Powrót do Reims - Didier Eribon - ebook

18 osób właśnie czyta

Opis

Anatomia społecznego wstydu i wykluczenia.

Autor, francuski socjolog i filozof, miał na koncie wiele książek, między innymi biografię Foucaulta, gdy uświadomił sobie, że o ile przez lata zajmował się wykluczeniem i homofobią, o tyle nigdy nie przeanalizował tego, co naznaczyło całe jego życie: podziału klasowego i biedy. Wraca na prowincję, do rodzinnego domu i opisuje wszystko to, czego zawsze tak bardzo się wstydził i przed czym uciekał: poczucie krzywdy, upokorzenia, potrzebę społecznego uznania. Opowiada o swoich rodzicach – matce sprzątaczce i ojcu robotniku – o ich rozpaczliwych staraniach, by przebić szklany sufit, polepszyć byt, dokształcić się; o ich politycznych wyborach, życiowych decyzjach, a wszystko to podbudowuje wnikliwą analizą społeczeństwa kapitalistycznego i francuskiej prowincji. Eribon odpowiada na wiele pytań, które można by odnieść także do polskiego społeczeństwa i sposobów, w jakie ono ewoluuje. Świetnie napisana książka, która pomaga zrozumieć wiele aktualnych zjawisk polityczno-społecznych, w tym protest żółtych kamizelek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 234

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Di­dier Eri­bon

Po­wrót do Re­ims

prze­ło­ży­ła Ma­ry­na Ochab

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2019

Część czwar­ta

2

W li­ceum, ma­jąc trzy­na­ście, czter­na­ście lat, za­przy­jaź­ni­łem się bli­sko z pew­nym chłop­cem z mo­jej kla­sy, sy­nem pro­fe­so­ra uni­wer­sy­te­tu po­wsta­ją­ce­go do­pie­ro w na­szym mie­ście. Nie by­ło­by prze­sa­dą po­wie­dzieć, że się w nim za­ko­cha­łem. Ko­cha­łem go tak, jak się ko­cha w tym wie­ku. Ale po­nie­waż by­li­śmy chłop­ca­mi, nie mo­głem oczy­wi­ście wy­znać mu swo­ich uczuć (to jed­na z naj­bar­dziej trau­ma­ty­zu­ją­cych trud­no­ści po­cią­gu ho­mo­sek­su­al­ne­go w la­tach do­ra­sta­nia – i zresz­tą w in­nych okre­sach ży­cia też: nie moż­na wy­ra­zić tego, co się czu­je do ko­goś tej sa­mej płci, stąd po­trze­ba miejsc spo­tkań, gdzie za­sa­dy oczy­wi­sto­ści ule­ga­ją od­wró­ce­niu, trze­ba tyl­ko te miej­sca znać i być peł­no­let­nim). Na­pi­sa­łem: „nie mo­głem wy­znać” mu swo­ich uczuć. Oczy­wi­ście. Ale naj­pierw nie umia­łem ich sfor­mu­ło­wać dla sie­bie. By­łem jesz­cze za mło­dy, a cała kul­tu­ra była – na­dal w du­żym stop­niu jest – zor­ga­ni­zo­wa­na w taki spo­sób, że na­sto­la­tek nie dys­po­nu­je od­nie­sie­nia­mi, ob­ra­za­mi, ję­zy­kiem, któ­re po­zwo­li­ły­by mu zro­zu­mieć i na­zwać to in­ten­syw­ne uczu­cio­we przy­wią­za­nie ina­czej niż w ka­te­go­riach „przy­jaź­ni”.

Pew­ne­go dnia na­uczy­ciel mu­zy­ki ka­zał uczniom roz­po­znać frag­ment utwo­ru, któ­re­go mie­li­śmy wy­słu­chać. By­łem za­sko­czo­ny, kie­dy po kil­ku tak­tach ten chło­piec pod­niósł rękę i oświad­czył try­um­fal­nie: „Noc na Ły­sej Gó­rze Mu­sorg­skie­go!”. By­łem zbi­ty z tro­pu. Dla mnie te lek­cje były po pro­stu idio­tycz­ne, a tego typu mu­zy­ka nie­zno­śna, za­wsze się z niej wy­śmie­wa­łem, ale przede wszyst­kim chcia­łem mu się po­do­bać. Tym­cza­sem on znał i lu­bił coś, z cze­go ja wy­łącz­nie kpi­łem, co od­rzu­ca­łem, coś, co w moim domu na­zy­wa­no „wiel­ką mu­zy­ką”, kie­dy przy­pad­kiem tra­fi­ło się na ra­dio­sta­cję, któ­ra ją nada­wa­ła i któ­rą czym prę­dzej wy­łą­cza­li­śmy, mó­wiąc: „Nie je­ste­śmy na mszy” .

Miał pięk­ne imię. Moje było ba­nal­ne. Już to sym­bo­li­zo­wa­ło w ja­kiś spo­sób spo­łecz­ny dy­stans mię­dzy nami. Miesz­kał z ro­dzi­ną w du­żej wil­li w za­moż­nej dziel­ni­cy w po­bli­żu cen­trum mia­sta. By­wa­nie u nie­go w domu im­po­no­wa­ło mi i onie­śmie­la­ło mnie. Nie chcia­łem, aby wie­dział, że miesz­kam na no­wym osie­dlu na pe­ry­fe­riach, i uni­ka­łem od­po­wie­dzi, kie­dy mnie o to py­tał. Jed­nak pew­ne­go dnia, chcąc za­pew­ne do­wie­dzieć się, gdzie i jak miesz­kam, bez uprze­dze­nia za­dzwo­nił do mo­ich drzwi. By­łem zdru­zgo­ta­ny, cho­ciaż to był miły gest z jego stro­ny, po­wi­nie­nem był się do­my­ślić, że w ten spo­sób daje mi do zro­zu­mie­nia, że nie mam żad­ne­go po­wo­du do wsty­du. Miał star­sze ro­dzeń­stwo na stu­diach w Pa­ry­żu i z ra­cji pa­nu­ją­cej w jego domu at­mos­fe­ry w roz­mo­wach ze mną wy­mie­niał na­zwi­ska fil­mow­ców i pi­sa­rzy, opo­wia­dał o fil­mach Go­dar­da i utwo­rach Bec­ket­ta… Czu­łem się przy nim zu­peł­nym igno­ran­tem. Uczył mnie tego wszyst­kie­go, a przede wszyst­kim chę­ci po­zna­nia tego wszyst­kie­go. Fa­scy­no­wał mnie, chcia­łem być taki jak on. Więc też za­czą­łem mó­wić o Go­dar­dzie, któ­re­go żad­ne­go fil­mu nie wi­dzia­łem, i o Bec­ket­cie, któ­re­go żad­nej książ­ki nie czy­ta­łem. Oczy­wi­ście, był świet­nym uczniem, ale de­mon­stra­cyj­nie oka­zy­wał dy­stans do szko­ły, a ja pró­bo­wa­łem ro­bić to samo, tyle że nie mia­łem jego atu­tów. Na­uczy­łem się oszu­ki­wać. Przy­pi­sy­wa­łem so­bie wie­dzę, któ­rej nie mia­łem. Mniej­sza o praw­dę. Li­czy­ły się tyl­ko po­zo­ry i mój wła­sny ob­raz, jaki usi­ło­wa­łem sfa­bry­ko­wać i na­rzu­cić in­nym. Ba, na­śla­do­wa­łem na­wet jego spo­sób pi­sa­nia (mam na my­śli cha­rak­ter pi­sma) i dziś jesz­cze kształt mo­ich li­ter to ślad tam­te­go daw­ne­go związ­ku. Trwał zresz­tą krót­ko. Nie­ba­wem stra­ci­łem tego chłop­ca z oczu. Był ko­niec lat sześć­dzie­sią­tych i okres ten po­zo­sta­wił głę­bo­kie, ale ra­dy­kal­nie róż­ne pięt­no na dwóch mło­dych umy­słach. Mój przy­ja­ciel rzu­cił szko­łę na dłu­go przed ma­tu­rą i ru­szył „w dro­gę”. Uwiel­biał Ke­ro­uaca, lu­bił grać na gi­ta­rze, iden­ty­fi­ko­wał się z kul­tu­rą hip­pi­sow­ską… Mnie bar­dziej na­zna­czył maj ’68 i re­wol­ta po­li­tycz­na: w 1969 roku zo­sta­łem – za­le­d­wie szes­na­sto­let­ni – ak­tyw­nym troc­ki­stą, co mnie moc­no ab­sor­bo­wa­ło w na­stęp­nych la­tach. Mniej wię­cej do dwu­dzie­ste­go roku ży­cia czy­ta­łem z na­bo­żeń­stwem Mark­sa, Le­ni­na i Troc­kie­go, było to dla mnie de­cy­du­ją­ce do­świad­cze­nie in­te­lek­tu­al­ne, po­nie­waż skie­ro­wa­ło mnie w stro­nę fi­lo­zo­fii.

Wpływ przy­jaź­ni z tym chłop­cem i jego po­moc, z któ­rej nie zda­wał so­bie spra­wy, oka­za­ły się roz­strzy­ga­ją­ce: mój kla­so­wy ha­bi­tus skła­niał mnie na po­cząt­ku do opo­ru wo­bec szko­ły i wy­ma­ga­nej przez nią dys­cy­pli­ny. By­łem nie­sfor­ny, nie­po­słusz­ny i wy­star­czy­ło­by byle co, by nie­od­par­te siły pchnę­ły mnie do zu­peł­ne­go jej od­rzu­ce­nia. On sta­no­wił moje prze­ci­wień­stwo: kul­tu­ra od za­wsze była jego świa­tem. Pi­sał opo­wia­da­nia fan­ta­stycz­ne. Chcia­łem pójść w jego śla­dy i sam za­czą­łem pi­sać. Wy­brał so­bie pseu­do­nim. Ja też po­sta­no­wi­łem so­bie ja­kiś wy­brać, a kie­dy mu go po­wie­dzia­łem, wy­śmiał mnie, bo mój pseu­do­nim był kom­plet­nie wy­my­ślo­ny (skom­pli­ko­wa­ny i dziw­ny), pod­czas gdy on pod­pi­sy­wał się swo­im dru­gim imie­niem i na­zwi­skiem pa­nień­skim mat­ki. Nie mo­głem z nim ry­wa­li­zo­wać. Cały czas by­łem spy­cha­ny w niż­szość. Był wo­bec mnie okrut­ny, ra­nił mnie, wca­le tego nie chcąc ani o tym nie wie­dząc. Spo­tka­łem się póź­niej z wie­lo­ma ana­lo­gicz­ny­mi sy­tu­acja­mi – eto­sy kla­so­we leżą u pod­staw za­cho­wań i re­ak­cji bę­dą­cych je­dy­nie ak­tu­ali­za­cją struk­tur i hie­rar­chii spo­łecz­nych w mo­men­cie ja­kiejś in­te­rak­cji. Przy­jaźń też pod­le­ga pra­wom cięż­ko­ści hi­sto­rycz­nej – dwaj przy­ja­cie­le to dwie wcie­lo­ne hi­sto­rie spo­łecz­ne, któ­re zde­rza­ją się z sobą wsku­tek in­er­cji ich ha­bi­tu­sów. Po­sta­wy i sło­wa nie mu­szą być agre­syw­ne w moc­nym sen­sie ani w za­mie­rze­niu ra­nią­ce, żeby jed­nak ta­kie były. Na przy­kład, kie­dy prze­by­wa się w śro­do­wi­skach bur­żu­azyj­nych czy po pro­stu w wyż­szej kla­sie śred­niej, czę­sto ma się do czy­nie­nia z za­ło­że­niem, że też się do niej na­le­ży. Tak jak he­te­ro­sek­su­al­ni mó­wią o ho­mo­sek­su­ali­stach w ich obec­no­ści, nie wy­obra­ża­jąc so­bie, że ci, do któ­rych się zwra­ca­ją, mo­gli­by na­le­żeć do tego na­pięt­no­wa­ne­go ga­tun­ku, z któ­re­go się śmie­ją albo go oczer­nia­ją, tak samo lu­dzie ze śro­do­wisk miesz­czań­skich mó­wią do tych, z któ­ry­mi się za­da­ją, tak, jak­by od za­wsze mie­li te same do­świad­cze­nia ży­cio­we i kul­tu­ro­we. Nie orien­tu­ją się, że samo to za­ło­że­nie już jest agre­sją. To się cza­sem zda­rza z naj­bliż­szy­mi, naj­star­szy­mi, naj­wier­niej­szy­mi przy­ja­ciół­mi: kie­dy po śmier­ci ojca po­wie­dzia­łem jed­ne­mu z mo­ich – dzie­dzi­co­wi ma­jąt­ku! – że nie będę na po­grze­bie, ale po­ja­dę do Re­ims zo­ba­czyć się z mat­ką, od­parł na to: „Tak czy ina­czej, mu­sisz być przy otwar­ciu te­sta­men­tu u no­ta­riu­sza”! To zda­nie – wy­po­wie­dzia­ne spo­koj­nym to­nem jak oczy­wi­stość – uzmy­sło­wi­ło mi, do ja­kie­go stop­nia pro­ste rów­no­le­głe się nie spo­ty­ka­ją, na­wet w przy­ja­ciel­skich sto­sun­kach. „Otwar­cie te­sta­men­tu”! Mój Boże! Ja­kie­go te­sta­men­tu? Jak gdy­by w mo­jej ro­dzi­nie było w zwy­cza­ju pi­sa­nie te­sta­men­tów i de­po­no­wa­nie ich u no­ta­riu­sza. Żeby co prze­ka­zać w spad­ku? W kla­sach lu­do­wych ni­cze­go się nie prze­ka­zu­je z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie: ani pa­pie­rów war­to­ścio­wych, ani ka­pi­ta­łu, ani do­mów, ani miesz­kań, ani sta­rych me­bli czy pre­cjo­zów68… Moi ro­dzi­ce nie mie­li nic poza nędz­ny­mi oszczęd­no­ścia­mi, od­kła­da­ny­mi z tru­dem rok po roku na ksią­żecz­ce. Zresz­tą mat­ka uwa­ża­ła, że to jej się na­le­żą, bo ona i oj­ciec „odło­ży­li” je wspól­nie, po­mniej­sza­jąc swo­je do­cho­dy o sumy, któ­rych prze­cież po­trze­bo­wa­li. Po­mysł, że te pie­nią­dze, ich pie­nią­dze, mia­ły­by przy­paść ko­muś in­ne­mu niż jej, wy­da­wał jej się cu­dacz­ny i nie do za­ak­cep­to­wa­nia. „No prze­cież to moje! Od­ma­wia­li­śmy so­bie wie­lu rze­czy, żeby odło­żyć na czar­ną go­dzi­nę!”, za­wo­ła­ła z obu­rze­niem w gło­sie, kie­dy bank ją po­in­for­mo­wał, że kil­ka ty­się­cy fran­ków zde­po­no­wa­nych na ich wspól­nym kon­cie ma być po­dzie­lo­ne mię­dzy sy­nów i że jej przy­pa­da tyl­ko nie­wiel­ka część tej kwo­ty; mu­sia­ła nas po­pro­sić, że­by­śmy pod­pi­sa­li do­ku­ment, któ­ry po­zwa­lał jej dys­po­no­wać tym „spad­kiem”.

Tak czy owak, krót­ka zna­jo­mość z tym chłop­cem z li­ceum dała mi za­mi­ło­wa­nie do ksią­żek, inny sto­su­nek do sło­wa pi­sa­ne­go, wia­rę w li­te­ra­tu­rę i sztu­kę, po­cząt­ko­wo tyl­ko uda­wa­ne, ale z każ­dym dniem co­raz bar­dziej rze­czy­wi­ste. W grun­cie rze­czy li­czy­ły się en­tu­zjazm i pra­gnie­nie od­kry­wa­nia wszyst­kie­go. Treść przy­szła póź­niej. Dzię­ki tej przy­jaź­ni moja spon­ta­nicz­na nie­chęć – to zna­czy owoc mo­je­go po­cho­dze­nia spo­łecz­ne­go – do szko­ły nie do­pro­wa­dzi­ła mnie do od­rzu­ce­nia kul­tu­ry w ogó­le, lecz prze­mie­ni­ła się w pa­sję do wszyst­kie­go, co tchnę­ło awan­gar­dą, ra­dy­kal­no­ścią, in­te­lek­tu­ali­zmem. (Du­ras i Bec­kett mnie urze­kli, ale nie­ba­wem w moim ser­cu górę wzię­li Sar­tre i Be­au­vo­ir, tych au­to­rów i ich dzie­ła od­kry­łem sam, a za­in­te­re­so­wa­łem się nimi dla­te­go, że wi­dzia­łem ich na­zwi­ska pod pe­ty­cja­mi – zwłasz­cza w maju ’68 i póź­niej. I tak oto w 1969 roku ku­pi­łem świe­żo wy­da­ną Détru­ire, dit-elle Mar­gu­eri­te Du­ras, w ma­gicz­nej dla mnie okład­ce wy­daw­nic­twa Mi­nu­it, póź­niej za­chwy­ci­łem się pa­mięt­ni­ka­mi Si­mo­ne de Be­au­vo­ir). Od dzie­cię­cych lek­tur – se­ria Klu­bu Pię­cior­ga w Ró­żo­wej Bi­blio­tecz­ce, któ­rej każ­dy to­mik po­chła­nia­łem w cza­sach przed­li­ce­al­nych – prze­sze­dłem więc pro­sto do en­tu­zja­stycz­ne­go od­kry­cia współ­cze­sne­go ży­cia li­te­rac­kie­go i umy­sło­we­go. Ukry­wa­łem swój brak oby­cia, nie­zna­jo­mość kla­sy­ków, fakt, że wła­ści­wie nie prze­czy­ta­łem nic z tego, co inni czy­ta­li w moim wie­ku – Woj­ny i po­ko­ju, Nędz­ni­ków… – za wy­nio­słą i po­gar­dli­wą po­sta­wą wo­bec nich, śmia­łem się z ich kon­for­mi­zmu: oni uwa­ża­li mnie za „sno­ba”, czym by­łem oczy­wi­ście za­chwy­co­ny. Wy­my­śli­łem dla sie­bie pew­ną kul­tu­rę, a jed­no­cze­śnie pew­ną oso­bo­wość i po­stać.

Co się sta­ło z chłop­cem, któ­re­mu tyle za­wdzię­czam? Nie mia­łem po­ję­cia, póki nie za­czą­łem kil­ka mie­się­cy temu po­szu­ki­wać go przez in­ter­net. Miesz­ka­my w tym sa­mym mie­ście, ale ży­je­my na in­nych pla­ne­tach. Nie prze­stał się in­te­re­so­wać mu­zy­ką i po­noć zdo­był pe­wien roz­głos w świe­cie pio­sen­ki, re­ali­zu­jąc „aran­ża­cje” wie­lu płyt, któ­re od­nio­sły suk­ces. Nie ma więc cze­go ża­ło­wać: cóż mo­gli­by­śmy so­bie po­wie­dzieć, gdy mi­nął czas mło­dzień­czej przy­jaź­ni? Ten zwią­zek trwał rap­tem trzy lub czte­ry lata. Po­dej­rze­wam, że nie miał dla nie­go ta­kie­go zna­cze­nia jak dla mnie.

Moje wy­bo­ry szkol­ne rów­nież były na­zna­czo­ne ubó­stwem śro­do­wi­ska spo­łecz­ne­go, z któ­re­go po­cho­dzi­łem. Nie wie­dzie­li­śmy nic o tym, na ja­kie opcje naj­le­piej się zde­cy­do­wać, nie zna­li­śmy żad­nych stra­te­gii do­bo­ru kie­run­ków – po­sze­dłem do kla­sy o pro­fi­lu li­te­rac­kim, a do­brym wy­bo­rem był­by pro­fil ści­sły (wte­dy naj­wy­żej no­to­wa­ny, choć praw­dą jest, że wcze­śnie prze­sta­łem się uczyć ma­te­ma­ty­ki i że po­cią­ga­ła mnie „li­te­ra­tu­ra”). Mimo że na po­cząt­ku li­ceum na­uka sta­ro­grec­kie­go do­brze mi szła, za­rzu­ci­łem ją po dwóch la­tach, bo prze­ko­na­łem sam sie­bie, że gre­ka do ni­cze­go nie jest po­trzeb­na – ale głów­nie dla­te­go, że chło­piec, o któ­rym mó­wi­łem, po­sta­no­wił ją rzu­cić, a ja przej­mo­wa­łem jego sądy na te­mat tego, co jest wła­ści­we, a co nie. Za­le­ża­ło mi przede wszyst­kim na tym, żeby być w tej sa­mej kla­sie co on, i za­cho­wa­łem tyl­ko ła­ci­nę, choć też nie wy­da­wa­ła mi się spe­cjal­nie in­te­re­su­ją­ca, oraz, w od­róż­nie­niu od tego, któ­ry był mi „prze­wod­ni­kiem”, jako dru­gi ję­zyk wzią­łem hisz­pań­ski za­miast nie­miec­kie­go, wy­bie­ra­ne­go przez dzie­ci z miesz­czań­skich i in­te­li­genc­kich do­mów. Na lek­cje hisz­pań­skie­go cho­dzi­li naj­słab­si ucznio­wie, zwłasz­cza ci z naj­mniej za­moż­nych śro­do­wisk – te dwa re­je­stry są sta­ty­stycz­nie z sobą zwią­za­ne – i ten wy­bór, któ­ry nie był wy­bo­rem, w rze­czy­wi­sto­ści za­po­wia­dał eli­mi­na­cję na dłuż­szą lub krót­szą metę albo re­le­go­wa­nie do jed­ne­go z kie­run­ków „śmie­cio­wych”, zro­dzo­nych z „demo­kra­ty­za­cji” i sta­no­wią­cych ja­skra­wy do­wód na to, że była ona w du­żej mie­rze jed­nym wiel­kim oszu­stwem. Oczy­wi­ście, nie mia­łem o tym po­ję­cia. Kie­ro­wa­łem się wła­snym gu­stem. Po­cią­ga­ło mnie Po­łu­dnie, Hisz­pa­nia i chcia­łem się na­uczyć hisz­pań­skie­go (mat­ka przy­po­mnia­ła mi nie­daw­no, kie­dy śmia­łem się z jej bio­lo­gicz­nych fan­ta­zji na te­mat An­da­lu­zji: „Ty też mó­wi­łeś tyl­ko o Hisz­pa­nii, kie­dy by­łeś mały, cho­ciaż tam ni­g­dy nie by­łeś. Musi być ja­kiś po­wód!”). Do Nie­miec i ję­zy­ka nie­miec­kie­go ży­wi­łem an­ty­pa­tię, na­wet wstręt. By­łem pod tym wzglę­dem nie­tz­sche­ani­stą, za­nim jesz­cze prze­czy­ta­łem Ecce homo i Przy­pa­dek Wa­gne­ra: Mo­rze Śród­ziem­ne jako ho­ry­zont, cie­pło prze­ciw­ko zim­nu, ży­wość umy­słu prze­ciw­ko po­wa­dze, ra­dość po­łu­dnia prze­ciw­ko smut­ko­wi zmierz­chu. Wy­da­wa­ło mi się, że wy­bie­ram, a w rze­czy­wi­sto­ści to ja by­łem wy­bra­ny, czy ra­czej schwy­ta­ny przez to, co mnie cze­ka­ło w przy­szło­ści. Zo­rien­to­wa­łem się do­pie­ro wte­dy, gdy pe­wien na­uczy­ciel, któ­re­mu za­le­ża­ło na mo­ich osią­gnię­ciach, po­wie­dział mi, że wy­bór hisz­pań­skie­go usta­wia mnie w dru­go­rzęd­nej po­zy­cji i ska­zu­je na we­ge­ta­cję wśród naj­słab­szych uczniów w li­ceum. W każ­dym ra­zie szyb­ko zro­zu­mia­łem, że tą dro­gą po­dą­ża­ją ci, któ­rzy są do mnie po­dob­ni spo­łecz­nie, ale nie ci, któ­rzy byli do mnie po­dob­ni pod wzglę­dem wy­ni­ków w na­uce (co świad­czy o tym, że dziec­ko z klas niż­szych, na­wet je­śli bar­dzo do­brze się uczy, ma wszel­kie szan­se na to, by obrać złą dro­gę, to zna­czy, by zna­leźć się z dala od dróg wio­dą­cych do suk­ce­sów ty­leż spo­łecz­nych, co szkol­nych).

Ostat­nia kla­sa li­ceum była „li­te­rac­ka”. Nie­ste­ty, kurs fi­lo­zo­fii, któ­rej tam na­ucza­no, oka­zał się ża­ło­sny aż do ab­sur­du – bez­barw­ny, choć mło­dy na­uczy­ciel, świe­żo po stu­diach, wkła­dał nam pro­gram do gło­wy, dyk­tu­jąc kurs sta­ran­nie po­dzie­lo­ny na aka­pi­ty: „Małe a, teza Berg­so­na, małe b, teza…”. Czy­tał fisz­ki od­no­śnie do każ­de­go te­ma­tu i pro­po­no­wał nud­ne stresz­cze­nia dok­tryn i dzieł zna­nych mu za­pew­ne tyl­ko z pod­ręcz­ni­ków. Nic nie było spro­ble­ma­ty­zo­wa­ne. Cała ra­dość na­uki zni­kła. Jego za­ję­cia były wy­jąt­ko­wo nie­cie­ka­we, nie spo­sób było się wcią­gnąć. Ce­nił i po­le­cał uczniom gro­te­sko­we książ­ki, jed­ne­mu z nas dał do czy­ta­nia Le ma­tin des ma­gi­ciens i inne po­dob­ne bred­nie! Ma­rzy­łem o wta­jem­ni­cze­niu w ar­ka­na my­śle­nia i re­flek­sji. Mia­łem za­pał do na­uki, ale ta sche­ma­tycz­na pro­fe­sor­ska ru­ty­na ostu­dzi­ła moje za­pę­dy. Na­praw­dę moż­na się było znie­chę­cić do fi­lo­zo­fii. Nie mia­łem szczę­ścia tra­fić na jed­ne­go z tych na­uczy­cie­li, któ­rych sło­wa wy­wo­łu­ją drże­nie na sali i któ­rych pa­mię­ta się przez całe ży­cie, ta­kich, któ­rzy za­po­zna­ją nas z no­wy­mi au­to­ra­mi i spra­wia­ją, że za­czy­na­my po­że­rać ich dzie­ła. Nie, nic z tych rze­czy, nuda i sza­rzy­zna. Dla mnie fi­lo­zo­fia to był mark­sizm i au­to­rzy, któ­rych Marks cy­to­wał. Dzię­ki Mark­so­wi za­czą­łem się pa­sjo­no­wać hi­sto­rią my­śli fi­lo­zo­ficz­nej. Dużo czy­ta­łem i do­sta­łem bar­dzo do­brą oce­nę na ma­tu­rze. Tak samo było z in­ny­mi przed­mio­ta­mi (na hi­sto­rii py­ta­no mnie o Sta­li­na – by­łem troc­ki­stą, wie­dzia­łem wszyst­ko!) i zda­łem eg­za­min bez naj­mniej­sze­go pro­ble­mu, a na­wet z dużą ła­two­ścią. Dla mo­ich ro­dzi­ców to było wy­da­rze­nie wprost nie­wy­obra­żal­ne. Byli wstrzą­śnię­ci. Za­tka­ło ich.

Mia­łem się za­pi­sać na wy­dział li­te­ra­tu­ry i nauk hu­ma­ni­stycz­nych. Trze­ba było wy­brać ja­kiś kie­ru­nek i wa­ha­łem się mię­dzy fi­lo­lo­gią an­giel­ską a fi­lo­zo­fią. Zde­cy­do­wa­łem się na fi­lo­zo­fię, gdyż bar­dziej od­po­wia­da­ła mo­je­mu wy­obra­że­niu o so­bie sa­mym i mia­ła od­tąd wy­peł­nić moje ży­cie i ukształ­to­wać moją oso­bo­wość. W każ­dym ra­zie cheł­pi­łem się swo­im wy­bo­rem. To, że je­stem „stu­den­tem fi­lo­zo­fii”, uszczę­śli­wia­ło mnie. W na­iw­no­ści swo­jej nic nie wie­dzia­łem o kla­sach przy­go­to­waw­czych do eg­za­mi­nów kon­kur­so­wych do wiel­kich szkół. W ostat­niej kla­sie li­ceum po­ję­cia o tym nie mia­łem. Nie tyl­ko o tym, że do­stęp do tych in­sty­tu­cji był, i na­dal jest, może jesz­cze bar­dziej, za­strze­żo­ny dla uczniów, któ­rzy nie po­cho­dzą z klas lu­do­wych, ale że w ogó­le ist­nie­ją ta­kie moż­li­wo­ści. Kwe­stia więc na­wet przede mną nie sta­nę­ła. A kie­dy o tym wszyst­kim usły­sza­łem, już po za­pi­sa­niu się na uni­wer­sy­tet, po­czu­łem się – cóż za na­iw­ność! – lep­szy od tych, któ­rzy po zda­niu ma­tu­ry kon­ty­nu­owa­li na­ukę w li­ceum, co dla mnie było dziw­ne, gdyż wy­da­wa­ło mi się, że każ­dy uczeń po­wi­nien aspi­ro­wać do „pój­ścia na wy­dział”. Nie­zna­jo­mość hie­rar­chii szkol­nych i nie­obe­zna­nie z me­cha­ni­zma­mi se­lek­cji pro­wa­dzą do do­ko­ny­wa­nia wy­bo­rów naj­bar­dziej kontr­pro­duk­tyw­nych, do de­cy­do­wa­nia się na ścież­ki z góry prze­gra­ne, przy czym czło­wiek za­chwy­ca się, że ma do­stęp do tego, cze­go ci, któ­rzy są wta­jem­ni­cze­ni, sta­ran­nie uni­ka­ją. Fak­tycz­nie kla­sy nie­uprzy­wi­le­jo­wa­ne są­dzą, że osią­ga­ją po­zy­cje daw­niej dla nich nie­do­stęp­ne, a tym­cza­sem nie mają już one tej war­to­ści i tego miej­sca, ja­kie przy­zna­wa­no im w sys­te­mie wcze­śniej­szym. Re­le­go­wa­nie od­by­wa się wol­niej, wy­klu­cze­nie na­stę­pu­je póź­niej, ale dy­stans mię­dzy pa­nu­ją­cy­mi a pod­po­rząd­ko­wa­ny­mi po­zo­sta­je nie­na­ru­szo­ny – od­twa­rza się, zmie­nia­jąc miej­sce. Bo­ur­dieu na­zy­wa to „trans­la­cją struk­tu­ry”69. To, co okre­ślo­no mia­nem „de­mo­kra­ty­za­cji”, jest trans­la­cją: pod po­zo­ra­mi zmian struk­tu­ra utrzy­mu­je się i utrwa­la w for­mie nie­mal tak samo sztyw­nej jak nie­gdyś.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Re­to­ur à Re­ims

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek

Re­dak­cja me­ry­to­rycz­na: dr hab. Ja­kub Mom­ro, Uni­wer­sy­tet Ja­giel­loń­ski

Ko­rek­ta: Ka­mil Bo­gu­sie­wicz, Pau­li­na Le­nar

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Współ­pra­ca re­dak­cyj­na: Ju­sty­na Bed­nar­ska

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Re­to­ur à Re­ims by Di­dier Eri­bon © Li­bra­irie Ar­thème Fay­ard, 2009

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Ma­ry­na Ochab, 2019

Cet ouvra­ge a bénéfi­cié du so­utien des Pro­gram­mes d’aide à la pu­bli­ca­tion de l’In­sti­tut fra­nça­is.

Książ­kę wy­da­no dzię­ki do­fi­nan­so­wa­niu In­sti­tut fra­nça­is w ra­mach pro­gra­mów wspar­cia wy­daw­ni­cze­go.

ISBN 978-83-66147-15-7

120. książ­ka wy­daw­nic­twa Ka­rak­ter

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi. Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne pod ad­re­sem sprze­[email protected]­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317

Przy­pi­sy

68 Ri­chard Hog­gart pod­kre­śla to w 33 New­port Stre­et, dz. cyt.

69 Pier­re Bo­ur­dieu, La Di­stinc­tion, dz. cyt., s. 145 i nast.