Powrót Prometeusza. Przeciw bogom AI - Magda Gacyk - ebook + książka
NOWOŚĆ

Powrót Prometeusza. Przeciw bogom AI ebook

Magda Gacyk

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Ludzkość bardzo potrzebuje kolejnego Prometeusza.

Czy się pojawi?

Sztuczna inteligencja a człowiek.

Humanistyczne spojrzenie na cyfrowo-informatyczny świat w jego najbardziej rewolucyjnej odsłonie. Z nadzieją, jak wiele dzięki AI możemy zyskać w medycynie, rolnictwie, naukach ścisłych i społecznych, a nawet w duchowości. I z obawami, czy jako gatunek jesteśmy gotowi na posiadanie aż tak potężnego narzędzia.

Czy niemal boska technologia okaże się dla nas zbawienna, czy stanie się raczej przyczyną naszej zagłady?

Czy w ludziach zwycięży prometejskie pragnienie doskonalenia świata, czy bezmyślna chciwość oraz niepohamowana żądza zysku i władzy?

Na razie triumfuje to drugie, tymczasem gra toczy się o przetrwanie naszego gatunku.

Przyszłość zaczyna się dzisiaj.

Następnej może już nie być...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 180

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Magda Gacyk, 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA, 2026

Redak­tor pro­wa­dzący: Michał Zarzycki, mza­rzycki@gru­pazpr.pl Korekta: Kata­rzyna Pikosz Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Piotr Tara­siuk

Wydawca: TIME SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@har­de­wy­daw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

ISBN 978-83-8343-801-6 War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Moim synom oraz tym, któ­rzy przyjdą po nich,z nadzieją, że zajdą dalej, niż się­gają moje słowa

Preludium. Przeciw bogom AI

Pre­lu­dium

Prze­ciw bogom AI

Z ustępu skal­nego pod szczy­tem Kazbeku widać wiele i nie­wiele. Zależy, gdzie pad­nie wzrok. Powy­żej jawi się, zawie­szona na czubku jed­nego z wul­ka­nicz­nych stoż­ków, nie­ru­choma chmura soczew­kowa. Niżej – wyraźny frag­ment zbo­cza tego maje­sta­tycz­nego stra­to­wul­kanu. Żleby pokryte jesz­cze śnie­giem. Dalej, aż po hory­zont, ostre wierz­chołki naj­wyż­szych gór Kau­kazu i łagod­niej­sze linie zie­lo­nych wzgórz. Gdzieś w oddali można zauwa­żyć punk­cik kilku budowli: drew­nia­nego kościółka, paster­skiego sza­łasu i potęż­nego schro­ni­ska dla śmiał­ków, któ­rzy zamie­rzają wspiąć się na naj­bar­dziej mityczną górę Gru­zji.

Górę, która – roz­ka­zem wszech­po­tęż­nego Zeusa – stała się wiecz­nym wię­zie­niem Pro­me­te­usza. To tam wła­śnie miał odby­wać nie­koń­czącą się karę za kra­dzież ognia i bez­prawne poda­ro­wa­nie go ludz­ko­ści. Tam miał wisieć, przy­kuty do skały, a gigan­tyczny orzeł codzien­nie wydzio­by­wał mu wątrobę, która wciąż odra­stała. Według naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nej wer­sji mitu mon­stru­alne pta­szy­sko było potom­kiem dwóch potwo­rów: poczę­tego bez udziału męż­czy­zny Tyfona oraz żywią­cej się ludz­kim mię­sem Echidny. Jest jed­nak alter­na­tywna wer­sja. Według niej orzeł był auto­ma­to­nem, robo­tycz­nym pta­kiem z brązu, skon­stru­owa­nym przez boga ognia, Hefaj­stosa. Tech­no­lo­gia za tech­no­lo­gię.

Z półki skal­nej, na któ­rej ma po wieczne czasy wisieć tytan, który przy­niósł ludziom techné, pierw­szą i naj­waż­niej­szą naon­czas umie­jęt­ność korzy­sta­nia z ognia, Pro­me­te­usz nie może zoba­czyć, jak tysiące lat póź­niej ludz­kość wyko­rzy­stuje wła­ści­wo­ści pło­mie­nia. Nie widzi hut z roz­grza­nymi do czer­wo­no­ści kon­wer­to­rami i pie­cami mar­te­now­skimi, nie widzi dymią­cych komi­nów elek­trowni, nie widzi kon­tro­lo­wa­nego ognia, sto­so­wa­nego pod­czas utle­nia­nia ter­micz­nego w pro­duk­cji pół­prze­wod­ni­ków, nie widzi zie­ją­cych ogniem rakiet, odpa­la­nych w kosmos. Nie widzi, jak bar­dzo ludz­kość wciąż czer­pie z mitycz­nego daru. I nie widzi, że czas tyta­nów wydaje się dobie­gać końca. Nie widzi, że nowo­cze­sne tech­no­lo­gie to coraz czę­ściej dar, który oka­zuje się puszką Pan­dory, że inno­wa­cje stają się pre­sti­żową kartą prze­tar­gową w rękach miliar­de­rów, że wyścig kosmiczny zmie­nia się w sta­tu­sową zabawę tech­no­kra­tów i że ludz­kość two­rzy nowe wyna­lazki, jed­no­cze­śnie nie mogąc nadą­żyć za sta­rymi.

W tej chwili tech­no­lo­gią du jour jest sztuczna inte­li­gen­cja i wszyst­kie zmiany z nią zwią­zane, ale za rogiem cze­kają już kolejne tech­no­re­wo­lu­cje. Przede wszyst­kim te, zwią­zane z bio­lo­gią syn­te­tyczną i tech­no­lo­giami kwan­to­wymi. Mogą one wpraw­dzie wpro­wa­dzić jesz­cze wię­cej cha­osu i zamie­sza­nia niż dotych­cza­sowe prze­ło­mowe odkry­cia i wyna­lazki, ale jed­no­cze­śnie mogą pchnąć świat do przodu. Na nowe, nie­znane jesz­cze ścieżki. Dla­tego w tych cza­sach bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek potrzeba Pro­me­te­uszy, z ich bun­tem prze­ciwko nie­spra­wie­dli­wo­ści, hero­iczną postawą i odda­niem. Warto ich odszu­kać…

01000001 01100001. Dolina Mózgowców i nowa rewolucja Doliny Krzemowej.

01000001 01100001

Dolina Mózgow­ców i nowa rewo­lu­cja Doliny Krze­mo­wej.

