Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Ludzkość bardzo potrzebuje kolejnego Prometeusza.
Czy się pojawi?
Sztuczna inteligencja a człowiek.
Humanistyczne spojrzenie na cyfrowo-informatyczny świat w jego najbardziej rewolucyjnej odsłonie. Z nadzieją, jak wiele dzięki AI możemy zyskać w medycynie, rolnictwie, naukach ścisłych i społecznych, a nawet w duchowości. I z obawami, czy jako gatunek jesteśmy gotowi na posiadanie aż tak potężnego narzędzia.
Czy niemal boska technologia okaże się dla nas zbawienna, czy stanie się raczej przyczyną naszej zagłady?
Czy w ludziach zwycięży prometejskie pragnienie doskonalenia świata, czy bezmyślna chciwość oraz niepohamowana żądza zysku i władzy?
Na razie triumfuje to drugie, tymczasem gra toczy się o przetrwanie naszego gatunku.
Przyszłość zaczyna się dzisiaj.
Następnej może już nie być...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 180
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Magda Gacyk, 2026 Copyright © by TIME SA, 2026
Redaktor prowadzący: Michał Zarzycki, mzarzycki@grupazpr.pl Korekta: Katarzyna Pikosz Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Tarasiuk
Wydawca: TIME SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@hardewydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
ISBN 978-83-8343-801-6 Warszawa 2026 Wydanie pierwsze
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Moim synom oraz tym, którzy przyjdą po nich,z nadzieją, że zajdą dalej, niż sięgają moje słowa
Preludium
Przeciw bogom AI
Z ustępu skalnego pod szczytem Kazbeku widać wiele i niewiele. Zależy, gdzie padnie wzrok. Powyżej jawi się, zawieszona na czubku jednego z wulkanicznych stożków, nieruchoma chmura soczewkowa. Niżej – wyraźny fragment zbocza tego majestatycznego stratowulkanu. Żleby pokryte jeszcze śniegiem. Dalej, aż po horyzont, ostre wierzchołki najwyższych gór Kaukazu i łagodniejsze linie zielonych wzgórz. Gdzieś w oddali można zauważyć punkcik kilku budowli: drewnianego kościółka, pasterskiego szałasu i potężnego schroniska dla śmiałków, którzy zamierzają wspiąć się na najbardziej mityczną górę Gruzji.
Górę, która – rozkazem wszechpotężnego Zeusa – stała się wiecznym więzieniem Prometeusza. To tam właśnie miał odbywać niekończącą się karę za kradzież ognia i bezprawne podarowanie go ludzkości. Tam miał wisieć, przykuty do skały, a gigantyczny orzeł codziennie wydziobywał mu wątrobę, która wciąż odrastała. Według najbardziej rozpowszechnionej wersji mitu monstrualne ptaszysko było potomkiem dwóch potworów: poczętego bez udziału mężczyzny Tyfona oraz żywiącej się ludzkim mięsem Echidny. Jest jednak alternatywna wersja. Według niej orzeł był automatonem, robotycznym ptakiem z brązu, skonstruowanym przez boga ognia, Hefajstosa. Technologia za technologię.
Z półki skalnej, na której ma po wieczne czasy wisieć tytan, który przyniósł ludziom techné, pierwszą i najważniejszą naonczas umiejętność korzystania z ognia, Prometeusz nie może zobaczyć, jak tysiące lat później ludzkość wykorzystuje właściwości płomienia. Nie widzi hut z rozgrzanymi do czerwoności konwertorami i piecami martenowskimi, nie widzi dymiących kominów elektrowni, nie widzi kontrolowanego ognia, stosowanego podczas utleniania termicznego w produkcji półprzewodników, nie widzi ziejących ogniem rakiet, odpalanych w kosmos. Nie widzi, jak bardzo ludzkość wciąż czerpie z mitycznego daru. I nie widzi, że czas tytanów wydaje się dobiegać końca. Nie widzi, że nowoczesne technologie to coraz częściej dar, który okazuje się puszką Pandory, że innowacje stają się prestiżową kartą przetargową w rękach miliarderów, że wyścig kosmiczny zmienia się w statusową zabawę technokratów i że ludzkość tworzy nowe wynalazki, jednocześnie nie mogąc nadążyć za starymi.
W tej chwili technologią du jour jest sztuczna inteligencja i wszystkie zmiany z nią związane, ale za rogiem czekają już kolejne technorewolucje. Przede wszystkim te, związane z biologią syntetyczną i technologiami kwantowymi. Mogą one wprawdzie wprowadzić jeszcze więcej chaosu i zamieszania niż dotychczasowe przełomowe odkrycia i wynalazki, ale jednocześnie mogą pchnąć świat do przodu. Na nowe, nieznane jeszcze ścieżki. Dlatego w tych czasach bardziej niż kiedykolwiek potrzeba Prometeuszy, z ich buntem przeciwko niesprawiedliwości, heroiczną postawą i oddaniem. Warto ich odszukać…
01000001 01100001
Dolina Mózgowców i nowa rewolucja Doliny Krzemowej.
