Prowokatorka. Fascynujące życie Marii Dąbrowskiej - Iwona Kienzler - ebook

Prowokatorka. Fascynujące życie Marii Dąbrowskiej ebook

Kienzler Iwona

4,3

Opis

Maria Dąbrowska przez lata postrzegana była niemal jak pomnik narodowej literatury. O jej prywatnym życiu nie mówiło się wcale albo mało, a pisarka kojarzyła się wielu ze szkolnym obowiązkiem czytania Nocy i dni. Kolejnym nieszczęściem bohaterki naszej opowieści było to, że przyszło jej żyć i tworzyć w Polsce Ludowej. Komunistyczne władze uznały ją za reprezentatywnego pisarza nowej rzeczywistości. Dąbrowską przedstawiano jako wielką postępową pisarkę, ale z jej Dzienników wynika, że do nowych władz i większości przemian w Polsce miała stosunek mało przychylny. Kiedy komuniści udekorowali ją Orderem Odrodzenia Polski, który przyjęła, uznała, że została podeptana własnymi stopami.

Na podstawie lektury Dzienników Dąbrowska jawi się jako osoba narcystyczna, samolubna i skłonna do megalomanii, a niektórzy widzą w niej nawet zdeklarowaną antysemitkę.

Jako kobieta była istnym wulkanem namiętności, nie wahającą się szukać szczęścia w fizycznym spełnieniu, i to nie tylko z mężczyznami, których w jej życiu nie brakowało, ale i z przedstawicielkami własnej płci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 415

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (17 ocen)
7
8
2
0
0

Popularność




Projekt okładki i stron tytułowychAnna Damasiewicz

Zdjęcie na okładce z zasobów NAC

Konsultacja merytorycznaSylwia Łapka-Gołębiowska

Redaktor merytorycznyBożena Czerwińska

Redaktor prowadzącyZofia Gawryś

Redaktor technicznyMarcin Adamczyk

KorektaTeresa Kępa Grażyna Ćwietkow-Góralna

Zapraszamy na stronę Wydawnictwa:www.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku:www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowa www.swiatksiazki.pl

ISBN 978-83-11-15315-8

Skład wersji elektronicznej

Wstęp

Maria Dąbrowska przez lata postrzegana była niemal jak pomnik narodowej literatury. O jej prywatnym życiu nie mówiło się wcale albo bardzo mało, ograniczając się do suchych biograficznych informacji, a sama pisarka kojarzyła się wielu ze szkolnym obowiązkiem czytania nudnych i rozwlekłych Nocy i dni. Dla nastolatków ta wielka epopeja była wręcz nie do przebrnięcia, dlatego kiedy w końcu „zaliczyli” ją w szkole, z ulgą oddawali do biblioteki lub odkładali na półkę, by nigdy już nie sięgnąć po tę książkę. A przecież jest to arcydzieło nie tylko literatury polskiej, ale i światowej, będące jedną z najpiękniejszych i jednocześnie głęboko prawdziwych powieści, jaka kiedykolwiek wyszła spod pióra pisarza! Ale żeby docenić urok i piękno Nocy i dni, trzeba dysponować pewnym doświadczeniem życiowym, dlatego warto sięgnąć po tetralogię Dąbrowskiej w wieku dojrzałym, gdyż dopiero wówczas można w pełni docenić i rozsmakować się w dziejach rodu Niechciców. A czytając tę powieść, dochodzimy do wniosku, że jej autorka nie mogła być tak nudnym i nijakim człowiekiem, jakim przedstawiały ją jej biografie, przynajmniej te, które napisano w czasach „słusznie minionych”.

Kolejnym nieszczęściem bohaterki naszej opowieści było to, że przyszło jej żyć i tworzyć w Polsce Ludowej, a komunistyczne władze uznały ją, obok innych gwiazd przedwojennej literatury, Iwaszkiewicza i Nałkowskiej, za reprezentatywnego pisarza nowej rzeczywistości. Zresztą Dąbrowska, przynajmniej pozornie, bardzo się do narzuconej przez komunistów roli nadawała: przed wojną była zaangażowana w ruch spółdzielczy, związana była z ruchem socjalistycznym, opowiadała się za przeprowadzeniem reformy rolnej, realizowała się w publicystyce społecznej i bardzo krytycznie odnosiła się do poczynań sanacyjnego rządu, angażując się w obronę praw obywatelskich. Poza tym, dosłownie gardziła polską emigracją powojenną, zwłaszcza ludźmi pióra, którzy wybrali życie na Zachodzie. Krótko mówiąc: wymarzona kandydatka na ikonę socjalistycznej literatury. Nic dziwnego, że władze gloryfikowały ją jako wielką pisarkę postępową, pisząc np., iż Dąbrowska w swojej twórczości udowadnia, że „nowy porządek społeczno-polityczny stwarza każdemu, nawet najskromniejszemu człowiekowi możność twórczej pracy nadającej sens jego życiu”[1].Zresztą sama autorka Ludzi stamtąd postępowała tak, jakby była zadowolona z powojennej rzeczywistości: jeździła na spotkania z czytelnikami, zabiegała o wydawanie swoich książek, odwiedzała wraz z innymi pisarzami zakłady pracy, wygłaszała prelekcje i korzystała z przywilejów, jakimi władza ludowa nagradzała lojalnych wobec niej literatów, ciesząc się przydziałem większego mieszkania czy wypoczynkiem w luksusowych, oczywiście jak na tamte czasy, Domach Pracy Twórczej. Ba, nawet napisała, co prawda dość powściągliwy w tonie, ale jednak utrzymany w nastroju panegiryku, nekrolog po śmierci Stalina, uznany przez władze za wzorowy przykład utworów tego typu.

A tymczasem z lektury opublikowanych, zgodnie z wolą pisarki, dopiero 40 lat po jej śmierci Dzienników wynika, że Dąbrowska do nowych władz i większości przemian w Polsce miała stosunek mało przychylny. Co więcej, od początku stawiała znak równości między faszyzmem a bolszewizmem, natomiast wkroczenie na teren naszego kraju Armii Czerwonej uznała za kolejną okupację. Jak się okazuje, pisząc o powieści Andrzejewskiego Popiół i diament, zmieniała jej tytuł na Gówno i zamęt, co świadczy o stosunku, jaki miała do utworu uhonorowanego nagrodą pisma „Odrodzenie” i przedstawiającego komunistów w wyjątkowo korzystnym świetle. Żyła więc w warunkach swoistego rozdwojenia jaźni, współpracując z systemem, którego nigdy nie popierała i w głębi serca darzyła wielką pogardą, starając się żyć w ustroju totalitarnym w miarę godziwie i, o ile było to tylko możliwe, w zgodzie z własnym sumieniem. A kiedy komuniści udekorowali ją Orderem Odrodzenia Polski, który przyjęła, uznała, że została podeptana własnymi stopami.

Okazuje się, że pisarka miała również poważne zastrzeżenia co do wizerunku, jaki na użytek opinii publicznej tworzyli jej biografowie. Na początku lat sześćdziesiątych, zapoznawszy się z poświęconą jej sylwetce pracą profesora Zdzisława Libery, zdegustowana poprosiła naukowca: „Pan mnie zanadto upoczciwia, robi pan ze mnie moralizującą starą ciotkę, niech mnie pan trochę odpoczciwi”[2]. I właśnie niniejsza publikacja jest próbą „odpoczciwienia” wizerunku autorki Nocy i dni, jaki wciąż pokutuje w opinii ogółu, o Dąbrowskiej bowiem można powiedzieć wszystko, z wyjątkiem tego, że była osobą poczciwą. Ta niepozorna, niska i niezbyt efektowna pani, którą Antoni Słonimski złośliwie określił jako skrzyżowanie jamnika z Piastem Kołodziejem, była istnym wulkanem namiętności, kobietą niewahającą się szukać szczęścia w fizycznym spełnieniu i to nie tylko z mężczyznami, których w jej życiu nie brakowało, ale i z przedstawicielkami własnej płci. Pisarka nie była wolna od wad: po lekturze Dzienników Dąbrowska jawi się jako osoba narcystyczna, samolubna i skłonna do megalomanii, a niektórzy widzą w niej nawet zdeklarowaną antysemitkę.

Poznajmy więc historię życia tej wielkiej pisarki, a przede wszystkim – nietuzinkowej kobiety, pełnej pasji i namiętności.

Przypisy:

1  Korzeniewska E., Maria Dąbrowska, Warszawa 1976, s. 60.

2  M. Dąbrowska, Dzienniki powojenne 1945–1965, t. IV, Warszawa 1996, s. 208.

Russów – kraina szczęśliwego dzieciństwa

W ostatnim wpisie w swoim Dzienniku, pochodzącym z 20 kwietnia 1965 roku, leżąca w szpitalu Maria Dąbrowska wspomniała, że miała przepiękny sen o Russowie, majątku, w którym przyszła na świat i spędziła dzieciństwo. „Russów tamtych czasów – pisała – jakby przez fantastę powtórnie wymalowany, pojawiło się nieistniejące już miejsce, część domku, brałam miarę na okiennicę w pokoju babci, gdzie miała zamieszkać nasza gosposia Teonia. […] I wszystkie drzewa dzieciństwa stanęły na swoim miejscu – wszystkie jaskółki, a nadto wielka obfitość gęsi, bydła, owiec, świniaków różowych, czochrających się, czystych i pachnących nie chlewikiem a smażonym boczkiem. W ogóle pachniały wszystkie cudowne potrawy, za którymi tak tęsknię, krztusząc się tą mdłą strawą szpitalną”[1]. Pod koniec życia pisarka nader często wracała myślami do szczęśliwych dziecięcych lat, niejako chcąc zaczerpnąć ze wspomnień siły do walki z chorobą, która powoli i skutecznie zabierała jej życie. I nic dziwnego, bowiem, jak słusznie zauważyła jedna z biografek autorki Nocy i dni, Grażyna Borkowska, szczęśliwe dzieciństwo w rodzinnym Russowie stanowiło dla Dąbrowskiej bardzo udaną inwestycję w przyszłość. Co ciekawe, dziecięce lata spędzone w tej podkaliskiej wsi ukształtowały bohaterkę naszej opowieści nie tylko jako człowieka, ale również jako pisarkę. Bo chociaż cała twórczość pisarki związana jest ściśle z jej biografią, z jej partnerami i środowiskiem, w którym się obracała, to niewątpliwie okres russowski wycisnął na niej najsilniejsze piętno. Przecież to właśnie wspomnienia owych szczęśliwych „szczenięcych” lat pozwoliły jej napisać nie tylko urocze opowiadania z debiutanckiego tomiku Uśmiech dzieciństwa, ale także Ludzi stamtąd, które inna wybitna pisarka Zofia Nałkowska uznała nawet za arcydzieło, a przede wszystkim dzieło jej życia, epopeję Noce i dnie.

Ludomira z Gałczyńskich Szumska, matka Marii Dąbrowskiej

Maria Dąbrowska wywodziła się z typowej zubożałej ziemiańskiej rodziny, w której żywe były tradycje niepodległościowe i patriotyczne. Jej ojciec, urodzony w 1844 roku Józef Szumski, po ukończeniu czteroklasowego progimnazjum w Mławie zarabiał na życie, pracując na stanowisku pisarza gminnego w Słupsku, ale kiedy wybuchło powstanie styczniowe, jak na młodego patriotę przystało, zaciągnął się w szeregi powstańców, by walczyć o wolność ojczyzny. Wiosną 1863 roku został ciężko ranny w jednej z bitew. „Rana była zadana bagnetem w pierś, po której do końca życia miał głębokie w piersiach zapadnięcie – wspominała jego córka, Maria. – Prócz tego kula w plecy – głowa potłuczona kolbami i posiekana. Leczył się w Zielonej we dworze u Kisielnickich”[2]. Niejednemu młodemu człowiekowi takie dramatyczne przeżycia wybiłyby raz na zawsze z głowy marzenia o wojaczce, ale uparty młodzieniec, stanąwszy na nogi, znów dołączył do powstańców, ale nie na długo. Wkrótce potem jego życie po raz drugi zawisło na włosku, kiedy podczas jednego z pierwszych starć z Rosjanami dostał kulą w policzek. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że kula utknęła w karku, niebezpiecznie blisko kręgosłupa. Szumski przeżył, ale stracił przytomność. Kiedy leżał nieprzytomny na pobojowisku, maruderzy, sądząc, że mają do czynienia z trupem, obdarli go z ubrań. Przejmujące zimno sprawiło, że młodzieniec oprzytomniał i, przemarznięty na kość, jakimś cudem doczołgał się w pobliże drogi. Najwidoczniej opatrzność wciąż nad nim czuwała, skoro ledwie żywego Józefa znalazł przejeżdżający przypadkiem gospodarz z Zielonej, zdążający do domu z targu w Zieluniu, który zabrał ojca naszej bohaterki na wóz i zawiózł do dworu w Zielonej. Tam młody Szumski został otoczony troskliwą opieką i powoli wracał do zdrowia. Jeżeli jednak ktoś myślałby, że ta przygoda skutecznie zatrzyma go w domu, bardzo by się rozczarował. Ledwie wydobrzał, podjął próbę przedarcia się do powstania, ale grupa ochotników, z którą się przedzierał, wpadła w zasadzkę, osaczona z jednej strony przez wojska rosyjskie, a z drugiej – przez pruskie. W efekcie ojciec bohaterki naszej opowieści dostał się do pruskiej niewoli i dwa lata spędził w więzieniu w Winiarskim Forcie, by po ogłoszeniu amnestii wrócić do kraju.

Bardzo szybko jednak wpakował się w kolejne kłopoty, kiedy, w zastępstwie brata Franciszka, zaciągnął się do służby w Aleksandryjskim Pułku Huzarów. Ponieważ potrzeby armii carskiej były znacznie mniejsze niż liczba poborowych zdatnych do służby wojskowej, rekrutację przeprowadzano za pomocą losowania i do wojska szli tylko ci mężczyźni, którzy wyciągnęli stosowny los. Ówczesne przepisy przewidywały jednak możliwość zwolnienia ze służby wojskowej. Dotyczyło to jedynych żywicieli rodziny, urzędników państwowych, lekarzy, przedstawicieli wolnych zawodów, jak również rabinów oraz młodych mężczyzn, których ojcowie zginęli w walce po stronie carskiej Rosji z powstańcami styczniowymi. Poza tym, jeżeli zdarzyło się, że dwaj bracia wyciągnęli numer losowy i mieli zostać wcieleni do armii, prawo przewidywało możliwość zwolnienia jednego z nich z zaciągu, o ile drugi z nich zgodzi się na takie rozwiązanie. I właśnie taka sytuacja miała miejsce w przypadku braci Szumskich. Maria Dąbrowska, która znała tę historię z relacji swego stryja Franciszka, twierdziła później, iż Józef uznał, że skoro jego młodszy brat jest bardziej uczuciowo związany z matką i domem, to on „pójdzie w sołdaty”.

Aleksandryjski Pułk Huzarów, w którym służył starszy z braci Szumskich, stacjonował w Warszawie i Lublinie. Jednak bardzo szybko okazało się, że Józef źle się czuje w szeregach armii zaborczej i mężczyzna napytał sobie biedy, kiedy zelżony publicznie przez oficera rosyjskiego po prostu go spoliczkował. W rezultacie, korzystając z pomocy lojalnych przyjaciół, czym prędzej uciekł za granicę, znajdując schronienie na terenie zaboru pruskiego. „Wtedy to doświadczył prawdziwych utrapień losu – pisała jego córka, Maria Dąbrowska. – Zawędrował aż w głąb Niemiec (pamiętam z opowiadań z dzieciństwa, że był w Kotbus i w Hall). W Dreźnie nauczył się fotografii. Pracował najpierw jako robotnik przy budowie kolei żelaznej – u fotografa, gdziekolwiek, byle wyżyć”[3]. W końcu znalazł spokojną przystań u znajomych ojca, rodziny Jackowskich, właścicieli majątku pod Płockiem, którzy nie tylko użyczyli mu dachu nad głową, ale także zatrudnili jako jednego z administratorów. I to właśnie tam młody Szumski nauczył się gospodarować na roli. Dzięki kuzynowi swoich pracodawców, niejakiemu Müllerowi, który pewnego pięknego dnia odwiedził Jackowskich, mógł wreszcie wrócić do domu. Tak się bowiem złożyło, że gość państwa Jackowskich był też wysokim rangą i, co ważniejsze, bardzo wpływowym oficerem Aleksandryjskiego Pułku Huzarów. Mężczyzna zapałał sympatią do Józefa i, wysłuchawszy jego historii, uznał, że popełnione przez niego przewinienie nie zasługuje na surową karę i nie wyklucza powrotu w szeregi wojska. Dzięki jego wstawiennictwu sąd wojenny skazał niepokornego Polaka jedynie na miesiąc aresztu, po wyjściu z którego Szumski przez jakiś czas służył jeszcze w armii carskiej, pracując w kancelarii wojskowej we Włocławku. Po wystąpieniu z wojska powrócił wreszcie w rodzinne strony, znajdując zatrudnienie jako zarządca majątku Kisielnickich. A wówczas los postawił na jego drodze kobietę, z którą miał spędzić resztę życia – Ludomirę Gałczyńską.

Józef Szumski, ojciec Marii Dąbrowskiej

Panna Gałczyńska urodziła się 11 listopada 1856 roku w Gawronach pod Łęczycą, w majątku dzierżawionym przez jej ojca Feliksa. Kiedy Józefa Gałczyńska wydawała na świat małą Ludomirę, była już matką trzech synów, Bronisława, Józefa i Włodzimierza oraz córki Julii, a Gawrony były drugim majątkiem, w którym gospodarował Feliks. Pierwszym, w którym próbował swoich sił jako zarządca było Branno, ale Gałczyński okazał się wyjątkowo marnym gospodarzem i w 1855 roku zbankrutował, co zmusiło go do sprzedaży Branna. Niezrażony niepowodzeniem, Feliks na spółkę z Bogumiłem Majewskim wziął w dzierżawę wspomniane Gawrony oraz Gawronki, które razem stanowiły ogromną posiadłość ziemską. Niestety, obaj panowie mieli raczej mierne pojęcie o zarządzaniu tak rozległymi dobrami i w 1856 roku Feliks zrezygnował z pracy w Gawronach, by wziąć w dzierżawę kolejne, ale znacznie mniejsze majątki Lorenki i Larnę pod Zgierzem, co okazało się kolejnym chybionym przedsięwzięciem. W efekcie, zaledwie po roku, rodzina Gałczyńskich musiała po raz kolejny się przeprowadzać, tym razem do Jarost pod Piotrkowem. Przejęcie tej dzierżawy sprawiło, że niegospodarny Feliks stracił resztki rodzinnego majątku. Aby ratować siebie i rodzinę przed biedą, zdecydował się ostatecznie objąć posadę burmistrza w Radziejowie, którą piastował do 31 maja 1861 roku, czyli do dnia swojej tragicznej śmierci. Dziadek pisarki ze strony matki zginął bowiem od uderzenia pioruna.

Po śmierci męża babcia Marii Dąbrowskiej, Józefa, wyjechała wraz z dziećmi do Piotrkowa, by wkrótce przenieść się do Kalisza, gdzie osiadła już na stałe. Okres piotrkowski to czas bezustannej walki o byt; samotna wdowa miała naprawdę poważne problemy, by utrzymać siebie i gromadkę potomstwa. „Tu [tzn. w Piotrkowie –I.K.] rozpoczęła się straszna walka o byt, w której matka okazała tyle energii, wytrwałości, tyle poświęcenia dla nas, że wyszła z niej zwycięsko, gdyż doprowadziła nas jedynie swą pracą do stanu, żeśmy sami dalej na siebie mogli pracować i skończyć wyższe nauki”[4] – stwierdził najmłodszy syn Gałczyńskich, Włodzimierz, nie wspominając jednakże, na czym konkretnie polegała praca i wysiłki jego matki. Jego siostrzenica Maria twierdzi natomiast, że jej babcia po prostu prowadziła pensję dla uczniów miejscowego gimnazjum. Dwóch z braci Ludomiry, Bronisław i Włodzimierz, także skończyło tę szkołę, natomiast trzeci, Józef, porzucił naukę, by wstąpić na praktykę do apteki (w owych czasach praca farmaceuty nie wymagała wyższego ani nawet średniego wykształcenia, praktykę można było podjąć, legitymując się niepełnym wykształceniem gimnazjalnym). Najstarszy z synów Józefy i Feliksa w zasadzie prosto z ławy szkolnej trafił w szeregi powstańców styczniowych i brał udział w nieudanym napadzie na Radomsk. Wraz z grupą przyjaciół przedostał się do Galicji, gdzie chciał zorganizować oddział powstańczy, ale udaremnili to Austriacy, aresztując spiskowców, których internowali w czeskiej Iglawie. Nadzór nad internowanymi Polakami musiał być wyjątkowo marny, skoro zaledwie po kilku miesiącach wszystkim niedoszłym powstańcom udało się uciec do Pragi. Bronisław ostatecznie wrócił do kraju i korzystając z poręczenia bliżej nieznanych osób, wstąpił do Szkoły Głównej, by studiować nauki przyrodnicze.

Kiedy synowie usamodzielnili się i opuścili rodzinny dom, Józefa wraz z dwiema córkami przeniosła się do Kalisza. To właśnie kaliski dom pani Gałczyńskiej i jej córek stał się pierwowzorem domu Ostrzeńskich, rodzinnego gniazda Barbary, głównej bohaterki Nocy i dni. „Młodzież, która u nas bywała, wcale nie była wymagająca, wieczory przechodziły na miłej pogawędce, śpiewy, anegdoty i dowcipy sypały się obficie. [...] W tym towarzystwie odbywały się piesze wycieczki za miasto, wieczorne spacery po parku, wycieczki łódką po Prośnie i ranne ekskursje botaniczne do lasów podmiejskich w stronę Winiar”[5] – wspominała Bogumiła w pisanym na prośbę swej najstarszej córki raptularzyku. W domu się nie przelewało, ale sytuacja samotnych kobiet poprawiła się znacznie, kiedy starsza siostra Ludomiry, Julia, ukończyła gimnazjum i zaczęła pracować jako guwernantka w domach miejscowych notabli. Dzięki temu pani Józefa mogła wynająć znacznie obszerniejsze i słoneczne lokum, w domu naprzeciwko kaliskiej cerkwi, którego okna wychodziły na Prosnę, a nawet zatrudnić posługaczkę. Kiedy najmłodsza panna Gałczyńska ukończyła gimnazjum ze złotym medalem, jak z dumą później podkreślała jej najstarsza córka, także podjęła się pracy korepetytorki. W 1881 roku Ludomira wyjechała do Warszawy, gdzie pracowała na pensji pani Matuszewskiej, ale także uczyła się trudnej, aczkolwiek niezmiernie przydatnej i gwarantującej kobiecie pewny zarobek, sztuki kroju i szycia w magazynie mód J. Kuhnke. Nie były to lata dostatku, dziewczyna w listach wspomina np., że nie stać jej na zakup palta, ale z pewnością czas spędzony w Warszawie był jednym z najprzyjemniejszych okresów w życiu Gałczyńskiej. „Wiesz moja droga, że smutno mi będzie żegnać się z Warszawą, tyle tutaj miłych chwil przepędziłam – pisała w liście do siostry. – […] Sądzę, że podobnie szczęśliwe chwile już nie wrócą; są to chwile zachwytów, chwile marzeń, złote dni szczęścia, szkoda, że już na zawsze muszę je porzucić”[6]. I mimo że większość czasu zabierało Ludomirze szycie staników i rysowanie form krawieckich, to wygląda na to, że dziewczyna wiodła tam też całkiem ciekawe życie towarzyskie, a w listach wspomina o bywaniu na wystawach sztuki, w teatrach, muzeach i na koncertach, korzystała z szerokiej palety możliwości, jakie dawała Warszawa, a które były niedostępne na prowincji, skąd się wywodziła.

Wakacje Ludomira spędzała najczęściej w Kuczborku w majątku ciotecznej siostry Józefy Rzymowskiej z Ciechowiczów. I tam właśnie po raz pierwszy spotkała Józefa Szumskiego, sprawnie zarządzającego majątkiem Kisielnickich. I chociaż mężczyzna nie był już pierwszej młodości, zbliżał się bowiem do czterdziestki, na młodej pannie zrobił bardzo korzystne wrażenie: „Był to już człowiek około 40 lat, sympatyczny i ładnie śpiewał pieśni powstańców z 63 roku. Sam był również powstańcem, ciężko rannym między Kozielskiem a Kuczborkiem, a że ja od urodzenia byłam gorącą patriotką, więc po pewnym czasie zostałam żoną p. Józefa Szumskiego”[7] – wspominała po latach matka Marii. Trzeba przyznać, że to dość oryginalny powód zmiany stanu cywilnego – gorący patriotyzm…

Ślub Ludomiry i Józefa odbył się w Warszawie w lutym 1884 roku, ale państwo młodzi nie mogli go wspominać jako najszczęśliwszego dnia w swoim życiu, gdyż dokładnie w tym samym dniu zmarł ojciec Szumskiego i świeżo upieczeni małżonkowie niemal prosto z kościoła pojechali na pogrzeb.

Państwo Szumscy osiedli w Kuczborku, gdzie spędzili dwa lata, a Ludomira niezbyt dobrze wspominała ten okres swego życia. Przede wszystkim czuła się bardzo samotna, gdyż jej małżonek od świtu do zmroku zajęty był pracą w gospodarstwie. Ale samotność nie była jedynym problemem świeżo upieczonej mężatki, która nie czuła się dobrze na wsi, tęskniąc za miejskim gwarem i rozrywkami niedostępnymi w Kuczborku. Na domiar złego, pani Szumska miała, delikatnie mówiąc, niewielkie pojęcie o prowadzeniu domu. Jedyną radością młodej kobiety były wypady do sąsiadów i niedzielne odwiedziny w Lisinach, gdzie mieszkała matka i brat Józefa. Swojej bratowej, Florce, Ludomira zazdrościła pięknych kreacji, które zresztą kobieta sama szyła na wyjątkowo nowoczesnej, jak na owe czasy, nożnej maszynie do szycia.

Rok 1886 przyniósł kolejne zmiany w życiu państwa Szumskich – Józef, zniechęcony do pracy w wielkim majątku, gdzie obok niego pracowało jeszcze kilku innych zarządców, co znacznie ograniczało jego samodzielność i jakąkolwiek inicjatywę, postanowił przenieść się do majątku Rumoka, należącego do Rudowskich. Być może decyzję o przeprowadzce przyspieszyło bolesne wspomnienie o śmierci pierworodnego syna państwa Szumskich, który zmarł w niemowlęctwie.

W Rumoce rodzina, która powiększyła się o syna Jana, spędziła kolejne dwa lata, by w 1888 roku przenieść się do leżącego około 11 km od Kalisza Russowa, należącego wówczas do gminy Zborów i parafii Tykadłów. Folwark, którym zarządzał ojciec bohaterki naszej opowieści, obejmował 737 morgów gruntów rolnych, 19 morgów łąk oraz 44 morgi nieużytków. Sam dworek prezentował się wyjątkowo ubogo i w niczym nie przypominał budowli, które pojawiają się w naszej wyobraźni na sam dźwięk słowa dworek. Poza tym był bardzo zawilgocony. Ludomira, przerażona tym, co zastała, zniosła z pobliskiego lasu gałęzie brzozowe, które porozstawiała we wszystkich kątach, żeby zielenią rozświetlić jakoś ponure wnętrza tego domostwa. Z czasem Józef doprowadził budynek do stanu używalności, powstrzymując postępujące zawilgocenie, i dobudował werandę.

Maria Szumska z rodzeństwem: Heleną, Jadwigą i Bogumiłem, Russów 1906 r.

Na domiar złego majątek, który Szumski dostał w zarząd, był kompletnie zdewastowany i chylił się do ruiny. Właściciele próbowali go jakoś ratować, ale kolejni zarządcy zamiast im w tym pomóc, tylko pogarszali sprawę, systematycznie dewastując powierzone im dobra. W końcu przebywający stale za granicą właściciele Russowa postanowili go sprzedać, ale Szumski jakoś przekonał ich, by się wstrzymali i powierzyli majątek jego pieczy. Nowy dzierżawca był pełen entuzjazmu i miał głowę pełną pomysłów, ale właściciele, nauczeni smutnym doświadczeniem, nie mieli najmniejszego zamiaru pokrywać kosztów jakichkolwiek inwestycji proponowanych im przez Szumskiego. Nie zniechęciło to jednak ambitnego Józefa, który za punkt honoru postawił sobie podźwignięcie Russowa z ruiny. Wymagało to jednak sporych nakładów finansowych i bardzo negatywnie odbiło się na i tak już wyjątkowo skromnym budżecie rodziny. Ludomira, bogatsza o doświadczenia nabyte w Kuczborku, postanowiła włączyć się w dzieło odbudowy Russowa, zakładając tam hodowlę drobiu oraz warzywnik. Mimo że inwestycje Józefa mocno okroiły finanse rodziny, Ludomira czuła się w Russowie znacznie lepiej niż w Kuczborku i już nie tęskniła ani za miastem, ani za miejskimi rozrywkami. Spokojna wiejska egzystencja zaczęła jej coraz bardziej odpowiadać. Tymczasem jej mąż wciąż modernizował Russów, budując np. nowoczesne murowane czworaki, w których zamieszkali pracownicy folwarczni. Nosił się także z zamiarem przeprowadzenia melioracji, ale ten kosztowny pomysł nie znalazł uznania w oczach właścicieli majątku i pozostał jedynie w sferze projektu.

6 października 1889 roku na świat przyszło drugie dziecko Szumskich – Maria. Wkrótce po narodzinach przyszłej pisarki urządzono jej huczne, oczywiście jak na możliwości rodziców, chrzciny, na które zjechała cała rodzina. Przy okazji w Russowie pojawił się sam właściciel majątku, a w zasadzie mąż właścicielki Hildegardy Mniewskiej, Kazimierz Waliszewski, historyk i pisarz, niecieszący się w okolicy najlepszą opinią. Sąsiedzi, skądinąd słusznie, uważali go za „sfrancuziałego i zruszczonego renegata”, gdyż dziedzic Russowa był zatwardziałym monarchistą i rusofilem. Znał świetnie język francuski i rosyjski, a swoje książki pisał zarówno po polsku, jak i w tych dwóch językach. Na prośbę Józefa i Ludomiry został ojcem chrzestnym małej Marii. Kto wie, może fakt, że córkę Szumskich trzymał do chrztu znany pisarz, miał jakiś wpływ na jej późniejszy wybór drogi życiowej? Co ciekawe, Waliszewski był zafascynowany pisarzem angielskim polskiego pochodzenia, Josephem Conradem Korzeniowskim, i poświęcił mu nawet pierwsze w historii literatury polskiej studium, zamieszczone w czasopiśmie „Kraj”. Tę fascynację podzielała po latach także jego chrześniaczka, która już jako uznana pisarka poświęciła twórczości autora Nostromo wiele artykułów i esejów, zebranych w tomie Szkice o Conradzie.

Kilka miesięcy po przyjściu na świat Marii zmarł na dyfteryt jej starszy brat Jan i zarówno Józef jak i Ludomira bardzo przeżyli jego odejście. W dniu śmierci chłopca Józef chciał się zastrzelić, ale na szczęście udało się go odwieść od tego zamiaru, natomiast jego żona całe dni spędzała przy grobie dziecka na wiejskim cmentarzu. Echa tych przeżyć znajdziemy na kartach Nocy i dni, kiedy bohaterowie powieści niespodziewanie tracą swego najstarszego synka, Piotrusia. Po tym traumatycznym wydarzeniu państwa Szumskich, a zwłaszcza Ludomirę, prześladował niemal chorobliwy lęk o dzieci, których gromadka szybko się powiększała. W 1891 roku przyszła na świat następna córka, Helena, a po niej kolejno: Jadwiga, Stanisław i Bogumił. Siostrzenica Marii Dąbrowskiej, Danuta Kelch (córka Heleny), wspomina, że Szumscy nigdy nie zapomnieli o Jasiu, pielęgnując pamięć o nim i opowiadając o chłopcu jego młodszym braciom i siostrom, którzy nawet nie mogli go poznać. Co więcej, pani Danuta uważa, że Janek był w jej rodzinie postacią niemal mityczną. Być może właśnie dlatego Maria, zwana w rodzinie Maryjką, postanowiła nie tylko uwiecznić jego postać w Nocach i dniach, ale także poświęcić mu opowiadanie Janek, zamieszczone w zbiorze Uśmiech dzieciństwa.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przypisy:

1 Ibidem, s. 345.

2  E. Korzeniewska, Maria Dąbrowska: kronika życia, Warszawa 1971, s. 23.

3 Ibidem, s. 24.

4 Ibidem, s. 17.

5  A. Sznajder, Maria Dąbrowska nad Prosną [na:] www.zyciekalisza.pl [on-line], dostępne w internecie: http://www.zyciekalisza.pl/?str=82&id=186740

6  Za: E. Korzeniewska, Maria Dąbrowska…, op. cit., s. 11.

7  Za: A. Sznajder, Maria Dąbrowska nad Prosną, www.zyciekalisza.pl, http://www.zyciekalisza.pl/?str=82&id=186740