Supercepcja. Sekret ulicy Ciemnej - Gacek Katarzyna - ebook + audiobook

Supercepcja. Sekret ulicy Ciemnej ebook i audiobook

Katarzyna Gacek

5,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Julka, Klara, Tymon, Zosia i Janek muszą uratować Fionę, ukochaną buldożkę pana Zacharego, która zaginęła w tajemniczy sposób wraz z innymi suczkami z okolicy. Trafiają też na trop niebezpiecznego mężczyzny z blizną, a wokół ich szkół krąży podejrzana czarna furgonetka. Ekipa bezwzględnych naukowców śledzi każdy krok nastolatków i wprowadza w życie swój podły plan.

Robi się naprawdę niebezpiecznie!

Zwyczajne nastolatki z niezwykłymi zdolnościami:

‒ doskonały wzrok,

‒ perfekcyjny słuch,

‒ superczuły dotyk,

‒ idealny smak

‒ niezawodny węch.

Czy nadzwyczajne umiejętności wystarczą, żeby uniknąć katastrofy?

Co czai się na ulicy Ciemnej? Przekonaj się, czy niezwykłym bohaterom uda się rozwiązać tajemnicę, zanim będzie za późno…

A co dzieje się w twoim życiu, kiedy rodzice nie patrzą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 232

Data ważności licencji: 3/10/2030

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 31 min

Lektor: Mateusz Bosak

Data ważności licencji: 3/10/2030

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aniasas163

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00



Okładka

Karta tytułowa

Czy bycie zwyczajnym nastolatkiem obdarzonym niezwykłymi zdolnościami to dar, czy kłopot?

To pytanie zadają sobie Julka, Klara i Tymon, którzy spotykają się przez przypadek i odkrywają, że każde z nich posiada jeden wyjątkowo wrażliwy zmysł. Można to nazwać supercepcją. Percepcja to odbieranie świata za pomocą zmysłów, a supercepcja — posiadanie superzmysłów.

Julka ma superdotyk, Klara — supersłuch, a Tymon — supersmak. Mógł mieć na to wpływ pewien tajemniczy wybuch, do którego doszło tuż przed ich narodzeniem i który nierozerwalnie połączył losy całej trójki. Czy raczej piątki, bo z biegiem czasu dołączają do nich Janek obdarzony superwzrokiem i Zosia o superczułym węchu. A może pojawi się jeszcze ktoś?

Nastolatkowie przeżywają niezwykłe przygody, podczas których uczą się, jak korzystać ze swoich mocy, i poznają siłę przyjaźni. Jednocześnie ich tropem podąża dwoje tajemniczych i bezwzględnych naukowców, którzy za wszelką cenę pragną poznać sekret nadzwyczajnych zdolności tej piątki.

Czy przyjaciołom uda się uniknąć niebezpieczeństwa?

PROLOG

W pogrążonej w półmroku sali konferencyjnej trzy osoby wpatrywały się w ekran wielkiego telewizora, na którym widać było wysoką, zewnętrzną ścianę jakiegoś budynku. Przez chwilę nic się nie działo. Nagle na szarej płaszczyźnie pojawiła się jakaś postać, błyskawicznie wspięła się po murze i zniknęła po jego drugiej stronie. Zrobiła to tak szybko, że trudno się było zorientować, czy to człowiek, czy może gigantyczny pająk.

— To wszystko? — odezwał się jeden z widzów, siwy mężczyzna w eleganckim garniturze. W jego głosie słychać było irytację. — Przecież tu nic nie widać! Zawracacie mi głowę takim czymś?

— Proszę odtworzyć jeszcze raz. Tylko w zwolnionym tempie — odpowiedziała siedząca po drugiej stronie stołu kobieta. Na jej oszpeconej bliznami twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech.

Siwy mężczyzna wziął do ręki pilot, cofnął film i włączył go ponownie, tym razem wyświetlając klatkę po klatce.

Najpierw zobaczyli dłoń. Małą, szczupłą, dziecęcą dłoń, która natychmiast po dotknięciu ściany przylgnęła do niej niczym macka ośmiornicy.

Potem pojawiły się druga dłoń, ręka i cała postać.

Ten ktoś, kto wspinał się po murze, był szczupły, miał krótkie czarne włosy i poruszał się tak, jakby na jego palcach znajdowały się jakieś specjalne przylgi. W taki sposób wspinają się wspinacze skałkowi, tyle tylko że oni używają wystających ze ściany uchwytów. Ściana, po której wspinała się tajemnicza postać, była idealnie gładka.

Siwy mężczyzna, który przed chwilą miał pretensje o to, że na filmie nic nie widać, siedział bez ruchu, z coraz większym zainteresowaniem wpatrując się w ekran telewizora.

— Niemożliwe… — powiedział cicho. — Przecież to niemożliwe… Jak on to robi?

— To nie „on”, to „ona” — odezwał się milczący do tej pory drugi mężczyzna.

W przeciwieństwie do kobiety, z którą przyszedł, wyglądał na zdenerwowanego — cały czas przeczesywał włosy dłonią oszpeconą brzydką czerwoną blizną.

Rzeczywiście, kiedy postać poruszająca się po ścianie zwinnie jak jaszczurka dotarła na samą górę, odwróciła się i spojrzała prosto w obiektyw. Teraz można było zobaczyć wyraźnie, że nie jest chłopcem, tylko krótko ostrzyżoną dziewczyną.

— W życiu nie widziałem czegoś takiego… — Siwy mężczyzna pokręcił głową z niedowierzaniem. — To na pewno nie jest jakaś sztuczka? Trik filmowy? Efekt komputerowy?

Kobieta pokręciła przecząco głową.

— Zapewniam pana, że nie!

— W takim razie jak ta dziewczyna to robi?

— Ma zmysł dotyku rozwinięty w dużo większym stopniu niż normalni ludzie.

Siwy mężczyzna wyłączył telewizor i nacisnął guzik pod stołem — zasłony w wielkich oknach rozsunęły się i w pokoju nagle zrobiło się jasno.

— Ciekawe… Tylko dlaczego pani uważa, że to miałoby mnie zainteresować?

— Dlatego, że ta nadzwyczajna umiejętność powstała pod wpływem naszych eksperymentów. Tych, które finansował pan jedenaście lat temu, panie Szulc.

Mężczyzna zmarszczył brwi.

— Przecież to niemożliwe. Sama pani twierdziła, że badania nie przynoszą żadnych efektów. A potem był ten wybuch, cały sprzęt został zniszczony…

— Proszę rzucić okiem na to — przerwała mu kobieta i dała znak swojemu towarzyszowi. — Wiktorze, pokaż panu.

Mężczyzna z blizną na dłoni sięgnął do teczki, wyjął z niej kartkę w foliowej koszulce i podsunął ją Szulcowi. Była to pierwsza strona gazety. Dużą, rzucającą się w oczy czcionką było tam napisane: „Tragiczny wybuch w szpitalu. Cudem uratowane przyszłe matki”. Niżej znajdowało się zdjęcie, a na nim — sześć kobiet w zaawansowanej ciąży stojących na tle płonących zabudowań szpitala. Na ich twarzach malowały się jednocześnie przerażenie i ulga.

— Nie wiem, czy pan sobie przypomina, ale te kobiety w chwili wybuchu znajdowały się w sali bezpośrednio nad naszym laboratorium — wyjaśniła Szulcowi pani docent. — Jestem przekonana, że zostały napromieniowane promieniami omikron, których używaliśmy w naszych eksperymentach. Prawdopodobnie wybuch spowodował uwolnienie się ogromnych ilości promieniowania. Dużo większych niż te, których używaliśmy na zwierzętach. Uważamy, że właśnie dlatego dzieci, które urodziły się tym kobietom, nie są zwyczajne.

— Ma pani na myśli chodzenie po ścianie? — w głosie Szulca pojawiła się lekka ironia.

— Nie tylko. Wszystkie dzieci są trochę inne. Dzięki informacjom, które udało nam się zebrać, domyślamy się, że każde z nich ma wyjątkowo rozwinięty jeden zmysł. A to oznacza, że nasze eksperymenty tak naprawdę zakończyły się sukcesem.

Szulc przez chwilę zastanawiał się nad tym, co usłyszał.

— Ma pani na to jakieś dowody, pani docent? Oprócz tego filmu?

— Nieeee…. — Kobieta o twarzy oszpeconej bliznami zawahała się. — Ale zdobędziemy je. Musimy tylko dokładnie przebadać te dzieci.

— Czego oczekuje pani ode mnie, pani docent?

— No cóż, panie prezesie, jest mało prawdopodobne, żeby one pozwoliły się zbadać dobrowolnie. Rozumie pan…

— Ma pani na myśli… porwanie?

— Tak, dokładnie o to mi chodzi. Poza tym będzie nam potrzebne laboratorium, w pełni wyposażone. Nie możemy badać tych dzieci w naszym instytucie. Z oczywistych względów.

Szulc zaczął nerwowo bębnić palcami o blat biurka.

— To oznacza duże nakłady finansowe i spore ryzyko. Dlaczego uważacie, że wam pomogę? — zapytał wreszcie.

— Bo kiedy jedenaście lat temu pracowaliśmy dla pana, miał pan wspaniałe, ambitne plany — wyjaśniła spokojnie kobieta. — Wtedy nie udało nam się ich zrealizować, ale teraz możemy odnieść sukces. A sukces oznacza ogromne pieniądze. Dlatego jestem pewna, że podejmie pan to wyzwanie.

Mówiąc to, docent Radzanowska nie spuszczała wzroku ze swojego rozmówcy. Choć przez całą wizytę udawała pewną siebie, tak naprawdę wiedziała, że gra o wszystko. I bała się, że Szulc, człowiek bardzo bogaty, ale też bardzo kapryśny, odmówi im wsparcia.

W sali zapanowała cisza zakłócana jedynie brzęczeniem muchy obijającej się o szybę.

— Dobrze — odezwał się w końcu Szulc. — Wchodzę w to.

Podniósł słuchawkę telefonu stojącego na stole konferencyjnym.

— Pani Irmino, potrzebuję Vincenta i Maksa. Natychmiast.

Nie minęła nawet minuta, kiedy drzwi sali konferencyjnej otworzyły się i do środka weszło dwóch mężczyzn. Jeden wysoki i chudy, drugi niski i barczysty. Na tym różnice się kończyły, bo ubrani byli identycznie — w ciemnozielone wojskowe spodnie z wielkimi kieszeniami i białe T-shirty.

— Tak, szefie? — odezwał się niższy.

— Jest robota — oznajmił Szulc. — Konkretnie: porwanie.

Wysoki i niski jak na komendę wzruszyli ramionami.

— Żaden problem, szefie — zapewnił wyższy.

— Kogo mamy przechwycić? — zapytał niższy.

— Jednego dzieciaka. Nic specjalnego. Dla was to jak splunąć.

Wyższy potraktował słowa swojego szefa bardzo dosłownie i bez zastanowienia splunął na podłogę. Niższy spiorunował go wzrokiem.

— Szczegóły przekaże wam pan Wiktor. — Szulc ruchem głowy wskazał na mężczyznę z blizną na dłoni. — Będziecie z nim współpracować. I z docent Radzanowską — dodał.

Wysoki i niski przenieśli wzrok w stronę okna, gdzie siedziała kobieta o twarzy pokrytej bliznami.

— Rozpoczynamy akcję, od której bardzo dużo zależy — dodał Szulc. — Mam nadzieję, że się postaracie.

— Tak jest, szefie! — Wysoki i niski wyprężyli się jak struny i stuknęli obcasami.

W ich postawie i wiernym posłuszeństwie było coś takiego, że docent Radzanowska aż się wzdrygnęła. „Jak to dobrze, że są po naszej stronie”, pomyślała. „Nie chciałabym ich mieć przeciwko sobie”.

ROZDZIAŁ 1,w którym Julka się skrada

Zbliżał się kolejny październikowy weekend i jak zawsze w piątki po południu pensjonat Straszny Dwór pękał w szwach. Większość pokoi była już zajęta, a do kilku wolnych, które jeszcze zostały, za chwilę mieli wprowadzić się goście. Odkąd restauracja Strasznego Dworu wygrała konkurs kulinarny i o pensjonacie zrobiło się głośno, ludzie zaczęli walić drzwiami i oknami, jak twierdziła kucharka Jaśmina.

Pracy było dużo, ale nikt nie narzekał. Jaśmina i mama Julki prawie nie wychodziły z kuchni, a Paulina, kelnerka, którą wcześniej w obowiązkach wspierał Rafał, dostała do pomocy aż dwie nowe dziewczyny, Elę i Olę. Za to Rafał, który kiedyś pełnił w Strasznym Dworze bardzo wiele funkcji jednocześnie, został teraz na stałe posadzony w recepcji. Goście musieli mieć kogoś, do kogo mogli się zwrócić w każdej sytuacji. I rzeczywiście, często korzystali z tej możliwości.

Wszyscy bardzo sobie chwalili ten nowy podział obowiązków. Wszyscy z wyjątkiem jednej osoby, której ciągła obecność Rafała za ladą recepcji bardzo, ale to bardzo przeszkadzała.

Tą osobą była Julka.

Julka od tygodnia czekała bowiem na moment, w którym recepcja byłaby pusta, i od tygodnia takiego momentu po prostu nie było. Codziennie kiedy wychodziła do szkoły, Rafał machał jej na pożegnanie zza recepcyjnej lady, a kiedy ze szkoły wracała, tkwił w tym samym miejscu. Dziewczyna spędzała całe popołudnia, kręcąc się po parterze pensjonatu w nadziei, że chłopak choć na chwilę opuści swój posterunek… Nic z tego. To znaczy nie, raz opuścił. Tata Julki zawołał go na dziedziniec, żeby mu pomógł wyładować zakupy z samochodu, jednak zanim Julka zdołała zrobić choć pół kroku w kierunku lady, rozdzwonił się recepcyjny telefon i Rafał wrócił biegiem, żeby go odebrać. Jak pech, to pech.

Problem Julki polegał na tym, że musiała zdobyć pewne informacje zawarte w książce meldunkowej. Pod tą formalną nazwą krył się zwykły zeszyt formatu A5 ze sztywną czerwoną okładką, do którego wpisywano dane wszystkich gości. A ponieważ według przepisów nie powinno się ich udostępniać obcym, Rafał pilnował zeszytu jak oka w głowie. Kiedy kończył pracę, chował go do szuflady, którą zamykał na klucz. A klucz oddawał tacie Julki. Książka meldunkowa była nie do zdobycia.

Czas płynął i Julka coraz bardziej się denerwowała. Obiecała przyjaciołom, że zdobędzie pewną ważną informację, na którą wszyscy czekali. A tu nic, ciągle nic. Czuła się z tym coraz gorzej, bo nie lubiła zawalać.

Nadszedł kolejny piątek. Julkę i jej brata Staśka ze szkoły odebrała mama. Jak zwykle o tej porze bardzo się spieszyła, bo podczas wydawania obiadu w kuchni potrzebna była każda para rąk. Przemknęła więc swoją terenową toyotą przez wąskie uliczki miasteczka, podwarszawskiego Ostrówka, z prędkością ponaddźwiękową, z impetem zaparkowała przed Strasznym Dworem i pierwsza wyskoczyła z auta — zanim Julka i Stasiek wygramolili się z samochodu, mama zdążyła już zniknąć we wnętrzu pensjonatu.

Na dziedzińcu pojawił się natomiast Neptun, biało-czarny owczarek border collie należący do Staśka. Julka odczekała chwilę, aż chłopiec i pies przestaną szaleć w entuzjastycznym powitalnym tańcu, i dopiero kiedy wbiegli do pensjonatu, sama ruszyła do drzwi. Jej nadwrażliwy zmysł dotyku sprawiał, że nawet lekkie muśnięcie wywoływało ból, dlatego wolała nie wchodzić w bliższy kontakt z wulkanem energii, jaki stanowili w duecie Stasiek i Neptun.

A kiedy tak ciągnęła w kierunku pensjonatu swój plecak na kółkach, dotarło do niej nagle, że skończył się kolejny tydzień szkoły. Jednak zamiast ulgi poczuła dziwne i nieprzyjemne napięcie. Znowu będzie musiała napisać Klarze, Zosi, Jankowi i Tymonowi, że jej się nie udało. Głupia sprawa.

Kiedy weszła do holu, natychmiast posłała pełne nadziei spojrzenie w kierunku recepcji. Sytuacja się nie zmieniła — książka meldunkowa leżała na ladzie, kusząco połyskując lakierowaną okładką, a tuż obok widać było szopę kręconych, ciemnych włosów. Oznaczało to, że Rafał siedzi jak zwykle na swoim miejscu i pochylony nad telefonem gra w którąś ze swoich ulubionych gier. Akcja na ekranie pochłaniała go tak bardzo, że nie zauważył Staśka z psem, którzy zdążyli już wbiec po schodach na piętro, do prywatnej części domu. Nie zauważył też Julki. I to podsunęło dziewczynce pewien pomysł. Dość ryzykowny, ale potrzeba naprawdę stawała się paląca.

Julka zatrzymała się na środku holu. Kółka jej plecaka, które upiornie hałasowały na kaflach podłogi, nagle przestały grzechotać. W holu zapanowała cisza, ale Rafał wydawał się tego nie rejestrować. Grał dalej. Julka porzuciła więc plecak i bezszelestnie ruszyła w kierunku recepcji. Dzięki swojemu nadzwyczajnemu zmysłowi dotyku potrafiła poruszać się cicho niczym kot. A nawet ciszej, ponieważ kotom zdarza się czasami nieźle tupać…

Dziewczyna ani na sekundę nie spuszczała wzroku z czupryny Rafała. Za każdym razem, kiedy głowa chłopaka przesuwała się choć o milimetr, Julka zatrzymywała się w miejscu i trwała w napięciu przez kilka sekund. Dopiero kiedy była już pewna, że Rafał nie podniesie głowy, ruszała dalej.

Gdy od lady recepcji dzieliły ją zaledwie dwa, może trzy metry, Julka rozejrzała się szybko. Niebezpieczeństwo w postaci pojawienia się w holu kogoś z rodziny albo gości było całkiem realne. A wtedy jej szalony pomysł spaliłby na panewce. Na szczęście akurat w tym momencie hol był zupełnie pusty. Opadła więc na kolana, oparła o podłogę dłonie w błękitnych rękawiczkach w czerwone kwiatki i na czworakach ruszyła przed siebie. Wyglądało to co najmniej dziwnie, ale Julka przygotowała sobie proste wytłumaczenie — otóż gdyby ktokolwiek akurat w tym momencie pojawił się i zobaczył ją klęczącą na ziemi, usłyszałby całkiem wiarygodną historię o poszukiwaniu monety pięciozłotowej, która wypadła Julce z kieszeni.

Kiedy już znalazła się obok kontuaru, wstrzymała oddech. Stłumione odgłosy strzelaniny i męskich krzyków dobiegające zza lady uspokoiły ją, bo oznaczały, że Rafał ciągle przebywa w rzeczywistości wirtualnej. Obróciła się więc i ukucnęła, opierając się plecami o bok recepcji. Wiedziała, że na blacie tuż nad nią leży książka meldunkowa. Przy pewnej dozie szczęścia mogła ją ściągnąć, sprawdzić to, co chciała, i odłożyć na miejsce tak, żeby Rafał, zajęty grą, niczego nie zauważył.

Choć miała na dłoniach rękawiczki, i tak czuła wszystko dużo lepiej niż zwykły człowiek. Uniosła rękę. Kiedy tylko jej palce znalazły się na wysokości blatu, natychmiast natrafiły na zeszyt. Chwyciła go i ostrożnie zdjęła z kontuaru. „Udało się!”, pomyślała podekscytowana, patrząc na czerwoną okładkę. Żeby tylko teraz nikt jej nie nakrył! Zaczęła szybko przerzucać kartki w poszukiwaniu wpisu, który ją interesował.

I właśnie wtedy w holu pojawił się Rudolf. Rudolf, rudy kociak, uratowany jakiś czas temu przez Julkę — wspięła się po niego na czubek wysokiej brzozy, z której nie potrafił zejść — był uroczym i wyjątkowo towarzyskim stworzeniem. Kochał dziewczynę, kochał jej rodziców, kochał nawet Staśka, choć chłopiec najmocniej z całej rodziny pachniał psem. Jednak największą miłością darzył Rafała. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Całymi dniami wylegiwał się na ladzie recepcji albo bez skrupułów zaczepiał chłopaka, żeby się z nim pobawił. Rafał najczęściej wyjmował wtedy z uchwytu długopis na plastikowej sprężynce, przyczepiony do lady, i pozwalał kotu się za nim uganiać.

„Lepiej, żeby Rudiemu akurat teraz nie zebrało się na harce”, pomyślała Julka, czując, że za chwilę wpadnie w panikę.

— Rudi… kici, kici… — wyszeptała prawie bezgłośnie i poszurała palcami o podłogę.

Kot jakby dopiero teraz ją zauważył. Natychmiast podniósł ogon do góry, żeby wszyscy widzieli, jakie z niego ważne zwierzę, i skręcił w kierunku swojej pani. Julka odetchnęła z ulgą. Nie przerywając szurania, wróciła do przeglądania książki meldunkowej, co okazało się błędem. Bo kiedy tylko straciła kontakt wzrokowy z Rudolfem, kociak ponownie zmienił plany i zamiast podejść do Julki, odbił się od podłogi i zwinnie wskoczył na ladę recepcji.

Jeszcze przez sekundę Julka miała nadzieję, że zachowanie Rudolfa nie będzie miało żadnych poważniejszych konsekwencji. Niestety, kot postanowił zwrócić na siebie uwagę Rafała, więc z pełną premedytacją zeskoczył z lady na pochylone plecy chłopaka. I choć Julka ze swojego miejsca nic nie widziała, odgłosy nie pozostawiały złudzeń.

— Auć!!! Zwariowałeś? Niedobry kot! — usłyszała pełne wyrzutu jęki chłopaka. — Ile razy ci mówiłem, że jak na mnie skaczesz, to masz chować pazury? Zjeżdżaj! — A po chwili: — No widzisz? Przez ciebie straciłem jedno życie!

Julka, wstrzymując oddech, przylgnęła plecami do boku recepcji jeszcze mocniej niż poprzednio. Trwała tak, udając naleśnik i modląc się w duchu, żeby Rafał nie zaczął się rozglądać i nie zauważył braku książki meldunkowej.

— Zaraz, a gdzie książka meldunkowa? — Usłyszała w tym momencie.

I sekundę później:

— Julka?

Dziewczyna podniosła wzrok. Tuż nad sobą zobaczyła twarz Rafała, który położył się brzuchem na blacie i totalnie zaskoczony patrzył w dół, na kucającą na ziemi Julkę.

— Hej… — powiedziała ostrożnie i spróbowała się uśmiechnąć, ale zamiast uśmiechu wyszedł jej jakiś nerwowy grymas.

— Po co ci to? — zdziwił się, zauważając czerwony zeszyt w rękach dziewczyny.

Julka już miała odpowiedzieć, że to kot zrzucił książkę, a ona chciała ją tylko podnieść i odłożyć na miejsce, ale nagle coś jej wpadło do głowy. Może… to nie był plan genialny, ale zachodziła jakaś możliwość, że się powiedzie.

— Nie chciałam ci przeszkadzać — zaczęła ostrożnie.

— I słusznie — pochwalił ją chłopak. — Ale po co w tym grzebiesz?

— Bo widzisz, jeden z gości coś zostawił w stajni. I ja to znalazłam, i pomyślałam, że mu odeślę. No i potrzebuję adresu.

— Mogłabyś wstać? — zasugerował Rafał, ciągle przewieszony przez ladę recepcji.

Speszona Julka natychmiast poderwała się z podłogi.

— I oddać mi książkę meldunkową? — dodał.

Julka, odrobinę niechętnie, oddała mu zeszyt. W tym momencie, mrucząc, podszedł do niej Rudolf i zaczął się ocierać o jej ramię. Julka ostentacyjnie odsunęła się od niego. Za karę. W końcu gdyby nie przylazł, zdążyłaby bez problemu znaleźć adres i zniknąć.

— Dziwne… Zwykle jak goście czegoś zapominają, to dzwonią do mnie, na recepcję, i proszą, żebym tego poszukał. — Rafał podrapał się po brodzie.

— Może się jeszcze nie zorientował, że to zostawił? — podsunęła mu rozwiązanie. — Bo to drobiazg jest… Ale na pewno będzie mu miło, jak go dostanie z powrotem.

— W sumie masz rację… — Chłopak co prawda ciągle nie wyglądał na przekonanego, ale powoli chyba zaczynał się łamać. — Pamiętam, kiedyś odsyłałem komuś zegarek. Do Kielc. I rękawiczki do Gdańska… I potem napisali z podziękowaniem.

— O, widzisz! — ucieszyła się Julka. — To co, dasz mi ten adres?

Rafał sięgnął po czerwony zeszyt i otworzył na ostatniej zapisanej stronie.

— Pamiętasz nazwisko? — zapytał.

Julka pokręciła przecząco głową.

— No to chociaż kiedy to było?

— Jakieś dwa tygodnie temu. Ten pan przyjechał w sobotę, wyjechał w poniedziałek. A na dłoni miał taką brzydką bliznę…

Rafał pstryknął palcami.

— Kojarzę go! No pewnie! Moment…

Przerzucił kartkę w tył i zaczął przesuwać palcem po linijkach, od góry do dołu.

— Jest! — ucieszył się. — Wiktor Wilk. Zapisz sobie adres: Warszawa, ulica Poprzeczna dwanaście przez cztery.

Julka szybko odblokowała komórkę i otworzyła czat, na którym porozumiewali się z przyjaciółmi, wstukała adres i wysłała wiadomość. W tym momencie ulga zalała ją jak ocean.

— Dzięki! — Mało brakowało, a z wdzięczności rzuciłaby się Rafałowi na szyję, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Okazywanie zbyt dużego entuzjazmu mogłoby się wydać cokolwiek podejrzane.

Chwyciła więc tylko rączkę swojego szkolnego plecaka i pociągnęła go w kierunku schodów. Ledwo jednak zdążyła postawić stopę na pierwszym stopniu, kiedy tuż za sobą usłyszała życzliwy głos Rafała.

— Wiesz co, chyba lepiej, żebym to ja wysłał tę paczkę.

Zatrzymała się w pół ruchu i powoli odwróciła w kierunku recepcji.

— Ale ja sobie poradzę, naprawdę — bąknęła. — Jutro podjadę na pocztę.

— Nie! — Chłopak nagle poczuł ciążącą na nim odpowiedzialność. — Napiszę kilka słów od obsługi, gość poczuje się zaopiekowany i może znowu do nas przyjedzie? — Rafał prawie się rozmarzył.

Julka doskonale wiedziała, że nic takiego się nie stanie. Po tym, co zrobił mężczyzna z blizną, była pewna, że już nigdy do pensjonatu nie wróci.

— To napisz, nie ma sprawy. Dołączę. — Uśmiechnęła się nerwowo.

— Nie, nie! — Rafał był coraz bardziej zdecydowany. — Jeszcze pieczątka by się przydała na kopercie… Wiesz, żeby poważniej było. A tak w ogóle to co to jest? To coś, co on zostawił w stajni?

— Eeee…. No… — zaczęła się nerwowo jąkać. — Jeszcze ci nie powiedziałam?

— Słuchaj, co ty kombinujesz? — zirytował się Rafał. — Co to było?

Julka nie lubiła i nie umiała kłamać. Oczywiście czasami, tak jak w tym wypadku, zdarzały się sytuacje, kiedy dla dobra sprawy trzeba było trochę nagiąć rzeczywistość, ale im dalej zapuszczała się w ten podejrzany labirynt, tym trudniej było jej zachować zimną krew. Ale zrozumiała, że Rafał nie odpuści. Nie tylko będzie musiał usłyszeć, co takiego ważnego zostawił gość, ale również to coś zobaczyć. Sprawy zaczęły się komplikować.

Więc żeby zyskać choć trochę czasu, wyprostowała się, wysuwając brodę do przodu, i oświadczyła stanowczo:

— Sam zobaczysz. Za chwilę przyniosę.

Chwyciła mocno rączkę plecaka i ruszyła w górę schodów najszybciej, jak mogła, modląc się, żeby Rafałowi nie przyszły do głowy jakieś kolejne pytania. Ale nie, na razie chyba sobie odpuścił.

ROZDZIAŁ 2,czyli sygnał do działania

Na sali gimnastycznej, zamienionej w boisko do badmintona za pomocą przeciągniętej przez środek siatki, właśnie rozgrywało mecz dwóch chłopców — jeden ubrany w granatowe szorty i białą koszulkę, drugi — w czarną koszulkę, czarne dresowe spodnie i czarne adidasy. Do tego ten drugi miał na nosie okulary przeciwsłoneczne, choć przecież na sali gimnastycznej słońca raczej trudno się spodziewać.

Lotka przeleciała na połówkę ubranego na czarno chłopca. Ten natychmiast poderwał rakietkę i odbił lotkę szybko i mocno. Lotka ze świstem przeleciała tuż nad siatką i zanim chłopiec w niebieskich szortach zdążył do niej dobiec, upadła na boisko.

— Dwadzieścia jeden do ośmiu! — krzyknął trener, podnosząc się z ławki. — Brawo, Janek!

Chłopiec ubrany na czarno nie wykazywał specjalnego entuzjazmu z powodu zwycięstwa. Podszedł do siatki, bo tak było przyjęte, uścisnął dłoń przeciwnikowi, bo tak było przyjęte, i zaczął bez słowa zbierać swoje rzeczy.

— Świetnie ci poszło — pochwalił go jeszcze raz trener. — Masz świetne wyczucie lotki. Zawsze się zastanawiam, jak ty ją w ogóle widzisz w tych ciemnych okularach.

Janek włożył rakietkę do pokrowca.

— Dobrze ją widzę — odpowiedział, zapinając suwak.

Mężczyzna z uznaniem poklepał Janka po plecach.

— Za tydzień poćwiczymy serwowanie. I może znajdę ci lepszego przeciwnika.

Janek chwycił swoją sportową torbę, oczywiście czarną, i ruszył w kierunku wyjścia. Kolejny punkt dzisiejszego dnia zaliczony. W tym momencie poczuł, że torba lekko zawibrowała. Sięgnął do środka i wyjął z niej telefon komórkowy. Świeciła się na nim biała dioda, co oznaczało wiadomość na WhatsAppie. Otworzył ją i przeczytał: „Warszawa, ul. Poprzeczna 12/4”. Natychmiast zrozumiał, co to oznacza. „A więc przystępujemy do działania”, pomyślał. I nagle poczuł podekscytowanie, co nie zdarzało mu się zbyt często.

W tym samym momencie wiadomość od Julki pojawiła się też w telefonie Zosi, jednak dziewczyna nie usłyszała sygnału. W ogóle niczego nie słyszała poza hałasem odkurzacza. Zawsze w piątki po powrocie ze szkoły zabierała się do sprzątania. Podobno jej mama też sprzątała w piątki… Myślała o niej teraz, przeciągając szczotką po dywanie. Bardzo się starała, żeby na puszystej powierzchni nie został żaden, choćby najmniejszy pyłek.

Co chwila musiała też pocierać nos, na którym tkwił specjalny zacisk pływacki. Zwykle nie nosiła go w domu, ale podczas sprzątania nie sposób było go nie założyć. Zapachy wszystkich środków czystości, których używała, ba, nawet zwykły zapach kurzu — wszystko to było dla Zosi, obdarzonej wyjątkowo czułym węchem, nie do zniesienia.

Kiedy skończyła, wyłączyła odkurzacz i z dumą popatrzyła na dywan. Tak, mama na pewno byłaby zadowolona z efektu. Bo tata, kiedy już w końcu przyjdzie z pracy, prawdopodobnie w ogóle nie zauważy, że w mieszkaniu jest czysto. Przytuli Zosię, wypyta o szkołę, a potem znowu pochłoną go te jego muzealne papierzyska.

Zosia zwinęła kabel i chwyciła odkurzacz, żeby go odnieść do przedpokoju, kiedy na komórce, którą zostawiła na parapecie, zauważyła pulsujące światełko. Zaciekawiona, włączyła telefon. Na zielonej ikonce komunikatora pojawiła się pomarańczowa cyfra 1, więc Zosia otworzyła konwersację i przeczytała: „Warszawa, ul. Poprzeczna 12/4”. „Super, że Julce w końcu udało się zdobyć ten adres”, pomyślała. W tym momencie przypomniała jej się akcja z Wielką Koroną Imperium Brytyjskiego i dziewczyna poczuła ukłucie lęku. Co prawda wszystko wtedy skończyło się dobrze, tata Zosi został oczyszczony z zarzutu kradzieży, aresztowano za to dyrektorkę muzeum, Dagmarę Piekarską, oraz słynnego międzynarodowego złodzieja dzieł sztuki, ale jedna sprawa ciągle budziła niepokój dziewczyny. Bo to właśnie przy okazji kradzieży korony wyszło na jaw, że pewien mężczyzna z blizną na dłoni kazał robić zdjęcia całej ich piątce. I choć jak na razie nie miało to żadnych konsekwencji, to ciągle nurtowało ich pytanie, kim był ten tajemniczy człowiek i po co mu były ich fotografie. Dopiero teraz, dzięki temu, że Julka zdobyła adres mężczyzny z blizną, mieli jakiś punkt zaczepienia i mogli wreszcie przystąpić do szukania odpowiedzi.

W restauracji Curry na warszawskim Ursynowie wszystkie stoliki były zajęte. Dwie czarnowłose kelnerki w kolorowych sari uwijały się, donosząc zamówione dania. Z kuchni wydobywał się intensywny aromat indyjskich przypraw, słychać było szczęk przestawianych garnków i głośne rozmowy kucharzy. Piątkowe popołudnie to dobry czas dla restauracji.

Na samym końcu sali, przy stoliku zastawionym metalowymi miseczkami pełnymi smakowicie wyglądających dań, siedział samotnie chudy chłopiec o włosach koloru świeżo utartej marchewki. Ale nie tylko jego włosy były w jaskrawym kolorze — właściwie każda część jego garderoby charakteryzowała się intensywną barwą. Miał na sobie pomarańczową bluzę z niebieskim nadrukiem, spodnie tak zielone, jakby zawierały żywy chlorofil, a do tego fioletowe adidasy na białych podeszwach. Zdecydowanie rzucał się w oczy, ale wyglądało na to, że budzenie zainteresowania bardzo mu odpowiadało.

Chłopiec oderwał kawałek cienkiego indyjskiego chlebka, chapati, i umoczył go w gęstym czerwonym sosie. Kiedy włożył kęs do ust, poczuł rozlewający się na języku smak dojrzałych pomidorów, czosnku, imbiru i świeżych listków curry. Wszystkie składniki zlewały się w jedną, idealną całość, tak pyszną, że chłopiec aż mlasnął z zadowolenia.

— I jak, Tymon? Smakuje? — usłyszał nad sobą słowa wypowiedziane z obcym, śpiewnym akcentem.

— Wybitne! — oświadczył rudy chłopiec, uśmiechając się do niskiego, czarnowłosego mężczyzny o ciemnej karnacji.

Był to Amir, Hindus, właściciel restauracji, do której Tymon od kilku tygodni regularnie zaglądał. Wykorzystując swój wyjątkowo czuły zmysł smaku, chłopak pomagał Amirowi tworzyć perfekcyjne dania, w zamian za co Amir karmił go za każdym razem, kiedy Tymek miał ochotę zjeść coś dobrego.

— Bo dodałem liść laurowy! Tak jak mówiłeś! Pycha! — Amir przyłożył palce do ust i cmoknął, przymykając z zadowolenia oczy. — Jesteś geniusz!

— No cóż… — Chłopak uśmiechnął się skromnie.

Komórka Tymona, leżąca na stole obok talerza, zadrżała lekko.

— Przepraszam — zwrócił się do Hindusa. — Sprawdzę, czy to nie mama…

Chłopiec wziął telefon do ręki. Nie, to nie był esemes od mamy. Na grupowym, supercepcyjnym czacie pojawiła się właśnie wiadomość o następującej treści: „Warszawa, ul. Poprzeczna 12/4”.

Tymon natychmiast zapomniał o jedzeniu.

„Brawo, Julka!!!”, napisał.

A potem szybko wstukał adres w Google. Na mapie Warszawy rozświetlił się czerwony punkcik. Tymon rozciągnął obraz palcami, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Żeby dostać się na ulicę Poprzeczną, wystarczyło wsiąść do metra i przejechać jeden przystanek. Właściwie mógłby nawet teraz tam skoczyć… Jednak po chwili zastanowienia zrezygnował z tego pomysłu. Lepiej poczekać na wszystkich. Bez Janka z jego superwzrokiem, Zosi z jej superwęchem, Klary z jej supersłuchem, no i przede wszystkim bez Julki, która jako jedyna potrafiła rozpoznać mężczyznę z blizną, obserwacja jego mieszkania nie miała sensu.

Wpisał na czacie:

TYMON: To kiedy się za niego bierzemy? Może jutro?

Po chwili pojawiła się pierwsza odpowiedź.

JULKA: Tak, trzeba to załatwić w ten weekend!

Za chwilę pojawił się kolejny wpis:

JANEK: Zgadzam się. Proponuję zbiórkę o dwunastej.

JULKA: A nie lepiej wcześniej? Rano ludzie chodzą po zakupy, łatwiej byśmy go namierzyli.

JANEK: Wcześniej nie mogę. Mam tenis.

JULKA: Ty to zawsze coś masz. To dwunasta.

ZOSIA: Ja też będę! Fajnie! Znowu się widzimy!

Tymon poczuł, że nie usiedzi już ani chwili dłużej w jednym miejscu. Wkleił na czacie ikonkę kciuka w górę, schował telefon do kieszeni i poderwał się od stołu. Odkąd poznał Julkę i Klarę, a potem Janka i Zosię, jego życie nabrało jakiegoś szalonego tempa. Przeżywali razem przygodę za przygodą, ale ta, która się teraz zbliżała, mogła być naprawdę wyjątkowa. Od początku czuli, że z ich superzmysłami wiąże się jakaś tajemnica, i właśnie powoli zaczynali się zbliżać do jej odkrycia.

ROZDZIAŁ 3,w którym poznajemy żonę Shreka

M