Przegapić życie - Monika Matusik - ebook
Opis

Amelia leczy się w ośrodku chorób psychicznych, gdyż cierpi na zaniki pamięci. Tak przynajmniej twierdzą specjaliści. Bohaterka jest bardzo inteligentna, mądra, ma swój punkt widzenia na wiele spraw. Jej świadomość działa wybiórczo, ale kobieta nie zgubiła zupełnie wspomnień: te najwspanialsze pieczołowicie pielęgnuje. Opowiada o ukochanej pracy, o szalonej wyprawie do Grecji z nowo poznanym Piotrem i wyjątkowym uczuciu, jakie ich połączyło. Dlaczego jednak nie wszystko pamięta i co kryje jej przeszłość?


Autorka książki jest przede wszystkim pasjonatką życia i przeżywania wszystkiego w najmniejszym szczególe, zarówno emocjonalnie, jak i poznawczo. Wrodzona empatia od zawsze pozwala jej dostrzegać to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, a dzięki wyjątkowo elastycznym umiejętnościom intuicyjnym toruje sobie drogę do szczęścia i sukcesów w często niewyjaśniony sposób. Jest osobą, która odznacza się nieskończoną wiarą.

Urodziła się w Warszawie w 1989 roku. Doświadczywszy wielu burzliwych przeżyć na swojej drodze, dotarła do roku 2014, w którym poza fotografią, postanowiła wyrazić siebie również poprzez niniejszą powieść – historię wciągającą i bogatą jak wnętrze autorki.

Marek Ch.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 164

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

Rodzicom za serce włożone w moje wychowanie.

 

Maciejowiza wsparcie oraz tolerowanie moich dziwnych pomysłów.

 

Ani Ki. za nieustający ból brzucha ze śmiechu.

 

Moim inspiracjom. Oraz wszystkim tym, którzy czytali i mają zamiar przeczytać tych kilkadziesiąt tysięcy słów.

 

Jesteście wielcy.

 

Podziękowania:

 

Każdy w życiu powinien mieć jasno określony cel. Może być jeden lub kilka. Ważne, aby ów cel, nawet odkładany w czasie, pociągał za sobą w przyszłości rzeczywistą realizację. Bez wymówek! Bez lenistwa! Tak aby działanie przełożyło się na efekty. Takim moim małym celem w życiu było napisanie książki. Nie podjęłabym się tego zadania, gdybym w życiu nie doświadczyła tak wielu wspaniałych rzeczy. Poznałam kilkoro ciekawych ludzi, którzy stali się moimi mentorami i pomagali mi odkrywać każdego dnia nowe fascynacje. Tak, to dzięki wam jestem, kim jestem, dotarłam tak daleko i ta książka ujrzała światło dzienne. Ogromną energię zaszczepili we mnie rodzice, pokazując kawał świata, ucząc emocji, zarażając swoimi pasjami. To Wy nauczyliście mnie, jak wiele przyjemności może dawać adrenalina, ile śmiechu przynosi wspólne spędzanie czasu i jak używać głowy, by uchodzić za istotę myślącą. Wam zawdzięczam najwięcej.

 

 

Ponadto kilku osobom dziękuję po prostu za to, że są:

Alicji, cioci Dorotce, Kasi, Arlecie, Markowi, Łukaszowi, Marietcie, Paulinie, Agnieszce, Angelice.

To dzięki wam kreuje się moja historia.

 

Z uwagi na ostatnie przykre wydarzenia w moim życiu książkę pragnę zadedykować zmarłym już babci Heni, babci Mirusi, dziadkowi Edkowi, dziadkowi Stefanowi oraz niedawno zmarłej ukochanej cioci Teresie.

 

Od autorki:

 

Od zawsze pasjonowały mnie fotografia, pisanie i ludzka psychika. Ile można zrobić z człowiekiem bez jego wiedzy? Czy manipulacja jest możliwa wobec każdego z nas? Czy każdy zna samego siebie na tyle, aby w stu procentach wiedzieć, jak zachowa się w danej sytuacji? Za pomocą tej książki chciałam pokazać, jak przewrotne jest życie człowieka. Ile tak naprawdę mamy wpływu na to, co robimy i czy jesteśmy w stanie kontrolować to, co nas dotyczy. Od wielu lat moimi inspiracjami stają się filmy i książki, które potrafią nie tylko zaskoczyć, ale również pokazać sprawy, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi. Czyim dobrem się kierujemy, zdradzając? Co w życiu doceniamy, czy wiemy, co jest ważne? Każdy w życiu ma swoje priorytety. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i to są słowa, pod którymi podpisuję się obiema rękami i nogami. Cały nasz świat, wszystkie lata zostawione za nami to dorobek naszego życia. Ilu z nas jest w stanie powiedzieć, że nie zmarnowało tego cennego czasu? Kto z ręką na sercu przyrzeknie, iż poświęcił go na osiągnięcie czegoś, co napawa go dumą każdego dnia? Życie jest tylko jedno, więc starajmy się je przeżyć tak, jak naprawdę byśmy tego chcieli, gdyż być może pewnego dnia otworzymy oczy i zorientujemy się, że przeżyty przez nas czas wcale nie należał do nas. Nie poddawajcie się w swych celach i dążeniach, bo to najwyższe wartości nadające życiu prawdziwy sens.

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Zapaliła papierosa. Uwielbiała palić. Trzymała mały rulonik z tytoniem w dłoni, podziwiając, jak układa się między palcami. Odurzał ją dym, a w twarz paliło ciepło z pobliskiego kominka. Siedziała wygodnie w wielkim brązowym fotelu. Wokół stały jedynie ściany ozdobione kilkoma niepotrzebnymi nikomu obrazami. Dywan z białego włosia zdawał się od lat nie doświadczać sprzątania, a okna – jako jedyne błyszczące w tym niewielkim pomieszczeniu – zasłonięte zostały żeliwnymi kratami.

Nie wiadomo, czy to, co było wczoraj, już się skończyło, czy zaczyna się właśnie to, co będzie jutro. Toczyła się w bezsensie własnego świata, nie rozróżniając fikcji od rzeczywistości. W zasadzie jej sytuacja stała się dla niej samej zupełnie obojętna od momentu, w którym starała się odpowiedzieć sobie na pytanie, co ona właściwie tutaj robi. Jaki jest sens spędzania każdego popołudnia w tym głębokim starym fotelu? Ile przynosi jej życie, którego praktycznie nie posiada? Z każdym oddechem czuła się coraz bardziej pusta. Zupełnie jakby cały ten świat, gdzie przecież żyła od momentu narodzin, nie dotyczył jej osoby. To tak jakby stać na środku jezdni w Nowym Jorku, gdzie mijają cię setki, jak nie tysiące ludzi i nikt nie zwróci na ciebie nawet najmniejszej uwagi. Chyba że ktoś, rozmawiając przez telefon komórkowy, nie zauważy, że właśnie stanąłeś mu na drodze i wpadnie na ciebie ze sporą siłą. Nawet wtedy nie każdy spojrzy w twoją stronę, a reszta, zaaferowana własnymi sprawami, powróci do biegu ulicami tego wielkiego miasta.

Podciągnęła gruby beżowy koc wyżej w kierunku piersi, gdyż pomimo ognia trzaskającego w kominku czuło się chłód wdzierający się przez nieszczelne okna. Cieszyła się, że tego wieczora założyła grube wełniane skarpety.

Była sama. Jak zawsze od momentu, kiedy umarł. Targały nią emocje, które z jednej strony napawały ją agresją, a z drugiej przyprawiały ją jedynie o ludzką bezsilność. Przecież sama go pogrzebała. Nie chciała mieć nic wspólnego z kobietą, która miała go już nigdy więcej nie zobaczyć. Podobno nadzieja umiera ostatnia, choć gdyby nie ona, jakie jest prawdopodobieństwo, że teraz, w tej chwili, siedziałaby w tych czterech otaczających ją ścianach? Jaka jest szansa na zachowanie zdrowych myśli i trwania wśród tych wszystkich ludzi? A może to wcale nie zasługa nadziei?

 

Tamtego dnia Amelia zaczęła palić. Nie chciała, samo przyszło. Pamięta jak dziś, gdy pod bramą cmentarza zaczepił ją tamten człowiek. Wysoki mężczyzna w dobrze skrojonym czarnym garniturze ze srebrnym, niemal idealnie zawiązanym krawatem u szyi. Z ramion zwieszał mu się czarny połyskujący płaszcz. Ofiarował jej jednego cigarette w zamian za kilka minut rozmowy. Tak, tak. Cigarette. Było to jej ulubione określenie papierosów. Sama już nie pamiętała, skąd się to wzięło. Pewnie za sprawą oglądania angielskich i francuskich filmów, w których uwielbiała sceny z lampką wina lub papierosem, nadające całości pewnego charakteru. Dawało jej to pewnego rodzaju wolność emocjonalną. To na skutek tych filmów od czasu do czasu sięgała po cigarette, aby poczuć się kimś więcej niż zwykłą małolatą, za jaką miała ją cała rodzina. Nigdy wcześniej się nie zaciągała, toteż przy pierwszych wdechach dym zaczął ją dławić. Potem jakoś poszło. Ciało rozluźniało się wraz z każdym haustem. Czuła nie tyle przyjemność, co ulgę. Tych kilka wdechów zabierało jej na te parę minut wszelkie problemy, z jakimi borykała się każdego dnia. Także ten, dla którego znalazła się na tym cmentarzu. Stała tam w zimny deszczowy dzień, z nowym nabytkiem w dłoni, i patrzyła na mężczyznę w czarnym płaszczu, który wypowiadał do niej jakieś słowa. Krople deszczu spływały po jej twarzy, jakby podkreślały smutek i rozdrażnienie malujące się w oczach. Niczym w scenie niemego filmu, z tym że tym razem sama brała w nim udział. Jeszcze chwilę temu stała nad betonowym grobem, obserwując moment zsuwania drewnianej trumny w głąb wilgotnej ziemi. Słuchała lamentu obcych jej ludzi, starając się zrozumieć słowa wypowiadane przez księdza. Jeszcze pięć minut temu była tam, za czarną żelazną bramą, trzymając jego ukochane słoneczniki w dłoni i czując, jak czas z nim spędzony właśnie ucieka jej przez palce.

Teraz miała rozmawiać z mężczyzną, a tymczasem on prowadził monolog. I to do kogo? Do niej? Do tej, która tego dnia nie chciała wiedzieć nawet, jak się nazywa? Zaczęło się w niej gotować. Cisza i spokój zostały zmącone przez mężczyznę, którego po raz pierwszy widziała na oczy. Przez szacunek do tego dnia postanowiła, że nie da się wytrącić z równowagi. Chciała tylko wrócić do domu i położyć się spać. Mężczyzna nie dawał jednak za wygraną, ale ona miała to gdzieś.

– Kochała go pani, prawda? – Kilka słów zmąciło szaloną gonitwę w jej głowie. Spojrzała na mężczyznę. – Kochała, prawda?

Oczy nie mogły skupić się na jednym punkcie. Wędrowały początkowo po drzewach, samochodach, potem po ludziach. Zgiełk panujący na ulicy nie pozwalał zebrać myśli. Czuła się jak na haju. Zupełnie jakby ta chwila była kolejną z tych, jakie od paru dni codziennie wymyślała w głowie, a o jakich urzeczywistnieniu nie mogło być mowy. Odczucia niczym nieróżniące się od upojenia alkoholowego. Coraz mocniejsze zawroty głowy, pierwsze duszności. Oddychała ciężko, niespokojnie. Obrazy rozmywały się przed oczami, gubiąc wyraźne zarysy.

– Niech pani nie mówi. On często opowiadał. – Z niedowierzaniem słuchała tego, co mówił ten obcy mężczyzna. – Mój syn też panią kochał. Kochał ponad życie.

Spojrzała na dłonie, w których tkwił ten śnieżnobiały papieros. Rzuciła go na ziemię i przydeptała nogą. Nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie ją spotkało, ze zdziwieniem spojrzała w twarz jeszcze przed chwilą nieznanego jej człowieka. Cicho rzuciła szybkie:

– Wiem – i odeszła pewnym krokiem. Nogi zdawały się przyśpieszać, praktycznie unosząc ciało kobiety nad ziemią.

Chciało jej się płakać, a przecież zawsze powtarzał, że szkoda łez na to wszystko. Uznawał jedynie płacz ze szczęścia. Tak bardzo go kochała, a teraz nic innego nie przychodziło jej do głowy poza płaczem.

„Kochała go pani, prawda? – dźwięczało w głowie coraz głośniej. Kochała”.

Chciała krzyczeć. Czuła się jak zamknięta w szklanej kuli, gdzie nikt nie potrafił jej usłyszeć. Tym razem zaczęło brakować jej powietrza, a nie miała siły, aby przebić mydlaną ścianę i wydostać się z pułapki, w którą wpadła.

– Miałeś żyć – powiedziała szeptem. – Miałeś żyć – powtórzyła. Podeszła do kiosku i kupiła paczkę cienkich papierosów.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

Ogień w kominku palił się jasnym, miłym dla oka światłem. Skończyła palić papierosa. Obok fotela stał stary zabytkowy stoliczek z ozdobną lampką. Po bokach mebelka znajdowały się szufladki z małymi miedzianymi klamkami. Kobieta (bo teraz można było ją tak nazwać) sięgnęła do jednej z szufladek i wyjęła plik kartek, z którego ściągnęła czerwoną wstążkę, rozwiązując uprzednio wieńczącą cały stosik kokardkę.

Wiedziała, że pomiędzy pożółkłymi papierami znajdzie fotografie. Dawno ich nie wyjmowała. Czerwona wstążka zwisała teraz z poręczy fotela. Półmrok zaczynał niepostrzeżenie wkradać się do pomieszczenia. W oddali dało się słyszeć stukot kółek metalowych wózków i pośpiesznie stawiane kroki. Pokój z kominkiem mieścił się na końcu prawego skrzydła wysuniętego na północ, zaraz obok sal sypialnianych pacjentów niewymagających ciągłej opieki. Ci drudzy udawali się na spoczynek do lewego skrzydła budynku vis-à-vis stołówki i sal, w których pacjenci grywali w szachy, karty lub czytali książki. Głucha cisza panowała tu jedynie późno w nocy. Mimo tego na samą myśl o tym miejscu dostawała gęsiej skórki.

Minęło tyle czasu. Wszystko wracało. Spojrzała na pierwsze zdjęcie. Uśmiechał się do niej młody mężczyzna, ubrany w idealnie dopasowaną błękitną koszulę, w której dwa górne guziki były odpięte, ukazując kawałek torsu. Pamięta doskonale te cudne piwne oczy. Niespecjalnie musiała się starać, żeby zostały w jej pamięci. Miały w sobie coś szczególnego. Nie był to typowy brązowy kolor. Nigdy nie wiedziała, jak je określić. Jakby żółty przechodzący w kolor soczystej brzoskwini wirował z brązową otoczką. Oczy, w które mogłaby patrzeć godzinami. Gdyby tylko mogła. Na ich wspomnienie serce spokojniej biło, a ona sama stawała się jakby radośniejsza. Bez wątpienia jego oczy to pamiątka chwili sprzed lat. Obraz dnia, w którym się poznali.

* * *

Zawsze lubiła samoloty. Zastanawiała się, jak te ogromne żelazne ptaki wzbijają się w powietrze. Dawniej w czasie wolnym lub zaraz po szkole kupowała w sklepie przy ulicy Łopuszańskiej dwulitrowy baniak soku pomarańczowego, po czym siadała na wzgórzu nieopodal płyty lotniska i obserwowała pracę tych cudownych maszyn, aż nie wypiła całego soku. Czuła się wtedy wyjątkowo. Jakby ten cały świat wolności i życiowej niezależności należał tylko do niej. Nie po raz pierwszy wyobrażała sobie to uczucie. Nieważkości? Nieważne, czym by było, istniałoby jedynie dla niej, a ona na pewno by je dostrzegła. Lot, taki pod prawdziwym niebem, nad chmurami, gdzie wszystko widać z zupełnie innej perspektywy. Lot, o jakim marzyła od zawsze, ale jedynie podświadomie. Biorąc pod uwagę jej sytuację w społeczeństwie, nigdy przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby należeć do tej grupki osób, która latające ptaki podziwia z góry, nie z dołu. Nie zwracała uwagi na to, że te cudowne maszyny wzbijają się w powietrze, po czym za jakiś czas wracają, z coraz to innymi ludźmi na pokładzie, między którymi nie widziała siebie. Nie widziała, bo nie wiedziała, że może widzieć.

Czasami zamiast na wzgórze udawała się do hali odlotów, ogromnego pomieszczenia w kolorach beżu i jasnego metalu, gdzie raz za razem biegali ludzie z kolorowymi walizkami. Było tu dosłownie wszystko. Od minikiosków z batonami po ogromne sklepy z ekskluzywnymi perfumami. Między nimi wyrastały jak grzyby po deszczu kolejne kasy biletowe. Na samym końcu, wzdłuż najdłuższej ściany, usytuowano knajpki lotniskowe, najpewniej dla oczekujących. Przeciwległa ściana była czymś, co zawsze zapierało jej dech w piersiach. Stawała przy ogromnym przeszklonym oknie i obserwowała to, co zwykle, ale tym razem bez efektów dźwiękowych. Jak film w ich starym telewizorze, w którym głośniki już dawno przestały działać. Tata zawsze mówił, że to naprawi, ale o jej telewizorze jednak zapominał. Miał swój, od którego nie ruszał się ani na krok i tylko to miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. Po długiej obserwacji poruszających się obrazów siadała na ławeczkach przed tablicami informacyjnymi o odlotach i patrzyła, jak czarne klatki skakały miedzy tysiącami liczb i liter. Początkowo ich nie rozumiała. Dopiero z czasem zaczęła rozróżniać niektóre symbole i dziwne znaki. Marzyła o pracy na lotnisku. Sprzedaż biletów, praca z pasażerami. Niemal w każdej roli odnajdowała siebie. Fascynowało ją tutaj wszystko: od najnudniejszych prac takich jak segregowanie bagaży po najciekawsze, jakimi były licytacje przedawnionych zagubionych rzeczy. Dostała gęsiej skórki, gdy po raz pierwszy była świadkiem sprzedaży jednej z pozostawionych walizek. Pracownicy lotniska przed wystawieniem przedmiotu na aukcję otwierali bagaże, by wyjąć z nich wartościowe rzeczy, następnie zamykali walizkę i sprzedawali ją dającemu najwyższą kwotę w licytacji. Była to swego rodzaju loteria, gdyż kupujący poznawał zawartość nabytku już po zapłacie zobligowanej kwoty. Skupiano się więc na emocjach. Bagaże były licytowane tylko i wyłącznie na podstawie wyglądu, a co za tym idzie: koloru czy kształtu.

Zafascynowana funkcjonowaniem lotniska i jego tajemnicami, postanowiła związać z nim swoją przyszłość. Intensywnie planowała własne życie po zakończeniu szkoły.

 

W wieku czternastu lat, kiedy jej koleżanki zdążyły zwiedzić z rodzicami kawałek świata podczas corocznych wakacji, do jej głowy wkradły się marzenia o podróżach. Obserwowała ludzi wracających z dalekich krajów. Byli tacy inni, uśmiechnięci. Czasem witali się z rodzinami, czasem przyjeżdżał po nich ktoś obcy, a jeszcze inni odbierali swój bagaż i ruszali w samotny kurs jedną z lotniskowych taksówek. Była także świadkiem wielu tragedii i łez. To miejsce widziało już wszystko, a ona była tego częścią. Podczas jednego z upalnych dni przeczytała na tablicy informacyjnej nazwę „Rodos”. Plany odlotów znała niemalże na pamięć, ale ta nazwa rzadko przewijała się przez wielkie czarne tablice.

Po powrocie do domu zaczęła czytać na temat wyspy. Gromadziła informacje, zachowywała wycinki z gazet i informatorów turystycznych. Po niecałym miesiącu mogła z dumą powiedzieć, że o Rodos wie już niemal wszystko. Jej uwaga skupiła się na legendarnych opowieściach na temat danego miejsca. Dużo czytała o Heliosie, który obdarowywał wyspę promieniami słonecznymi, o Posejdonie utrzymującym tamtejsze wody w czystości, o Eolu, którego podmuchy umilają życie turystom, a przede wszystkim miłośnikom windsurfingu, a także o Dionizosie – bogu wina, uprzyjemniającego wypoczynek. Gdy fascynacja Grecją zaczęła przerastać jej wyobrażenia, postawiła sobie nieosiągalny w tamtym momencie cel: „Kiedyś tam polecę”.

W wieku szesnastu lat na lotnisku znała już większość personelu. Od pana Tomasza, kierownika lotniska, z którym po pewnym czasie nawiązała głębszą przyjaźń, otrzymała kartę wstępu do pomieszczeń dla personelu. Z dumą nosiła na piersi granatową smycz z doczepionym do niej identyfikatorem. Wśród tamtejszych pracowników cieszyła się nie tyle zaufaniem i sympatią, co pełnym szacunkiem. Była jedyną kobietą w tak młodym wieku, która potrafiła o samolotach i procedurach lotniskowych powiedzieć o wiele więcej niż niejeden wykwalifikowany pilot. Ponadto ponad wszystko lubiła obserwować ludzi. Kiedy tylko mogła, przemykała się do pomieszczenia dla ochrony i wraz z pracownikami bacznie śledziła ekrany monitoringu. Niekiedy dostawała jeden z telewizorów z podłączonym do niego joystickiem i przełączając obrazy między kamerami, śledziła wcześniej upatrzoną osobę aż do chwili jej wejścia na pokład samolotu. Bawiło ją to. Niektórzy nosili na twarzach wypisane historie, które chodziły za nią tygodniami. Zastanawiała się, co dany człowiek chciał jej przekazać, choć nawet nie wiedział o jej istnieniu. Czasem te wszystkie historie wsiadały z tymi ludźmi do samolotów i bezpowrotnie odlatywały. Pamięta mężczyznę w brązowym płaszczu, który w godzinach porannych wysiadł z samolotu lecącego z Miami. Na głowie miał zielony kapelusz. Wyglądał staromodnie, ale zważywszy na to, że miał około sześćdziesięciu lat, wszystko można mu było wybaczyć. Miał dużą torbę podróżną, a na jego twarzy malowało się zakłopotanie. Wyjął z kieszeni małe prostokątne pudełeczko, z którym najwyraźniej nie potrafił sobie poradzić. Po czterech godzinach obserwowania wysiadających i wsiadających pasażerów na kamerze numer dwadzieścia cztery ciągle widziała mężczyznę w ciemnym płaszczu. Jedyne, co się zmieniło, to ławka, na której siedział. Przy poprzedniej umyto podłogę i turysta najwidoczniej nie chciał popsuć pracy jednej z pań sprzątających. Teraz wyglądał na bardzo zmarnowanego. Dziewczyna pozostawiła swój telewizorek i ruszyła w kierunku hali przylotów.

Mimo że jej angielski nie był perfekcyjny, porozumiała się z mężczyzną bez problemu. Była dumna, że może się legitymować jako pracownik lotniska, a jeszcze większą radość sprawiał jej szacunek widoczny w oczach tego starszego człowieka, gdy wyjaśniał powód swojego zakłopotania. Z pewnym rozbawieniem wspominała teraz usłyszaną wtedy historię: człowiek ten, jadąc w odwiedziny do syna, omyłkowo kupił zły bilet. Nie miałby większego problemu, gdyby zabrał ze sobą trochę pieniędzy i po prostu kupił drugi bilet w prawidłowe miejsce. Ale nie zabrał. Staruszek chciał skontaktować się z synem za pomocą telefonu komórkowego. Miał numer zapisany na karcie SIM, ale pech chciał, że rzadko korzystał z tego urządzenia i po tym, jak stewardessa kazała mu wyłączyć urządzenie, nie umiał go na nowo uruchomić.

Dziewczyna ożywiła telefon komórkowy, po czym pomogła mężczyźnie znaleźć numer do syna. Chłopak kupił bilet dla ojca przez internet, a ona dopilnowała, by tym razem starszy pan wsiadł do właściwego samolotu. Takich historii zdarzało się naprawdę wiele. Niekiedy ludzie z nią rozmawiali, zaczepiali. Kiedy indziej po prostu się zwierzali. Niejednokrotnie miała takie głupie wrażenie, że bawi się w kogoś na podobieństwo samego Boga! Co jednak taka dziewczyna może wiedzieć o tych wszystkich ludziach? Mimo to sposób, w jaki szkicowała każdy kolejny dzień życia, był częścią, z której za nic nie chciała rezygnować. Nigdy nie zapomniała o swoim wzgórzu i dwulitrowym soku pomarańczowym. Drzwi lotniska już na zawsze pozostały dla niej otwarte.

 

Pewnego dnia, a było już późne lato, kiedy słońce na niebie świeciło w pełni, obdarowując Warszawę dwudziestosześciostopniowym upałem, Amelia, zmęczona pracą, usiadła na jednej z ławeczek przy tablicy odlotów. Tyle lat już tu spędziła. Jako dziewiętnastoletnia teraz dziewczyna zastanawiała się, czy te spełnione marzenia o lotnisku i lataniu były tym, czego naprawdę w życiu chciała. Kochała to życie lotniskowe i ludzi w tym miejscu. Była wdzięczna zarówno Bogu, jak i samej sobie za ten pomyślny obrót spraw w jej marnym życiu. Czy jednak było to coś, co chciała robić do kresu swoich dni? Na studia nie mogła sobie pozwolić, lotnisko było teraz wszystkim, co posiadała. Czy jednak będzie pomysłem na całą przyszłość? Spojrzała na czarne pole z białymi literkami. Rodos – last minute. Zawsze tak było w tym okresie. Zaraz obok tablic odlotów pokazywały się oferty biur turystycznych, które nie wyprzedały wszystkich przewidzianych biletów. Co trzecie miasto miało przy nazwie znaczek „last minute”. Powoli przenosiła się w świat wyobraźni. Długie piaszczyste plaże, turkusowa woda Morza Śródziemnego, gra w golfa i tenis… Najbardziej zielona ze wszystkich greckich wysp, wiosną pokryta dzikimi kwiatami. Dookoła mnóstwo janowców i drzew owocowych, a wszystko skąpane w świeżym i czystym powietrzu. I ona, ubrana w szaro-koralowy kostium kąpielowy, krocząca jedną z nadmorskich plaż. Na twarz opadają jej długie włosy, targane przez letni wiatr. Przed nią rozciąga się piękna woda, zmącona podmuchami i śladami desek windsurfingowych.

– Na co mi to wszystko? – usłyszała.

„Wspaniale. Odejdź ode mnie, bajko przepiękna, na którą czekałam cały dzień. Nie jestem wcale zmęczona, nie mam ochoty o tobie myśleć, a już na pewno nie marzą mi się wspaniałe plaże i nieziemskie wakacje w towarzystwie przystojnych Greków. Skądże” – pomyślała i otworzyła oczy. Ujrzała młodego mężczyznę siedzącego tuż obok niej. Miał może około dwudziestu jeden, dwudziestu dwóch lat. Ciemne dżinsowe spodnie doskonale komponowały się z biało-zielonymi tenisówkami. Głowę trzymał lekko spuszczoną, tak że twarz zasłaniała mu ciemnoszara kurtka w kratkę. Miedzy nogami leżała średniej wielkości torba sportowa przypominająca te, które dźwigają ze sobą kulturyści na siłownię. Ta wydawała się jednak wypchana po brzegi. Amelia zastanawiała się, w którą stronę świata zmierza ten młody chłopak. „Kto przy tak pięknej pogodzie pod koniec lata siedzi w kurtce?” W rękach trzymał spory plik banknotów. „Czyżby kolejna życiowa historia?”

– Słucham? – zapytała. Przez chwilę on przebierał w miejscu nogami, jakby chciał coś powiedzieć. Ale milczał, więc Amelia wstała, nie mając ochoty napraszać się komuś, kto chyba nie wiedział, czy mówi do niej, czy sam do siebie.

– Na co mi to wszystko? Człowiek ma pieniądze, dom, samochód, sztucznych przyjaciół. Ma w tym życiu wszystko, o czym niejeden mógłby tylko pomarzyć i zapewne marzy. A po głębszym zastanowieniu dochodzi się do wniosku, że nie ma w tym życiu tak naprawdę nic.

Dziewczyna usiadła z powrotem i spojrzała na chłopaka. A on wciąż wyrzucał z siebie potok słów.