Czyli tam, gdzie powstają inno­wa­cyjne algo­rytmy

Feniks. Mit rezo­nu­jący w Doli­nie Krze­mo­wej naj­moc­niej. Opo­wieść o nie­zwy­kłym ptaku – nie­spo­ty­ka­nie mądrym, potęż­nym i pięk­nym, który nie tylko prze­czu­wał kres swo­jego ist­nie­nia, ale przy­go­to­wy­wał się do śmierci, budu­jąc gniazdo z suszo­nych ziół i won­nych kwia­tów, spa­ja­jąc je żywicą kadzi­dłową – stała się tam lejt­mo­ty­wem. Gniazdo to sta­wało się sto­sem, na któ­rym ptak doko­ny­wał samo­spa­le­nia, by po trzech dniach odro­dzić się na nowo. Naj­pierw jako czerw, a potem jako pisklę, by wresz­cie móc poka­zać się w całej swo­jej oka­za­ło­ści: z potęż­nymi szpo­nami i dzio­bem, mie­nią­cym się kolo­rami jak macica per­łowa, ze szma­rag­do­wymi oczyma i pur­pu­rowo-zło­tym upie­rze­niem.

Dolina Krze­mowa odra­dzała się jak feniks z popio­łów już kil­ku­krot­nie w swo­jej histo­rii. Nie zmógł jej ani krach dotco­mów na prze­ło­mie wie­ków, ani kry­zys finan­sowy w 2008 roku, ani pan­de­mia. Z każ­dego kry­zysu wycho­dziła cało, choć nie bez szwanku. Potra­fiła odbu­do­wać się od nowa, w nieco innym kształ­cie, z nieco innymi ambi­cjami i celami, ale wciąż z nie­wy­czer­pa­nym poten­cja­łem. Teraz trwa w kolej­nym swoim wcie­le­niu. Innym niż poprzed­nie. Bar­dziej cynicz­nym, bar­dziej prag­ma­tycz­nym. Do lamusa odło­żono wcze­śniej­sze ide­ały, prze­ko­na­nie, że ta „sto­lica prze­ło­mo­wych tech­no­lo­gii” zaofe­ruje światu roz­wią­za­nia na wszyst­kie bolączki: wojny, głód, ubó­stwo, cho­roby… A także śmierć.

Sym­bo­liczną zmianą stało się usu­nię­cie z opisu misji Google’a motta, które było dum­nie powta­rzane przez pra­cow­ni­ków tej tech­kor­po­ra­cji: „Nie rób zła!”. Hasło znik­nęło, gdy wydało się, że firma – wbrew swoim wcze­śniej­szym zapo­wie­dziom, że stwo­rzone przez nią roz­wią­za­nia tech­no­lo­giczne nie będą słu­żyć prze­my­słowi zbro­je­nio­wemu – współ­pra­cuje z woj­skiem i ma pod­pi­sany kon­trakt z Pen­ta­go­nem.

Dolina Krze­mowa trze­ciej dekady dwu­dzie­stego pierw­szego wieku to wciąż tech­no­lo­giczny feniks, ale taki, który już więk­szość czasu spę­dza w bez­piecz­nym i zasob­nym gnieź­dzie. Tech­kor­po­ra­cje, takie jak Wielka Piątka, czyli: Alpha­bet (firma para­sol dla Google’a, YouTube’a oraz powią­za­nych z nimi firm i start-upów), Apple, Ama­zon, Meta i Micro­soft nie tylko roz­ro­sły się do mon­stru­al­nych, mono­po­li­stycz­nych roz­mia­rów i okrze­pły, ale także zesztyw­niały. Są mniej ela­styczne, mniej skore do sza­lo­nych, ryzy­kow­nych dzia­łań, które cha­rak­te­ry­zo­wały Sili­con Val­ley u schyłku poprzed­niego stu­le­cia i na prze­ło­mie wie­ków.

Nie zna­czy to jed­nak, że region prze­cho­dzi okres sta­gna­cji. Wręcz prze­ciw­nie. Wciąż rośnie i się roz­wija, ale są to wzrost i roz­wój znacz­nie bar­dziej prze­wi­dy­walne i obli­czalne niż wcze­śniej, choć na­dal kotłuje się tam w inno­wa­cyj­nym tyglu. Dolina Krze­mowa to w końcu prze­mysł nie­ustan­nej zmiany. Piwo­tów i wolt. Nie­koń­czą­cych się rein­kar­na­cji. Pęcz­nie­nia kolej­nych biz­ne­so­wych baniek. Kra­chów i kata­strof. Nie­ustan­nego zaci­ska­nia się i luzo­wa­nia tak zwa­nej pętli biz­ne­so­wej zagłady – jak o funk­cjo­no­wa­niu w Sili­co­nVal­ley mówią techies, mający świa­do­mość, że tylko osiem pro­cent z około dwu­na­stu tysięcy lokal­nych start-upów prze­trwa na rynku. Reszta albo zban­kru­tuje, albo wyda wszyst­kie pozy­skane fun­du­sze, albo wyczer­pana szu­ka­niem inwe­sto­rów zamknie dzia­łal­ność. Trupy tych firm grze­bie się po cichu, zacie­ra­jąc ślady, a przed­się­biorcy na ogół pró­bują szczę­ścia w kolej­nym pro­jek­cie. Wie­dzą, że liczy się wytrwa­łość i adap­to­wa­nie do zmie­nia­ją­cych się warun­ków brze­go­wych.

Dla­tego branża IT na­dal anek­tuje coraz więk­szą prze­strzeń San Fran­ci­sco Bay Area, obszaru poło­żo­nego mię­dzy San Fran­ci­sco na pół­nocy, San Jose na połu­dniu, a Pacy­fi­kiem i górami Santa Cruz na zachód oraz wybrze­żem Zatoki San Fran­ci­sco na wschód. To już nie tylko pół­prze­wod­niki, kom­pu­tery, smart­fony i inter­net. To coraz bar­dziej bio­tech­no­lo­gia, a także zie­lona ener­gia. Powstają nowe kam­pusy dużych firm, budynki prze­my­słowe prze­ra­biane są na labo­ra­to­ria. Dolina się dosto­so­wuje i dywer­sy­fi­kuje.

Prze­cho­dziła różne koleje losu. Jesz­cze w latach czter­dzie­stych sta­no­wiła owo­cowe zaple­cze dla całego stanu. Po obu stro­nach polnych dróg, które wiły się pośrodku niecki, sadzono rzędy nisko­pien­nych drzew. Hodo­wano brzo­skwi­nie, morele i jabłka, ale naj­więk­szą chlubę przy­nio­sły regio­nowi węgierki, które suszono i sprze­da­wano tonami w całym kraju. Ame­ry­ka­nie nie gusto­wali szcze­gól­nie w suro­wych śliw­kach, ale suszone cenili jako „natu­ralny śro­dek prze­czysz­cza­jący”.

