Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Ma trzy oblicza: Aleksander Głowacki, Jan w Oleju, Bolesław Prus. Rozproszone ślady jego biografii odnaleźć można nie tylko w archiwach i źródłach z epoki, ale przede wszystkim przemycone w jego twórczości. To z niej dowiedzieć się można o nim rzeczy najważniejszych, jakby grał z czytelnikiem w kotka i myszkę.
Monika Piątkowska, łącząc temperament detektywa z wnikliwością psychologa, przeprowadza drobiazgowe śledztwo i tworzy pełnowymiarowy portret pisarza genialnego i nie docenianego przez współczesnych, prześladowanego przez liczne manie, otoczonego kobietami i owładniętego szaleńczą zazdrością o sławę Sienkiewicza. Prus, którego dzięki niej poznajemy, nie jest spiżową figurą na postumencie, lecz prowadzącym podwójne życie, targanym namiętnościami człowiekiem z krwi i kości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 715
Data ważności licencji: 9/15/2031
Reprodukcja: Krzysztof Chojnacki / East News
To nigdy nie był dom, o którym Aleksander myślałby z czułością i do którego chciałby wracać myślami. Przeciwnie, miejsce, w którym się urodził, budziło w nim niepokój i ten rodzaj uczuć, który nakazywał milczenie i nieufność. Literacka Warszawa, być może zaintrygowana pseudonimem, który Aleksander przybrał, gdy rozpoczął dziennikarską karierę, a być może dlatego, że wyczuła jego lęk, przez długie lata próbowała dociec, gdzie ów dom stoi i komu naprawdę daje schronienie. Mówiono wówczas, że Aleksander coś ukrywa, że być może nie jest dzieckiem szlacheckim, a wielu uwierzyło nawet, że jest po prostu przechrztą, synem żydowskiej rodziny, który ukrył się przed światem za podwójną fosą: najpierw przybierając nazwisko Głowacki, a potem ukrywając je za literackim pseudonimem Bolesław Prus.
Gdy Aleksander zmarł, jeden z jego nałęczowskich przyjaciół, regionalista i publicysta Henryk Wierciński, postanowił w końcu na własną rękę ustalić fakty. Człowiek, którego poprosił o pomoc, po kilku tygodniach doniósł mu wreszcie, że Aleksander nie urodził się ani w Puławach, jak przypuszczano, ponieważ mieszkała tam część jego rodziny, ani w Lublinie, gdzie odwiedzał krewnych, ani w domu ojca we wsi Żabcze, lecz, co wydawało się zaskakujące, w Hrubieszowie. Zapis odszukany tam w księdze metrykalnej dowodził, że przyszedł na świat 20 sierpnia 1847 roku, o godzinie jedenastej wieczorem, jako legalny syn małżonków wyznania katolickiego Apolonii z Trembińskich Głowackiej i Antoniego Głowackiego. Jedyną więc zagadką pozostawał dom – jeden z ładniejszych w mieście, murowany, zwrócony do świata reprezentacyjnym balkonem podpartym czterema kolumnami i szerokim frontem zdobionym ośmioma oknami. Stuletni budynek, w którym Aleksander przyszedł na świat, nie był siedzibą jego rodziny, lecz należącą do parafii Świętego Michała plebanią, na której w owym czasie gospodarował obcy Głowackim czterdziestotrzyletni ksiądz Feliks Troszczyński.
Nad tym, dlaczego Apolonia zdecydowała się urodzić swe ostatnie dziecko właśnie tam, z dala od bliskich, w obcym domu, pośród obcych ludzi i obcych sprzętów, zastanawiali się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku historycy literatury Krystyna Tokarzówna i Stanisław Fita, autorzy monumentalnego kalendarium życia i twórczości Aleksandra. Według ich przypuszczeń Apolonia musiała opuścić męża i na krótko przed rozwiązaniem przyjechać do miasteczka, aby zapewnić sobie i dziecku dostęp do lekarzy. Miała już wówczas trzydzieści sześć lat i cierpiała na zaawansowane suchoty, więc decyzja, by nie rodzić w maleńkiej wsi, lecz w mieście, wydawała się rozsądna. Dla ówczesnych mieszkańców Hrubieszowa sprawa wyglądała jednak na bardziej skomplikowaną i sporo o niej w swoim czasie plotkowano. Kiedy na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku do księgarń trafiła pierwsza biografia Aleksandra pióra Ludwika Włodka, z błędnie podanym miejscem narodzin pisarza, niedługo po jej opublikowaniu w jednym z pism literackich ukazało się sprostowanie pióra Adama Szczerbowskiego, podkreślającego, że na własne oczy widział hrubieszowską metrykę Aleksandra. Według jego wiedzy, w miasteczku, mimo upływu ponad siedemdziesięciu lat, wciąż pamiętano, że Apolonia długo mieszkała na plebanii, a sąsiedzi tłumaczyli sobie jej pobyt tym, że musi być jakoś spokrewniona z księdzem. W konserwatywnym, prowincjonalnym miasteczku nowa mieszkanka plebanii musiała co najmniej intrygować.
Najwięcej materiału do plotek dostarczyło chyba jednak nie postępowanie Apolonii, lecz Antoniego, ojca Aleksandra. Mimo że zwyczaj nakazywał co innego, Antoni nie przyjechał do żony, aby być przy narodzinach dziecka, a potem wznieść zwyczajowy toast za syna, i nie pojawił się na plebanii także w kolejnych dniach, choć Żabcze, w którym mieszkał, dzieliły od Hrubieszowa ledwie trzydzieści dwa kilometry, pół dnia drogi wozem. Tak demonstracyjne zachowanie nie mogło zostać w miasteczku niezauważone i nawet wśród postronnych musiało budzić przypuszczenia, że małżeństwo Głowackich przechodzi głęboki kryzys. Niewykluczone także, że wyprawa Apolonii do Hrubieszowa postrzegana była przez współczesnych bardziej jako ucieczka zdesperowanej żony niż przezorność przyszłej matki.
Jako dorosły już człowiek Aleksander winą za nieudany związek rodziców obarczył ojca. W swoich utworach nie identyfikował się z nim i nie idealizował go, a ojcowie jego bohaterów częściej byli dla synów raczej balastem i powodem do wstydu niż wsparciem. W powieści Dusze w niewoli, którą napisał, nie ukończywszy jeszcze trzydziestu lat, malarz Lachowicz, jego alter ego, wypowiedział nawet okrutne zdanie: „jestem dzieckiem motłochu”1. Ojciec, którego Lachowicz tak bardzo się wstydził, był alkoholikiem, ojciec Stanisława Wokulskiego, bohatera Lalki, nieczułym prostakiem.
Choć nie pamiętał matki, która umarła, gdy miał trzy lata, Aleksander przedstawił ją w swoich utworach w wyraźnie lepszym świetle, jako kobietę wykształconą, umiejącą grać na fortepianie i znającą języki obce. Czytając dziś w opowiadaniu Sieroca dola opis jej postaci, można odnieść wrażenie, że te salonowe czy raczej towarzyskie zalety Apolonii były dla Aleksandra bardzo istotne i w jakimś sensie dobrze świadczyły także o nim samym. Nie jest też wykluczone, że właśnie owo kulturalne i cywilizacyjne niedopasowanie małżonków eksponowano w rodzinie Trembińskich jako powód, dla którego małżeństwo Apolonii się rozpadło, i Aleksander, mimo że nie pamiętał rodziców, przejął z czasem tę perspektywę.
Z ówczesnego punktu widzenia związek Apolonii i Antoniego nie był jednak mezaliansem. Obydwoje pochodzili ze zubożałych prowincjonalnych rodzin i w równym stopniu nie mieli szans na lepsze małżeństwo. Ich losy zetknęły się w maleńkiej wsi Wożuczyn należącej do dziedzica Jana Wydżgi. Antoni miał wówczas niespełna trzydzieści lat i był kawalerem bez majątku, Apolonia zaś wkraczała w dwudziesty rok życia, co oznaczało w jej świecie ostatni moment na zamążpójście. Wincenty Trembiński, ojciec Apolonii, dobrze znał Antoniego i łatwo mógł go zaaprobować jako zięcia. Obaj pracowali w tym samym majątku i obaj pełnili tam podrzędną funkcję: Antoni był wówczas ekonomem, a Wincenty kancelistą.
W rodzinie Trembińskich zapamiętano, że Wincenty rozpoczął dorosłe życie z pokaźnym majątkiem, miał kilka dobrze prosperujących folwarków, lecz zostały one szybko przepuszczone na alkohol i zabawę. Opowieść ta nie musiała jednak być prawdą. W dziewiętnastowiecznej Polsce, bardzo patriarchalnej w kwestii praw i obyczajów, nieporadność ekonomiczna mężczyzny i jego brak zmysłu do interesów należały do tej kategorii wad, których wstydzono się najbardziej. Aby ukryć niegospodarność głowy domu, w wielu rodzinach usprawiedliwiano ją skłonnościami do zabaw i rozpusty, i nie można wykluczyć, że w domu Trembińskich postąpiono podobnie.
Dla pozbawionej kapitału i koneksji Apolonii, tułającej się z rodzicami po prowincjonalnych majątkach, małżeństwo stanowiło w zasadzie jedyny sposób na uzyskanie życiowej samodzielności. Była najstarsza z czworga dorastającego rodzeństwa i nie mogła liczyć na dożywotnią opiekę rodziców. Na początku lat trzydziestych stabilna dotąd sytuacja w jej rodzinie nagle się skomplikowała, niespodziewanie bowiem Marcjanna Trembińska, matka Apolonii, znów zaszła w ciążę i w wieku czterdziestu trzech lat spodziewała się piątego dziecka. W tych okolicznościach zaprzyjaźniony z rodziną sąsiad, mimo swej skromnej posady, wydawać się musiał Trembińskim całkiem dobrą partią. Po trzech obowiązkowych zapowiedziach ślub młodej pary odbył się późnym popołudniem 20 listopada 1831 roku, a małżonkowie pozostali w Wożuczynie. Po roku małżeństwa Apolonia urodziła córkę Brygidę, która zmarła we wczesnym dzieciństwie, a dwa lata później, w 1834 roku, przyszedł na świat pierwszy syn Głowackich Leon.
Antoni Głowacki okazał się człowiekiem, któremu nie zależy na tym, aby wydrzeć od życia lepszy los. Miał gnuśną naturę i brakowało mu przedsiębiorczości. Gdy na skutek prawdziwego zrządzenia losu jego matka odziedziczyła majątek Maszów, który, choć niewielki, przynosił jednak dochód, Antoni pozwolił wykupić się bratu, tracąc sposobność do polepszenia bytu, a kilka lat później dał się oszukać krewnym, którzy zmusili go do wypłacenia nienależnych im dwustu siedemdziesięciu rubli w srebrze. Nie dbał także o swoje nazwisko. Jego rodzina przez wiele lat starała się uzyskać prawo do tytułu szlacheckiego i do używania herbu Prus, lecz ostatecznie siedem lat przed narodzinami Aleksandra Tymczasowy Urząd Heraldyczny Guberni Wołyńskiej rozwiał jej nadzieje, informując, że nie ma dowodu na to, by ród Głowackich wystarczająco długo i w dobrze udokumentowany sposób posiadał dobra ziemskie i leśne. Antoni nie podzielał jednak zamiłowania rodziny do tradycji i nigdy się nie obnosił z pretensjami do szlachectwa.
Nie umiał także dbać o finanse. Jednym ze sposobów na wyrwanie się z prowincjonalnej biedy była w owym czasie przeprowadzka do miasta i wyrobienie tam sobie posady państwowego urzędnika, wielu więc młodych mężczyzn i zbankrutowanych właścicieli ziemskich skwapliwie z tej możliwości korzystało, szukając szczęścia w instytucjach administracyjnych. Antoni Głowacki nigdy jednak nie zdecydował się na podobny krok, choć posady, które zdobywał w prywatnych majątkach, zawsze należały do podrzędnych i źle opłacanych. Zdarzało się, że funkcję prywatnego kancelisty pełnili w majątku nawet analfabeci awansowani na to stanowisko z pozycji lokaja, stangreta czy fornala. W jednym z autobiograficznych opowiadań Aleksander ustami bohatera zasugerował, że ojciec był nawet w jakimś momencie swego życia karbowym, czyli prostym zarządcą chłopów nadzorującym pracę w polu.
Życie na prowincji uważano w dziewiętnastym wieku za tańsze i bardziej odpowiednie dla niezamożnych rodzin, lecz nawet tu utrzymanie domu na przyzwoitym poziomie wymagało od mężczyzny zapobiegliwości i zaradności. Podróże, wyjazdy do uzdrowisk, biblioteka wypełniona książkami, za których oprawę trzeba było słono zapłacić, prywatna edukacja dla dziecka, dobrze zaopatrzona kuchnia – wszystko to kosztowało krocie i Antoniemu Głowackiemu zapewne trudno było tym kosztom sprostać. Aleksander nigdy nie opisał w swoich utworach rodzinnych dziejów, nie wiadomo więc, z jakimi kłopotami materialnymi borykali się Apolonia i Antoni, lecz można przypuszczać, że ich wspólne życie było więcej niż skromne. Gdy Leon wkroczył w wiek nastoletni, koszty edukacji i utrzymania chłopca w gimnazjum wzięła na siebie rodzina Apolonii. Leon trafił wówczas pod opiekę wuja Seweryna, młodszego brata matki, i zamieszkał z nim w Szczebrzeszynie. Nigdy już nie wrócił do rodzinnego domu, a jako młody mężczyzna nie otrzymał od ojca finansowego wsparcia i sam musiał się troszczyć o swoje potrzeby.
Wydaje się, że w rodzinie Trembińskich dużo wiedziano o małżeńskich konfliktach Apolonii i Antoniego, zapewne też jakoś je komentowano, ale to narodziny Aleksandra, dziecka późnego i jak wiele na to wskazuje, niezbyt w rodzinie oczekiwanego, z całą mocą ujawniły je światu. W sierpniu 1847 roku Antoni nie przyjechał do żony, aby być obecnym, gdy dziecko przyjdzie na świat, i zgodnie z tradycją podać je do chrztu, co więcej, nie pojawił się w Hrubieszowie przez całą jesień. Była to z jego strony demonstracyjna i wyjątkowo przykra małżeńska niesubordynacja. W dziewiętnastym wieku chrzest dziecka, zwyczajowo celebrowany nie później niż tydzień po narodzinach, dowodził, że ojciec nie podważa legalności potomka i uznaje go za swego prawowitego dziedzica. Nieobecność męża i jego wyrażona w ten sposób niezgoda na nadanie dziecku swojego nazwiska stawiała Apolonię w skrajnie dwuznacznym położeniu: bez Antoniego nie mogła dowieść światu, że jej syn jest dzieckiem z legalnego, małżeńskiego łoża, a w razie jego nagłej śmierci miałaby związane ręce – nieochrzczone dziecko nie mogło bowiem zostać pochowane w poświęconej ziemi. Jakiekolwiek więc były powody, dla których Antoni postanowił opóźnić formalności związane z legalizacją syna, jego postępowanie narażało żonę na przykrości i dawało pożywkę plotkom. Po czterech miesiącach niepewności i zapewne jakichś listownych monitach Antoni wreszcie zgodził się przyjechać i chrzest Aleksandra mógł się odbyć w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Tego popołudnia podano do chrztu sześcioro dzieci, a uroczystość była krótka i skromna. Ojcem chrzestnym Aleksandra został ksiądz Troszczyński, matką chrzestną miejscowa dziedziczka, a opóźnienie ceremonii odnotowano w księdze metrykalnej i uzasadniono niemożnością wcześniejszego przyjazdu ojca.
Nie można wykluczyć, że to wymuszone, krótkie spotkanie na plebanii było w istocie pierwszym i ostatnim momentem, w którym Antoni widział i dotykał swojego nowo narodzonego syna. Nie zachowały się żadne prywatne zapiski, z których wynikałoby, że Aleksander miał jeszcze potem kontakt z ojcem. Prawdopodobnie to właśnie w Hrubieszowie, podczas pobytu na plebanii, Apolonia podjęła decyzję, aby wieść życie z dala od męża, i choć był to w jej czasach bardzo trudny wybór, postanowiła nie wracać już do Żabcza. Aleksander odniósł się później do tych zdarzeń w autobiograficznej powiastce Sieroca dola, odrobinę tylko zmieniając okoliczności. W literackim świecie matka małego Jasia ruszała z dzieckiem w świat po śmierci męża i utracie domu, ale takie zachowawcze przedstawienie faktów mogło wynikać z moralności epoki. Rodzina Apolonii prywatnie akceptowała postępowanie córki, lecz postronnym tłumaczono jej nieobecność w mężowskim domu koniecznością podjęcia kuracji.
Po wyjeździe Apolonii i Antoniego plebania w Hrubieszowie, ten przypadkowy i smutny dom narodzin Aleksandra, szybko przestała być miejscem, w którym pamięć o dziecku i okolicznościach jego narodzin miałaby jeszcze w kim żyć. Kilka miesięcy po chrzcie Aleksandra ksiądz Feliks Troszczyński przyłączył się do ruchu niepodległościowego, został powstańczym komendantem obwodu hrubieszowskiego podczas Wiosny Ludów, a po aresztowaniu w 1850 roku stracił plebanię. Antypaństwowa działalność zupełnie zmieniła jego życie. Jako wróg władzy najpierw trafił do Cytadeli warszawskiej, potem na cztery lata do guberni tobolskiej, gdzie odbywał zasądzoną zsyłkę, a gdy w 1857 roku pozwolono mu wreszcie wrócić do Hrubieszowa, był inwigilowany. Przez kolejne dekady, aż do swojej śmierci w 1880 roku, ksiądz Troszczyński zmieniał już nieustannie plebanie, bywał oskarżany, dręczony, pomawiany i wyganiany z kolejnych parafii.
Aleksander najprawdopodobniej nigdy nie nawiązał ze swoim ojcem chrzestnym osobistego kontaktu, ale jak się wydaje, nigdy też go nie pragnął. Gdy miał dwadzieścia jeden lat, sporządził listę osób, z którymi utrzymywał stosunki towarzyskie, lecz pośród trzydziestu czterech nazwisk nie wymienił nazwiska księdza Troszczyńskiego. Ich dorosłe życiorysy złączyły się tylko raz, podczas powstania styczniowego w 1863 roku, lecz był to akt jedynie symboliczny: prawie już sześćdziesięcioletni ksiądz Troszczyński wspierał wówczas powstańców patriotycznymi kazaniami, a jego szesnastoletni syn chrzestny brał czynny udział w walkach.
W swoim dorosłym życiu Aleksander nie wspominał o miejscu urodzenia postronnym osobom i zaniechanie to niosło dla niego jakąś istotną wartość. Pod koniec pierwszej wojny światowej do Oktawii, wdowy po Aleksandrze, zgłosił się zaprzyjaźniony z rodziną dziennikarz, dyplomata i historyk Ludwik Włodek, prosząc o informacje do biografii, którą właśnie przygotowywał. Oktawia dobrze znała tajemnice męża, ponieważ rodzina jej ojca (gałąź rodu Trembińskich) i rodzina Apolonii były z sobą spokrewnione. Jako mała dziewczynka Oktawia spędzała wakacje z Aleksandrem, znała wszystkich jego kuzynów i kuzynki oraz cały garnitur wujów i ciotek. Z pewnością wiedziała więc także o miejscu urodzenia Aleksandra, ale wciąż lojalna wobec męża, przekazała biografowi, że przyszedł na świat „prawdopodobnie” w Żabczu, w domu ojca, czyli tam, gdzie urodzić się powinien i gdzie zapewne urodzić by się wolał.
Jeśli w rodzinie Trembińskich zapadały jakieś ważne decyzje dotyczące któregoś z jej członków, można było być pewnym, że rozstrzygający głos będzie należeć do Marcjanny, matki Apolonii i babki Aleksandra.
Dla Marcjanny, niekwestionowanej głowy rodu, własna rodzina stanowiła jakby jeden organizm, zwartą strukturę, którą rządzą dwa święte prawa: współpraca i życiowa dzielność. W jej oczach świat był miejscem niebezpiecznym i wrogim, jedynym więc sposobem na skolonizowanie go i okiełznanie była wspólna walka z nim wszystkich członków rodziny. Uparta z natury i twarda Marcjanna potrafiła wymusić taką postawę na bliskich. Mimo że jej mąż Wincenty nie był człowiekiem solidnym i doprowadził do zubożenia rodziny, żadne z jej pięciorga dzieci nie zeszło na złą drogę i nie uległo pokusie życiowej niefrasobliwości. Franciszek, młodszy z synów, ożenił się korzystnie i szybko zaczął gromadzić majątek, stając się niezależnym finansowo mężczyzną. Starszy od niego Seweryn został przeznaczony do stanu duchownego i on także konsekwentnie budował swoją przyszłość, zmierzając w kierunku plebanii, na której mogłaby z czasem zamieszkać także jego matka. Był posłusznym i uległym synem. To właśnie on, zapewne na prośbę Marcjanny, zajął się Leonem, bratem Aleksandra, i rolę tę miał jeszcze w życiu powtórzyć, biorąc na siebie wieloletni ciężar opieki nad chorym już wówczas psychicznie siostrzeńcem. Zadaniem trzech córek w rodzinie Trembińskich było szybkie zamążpójście i wszystkie trzy plan ten wykonały.
Marcjanna wiele wymagała od swoich dzieci, żądała od nich posłuszeństwa i rozwagi, chciała, by interesowały się losem rodzeństwa, lecz sama także była osobą przedsiębiorczą i miała w sobie pionierskiego ducha. Gdy Wincenty zmarł, odważnie przejęła ster rodzinnych rządów. Mimo wieku, dobiegała już bowiem sześćdziesiątki, przeniosła się do Puław, dawnej siedziby książąt Czartoryskich, i zatrudniła się tam jako pomoc w mieszczącej się w pałacu elitarnej szkole dla dobrze urodzonych panienek. W ten brawurowy sposób udało się Marcjannie zdobyć w krótkim czasie dwie kluczowe dla siebie wartości: oto miała samodzielną posadę, z której mogła utrzymać siebie i najmłodszą córkę Wiktorię, a zarazem zyskiwała mieszkanie, zarząd szkoły bowiem pozwolił jej zająć pokoik w oficynie. Niejako przy okazji, tworząc w cieniu pałacu namiastkę rodowego gniazda, Marcjanna zapewniła również rodzinie taki rodzaj stabilizacji i zasiedziałości, o jakim zapewne marzyła i jakiego nie zaznała, gdy ster rodu trzymał zmieniający wciąż posady Wincenty.
Miejsce, które dla siebie wybrała, było niezwykle urodziwe. Siedemnastowieczny pałac położony w ogromnym, trzydziestohektarowym angielskim ogrodzie tworzył dla rodzinnych spotkań szczególnie piękną scenerię. Wszystko tu było eleganckie, zadbane i na swój sposób szlachetne. Wielkie stuletnie dęby, posadzone w pierwszych latach istnienia ogrodu, i wysadzana czterema rzędami drzew aleja biegnąca od pałacu do kaplicy, dawały złudzenie bogactwa i rodowej zasiedziałości. Po latach spędzonych w maleńkim, pozbawionym atrakcji Wożuczynie magnackie Puławy, oficjalnie nazywane Nową Aleksandrią, dodawały życiu uroku i czyniły je po prostu piękniejszym.
Choć Puławy wniosły w życie rodziny Trembińskich spokój i bezpieczeństwo, jej styl życia i wyznawane wartości nie zmieniły się. Walka o przetrwanie, o gromadzenie dóbr materialnych, pozostała wartością nadrzędną. Komunikacja wewnątrz rodziny miała wymiar wyłącznie praktyczny, a coś, co można by nazwać kulturową wspólnotą, rodzajem pamięci zbiorowej budowanej na bazie przechowywanych i przekazywanych sobie listów, przepisów, wspomnień czy anegdot, było ignorowane. Gdy w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku historycy literatury zaczęli badać życie Aleksandra i jego krewnych, okazało się, że w pamięci rodziny nie przetrwało wiele podstawowych informacji. Nie sposób było na przykład ustalić, z kim ożenił się młodszy brat Apolonii Franciszek ani jaki wykonywał zawód. Nie zachowała się również żadna wzmianka o dacie i przyczynie zgonu seniora rodu Wincentego. Wydaje się, że gdyby Marcjanna uznawała materialne pamiątki rodzinne za wartość i czuła sentyment do przeszłości, gdyby jej na tym zależało, z pewnością znalazłaby w rodzinie kogoś, komu mogłaby zlecić opiekę nad domowym archiwum. Ponieważ tak się nie stało, można się dziś zastanawiać, czy dla rodu Trembińskich przeszłość familii i związane z nią wydarzenia nie stanowiły raczej rodzaju domowej tajemnicy, sekretu, o którym nie wypada mówić otwarcie, jeśli nie chce się być uznanym za plotkarza. Niewykluczone, że dla codziennego funkcjonowania rodziny ważniejsza od faktów była raczej ocena osób czy zdarzeń, znaczenie, jakie im w danym momencie nadawano i jakim posługiwano się w codziennej narracji, znaczenie siłą rzeczy ulotne, odrobinę wstydliwe i z natury swej zbyt intymne, by je zapisywać i przekazywać innym.
Wydaje się interesujące, że w swoim dorosłym życiu Aleksander także nie przejawiał zainteresowania historią bliskich, nie badał jej na własną rękę i nie otaczał się pamiątkami, choć w nieco przewrotny sposób to właśnie on, uważany za rodzinnego outsidera, okazał się jedynym kronikarzem familii. Jako dojrzały pisarz Aleksander czerpał materiał literacki niemal wyłącznie ze swojej biografii. Nie miał daru imaginacji i nie potrafił oderwać fabuły od własnych przeżyć. Jego prozę wypełniali więc bliscy mu ludzie, a zdarzenia, które opisywał, prawie zawsze dotyczyły go osobiście. Choć nie było to celem Aleksandra, jego twórczość siłą rzeczy stała się kroniką jego własnego życia i życia jego bliskich i nierzadko stanowi dziś w tej materii jedyne źródło wiedzy. Co ciekawe, fakty zwykle interesowały Aleksandra w niewielkim stopniu, znacznie ważniejsza była natomiast dla niego ocena i interpretacja wydarzeń, być może dlatego, że w podobny sposób traktowali przeszłość inni członkowie rodziny.
W archiwum Trembińskich brakuje dziś informacji o tym, co działo się z Apolonią po narodzinach najmłodszego syna i jak dalej potoczyły się jej losy. Z prozy Aleksandra można jednak wywnioskować, że po opuszczeniu Hrubieszowa, być może wkrótce po chrzcinach, Apolonia wróciła do swojej rodziny, w okolice Puław, i zamieszkała tam w domu kogoś z nią spokrewnionego, prawdopodobnie brata Franciszka. W jej sytuacji byłaby to zresztą ze wszech miar racjonalna i logiczna decyzja. Chora na gruźlicę, z małym synkiem, z niewielkim kapitałem, Apolonia nie mogła liczyć na samodzielne życie i chyba nawet nie brała tego pod uwagę. Nie wydaje się również, by Marcjanna, która lubiła mieć wszystkich swoich bliskich niedaleko i zawsze chętnie przyjmowała rolę stratega rodzinnego, pozwoliła na taki krok. W jednej z opowiastek Aleksandra zachowała się informacja, że to Marcjanna znalazła dla niego pierwszą mamkę, nie jest więc wykluczone, że od samego początku konstruowała nowy los córki i że to właśnie ona wpadła na pomysł, aby Apolonia zamieszkała z bratem i jego rodziną – takie rozwiązanie było zresztą zgodne z oficjalnym kodeksem życiowym Marcjanny.
Niestety, owa trwająca około dwóch lat i wymuszona okolicznościami współpraca brata i siostry nie udała się. Aleksander nie miał z tego okresu własnych wspomnień, był za mały, by cokolwiek pamiętać, ale uznał za swoje opowieści tych krewnych, według których Apolonia doznała krzywdy. Uważał, powtarzając za innymi, że matka została potraktowana nie jak członek rodziny, lecz jak służąca, że wykorzystano ją finansowo, zagrabiając jej niewielki kapitał, i że sprowadzono ją do roli guwernantki, a nawet gospodyni, klucznicy. W opowiadaniu Sieroca dola, w którym rozliczał się po latach z doświadczeniami dzieciństwa, pisał z ironią:
Istotnie przy pełnieniu tych podwójnych obowiązków i czuwaniu nad własnym dzieckiem wdowa nie tylko o smutku, ale nawet o samej sobie zapomniała.
Zresztą było jej tam dobrze jak w raju. Dla siebie i syna miała jedzenia po uszy. Do gości wychodziła, o ile czas pozwalał i ile razy chciała. Jako krewna, pensji nie brała żadnej; państwo Piotrowie nigdy by jej w taki sposób nie uchybili. (...)
Pani Wincentowa, poznawszy psychiczną organizację krewnego, straciła śmiałość i przywiązanie do swego opiekuna. Coraz rzadziej odwoływała się do niego z prośbą o pieniądze, a coraz częściej łatała ubrania swoje i syna. (...)
Stała się ona smutniejszą niż kiedykolwiek, zżółkła, podupadła na zdrowiu i po całych dniach myślała o tym tylko, ażeby jak najrychlej wydobyć się z objęć poczciwych krewnych.
Ten bezsilny gniew dziecka, zbyt małego, by obronić matkę, okazał się trwałym uczuciem w życiu Aleksandra i niczym klamra spiął jego twórczość w jeden węzeł. Po raz pierwszy Aleksander sięgnął po niego w opowiadaniu Sieroca dola, które napisał, gdy miał dwadzieścia dziewięć lat i traumy dzieciństwa wciąż mocno go pochłaniały. Powiastka przedstawiała wydarzenia z perspektywy bezbronnego dziecka i Aleksander istniał w niej jako porzucony, miotany decyzjami innych ludzi sierota, którego wpływ na własny los i na los matki jest niemożliwy. Na progu śmierci, gdy zaczął pracować nad powieścią Przemiany, przyjął już inną optykę. Mimo upływu czasu, od wydarzeń w domu Franciszka minęło już bowiem ponad sześćdziesiąt lat, jego gniew na krewnych wciąż był bardzo silny, ale teraz dołączyła doń nadzieja, że wreszcie odmieni bolesną przeszłość. Aleksander ubrał ją wówczas w opowieść o sobie samym, siedemnastoletnim dzielnym chłopcu udającym się do domu krewnych z postanowieniem, aby zadbać o bezpieczeństwo odepchniętej niegdyś matki i wreszcie wywalczyć dla niej pieniądze, których przed laty niesłusznie ją pozbawiono.