Czyli tam, gdzie powstają innowacyjne algorytmy
Feniks. Mit rezonujący w Dolinie Krzemowej najmocniej. Opowieść o niezwykłym ptaku – niespotykanie mądrym, potężnym i pięknym, który nie tylko przeczuwał kres swojego istnienia, ale przygotowywał się do śmierci, budując gniazdo z suszonych ziół i wonnych kwiatów, spajając je żywicą kadzidłową – stała się tam lejtmotywem. Gniazdo to stawało się stosem, na którym ptak dokonywał samospalenia, by po trzech dniach odrodzić się na nowo. Najpierw jako czerw, a potem jako pisklę, by wreszcie móc pokazać się w całej swojej okazałości: z potężnymi szponami i dziobem, mieniącym się kolorami jak macica perłowa, ze szmaragdowymi oczyma i purpurowo-złotym upierzeniem.
Dolina Krzemowa odradzała się jak feniks z popiołów już kilkukrotnie w swojej historii. Nie zmógł jej ani krach dotcomów na przełomie wieków, ani kryzys finansowy w 2008 roku, ani pandemia. Z każdego kryzysu wychodziła cało, choć nie bez szwanku. Potrafiła odbudować się od nowa, w nieco innym kształcie, z nieco innymi ambicjami i celami, ale wciąż z niewyczerpanym potencjałem. Teraz trwa w kolejnym swoim wcieleniu. Innym niż poprzednie. Bardziej cynicznym, bardziej pragmatycznym. Do lamusa odłożono wcześniejsze ideały, przekonanie, że ta „stolica przełomowych technologii” zaoferuje światu rozwiązania na wszystkie bolączki: wojny, głód, ubóstwo, choroby… A także śmierć.
Symboliczną zmianą stało się usunięcie z opisu misji Google’a motta, które było dumnie powtarzane przez pracowników tej techkorporacji: „Nie rób zła!”. Hasło zniknęło, gdy wydało się, że firma – wbrew swoim wcześniejszym zapowiedziom, że stworzone przez nią rozwiązania technologiczne nie będą służyć przemysłowi zbrojeniowemu – współpracuje z wojskiem i ma podpisany kontrakt z Pentagonem.
Dolina Krzemowa trzeciej dekady dwudziestego pierwszego wieku to wciąż technologiczny feniks, ale taki, który już większość czasu spędza w bezpiecznym i zasobnym gnieździe. Techkorporacje, takie jak Wielka Piątka, czyli: Alphabet (firma parasol dla Google’a, YouTube’a oraz powiązanych z nimi firm i start-upów), Apple, Amazon, Meta i Microsoft nie tylko rozrosły się do monstrualnych, monopolistycznych rozmiarów i okrzepły, ale także zesztywniały. Są mniej elastyczne, mniej skore do szalonych, ryzykownych działań, które charakteryzowały Silicon Valley u schyłku poprzedniego stulecia i na przełomie wieków.
Nie znaczy to jednak, że region przechodzi okres stagnacji. Wręcz przeciwnie. Wciąż rośnie i się rozwija, ale są to wzrost i rozwój znacznie bardziej przewidywalne i obliczalne niż wcześniej, choć nadal kotłuje się tam w innowacyjnym tyglu. Dolina Krzemowa to w końcu przemysł nieustannej zmiany. Piwotów i wolt. Niekończących się reinkarnacji. Pęcznienia kolejnych biznesowych baniek. Krachów i katastrof. Nieustannego zaciskania się i luzowania tak zwanej pętli biznesowej zagłady – jak o funkcjonowaniu w SiliconValley mówią techies, mający świadomość, że tylko osiem procent z około dwunastu tysięcy lokalnych start-upów przetrwa na rynku. Reszta albo zbankrutuje, albo wyda wszystkie pozyskane fundusze, albo wyczerpana szukaniem inwestorów zamknie działalność. Trupy tych firm grzebie się po cichu, zacierając ślady, a przedsiębiorcy na ogół próbują szczęścia w kolejnym projekcie. Wiedzą, że liczy się wytrwałość i adaptowanie do zmieniających się warunków brzegowych.
Dlatego branża IT nadal anektuje coraz większą przestrzeń San Francisco Bay Area, obszaru położonego między San Francisco na północy, San Jose na południu, a Pacyfikiem i górami Santa Cruz na zachód oraz wybrzeżem Zatoki San Francisco na wschód. To już nie tylko półprzewodniki, komputery, smartfony i internet. To coraz bardziej biotechnologia, a także zielona energia. Powstają nowe kampusy dużych firm, budynki przemysłowe przerabiane są na laboratoria. Dolina się dostosowuje i dywersyfikuje.
Przechodziła różne koleje losu. Jeszcze w latach czterdziestych stanowiła owocowe zaplecze dla całego stanu. Po obu stronach polnych dróg, które wiły się pośrodku niecki, sadzono rzędy niskopiennych drzew. Hodowano brzoskwinie, morele i jabłka, ale największą chlubę przyniosły regionowi węgierki, które suszono i sprzedawano tonami w całym kraju. Amerykanie nie gustowali szczególnie w surowych śliwkach, ale suszone cenili jako „naturalny środek przeczyszczający”.
W czasach Wielkiego Kryzysu, a potem drugiej wojny światowej trzeba było zaciskać pasa i media podsuwały przepisy na potrawy wegetariańskie, podkreślając znaczenie błonnika dla zdrowia układu pokarmowego. Jednym z najbardziej znanych promotorów kuchni jarskiej był John Harvey Kellogg, wynalazca kukurydzianych płatków śniadaniowych i masła orzechowego. Promował wprawdzie nie tylko dietę roślinną, ale też „higienę rasową” i eugenikę, ale Amerykanie słuchali i kalifornijskie zagłębie sadownicze rosło w siłę.
Sytuacja zaczęła zmieniać się kilka lat po wojnie, kiedy w Dolinie Krzemowej, która oficjalnie nosiła wówczas nazwę Doliny Zachwytu Serca (Valley of Heart’s Delight) zaczęli pojawiać się pierwsi przedsiębiorcy innowatorzy, zdegustowani skostniałymi i konserwatywnymi metodami wdrażania innowacyjnych produktów i prowadzenia interesów na Wschodnim Wybrzeżu. Z czasem miejsce to stało się mekką nie tylko dla naukowców i wynalazców, ale i dla inwestorów. Sand Hill Road w Palo Alto nadal pozostaje ulicą o największej koncentracji kapitału inwestycyjnego na całym świecie.
Silicon Valley stworzyła unikatowy ekosystem. Jak się okazało, nie tylko wyjątkowy, ale niepodrabialny, choć wielu próbowało, ogłaszając jej sobowtóry w różnych częściach świata. Wszystkie okazywały się podróbkami. Niektóre wyjątkowo niezdarnymi.
Przez dekady Dolina Krzemowa była beniaminkiem świata. W opinii publicznej zasiedlali ją herosi innowacji, współcześni Prometeusze, którzy mieli przynosić ludzkości dary w postaci technologii zmieniającej świat na lepsze. Większość z tych nadziei okazała się płonna. Nie rozprawiono się z największymi problemami nękającymi planetę, pozwolono za to prezesom, dyrektorom i wysokiej rangi menedżerom bogacić się bez umiaru i zasiedlać panteon biznesowych tuzów.
„Kolebka globalnych innowacji” ponownie zaczęła przepoczwarzać się jakąś dekadę temu.
W 2017 roku prezydentem Stanów Zjednoczonych został Donald John Trump i nagle się okazało, że nie jest on takim fanem technokracji jak poprzedni rezydenci Białego Domu, co zagroziło specyficznemu ustrojowi politycznemu panującemu w Silicon Valley, nazywanemu technolibertarianizmem, a hołdującemu zasadzie: „Wolnoć, Tomku, w swoim domku!”, czyli „swoboda innowacji i brak ingerencji rządowych”.
Techmagnaci mieli zbyt dużo do stracenia, by pozwolić administracji federalnej wkroczyć na ich teren i zacząć się szarogęsić z propozycjami regulacji i rozbijania monopoli. Przez pierwszą kadencję Trumpa trwała wojna podjazdowa między prezydentem a szefami największych techkorporacji. Nikt jej nie wygrał, ale kiedy przyszedł czas na kolejne starcie, podczas drugiej prezydentury, obie strony grały już według innych zasad. Najbogatsi Doliny Krzemowej ukorzyli się przed Trumpem, obawiając się utraty intratnych, federalnych kontraktów. Prezydent zaczął dyktować warunki, a technokraci zaczęli je przyjmować.
Symboliczna dla tej raptownej zmiany wizerunku całej Doliny Krzemowej z liberalnej i demokratycznej na konserwatywną i zachowawczą stała się osobista zmiana emploi Marka Zuckerberga, szefa Mety, który na kołku zawiesił swoje klasyczne bluzy z kapturem i dżinsy i zaczął pokazywać się w stylizacjach godnych rapera z Compton – włączając w to złoty łańcuch i sztuczny zarost – i opowiadać o tym, jak to w kulturze korpo potrzeba „więcej męskiej energii”, bo firmy straciły pazur, a „odrobina agresji w pracy ma swoje uzasadnienie” i „nikomu jeszcze nie zaszkodziła”.
Nieposzlakowana reputacja Silicon Valley zaczęła gwałtownie pikować w dół. Mało kto chwalił, wielu ganiło. Z rozpieszczonego beniaminka zmieniła się w ulubionego chłopca do bicia. Coraz więcej ekspertów odtrąbiało ostateczny upadek Doliny Krzemowej. Nie ekonomiczny, a moralny. Wyliczano wszystkie grzechy główne: tuczenie się szefów kosztem podwładnych, blokowanie powstawania związków zawodowych, przedkładanie zysku nad wszystko inne, arogancję i brak empatii wobec sytuacji pracowników, wciskanie klientom niesprawdzonych produktów, a wreszcie brak prawdziwie rewolucyjnych innowacji.
Technologiczny pępek świata miał stać się współczesną Sodomą i Gomorą. Koniec obwieszczono jednak za wcześnie. Pod koniec 2022 roku OpenAI wypuściło pierwszą wersję programu ChatGPT. I znów wszystko się zmieniło. Znów – na poły z nadzieją, na poły z przestrachem – zaczęto obserwować Dolinę Krzemową. A właściwie nie całą Dolinę, a San Francisco, bo to tam mieści się teraz swoista „baza dowodzenia” technologii związanych ze sztuczną inteligencją. Epicentrum to Hayes Valley, senna do niedawna dzielnica miasta. Niewiele się tam zmieniło przez dziesięciolecia. Nadal stoją starutkie domy w stylu wiktoriańskim i edwardiańskim, wybudowane dzięki fortunom poszukiwaczy złota, które bez szwanku przetrwały największe trzęsienie ziemi w San Francisco w 1906 roku.
Teraz wynajmują je młodzi programiści pracujący nad AI. Panuje atmosfera jak z lat osiemdziesiątych, kiedy zespoły młodych-zdolnych mieszkały, pracowały i bawiły się pod jednym dachem, licząc na to, że poszczęści im się i ich innowacja zawojuje świat. Teraz „gorączka złota” znów ogarnęła San Francisco, choć nie szuka się drogocennych kruszców, a nowatorskich algorytmów. Te też są na wagę złota. Czas pokaże, czy Hayes Valley, zwane też Doliną Mózgowców (Cerebral Valley), wyda na świat prawdziwie prometejskie technologie…
01000001 01100002
Apokalipsa? Czy już? Już!
Czyli czy powinniśmy się bać algorytmicznej dystopii
List był formalny. Wydrukowano go na specjalnym, czerpanym papierze. W górnej części kartki umieszczono imponujące kolorowe godło. Na pierwszym planie wojownik ze złotą dzidą w ręku, w skąpej przepasce na biodrach, na drugim – święta góra Tabwemasana i potężny kieł dzika, a u dołu napis: „Long God Yumi Stanap”, co w kreolskim języku bislama oznacza: „W Bogu nasza ufność”. List zaadresowany był do niejakiego Denysa Troyaka, zamieszkałego na Wyspie Satoshiego, nazwanej tak na cześć mitycznego twórcy (lub twórców) pierwszej na świecie kryptowaluty. Ktoś zrobił zrzut ekranu i cyfrowa odbitka błyskawicznie obiegła wszystkie zakamarki internetu. W sieci wrzało, bo nie zdarza się codziennie, aby szef rządu oficjalnie poparł ideę kryptoraju, gdzie szczęśliwi posiadacze bitcoinów będą mogli wykupić kryptoapartamenty i przyjeżdżać, by pławić się w kryptoluksusie.
Premier Vanuatu, urokliwego, acz niełatwego do zarządzania archipelagu w Oceanii był w opałach. Państwo, w którym sprawował funkcję szefa rządu, składało się się ze stu dziewięćdziesięciu ośmiu wysp i wysepek, z których jedna, Lataro, właśnie została wzięta w wieloletnią dzierżawę przez miliarderów związanych z technologią blockchainu.
Początkowe rozmowy o kontrakcie odbywały się w eleganckim barze, serwującym tradycyjny napój kava, sporządzany ze sproszkowanego korzenia lokalnego drzewa pieprzowego. Kava działa trochę jak alkohol, łagodzi lęki, uspokaja i powoduje lekką ekscytację, więc negocjacje poszły gładko.
Sprawa budziła jednak kontrowersje, bo nuworysze od kryptowalut znani byli głównie z ostrego imprezowania i niefrasobliwego podejścia do długofalowych biznesplanów, więc jednoizbowy parlament miał wątpliwości, czy ich obecność aby na pewno przyczyni się do rozwoju kraju, a nie do krachu gospodarczego. Vanuatu miało i tak dość własnych problemów, by w przyszłości dodatkowo mierzyć się z potencjalnymi konsekwencjami szastania wirtualnymi pieniędzmi przez tak zwane bractwo krypto.
Premier Bob Loughman potrzebował jednak pilnie pieniędzy, nieważne czy realnych, czy wirtualnych. Wyspiarskim państewkiem co i rusz targały kataklizmy polityczne i naturalne. Jego ministrowie ledwo radzili sobie z geopolityczną rzeczywistością. Po serii rzeczywistych wstrząsów sejsmicznych – jedno z trzęsień ziemi miało siłę ponad siedmiu stopni w skali Richtera – pojawiły się pęknięcia i wstrząsy w rządzie. Oponenci zarzucali mu marnotrawienie funduszy przeznaczonych na walkę z pandemią i ogólną niegospodarność, szczególnie podczas akcji pomocowych po huraganach, które także przetoczyły się przez Vanuatu. Loughman sam znalazł się w oku cyklonu. Cudem utrzymał się na stanowisku podczas głosowania nad wotum nieufności.