W cza­sach Wiel­kiego Kry­zysu, a potem dru­giej wojny świa­to­wej trzeba było zaci­skać pasa i media pod­su­wały prze­pisy na potrawy wege­ta­riań­skie, pod­kre­śla­jąc zna­cze­nie błon­nika dla zdro­wia układu pokar­mo­wego. Jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych pro­mo­to­rów kuchni jar­skiej był John Harvey Kel­logg, wyna­lazca kuku­ry­dzia­nych płat­ków śnia­da­nio­wych i masła orze­cho­wego. Pro­mo­wał wpraw­dzie nie tylko dietę roślinną, ale też „higienę rasową” i euge­nikę, ale Ame­ry­ka­nie słu­chali i kali­for­nij­skie zagłę­bie sadow­ni­cze rosło w siłę.

Sytu­acja zaczęła zmie­niać się kilka lat po woj­nie, kiedy w Doli­nie Krze­mo­wej, która ofi­cjal­nie nosiła wów­czas nazwę Doliny Zachwytu Serca (Val­ley of Heart’s Deli­ght) zaczęli poja­wiać się pierwsi przed­się­biorcy inno­wa­to­rzy, zde­gu­sto­wani skost­nia­łymi i kon­ser­wa­tyw­nymi meto­dami wdra­ża­nia inno­wa­cyj­nych pro­duk­tów i pro­wa­dze­nia inte­re­sów na Wschod­nim Wybrzeżu. Z cza­sem miej­sce to stało się mekką nie tylko dla naukow­ców i wyna­laz­ców, ale i dla inwe­sto­rów. Sand Hill Road w Palo Alto na­dal pozo­staje ulicą o naj­więk­szej kon­cen­tra­cji kapi­tału inwe­sty­cyj­nego na całym świe­cie.

Sili­con Val­ley stwo­rzyła uni­ka­towy eko­sys­tem. Jak się oka­zało, nie tylko wyjąt­kowy, ale nie­pod­ra­bialny, choć wielu pró­bo­wało, ogła­sza­jąc jej sobo­wtóry w róż­nych czę­ściach świata. Wszyst­kie oka­zy­wały się pod­rób­kami. Nie­które wyjąt­kowo nie­zdar­nymi.

Przez dekady Dolina Krze­mowa była benia­min­kiem świata. W opi­nii publicz­nej zasie­dlali ją herosi inno­wa­cji, współ­cze­śni Pro­me­te­usze, któ­rzy mieli przy­no­sić ludz­ko­ści dary w postaci tech­no­lo­gii zmie­nia­ją­cej świat na lep­sze. Więk­szość z tych nadziei oka­zała się płonna. Nie roz­pra­wiono się z naj­więk­szymi pro­ble­mami nęka­ją­cymi pla­netę, pozwo­lono za to pre­ze­som, dyrek­to­rom i wyso­kiej rangi mene­dże­rom boga­cić się bez umiaru i zasie­dlać pan­teon biz­ne­so­wych tuzów.

„Kolebka glo­bal­nych inno­wa­cji” ponow­nie zaczęła prze­po­czwa­rzać się jakąś dekadę temu.

W 2017 roku pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych został Donald John Trump i nagle się oka­zało, że nie jest on takim fanem tech­no­kra­cji jak poprzedni rezy­denci Bia­łego Domu, co zagro­ziło spe­cy­ficz­nemu ustro­jowi poli­tycz­nemu panu­ją­cemu w Sili­con Val­ley, nazy­wa­nemu tech­no­li­ber­ta­ria­ni­zmem, a hoł­du­ją­cemu zasa­dzie: „Wol­noć, Tomku, w swoim domku!”, czyli „swo­boda inno­wa­cji i brak inge­ren­cji rzą­do­wych”.

Tech­ma­gnaci mieli zbyt dużo do stra­ce­nia, by pozwo­lić admi­ni­stra­cji fede­ral­nej wkro­czyć na ich teren i zacząć się sza­ro­gę­sić z pro­po­zy­cjami regu­la­cji i roz­bi­ja­nia mono­poli. Przez pierw­szą kaden­cję Trumpa trwała wojna pod­jaz­dowa mię­dzy pre­zy­den­tem a sze­fami naj­więk­szych tech­kor­po­ra­cji. Nikt jej nie wygrał, ale kiedy przy­szedł czas na kolejne star­cie, pod­czas dru­giej pre­zy­den­tury, obie strony grały już według innych zasad. Naj­bo­gatsi Doliny Krze­mo­wej uko­rzyli się przed Trum­pem, oba­wia­jąc się utraty intrat­nych, fede­ral­nych kon­trak­tów. Pre­zy­dent zaczął dyk­to­wać warunki, a tech­no­kraci zaczęli je przyj­mo­wać.

Sym­bo­liczna dla tej rap­tow­nej zmiany wize­runku całej Doliny Krze­mo­wej z libe­ral­nej i demo­kra­tycz­nej na kon­ser­wa­tywną i zacho­waw­czą stała się oso­bi­sta zmiana emploi Marka Zuc­ker­berga, szefa Mety, który na kołku zawie­sił swoje kla­syczne bluzy z kap­tu­rem i dżinsy i zaczął poka­zy­wać się w sty­li­za­cjach god­nych rapera z Comp­ton – włą­cza­jąc w to złoty łań­cuch i sztuczny zarost – i opo­wia­dać o tym, jak to w kul­tu­rze korpo potrzeba „wię­cej męskiej ener­gii”, bo firmy stra­ciły pazur, a „odro­bina agre­sji w pracy ma swoje uza­sad­nie­nie” i „nikomu jesz­cze nie zaszko­dziła”.

Nie­po­szla­ko­wana repu­ta­cja Sili­con Val­ley zaczęła gwał­tow­nie piko­wać w dół. Mało kto chwa­lił, wielu ganiło. Z roz­piesz­czo­nego benia­minka zmie­niła się w ulu­bio­nego chłopca do bicia. Coraz wię­cej eks­per­tów odtrą­biało osta­teczny upa­dek Doliny Krze­mo­wej. Nie eko­no­miczny, a moralny. Wyli­czano wszyst­kie grze­chy główne: tucze­nie się sze­fów kosz­tem pod­wład­nych, blo­ko­wa­nie powsta­wa­nia związ­ków zawo­do­wych, przed­kła­da­nie zysku nad wszystko inne, aro­gan­cję i brak empa­tii wobec sytu­acji pra­cow­ni­ków, wci­ska­nie klien­tom nie­spraw­dzo­nych pro­duk­tów, a wresz­cie brak praw­dzi­wie rewo­lu­cyj­nych inno­wa­cji.

Tech­no­lo­giczny pępek świata miał stać się współ­cze­sną Sodomą i Gomorą. Koniec obwiesz­czono jed­nak za wcze­śnie. Pod koniec 2022 roku Ope­nAI wypu­ściło pierw­szą wer­sję pro­gramu ChatGPT. I znów wszystko się zmie­niło. Znów – na poły z nadzieją, na poły z prze­stra­chem – zaczęto obser­wo­wać Dolinę Krze­mową. A wła­ści­wie nie całą Dolinę, a San Fran­ci­sco, bo to tam mie­ści się teraz swo­ista „baza dowo­dze­nia” tech­no­lo­gii zwią­za­nych ze sztuczną inte­li­gen­cją. Epi­cen­trum to Hayes Val­ley, senna do nie­dawna dziel­nica mia­sta. Nie­wiele się tam zmie­niło przez dzie­się­cio­le­cia. Na­dal stoją sta­rut­kie domy w stylu wik­to­riań­skim i edwar­diań­skim, wybu­do­wane dzięki for­tu­nom poszu­ki­wa­czy złota, które bez szwanku prze­trwały naj­więk­sze trzę­sie­nie ziemi w San Fran­ci­sco w 1906 roku.

Teraz wynaj­mują je mło­dzi pro­gra­mi­ści pra­cu­jący nad AI. Panuje atmos­fera jak z lat osiem­dzie­sią­tych, kiedy zespoły mło­dych-zdol­nych miesz­kały, pra­co­wały i bawiły się pod jed­nym dachem, licząc na to, że poszczę­ści im się i ich inno­wa­cja zawo­juje świat. Teraz „gorączka złota” znów ogar­nęła San Fran­ci­sco, choć nie szuka się dro­go­cen­nych krusz­ców, a nowa­tor­skich algo­ryt­mów. Te też są na wagę złota. Czas pokaże, czy Hayes Val­ley, zwane też Doliną Mózgow­ców (Cere­bral Val­ley), wyda na świat praw­dzi­wie pro­me­tej­skie tech­no­lo­gie…

01000001 01100002. Apokalipsa? Czy już? Już!

01000001 01100002

Apo­ka­lipsa? Czy już? Już!

Czyli czy powin­ni­śmy się bać algo­ryt­micz­nej dys­to­pii

List był for­malny. Wydru­ko­wano go na spe­cjal­nym, czer­pa­nym papie­rze. W gór­nej czę­ści kartki umiesz­czono impo­nu­jące kolo­rowe godło. Na pierw­szym pla­nie wojow­nik ze złotą dzidą w ręku, w ską­pej prze­pa­sce na bio­drach, na dru­gim – święta góra Tabwe­ma­sana i potężny kieł dzika, a u dołu napis: „Long God Yumi Sta­nap”, co w kre­ol­skim języku bislama ozna­cza: „W Bogu nasza ufność”. List zaadre­so­wany był do nie­ja­kiego Denysa Troy­aka, zamiesz­ka­łego na Wyspie Sato­shiego, nazwa­nej tak na cześć mitycz­nego twórcy (lub twór­ców) pierw­szej na świe­cie kryp­to­wa­luty. Ktoś zro­bił zrzut ekranu i cyfrowa odbitka bły­ska­wicz­nie obie­gła wszyst­kie zaka­marki inter­netu. W sieci wrzało, bo nie zda­rza się codzien­nie, aby szef rządu ofi­cjal­nie poparł ideę kryp­to­raju, gdzie szczę­śliwi posia­da­cze bit­co­inów będą mogli wyku­pić kryp­to­apar­ta­menty i przy­jeż­dżać, by pła­wić się w kryp­to­luk­su­sie.

Pre­mier Vanu­atu, uro­kli­wego, acz nie­ła­twego do zarzą­dza­nia archi­pe­lagu w Oce­anii był w opa­łach. Pań­stwo, w któ­rym spra­wo­wał funk­cję szefa rządu, skła­dało się się ze stu dzie­więć­dzie­się­ciu ośmiu wysp i wyse­pek, z któ­rych jedna, Lataro, wła­śnie została wzięta w wie­lo­let­nią dzier­żawę przez miliar­de­rów zwią­za­nych z tech­no­lo­gią block­cha­inu.

Począt­kowe roz­mowy o kontr­ak­cie odby­wały się w ele­ganc­kim barze, ser­wu­ją­cym tra­dy­cyjny napój kava, spo­rzą­dzany ze sprosz­ko­wa­nego korze­nia lokal­nego drzewa pie­przo­wego. Kava działa tro­chę jak alko­hol, łago­dzi lęki, uspo­kaja i powo­duje lekką eks­cy­ta­cję, więc nego­cja­cje poszły gładko.

Sprawa budziła jed­nak kon­tro­wer­sje, bo nuwo­ry­sze od kryp­to­wa­lut znani byli głów­nie z ostrego impre­zo­wa­nia i nie­fra­so­bli­wego podej­ścia do dłu­go­fa­lo­wych biz­ne­spla­nów, więc jed­no­izbowy par­la­ment miał wąt­pli­wo­ści, czy ich obec­ność aby na pewno przy­czyni się do roz­woju kraju, a nie do kra­chu gospo­dar­czego. Vanu­atu miało i tak dość wła­snych pro­ble­mów, by w przy­szło­ści dodat­kowo mie­rzyć się z poten­cjal­nymi kon­se­kwen­cjami sza­sta­nia wir­tu­al­nymi pie­niędzmi przez tak zwane brac­two krypto.

Pre­mier Bob Lough­man potrze­bo­wał jed­nak pil­nie pie­nię­dzy, nie­ważne czy real­nych, czy wir­tu­al­nych. Wyspiar­skim pań­stew­kiem co i rusz tar­gały kata­kli­zmy poli­tyczne i natu­ralne. Jego mini­stro­wie ledwo radzili sobie z geo­po­li­tyczną rze­czy­wi­sto­ścią. Po serii rze­czy­wi­stych wstrzą­sów sej­smicz­nych – jedno z trzę­sień ziemi miało siłę ponad sied­miu stopni w skali Rich­tera – poja­wiły się pęk­nię­cia i wstrząsy w rzą­dzie. Opo­nenci zarzu­cali mu mar­no­tra­wie­nie fun­du­szy prze­zna­czo­nych na walkę z pan­de­mią i ogólną nie­go­spo­dar­ność, szcze­gól­nie pod­czas akcji pomo­co­wych po hura­ga­nach, które także prze­to­czyły się przez Vanu­atu. Lough­man sam zna­lazł się w oku cyklonu. Cudem utrzy­mał się na sta­no­wi­sku pod­czas gło­so­wa­nia nad wotum nie­uf­no­ści.