Tymczasem z początkiem 1849 roku w rodzinie Trembińskich zaszły duże zmiany. Najmłodsza z córek Marcjanny Wiktoria, ta sama, której narodziny świętowano, gdy Apolonia zdecydowała się wyjść za mąż za Antoniego Głowackiego, dorosła i z końcem stycznia w kościele parafialnym we Włostowicach odbył się jej ślub z mieszkającym po sąsiedzku młodym stolarzem Jakubem Cymanem. Dla Marcjanny Trembińskiej, a być może i reszty rodziny, była to niezwykle radosna i dająca nadzieję na lepszą przyszłość nowina. Nowy zięć był doskonałą partią: zdrowy, solidny, wywodził się z szanowanej w Puławach rodziny i co nie bez znaczenia, uchodził za człowieka majętnego. Jego rodzinna siedziba znajdowała się przy ulicy Szpitalnej, blisko oficyny Marcjanny, i dawała wyobrażenie o korzyściach, jakie wszystkim może przynieść tak dobry mariaż. Oprócz warsztatu stojącego w podwórzu na parceli znajdowały się jeszcze dwa domy, doskonałe do tego, by urządzać w nich rodzinne przyjęcia, przyjmować wizyty i udzielać gościny bliskim. W osobie nowego zięcia Marcjanna zyskiwała więc ważny i solidny przyczółek do swoich bitew z okrutnym, niebezpiecznym światem, dla rodzeństwa Wiktorii zaś jej nowy, małżeński dom oznaczał po prostu jeszcze jeden bezpieczny rodzinny port, z którego w potrzebie będzie można skorzystać. Szybko zresztą tak właśnie się stało i w niedługim czasie dom Jakuba Cymana zaczął pełnić w rodzinie funkcję zastępczego gniazda, będąc przez długie lata miejscem familijnych zjazdów i świątecznych spotkań. Pierwszą jednak beneficjentką szczęścia Wiktorii została Apolonia. Niedługo po ślubie młodzi Cymanowie dość niekonwencjonalnie zdecydowali, że chcą wziąć na siebie opiekę nad chorą Apolonią. Gościna, jaką wówczas zaofiarowali, nie miała, jak można by dziś sądzić, ram czasowych i udzielona została bez żadnych finansowych warunków.
Nie jest wykluczone, że w całej tej sprawie istotny udział znów miała Marcjanna, lecz Aleksander lubił myśleć, że to jedynie dobra wola i hojność wujostwa, zasmuconych trudną sytuacją jego mamy, stały za tą krótką chwilą szczęścia, jaką przeżył w ich domu. Wyobraźnia podsuwała mu po latach patetyczny, nawet dickensowski obraz tej rodzinnej przeprowadzki. W opowiadaniu Sieroca dola Aleksander opisywał pożegnanie Apolonii z domem brata w ponurych, ciemnych barwach, tak jakby to była ucieczka z piekła. Literacka mama opuszczała krewnych pośród litanii żalów i skarg zwieńczonych okrutnym zdaniem: „Kiedy chcesz, jedź!... Ale odtąd – nie znamy się!”. Towarzyszyły jej smutek i ogromna samotność: „tylko w oknach kuchni widać było smutne lub uśmiechnięte twarze służby”. Nowy dom, który już czekał na oboje, witał literackich uciekinierów rubasznością, swobodą i prawdziwym rodzinnym ciepłem. Wkrótce więc podczas jednego z familijnych przyjęć literacka mama, wreszcie szczęśliwa, „wśród próśb i całusów” zasiadała do fortepianu, by grać do rana „mnóstwo tańców”.
Jakub Cyman, ledwie dwudziestojednoletni mąż Wiktorii, różnił się od mężczyzn z rodziny żony. Był swobodny, bezpośredni, hojny, chętnie pomagał finansowo krewniakom i lubił pogodną stronę życia. Jego szczodrość wobec Apolonii i Aleksandra nie była zbyt częstą postawą w dziewiętnastowiecznej rodzinie i ujawniała wielkie, choć zarazem nieco lekkomyślne serce, lecz Jakub nigdy nie był i nie został materialistą. Maleńki Aleksander szybko też wyczuł w wuju życzliwość dla siebie i z miejsca obdarzył go miłością, która od dawna czekała na ojca. Niemal z dnia na dzień Jakub stał się dla niego najważniejszym mężczyzną na świecie i Aleksander, ku uciesze domowników, zaczął nawet nieporadnie powtarzać jego gesty, „chodzić wielkimi krokami (...), garbić się i zakładać ręce w tył”, jak to opisał w Sierocej doli. Czuł się kochany przez Jakuba i gdy dorósł, zachował wobec wuja serdeczne uczucia. Wiele z nich wynikało też zapewne z wdzięczności za jego dobroć okazaną Apolonii. Identyfikując się z matką, Aleksander wyobrażał sobie, że jej przeżycia w domu Cymanów były takie same jak jego i że ona również „czas tam spędzony uważała za najszczęśliwszy w życiu” (Sieroca dola).
Czas Apolonii biegł jednak wówczas już innym torem. Wydarzenia ostatnich lat mocno nadszarpnęły jej poczucie bezpieczeństwa. Utrata małżeńskiego domu, separacja, pozostawanie na łasce rodziny, rozdzielenie ze starszym synem, strach o młodszego, wszystkie te dramaty burzyły spokój, lecz najtrudniejszą ze wszystkich spraw wciąż pozostawała choroba. Gruźlica, na którą cierpiała od lat, nieustannie odbierała jej siły. Po okresach lepszego samopoczucia nieubłaganie pojawiały się duszności, gorączka, nocne poty, osłabienie i brak apetytu. Zanim w 1882 roku niemiecki uczony Robert Koch wyodrębnił prątki gruźlicy, lekarze nie wiedzieli, co jest przyczyną suchot czy wąskich piersi, jak nazywano czasem tę chorobę, ani w jaki sposób skutecznie ją leczyć. Apolonia, podobnie jak jej współcześni, pozostawała więc bezradna wobec własnego cierpienia i musiała myśleć o tym, że jej dni są policzone, a kolejny atak może być ostatni.
Aleksander zapamiętał, być może z rodzinnych przekazów, że gdy wprowadzali się do domu Cymanów, mama odzyskała siły i uczestniczyła w rodzinnych wieczorach, ale stan ten trwał chyba bardzo krótko. Z początkiem wiosny zdrowie Apolonii zaczęło się już drastycznie pogarszać. Trudno dziś powiedzieć, czy ostatni atak różnił się od poprzednich i czy bliscy zdawali sobie sprawę z jego siły, niewątpliwie jednak objawy, które w Sierocej doli wymienił Aleksander, były niepokojące. Oprócz gorączki pojawiło się zażółcenie skóry, zupełny brak apetytu, a wreszcie majaki i utrata przytomności. W nocy 6 kwietnia 1850 roku, mając ledwie trzydzieści osiem lat, Apolonia zmarła. Akt zgonu wystawiono następnego dnia o godzinie czwartej po południu; podpisali go włostowicki proboszcz ksiądz Józef Dobrzyński i ksiądz Leon Kaszewski.
Dla dorosłych członków rodziny Trembińskich i Cymanów śmierć chorej od wielu lat Apolonii nie była zapewne zaskoczeniem, a każde z nich miało już prawdopodobnie doświadczenie w obcowaniu z ostatecznym. Zacofana jeszcze medycyna, której obce były zasady antyseptyki i dobrodziejstwo antybiotyków, nie potrafiła wtedy pomóc ani poważnie chorym, ani nawet ofiarom codziennych wypadków, i drobne skaleczenie, do którego wdało się zakażenie, mogło się skończyć tragicznie. Młode kobiety umierały w połogu na skutek zakażenia i dziwacznych praktyk medycznych, a najmłodsi z powodu chorób zakaźnych. Według statystyk z epoki śmiertelność wśród dzieci do piątego roku życia wynosiła aż pięćdziesiąt procent, co oznaczało, że niemal każda ówczesna rodzina została przynajmniej raz dotknięta taką tragedią. W dziewiętnastym wieku w niektórych domach, na strychu czy w spichlerzu, trzymano dużą dębową trumnę przyszykowaną już dla najstarszego członka rodziny, a obok niej małą, białą dla dziecka, jeśli w rodzinie często umierały dzieci. Nikt jednak nie traktował tego jako złej wróżby. Była to raczej zwykła przezorność, a w sferze duchowej znak całkowitej akceptacji nieuniknionego w życiu każdego człowieka etapu.
W dziewiętnastym wieku pożegnanie, inaczej niż obecnie, odbywało się w domu i było ważnym elementem czasu żałoby. Do przystrojonego kwiatami i kirem pokoju, gdzie na łożu śmierci leżał ubrany w odpowiedni strój zmarły, mogli wejść zarówno członkowie rodziny, jak i przyjaciele, sąsiedzi czy wspólnicy w interesach, a w szczególnych wypadkach, gdy umierał ktoś ważny, nawet obcy ludzie. Z żałobnego grona nie wykluczano także dzieci i jeden z przyjaciół Leona zapamiętał, że jako niespełna pięcioletni malec został wprowadzony do żałobnego pokoju, w którym w łóżeczku leżał jego zmarły młodszy braciszek ubrany w białą sukmankę, ze świętym obrazkiem w ręku.
Dom Cymanów był domem tradycyjnym i gdy Apolonia zmarła, Aleksander, jak można wyczytać z jego twórczości, także został przyprowadzony do ciała matki. Jego pamięć i wyobraźnia dotyczące tego momentu przekuły się potem w przejmującą scenę uwiecznioną w Sierocej doli:
Matka jego leżała wpółodkryta. Czarne jak węgiel usta jej były otwarte, ręce gwałtownie wyciągnięte nad głową i zaciśnięte pięści...
Na ten straszny widok Jaś uczuł dziwne ciepło, szum w uszach i nie wydawszy jęku, zemdlony upadł na ziemię.
Mimo że krewni Aleksandra działali bez wątpienia w dobrej wierze, jako że nikt wtedy nie zdawał sobie jeszcze sprawy z tego, jakim dramatem dla psychiki dziecka może być taka wczesna trauma, skutki tego zdarzenia Aleksander miał odczuwać do końca życia. W jego zachowaniu pojawiał się przy tym pewien charakterystyczny i powtarzający się wzór związany z regulowaniem silnych emocji. Gdy był dzieckiem, reagował na nie tak, jak zareagował na widok zmarłej matki – tracił przytomność, gdy dorósł, zwykle udawało mu się uniknąć omdlenia, lecz psychiczne napięcie powodowało atak paniki. Jak wszystko, co w życiu Aleksandra było istotne, ów niepojęty dla innych lęk przeniknął także do twórczości i stał się ważnym elementem felietonów, opowiadań oraz większych utworów. W ostatniej, niedokończonej powieści Przemiany, nad którą Aleksander pracował w ostatnich latach życia, taki niezrozumiały, lepki strach opanował nastoletniego bohatera, gdy zgubił się w lesie.
Aleksander miał niespełna trzy lata, nie rozumiał śmierci i nie umiał się do niej odnieść. Doświadczona przez niego trauma, obezwładniający strach przed śmiercią, rozpacz, bezsilność, samotność, nigdy go już nie opuściły, zmieniając się z biegiem czasu w gwałtowne ataki paniki i lęku, z których nie wyzwolił się do końca życia. Doświadczał ich za każdym razem, gdy czuł się bezbronny i zagrożony, nawet w sytuacjach, które z pozoru były zupełnie bezpieczne: podczas spaceru, jazdy koleją czy burzy. Silne, obezwładniające emocje sprawiały, że Aleksander tracił przytomność albo panowanie nad sobą i przypominał wówczas dziecko owładnięte niezrozumiałym dla innych przerażeniem. Trząsł się, zasłaniał oczy lub chował w kąt, nierzadko też ogarniały go wówczas myśli samobójcze.
Apolonię pochowano niedaleko Puław, na cmentarzu parafialnym we wsi Włostowice, a dla rodziny Trembińskich nastał trudny czas. Trzeba było zdecydować, co zrobić z osieroconymi synami Apolonii, nikomu już bowiem nie przychodziło do głowy, by oddać ich nieobecnemu od lat ojcu. Sprawa starszego, szesnastoletniego Leona wydawała się dość prosta. Opiekę nad nim sprawował wuj Seweryn i postanowiono tego nie zmieniać. Aleksander był dla krewnych większym kłopotem. Niespełna trzyletni i pogrążony w nieszczęściu wymagał opieki, czułości i dużych nakładów finansowych na utrzymanie i edukację. Ten z członków rodziny, który zdecydowałby się na przygarnięcie go, musiał się liczyć z wieloletnim i wymagającym stałego zaangażowania zobowiązaniem.
Aleksander nigdy się nie odniósł do tego fragmentu swojej biografii, a w opowiadaniu Sieroca dola zupełnie go pominął. Uczynił się w nim starszym i samodzielniejszym, wplatając w doświadczenia osieroconego chłopca wspomnienia z późniejszego okresu, gdy sam próbował utrzymać się w Warszawie. Być może było więc tak, że żadne z rodzeństwa Apolonii, nawet Cymanowie, nie chciało wziąć na siebie odpowiedzialności za losy Aleksandra, i to mimo surowego prawa wspólnoty, jakie narzucała wszystkim Marcjanna. Franciszek miał już wówczas troje własnych dzieci i z czasem w jego domu miały się pojawić kolejne, młodsza od Apolonii o trzy lata Domicela żyła w bezdzietnym małżeństwie, ale ten stan nie budził w niej niepokoju, młodzi zaś Cymanowie mieli nadzieję na własne potomstwo i rzeczywiście dorobili się siedmiorga dzieci. Seweryn obarczony opieką nad Leonem także nie mógł już pomóc. Ostatecznie więc to Marcjannie, czy tego chciała, czy nie, musiała przypaść rola opiekunki.
Być może jednak rzecz wyglądała inaczej i to sama Marcjanna, postanowiwszy zaopiekować się wnukiem, postawiła rodzinę przed faktem dokonanym. W jej charakterze leżała skłonność do dramatycznych, aktorskich gestów i rola rodzinnego zbawcy dobrze by się w ten rys jej osobowości wpisywała. To właśnie Marcjanna niedługo potem stanęła na czele sformowanej przez siebie rady familijnej, która miała czuwać nad interesami Aleksandra, i sama na następne lata została jego prawnym opiekunem.
Konieczność opuszczenia domu, w którym poczuł się już kochany i akceptowany i gdzie zachowały się ostatnie ślady po jego mamie, musiała być dla Aleksandra ciężkim i niezrozumiałym ciosem. Materialne dziedzictwo Apolonii – pamięć o niej zapisana w listach, zdjęciach czy ulubionych przedmiotach – szybko uległo rozproszeniu. Ze spuścizny po matce nie zostało Aleksandrowi nic, co mogłoby go pocieszyć i do czego odwoływałby się potem w swojej prozie. Nie wiadomo, czy miał jej zdjęcia lub przedmioty, których dotykała. Ślubna obrączka, którą Aleksander ofiarował przyszłej żonie, nie była obrączką matki, lecz sam krótko przed ślubem kupił ją w tanim sklepie.
Chociaż w dorosłym życiu sprawiał wrażenie abnegata i człowieka, który nie przejmuje się praktyczną stroną życia, wydaje się, że Aleksander boleśnie jednak odczuwał ten brak materialnego, pokoleniowego fundamentu. W jego dziewiętnastowiecznym świecie przedmioty były synonimem bezpieczeństwa i przynależności. W testamentach wyszczególniano je z drobiazgową dokładnością, która dziś wydaje się nawet odrobinę pretensjonalna, lecz wtedy nie patrzono na to w ten sposób. W długich spisach przekazywano potomnym fortepian, stół, komodę, zegar ścienny, łóżko, sześć krzeseł, tuzin koszul dziennych, a obok nich umieszczano garnitur mebli z czarnego drewna, składający się z kanapy, foteli, sof, krzeseł i stołów, komody olchowej i wreszcie tapczanu obitego brokatem. Przedmioty ofiarowywane bliskim dowodziły pamięci o nich i troski.
Już jako młody mężczyzna Aleksander, spisując w notesie prywatne uwagi i napomnienia, które pozwalały mu lepiej siebie zrozumieć, starał się wytłumaczyć sobie los wydziedziczonego dziecka. „Wielu ludzi ma mniej, niż ja mam (...). Co tu pomogą żale niewczesne, np. tej treści, że się nie urodziłem milionerem?”2, pisał odważnie, lecz ta swoista autoszczepionka nigdy w pełni nie zadziałała.
Stary park, porośnięty nenufarami staw, ptasie gniazda, nieopierzone młode wrony, zagajniki malin, świeża ziemia na zaoranym polu, mgły na łące, szum liści, futro rudej wiewiórki – kiedy Aleksander po latach sięgał wspomnieniami do czasu, gdy zamieszkał z Marcjanną, to właśnie przyroda nieodmiennie wysuwała się na plan pierwszy. Spokój ogarniający człowieka w kontakcie z naturą, poczucie harmonii i wyciszenia, jakich nauczył się doświadczać w samotności, stały się ważnym elementem jego twórczości i codzienności. Przez wiele lat dorosłego życia Aleksander miał w zwyczaju uciekać na kilka miesięcy do uzdrowiska Nałęczów i choć lubił spędzać czas w tamtejszym towarzystwie, odpoczywał tylko wtedy, gdy mógł w spokoju nacieszyć się urokiem wzgórz i zmieniających kolor lasów. Ten przymus ucieczki od ludzi do natury, rodzaj bezpiecznika, który pozwalał Aleksandrowi uspokoić emocje, miał swoje źródło w historii czterech lat, które spędził u boku Marcjanny. To wówczas właśnie, nie mogąc ułożyć sobie życia z babcią, Aleksander nauczył się koić smutek i ból w przyrodzie. W Grzechach dzieciństwa napisał:
Nie mając z kim żyć, żyłem z naturą. Znałem w parku każde mrowisko, w polu każdą jamę chomików, w ogrodzie każdą ścieżkę kretów. Wiedziałem o ptasich gniazdach i o dziuplach, gdzie hodowały się młode wiewiórki. Odróżniałem szmer każdej lipy koło domu i umiałem wyśpiewać to, co wiatr wygrywa na drzewach. Nieraz słyszałem jakieś wiekuiste chodzenie po lesie, choć nie wiedziałem, czyje ono. Wpatrywałem się w migotanie gwiazd, rozmawiałem z nocną ciszą, a nie mając kogo całować, całowałem psy podwórzowe. (...)
W owym czasie tworzyłem sobie pierwsze pojęcia o ludziach i o ich stosunkach.
Pomysł, by to Marcjanna w imieniu rodziny zajęła się małym Aleksandrem, wydawał się rozsądny i być może nawet samej Marcjannie zdawało się, że zdoła sprostać opiece nad wnukiem, lecz jej usposobienie i charakter predestynowały ją raczej do roli rodzinnego władcy aniżeli czułej opiekunki. Była ambitna, apodyktyczna i skupiała się na własnych celach. Nade wszystko jednak w owym czasie sama już wymagała opieki, a po trudach macierzyństwa i życiowych kłopotach potrzebowała zapewne także i spokoju.
Przyjmując do swego pokoiku trzyletniego Aleksandra, Marcjanna zrobiła dlań tylko tyle miejsca, ile to było absolutnie konieczne. Dziecko w niczym nie zmieniło jej trybu życia. Najważniejszą kwestią nadal pozostawała praca i wszystko, co z nią było związane. Rok w rok w dawnym pałacu Czartoryskich przemienionym w Instytut Maryjski pojawiało się dwieście młodziutkich, dobrze urodzonych dziewcząt, którym nauczycielki starały się wpoić zasady etykiety i arystokratycznego stylu. Marcjanna nie miała uprawnień nauczycielskich, zatrudniono ją do pomocy w sprawach gospodarczych, być może w kuchni, i nie była nawet wymieniana w spisie personelu, ale dzięki szkole miała szansę na wypracowanie emerytury i utrzymanie taniego mieszkania. Spędzała w Instytucie tak dużo czasu, że przez większą część dnia Aleksander włóczył się po okolicy zupełnie bez opieki. Podczas takich chwil zdarzało się, że z tęsknoty za matką sam wyprawiał się na jej grób: „poszedłem tam, wzywałem jej, nadstawiałem ucha, czy nie odpowie... Ale nie odpowiedziała nic. Widać naprawdę umarła”, pisał w opowiadaniu Grzechy dzieciństwa.
Marcjanna, jako głowa rodu, troszczyła się o reputację rodziny, zależało jej, by podkreślić swój status społeczny, nie godziła się więc na to, by wnuk bawił się z chłopskimi dziećmi. Aleksander respektował ten zakaz, ale towarzystwo kuzynów, jakie mu narzucono, nie cieszyło go. Wstydził się przed nimi swojego biednego ubrania, Marcjanna bowiem oszczędzała na butach dla niego, każąc mu chodzić boso, i długo zmuszała go, aby nosił upokarzający strój złożony ze zszytych z sobą spodenek i koszulki. Zamożni i mający rodziców synowie Franciszka budzili w Aleksandrze zazdrość i z jego prozy można wywnioskować, że dochodziło między nimi do bójek. Spośród coraz liczniejszej gromadki kuzynów i kuzynek, wkrótce bowiem do grupy dołączyły córki Cymanów, Aleksander najbardziej polubił córkę wuja Franciszka Emilkę. Była delikatna i troskliwa wobec niego, Aleksander czuł się przy niej dobrze także dlatego, że uważał dziewczynkę za niekochaną przez rodziców.
Zazwyczaj jednak był pozostawiony samemu sobie. W jednej z jego wczesnych powiastek, Grzechy dzieciństwa, znalazł się portret wiejskiego chłopca Walka, okrutnie traktowanego przez matkę i niezwykle samotnego. Przejmujący opis bezbronności chłopca wobec świata i braku miejsca dlań w życiu dorosłych nieuchronnie nasuwa dziś przypuszczenie, że w samowolnych wymykaniach się z domu Walka i jego samotnych popołudniach, gdy naśladując dorosłych, „ujmował w rękę pierwszy lepszy kołek w płocie albo korzeń wywróconego drzewa i – orał całymi godzinami, naturalnie kiwając się w miejscu”, Aleksander opisał swoją własną codzienność w domu Marcjanny. W powiastce znalazło się nawet zdanie: „Niekiedy marzyłem, że ja sam jestem Walek”. Psoty pięcioletniego Aleksandra, jak choćby wsypanie ciemiężycy do tabakiery organisty czy strzelanie z kapiszonów, były przez Marcjannę, nieustannie obawiającą się opinii władz szkoły, surowo karane pięciopalczastą dyscypliną. „Stanowiła ona dla mnie – pisał potem Aleksander w Grzechach dzieciństwa – pewien rodzaj encyklopedii, na którą patrząc, przypominałem sobie, że nie należy drzeć butów, ciągnąć źrebiąt za ogony, że wszelka władza pochodzi od Boga itd.”.
W swojej twórczości, między innymi w Emancypantkach, Aleksander dawał do zrozumienia, że gdy był dzieckiem, krewni, prawdopodobnie babka, upokarzali go, twierdząc, że jest brzydki, i surowo karali, odmawiając jedzenia, gdy źle się zachował. Niepokojąco brzmiały również te fragmenty Grzechów dzieciństwa, w których dworska pomywaczka, matka małego Walka, wyrzucała mu, że jest bękartem. Wydaje się, iż najgorsze w życiu z Marcjanną było jednak to, że wpadała w furię z byle powodu, a jej zachowanie stawało się wówczas nieobliczalne. Wyzywała kilkuletniego Aleksandra, nazywając go złoczyńcą, szubienicznikiem, łajdakiem i gałganem. Prudencjanna, jej literackie alter ego w noweli Kłopoty babuni, krzyczała:
Ach, wisielcze jakiś, (...) chmyzie niegodny!... I coś ty zrobił, żeby cały gołębnik obalić na siebie? Chodź mi tu zaraz, niegodne dziecko, zakało rodu ludzkiego, najcięższa zgryzoto moja!... Jak amen w pacierzu, zabiłoby go na śmierć... ach, ja nieszczęśliwa!...
W chwilach takiej złości Marcjanna nie zważała na postronnych ludzi, a niekiedy nawet angażowała ich jako świadków mających potwierdzić winy wnuka. Do przemocy dochodziło już jednak tylko w domu, z dala od cudzych spojrzeń. Kilkuletni Aleksander widział wówczas w babce okrutnego potwora i czuł się wobec niej tak bezsilny, że jedyne, co mu przychodziło do głowy, to ucieczka z domu i ukrycie się w lesie. Wracał jednak potem do Marcjanny i szukał jej opieki i miłości, gdy coś go przestraszyło. Kiedy nadciągała burza, której oboje z babką śmiertelnie się bali, zawsze starał się być blisko niej: „braliśmy krzyż narysowany na papierze z jakimiś literami, stawialiśmy go na oknie i odczytywaliśmy cztery ewangelie, obracając się na cztery strony świata”, pisał po latach w liście do Juliana Ochorowicza. W takich chwilach, zjednoczeni w strachu, oboje przypominali bezbronne, przerażone grozą świata dzieci.
Z twórczości Aleksandra nie da się wyczytać, kiedy do jego życia z Marcjanną po raz pierwszy wdarła się przemoc i z jakiego powodu do niej doszło. Ze sposobu, w jaki Aleksander opisywał swoje świadome dzieciństwo, można wnosić, że zanim trafił do babki, nie znał klapsów ani bicia, był dzieckiem ufnym i otwartym, prawdopodobnie więc pierwsze razy były dla niego szokiem. Nigdy się z nimi nie pogodził i nie uznał ich za element życia. Bicie i wyzwiska w jego świecie pozostały na zawsze niesprawiedliwą torturą, przed którą drżał i której z czasem zaczął stawiać czoło, prowokując opiekunów do przemocy otwartym łamaniem zasad.
Jako dorosły już człowiek Aleksander starał się spojrzeć na swoje dziecięce traumy w nieco szerszym kontekście i znaleźć ich wytłumaczenie. W pierwszym swoim artykule wydrukowanym w 1872 roku ledwie dwudziestopięcioletni Aleksander pisał rozsądnie:
w oczach myśliciela ból bitego dziecka jest krwawą ofiarą za grzechy rodziców, domowników i całego społeczeństwa, które zaślepione pychą wszystkie swoje winy składa na głowy niewinnych i zamiast wejrzeć w siebie i siebie pohamować, tyranizuje własne dzieci, jak gdyby one, wczoraj przyszedłszy na świat, winne były występków3.
Gdzieś w głębi duszy nigdy nie zdołał jednak uporać się z traumą, jaką stały się dla niego seanse przemocy w domu babki. Sceny bicia dzieci pojawiały się w jego utworach zwykle na drugim lub trzecim planie, ale największe wrażenie robi dziś regularność, z jaką Aleksander do nich powracał. W powieści Lalka przemocy doświadczali zarówno dorośli synowie Jana Mincla, okładani „jedną z pęka dyscyplin” lub sarnią nogą, jak i małe dzieci rządcy Wirskiego, które matka biła „rzemieniem, aż świszcze”. W opowiadaniu Lokator poddasza razy spadały na małego, chudego Frania tłuczonego przez matkę mokrą ścierką, tak że zapłakany „piszczał chłopak przy akompaniamencie uderzeń”, a w powieści Faraon ofiarą przemocy był młody Ramzes. Bity był także mały Jasio z opowiadania Sieroca dola, chłopski syn Walek z Grzechów dzieciństwa, a w jednej z ostatnich powiastek Aleksandra, napisanym pod koniec życia obszernym opowiadaniu Ze wspomnień cyklisty, karczmarz, epizodyczna postać, okrutnie traktował swojego czternastoletniego pasierba: „rzucił się na chłopca, porwał go za włosy, a zdjąwszy z siebie pasek, zaczął walić bez miłosierdzia... Chłopak z początku tylko wił się i syczał, potem zaczął wrzeszczeć nieludzkimi głosami”.
Opisywaną przez Aleksandra przemoc wobec dzieci charakteryzowała bezsilność, z jaką patrzył on na krzywdę swoich bohaterów. W jego wizji twórczej zawsze brakowało postaci, która miałaby dość energii, żeby uratować dziecko, albo chociaż przejęła się jego losem. Pamięć o tym, że nikt z krewnych nie przyszedł mu z pomocą i nie powstrzymał Marcjanny, była w Aleksandrze żywa przez całe jego dorosłe życie i kładła się cieniem zarówno na jego relacjach z bliskimi, jak i na jego pisarstwie. Aleksander zdawał się widzieć tylko dwa wyjścia: albo znosić krzywdę, tak jak znosił ją młody bohater noweli Ze wspomnień cyklisty, którego przed biciem nie umiała ochronić nawet matka, albo uciec, jak to zrobiło chłopskie dziecko z Grzechów dzieciństwa.
Tymczasem w czerwcu 1852 roku, gdy Aleksander miał pięć lat, do Puław przyjechał osiemnastoletni Leon, który właśnie ukończył gimnazjum. Ponieważ wuj Seweryn, jego opiekun, stracił posadę prefekta z powodu zamknięcia przez Rosjan gimnazjum w Szczebrzeszynie, Leon postanowił przeczekać niepewny czas u babki. Bracia spędzili wówczas z sobą cały rok i był to pierwszy tak długi kontakt obu synów Apolonii. Aleksander zapamiętał go jako czas przyjemny. Podczas wspólnych spacerów Leon uczył go języka francuskiego, a on sam wreszcie miał obok siebie kogoś, kogo mógł obdarzyć uczuciem. Ta krótka chwila szczęścia nie zmieniała jednak jego pamięci o życiu z babką i szybko zniknęła pod ciężką warstwą krzywdy i wstydu.
Nie jest natomiast wykluczone, że wizyta Leona nieoczekiwanie stała się ważnym epizodem w życiu Marcjanny. Uwolniona od męczącej opieki nad wnukiem sześćdziesięcioczteroletnia matka Apolonii miała wreszcie dość czasu, aby zastanowić się nad własnym położeniem i poczuć, z jaką nadzieją wygląda już chwili, gdy zostanie sama. Niedługo też po wyjeździe Leona Marcjanna, po czterech latach wspólnego życia, zachowując pozycję głównej opiekunki wnuka, w obliczu rodziny zrzekła się opieki nad nim i przekazała sprawy Aleksandra swojej córce Domiceli Olszewskiej. Odtąd to na niej i na jej mężu Klemensie miał spoczywać obowiązek wychowania syna Apolonii, wyedukowania go i wyprawienia w świat. Wydawali się idealnym i nawet nieco spóźnionym wyborem. Bezdzietni, wiedli w Lublinie ustabilizowane i zamożne życie: Klemens był urzędnikiem, sekwestratorem powiatu krasnostawskiego, a rzutka Domicela prowadziła w mieście własną pracownię kapeluszy.
Siedmioletni Aleksander opuszczał dom Marcjanny z opinią krnąbrnego, zawziętego i pozbawionego serca łobuza, opinią, która z czasem stała się w rodzinie Trembińskich dominującą narracją. Walkę z nią Aleksander podjął już w pierwszych swoich utworach i nigdy jej nie zaprzestał. Z rodzinnych zaszłości i konfliktów wyrastały Sieroca dola, Grzechy dzieciństwa, Kłopoty babuni, Faraon, Przemiany i wiele krótkich opowiadań. W literackiej przestrzeni, nad którą to on panował, Aleksander bez wytchnienia polemizował z rodziną, biorąc na warsztat te zdarzenia z przeszłości, w których jego racje i dobra wola nie zostały zauważone i zrozumiane. Dawał sobie również wtedy prawo do surowej, a często nawet zjadliwej oceny krewnych. Postacie wujów i ciotek, niczym marionetki w prywatnym teatrze Aleksandra, wstępowały wówczas na scenę, by ujawnić światu swoje prawdziwe, okrutne i jednocześnie śmieszne oblicze.
Marcjanna była pierwszą osobą w rodzinie, z którą Aleksander jako początkujący jeszcze, ledwie dwudziestosiedmioletni humorysta i pisarz, postanowił się rozliczyć. Poświęcona jej powiastka zatytułowana Kłopoty babuni pojawiła się na łamach pisma „Kolce” w 1874 roku i została potraktowana przez czytelników jako satyra na życie domowe. Aleksander oparł fabułę na wydarzeniach, które rozegrały się w jego życiu, gdy miał dziesięć lat, i wiązały się z jego kłopotami szkolnymi. W owym czasie nie mieszkał już u babki, ale jej rola w całym rodzinnym zamieszaniu, którego stał się wówczas przyczyną, jak zawsze pozostawała zasadnicza. Istotą powiastki nie było zresztą drobiazgowe przedstawienie faktów. Aleksandrowi bardziej zależało na tym, by opowiedzieć światu własną prawdę o krewnych i uzyskać dla niej potwierdzenie. Obok Marcjanny grającej w fabule główną rolę pojawili się więc także wujostwo Cymanowie, wuj Olszewski oraz sam Aleksander, rozbity na dwie postacie: starzejącego się wojskowego, narratora, i wnuka tytułowej babki Soterka.
Opisując Marcjannę, przemianowaną w powiastce na Prudencjannę, Aleksander nie powstrzymał się przed żadnym rodzajem złośliwości. Wyśmiał zarówno wygląd babki, jak i jej ograniczone horyzonty myślowe. Była dlań kobietą brzydką, obdarzoną „skrzeczącym głosem”, „starą i niską”, i nade wszystko monstrualnie grubą. Jej twarz przypominała mu „ciasto mieszane w beczkach”, a dolna szczęka przerażała go, gdyż opadała, tak że trzeba ją było podtrzymywać chustą. Niekształtne ciało babki nie miało w sobie lekkości, a niezgrabne nogi, „jakich by się nawet kilkoletni hipopotam nie zawstydził”, napawały przerażeniem i odrazą. Dużo miejsca i złośliwości poświęcił Aleksander także jej fryzurze. Ujawnił, że aby wyglądać korzystniej, nosiła perukę i mimo poważnego wieku wciąż próbowała dodać sobie urody makijażem. Jej charakter także nie miał w sobie nic pięknego. Z każdą kolejną sceną ujawniały się egoizm, naiwność, skąpstwo, a wreszcie oportunizm, który wbrew głoszonym zasadom pozwalał babce po cichu kupować tanie wino u Żydów.
Pozostałych krewnych Aleksander odmalował w równie bezwzględny sposób. Widział w nich snobów, prowincjuszy, nieuków próbujących nadać swoim wywodom pozór naukowych konwersacji i wreszcie hipokrytów – mężczyźni podszczypywali w kuchni służącą, „pulchne wiejskie dziewczę”, a ich chude i blade żony starały się tego nie dostrzegać. Dobre intencje krewnych także zostały podważone. W pamięci Aleksandra bliscy pozostali ludźmi, którym nigdy nie zależało na jego dobru, a wszystkie działania, jakie podejmowali, służyły wyłącznie ich własnym interesom. W powiastce to oni pozostawali na pierwszym planie i zdawali się zupełnie nieczuli na los dziecka, o którego przyszłości właśnie mieli zdecydować.
Sobie samemu Aleksander ani raz nie udzielił głosu i nie powiedział wprost o swoich dziecięcych uczuciach. Skonstruował fabułę tak, by można się było ich domyślać wyłącznie na podstawie zachowania dorosłych. Uważny i empatyczny czytelnik bez większego trudu je jednak dostrzegał. Nieustannie karcone, ośmieszane, oceniane, odpychane i lekceważone dziecko stawało się w opowieści coraz bardziej bezradne i infantylne, odłączone i dziecinne. Jedyną formą obrony przed tym, co się wokół niego dzieje, były dlań dziecinne niesubordynacje, przewracanie gołębnika, strojenie min, wreszcie humory, prezentowane z beznadziejną wytrwałością nawet wtedy, gdy wiadomo było, że takie rozpaczliwe próby zwrócenia na siebie uwagi skończą się karą.
Aleksander wstydził się przed sobą tych chwil, gdy płakał, bity przez Marcjannę, ale pisząc Kłopoty babuni, znalazł sposób, by dać światu ograniczony wgląd w swój dziecinny dramat. Scena bicia Soterka została zbudowana tak, że stanowiła kulminację akcji i okazywała się jedynym realnym skutkiem całej familijnej intrygi zawiązanej przez babkę. Gdy nie udało się jej zrzucić na cudze barki losu wnuka, Prudencjanna w poczuciu kompletnej bezsilności wybrała w końcu przemoc i zbiła dziecko w swoim pokoju. Sam akt pozostał dla czytelnika niewidoczny. Aleksander wprowadził narratora do pokoju babki dopiero wtedy, gdy było już po wszystkim, lecz i tak obraz budził grozę. W zdemolowanym walką pomieszczeniu klęczało na podłodze spłakane i pokonane dziecko. Obok niego stało krzesło, na którym go przemocą położono i bito. Otyła, wielka babka z miną „zwycięskiego wodza” odpoczywała już na kanapie, lecz wciąż jeszcze trzęsła się ze złości. U jej stóp, na podłodze, leżały dwa połamane na wnuku kije.
Ten okrutny kadr przez chwilę pozostawał niemy. Upozowane postacie trwały na swoich miejscach w taki sposób, w jaki aktorzy ustawiają się na początku aktu w dekoracjach, czekając, aż widz ogarnie spojrzeniem sytuację. Gdy obraz stał się dla czytelnika zrozumiały, babka zaczęła krzyczeć:
On się kłaść nie chciał!... On się bić nie dał!... Alem mu w końcu sprawiła bal i teraz jeszcze poprawię!... (...)
– To niech mi ten... ten potwór zejdzie z oczu, bo jak cię kocham, pułkowniku, tak go skaleczę!... (...)
Poproś doktora, ale... swoją drogą muszę go zbić jeszcze, o, muszę!...
Groza sytuacji mogła umknąć czytelnikowi szukającemu w powiastce humoru i rozrywki, tym bardziej że i tym razem przemoc wobec dziecka nie została ani powstrzymana, ani napiętnowana, i narrator, w którym Aleksander zaklął swoje dorosłe wcielenie, nie pomógł dziecku z otwartą przyłbicą. Na swój sposób Aleksander umieścił jednak w tekście znak, który dawał pogląd na to, co sam czuł. Scena bicia dziecka była bowiem w powiastce jedyną poprzedzoną osobistą prośbą autora skierowaną do czytelników: „Osądźcie sami”.
Fotografia ze zbiorów Danuty Łomaczewskiej / East News
Wujostwo Domicela i Klemens Olszewscy, do których miał teraz trafić Aleksander, choć z racji więzów krwi stanowili trzon rodziny Trembińskich, żyli jakby na jej marginesie, nie tyle uczestnicząc w ważnych dla familii kwestiach, ile im asystując. Mieszkali w Lublinie, z dala od Marcjanny i jej surowych rodzinnych praw, a ich obyczaje i poglądy na to, czym jest życie i jakie radości może zaoferować, mocno odbiegały od obowiązujących w rodzinie kanonów. Świat Puław był światem prowincjonalnym. Rodzina, którą Marcjanna nieodmiennie stawiała na pierwszym miejscu, stanowiła jedyny punkt odniesienia w każdej możliwej kwestii i wyznaczała granice tego, co w życiu istotne. W tak ciasnej przestrzeni brakowało miejsca na ciekawość życia, na przyjaźnie czy też intelektualne ambicje, a role kobiety i mężczyzny pozostawały w bardzo archaicznych ramach. Choć dla samej siebie Marcjanna zarezerwowała władzę domowego generała, przełamując tym samym patriarchalny schemat, córkom konsekwentnie odmawiała takiej wolności i gdy działo się coś ważnego, zwracała się o radę i wsparcie wyłącznie do mężczyzn: synów, zięciów, a czasem nawet sąsiadów.
Jako dorosły człowiek Aleksander widział w wujostwie typowych przedstawicieli prowincjonalnego mieszczaństwa, ze wszystkimi wadami właściwymi tej sferze, i lubił traktować ich nieco z góry, ale była to krzywdząca postawa. Na tle swojej epoki Olszewscy byli raczej dość nowoczesną i zgraną parą. Dużo ich łączyło – lubili komfort, piękne przedmioty, lubili się bawić i obojgu w równej mierze zależało na finansowym bezpieczeństwie. W ich małżeństwie, co nie było typowe dla świata, w jakim żyli, Domicela miała dużą swobodę, prowadziła własną pracownię modniarską, a energia i pomysłowość, nieblokowane przez Klemensa, czyniły z niej jego życiową partnerkę.
W swoim małżeństwie Olszewscy musieli się zmierzyć z trudną kwestią bezdzietności, lecz i w tej sprawie wykazali się rozwagą i dużą wewnętrzną wolnością. Mimo wymagań epoki, która widziała w kobiecie niemal wyłącznie matkę, dawczynię dziedzica, i narzucała małżonkom przymus posiadania potomstwa, Klemens i Domicela zdołali zaakceptować fakt, że w ich życiu nie będzie dziecka, a nawet, jak się wydaje, nauczyli się czerpać z tej sytuacji pewne profity. Swoje wolne wieczory Klemens lubił poświęcać projektom społecznikowskim, interesowały go kwestie biedy, pracy dla kobiet, ulepszeń technicznych i chętnie dzielił się przemyśleniami z przyjaciółmi. Domicela, której nie obciążały obowiązki macierzyńskie, odnalazła spełnienie w życiu towarzyskim i wspieraniu kariery męża. Z czasem żadne z nich nie chciało już burzyć tego wygodnego status quo. Kiedy w 1854 roku na wokandzie rodzinnej stanęła sprawa młodszego syna Apolonii, obydwoje osiągnęli już ten wiek, w którym pokoleniowo bliższa im była rola dziadków niż rodziców.
Gdy zapadła decyzja o przeprowadzce do Lublina, Aleksander miał siedem lat, nie znał zbyt dobrze wujostwa i opisał ich potem w Sierocej doli jako zupełnie obcych ludzi, przy których czuł się zmieszany i zawstydzony. Mimo to cieszył się na zmianę i pragnął z Olszewskimi zamieszkać. W tej dziecięcej nadziei myśl o uwolnieniu się od Marcjanny i jej metod wychowawczych miała jednak mniejszą wagę. W owym czasie, kiedy na forum rodzinnym ważyły się jego losy, on sam w jakiś sposób doszedł do wniosku, że biorąc go na wychowanie, wujostwo w rzeczywistości zechcą go adoptować. Przeprowadzka do ich lubelskiego domu w jego przekonaniu nie miała więc być kolejną zmianą adresu, ale spełnieniem marzeń o zdobyciu w życiu tego, czego tak bardzo pragnął: mamy, taty i rodziny, do której wreszcie mógłby oficjalnie przynależeć.
Po latach, gdy na kartach Sierocej doli wracał do wydarzeń z przeszłości, Aleksander dał do zrozumienia, że to wujostwo zasiali w nim tę nadzieję i że kwestia adopcji, choć nie wprost, była przez nich wyraźnie eksponowana. On sam doszukiwał się intencji Olszewskich przede wszystkim w sposobie, w jaki przyjęli go w domu. Nie spodziewał się czułości i był nią zaskoczony. W jego twórczej pamięci scena powitania nabrała patetycznych barw. Była to chwila, w której wzruszeni opiekunowie powtarzali, że przyjmują go „za syna”, a on, stojąc na wprost nich, doświadczał bardzo głębokich uczuć:
Przy pierwszym pocałunku chciał upaść do stóp panu Karolowi, przy drugim – doświadczył zdziwienia, a przy ostatnim – nagle przestał płakać. Serce i płuca skurczyły mu się tak boleśnie, że nie mógł pochwycić tchu. Każdy następny pocałunek był dla niego szczęściem, które na istotę ludzką spada z tak wysoka, że może ją rozmiażdżyć.
Wydaje się, że na jakimś wstępnym etapie Domicela i Klemens rzeczywiście mogli rozważać myśl o adopcji Aleksandra, bardziej chyba jednak w kontekście przyszłej sukcesji niż folgowania uczuciom rodzicielskim. Nie jest też wykluczone, że temat adopcji był poruszany w jakiś sposób przez Marcjannę, która musiała wytłumaczyć przed rodziną decyzję o oddaniu Aleksandra. Od samego początku jednak Olszewscy zachowywali się w tej kwestii dość ostrożnie i rozsądnie. Pochopność nie była ich cechą, żadne z nich nie zachęcało więc Aleksandra, by nazywał ich mamą i tatą, a Domicela nie zrezygnowała z pracy i w żaden sposób nie zmieniła swego trybu życia. W opisach jej postaci w książkach Aleksandra uderza także brak fizycznej czułości wobec dziecka i chęci zabawy z nim, tak jakby Domicela nie czuła się do nich zobowiązana lub jakby nie leżały one w jej naturze.
Jednak ten pierwszy czas w rodzinie wujostwa pozostał dla Aleksandra czasem bardzo szczęśliwym. Wszystko tu było nowe, ciekawe i niezwykłe. Miasto odcisnęło na stylu życia Olszewskich wyraźne piętno. Dom wujostwa stał na jego obrzeżach, przy wąskiej, cichej i dopiero co wybrukowanej ulicy Olejnej, lecz wystarczył krótki spacer, by zanurzyć się w miejski gwar. Zamek królewski, ratusz, sąd, magistrat, archiwum, wreszcie sklepy, składy i hotele z Krakowskiego Przedmieścia, wszystko, co było w Lublinie ważne i godne zobaczenia, mieściło się dosłownie o krok.
Dom wujostwa Olszewskich był domem dostatnim i Aleksander, nieprzyzwyczajony do życiowego komfortu, czuł się w nim z początku nieco zagubiony. Onieśmielały go lśniące, wyfroterowane podłogi, wielkie lustra na ścianach, meble, których jedyną rolą była dekoracja, obecność zaś służby sprawiała, że, jak to potem opisał w Sierocej doli, czuł się niezręczny, a nawet dziwaczny. Od razu za to polubił posiłki u Olszewskich. Inaczej niż babka Marcjanna, która nie dbała zbytnio o jedzenie i dość oszczędnie wydzielała je sobie i dziecku, ciotka Domicela prowadziła dom po mieszczańsku, lubiła suto zastawiony stół i przykładała do posiłków dużą wagę. Jej kuchnia była pożywna i tłusta. Na śniadanie, jak Aleksander opisywał później w noweli Omyłka, jadano „sitny chleb i talerz żurku zatartego czosnkiem i zasypanego kaszą hryczaną”, na kolację „podawano herbatę, zrazy z kaszą, czasami gęś pieczoną”, a na obiad barszcz z grochem, do tego „półmisek pachnącej kiełbasy z sosem i drugi – tartych kartofli ze słoniną”, które Aleksander szczególnie lubił.
Te obfite i gorące potrawy, podawane przez służbę na olbrzymich półmiskach, lepiej niż cokolwiek innego oddawały charakter domu wujostwa, którego istotą była wygoda, towarzyskie spełnienie i dostatek. Dla małego Aleksandra owo słodkie uczucie sytości oraz nieograniczony dostęp do jedzenia, czego zaznał u wujostwa, z czasem przemieniły się w rodzaj emocjonalnego błogostanu i w dorosłym życiu to właśnie tłuste posiłki, a nawet fantazje o nich, pozwalały mu szybko poczuć się bezpiecznie.
Największą jednak fascynację w tym nowym, piątym już w jego życiu domu, wzbudził w Aleksandrze inny, dotąd mu nieznany element życia rodziny – gwarny i wypełniony gośćmi salon wujostwa. Zamożni i bezdzietni Olszewscy lubili życie towarzyskie i wzorem innych mieszczan starali się prowadzić dom otwarty. Podczas proszonych spotkań siadano u nich do wista, dzieci, jeśli je zapraszano, grywały w loteryjkę lub w ślepą babkę, a wujostwo nie odmawiali przyjaciołom tańców i śpiewu. Ich podstawowe kółko znajomych tworzyli, jak można wywnioskować z prozy Aleksandra, zaprzyjaźnieni z Klemensem miejscowi urzędnicy i ich rodziny, pierwsze pokolenie formującej się właśnie klasy średniej.
Jako nowy członek rodziny Aleksander wzbudził zainteresowanie przyjaciół domu i z początku wujostwo pozwolili mu uczestniczyć w życiu towarzyskim, a on, mimo że z natury nieśmiały, szybko się w nim odnalazł. Nagle był ważny i wszyscy zwracali na niego uwagę. Podczas jednego z przyjęć rozbawiony Klemens dał Aleksandrowi do spróbowania krupniku – gorącej wódki z miodem, zaprawionej goździkami i cynamonem, a Aleksander, ku uciesze gości, natychmiast zaczął się wygłupiać, „chodzić na rękach tak ładnie, że zarumieniony pan burmistrz powiedział”, że to „chłopiec nadzwyczajnych zdolności” (Omyłka).
Dla spragnionego kontaktu z ludźmi chłopca wypełniony gośćmi i emocjami salon, to bijące serce domu, szybko stał się miejscem magicznym, czymś na kształt fascynującego sklepu z ludźmi. Oto po latach samotnego życia z babką, z dala od ludzi i ich spraw, mógł wreszcie przysłuchiwać się, jak rozmawiają z sobą mężczyźni i kobiety, jak się bawią, kłócą, jak plotkują i jak dowcipkują. Słowa, ich brzmienie i znaczenie sprawiały mu przy tym zmysłową przyjemność, stawały się tworzywem do intymnej intelektualnej zabawy i doskonałą pożywką dla wyobraźni. Już wtedy inaczej niż dzieci w jego wieku odczuwał język mówiony. Jak sam potem o sobie napisał w powiastce Sieroca dola, „tam gdzie zwykłe dzieci widzą tylko chaotyczną gromadę czarnych znaków i niezrozumiałych dźwięków, on widział przedmioty i obrazy. To ćwiczenie kiełkujących zdolności psychicznych robiło mu wielką satysfakcję”.
Nie jest wykluczone, że to właśnie w salonie wujostwa na ulicy Olejnej narodziła się fascynacja dialogiem, tak charakterystycznym dla twórczości Aleksandra. Jako dojrzały pisarz Aleksander często musiał mierzyć się z zarzutem, że nie panuje nad spójnością dzieła i gotowy jest dla dobrego obyczajowego obrazka i wymiany zdań naruszyć konstrukcję całego utworu, lecz ta potrzeba uwiecznienia ulotnej rozmowy, szybkiej wymiany zdań, nie wynikała z niedostatków warsztatu pisarskiego, ale miała znacznie głębsze i bardziej intymne wyjaśnienie.
Tymczasem po pierwszym, jakby zapoznawczym okresie wspólnego życia Olszewscy zdecydowali się uporządkować reguły domu i wyznaczyć siostrzeńcowi jego codzienne miejsce w rodzinie. W praktyce oznaczało to, że Aleksander został delikatnie odsunięty od życia wujostwa, a granicą jego świata miał być odtąd jego własny pokój na poddaszu. Podobnie jak inne dzieci z zamożniejszych i konserwatywnych domów został oddany pod opiekę niani i korepetytora, z którym nauka zajmowała mu teraz dużą część dnia, a towarzyszami zabaw mieli być dlań jedynie rówieśnicy. Salon, to królestwo dorosłych, stał się na powrót prywatną strefą wujostwa i odtąd przyjęcia, jakie w nim wydawali, służyły już tylko ich rozrywce.
Dla Aleksandra, spragnionego uwagi i uczuć, te nowe zwyczaje w domu wujostwa stały się prawdziwą katastrofą. Nie polubił korepetytora, a przeciągające się w nieskończoność lekcje napawały go na zmianę nudą i przerażeniem. Tak jak inni dziewiętnastowieczni domowi nauczyciele zatrudniony przez wujostwo korepetytor, któremu Aleksander nadał w Kłopotach babuni miano Batożnicki, surowo traktował swojego ucznia i bił go dotkliwie za każde przewinienie. Jak pisał w tej powiastce Aleksander, przewrotnie oddając głos swojemu oprawcy:
