Powrót do serca. Co Bóg mówi o swym zranionym Sercu w przesłaniach Alicji Lenczewskiej, św. Małgorzaty, św. Faustyny i innych mistyków - Forysiak Małgorzata - ebook

Powrót do serca. Co Bóg mówi o swym zranionym Sercu w przesłaniach Alicji Lenczewskiej, św. Małgorzaty, św. Faustyny i innych mistyków ebook

Forysiak Małgorzata

0,0

Opis

Wszystko jest już przygotowane w ojcowskim Sercu Boga, w Jego łonie i w zranionym Sercu Syna oraz w mądrości Ducha Świętego działającego w Maryi.

In Sinu Jesu, anonimowy benedyktyn

O czym świadczy fakt, że gdy w 2025 roku na ekrany francuskich kin wszedł film Sacre Coeur (Najświętsze Serce) poświęcony tajemnicy Serca Jezusa, niemal z dnia na dzień stał się takim przebojem, iż w paryskichkinach trzeba było zwiększyć liczbę seansów?

Jak wytłumaczyć fakt, że od wielu lat najlepiej sprzedającymi się tytułami religijnymi w Polsce i na świecie są Traktat o prawdziwym nabożeństwie Ludwika Grignion de Montfort, Dzienniczek siostry Faustyny Kowalskiej czy Świadectwo Alicji Lenczewskiej?

Z jakiego powodu ostatnia encyklika papieża Franciszka, ogłoszona tuż przed jego śmiercią, została w całości poświęcona tajemnicy Serca Jezusa?

Małgorzata Forysiak zabiera nas w podróż po różnych epokach historii Kościoła, opowiadając fascynujące historie o ludziach, którzy przyczynili się do odkrycia tajemnicy Najświętszego Serca Pana Jezusa: cesarzowej Helenie, Julianie z Norwich,
św. Augustynie, św. Małgorzacie Marii Alacoque, św. Faustynie czy Alicji Lenczewskiej. Każda kolejna opowieść odkrywa głębię i sens kultu Najświętszego Serca Jezusa i pokazuje, że tajemnica ta wynika z przesłania Pisma Świętego, a w naszych czasach jest bardziej aktualna niż kiedykolwiek wcześniej.

To książka, która wciąga, zachwyca i zbliża do Boga.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 151

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1 października 2025 roku na ekrany francuskich kin wszedł film Sacré Cœur (Najświętsze Serce), stając się z dnia na dzień dużym kulturowym wydarzeniem. W ciągu niespełna dwóch tygodni sprzedano 100 000 biletów, a zainteresowanie widzów było tak ogromne, że zwiększono liczbę seansów i udostępniono kolejne sale kinowe. Jak to się stało, że w dzisiejszych czasach obraz opowiadający o XVII-wiecznych objawieniach Serca Pana Jezusa stał się takim hitem? Kult Serca Jezusa nawet wśród wielu katolików bywa dziś traktowany jako sentymentalny relikt pobożności naszych dziadków. Co zatem aż tak poruszyło współczesnych widzów?

W Polsce od kilku lat coraz większym fenomenem staje się ruch zawierzeniowy: kolejne osoby oddają swoje życie Sercu Jezusa przez ręce Matki Bożej. Przyczyniły się do tego objawienia Matki Bożej w Fatimie, a także odkryty po latach i na nowo odczytany Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Matki Bożej Ludwika Grignion de Montfort. Ruch ma charakter oddolny i nie jest inspirowany przez jakiekolwiek działania hierarchii kościelnej. Od początków chrześcijaństwa takie wspólnotowe poruszenia odbierane były zawsze jako wewnętrzny głos Ducha Świętego, który domaga się od Kościoła jakichś konkretnych i zdecydowanych działań.

Trwają badania nad wyjątkowo licznymi w ostatnim stuleciu fenomenami cudów eucharystycznych, które teraz – dzięki odkryciom w zakresie techniki i medycyny – jawią nam się w zupełnie nowym świetle. Sanktuaria cudów eucharystycznych (Sokółka, Buenos Aires, Tixtla) stają się miejscami, gdzie wierni w zdumieniu kontemplują Serce, które wciąż żyje, choć nieprzerwanie kona.