Za to w Doli­nie Krze­mo­wej eks­cy­to­wano się fak­tem, że oto ma szansę wejść w życie idea start-upo­wych miast, która kilka lat wcze­śniej naro­dziła się wła­śnie w Sili­con Val­ley i o któ­rej od początku było gło­śno w śro­do­wi­sku tech­no­kra­tów. Głów­nym pro­ble­mem oka­zy­wało się zawsze zna­le­zie­nie odpo­wied­niej loka­li­za­cji. Vanu­atu było wyma­rzo­nym miej­scem. Ale nie tylko ono…

Tech­no­uto­pijną wisienką na tor­cie nie­usta­ją­cego postępu miała być Gren­lan­dia. To tam pla­no­wano roz­wi­jać nowe tech­no­lo­gie zwią­zane ze sztuczną inte­li­gen­cją. Fakt, że na wyspie panuje kli­mat polarny i sub­po­larny, ma być zaletą, bo dzięki temu w spo­sób natu­ralny chło­dzone byłyby potężne cen­tra danych, któ­rych funk­cjo­no­wa­nie wymaga niskich tem­pe­ra­tur. Cen­tra takie potrze­bują też ogrom­nej ilo­ści ener­gii i dla­tego wymy­ślono, że na wyspie zbu­do­wa­nych zosta­nie kil­ka­dzie­siąt mini­re­ak­to­rów jądro­wych. Potrzebne będą rów­nież roz­le­głe par­kingi, z wbu­do­wa­nymi ser­we­rami do prze­twa­rza­nia danych zebra­nych z auto­no­micz­nych pojaz­dów, które się będzie tam testo­wać, a które staną się z cza­sem pod­sta­wo­wym środ­kiem trans­portu.

Mają także powsta­wać liczne kopal­nie – jak twier­dzi Anthony Mar­chese, jeden z poten­cjal­nych inwe­sto­rów, a jed­no­cze­śnie eks­pert w dzie­dzi­nie eks­plo­ata­cji bogactw natu­ral­nych – więc Stany Zjed­no­czone muszą za wszelką cenę zdo­być Gren­lan­dię, jako że posiada ona naj­więk­sze na świe­cie sku­pi­sko zróż­ni­co­wa­nych mine­ra­łów, w tym zawie­ra­jące metale ziem rzad­kich, nie­zbędne do budowy smart­fo­nów i innych elek­tro­nicz­nych gadże­tów.

Na razie złoża te są głę­boko pod lodem, ale od czego mamy zmianę kli­matu! Lądo­lód stop­nieje, a wtedy lit, neo­dym, cynk, miedź, a także dia­menty, złoto oraz ropa będą na wycią­gnię­cie ręki. Bada­nia geo­lo­giczne potwier­dziły, że wyspa kryje potężne złoża co naj­mniej dwu­dzie­stu pię­ciu z trzy­dzie­stu czte­rech surow­ców kry­tycz­nych, potrzeb­nych do funk­cjo­no­wa­nia współ­cze­snej cywi­li­za­cji.

Grupa poten­cjal­nych inwe­sto­rów wciąż się powięk­sza. Nie­któ­rzy zaczy­nają już dzie­lić skórę na niedź­wie­dziu. Nikt nie myśli o ochro­nie śro­do­wi­ska. Dry­der Brown, zało­ży­ciel Pra­xis, dość podej­rza­nego start-upu, który w swo­jej misji ma „ratu­nek dla zachod­niej cywi­li­za­cji” przy uży­ciu kryp­to­wa­lut, jest prze­ko­nany, że dzięki spe­cy­ficz­nym warun­kom geo­gra­ficz­nym Gren­lan­dia mogłaby się stać dla ame­ry­kań­skich tech­ma­gna­tów, a przede wszyst­kim dla Elona Muska, poli­go­nem do testów przed pla­no­waną kolo­ni­za­cją Marsa.

Przez stu­le­cia powstały kon­cep­cje roz­licz­nych uto­pii: socja­li­stycz­nych, kapi­ta­li­stycz­nych, femi­ni­stycz­nych, patriar­chal­nych. Swoje mieli też faszy­ści, a pozo­sta­ło­ści jed­nej z nich wciąż można zoba­czyć w Tre­si­gallo, ospa­łym mia­steczku w pół­nocno-wschod­nich Wło­szech, gdzie w latach trzy­dzie­stych ówcze­sny mini­ster rol­nic­twa Edmondo Ros­soni obie­cał swo­jemu Duce budowę mia­sta, które miało stać się, jak wzo­rzec metra z Sèvres, pier­wo­wzo­rem miast w całym kraju. Benito Mus­so­lini nie­chęt­nie, ale jed­nak przy­stał na tę pro­po­zy­cję i w ciągu kilku lat, z poło­żo­nej na bagnach i zapo­mnia­nej przez Boga osady, Tre­si­gallo prze­isto­czyło się w miej­sco­wość z nowo­cze­snym, funk­cjo­nal­nym pla­nem ulic i budyn­kami, któ­rych potężne, geo­me­tryczne kształty wska­zy­wały na wpływy Le Cor­bu­siera, a całość przy­po­mi­nała meta­fi­zyczne obrazy Gior­gio de Chi­rico. To w takim wła­śnie oto­cze­niu miały być w pełni wpro­wa­dzone w życie idee faszy­zmu.

Po dru­giej woj­nie świa­to­wej, gdy ide­olo­gia się skom­pro­mi­to­wała, a Włosi wypie­rali pamięć o nie­chlub­nej faszy­stow­skiej prze­szło­ści, uto­pia w Tre­si­gallo zaczęła pod­upa­dać. Bo wszyst­kie uto­pie koń­czą się upad­kiem. Bez wyjątku. Oka­zują się – z róż­nych wzglę­dów – nie­re­al­nymi mrzon­kami lub prze­ra­dzają się w dys­to­pie, potwor­ko­wate kary­ka­tury samych sie­bie.

Taką też oka­zała się tech­no­uto­pia Zizian w Doli­nie Krze­mo­wej, praw­do­po­dob­nie pierw­sza, która w cen­trum swo­ich idei miała wyko­rze­nie­nie szko­dli­wej AI i stwo­rze­nie dobro­tli­wej sztucz­nej inte­li­gen­cji, będą­cej algo­ryt­mem zdol­nym jedy­nie do dzia­ła­nia dla dobra ludz­ko­ści. Przed pan­de­mią covidu Zizia­nie – któ­rych nazwa wzięła się od ich nie­for­mal­nego lidera, Ziza LaSoty – nale­żeli do Wspól­not Racjo­na­li­stów. Wspól­noty te powsta­wały spon­ta­nicz­nie, oddol­nie, kon­cen­tru­jąc się wokół zało­żo­nych na początku tego wieku blo­gów poświę­co­nych filo­zo­fii, psy­cho­lo­gii i sztucz­nej inte­li­gen­cji. Prze­wod­ni­kami po „nowym wspa­nia­łym świe­cie”, w któ­rym czło­wiek podej­muje decy­zje „wyłą­cza­jąc emo­cje, a włą­cza­jąc myśle­nie”, stało się dwóch blo­ge­rów: Les­sW­rong (Elie­zer Jud­kow­ski) i Astral­Co­de­xTen (Scott Ale­xan­der Siskind). Ich fani wie­rzyli, że moż­liwe jest pozby­cie się roz­ma­itych błę­dów poznaw­czych i uprze­dzeń, które spra­wiają, że czło­wiek podej­muje irra­cjo­nalne decy­zje o fatal­nych kon­se­kwen­cjach dla sie­bie i dla innych. Wie­rzyli rów­nież, że można taki stan przej­rzy­sto­ści umy­słu osią­gnąć dzięki odpo­wied­niemu tre­nin­gowi mózgu. Jed­no­cze­śnie uwa­żali, że odpo­wie­dzial­ność za przy­szłość świata spo­czywa na ich bar­kach. To oni mieli zba­wić świat od poten­cjal­nej destruk­cyj­nej dla globu sztucz­nej inte­li­gen­cji. To było ich zada­nie, bo według nich nikt inny nie dostrze­gał tak wyraź­nie powagi i bli­sko­ści zagro­że­nia.

Co wraż­liw­szych tak potężna odpo­wie­dzial­ność, o któ­rej sły­szeli na każ­dym kroku, zaczęła przy­tła­czać. Na racjo­na­li­stycz­nych forach inter­ne­to­wych coraz czę­ściej mówiło się o pro­ble­mach psy­chicz­nych racjo­na­li­stów. Że nie dają rady, że zaczy­nają się ciąć, że mają myśli samo­bój­cze. W tym cza­sie Zizia­nie zaczęli odłą­czać się od głów­nego nurtu racjo­na­li­stycz­nego. I zaczęli się rady­ka­li­zo­wać. Przez jakiś czas miesz­kali na nie­spraw­nym, pordze­wia­łym statku ścią­gnię­tym z Ala­ski, marząc o „sfe­de­ra­li­zo­wa­nej flo­tylli wol­nych jed­no­stek pły­wa­ją­cych”, na któ­rej mogliby reali­zo­wać swoje uto­pijne idee „wegań­skiego anar­cho-trans­hu­ma­ni­zmu”. Ich pomy­sły z mie­siąca na mie­siąc sta­wały się coraz bar­dziej dzi­waczne i eks­cen­tryczne. Zizia­nie osu­wali się w sza­leń­stwo.

LaSota, uznany za przy­wódcę, pro­mo­wał coraz dziw­niej­sze metody „oczysz­cza­nia i prze­pro­gra­mo­wa­nia” mózgu. Wszystko po to, by mieć pełną jasność co do tego, jak czy­nić dobro.

W pisa­nym na prze­strzeni kilku lat mani­fe­ście wspo­mina wie­lo­krot­nie o swoim odkry­ciu doty­czą­cym pół­kul mózgo­wych. Jego zda­niem jedna pół­kula jest odpo­wie­dzialna za całe zło jed­nostki, a druga – za całe dobro. Obie pół­kule są w sta­nie per­ma­nent­nego kon­fliktu i wal­czą o pierw­szeń­stwo. Wystar­czy jed­nak zasto­so­wać metodę „śnie­nia jed­nej pół­kuli”, aby zyskać nad nimi pełną kon­trolę. W enig­ma­tycz­nych instruk­cjach Ziz tłu­ma­czy, że trzeba dać spać tylko jed­nej poło­wie naszego mózgu. Druga pozo­staje wów­czas w sta­nie czu­wa­nia.

Mani­fest LaSoty jest nie­malże nie­moż­liwy do prze­brnię­cia. Czyta się go jak roz­rzu­cone puz­zle słowne. Jak joyce’owski luźny stru­mień świa­do­mo­ści tech­no­lo­gicz­nego obłą­kańca. Wśród ponad stu tysięcy słów naj­czę­ściej padają zda­nia o dobru. Jak to: „Dobro to inhe­rentna wada epi­ste­mo­lo­gicz­nych zawo­dów typu »kto wię­cej wypije«. Ale nasza grupa jest w tym kon­kur­sie do przodu: ja jestem w sta­nie oddać życie za dobro”. Te ezo­te­ryczne para­grafy na każdy moż­liwy temat, od pro­gra­mo­wa­nia (więk­szość Zizian to stu­denci bądź absol­wenci takich wydzia­łów jak mate­ma­tyka, infor­ma­tyka, sta­ty­styka bądź bioinfor­ma­tyka) po kwe­stie toż­sa­mo­ści płcio­wej (Ziz LaSota jest trans­pł­ciową kobietą), wydają się nie­lo­giczne i bez­sen­sowne, ale w niszo­wych krę­gach Wspól­not Racjo­na­li­stycz­nych budziły zain­te­re­so­wa­nie. Ziz znaj­do­wał naśla­dow­ców, cho­ciaż coraz czę­ściej pisał o tym, że „nie może znieść ludz­ko­ści”, nawet tej racjo­na­li­stycz­nej. I znaj­do­wał makia­we­liczne uza­sad­nie­nia dla łama­nia prawa. Wszystko po to, by sze­rzyć dobro.

Grupa słu­chała. Prze­ma­wiało do nich, że mając na wzglę­dzie wyż­szy cel, można na przy­kład nie pła­cić za wyna­jem lokalu. I sta­wiać czynny opór, kiedy wła­ści­ciel będzie pró­bo­wał dopro­wa­dzić do eks­mi­sji. Czuli się coraz bar­dziej bez­karni. Czuli się uspra­wie­dli­wieni. I nie mieli wyrzu­tów sumie­nia, kiedy zaata­ko­wali gospo­da­rza pose­sji, na któ­rej wynaj­mo­wali przy­czepę kem­pin­gową, a któ­remu byli winni ponad sześć­dzie­siąt tysięcy dola­rów. Ofiara prze­żyła pierw­szy atak, dru­giego – kilka mie­sięcy póź­niej – już nie. Nie prze­żyli też rodzice jed­nego z człon­ków grupy, zastrze­leni w swoim domu przez jego współ­to­wa­rzy­szy.

Zizia­nie poczuli smak krwi. Do 2025 roku, kiedy to aresz­to­wano i oskar­żono trzy­dzie­stocz­te­ro­let­niego LaSotę, „wegań­ska anar­cho­tran­shu­ma­ni­styczna” uto­pia o wyraź­nych zna­mio­nach kultu, powią­zana była już z dwoma samo­bój­stwami oraz sze­ścioma mor­der­stwami. I to nie tylko w kali­for­nij­skiej Doli­nie Krze­mo­wej, skąd się wywo­dziła i gdzie miała swoją bazę, ale rów­nież w innych sta­nach. Technouto­pia oka­zała się zabój­czą dys­to­pią, a grupa mło­dych ide­ali­stów – nie­bez­piecz­nymi prze­stęp­cami. I tak oto pro­me­tej­ska wiara, że jed­nostka wypo­sa­żona w wyostrzoną samo­świa­do­mość i zaawan­so­wane tech­no­lo­gie zdoła odwró­cić bieg świata, oka­zała się destruk­cyjną fan­ta­sma­go­rią.

Prze­ko­na­nie, że tech­no­lo­gie mogą być klu­czem do rady­kal­nej zmiany w spo­łe­czeń­stwach, towa­rzy­szy ludziom od wie­ków, a z wyra­zi­stymi kon­cep­cjami tech­no­uto­pii, zwa­nej też coraz czę­ściej tech­to­pią, mamy do czy­nie­nia od cza­sów pierw­szej rewo­lu­cji prze­my­sło­wej. Pożywką dla wyobraźni stał się wtedy sil­nik parowy, który zmie­nił trans­port i przy­czy­nił się do zme­cha­ni­zo­wa­nia pro­duk­cji. Oka­zało się, że jedna inno­wa­cja może pomóc roz­wią­zać sze­reg pro­ble­mów jed­no­cze­śnie. Począt­kowo sły­chać było nie­śmiałe, a z cza­sem coraz odważ­niej­sze głosy ówcze­snych inte­lek­tu­ali­stów, by rządy prze­jęli naukowcy i indu­stria­li­ści. Powo­ły­wano się na ideę tech­no­kra­tycz­nego spo­łe­czeń­stwa, gło­szoną przez Hen­riego de Saint-Simona.

Pod­czas dru­giej rewo­lu­cji prze­my­sło­wej, na początku dwu­dzie­stego wieku, uto­pia­nizm był już w roz­kwi­cie. Naj­czę­ściej jed­nak koń­czyło się na teo­rii, bo prak­tyka wyma­gała nie­ba­ga­tel­nych nakła­dów finan­so­wych. Te poja­wiły się pod­czas prze­łomu zwią­za­nego z tech­no­lo­giami cyfro­wymi i dopro­wa­dziły do sze­regu nie­uda­nych prób stwo­rze­nia uto­pii, które kon­se­kwent­nie i każ­do­ra­zowo prze­po­czwa­rzały się w anty­uto­pie.

Czy zatem należy bać się algo­ryt­micz­nej dys­to­pii? Tak, ale jesz­cze bar­dziej należy oba­wiać się jej pięk­niej­szej sio­stry, uto­pii, mamią­cej nie­re­al­nymi obiet­ni­cami raju na ziemi. To zawsze wie­dzie na nie­bez­pieczne manowce.

Był jasny, chłodny kwiet­niowy dzień i zegary wybi­jały trzy­na­stą.

Geo­rge Orwell, 1984

01000001 01100003. Czy po holocenie i antropocenie nastąpi era algorytmów.

01000001 01100003

Czy po holo­ce­nie i antro­po­ce­nie nastąpi era algo­ryt­mów.

Czyli jak nowe tech­no­lo­gie wpłyną na kli­mat i geo­lo­gię Ziemi

Czy jeste­śmy bli­scy ery algo­ryt­mów? Geof­frey Hin­ton, zwany ojcem chrzest­nym AI, uważa, że jeste­śmy. I to bli­żej, niż nam się wydaje. Z jego punktu widze­nia – a jest to per­spek­tywa naukowca, który dostał Nagrodę Nobla z fizyki za ucze­nie maszy­nowe przy pomocy sztucz­nych sieci neu­ro­no­wych – będziemy mieli nie tyle do czy­nie­nia z nową erą roz­woju ludz­ko­ści, co z jej apo­ka­lipsą. Dla wszyst­kich tych, któ­rzy wypa­trują jakiej­kol­wiek nadziei co do przy­szło­ści, Kana­dyj­czyk nie ma dobrych wie­ści. Jego zda­niem dobre czasy wła­śnie się skoń­czyły, a jemu udało się wstrze­lić w naj­lep­szy moż­liwy okres w histo­rii ludz­ko­ści, czyli w powo­jenne poko­le­nie boomer­sów, tych szczę­śliw­ców, któ­rych omi­nęły okrop­no­ści dwóch wojen świa­to­wych, a teraz, w coraz bar­dziej nie­pew­nym i nie­sta­bil­nym świe­cie, wciąż jesz­cze w spo­koju i dobro­by­cie docho­dzą kresu swych dni. Żadna gene­ra­cja przed nimi nie miała tak korzyst­nych warun­ków: względ­nego pokoju, względ­nego dobro­bytu, względ­nej sta­bi­li­za­cji. Dobrze już było, a teraz trzeba zapiąć egzy­sten­cjalne pasy bez­pie­czeń­stwa, bo ludz­kość cze­kają bru­talne tur­bu­len­cje. Mile­nialsi, zetki i alfy – ich przy­szłość rysuje się w ciem­nych bar­wach.

Nie­malże z każdą pre­lek­cją doty­czącą sztucz­nej inte­li­gen­cji, którą sam pomógł stwo­rzyć – choć jak pod­kre­śla ostat­nio, zda­rzyło się to „wła­ści­wie przez przy­pa­dek” – pesy­mizm Hin­tona rośnie. Jego apo­ka­lip­tyczna „księga obja­wie­nia” obfi­tuje w coraz wię­cej sce­na­riu­szy końca świata.

Tyle że zamiast czte­rech jeźdź­ców Apo­ka­lipsy, jest jeden – AI. W ciągu dekady ma się poja­wić gene­ra­tywna sztuczna inte­li­gen­cja, z którą czło­wiek nie będzie mógł się mie­rzyć w żad­nym aspek­cie. Zda­niem nobli­sty ist­nieje nawet dwu­dzie­sto­pro­cen­towe praw­do­po­do­bień­stwo, że te algo­rytmy zmiotą ludz­kość z powierzchni Ziemi.

Naj­pierw jed­nak stra­cimy kon­trolę. Bo algo­rytm będzie jak kupione od prze­myt­nika zwie­rząt tygry­siątko, które wyro­śnie na wiel­kiego tygrysa, goto­wego zagryźć wła­ści­ciela. I – bez­tro­sko zapo­wiada nauko­wiec, każdą ze swo­ich wypo­wie­dzi okra­sza­jąc lek­kim uśmie­chem, jakby pro­po­no­wał wycieczkę all inc­lu­sive do pie­kła – nie­wąt­pli­wie tygrys zagry­zie wła­ści­ciela, bo ten ostatni nie ma wła­ści­wych narzę­dzi, by okieł­znać maje­sta­tyczną bestię, jaką jest potężna Pan­thera tigris. Tak samo bez­bronni sta­niemy się my, kiedy gene­ra­tywna AI wyho­duje inte­lek­tu­alne kły i pazury. Czyli świa­do­mość.

Pytany o teraź­niej­szość oraz o tak pod­sta­wową kwe­stię, jak bez­pie­czeń­stwo zatrud­nie­nia oraz zawody przy­szło­ści w cza­sach, w któ­rych AI suk­ce­syw­nie pożera kolejne sta­no­wi­ska pracy, ojciec AI radzi zdo­być upraw­nie­nia… hydrau­lika. Wbrew bowiem wcze­śniej­szym, ide­ali­stycz­nym wizjom sztucz­nej inte­li­gen­cji, która miała stać się wyba­wie­niem dla wszyst­kich pod­bi­ja­ją­cych karty pracy i zapew­nić – jak obie­cy­wał Bill Gates – zale­d­wie dwu­dniowy tydzień pracy, AI zdaje się zabie­rać tę pracę demo­kra­tycz­nie. Nie dając przy tym nic w zamian. Oprócz zasiłku dla bez­ro­bot­nych.

Szyb­ciej jed­nak zni­kają moż­li­wo­ści dla tak zwa­nych bia­łych koł­nie­rzy­ków, czyli osób zatrud­nio­nych w urzę­dach, fir­mach i insty­tu­cjach, niż dla pra­cow­ni­ków fizycz­nych. W 2025 roku w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, przy rela­tyw­nie sta­bil­nym pozio­mie bez­ro­bo­cia, jedna tylko grupa zano­to­wała znacz­nie więk­sze trud­no­ści w zna­le­zie­niu zatrud­nie­nia: mło­dzi absol­wenci ame­ry­kań­skich uni­wer­sy­te­tów, w tym rów­nież tych naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych. W przy­padku poko­le­nia Zet, świeżo po stu­diach, poziom bez­ro­bo­cia w Sta­nach Zjed­no­czo­nych wynosi pra­wie sześć pro­cent, przy śred­niej kra­jo­wej w oko­li­cach czte­rech pro­cent. I choć eko­no­mi­ści nie mają jesz­cze pew­no­ści, czy przy­czyną takiego stanu rze­czy jest masowa auto­ma­ty­za­cja pracy dzięki algo­ryt­micz­nym inno­wa­cjom, czy w grę wcho­dzą rów­nież inne czyn­niki, to coraz czę­ściej prze­bą­kują, że roz­sąd­niej będzie zna­leźć kon­kretny rze­mieśl­ni­czy fach, zamiast edu­ko­wać się na uczel­niach wyż­szych, które stają się aka­de­mic­kimi wie­żami z kości sło­nio­wej i nie dają umie­jęt­no­ści poru­sza­nia się po nie­pew­nych i nie­sta­bil­nych ryn­kach pracy.

Słu­cha­czy swo­ich wykła­dów Hin­ton dobija pro­gno­zo­waną przez sie­bie datą roz­kładu dotych­cza­so­wego świata. Ma się to wyda­rzyć już w ciągu naj­bliż­szej dekady. Jesz­cze kilka lat wstecz nauko­wiec ten wiesz­czył, że zostały nam dwa lub trzy dzie­się­cio­le­cia do momentu, kiedy będzie można obwie­ścić koniec rze­czy­wi­sto­ści, jaką znamy. Teraz twier­dzi, że prze­łom nastąpi szyb­ciej. A potem nie będzie happy endu.

Po tak pesy­mi­stycz­nych obra­zach przy­szło­ści wyda­wa­łoby się, że Geof­frey Hin­ton, ów „Pro­me­te­usz algo­ryt­mów”, mimo że przy­czy­nił się w ogrom­nym stop­niu do roz­woju sztucz­nej inte­li­gen­cji, będzie teraz z nią wal­czył. Na każ­dym kroku pod­kre­śla prze­cież, że zre­zy­gno­wał z pracy w Google’u, by mówić o nie­bez­pie­czeń­stwach AI. Bar­dziej oczy­wi­stą, choć jed­no­cze­śnie mniej atrak­cyj­nie brzmiącą przy­czyną jego eme­ry­tury było ukoń­cze­nie sie­dem­dzie­sią­tego pią­tego roku życia, czym zresztą począt­kowo tłu­ma­czył chęć ode­tchnię­cia już nieco od dusz­nych, binar­nych kli­ma­tów Doliny Krze­mo­wej. Na każ­dym kroku powta­rza też, jak poważ­nym zagro­że­niem może być dla czło­wieka sztuczna inte­li­gen­cja, więc chyba nie bez powodu ostrzega przed „eja­jo­wym” zała­ma­niem się naszej cywi­li­za­cji?

Pod koniec jed­nego z wykła­dów na uni­wer­sy­te­cie w Chi­cago padło pyta­nie: „Skoro AI może nam przy­nieść zagładę, to z pew­no­ścią nie inwe­stuje pan w firmy zaj­mu­jące się sztuczną inte­li­gen­cją?”. Hin­ton zamilkł na chwilę, wyraź­nie spe­szony, po czym odpo­wie­dział defen­syw­nie: „A co? Mam może trzy­mać moje pie­nią­dze w banku?!”. Oka­zało się, że jak naj­bar­dziej inwe­stuje w te „skraj­nie nie­bez­pieczne tech­no­lo­gie”. Można na nich bowiem nie­źle zaro­bić. Pro­me­tej­ska nar­ra­cja zała­muje się w obli­czu ogrom­nych zysków.

Geof­frey Hin­ton ma rze­sze fanów. Jest inte­li­gentny, cha­ry­zma­tyczny, ma iro­niczne poczu­cie humoru. Do tego docho­dzi dzia­ła­nie efektu halo, tej sym­bo­licz­nej aure­oli, która ota­cza naukow­ców, mają­cych na swoim kon­cie wyjąt­kowe odkry­cia i wyna­lazki. To może wystar­czyć, by brać jego pro­gno­styki za pew­niki. A wystar­czyć nie powinno.

Prze­wi­dy­wa­nie przy­szło­ści nie jest zero­je­dyn­kową roz­grywką. To nie kod binarny, który Hin­ton dosko­nale zna i rozu­mie, w któ­rym po pro­stu coś jest lub nie ma, w któ­rym jest tylko włącz-wyłącz. Prze­wi­dy­wa­nie przy­szło­ści, jeśli w ogóle jest moż­liwe, choćby w pod­sta­wo­wym wymia­rze, to raczej kom­plek­sowe obli­cze­nia kwan­towe, nie­bi­narne, wie­lo­wy­mia­rowe, choć i one nie dają żad­nej gwa­ran­cji, że to, co wyj­dzie na końcu obli­cze­nia, rze­czy­wi­ście się ziści. Nobli­ści się mylą.

Co wię­cej, część z nich cierpi na „cho­robę noblow­ską”, prze­dziwną, choć psy­cho­lo­gicz­nie wytłu­ma­czalną przy­pa­dłość, która powo­duje, że po otrzy­ma­niu w Sztok­hol­mie medalu z podo­bi­zną Alfreda Nobla, sper­so­na­li­zo­wa­nego dyplomu i czeku na nie­ba­ga­telną sumę pie­nię­dzy, naukowcy wra­cają do swo­ich macie­rzy­stych uczelni czy insty­tu­cji z prze­ko­na­niem, że za rogiem czeka jesz­cze więk­sze odkry­cie, jesz­cze waż­niej­szy prze­łom i że tylko wyjąt­ko­wym ideom należy się poświę­cać. Wśród ponad tysiąca osób, które mogą się poszczy­cić nagrodą, jest kil­ku­dzie­się­ciu nobli­stów, któ­rzy nie do końca pora­dzili sobie z jej cię­ża­rem, a ich kolejne pro­jekty zbli­żyły się do pseu­do­nauki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki