama się martwiła, można było poznać po jej podkrążonych oczach i smutnym wyrazie twarzy. O tym, że martwiła się kucharka Jaśmina, świadczyło to, że przypaliła owsiankę. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło.
– Mamo, jest coś nowego? Coś już wiadomo? – spytała Julka, siadając przy starym, drewnianym stole, zajmującym środek kuchni.
Mama pokręciła przecząco głową.
– Nie, kochanie. Mama Tymka zgłosiła na policji zaginięcie. Trzeba czekać.
„Nie można czekać”, pomyślała w tym samym momencie Julka, ale nie wypowiedziała tego głośno, tylko położyła przed sobą na stole komórkę i zaczęła przeglądać czat z poprzedniego dnia, jednocześnie bez przekonania grzebiąc łyżką w ohydnej, przypalonej owsiance.
Janek obudził się chwilę po Julce. Zdziwił się, kiedy zobaczył, że przespał całą noc w dżinsach, bluzie i trampkach na nogach. Otworzył szufladkę w szafce nocnej i wyjął stamtąd komórkę, żeby sprawdzić, która godzina. Właśnie minęła siódma, co oznaczało, że nie musi się spieszyć, zwykle wstawał kwadrans później. A ponieważ na ekranie migała dioda oznaczająca przychodzącą wiadomość, postanowił wykorzystać ten czas na sprawdzenie, kto do niego napisał.
Odblokował telefon.
Okazało się, że nie była to jedna wiadomość, tylko całe mnóstwo wiadomości. Wynikało z nich, że Tymon nie wrócił na noc do domu!
Janek nie miał złudzeń: Tymonowi musiało się przydarzyć coś złego. „Trzeba coś zrobić, i to szybko”, pomyślał i kliknął: „Odpowiedz”.
JANEK: Spotkanie dzisiaj po lekcjach. U mnie. O trzeciej.
Kilka minut później zszedł na dół. Po kuchni kręciła się już mama, jak zwykle ubrana starannie i elegancko. Pachniało kawą, a na stole czekało na Janka śniadanie – jogurt z muesli i owocami. Janek, jak zwykle ubrany od stóp do głów na czarno, poprawił na nosie okulary przeciwsłoneczne i oświadczył:
– Mamo, musisz mnie dzisiaj zwolnić z dodatkowego angielskiego.
Mama, która właśnie brała łyk kawy, o mało się nie zakrztusiła. Janek był chłopcem wyjątkowo zdyscyplinowanym i obowiązkowym. Nigdy nie opuścił z własnej woli żadnych zajęć, ani językowych, ani sportowych, choć miał ich mnóstwo.
– Co się stało? Źle się czujesz? Masz gorączkę?
Janek przechodził niedawno zapalenie oskrzeli i mama widocznie przestraszyła się, że choroba wróciła. Natychmiast odstawiła filiżankę i sięgnęła do apteczki po termometr. Chłopak stanowczo zaprotestował.
– Nie, mamo. Czuję się bardzo dobrze. Ale nie mogę pójść po południu na lekcję, bo będziemy szukać Tymona. Zaginął.
Julka przeczytała wiadomość od Janka.
– Mamo, muszę jechać po lekcjach do Warszawy – powiedziała, odsuwając od siebie miskę z niedojedzoną owsianką.
Jaśmina, która zawsze pilnowała, żeby niczego nie zostawiać na talerzu, tylko westchnęła i powstrzymała się przed komentarzem. Wszystko było inne tego ranka.
– Kochanie, nawet o tym nie myśl! – Mama zareagowała naprawdę gwałtownie.
Ale Julka nie zamierzała się poddawać.
– To mój przyjaciel. Nie mogę tak po prostu siedzieć i czekać, aż go znajdą. Jeżeli nie pozwolisz mi jechać, ucieknę.
Głos dziewczyny zabrzmiał mocno i stanowczo, a mama zrozumiała, że nie zatrzyma jej w domu.
– No dobrze, już dobrze… – Westchnęła. – Ale pod jednym warunkiem: ja cię zawiozę.
Kiedy zadzwonił budzik, Wiktor Wilk już nie spał. Leżał na tapczanie przykryty kołdrą po samą brodę i układał sobie w głowie plan na najbliższe dni.
Jeszcze do niedawna jego życie nie wyglądało ciekawie: wstawał rano, wychodził do laboratorium, po pracy wracał do domu i albo czytał naukowe opracowania, albo oglądał sport w telewizji. Najchętniej piłkę nożną i siatkówkę, ale lubił też kolarstwo, tenis stołowy i lekką atletykę.
Jednak odkąd jego szefowa, docent Radzanowska, odkryła, że kobiety, które zostały napromieniowane podczas wybuchu w ich starym laboratorium, urodziły dzieci o wyjątkowych zdolnościach, życie Wiktora gwałtownie przyspieszyło.
Pani docent kazała mu zdobyć jak najwięcej informacji o tych dzieciach, więc najpierw spędził kilka dni w pensjonacie Straszny Dwór, należącym do rodziców jednej z dziewczynek, obserwując ją i jej przyjaciół. Potem wynajął chłopaka ze szkoły, do której chodziła dziewczyna, żeby te dzieciaki śledził i robił im zdjęcia, w końcu razem z Radzanowską przekonał Szulca, bogatego biznesmena, ich sponsora, że dzieciaki trzeba przebadać. Do akcji wkroczyli ludzie Szulca i po kilku nieudanych próbach udało im się porwać jedno z dzieci.
Porwanie miało miejsce poprzedniego wieczoru, co oznaczało jeszcze większe zamieszanie. Zwłaszcza dla Wiktora, ponieważ miejsce, w którym mieli zająć się dzieciakiem, znajdowało się poza miastem. A to z kolei znaczyło, że po pracy Wiktor będzie musiał wsiąść w samochód i jechać aż trzydzieści kilometrów.
„Chyba powinienem wziąć urlop”, pomyślał Wiktor i usiadł na łóżku. „Miałbym wtedy dużo czasu i mógłbym się porządnie zająć tym chłopakiem”.
Zadowolony ze swojej koncepcji, wstał z łóżka i poszedł prosto do kuchni zrobić sobie kawę. Była siódma trzydzieści pięć.
Dziesięć po ósmej, ubrany w dżinsy, gruby golf i kurtkę, wyszedł z mieszkania. Przekręcił starannie klucz w zamku, potem zbiegł po kilku stopniach, energicznie otworzył drzwi wyjściowe i stanął twarzą w twarz ze szczupłym, młodym mężczyzną w ciemnej bluzie z emblematem firmy kurierskiej. Mężczyzna trzymał w ręku niewielką paczkę. Wiktor odruchowo rzucił okiem na adres.
– To, zdaje się, do mnie – powiedział zaskoczony.
– Pan Wiktor Wilk? Ulica Poprzeczna dwadzieścia, mieszkanie numer cztery? – upewnił się kurier.
– Tak.
– Podpisik od szanownego pana będę potrzebował.
Kurier wyjął z kieszeni długopis i podał go Wiktorowi. Wilk, wciąż ze zdziwioną miną, podpisał się szybko na kwicie i chwycił paczkę. Przez chwilę się zastanawiał, czy wracać z nią do domu, czy może otworzyć przesyłkę w samochodzie. Zdecydował, że weźmie ją ze sobą. Ale kiedy rzucił okiem na adres nadawcy, zbladł.
Brzmiał on bowiem: Pensjonat Straszny Dwór, Ostrówek.
„Co oni mi mogli przesłać?”, pomyślał.
I zdecydowanym ruchem rozdarł opakowanie.
Spod szarego papieru wyłoniło się tekturowe pudełko. Otworzył je, coraz bardziej zaintrygowany. W środku, oprócz krótkiego i rzeczowego listu od recepcjonisty z pensjonatu, znajdował się krawat. Zwykły, najzwyklejszy krawat. W dodatku używany.
Wiktora zatkało. „O co tu chodzi? O co tu chodzi?”, powtarzał w myślach gorączkowo. „Co to za krawat?”
Wiktor nie nosił krawatów. Chodził z reguły w swetrach, a do nich krawaty przecież nie pasują. Więc po co mu ten?
Wyjaśnienie znalazł w liście. Było tam napisane, że podobno Wiktor zostawił krawat w stajni, że znalazła go córka gospodarzy, a recepcjonista odsyła zgubę na adres, który znalazł w książce meldunkowej. Dopiero teraz Wiktor naprawdę się przestraszył. To nie mógł być przypadek, że w całą sprawę była zaplątana ta dziewczynka. I chociaż nie miał pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, to jedno go zaniepokoiło: paczka oznaczała, że dzieciaki mogą znać jego adres. Niedobrze, bardzo niedobrze…
Nie żeby się bał czwórki jedenastolatków. Ale świadomość, że zostawił po sobie ślad, była niepokojąca.
Ruszył szybkim krokiem w kierunku parkingu. Po drodze zauważył kosz na śmieci. Już miał wyrzucić do niego paczkę, kiedy tuż za sobą usłyszał głośne:
– Dzień dobry, panie sąsiedzie!
Odwrócił się gwałtownie. Na chodniku stała pani Dorota, sąsiadka, energiczna starsza pani, która była przewodniczącą samorządu mieszkańców ich bloku i wiedziała wszystko o wszystkich.
– Czy już pan podpisał naszą petycję w sprawie odnowienia placu zabaw? – spytała, zerkając z zaciekawieniem na paczkę w ręku Wiktora.
– Eeee, chyba tak… – Prawdę mówiąc, Wilk miał w nosie jakiś tam plac zabaw.
– A to bardzo ładnie z pana strony – pochwaliła go kobieta.
Wyglądało na to, że już ma odejść, kiedy nagle coś jej się przypomniało.
– Panie Wiktorze, pan nie gra w żadnym serialu, prawda?
Wilk patrzył na nią przez chwilę, kompletnie zdezorientowany.
– Ja? W serialu?! Nie rozumiem. Skąd to pani przyszło do głowy?
– A, jakiś chłopczyk o pana pytał. – Machnęła lekceważąco ręką. – Mówił, że jego mama jest pana fanką.
Wiktor zesztywniał.
– Chłopczyk? – powtórzył. – Jaki chłopczyk?
– Taki chudziutki. I rudy jak marchewka.
Wilk już po raz drugi tego ranka poczuł się nieswojo. Opis dzieciaka pasował idealnie do jednego z piątki. Akurat tego, który został porwany przez ludzi Szulca.
„O co tu chodzi?”, przebiegło znów przez głowę Wiktora. Sprawy zaczynały się coraz bardziej komplikować.
– Pani Doroto – zaczął przymilnym głosem. – Pani ma tutaj oko na wszystko. Gdyby pani przez przypadek zauważyła znowu jakieś… podejrzane dzieciaki, proszę mi koniecznie dać znać, dobrze?
Kobieta aż się złapała za serce.
– Podejrzane dzieciaki? To jakaś banda? – spytała podekscytowana. – Niebezpieczni są?
– Kradną – odpowiedział Wilk bez zmrużenia oka. – Złodziejska szajka. Niech pani będzie czujna, dobrze?
– Oczywiście, kochany panie sąsiedzie – zapewniła wylewnie pani Dorota. – Musimy wzajemnie dbać o swoje bezpieczeństwo!
Dla podkreślenia tych słów energicznie zarzuciła na ramię róg ciepłej chusty, którą miała założoną na płaszcz, i odeszła dziarskim krokiem, zadowolona, że ma do wykonania zadanie.
Wilk z wściekłością cisnął paczkę z krawatem do kosza.
„Nie podoba mi się to”, pomyślał. I nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł.
– A może powinienem na trochę zniknąć? – powiedział do siebie szeptem. – Wyjechać?
Odnalazł w kieszeni spodni kluczyki do samochodu i wsiadł do auta. „Będę musiał porozmawiać o tym z szefową”, postanowił, zapalając silnik.
Nie lubił jej o nic prosić, ale tym razem nie miał innego wyjścia.
Mama Julki, poruszona zaginięciem Tymona, nie tylko zawiozła Julkę do Warszawy, ale wstąpiła jeszcze po drodze po Klarę i Zosię. Przed domem Janka zaparkowała punktualnie o trzeciej. Julka, Klara i Zosia wyskoczyły z samochodu i podeszły do furtki.
– Wrócę po was o ósmej! – krzyknęła za nimi mama, ale dziewczyny nie odwróciły się ani nie odpowiedziały.
Westchnęła więc tylko i, z ciężkim sercem, odjechała.
Wcześniej, podczas jazdy autem, Julka, Klara i Zosia milczały. Choć każda z nich miała mnóstwo pytań, to przy mamie Julki wolały nie rozmawiać o tym, co się stało. Jednak kiedy tylko wysiadły z auta i odeszły na bezpieczną odległość, natychmiast zaczęły mówić, jedna przez drugą.
– Jak to możliwe? – Julka kręciła głową z niedowierzaniem. – Przecież nie mógł ot tak po prostu zniknąć!
– Może uciekł z domu? Z mojej szkoły jeden chłopak uciekł. Znaleźli go po tygodniu. W Gdańsku – zauważyła Zosia.
– No co ty! – zaprotestowała gwałtownie Julka. – Tymon? To absolutnie niemożliwe! On by nigdy nie uciekł z domu!
– Coś musiało się stać… – szepnęła Klara. – Może wpadł pod samochód? Albo pod pociąg, tak jak mama Basi w Awanturze o Basię?
Klara, która z powodu nadwrażliwego słuchu dużo czasu spędzała w samotności i ciszy, bardzo lubiła czytać. A czytanie, jak wiadomo, rozwija wyobraźnię, która teraz podsuwała dziewczynce same dramatyczne rozwiązania.
– Strasznie mi szkoda jego mamy – westchnęła Zosia. – No i babci. Co one teraz muszą przeżywać…
Stanęły pod furtką, blisko siebie, zbite w stado jak przestraszone zwierzątka. Nie zastanawiały się nad tym, ale czuły, że wokół nich dzieje się coś złego.
Julka poniosła rękę, żeby nacisnąć dzwonek, ale zanim go dotknęła, rozległ się brzęczyk sygnalizujący otwarcie furtki. Widocznie Janek obserwował je z okna.
Betonowa alejka poprowadziła dziewczyny przez idealnie utrzymany trawnik aż do drzwi wejściowych, w których czekał już chłopak.
– Cześć – powiedział. – Idziemy do mojego pokoju.
Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Copyright © by Katarzyna Stachowicz-Gacek
Copyright © for the Polish edition by SIW Znak sp. z o.o., 2020
Ilustracje
Aneta Fontner-Dorożyńska
Projekt okładki
Katarzyna Bućko
Redakcja
Ewa Popielarz
Opieka redakcyjna
Elżbieta Kot
Aleksandra Prętka
Adiustacja
Judyta Wałęga
Korekta
Aleksandra Kleczka
Projekt typograficzny
Grzegorz Kalisiak
ISBN 978-83-240-7558-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Angelika Duchnik