Co Bóg chce nam powiedzieć przez te wszystkie sytuacje, wydarzenia i znaki? I dlaczego tak wyraźnie podkreśla znaczenie i rolę swojego Serca w obecnych czasach?

U schyłku pontyfikatu papież Franciszek zaskoczył wszystkich tematem czwartej, ostatniej encykliki. Dilexit nos traktuje właśnie o Sercu Jezusa. Papież ogłaszając ją, zaznaczył, że jest ona najważniejszym opublikowanym przez niego do tej pory dokumentem, a w kontekście śmierci papieża, która nastąpiła kilka miesięcy później, oświadczenie to nabiera jeszcze głębszego znaczenia. Dlaczego najważniejszym? Bo papież uważa, że współczesny świat „zagubił serce”. I ma tu na myśli zarówno Serce Boga, jak i ludzkie serce. W odnalezieniu serca Boga i serca człowieka papież widzi ocalenie świata i odnowę Kościoła.

Czy zdajemy sobie sprawę, jak bardzo prorocze są to słowa i jak bardzo pokrywają się z tym, co mówią na ten temat współcześni mistycy? Siostra Faustyna Kowalska przekonywała o konieczności zwrócenia się do Serca jako nieograniczonego źródła Bożego miłosierdzia. Siostra Leonia Nastał pisała o kochającym Sercu Boga, które jest miejscem, do którego wszyscy zmierzamy. Do Alicji Lenczewskiej Jezus mówił, że to właśnie Jego Serce jest przestrzenią, w której może się wreszcie spotkać świętość Boga z grzesznością człowieka, a Leonii tłumaczył, że to tu, w tym Sercu, stajemy się jednością – z Bogiem i z innymi ludźmi.

Pozostaje pytanie: dlaczego Bóg z taką mocą mówi nam o tym właśnie teraz? I jakie jeszcze tajemnice kryje Serce Boga, które jest jednocześnie Sercem człowieka?

Aby znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania, musimy na nowo stanąć pod krzyżem Jezusa.

Rozdział I

O sekretach titulusa, imieniu będącym obecnością i Bogu, który zostawia swój podpis

Śledztwo cesarzowej

To było bodaj najbardziej spektakularne śledztwo epoki. W roku 325 matka cesarza Konstantyna Wielkiego – Flawia Julia Helena udała się w pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Sędziwa, bo licząca już wtedy około 76 lat cesarzowa, miała wielką nadzieję odnaleźć tam najważniejszą relikwię chrześcijaństwa – Święty Krzyż, na którym około 33 r. n.e. cierpiał i umarł Jezus z Nazaretu. Był jeszcze drugi powód pielgrzymki, o którym rzadziej się wspomina, by nie psuć wizerunku pierwszego wielkiego chrześcijańskiego władcy: pokuta i zadośćuczynienie za dokonane przez niego zbrodnie, na miarę okrutnych poprzedników Nerona czy Kaliguli. Konstantyn Wielki, który w słynnym edykcie mediolańskim z 313 roku uznał wolność wyznania wszystkich wierzących w Chrystusa, a w prawodawstwie rzymskiego imperium zaprowadził wiele zmian inspirowanych Ewangelią, zamordował swojego pierworodnego syna, Kryspusa, i drugą żonę, Faustę. Kulisy tych mrocznych wydarzeń nie są zupełnie jasne, jednak wygląda na to, że syn cesarza zginął niewinnie oskarżony, a jego macocha przypłaciła życiem udział w intrydze. Z biegiem czasu w Konstantynie Wielkim zaczęły zwyciężać nie ideały, które prowadziły go u początków budowania chrześcijańskiego imperium, lecz to, co wyniósł z przeszłości – dziedzictwo przodków. Jego matka, Helena, wierzyła, że pielgrzymka podjęta w tak ważnym celu może wyprosić dla niego łaskę nawrócenia i pokuty.

Cesarzowa Helena słynęła z urody i hojności. W drodze do Ziemi Świętej rozdawała jałmużnę i wspomagała potrzebujących. To Konstantyn zlecił matce odnalezienie Świętego Krzyża, miejsca kaźni i grobu Jezusa oraz wzniesienie nad nimi chrześcijańskich świątyń. Liczył, że odzyskane święte relikwie dodadzą wagi i splendoru budowanej właśnie nowej stolicy Bizancjum – Konstantynopolowi.

Dawna Jerozolima już nie istniała. Miasto zostało doszczętnie zniszczone w 70 r. n.e. przez wojska cesarza Tytusa. W 131 r. n.e. cesarz Hadrian wzniósł na gruzach Jerozolimy Aelia Capitolina, hellenistyczne miasto z pogańskimi świątyniami Jowisza, Junony i Minerwy, co stało się przyczyną drugiego powstania żydowskiego. Usytuowanie tych świątyń paradoksalnie ułatwiło poszukiwania, zostały bowiem wzniesione prawdopodobnie w pobliżu najważniejszych dla chrześcijan miejsc: Golgoty i grobu Jezusa.

Jedno z najstarszych i najbardziej wiarygodnych świadectw dotyczących okoliczności odnalezienia krzyża pozostawił mnich Rufin z Akwilei (ok. 345–411), który 17 lat spędził w klasztorze na Górze Oliwnej. Rufin wspomina, że – opierając się na ustnym przekazie pierwszych chrześcijan – Święty Krzyż spodziewano się odnaleźć nieopodal Wzgórza Czaszki, (Golgoty), tuż za murami miasta.

Wszystko, co miało kontakt z ciałem zmarłego, było traktowane przez Żydów jako nieczyste i w związku z tym musiało zostać spalone lub zakopane zaraz po egzekucji. Jezusa ukrzyżowano tuż przed świętem Paschy, a więc wszelkie pozostałości po kaźni usunięto w pośpiechu i według wszelkiego prawdopodobieństwa musiano je zakopać blisko miejsca ukrzyżowania. Cesarzowa Helena osobiście miała nadzorować prace wykopaliskowe. 14 września 326 roku oczom robotników ukazała się cysterna, a w niej szczątki trzech krzyży. Natychmiast powiadomiono cesarzową. Dowodem autentyczności relikwii miała być opowieść o cudownym uzdrowieniu nieuleczalnie chorej kobiety, która kolejno dotykała wszystkich trzech krzyży i dopiero po dotknięciu tego właściwego została uzdrowiona. Niektórzy traktują tę historię jako naiwną legendę wyjętą wprost z Żywotów świętych[1], tymczasem o autentyczności znaleziska świadczył jeden niezbity dowód – w cysternie znajdowała się opisywana w ewangeliach drewniana tabliczka z imieniem skazańca i tytułem winy (titulus). Wspomina o niej zarówno św. Ambroży, jak i – w swoich kazaniach – św. Jan Chryzostom. Na tabliczce znajdował się napis w takiej wersji, w jakiej poświadcza go Jan Ewangelista: „Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski”. W tamtych czasach imię Jezus było bardzo popularne w Palestynie, ale tylko jeden Jezus Nazarejczyk został nazwany królem żydowskim i zginął na krzyżu w Jerozolimie w I wieku n.e.

Helena podzieliła znalezisko na trzy części: pierwszy fragment Świętego Krzyża przesłała synowi do budowanej właśnie nowej stolicy – Konstantynopola, drugi pozostawiła w Jerozolimie, a trzecią część zabrała ze sobą do Rzymu, gdzie do dziś przechowywana jest w Bazylice Świętego Krzyża Jerozolimskiego. Na miejscu odnalezienia krzyża Helena poleciła wybudować chrześcijańską świątynię, którą nazwano Martyrium.

Titulus crucis

Umieszczanie nad głową ukrzyżowanego skazańca informacji o jego winie było praktyką przyjętą w imperium rzymskim. O titulusie umieszczonym nad głową Jezusa wspominają wszyscy czterej ewangeliści, choć są między nimi rozbieżności (tylko Jan podaje pełny jego tekst: „Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski”). Święty Jan pisze, że titulus Jezusa był doskonale widoczny i że czytało go wielu Żydów zmierzających w stronę miasta. Napis miał służyć ku przestrodze, ale i wyszydzeniu. Każdy mógł podejść, przeczytać go i skomentować. Tytuł krzyża (titulus crucis) był zwykle wypisany na drewnianej półmetrowej desce, którą najpierw pokrywano białą kredą, a potem na tak przygotowanej powierzchni wypisywano tekst czarnymi lub czerwonymi literami. Rzadziej był grawerowany. Po wykonaniu wyroku tabliczkę zwykle zamalowywano i wykorzystywano po raz drugi, do kolejnej egzekucji. Titulus Jezusa został wyryty na desce. We wgłębieniach liter zachowały się resztki farby, a na powierzchni tablicy – ślady wapna.

Ponieważ czas naglił, bo zbliżała się Pascha, przedmioty związane z egzekucją wrzucono pospiesznie do cysterny i przykryto ziemią. Pozostaje jednak pytanie, czy titulus znaleziony przy krzyżu w 326 roku jest rzeczywiście autentyczny, czy jest to może średniowieczna podróbka służąca uwiarygodnieniu relikwii?

Świadectwa przekazują, że cesarzowa przecięła tabliczkę na pół. Jedną część pozostawiła w Jerozolimie, a drugą zabrała do Rzymu i umieściła w Sessorium, swoim prywatnym pałacu, na którego miejscu stoi dziś Bazylika Świętego Krzyża Jerozolimskiego. W 383 roku jerozolimską połowę titulusa z napisem Rex Judaeorum („Król Żydowski”) oglądała słynna pątniczka Egeria. W swoim dzienniku z podróży do Ziemi Świętej wspomina, że w czasie Wielkiego Tygodnia oddawała cześć Świętemu Krzyżowi oraz titulusowi. Dotykał go też i całował pod koniec VI wieku inny pielgrzym – Antoni z Piacenzy. Dzięki niemu z kolei wiemy, że tablica była wykonana z drewna orzechowego. Około połowy VII wieku ten fragment titulusa zaginął. Przypuszczalnie dostał się w ręce Persów, którzy w 614 roku najechali i splądrowali Jerozolimę. Nigdy nie został odnaleziony.

Rzymska część titulusa zachowała się do dziś. Przez wieki nikt nie badał jej autentyczności. Dopiero w 1997 roku relikwią zainteresował się niemiecki badacz Michael Hesemann. Poprosił do pomocy innych uczonych, między innymi włoskiego botanika Elia Coronę, który potwierdził dawne świadectwo pielgrzyma z Piacenzy, że titulus jest wykonany z drewna orzechowego. Najważniejszą jednak część zadania powierzył Hesemann paleografom, którzy mieli dokładnie zbadać i zanalizować pozostałości pisma na desce pod kątem jego autentyczności. Badacze udowodnili, że titulus pochodzi z I wieku n.e.

Podpis Boga

Titulus tworzą trzy linijki tekstu: pierwsza w języku hebrajskim, druga w greckim, a trzecia po łacinie. Ich kolejność jest inna niż w Ewangelii Jana, który wymienia języki: hebrajski, łaciński i grecki, a także różni się od wersji Łukasza, który wylicza grecki, łaciński i hebrajski. Ale według badaczy te rozbieżności mogą jedynie świadczyć o autentyczności relikwii: fałszerz starałby się raczej o to, by tekst na desce był zbieżny z którąś z Ewangelii.

Ponieważ napis był długi, cały świat łaciński przyjął jego skróconą formułę w języku łacińskim i na wszystkich krzyżach i pasyjkach umieszczano odtąd napis INRI, który jest akronimem łacińskich słów:

IESUS NAZARENUS REX IUDAEORUM.

Dopiero w wieku XX żydowski teolog i historyk Schalom Ben-Chorin[2] zwrócił uwagę na to, co dwa tysiące lat temu mogli widzieć Żydzi czytający ten napis w języku hebrajskim:

Jeszua Ha-Nocri We-Melech Ha-Jehudim.

Początkowe litery napisu w tym języku w przedziwny i niezamierzony sposób ułożyły się w tetragram, aż nadto czytelny dla każdego Żyda:

JHWH – JESTEM KTÓRY JESTEM.

Oficjalnie Jezusa skazano dlatego, że uczynił siebie królem, a każdy, kto czynił siebie królem, sprzeciwiał się cezarowi. W gruncie rzeczy był to jedynie pretekst. Tak naprawdę Żydzi mieli za złe Chrystusowi, że nazwał siebie Mesjaszem i Synem Bożym. Titulus umieszczony nad głową Jezusa objawia Jego prawdziwą tożsamość. Nad głową Jezusa Bóg umieszcza swój podpis.

Imię, które jest obecnością

JHWH – Jestem, który Jestem, to święte imię, którym Bóg przedstawia się Mojżeszowi w płonącym krzewie (Wj 3,14). Imię Boga ma niezwykłą moc. Gdy wypowiadano je na głos, przywoływało Bożą obecność. Ze względu na świętość jedynego Boga czyniono to tylko raz w roku – w Jom Kippur. Słowa te mógł wypowiedzieć wyłącznie najwyższy kapłan, który z krwią kozła złożonego w ofierze wchodził do najświętszego miejsca świątyni jerozolimskiej (Świętego Świętych), aby tam złożyć ofiarę Najwyższemu. Świątynia była miejscem, gdzie przebywało imię Pana i gdzie człowiek stawał w Jego obecności.

Trudno do końca przełożyć na język polski znaczenie tych tajemniczych słów. Czasownik „jestem” nie oznacza tu bowiem „bycia gdzieś konkretnie”, a raczej wieczne trwanie, a jednocześnie Boże uczestnictwo w historii Izraela. Oznacza władzę zarówno nad teraźniejszością, jak i przyszłością. Druga trudność wynika ze specyfiki czasownika hebrajskiego. Słowa „Ja jestem” lub „Jestem, który Jestem” możemy rozumieć w odniesieniu zarówno do czasu teraźniejszego, jak i przyszłego. Co to znaczy? – To, że Bóg jest wiecznym TERAZ. Że jest „równoczesny z każdym czasem, a jednocześnie każdy czas wyprzedza” – pisze przyszły papież Joseph Ratzinger w swojej niezwykłej książce Bóg Jezusa Chrystusa.[3]

Dwóch, ale jedno imię

Są fragmenty Ewangelii Jana, które przyprawiają o dreszcze. Takim fragmentem jest część rozdziału ósmego, która opisuje rozmowę Jezusa z faryzeuszami w świątyni. To bardzo trudna rozmowa i szczerze mówiąc, nie dziwię się tym ludziom, że nic nie rozumieją i że pałają gniewem, słysząc, iż ktoś bluźnierczo – ich zdaniem – nazywa siebie Bogiem. Jezus mówi im to bardzo wyraźnie, trzykrotnie używając słów: „JA JESTEM”, które w Biblii zarezerwowane są przecież tylko dla jednej osoby:

Jeżeli bowiem nie uwierzycie, że JA JESTEM, pomrzecie w grzechach waszych (J 8,24);

Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM (J 8,28);

Zanim Abraham stał się – JA JESTEM (J 8,58).

Wobec faktu, że Izraela zewsząd otaczały narody, które czciły niezliczone ilości bóstw, wiara Żydów w Boga Jedynego była czymś naprawdę niezwykłym. Ale oni wiedzieli, że jest tylko jeden Bóg, bo On sam im to objawił. I odtąd starali się być wierni danemu im przez Boga przykazaniu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Jak zatem mogli zaakceptować kogoś, kto nazywał siebie „Ja jestem”?

Żydzi z szacunku dla jedynego Boga nawet nie wypowiadali głośno Jego imienia, tymczasem Jezus rozmawiając z faryzeuszami, nie tylko uzurpuje sobie prawo do wymawiania Go, ale na dodatek utożsamia się z Nim.

Pamiętam, jak jeszcze w liceum dyskutowałam z osobą niewierzącą o sensie wiary. W swojej naiwności byłam pewna, że wystarczy dobrze dobrać argumenty, żeby ją przekonać. Sięgałam więc po coraz mocniejsze, ale przełom nie nadchodził. Po drugiej stronie było tylko wzruszanie ramionami i – w moim odczuciu – coraz bardziej irracjonalne kontrargumenty. W końcu otworzyłam Biblię, prosząc w myślach: „Boże, pomóż mi ją przekonać”. I wtedy trafiłam na rozdział ósmy Ewangelii Jana. Powtórzone kilka razy słowa „Ja jestem”, zapisane kapitalikami, uderzyły mnie z niezwykłą siłą. Miałam wrażenie, że Jezus wypowiada je nie do faryzeuszy, ale teraz – właśnie do mnie. W jednej chwili zrozumiałam, że to jest jedyna możliwa odpowiedź. W tym punkcie kończy się każda argumentacja. Albo te słowa przyjmujesz, albo odrzucasz. Bo wiara nie jest efektem dobrego doboru argumentów, ale przyjęcia tych słów sercem. Właśnie wtedy stało się dla mnie jasne, dlaczego słuchając Jezusa, jedni Jego słowa przyjęli, a drudzy absolutnie odrzucili.

Imię, które zbawia

Spójrzmy na inną scenę – w Ogrójcu. Jezus zwraca się do żołnierzy, którzy przyszli, by Go pojmać: „Ja jestem”. I wtedy dzieje się coś niezwykłego – wszyscy padają przed Nim na twarz. To jest moment, kiedy Jezus objawia się jako Bóg, w całej mocy swojego świętego imienia. Trwa to tylko przez chwilę – potem boskość Jezusa zostaje jakby zakryta, a żołnierze znowu widzą w Nim wyłącznie człowieka, którego trzeba aresztować[4] – niemniej moc i siła owych słów definiują Tego, który je wypowiada.

Jezus mówił do faryzeuszów: „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM” (J 8,28). Ilu przypomniało sobie te słowa, gdy Jezus zawisł na krzyżu pomiędzy niebem a ziemią? To było owo „wywyższenie”, o którym wspominał Jezus. I właśnie wtedy, na krzyżu, Bóg ujawnił się najpełniej w swoim imieniu. „Jezus kładzie kres zagadkowemu imieniu z krzewu ognistego; teraz staje się widoczne, że Bóg nie wypowiedział jeszcze wszystkiego do końca, lecz chwilowo przerwał swoją mowę. Imię Jezus zawiera bowiem w sobie słowo »Jahwe« w jego hebrajskiej formie i dodaje do niego jeszcze dalsze: Bóg zbawia. »Jestem, który jestem« oznacza teraz: »Jestem tym, który was zbawia«. Jego bycie jest zbawianiem”[5].

[1] Cesarzowa Helena jest świętą zarówno Kościoła katolickiego, jak i prawosławnego.

[2] P. Seewald: Biografia Jezusa Chrystusa, Kraków 2011, s. 503.

[3] J. Ratzinger, Bóg Jezusa Chrystusa, Kraków 2006, s. 27.

[4] Jezus jest Bogiem, Panem czasu – to On decyduje o momencie pojmania i to On sam wydaje się w ręce oprawców.

[5] J. Ratzinger, Bóg Jezusa Chrystusa. Medytacje o Bogu Trójjedynym, Kraków 1995, s. 30–31.

Rozdział II

O modlitwie pisanej szyfrem, utraconym rajskim widzeniu i czaszce Adama

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.

Copyright © 2026 by Małgorzata Forysiak

Redaktor prowadzący: Michał Wilk

Korekta: Dorota Marcinkowska | Na Pomoc Tekstom

Redakcja techniczna i projekt okładki: Paweł Kremer

Zdjęcie na okładce: midjourney.com

ZA ZEZWOLENIEM

Prowincjała Polskiej Prowincji Zakonu Pijarów

L.dz. 70/P/2026 z dnia 21 kwietnia 2026 r.

Wydanie I | Kraków 2026

ISBN 978-83-8404-182-6

Zamawiaj nasze książki przez internet: boskieksiążki.pl lub bezpośrednio w wydawnictwie: 603 957 111, [email protected]

Wydawnictwo eSPe, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek