Późne życie - Inga Iwasiów - ebook + książka

Późne życie ebook

Inga Iwasiów

3,5

Opis

W tej rozpisanej na wiele głosów prozie, której bohaterami są mieszkańcy pewnej nadbałtyckiej osady, przyglądamy się małym i wielkim apokalipsom, lokalnym i globalnym końcom – życia, przyrody, rzeczywistości w znanej dotąd postaci. Końcom powtarzalnym, jak jesienna zagłada tysięcy wyrzucanych na brzeg meduz, i zawsze niewczesnym, jak śmierć kogoś bliskiego. Wreszcie – strategiom przetrwania w obliczu kryzysu i permanentnego stanu wyjątkowego.

Powieść Ingi Iwasiów, przypominająca raport z oblężonego świata, niepokoi, bo diagnozuje nasze lęki, zaskakuje, bo podsuwa co rusz inny punkt widzenia, a jednocześnie dodaje otuchy, bo dopuszcza możliwość, że w kresie zawiera się nowy początek.

 

*

 

Zyta Rudzka:

 

„Późne życie” nie ma w sobie nic z kapitulacji. Ta powieść to zapis egzystencjalnej walki. Inga Iwasiów stworzyła polifonię, która nie roniąc pojedynczego głosu, radykalizuje moc chóru i rozbraja tanatyczną wizję świata. Znakomita robota pisarska.

 

*

 

Fragment powieści:

 

Idę, bojąc się, że ten migocący bar jest moją nową fantazją. Że trzeba mi teraz szklanki piwa i żywego człowieka. Czegokolwiek, jednej z tych rzeczy nielubianych wcześniej, traktowanych z pogardą, omijanych szerokim łukiem. Pragnę tego wstrętnego, drogiego miejsca dystrybucji wina i ginu, bo nie chcę dyskretnie, w objęciach żywiołów, wyzionąć ducha, wtapiając swoje ciało w piasek. O, jakże nie chcę i jak brnę przez ogromną piaskownicę, boso i radośnie, mimo niedawnej zapaści. Nie chcę sączyć wody z bidonu, popijać kawy z termosu, jeść kanapek z razowego chleba. Zamówię stanowczym głosem campari z ginem i sokiem pomarańczowym i kieliszek czystej, colę smakową i skrzydełka z grilla. Wszystko tu nabiera wartości, staje się nową szansą, zyskaną perspektywą, rozrzutnym wyborem, głosem na rzecz życia. Kto wie czym jeszcze.

 

*

 

Inga Iwasiów – prozaiczka, literaturoznawczyni, krytyczka literacka, nauczycielka akademicka, aktywistka. Autorka powieści: „Bambino”, „Ku słońcu”, „Na krótko”, „W powietrzu”, „Pięćdziesiątka”, „Kroniki oporu i miłości”; zbioru felietonów „Blogotony”; książki autobiograficznej „Umarł mi. Notatnik żałoby”; dramatu „Dziecko”. Od 2021 roku felietonistka „Dużego Formatu”.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (20 ocen)
4
7
6
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
KateSzymaniak

Nie oderwiesz się od lektury

Współczesny, żywy język. Polifoniczna fabuła o lekko niepokojącym zakończeniu. Szczerze polecam.
00
pdefiance

Dobrze spędzony czas

kalejdoskop ludzkich losów, którego ogromną wartością dodana jest nadbałtycki urok.
00

Popularność




Inga Iwa­siów, Późne ży­cie, Oko­niny 2023
Co­py­ri­ght © by Inga Iwa­siów, 2023 Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Drza­zgi, 2023
Re­dak­cja – Fi­lip Fie­rek, Ma­ciej Ro­bert
Ko­rekta – Agata Chmie­lecka, We­ro­nika Kli­mo­wicz, Laura Moż­dżeń
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny, skład i ła­ma­nie – By Mo­use | by­mo­use.pl
Pro­jekt okładki – Sara Ma­kuch
Fo­to­gra­fia au­torki na okładce – Agata Zby­lut
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-964696-7-0
Wy­daw­nic­two Drza­zgi Oko­niny 17B 89-530 Śli­wice
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Część pierw­sza

OSADA

Pen­sjo­nat Mał­go­rzaty

Pa­trzę w lu­stro i my­ślę, że jej In­sta­gram za­trzy­mał się na ma­ry­ni­stycz­nym ob­ra­zie Aj­wa­zow­skiego. A mój? Na kwiat­kach bal­ko­no­wych z hasz­ta­giem #pięk­ny­dzień. Gdyby coś się stało, złe wie­ści zna­la­złyby do mnie drogę. Wzbu­rzone mo­rze i jej mała po­stać z za­dartą głową. Kto i kiedy zro­bił to zdję­cie? Wcho­dzę na­ło­gowo na strony, łu­dząc się, że ru­szą, po­każą ak­tu­alne po­ło­że­nie M., in­nych osób, moje. Nie za­blo­ko­wa­li­śmy się wszy­scy jed­no­cze­śnie – to coś in­nego. Ni­g­dzie jed­nak nie ogło­szono od­cię­cia me­diów spo­łecz­no­ścio­wych.

Wy­cho­dzę raź­nym kro­kiem, zde­cy­do­wana zro­bić co­dzienną trasę. Spa­cer jak zwy­kle, po pro­stu ru­tyna dla zdro­wia. W po­ło­wie drogi na­po­ty­kam męż­czy­znę ba­wią­cego się z ma­łym chłop­cem, na oko trzy-, czte­ro­lat­kiem. Pra­co­wi­cie ko­pią dół, pró­bu­jąc zdą­żyć przed ka­pry­śną, nie­re­gu­larną falą, utwar­dzić ściany tak, by woda ich nie zmyła i nie uni­ce­stwiła ma­rze­nia o pia­sko­wym mie­ście. Kto ni­gdy tego nie ro­bił, nie stał na styku przy­jem­no­ści i roz­cza­ro­wa­nia? Schy­lam się, żeby zdjąć buty, choć trwa zimne przed­po­łu­dnie i po­win­nam wró­cić, od­pa­lić kompa, spraw­dzić, czy ktoś, kto­kol­wiek, chce ode mnie cze­go­kol­wiek. Trudno ten ssący stan na­zwać złu­dze­niem. Je­stem suczką Paw­łowa – swo­bodny wy­bieg wy­daje się tylko prze­rwą mię­dzy stró­żo­wa­niem a ro­bie­niem sztu­czek. Za­czy­nam krą­żyć wo­kół nich. Są na ja­kichś wy­ję­tych z fo­remki wa­ka­cjach.

Dawno, dawno temu, w dzie­ciń­stwie, za­ło­ży­ły­śmy la­tem po­dwór­kowy klub. Było nas kilka. Na­zy­wa­ły­śmy się ko­lek­cjo­ner­kami prze­żyć. Żadna z nas nie wy­je­chała na ko­lo­nie, kry­zys przy­du­sił na­sze ro­dziny. Ode­bra­ły­śmy świa­dec­twa. Upalny czer­wiec prze­szedł w upalny li­piec. Miesz­ka­ły­śmy w kilku przy­le­ga­ją­cych do sie­bie ka­mie­ni­cach, po­łą­czo­nych we­wnętrz­nym po­dwór­kiem. Śmier­działo tam si­kami. Pew­nego dnia po­sta­no­wi­ły­śmy, że na­krę­cimy film eks­pe­ry­men­talny o pod­pa­trzo­nych mo­men­tach ży­cia lu­dzi z na­szej ulicy. Zro­bi­ły­śmy so­bie ka­merę z kar­tonu i pro­jek­tor ze sta­rej so­ko­wi­rówki. Kłó­ci­ły­śmy się czę­sto o kon­cep­cje sce­na­riu­szowe i pew­nego razu Re­nia, naj­młod­sza klu­bo­wiczka, wy­krzy­czała:

– Je­ste­ście zwy­kłe kra­dziejki, nie żadne ar­tystki, pod­słu­chu­je­cie i pod­glą­da­cie, za­bie­ra­cie cu­dze po­my­sły.

Na­sza banda przy­jęła więc na­zwę Kra­dziejki Prze­żyć, a nie­długo po­tem się roz­pa­dła, bo matki po­za­pi­sy­wały nas na mnó­stwo za­jęć po­za­lek­cyj­nych, żeby ukie­run­ko­wać ży­wioł wi­docz­nego po let­nich mie­sią­cach po­kwi­ta­nia. Ma­rzy­łam o kółku fo­to­gra­ficz­nym, ale w Pa­łacu Mło­dzieży nie było miejsc. W za­mian nu­dzi­łam się na do­dat­ko­wych lek­cjach an­giel­skiego, for­te­pianu i re­cy­ta­cji. Re­nia wy­je­chała z ro­dzi­cami do Po­zna­nia, po an­gli­styce zo­stała dzien­ni­karką li­fe­style’ową, więc pew­nie zmie­niła po­dej­ście do voy­eu­ry­zmu. Może wy­my­śla ty­tuły?

Kra­dziejka. Scenki, dia­logi. Nic spe­cjal­nego, pod­pa­try­wa­nie in­nych. Lecz roz­gę­ści­li­śmy się, przy­naj­mniej na chwilę. Jest nie­mal pu­sto, chyba tak jak za daw­nych cza­sów, gdy ko­lo­ni­stów do­wo­żono au­to­bu­sami, a reszta urlo­po­wi­czów ko­rzy­stała z ko­lejki wą­sko­to­ro­wej. Każda nowa osoba po­bu­dza wy­obraź­nię. Każdą ob­sa­dzam w moim fil­mie, se­qu­elu tam­tego, krę­co­nego kar­to­nem i wy­świe­tla­nego so­ko­wi­rówką. Nie­któ­rzy lu­dzie są po­dobni do zna­nych mi wcze­śniej, ko­lejne wątki mu­szą przy­po­mi­nać te sto­krot­nie prze­ra­biane, bo ina­czej się po­gu­bię, a tego nie chcę. Dość mi stra­chu przed sobą, przed tym, co ze mnie wy­cho­dzi i gra­suje mię­dzy drze­wami, po po­ko­jach pu­stego pen­sjo­natu, co wraca do mnie zwie­lo­krot­nione jako chrzęst, szczęk, wy­soka go­rączka. Boję się i wiem, że nie po­win­nam, nie wolno dać się po­nieść ani unie­ru­cho­mić.

Wra­cam truch­tem do pen­sjo­natu. O, są­siad z trze­ciego pię­tra, my­ślę, nie mo­gąc tra­fić w gło­wie na jego imię. Od­kle­iło się od kon­turu po­staci ra­zem z de­li­kat­nymi for­mami spiesz­czeń. Ale to nie może być on, nie prze­niósł się prze­cież bez szwanku mię­dzy war­stwami czasu. Są­siad z trze­ciego pię­tra do­bija obec­nie do sie­dem­dzie­siątki, praw­do­po­dob­nie po­zo­stał łysy i być może bawi się cza­sem z wnu­kiem, pod­rzu­ca­nym mu na wa­ka­cje przez syna i jego młodą trze­cią żonę. Nie jest tym męż­czy­zną w pełni sił, prę­żą­cym mię­śnie pod­czas pa­ko­wa­nia mo­krego pia­sku do wia­derka, ura­do­wa­nym oka­zją do za­de­mon­stro­wa­nia tę­ży­zny albo po pro­stu za­ko­cha­nym w so­bie i nie­po­trze­bu­ją­cym pu­blicz­no­ści, o którą tu, swoją drogą, co­raz trud­niej. Je­śli tam­ten żyje, nie bę­dzie przy­pie­kał so­bie przed po­łu­dniem karku, jego przy­ja­ciele prze­tarli szlaki le­cze­nia czer­niaka i ostrze­gli go sku­tecz­niej niż kam­pa­nie proz­dro­wotne. Ten, któ­rego wi­dzia­łam, nie za­po­mniał, mam na­dzieję, o kre­mie z fil­trem dla sie­bie i synka. A może, śmieję się w du­chu, nie­po­jęte siły H’ote­li­ska wy­rzu­cają na brzeg lata osiem­dzie­siąte jak w dys­to­pij­nym se­rialu young adult – tam by­łyby to ko­miksy z bo­ha­te­rami, tu ja­kaś bar­dzo roz­mięk­czona wer­sja: opieka nad ma­łym dziec­kiem jako su­per­moc na­byta w dro­dze ewo­lu­cji em­pa­tycz­nej. Wo­la­ła­bym de­kadę z cza­so­pi­smami dla ko­biet pach­ną­cymi prób­kami per­fum i z czar­nymi ko­szu­lami ku­po­wa­nymi na wyj­ścia do te­atru pod­czas po­dróży służ­bo­wych. Zna­la­zła­bym w nich ar­ty­kuły Re­natki? Moja szafa z tam­tych lat: szare na co dzień, czarne od święta, prze­ło­żone na półce kost­kami fa, lu­bia­nymi bar­dziej niż re­xona. I nie­pew­nie do­ko­op­to­wane brązy, w któ­rych po pro­stu ni­gdy ni­komu nie było do twa­rzy, ale z ja­kie­goś po­wodu prze­ma­wiały do pro­jek­tan­tek, for­su­ją­cych ko­lek­cje je­sienne w zga­szono-cie­płej ga­mie, od bu­dy­niu cze­ko­la­do­wego po brudny po­ma­rańcz.

Za­wra­cam i znów mi­jam męż­czy­znę z chłop­cem, ża­łu­jąc, że nie mam komu opo­wie­dzieć sta­rych hi­sto­rii – gło­śne ga­da­nie ma­suje zwoje mó­zgowe, po­ru­sza po­kłady pa­mięci. Mam­ro­ta­nie pod no­sem nie­po­koi, za­po­wiada dzi­wa­cze­nie. Z dru­giej strony za­wsze lu­bi­łam sa­mot­ność, go­dziny w pu­stym po­koju, w parku, na bal­ko­nie rów­no­wa­żyły in­ten­sywne by­cie z ludźmi w pracy. Ni­gdy nie za­ga­dy­wa­łam nie­zna­jo­mych, nie wda­wa­łam się w po­ga­wędki z eks­pe­dient­kami, kel­ne­rami czy ro­dzi­cami spo­ty­ka­nymi na placu za­baw, gdy i ja tam tkwi­łam, pil­nu­jąc wła­snych dzieci. Ce­ni­łam każdy kwa­drans wy­ci­sze­nia. Nie umiem ze­rwać ze sta­rymi na­wy­kami, wy­mie­niam tylko nie­zbędne uwagi z miesz­kań­cami osady, choć jest nas już te­raz mało. Nie­oto­czeni in­nymi, sta­jemy się dla sie­bie na­wza­jem wi­doczni, peł­niejsi. Cho­dzę na co­ty­go­dniowe ze­bra­nia w ko­ściele, pod­no­szę rękę za więk­szo­ścią pro­po­zy­cji, uśmie­cham się i mil­czę. Wspo­ma­gam, jak mogę, ko­lek­tyw, nie wpusz­cza­jąc ak­cji na wła­sne po­dwórko. No wła­śnie, nie wi­dzia­łam go na żad­nym ze­bra­niu.

Po­wi­nien za­brać chłopca na her­batę, wieje prze­ni­kliwy za­chodni wiatr. Adam. Są­siad miał na imię Adam, od­dy­cham z ulgą na wła­sny uży­tek, po­wstrzy­mu­jąc chęć ro­ze­śmia­nia się. Jak­żeby ina­czej, mój pra­wie pierw­szy grzech. Fu­so­wata no­stal­gia pod­cho­dzi mi do gar­dła. Jest groźna, de­mo­bi­li­zuje, robi ze mnie sfla­czałą, zzięb­niętą fi­gu­rynkę, cy­tu­jącą z pa­mięci na­zwy zna­jo­mych ulic i dia­logi z Ho­telu Za­ci­sze. Pil­nuję się na co dzień, a tu na­gle jak­bym zna­la­zła ka­setę VHS w kom­ple­cie z ma­gne­to­wi­dem. Coś trzesz­czy, śnieży, tło ciem­nawe, i na­gle duża twarz w cen­trum zwraca się pro­sto do cie­bie, bo je­steś za­pla­no­waną czę­ścią tej sceny.

Dawno nie mia­łam od niego wie­ści. Pew­nego lata ja­kieś sto ki­lo­me­trów stąd bu­do­wa­li­śmy wspól­nie z na­szymi dziećmi fosę, wsu­wa­jąc palce w pia­sek tak, żeby się do­tknąć w obec­no­ści tłumu ro­ze­bra­nych do ką­pie­ló­wek i bi­kini lu­dzi. Wszy­scy sie­dzieli bli­sko zej­ścia, choć ka­wa­łek da­lej było nie­mal pu­sto. Od ośrodka wcza­so­wego po­ło­żo­nego po dru­giej stro­nie let­ni­ska wle­kli­śmy się w żół­wim tem­pie. Przy­spie­sza­li­śmy na ostat­niej pro­stej, by przy drew­nia­nym zej­ściu rzu­cić maj­dan w piach. Gdyby ko­muś za­chciało się cze­goś z ob­le­ga­nej budy ga­stro­no­micz­nej, mie­li­śmy bli­sko. Cho­dzi­li­śmy po frytki, piwo i polo coctę, ca­łu­jąc się za wy­dmą, pewni, że w smo­li­stym upale nikt nas nie goni, bo ze­bra­li­śmy skru­pu­lat­nie wszyst­kie za­mó­wie­nia.

– Za dużo na jedną parę rąk, więc się po­święcę – de­kla­ro­wa­łam, cho­wa­jąc za­do­wo­le­nie pod kap­tu­rem pla­żo­wej na­rzutki w grzybki.

By­li­śmy do­wo­dem ist­nie­nia fe­ro­mo­nów, che­mii mi­ło­ści, nie­od­par­tej mocy za­ko­cha­nia i ła­two­ści zmy­wa­nia tego wszyst­kiego let­nią wodą w ła­zien­kach bez okien. Kto mógł za­kwe­stio­no­wać na­sze prawo do wszyst­kiego, co do­stępne? Ro­bi­li­śmy prze­cież ko­lejną re­wo­lu­cję sek­su­alną, na­oglą­dane szwedz­kich ga­ze­tek i fil­mów, za­opa­trzeni w nie­miec­kie kon­domy. Z pre­tek­stów lu­bi­łam sma­ro­wa­nie na wi­doku oliwką dla nie­mow­ląt, hi­tem wśród let­nich ko­sme­ty­ków. Dło­nie już i tak miał tłu­ste, więc prze­cho­dził od ra­mion żony i dzieci do mo­ich ple­ców. Mó­wił coś buń­czucz­nego, na gra­nicy spro­śno­ści, bo wszy­scy tak ga­dali, pół­gęb­kiem ze względu na dzieci, uro­czy­ście uświa­da­miane do­piero, gdy na ich twa­rzach po­ja­wiały się wy­pry­ski, znaki po­kwi­ta­nia. Sta­ran­ność, z jaką wcie­rał w moją skórę jacka i agatkę, roz­pa­lała mnie w środku do war­to­ści rów­nej re­kor­do­wej tam­tego roku tem­pe­ra­tu­rze po­wie­trza – trzy­dzie­stu stopni w cie­niu. Ja­cek i agatka prze­do­sta­wali się do krwi, urzą­dzali so­bie go­ni­twę w stronę mo­jego brzu­cha. Za­ci­ska­łam uda, żeby nie wy­pa­dli.

Na­szego za­cza­dze­nia nie prze­wiała bał­tycka bryza. Zmy­wa­li­śmy je z ciał we wspo­mnia­nych nie­kom­for­to­wych ła­zien­kach, po­ma­lo­wa­nych olejną farbą, przed al­ko­ho­lo­wymi po­sia­dów­kami na dwie pary mał­żeń­skie. Re­gu­lar­nie po­sta­na­wia­li­śmy zro­bić prze­rwę, nie brnąć, nie igrać z ogniem, ale prze­cież wi­dy­wa­li­śmy się nie­mal co­dzien­nie i wciąż czu­li­śmy po­żą­da­nie. Kaca i nie­po­kój o przy­szłość le­czy­li­śmy aspi­ryną, pi­wem i sek­sem. Nie by­li­śmy za­zdro­śni o współ­mał­żon­ków, lecz o in­nych po­ten­cjal­nych ko­chan­ków. Go­towi dra­pać się do krwi, wy­mu­szać na so­bie na­wza­jem de­kla­ra­cje ko­chan­kow­skiej wier­no­ści. Nie by­łam go pewna, ja­wił mi się jako naja­trak­cyj­niej­szy męż­czy­zna świata, cza­ro­wał wszyst­kie ko­biety w mie­ście. Być może w ra­mach in­ter­lu­diów ska­kał w bok gdzie in­dziej?

Zbież­no­ści były nie­unik­nione i – o dziwo – nie wy­da­wały się nudne. Sy­mul­ta­nicz­nie rzu­ca­li­śmy pa­le­nie oraz na­kle­ja­li­śmy ta­pety z Pe­wexu na ściany na­szych źle wy­koń­czo­nych wy­ma­rzo­nych miesz­kań. Świad­czy­li­śmy so­bie roz­ma­ite drobne uprzej­mo­ści. Kłó­ci­li­śmy się po wódce ze współ­mał­żon­kami. Urzą­dza­li­śmy za­wody spor­towe na bo­isku szkol­nym – on grał z dziećmi w piłkę, ja wy­my­śla­łam tur­nieje pod­sko­ków i hula-ho­opów. Wal­czy­li­śmy o za­sia­nie traw­nika mię­dzy blo­kami. Lu­bi­li­śmy miesz­kać w dzie­się­cio­pię­trowcu, ku­po­wać pro­dukty po są­siedzku, w skle­piku urzą­dzo­nym w przy­zie­miu osa­czo­nej przez wie­żowce willi. Pa­lić fajki przy pia­skow­nicy i na­rze­kać na ad­mi­ni­stra­cję. A po­tem wy­pro­wa­dzi­łam się z ro­dziną do domku po te­ściach i re­la­cja za­częła stop­niowo słab­nąć.

Tempo ży­cia w pierw­szej po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych było za­wrotne, skoń­czyły się spon­ta­niczne im­prezy z ana­na­sowo-se­rową sa­łatką i wspólne wa­ka­cyjne wy­jazdy. Ob­ra­li­śmy inne azy­muty. Wy­pro­wadzka na­stą­piła w samą porę, za mocno już ocie­ra­li­śmy się o sie­bie w kuchni i za gło­śno kłó­ci­li­śmy, ro­biąc trój­kątne ka­napki do wó­deczki, a jego żona i mój mąż byli z tych wier­nych i nie­sko­rych do eks­pe­ry­men­to­wa­nia w stylu swin­ger­sów czy choćby do sta­rej, do­brej hip­pi­sow­skiej swo­body. Po­rządni i za­pa­trzeni w przy­szłość, wie­rzyli w da­jące szczę­ście do­ra­bia­nie się, a gdzieś w środku tro­chę też, na wszelki wy­pa­dek, w ka­rzą­cego, mo­ral­nego Boga, przy­cza­jo­nego za oł­ta­rzem w pa­ra­fii, w któ­rej przy­stą­pili do swo­ich pierw­szych ko­mu­nii. Nie za­war­li­śmy ślu­bów ko­ściel­nych, ale to nie­zu­peł­nie wy­pro­siło ka­to­li­cyzm z na­szych łó­żek.

Moje mał­żeń­stwo wy­trzy­mało w domku po te­ściach nie­spełna dzie­sięć lat. Ko­rzyst­nie sprze­dane miesz­ka­nie w bloku wy­star­czyło na roz­krę­ce­nie jed­nej po­rząd­nie nie­uda­nej dzia­łal­no­ści go­spo­dar­czej, czyli hur­towni sprzętu nar­ciar­skiego. Mój mąż Pa­weł ko­chał góry i wszedł na tę ścieżkę, za­nim po­ja­wiły się w Pol­sce po­rad­niki za­chę­ca­jące do łą­cze­nia pa­sji z biz­ne­sem, ale kon­ku­ren­cja była ogromna, bo wszy­scy mieli się za cwa­nych i chcieli za­ra­biać na, jak są­dzili, wy­jąt­ko­wym hobby. Pie­nią­dze, ka­pi­ta­lizm i zwią­zek trwały w moim przy­padku – sym­bo­licz­nie – do końca wieku. Prze­łom ty­siąc­leci, prze­łom we mnie, by­łam póź­niej inną osobą, którą obec­nie też z tru­dem roz­po­znaję. Domku żal, trwa dziel­nie przy­kle­jony do osie­dla, któ­rego roz­rost utwo­rzył war­stwy de­ge­ne­ro­wa­nej przez now­sze in­we­sty­cje ar­chi­tek­tury: lata dzie­więć­dzie­siąte, prze­łom mi­le­nijny, lata pierw­sze, lata dwu­dzie­ste... Kar­ło­wata łu­pinka zbu­do­wana przez nie­miec­kich wiel­bi­cieli od­lu­dzia ucho­wała się siłą pro­te­stów wpły­wo­wej wspól­noty pio­nie­rów Ziem Od­zy­ska­nych i ich spad­ko­bier­ców. Z sen­ty­men­tem my­ślę o do­meczku, choć nie był wy­godny. Po roz­wo­dzie ku­pi­łam dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie. W sam raz dla jed­nej osoby, ale po­cząt­kowo miesz­ka­łam w nim z dwoj­giem dzieci – star­szym Ada­siem i młod­szą Ja­gódką.

Dla­czego go­lił głowę?

– Za­kola po­szły mi przed ma­turą – po­wie­dział, le­żąc na moim na­gim po­dołku, że­bym mo­gła wy­ci­snąć mu wą­gry z ple­ców. Za­cho­wy­wa­li­śmy się po sek­sie jak za­do­wo­lone bo­nobo. – Włosy mia­łem za­wsze marne, a wiesz, co się mówi o ły­sych?

Do­tknę­łam ma­łej bli­zny scho­wa­nej za jego pra­wym uchem. Pa­so­wała do opuszka palca.

– Nie wiem, co się mówi o ły­sych – pro­wo­ko­wa­łam. Sku­tecz­nie. Słod­kie, doj­mu­jące dru­gie razy wy­wo­ły­wały ja­sne sny.

O czym roz­ma­wia­li­śmy we czworo? O in­nych lu­dziach? Pla­nach? Dzie­ciach? Ogrom­nych prze­bit­kach na czymś, co oka­zy­wało się cał­ko­wi­cie nie­cho­dliwe? O nar­tach, które wy­niosą nas na praw­dziwe szczyty, gdy sprze­damy je spra­gnio­nym eks­klu­zyw­nych wa­ria­cji nu­wo­ry­szom z ni­zin? O kom­pu­te­rach Atari, które miały pra­co­wać za lu­dzi w urzę­dach, a z cza­sem, sta­wiane w każ­dym domu, prze­jąć nad nami pełną kon­trolę? O Dirty Dan­cing (wi­dzia­nym w ki­nie Ko­smos) lub Em­ma­nu­elle (w Dys­ku­syj­nym Klu­bie Fil­mo­wym)? Dzie­ciom pusz­cza­li­śmy w kółko na­grane z te­le­wi­zji bajki Di­sneya, żeby je na tro­chę uspo­koić, za­nim ob­je­dzone sma­żo­nymi pa­rów­kami z żół­tym se­rem i opite mi­rindą po­sną po­ko­tem, da­jąc nam czas na drin­ko­wa­nie.

Spo­tkany na plaży męż­czy­zna, przy­po­mi­na­jący nieco Adama, wy­wa­bił go na­gle z kap­suły ko­smicz­nej sta­cjo­nu­ją­cej na Ziemi czter­dzie­ści lat temu. Czy Adam też zo­ba­czył któ­re­goś dnia ko­bietę zbie­ra­jącą mu­szelki i po­ma­chał do niej, za­nim uświa­do­mił so­bie, że nie mo­głam za­cho­wać tak jędr­nych po­ślad­ków, gład­kiego czoła i sprę­ży­stych ru­chów, na­wet gdy­bym pod­dała się ope­ra­cjom pla­stycz­nym, na co się, rany bo­skie, nie za­nosi? Lecz kto wie, może ludz­kość po­sta­nowi przed koń­cem zu­żyć świa­towe za­soby kwasu hia­lu­ro­no­wego, ma­ga­zyny zo­staną ogra­bione i nie­mal nikt się nie ustrzeże. Je­den raz, je­den je­dyny, roz­wa­ża­łam zro­bie­nie ta­tu­ażu i je­den je­dyny raz da­łam się ostrzyk­nąć. Obie eks­tra­wa­gan­cje miały zwią­zek z nową mi­ło­ścią. Re­gres do jędr­nych pół­dup­ków wy­ma­gałby ja­kie­goś spek­ta­ku­lar­nego wy­zwa­nia, na przy­kład randki z Ca­the­rine De­neuve scho­dzącą z planu Pięk­no­ści dnia. Adam, wy­cią­ga­jąc moje imię z nie­uży­wa­nej szu­fladki w mó­zgu, po­ło­żyłby so­bie dłoń na gło­wie, przy­ci­ska­jąc sta­ran­nie mał­żo­winę uszną. W prze­szło­ści ta sztuczka wy­wo­ły­wała ob­razy – opusz­cza­li­śmy się w śro­dek lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych, w jego i moje dzie­ciń­stwo, w ciem­nawe i śli­skie po­bliże dru­giej wojny, która prze­mie­ściła jego i moją ro­dzinę, stwa­rza­jąc oka­zję na­szemu ro­man­sowi. Hi­tler i Sta­lin ze­tknęli ich, a oni nas.

A może prze­mknę­łam mu mię­dzy pół­kami w hi­per­mar­ke­cie, przez co nie ku­pił ulu­bio­nych płat­ków śnia­da­nio­wych no­wej są­siadce z pod­miej­skiego osie­dla, zra­ża­jąc ją do sie­bie ko­lejny raz i od­da­la­jąc przy­ję­cie oświad­czyn.

W każ­dym ra­zie na pewno nie mam jędr­nych, gład­kich, wy­ćwi­czo­nych żad­nych czę­ści ciała, cho­ciaż za­cho­wa­łam za­ska­ku­jąco do­brą kon­dy­cję. Nie staję przed czyn­nym raz w ty­go­dniu punk­tem gmin­nego ośrodka zdro­wia, dzwo­nię tylko do swo­jej miej­skiej przy­chodni, w któ­rej te­le­fon bez względu na porę dnia od­biera za­wsze ta sama ana­lo­gowa re­je­stra­torka. Na szczę­ście trwa na po­ste­runku, dzięki czemu nie szu­kam oka­zji w dark­ne­cie, tylko ku­puję ap­teczne dragi. Głos le­gal­nej me­dy­cyny wita mnie ra­do­śnie, jakby moje po­trzeby far­ma­ceu­tyczne były po­wo­dem do świę­to­wa­nia, i pyta, czy nie po­trzeba mi cze­goś wię­cej, su­ge­ruje, że po­win­nam ro­bić za­pasy, po czym ży­czy mi dużo zdro­wia, a kod re­cepty przy­cho­dzi ese­me­sem w ciągu kwa­dransa. No tak, to się im bar­dzo udało, ten sys­tem, zu­peł­nie jakby re­ali­za­cja prze­targu na opro­gra­mo­wa­nie na­stą­piła w ja­kimś in­nym miej­scu świata. Działa na­wet te­raz, gdy tyle in­nych me­cha­ni­zmów za­wo­dzi. Moje leki są nie­mal za­wsze do­stępne w miej­sco­wej ap­tece. Raz czy dwa cze­ka­łam na nie parę dni, ale wresz­cie przy­je­chały w kop­cą­cym sta­rym audi z pa­nią ma­gi­ster i nie mu­sia­łam oso­bi­ście wy­pra­wiać się do mia­sta. Nici z pla­nów przej­ścia na hy­brydy, my­ślę, wi­dząc audi i mi­mo­wol­nie wstrzy­mu­jąc od­dech.

Tak, czas ob­cho­dził się ze mną ła­god­nie, a te­raz, zdaje się, sta­nął w miej­scu. Po­stę­po­wa­łam ry­zy­kow­nie – pra­co­wa­łam in­ten­syw­nymi zry­wami, a po­tem prze­cho­dzi­łam w tryb za­ga­pie­nia, po­le­gi­wa­nia, po­ja­da­nia i wy­wo­ły­wa­nego far­ma­ko­lo­gicz­nie snu. Pi­łam wino, bo moc­niej­sze trunki szyb­ciej zmu­szały mnie do ko­lej­nej fazy że­la­znej abs­ty­nen­cji, ale i tak po­win­nam być bar­dziej spo­nie­wie­rana, niż je­stem. Nie wia­domo jed­nak, jak bę­dzie, gdy wrócę znad mo­rza do mia­sta, do miesz­ka­nia re­mon­to­wa­nego per­ma­nent­nie i nie­sku­tecz­nie, albo do­kąd­kol­wiek, a być może nie wy­jadę, może uda mi się zo­stać tu na za­wsze. Moje miesz­ka­nie, wszyst­kie miesz­ka­nia w mie­ście mogą ob­ró­cić się w perzynę lub zo­stać przy­dzie­lone po­trze­bu­ją­cym, więc nie warto na­sta­wiać się na po­wrót. Nie­wiele pla­nuję i rzadko po­dej­muję de­cy­zje. Jak­bym po­brała na­uki od ja­kie­goś guru „tu i te­raz”, ale cho­dzi ra­czej o po­wścią­gli­wość w oce­nach ży­cia in­nego niż to, które wła­śnie do­maga się mo­jej uwagi. I le­piej nie pla­no­wać za dużo, wi­duję pod czynną trzy razy w ty­go­dniu ap­teką osoby po­grą­żone w de­pre­sji i my­ślę, że ci ko­lej­ko­wi­cze re­kru­tują się spo­śród naj­bar­dziej przy­wią­za­nych do idei nor­mal­no­ści.

Także te­raz, gdy przy­pada nas tu za­le­d­wie kil­ka­na­ście osób na ki­lo­metr kwa­dra­towy, bo stop­niowo wy­je­chały na­wet uchodź­czy­nie, w po­wie­trzu unosi się ja­kiś swąd. Przed­wczo­raj, gdy ze­szłam na plażę, smog utwo­rzył ma­low­ni­czą za­słonę nad wi­doczną stam­tąd czę­ścią wy­brzeża. Pró­bo­wa­łam wy­tro­pić, skąd idzie dym. Nad H’ote­li­skiem nie ga­śnie łuna. Twier­dzą, że nie trują, od­pro­wa­dzają pro­dukty uboczne bez­po­śred­nio do zbior­ni­ków prze­twór­czych, jak czy­ta­łam w ich ma­te­ria­łach pro­mo­cyj­nych. Ale ja i tak czuję dziwny za­pach, po­mie­szany z czymś słod­kim, per­fu­me­ryj­nym. Naj­wy­raź­niej na­wet obec­nie, a może zwłasz­cza obec­nie, gdy każdy dym z ko­mina sta­nowi wy­ją­tek, się nie pod­dają – mu­szą zro­bić swoje i udo­wod­nić, że aku­rat im nikt ni­czego nie na­rzuci. Nie wie­rzą we fra­jer­ską eko­lo­gię.

Nie pierw­szy raz się po­my­li­łam, pa­trząc na młod­szego ode mnie o kilka de­kad jak na ko­goś bli­skiego. Drę­czy mnie prze­czu­cie, że kie­dyś nie roz­po­znam w ja­kimś starcu lub sta­ruszce czło­wieka, z któ­rym prze­ży­łam lata. Obo­jęt­nie minę Pawła albo są­siada z trze­ciego pię­tra. Nie od­po­wiem na po­zdro­wie­nie jego ner­wo­wej, pe­dan­tycz­nej żo­nie Vio­let­cie. Tak, ma na imię Vio­letta, bar­dzo do niej wów­czas pa­so­wało. Lu­biła ro­bić za­kupy i za­wsze za­glą­dała przez ra­mię dzie­ciom od­wi­ja­ją­cym z gumy do żu­cia ob­razki – jakże się na nie mó­wiło? Hi­sto­rie? Hi­sto­ryjki? Do­kła­dane do gumy, ale nie tylko, do róż­nych pro­duk­tów (i do płat­ków!) wów­czas uwa­ża­nych za no­wo­cze­sne, nie­mal luk­su­sowe. Cie­kawa sprawa, nie tak dawno ce­ni­li­śmy so­bie małe fa­bułki na­ry­so­wane i opa­trzone na­pi­sami, mi­ni­ko­miksy, do któ­rych dzieci i do­ro­śli chcieli się do­rwać bar­dziej niż do prze­ką­ski. I te­raz wi­dzę Vi w jej kuchni nie­róż­nią­cej się od mo­jej kuchni (me­ble z tej sa­mej fa­bryki w Go­le­nio­wie, wy­stane w ko­lejce w tym sa­mym skle­pie zwa­nym sa­lo­nem fa­brycz­nym), ubraną w far­tu­szek (ja nie no­si­łam po­dob­nego), mie­sza­jącą coś tam na pa­telni, uśmiech­niętą, ufry­zo­waną. O tak, ro­bi­ły­śmy so­bie trwałą jak na­sze bab­cie i matki, uni­wer­salna moda, fry­zjer­stwo zmie­niało się po­woli. Z ust Vi wy­do­bywa się dy­mek z wście­kłym: „Od­pier­dol się od mo­jego Mi­sia, bo pójdę do rady za­kła­do­wej na skargę i nie do­sta­nie­cie przy­działu na wa­ka­cje”.

Skra­ca­li­śmy imiona, żeby brzmiały za­gra­nicz­nie. Vi, Mi, Do, Fa. Czy ja też tak mó­wi­łam? Może mil­cza­łam w od­po­wied­nich miej­scach, a może by­łam kimś in­nym, niż te­raz mi się wy­daje, bar­dziej wy­lu­zo­waną i lekko in­fan­tylną wer­sją sie­bie? Ja, Mago, od dawna tak nie­na­zy­wana, z moim Pa, któ­remu w ko­lej­nej de­ka­dzie zro­bi­łam grzeczne „pa, pa”. A jed­nak ży­li­śmy dość in­tym­nie pię­tro nad pię­trem, więc te­raz obo­jętne mi­nię­cie Vi lub Mi by­łoby bar­dzo nie­przy­jemne i nie­spra­wie­dliwe, aż dresz­cze mnie prze­cho­dzą na tę moż­li­wość. Bar­dzo praw­do­po­dobną, po­nie­waż wszyst­kie ule­gły­śmy kilku trans­for­ma­cjom, wy­glą­damy obec­nie zde­cy­do­wa­nie le­piej niż wów­czas, gdy na­sze włosy utrzy­my­wał w po­rządku pan­cerny la­kier, a nasi męż­czyźni no­sili pra­so­wane w kant spodnie. Kto je pra­so­wał? Za­leży, nie­któ­rzy wy­nie­śli z do­mów tę umie­jęt­ność jako wy­ją­tek po­śród po­gar­dza­nych bab­skich ob­rząd­ków. Nie lu­bi­łam że­lazka, ale ten je­den raz, gdy udało nam się sko­or­dy­no­wać de­le­ga­cje i za­miesz­ka­li­śmy na dwie doby w ob­skur­nym po­ko­iku w ma­łym mia­steczku mię­dzy Szcze­ci­nem a Po­zna­niem, wy­jeź­dzi­łam mu na gładko białą ko­szulę, cze­ka­jąc, aż wyj­dzie spod prysz­nica. Sta­łam usłuż­nie z jesz­cze go­rącą, wy­peł­nia­jąc skró­towo ry­tuał mę­sko-dam­skiej do­mo­wo­ści. I chwa­tit, jak się mó­wiło ko­smo­po­li­tycz­nym ję­zy­kiem koń­cówki de­mo­lu­dów.

Za­wra­cam, żeby jesz­cze raz spoj­rzeć na męż­czy­znę z chłop­cem. Pod­nosi głowę, chyba zdzi­wiony moją obec­no­ścią. Fak­tycz­nie, pra­wie nikt nie spa­ce­ruje, chyba że z psem. Osób wy­glą­da­ją­cych na urlo­po­wi­czów też ra­czej nie wi­duję na od­cinku, który prze­mie­rzam. Cie­kawe, czy cze­kają na ko­goś, na ja­kąś ko­bietę, czy miesz­kają w po­bliżu? Nie za­py­tam. Ko­lejny na­wrót na­ra­ziłby mnie na kon­fron­ta­cję, więc udaję za­pa­trzoną w mi­jane ka­myki zbie­raczkę idącą za tro­pem i scho­dzę z li­nii ich wzroku. Oni zaś nikną, ale jesz­cze się po­każą.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Książki, które uka­zały się na­kła­demWy­daw­nic­twa Drza­zgi:

ZYTA ORY­SZYN, Najada

BAR­BARA WOŹ­NIAK, Nie­jedno

UNICA ZÜRN, Trąby je­ry­choń­skie,prze­ło­żyły Mał­go­rzata Łu­ka­sie­wicz i Ma­ryna Ochab

EVA ME­IJER, Zwie­rzęta mó­wią,prze­ło­żyli Alek­san­dra Ma­łecka i Mi­łosz Bie­drzycki

AL­BERTO MAN­GUEL, Po­że­gna­nie z bi­blio­teką,prze­ło­żył Mi­chał Ta­ba­czyń­ski

OLGA GÓR­SKA, Nie wszy­scy pój­dziemy do raju

ARIANE KOCH, Gość