Za to w Dolinie Krzemowej ekscytowano się faktem, że oto ma szansę wejść w życie idea start-upowych miast, która kilka lat wcześniej narodziła się właśnie w Silicon Valley i o której od początku było głośno w środowisku technokratów. Głównym problemem okazywało się zawsze znalezienie odpowiedniej lokalizacji. Vanuatu było wymarzonym miejscem. Ale nie tylko ono…
Technoutopijną wisienką na torcie nieustającego postępu miała być Grenlandia. To tam planowano rozwijać nowe technologie związane ze sztuczną inteligencją. Fakt, że na wyspie panuje klimat polarny i subpolarny, ma być zaletą, bo dzięki temu w sposób naturalny chłodzone byłyby potężne centra danych, których funkcjonowanie wymaga niskich temperatur. Centra takie potrzebują też ogromnej ilości energii i dlatego wymyślono, że na wyspie zbudowanych zostanie kilkadziesiąt minireaktorów jądrowych. Potrzebne będą również rozległe parkingi, z wbudowanymi serwerami do przetwarzania danych zebranych z autonomicznych pojazdów, które się będzie tam testować, a które staną się z czasem podstawowym środkiem transportu.
Mają także powstawać liczne kopalnie – jak twierdzi Anthony Marchese, jeden z potencjalnych inwestorów, a jednocześnie ekspert w dziedzinie eksploatacji bogactw naturalnych – więc Stany Zjednoczone muszą za wszelką cenę zdobyć Grenlandię, jako że posiada ona największe na świecie skupisko zróżnicowanych minerałów, w tym zawierające metale ziem rzadkich, niezbędne do budowy smartfonów i innych elektronicznych gadżetów.
Na razie złoża te są głęboko pod lodem, ale od czego mamy zmianę klimatu! Lądolód stopnieje, a wtedy lit, neodym, cynk, miedź, a także diamenty, złoto oraz ropa będą na wyciągnięcie ręki. Badania geologiczne potwierdziły, że wyspa kryje potężne złoża co najmniej dwudziestu pięciu z trzydziestu czterech surowców krytycznych, potrzebnych do funkcjonowania współczesnej cywilizacji.
Grupa potencjalnych inwestorów wciąż się powiększa. Niektórzy zaczynają już dzielić skórę na niedźwiedziu. Nikt nie myśli o ochronie środowiska. Dryder Brown, założyciel Praxis, dość podejrzanego start-upu, który w swojej misji ma „ratunek dla zachodniej cywilizacji” przy użyciu kryptowalut, jest przekonany, że dzięki specyficznym warunkom geograficznym Grenlandia mogłaby się stać dla amerykańskich techmagnatów, a przede wszystkim dla Elona Muska, poligonem do testów przed planowaną kolonizacją Marsa.
Przez stulecia powstały koncepcje rozlicznych utopii: socjalistycznych, kapitalistycznych, feministycznych, patriarchalnych. Swoje mieli też faszyści, a pozostałości jednej z nich wciąż można zobaczyć w Tresigallo, ospałym miasteczku w północno-wschodnich Włoszech, gdzie w latach trzydziestych ówczesny minister rolnictwa Edmondo Rossoni obiecał swojemu Duce budowę miasta, które miało stać się, jak wzorzec metra z Sèvres, pierwowzorem miast w całym kraju. Benito Mussolini niechętnie, ale jednak przystał na tę propozycję i w ciągu kilku lat, z położonej na bagnach i zapomnianej przez Boga osady, Tresigallo przeistoczyło się w miejscowość z nowoczesnym, funkcjonalnym planem ulic i budynkami, których potężne, geometryczne kształty wskazywały na wpływy Le Corbusiera, a całość przypominała metafizyczne obrazy Giorgio de Chirico. To w takim właśnie otoczeniu miały być w pełni wprowadzone w życie idee faszyzmu.
Po drugiej wojnie światowej, gdy ideologia się skompromitowała, a Włosi wypierali pamięć o niechlubnej faszystowskiej przeszłości, utopia w Tresigallo zaczęła podupadać. Bo wszystkie utopie kończą się upadkiem. Bez wyjątku. Okazują się – z różnych względów – nierealnymi mrzonkami lub przeradzają się w dystopie, potworkowate karykatury samych siebie.
Taką też okazała się technoutopia Zizian w Dolinie Krzemowej, prawdopodobnie pierwsza, która w centrum swoich idei miała wykorzenienie szkodliwej AI i stworzenie dobrotliwej sztucznej inteligencji, będącej algorytmem zdolnym jedynie do działania dla dobra ludzkości. Przed pandemią covidu Zizianie – których nazwa wzięła się od ich nieformalnego lidera, Ziza LaSoty – należeli do Wspólnot Racjonalistów. Wspólnoty te powstawały spontanicznie, oddolnie, koncentrując się wokół założonych na początku tego wieku blogów poświęconych filozofii, psychologii i sztucznej inteligencji. Przewodnikami po „nowym wspaniałym świecie”, w którym człowiek podejmuje decyzje „wyłączając emocje, a włączając myślenie”, stało się dwóch blogerów: LessWrong (Eliezer Judkowski) i AstralCodexTen (Scott Alexander Siskind). Ich fani wierzyli, że możliwe jest pozbycie się rozmaitych błędów poznawczych i uprzedzeń, które sprawiają, że człowiek podejmuje irracjonalne decyzje o fatalnych konsekwencjach dla siebie i dla innych. Wierzyli również, że można taki stan przejrzystości umysłu osiągnąć dzięki odpowiedniemu treningowi mózgu. Jednocześnie uważali, że odpowiedzialność za przyszłość świata spoczywa na ich barkach. To oni mieli zbawić świat od potencjalnej destrukcyjnej dla globu sztucznej inteligencji. To było ich zadanie, bo według nich nikt inny nie dostrzegał tak wyraźnie powagi i bliskości zagrożenia.
Co wrażliwszych tak potężna odpowiedzialność, o której słyszeli na każdym kroku, zaczęła przytłaczać. Na racjonalistycznych forach internetowych coraz częściej mówiło się o problemach psychicznych racjonalistów. Że nie dają rady, że zaczynają się ciąć, że mają myśli samobójcze. W tym czasie Zizianie zaczęli odłączać się od głównego nurtu racjonalistycznego. I zaczęli się radykalizować. Przez jakiś czas mieszkali na niesprawnym, pordzewiałym statku ściągniętym z Alaski, marząc o „sfederalizowanej flotylli wolnych jednostek pływających”, na której mogliby realizować swoje utopijne idee „wegańskiego anarcho-transhumanizmu”. Ich pomysły z miesiąca na miesiąc stawały się coraz bardziej dziwaczne i ekscentryczne. Zizianie osuwali się w szaleństwo.
LaSota, uznany za przywódcę, promował coraz dziwniejsze metody „oczyszczania i przeprogramowania” mózgu. Wszystko po to, by mieć pełną jasność co do tego, jak czynić dobro.
W pisanym na przestrzeni kilku lat manifeście wspomina wielokrotnie o swoim odkryciu dotyczącym półkul mózgowych. Jego zdaniem jedna półkula jest odpowiedzialna za całe zło jednostki, a druga – za całe dobro. Obie półkule są w stanie permanentnego konfliktu i walczą o pierwszeństwo. Wystarczy jednak zastosować metodę „śnienia jednej półkuli”, aby zyskać nad nimi pełną kontrolę. W enigmatycznych instrukcjach Ziz tłumaczy, że trzeba dać spać tylko jednej połowie naszego mózgu. Druga pozostaje wówczas w stanie czuwania.
Manifest LaSoty jest niemalże niemożliwy do przebrnięcia. Czyta się go jak rozrzucone puzzle słowne. Jak joyce’owski luźny strumień świadomości technologicznego obłąkańca. Wśród ponad stu tysięcy słów najczęściej padają zdania o dobru. Jak to: „Dobro to inherentna wada epistemologicznych zawodów typu »kto więcej wypije«. Ale nasza grupa jest w tym konkursie do przodu: ja jestem w stanie oddać życie za dobro”. Te ezoteryczne paragrafy na każdy możliwy temat, od programowania (większość Zizian to studenci bądź absolwenci takich wydziałów jak matematyka, informatyka, statystyka bądź bioinformatyka) po kwestie tożsamości płciowej (Ziz LaSota jest transpłciową kobietą), wydają się nielogiczne i bezsensowne, ale w niszowych kręgach Wspólnot Racjonalistycznych budziły zainteresowanie. Ziz znajdował naśladowców, chociaż coraz częściej pisał o tym, że „nie może znieść ludzkości”, nawet tej racjonalistycznej. I znajdował makiaweliczne uzasadnienia dla łamania prawa. Wszystko po to, by szerzyć dobro.
Grupa słuchała. Przemawiało do nich, że mając na względzie wyższy cel, można na przykład nie płacić za wynajem lokalu. I stawiać czynny opór, kiedy właściciel będzie próbował doprowadzić do eksmisji. Czuli się coraz bardziej bezkarni. Czuli się usprawiedliwieni. I nie mieli wyrzutów sumienia, kiedy zaatakowali gospodarza posesji, na której wynajmowali przyczepę kempingową, a któremu byli winni ponad sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Ofiara przeżyła pierwszy atak, drugiego – kilka miesięcy później – już nie. Nie przeżyli też rodzice jednego z członków grupy, zastrzeleni w swoim domu przez jego współtowarzyszy.
Zizianie poczuli smak krwi. Do 2025 roku, kiedy to aresztowano i oskarżono trzydziestoczteroletniego LaSotę, „wegańska anarchotranshumanistyczna” utopia o wyraźnych znamionach kultu, powiązana była już z dwoma samobójstwami oraz sześcioma morderstwami. I to nie tylko w kalifornijskiej Dolinie Krzemowej, skąd się wywodziła i gdzie miała swoją bazę, ale również w innych stanach. Technoutopia okazała się zabójczą dystopią, a grupa młodych idealistów – niebezpiecznymi przestępcami. I tak oto prometejska wiara, że jednostka wyposażona w wyostrzoną samoświadomość i zaawansowane technologie zdoła odwrócić bieg świata, okazała się destrukcyjną fantasmagorią.
Przekonanie, że technologie mogą być kluczem do radykalnej zmiany w społeczeństwach, towarzyszy ludziom od wieków, a z wyrazistymi koncepcjami technoutopii, zwanej też coraz częściej techtopią, mamy do czynienia od czasów pierwszej rewolucji przemysłowej. Pożywką dla wyobraźni stał się wtedy silnik parowy, który zmienił transport i przyczynił się do zmechanizowania produkcji. Okazało się, że jedna innowacja może pomóc rozwiązać szereg problemów jednocześnie. Początkowo słychać było nieśmiałe, a z czasem coraz odważniejsze głosy ówczesnych intelektualistów, by rządy przejęli naukowcy i industrialiści. Powoływano się na ideę technokratycznego społeczeństwa, głoszoną przez Henriego de Saint-Simona.
Podczas drugiej rewolucji przemysłowej, na początku dwudziestego wieku, utopianizm był już w rozkwicie. Najczęściej jednak kończyło się na teorii, bo praktyka wymagała niebagatelnych nakładów finansowych. Te pojawiły się podczas przełomu związanego z technologiami cyfrowymi i doprowadziły do szeregu nieudanych prób stworzenia utopii, które konsekwentnie i każdorazowo przepoczwarzały się w antyutopie.
Czy zatem należy bać się algorytmicznej dystopii? Tak, ale jeszcze bardziej należy obawiać się jej piękniejszej siostry, utopii, mamiącej nierealnymi obietnicami raju na ziemi. To zawsze wiedzie na niebezpieczne manowce.
Był jasny, chłodny kwietniowy dzień i zegary wybijały trzynastą.
George Orwell, 1984
01000001 01100003
Czy po holocenie i antropocenie nastąpi era algorytmów.
Czyli jak nowe technologie wpłyną na klimat i geologię Ziemi
Czy jesteśmy bliscy ery algorytmów? Geoffrey Hinton, zwany ojcem chrzestnym AI, uważa, że jesteśmy. I to bliżej, niż nam się wydaje. Z jego punktu widzenia – a jest to perspektywa naukowca, który dostał Nagrodę Nobla z fizyki za uczenie maszynowe przy pomocy sztucznych sieci neuronowych – będziemy mieli nie tyle do czynienia z nową erą rozwoju ludzkości, co z jej apokalipsą. Dla wszystkich tych, którzy wypatrują jakiejkolwiek nadziei co do przyszłości, Kanadyjczyk nie ma dobrych wieści. Jego zdaniem dobre czasy właśnie się skończyły, a jemu udało się wstrzelić w najlepszy możliwy okres w historii ludzkości, czyli w powojenne pokolenie boomersów, tych szczęśliwców, których ominęły okropności dwóch wojen światowych, a teraz, w coraz bardziej niepewnym i niestabilnym świecie, wciąż jeszcze w spokoju i dobrobycie dochodzą kresu swych dni. Żadna generacja przed nimi nie miała tak korzystnych warunków: względnego pokoju, względnego dobrobytu, względnej stabilizacji. Dobrze już było, a teraz trzeba zapiąć egzystencjalne pasy bezpieczeństwa, bo ludzkość czekają brutalne turbulencje. Milenialsi, zetki i alfy – ich przyszłość rysuje się w ciemnych barwach.
Niemalże z każdą prelekcją dotyczącą sztucznej inteligencji, którą sam pomógł stworzyć – choć jak podkreśla ostatnio, zdarzyło się to „właściwie przez przypadek” – pesymizm Hintona rośnie. Jego apokaliptyczna „księga objawienia” obfituje w coraz więcej scenariuszy końca świata.
Tyle że zamiast czterech jeźdźców Apokalipsy, jest jeden – AI. W ciągu dekady ma się pojawić generatywna sztuczna inteligencja, z którą człowiek nie będzie mógł się mierzyć w żadnym aspekcie. Zdaniem noblisty istnieje nawet dwudziestoprocentowe prawdopodobieństwo, że te algorytmy zmiotą ludzkość z powierzchni Ziemi.
Najpierw jednak stracimy kontrolę. Bo algorytm będzie jak kupione od przemytnika zwierząt tygrysiątko, które wyrośnie na wielkiego tygrysa, gotowego zagryźć właściciela. I – beztrosko zapowiada naukowiec, każdą ze swoich wypowiedzi okraszając lekkim uśmiechem, jakby proponował wycieczkę all inclusive do piekła – niewątpliwie tygrys zagryzie właściciela, bo ten ostatni nie ma właściwych narzędzi, by okiełznać majestatyczną bestię, jaką jest potężna Panthera tigris. Tak samo bezbronni staniemy się my, kiedy generatywna AI wyhoduje intelektualne kły i pazury. Czyli świadomość.
Pytany o teraźniejszość oraz o tak podstawową kwestię, jak bezpieczeństwo zatrudnienia oraz zawody przyszłości w czasach, w których AI sukcesywnie pożera kolejne stanowiska pracy, ojciec AI radzi zdobyć uprawnienia… hydraulika. Wbrew bowiem wcześniejszym, idealistycznym wizjom sztucznej inteligencji, która miała stać się wybawieniem dla wszystkich podbijających karty pracy i zapewnić – jak obiecywał Bill Gates – zaledwie dwudniowy tydzień pracy, AI zdaje się zabierać tę pracę demokratycznie. Nie dając przy tym nic w zamian. Oprócz zasiłku dla bezrobotnych.
Szybciej jednak znikają możliwości dla tak zwanych białych kołnierzyków, czyli osób zatrudnionych w urzędach, firmach i instytucjach, niż dla pracowników fizycznych. W 2025 roku w Stanach Zjednoczonych, przy relatywnie stabilnym poziomie bezrobocia, jedna tylko grupa zanotowała znacznie większe trudności w znalezieniu zatrudnienia: młodzi absolwenci amerykańskich uniwersytetów, w tym również tych najbardziej prestiżowych. W przypadku pokolenia Zet, świeżo po studiach, poziom bezrobocia w Stanach Zjednoczonych wynosi prawie sześć procent, przy średniej krajowej w okolicach czterech procent. I choć ekonomiści nie mają jeszcze pewności, czy przyczyną takiego stanu rzeczy jest masowa automatyzacja pracy dzięki algorytmicznym innowacjom, czy w grę wchodzą również inne czynniki, to coraz częściej przebąkują, że rozsądniej będzie znaleźć konkretny rzemieślniczy fach, zamiast edukować się na uczelniach wyższych, które stają się akademickimi wieżami z kości słoniowej i nie dają umiejętności poruszania się po niepewnych i niestabilnych rynkach pracy.
Słuchaczy swoich wykładów Hinton dobija prognozowaną przez siebie datą rozkładu dotychczasowego świata. Ma się to wydarzyć już w ciągu najbliższej dekady. Jeszcze kilka lat wstecz naukowiec ten wieszczył, że zostały nam dwa lub trzy dziesięciolecia do momentu, kiedy będzie można obwieścić koniec rzeczywistości, jaką znamy. Teraz twierdzi, że przełom nastąpi szybciej. A potem nie będzie happy endu.
Po tak pesymistycznych obrazach przyszłości wydawałoby się, że Geoffrey Hinton, ów „Prometeusz algorytmów”, mimo że przyczynił się w ogromnym stopniu do rozwoju sztucznej inteligencji, będzie teraz z nią walczył. Na każdym kroku podkreśla przecież, że zrezygnował z pracy w Google’u, by mówić o niebezpieczeństwach AI. Bardziej oczywistą, choć jednocześnie mniej atrakcyjnie brzmiącą przyczyną jego emerytury było ukończenie siedemdziesiątego piątego roku życia, czym zresztą początkowo tłumaczył chęć odetchnięcia już nieco od dusznych, binarnych klimatów Doliny Krzemowej. Na każdym kroku powtarza też, jak poważnym zagrożeniem może być dla człowieka sztuczna inteligencja, więc chyba nie bez powodu ostrzega przed „ejajowym” załamaniem się naszej cywilizacji?
Pod koniec jednego z wykładów na uniwersytecie w Chicago padło pytanie: „Skoro AI może nam przynieść zagładę, to z pewnością nie inwestuje pan w firmy zajmujące się sztuczną inteligencją?”. Hinton zamilkł na chwilę, wyraźnie speszony, po czym odpowiedział defensywnie: „A co? Mam może trzymać moje pieniądze w banku?!”. Okazało się, że jak najbardziej inwestuje w te „skrajnie niebezpieczne technologie”. Można na nich bowiem nieźle zarobić. Prometejska narracja załamuje się w obliczu ogromnych zysków.
Geoffrey Hinton ma rzesze fanów. Jest inteligentny, charyzmatyczny, ma ironiczne poczucie humoru. Do tego dochodzi działanie efektu halo, tej symbolicznej aureoli, która otacza naukowców, mających na swoim koncie wyjątkowe odkrycia i wynalazki. To może wystarczyć, by brać jego prognostyki za pewniki. A wystarczyć nie powinno.
Przewidywanie przyszłości nie jest zerojedynkową rozgrywką. To nie kod binarny, który Hinton doskonale zna i rozumie, w którym po prostu coś jest lub nie ma, w którym jest tylko włącz-wyłącz. Przewidywanie przyszłości, jeśli w ogóle jest możliwe, choćby w podstawowym wymiarze, to raczej kompleksowe obliczenia kwantowe, niebinarne, wielowymiarowe, choć i one nie dają żadnej gwarancji, że to, co wyjdzie na końcu obliczenia, rzeczywiście się ziści. Nobliści się mylą.
Co więcej, część z nich cierpi na „chorobę noblowską”, przedziwną, choć psychologicznie wytłumaczalną przypadłość, która powoduje, że po otrzymaniu w Sztokholmie medalu z podobizną Alfreda Nobla, spersonalizowanego dyplomu i czeku na niebagatelną sumę pieniędzy, naukowcy wracają do swoich macierzystych uczelni czy instytucji z przekonaniem, że za rogiem czeka jeszcze większe odkrycie, jeszcze ważniejszy przełom i że tylko wyjątkowym ideom należy się poświęcać. Wśród ponad tysiąca osób, które mogą się poszczycić nagrodą, jest kilkudziesięciu noblistów, którzy nie do końca poradzili sobie z jej ciężarem, a ich kolejne projekty zbliżyły się do pseudonauki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
