Poświęceni. Janczarzy Kremla - Zdzisław A. Raczyński - ebook

Poświęceni. Janczarzy Kremla ebook

Zdzisław A. Raczyński

4,3

Opis

Co łączy śmierć studenta w Moskwie z wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce? Znakomita powieść sensacyjno-szpiegowska.

Koniec lat 70. XX wieku. Grupa polskich studentów w Moskwie pilnie uczy się kultury i zwyczajów ZSRR, zawiera bliskie znajomości z ludźmi z elit władzy, wtapia się w sowiecki pejzaż. Opiekuje się nimi oficer polskiej ambasady.

Młodzi ludzie dopiero po czasie zrozumieją, że zostali uwikłani w intrygę, w której ceną stało się ich życie, a studencką beztroskę, miłość i przyjaźń muszą poświęcić dla kraju, który jest tylko pionkiem w grze wielkich mocarstw. Świat stoi w obliczu konfliktu zbrojnego, a w Polsce zostaje wprowadzony stan wojenny. Śmierć wyrywa z grupy studentów swoje pierwsze ofiary…

Warszawa czterdzieści lat później. Prokurator IPN Aleksander Wojtkowski wyjaśnia okoliczności śmierci studenta Tomka Wiśniewskiego w moskiewskim metrze w 1981 roku. Zbierając materiały do śledztwa, odsłania nieznane kulisy historii PRL i roli, jaką odegrały w niej służby specjalne.

Zdzisław A. Raczyński opisuje to wszystko z precyzją historyka i swadą pisarza. Proponuje spojrzenie na nieodległą przeszłość z różnych perspektyw: chłodnych kalkulacji władz USA i szalonych pomysłów sowieckich marszałków o podboju Europy.

Janczarzy Kremla są początkiem cyklu Poświęceni.

Zdzisław A. Raczyński (ur. 18 października 1959 w Werpolu) studiował na Uniwersytecie Warszawskim oraz w Moskiewskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych (MGIMO). Pracował w Rosji, w krajach Afryki i Azji jako korespondent oraz dyplomata. Był doradcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, odpowiedzialnym za relacje z krajami wschodnimi oraz ambasadorem w Tunezji i Armenii. Jest autorem kilkuset publikacji na temat Europy Wschodniej, Rosji, Kaukazu, Azji Centralnej oraz świata arabskiego i polityki międzynarodowej. Jego dorobek pisarski to powieści Harib oraz Mak na powiekach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 698

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (18 ocen)
9
6
3
0
0
Sortuj według:
Agolubski

Nie oderwiesz się od lektury

Dobra książka, warto przeczytac
10
tynsik

Dobrze spędzony czas

[Kryminał na talerzu] W ramach prób polubienia się z gatunkiem powieści szpiegowskich zdecydowałam się na lekturę „Janczarów Kremla” Zdzisława A. Raczyńskiego, który to, co opisuje w książce, popiera własnymi doświadczeniami i wiedzą zaczerpniętą z bogatego, wieloletniego życia zawodowego, a także dokumentami prawnymi na bazie których buduje historię. Mamy tu więc połączenie fikcji z prawdą historyczną. Ten tytuł liczy prawie 700 stron i jest tomem pierwszym cyklu Poświęceni. Historia zbudowana jest na zasadzie szkatułkowej (powieść w powieści) współcześnie i w latach 70tych, 80tych XX wieku. Historia współczesna opiera się na intrydze kryminalnej badającej zagadkę z przeszłości, a w celu jej rozwiązania główny bohater musi przegrzebać się przez wiele dokumentów i porozmawiać z ludźmi, którzy dobrze pamiętają lata 70te. Jest tu też sporo dedukcji, co dla mnie zawsze jest plusem historii. Jednak główny bohater jest też narratorem, co akurat tym razem muszę zaliczyć na mały minus, bo po...
00
maw75

Nie oderwiesz się od lektury

Mocna rzecz. Czyta się jednym tchem. Dla miłośników wschodnich klimatów. Znakomita znajomość realiów i kontekstu, co nie dziwi ze względu na doświadczenia autora. Przypomina, ze świat nie jest czarno-biały.
00
butrus21

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna
00

Popularność




Rozdział 1

Zdra­dzają nas nie słowa, lecz usta.

„Słowa są ważne. Przede wszyst­kim patrz jed­nak na uło­że­nie warg. Czy są zaci­śnięte w stre­sie. Czy pogar­dli­wie skrzy­wione. Czy ścią­gnięte na znak sprze­ciwu”, powta­rzał ojciec. Tak mawiał wów­czas, gdy jesz­cze uwa­żał, że jestem w sta­nie cze­go­kol­wiek się nauczyć.

Myślę, że wszyst­kiemu winien jest mój brak powścią­gli­wo­ści. Spró­buj­cie jed­nak zacho­wać nie­ru­chomy wyraz twa­rzy, gdy szef od godziny zasuwa drę­twą gadkę, z miną tak napu­szoną, jakby obja­wiał nam nowy deka­log.

Z tru­dem powstrzy­muję ruch mię­śni, zdra­dli­wie cią­gną­cych kąciki ust w stronę uszu, cho­ciaż ton Kacz­marka iry­tuje mnie i śmie­szy. Mój szef upaja się swoim toko­wa­niem. Nawet teraz, zwra­ca­jąc się do nas, pię­ciu pro­ku­ra­to­rów obec­nych na odpra­wie pionu śled­czego oddziału Insty­tutu Pamięci Naro­do­wej w War­sza­wie, od kil­ku­na­stu minut nie mówi, a prze­ma­wia, jakby wystę­po­wał w sądzie lub w par­la­men­cie. Rozu­miem, jest młody, zale­d­wie cztery lata star­szy ode mnie, i naj­wy­raź­niej wciąż czuje się nie­pew­nie w roli nowo upie­czo­nego naczel­nika oddzia­ło­wej Komi­sji Ści­ga­nia Zbrodni Prze­ciwko Naro­dowi Pol­skiemu. Przy­znaję, jest dobrym praw­ni­kiem, odda­nym spra­wie. I bystrym face­tem. Dla­tego dzi­wię się w dwój­na­sób, bo prze­cież jako inte­li­gentny gość zdaje sobie sprawę z tego, że wśród pod­wład­nych ma nie tylko takich mło­dzia­ków jak ja, lecz także śled­czych, prze­ra­sta­ją­cych go i wie­dzą, i doświad­cze­niem. Po co więc to stro­sze­nie grze­bie­nia, ryso­wa­nie nim sufi­tów i zamia­ta­nie ziemi ogo­nem? Zwłasz­cza przy tak bła­hym tema­cie narady.

Naczel­nik dzieli się infor­ma­cjami z nie­daw­nej kra­jo­wej narady pio­nów śled­czych, z któ­rych nie­wiele wynika. Póź­niej wysłu­chuje naszych krót­kich spra­woz­dań o pro­wa­dzo­nych spra­wach, rów­nie nie­wiele wno­szą­cych, gdyż są pra­wie iden­tycz­nych z tymi, skła­da­nymi przed tygo­dniem. Cza­sami dzi­wi­łem się, po co w ogóle zwo­łuje popo­łu­dniowe odprawy w każdy ponie­dzia­łek, nawet wów­czas, gdy nie ma do zako­mu­ni­ko­wa­nia nic nad­zwy­czaj­nego.

Kacz­ma­rek, niczym reży­ser lubu­jący się w efek­tach spe­cjal­nych, naj­cie­kaw­szy moment zacho­wuje na koniec swo­jego exposé.

– Sza­nowni pań­stwo, Główna Komi­sji Ści­ga­nia Zbrodni prze­ciwko Naro­dowi Pol­skiemu skie­ro­wała do nas, zgod­nie z wła­ści­wo­ścią miej­scową, sprawę Toma­sza Wiśniew­skiego. Wiśniew­ski zgi­nął tra­gicz­nie w 1981 roku w Moskwie. Jego brat Janusz suge­ruje w piśmie do IPN, że ist­nieją uza­sad­nione podej­rze­nia popeł­nie­nia zbrodni komu­ni­stycz­nej… – Naczel­nik bie­rze do ręki teczkę, w któ­rej, zakła­dam, znaj­dują się akta sprawy.

– Z dotych­cza­so­wego podziału zadań wynika, że naj­mniej obcią­żony obo­wiąz­kami jest pan pro­ku­ra­tor Wojt­kow­ski, zatem on popro­wa­dzi sprawę Wiśniew­skiego…

Na dźwięk mojego nazwi­ska odru­chowo pod­no­szę głowę. Nie ufam Kacz­mar­kowi na tyle, aby uwie­rzyć, że to moje kom­pe­ten­cje i aż cały rok doświad­cze­nia pracy w Komi­sji skło­niły go do przy­dzie­le­nia mi tego śledz­twa. Oczy­wi­ście, czuję się wystar­cza­jąco dobrze przy­go­to­wany do samo­dziel­nej pracy, ale podej­rze­wam, że za decy­zją szefa kryje się jakiś pod­tekst.

– Pan pro­ku­ra­tor Wojt­kow­ski bły­sko­tli­wie popro­wa­dził sprawę Haw­ry­luka i jestem prze­ko­nany, że rów­nie spraw­nie podoła nowemu wyzwa­niu. – W gło­sie Kacz­marka sły­szę jakby nutki iro­nii.

A, tu go boli! Zwy­kła zawiść! Wciąż nie może pogo­dzić się z tym, że dopro­wa­dzi­łem do końca bez­na­dziejne, wyda­wa­łoby się, śledz­two w spra­wie ubeka, win­nego śmierci co naj­mniej dwóch ludzi. Haw­ry­luk, który zaka­to­wał ofi­cera AK i zastrze­lił chło­paka z oddziału WiN, roz­pły­nął się gdzieś w kraju w latach sześć­dzie­sią­tych i mimo że ist­niały zezna­nia świadka, przez trzy­dzie­ści lat nie uda­wało się odna­leźć oprawcy. A wystar­czyło dotrzeć do tych rodzin, które zaraz po woj­nie zde­cy­do­wały się wyje­chać z Pol­ski i zamiesz­kały po dru­giej stro­nie gra­nicy, w Bia­ło­ru­skiej SRS, zasię­gnąć u nich infor­ma­cji o roz­ga­łę­zio­nej rodzi­nie Haw­ry­luków i po nitce, po niteczce usta­lić, że Haw­ry­luk zmie­nił nazwi­sko i ukrył się w lubu­skiem. Sąd uznał sta­li­nowca za win­nego i cho­ciaż z powodu wieku oraz stanu zdro­wia nie ska­zał go na karę bez­względ­nego pozba­wie­nia wol­no­ści, to mogli­śmy ogło­sić suk­ces, gdyż było to jedno z bar­dzo nie­licz­nych śledztw IPN, zakoń­czone pra­wo­moc­nym wyro­kiem ska­zu­ją­cym. Do śledz­twa w spra­wie Haw­ry­luka przy­dzie­lono mnie w cha­rak­te­rze pomoc­nika, kiedy jed­nak pro­wa­dzący śledz­two pro­ku­ra­tor zacho­ro­wał i wię­cej czasu spę­dzał na onko­lo­gii na Bana­cha niż w pracy, prak­tycz­nie sam dopro­wa­dzi­łem wszystko do końca. Oczy­wi­ście, przy wydat­nej pomocy kole­gów z archi­wum IPN.

Podej­rze­wam, że Kacz­ma­rek zazdro­ści mi nie tyle samego uda­nego śledz­twa, ile roz­głosu i splen­do­rów, jakie wią­zały się z tym bądź co bądź suk­ce­sem – solid­nej nagrody i orderu. Wpraw­dzie to tylko Krzyż Kawa­ler­ski, ale mój szef, cho­ciaż, szcze­rze mówiąc, palca do niej nie przy­ło­żył, za tę sprawę otrzy­mał taki sam order Odro­dze­nia V klasy. I to go naj­bar­dziej ubo­dło. Widzia­łem to po jego kwa­śnej minie, z jaką odbie­rał odzna­cze­nie tuż przede mną.

– No i co, panie kolego? – Z sze­ro­kim uśmie­chem, który ma ozna­czać życz­li­wość, zaga­duje mnie pro­ku­ra­tor Pokrow­ski, gdy już wra­camy do swo­ich gabi­ne­tów. – Idzie pan jak burza. Pro­szę, już samo­dzielne śledz­two. Pora­dzi pan sobie. Może pan liczyć na nasze wspar­cie. A jeśli coś, tata panu pomoże. Nie­praw­daż? Zrobi pan karierę. Z pań­skimi poglą­dami…

Nie wie­rzę w przy­chyl­ność Pokrow­skiego, a już tym bar­dziej w jego goto­wość do udzie­le­nia dobrej rady czy pomocy. To prze­cież on, jak prze­ka­zała mi Aga, która prze­szła do pracy w IPN pra­wie jed­no­cze­śnie ze mną, sko­men­to­wał mój awans z pro­ku­ra­tury rejo­no­wej: „A co taki mło­dzik potrafi? Kilka lat w rejo­nówce i już do komi­sji oddzia­ło­wej? No, ale jak się ma tatu­sia gene­rała i oso­bi­ste popar­cie mini­stra…”. Teraz także nie może powstrzy­mać się przed uszczy­pli­wo­ściami, robiąc aż nadto wymowne alu­zje do wpły­wo­wego ojca i moich sym­pa­tii do rzą­dzą­cej par­tii, z któ­rymi nie afi­szuję się prze­cież publicz­nie. Osta­tecz­nie, pro­ku­ra­tor, nawet w IPN, jest zobo­wią­zany do neu­tral­no­ści poli­tycz­nej.

Nikomu, nawet Eli­zie, nie wyja­śnia­łem skom­pli­ko­wa­nych rela­cji z ojcem. Podzi­wia­łem go, to prawda. Był prze­cież legendą opo­zy­cji w cza­sach komu­ni­stycz­nych i wielką figurą w służ­bach spe­cjal­nych suwe­ren­nej Pol­ski. Jed­nak ni­gdy nie wyba­czy­łem mu, że nie miał czasu ani dla mnie, gdy byłem mały, ani dla mamy, która w pew­nym momen­cie zro­zu­miała, że jest tylko dodat­kiem do sław­nego męża, że przez niego zaprze­pa­ściła szansę na wła­sną zawo­dową karierę i zde­cy­do­wała się powró­cić do rodzin­nego mia­sta.

Po roz­wo­dzie ojciec pró­bo­wał odbu­do­wać rela­cje ze mną, jakby chciał nad­ro­bić lata nie­obec­no­ści w moim życiu, ale wspólne obiady czy kola­cje coraz czę­ściej koń­czyły się poli­tycz­nymi swa­rami. Ojciec, im star­szy, tym sta­wał się jakiś bar­dziej roz­la­zły, poli­tycz­nie nie­zde­cy­do­wany, rela­ty­wi­zu­jący zarówno komu­ni­styczną prze­szłość kraju, jak też wyka­zu­jący nie­po­jętą wyro­zu­mia­łość dla kama­ryli libe­ra­łów rzą­dzą­cej póź­niej Pol­ską. Któ­re­goś razu nie wytrzy­ma­łem i gdy ojciec powie­dział, że nie można w czam­buł potę­piać wszyst­kich, któ­rzy zaj­mo­wali jakie­kol­wiek zna­czące sta­no­wi­ska w PRL, wykrzy­cza­łem: „Jak możesz ich uspra­wie­dli­wiać?! Znie­wo­lili kraj i wysłu­gi­wali się Sowie­tom! Byli jak oku­panci we wła­snym kraju. I to mówisz ty?! Legenda pod­zie­mia?! Twoja postawa jest gor­sza nawet niż ich. Bo oni są już napięt­no­wani i potę­pieni. A ty ich wybie­lasz i przy­kry­wasz”.

Ojciec powoli, niczym w zwol­nio­nym fil­mie, odsta­wił lampkę z winem, dotknął ust sta­ran­nie wypra­so­waną białą ser­wetą. Zawsze dbał o takie dro­bia­zgi i nie­dzielne obiady, przy­go­to­wy­wane praw­do­po­dob­nie od piątku, ser­wo­wał na bia­łej por­ce­la­nie Rosen­thala. Powiódł po mnie spo­koj­nym, dłu­gim spoj­rze­niem, teatral­nym wręcz gestem odło­żył lnianą ser­wetę, wstał bez słowa i odszedł do swo­jego pokoju. Wybie­głem, trza­ska­jąc drzwiami.

Zadzwo­nił dopiero po trzech tygo­dniach. Sło­wem nawet nie odnió­sł­szy się do naszej ostat­niej kłótni, poin­for­mo­wał, że wyjeż­dża na dłuż­szy czas na wieś.

– Ojciec ciężko cho­ruje. Ktoś musi się nim zająć – powie­dział.

Na czas jego nie­obec­no­ści w War­sza­wie mia­łem zaopie­ko­wać się miesz­ka­niem na Moko­to­wie. Spo­tka­li­śmy się kilka mie­sięcy póź­niej. Na pogrze­bie. Prak­tycz­nie nie zna­łem dziadka. W dzie­ciń­stwie spę­dza­łem nie­kiedy u niego tydzień lub dwa. Zapa­mię­ta­łem go jako krzep­kiego chłopa z wąsami i cie­płym uśmie­chem. Cie­szył się we wsi powa­ża­niem. Jakaś cząstka jego auto­ry­tetu spa­dała na mnie, bo sąsie­dzi nie wołali na mnie po imie­niu, a mówili „wnuk wójta”. Dzia­dek był soł­ty­sem, chyba doży­wot­nim. Roz­grze­szy­łem go za to, że był lojalny wobec władz komu­ni­stycz­nych. Prze­cież wybie­rała go cała wieś, a podatki ktoś musiał osta­tecz­nie zbie­rać.

Pod­czas pogrzebu na krótką chwilę ożyła we mnie nadzieja, że być może mama wróci do War­szawy i rodzice ponow­nie zamiesz­kają razem, ponie­waż roz­ma­wiali ze sobą spo­koj­nie, przy­jaź­nie, sie­dzieli obok sie­bie pod­czas mszy, wspól­nie przyj­mo­wali kon­do­len­cje i peł­nili funk­cję gospo­da­rzy pod­czas kon­so­la­cji. Jed­nak do domu wró­ci­li­śmy tylko z mamą.

Ojciec został na wsi i od tego czasu opusz­czał ją dopiero z nasta­niem jesien­nych chło­dów. Wio­sną i latem przy­jeż­dżał do mia­sta co mie­siąc lub dwa, naj­wy­żej na parę dni. Wiel­kie, pię­cio­po­ko­jowe miesz­ka­nie na Moko­to­wie stało puste. Przy­gnę­bia­jący pomnik wyga­słej miło­ści i roz­bi­tej rodziny. Tylko mama zatrzy­my­wała się tam pod­czas swo­ich nie­czę­stych wizyt w sto­licy. Wyja­śniała, że chce zoba­czyć się ze mną. „Muszę też utrzy­mać jako taki porzą­dek w miesz­ka­niu”, mówiła. Mimo roz­wodu rodzice nie doko­nali podziału majątku i miesz­ka­nie for­mal­nie pozo­sta­wało także współ­wła­sno­ścią mamy.

Któ­re­goś dnia zasta­łem ją w salo­nie, wpa­trzoną w zdję­cie, które nie zmie­niło swego miej­sca na półce od dwu­dzie­stu lat. Na foto­gra­fii obej­mu­jemy się, wszy­scy troje, uśmiech­nięci. W tle zamek w San­do­mie­rzu. Jesz­cze dzi­siaj, po tylu latach pamię­tam tamtą jesień, smak her­baty owo­co­wej w kawiarni przy rynku, pamię­tam nawet twarz star­szego pana, któ­rego ojciec popro­sił o naci­śnię­cie migawki w apa­ra­cie.

– To prawda – odpo­wia­dam Pokrow­skiemu. – Obaj wycho­wa­li­śmy się w rodzi­nach ofi­ce­rów i obaj wiemy, jaki to miało wpływ na nasze życie.

To bar­dzo paskudne z mojej strony. Tym bar­dziej, że to sam Pokrow­ski w chwili szcze­gól­nej otwar­to­ści i zaufa­nia opo­wie­dział mi o swoim ojcu, który zaj­mo­wał wyso­kie sta­no­wi­sko w komu­ni­stycz­nym wywia­dzie woj­sko­wym. „Swoją pracą w IPN jak gdyby spła­cam długi ojca”, zwie­rzył mi się wtedy. Widzę, jak tężeje i bled­nie twarz pro­ku­ra­tora. Co mnie pod­ku­siło do takiej wypo­wie­dzi? Tylko psy­cho­pata lub nie­doj­rzały smar­kacz może inten­cjo­nal­nie obra­żać i upo­ka­rzać innego czło­wieka. Mam teraz w Pokrow­skim śmier­tel­nego wroga. Jed­nak moje nie­za­ła­twione rachunki z ojcem to temat, który doty­czy tylko nas dwóch, i nikt nie będzie ich pod­li­czał.

Akta powie­rzo­nej mi sprawy skła­dają się aż z trzech poje­dyn­czych kar­tek. Jedną z nich jest pismo prze­wod­nie z Głów­nej Komi­sji do oddziału w War­sza­wie, drugą – karta ewi­den­cyjna udo­stęp­nie­nia doku­mentu, a trze­cią – sam doku­ment, list Janu­sza Wiśniew­skiego do IPN. Biała kartka for­matu A4, odręcz­nie zapi­sana po obu stro­nach nie­bie­skim dłu­go­pi­sem.

Zwra­cam się z prośbą o prze­pro­wa­dze­nie śledz­twa i wyja­śnie­nie oko­licz­no­ści śmierci mojego brata Toma­sza Wiśniew­skiego. – Wnio­sko­dawca pisał wyraź­nymi lite­rami, naśla­du­ją­cymi druk. – Mój śp. Brat wyje­chał w 1978 roku na stu­dia do Moskwy. Do Insty­tutu Stali i Spła­wów…

„Spła­wów”? Ach, miał na myśli „sto­pów”. Oczy­wi­ste zapo­ży­cze­nie z rosyj­skiego, które świad­czyło o dobrej zna­jo­mo­ści realiów, bo zapewne w ory­gi­nale nazwa poli­tech­niki brzmiała: Insti­tut Stali i Spła­wow – odno­to­wuję w myślach.

Nauka szła mu dobrze, przy­jeż­dżał do kraju zado­wo­lony ze stu­diów. Miał przy­ja­ciół, bo przy­jeż­dżali z nimi razem do nas na waka­cjach. Poznał też na stu­diach dziew­czynę, Rosjankę, i chciał się z nią chyba oże­nić, bo tak mówił na waka­cjach w 1981. Była dla nas tra­ge­dią wia­do­mość, że w paź­dzier­niku tego roku zgi­nął w Moskwie. Wpadł pod pociąg w metrze. Ponie­waż ja byłem wtedy mały, a ojciec ciężko się roz­cho­ro­wał po tej wia­do­mo­ści i tra­fił do szpi­tala, to nikt nie mógł poje­chać do Moskwy, żeby roz­po­znać zwłoki Brata. I Brata przy­wieźli w zalu­to­wa­nej trum­nie. Pamię­tam, że na pogrze­bie był pol­ski kon­sul z Moskwy i kilku kole­gów mojego Brata. Narze­czona brata nie przy­je­chała na pogrzeb, bo jej nie puścili.

Myśla­łem, że to był wypa­dek. Tak mówił nam ten kon­sul i kole­dzy mojego Brata, któ­rzy przy­wieźli go w trum­nie. Bo oni byli razem z moim Bra­tem, kiedy on wpadł pod pociąg. Dopiero w zeszłym roku, kiedy umarł mój ojciec i robi­li­śmy porządki w jego domu, bo z ojcem zamiesz­kała moja sio­stra ze szwa­grem, to zna­la­złem listy Tomka do rodzi­ców. Ostatni list był z wrze­śnia 1981 i mój Brat pisał, że się boi, że coś nie­do­brego może się stać i żeby rodzice mu wszystko wyba­czyli. Mój ojciec bar­dzo kochał Tomka i był bar­dzo z niego dumny. Zbie­rał wszyst­kie jego dyplomy i wyróż­nie­nia, bo mój brat miał duży talent do tech­niki i jesz­cze w tech­ni­kum otrzy­my­wał różne nagrody. Zbie­rał też wszyst­kie listy od Tomka i zdję­cia, jakie Brat wysy­łał z Moskwy i z róż­nych miast, bo mój śp. Brat lubił podró­żo­wać i dużo jeź­dził po Związku Radziec­kim.

Myślę, że mój Brat został zamor­do­wany. I cho­ciaż to już minęło pra­wie 40 lat, to trzeba to wyja­śnić, żeby stała się spra­wiedliwość.

A jesz­cze chcę dodać, że na grób Tomka wciąż przy­jeż­dżają jego kole­dzy, bo zawsze zosta­wiają świeże kwiaty i zni­cze. W ostat­nim roku, ale to nie było na Wszyst­kich Świę­tych tylko wcze­śniej­szą jesie­nią, spo­tka­łem chyba dwóch, ale ich nie roz­po­zna­łem, bo tyle lat już minęło. I kiedy powie­dzia­łem, że chcę docho­dzić spra­wie­dli­wo­ści i prawdy, to jeden z nich powie­dział – panie Janu­szu, nie­kiedy trzeba pozo­sta­wić zmar­łych i histo­rię w spo­koju, bo ni­gdy nie wia­domo, jaką prawdę odkry­jemy. A mi się wydaje, że prawdę zawsze trzeba znać.

Miesz­kam we wsi Dąbrówka, w woje­wódz­twie wiel­ko­pol­skim. Wszyst­kie doku­menty, listy i zdję­cia mam, ale ich nie prze­sy­łam, bo jesz­cze się zgu­bią. Oddam wszystko śled­czym, jak roz­poczną docho­dze­nie”.

W końcu listu dokładny adres, numer tele­fonu i pod­pis – Janusz Wiśniew­ski.

Za oknem mar­cowy zmierzch opada szarą watą na War­szawę. Z dwu­dzie­stego pierw­szego pię­tra wie­żowca Intraco, na któ­rym znaj­duje się moje biuro, pra­wie nie widać prze­jeż­dża­ją­cych w dole samo­cho­dów, nad któ­rymi unosi się zawie­sina dymu i roz­py­lo­nych kro­pel wil­goci. Roz­gwież­dżone ilu­mi­na­cjami wyso­ko­ściowce w cen­trum mia­sta wyglą­dają z tej per­spek­tywy jak ozdo­bione kolo­ro­wymi lamp­kami maszty wiel­kich jach­tów, przy­cu­mo­wane w zamglo­nym por­cie. Z nie­chę­cią myślę o powro­cie przez zatło­czone o tej porze ulice do miesz­ka­nia na Ursy­no­wie, gdzie cze­kają na mnie rów­nie szare, bez­oso­bowe bloki miesz­kalne i dwa puste pokoje. Nie mam też nastroju, aby zadzwo­nić do Elizy i zapro­po­no­wać jej wypad do jakie­goś klubu. Ocze­ki­wa­łaby zapewne, że póź­niej zapro­szę ją do sie­bie, będziemy pro­wa­dzili dłu­gie, mądre roz­mowy, potem kochali się, a ran­kiem odpro­wa­dzę ją aż pod drzwi szkla­nego wie­żowca, w któ­rym ma sie­dzibę jej kor­po­ra­cja, i będziemy żegnali się dłu­gimi poca­łun­kami, aby mogły nas zoba­czyć spie­szące do pracy kole­żanki i jej zazdro­ścić. Mamie, która przy oka­zji comie­sięcz­nej, krót­kiej wizyty w War­sza­wie kie­dyś natknęła się na Elizę, kolejna kan­dy­datka na synową przy­pa­dła do gustu. Od czasu do czasu wypy­ty­wała deli­kat­nie o „tę dziew­czynę”, dając do zro­zu­mie­nia, że męż­czyź­nie w wieku trzy­dzie­stu dwóch lat wypada mieć żonę i dzieci.

Chyba wywo­ła­łem ją myślami. Tele­fon bur­czy, wyświe­tla­jąc numer Elizy, i po minu­cie natar­czy­wego przy­po­mi­na­nia o sobie – milk­nie. Nie, nie dzi­siaj. Wystu­kuję SMS: „Wybacz. Mam dzi­siaj urwa­nie głowy. Zadzwo­nię”.

Obra­cam w rękach list Wiśniew­skiego. Wię­cej mi mówi o jego auto­rze niż o szcze­gó­łach sprawy. Równe litery, wyci­śnięte tak mocno, że pozo­sta­wiły wypu­kło­ści na dru­giej stro­nie, świad­czą o zde­cy­do­wa­nym cha­rak­te­rze piszą­cego, który, naj­praw­do­po­dob­niej, utrzy­muje się z pracy fizycz­nej. Wska­zuje na to także styl, zasad­ni­czo poprawny, cho­ciaż pro­sty i nie­po­zba­wiony błę­dów język listu dowo­dzi, że nadawca rzadko ma do czy­nie­nia ze sztuką epi­sto­lo­gra­fii czy wytwa­rza­niem jakich­kol­wiek doku­men­tów. List nosi datę 14 stycz­nia. Wyobra­żam sobie, że decy­zja o jego napi­sa­niu mogła zapaść pod­czas świąt Bożego Naro­dze­nia, kiedy zebrała się cała rodzina Wiśniew­skich i puste nakry­cie, które dodat­kowo sta­wiamy na wigi­lij­nym stole, przy­wo­łało z prze­szło­ści bole­sny temat, przez kil­ka­dzie­siąt lat spy­chany w nie­pa­mięć, skry­wany za pośpie­chem codzien­nego życia.

Zamy­ślam się. To, że ktoś zgi­nął w sto­licy komu­ni­stycz­nego impe­rium, jesz­cze nie ozna­cza, że na pewno padł ofiarą prze­stęp­stwa. A tym bar­dziej – że cho­dzi o zbrod­nię poli­tyczną. W każ­dej, nawet naj­trud­niej­szej, epoce więk­szość ludzi pro­wa­dzi nor­malne życie. Cho­dzi do pracy, urzą­dza dom, wycho­wuje dzieci i stara się przy­sto­so­wać do oto­cze­nia. Więk­szość z nich umiera ze sta­ro­ści, na zawał, na raka, nie­któ­rzy giną przy­pad­kowo, w kata­stro­fach, w wypad­kach. Nie mam naj­mniej­szego poję­cia, jak wyglą­dało życie w Moskwie w cza­sach Breż­niewa, a już tym bar­dziej w śro­do­wi­sku stu­den­tów z zagra­nicy. Sam czuję się jak stu­dent pierw­szego roku prawa, któ­rego wysłano na egza­min na apli­ka­cję pro­ku­ra­tor­ską.

Rozu­miem, że na naj­wyż­szym szcze­blu w IPN zapa­dła już poli­tyczna decy­zja o wsz­czę­ciu śledz­twa, cho­ciaż for­mal­nie to ja, jako pro­ku­ra­tor, mam wydać posta­no­wie­nie. Pion śled­czy IPN-u, przy­znajmy, nie pro­wa­dzi zbyt wielu postę­po­wań. Cho­ciaż sta­wia się czę­sto nie­spra­wie­dliwe zarzuty, że w porów­na­niu z pro­ku­ra­torami rejo­no­wymi śred­nia liczba pro­wa­dzo­nych przez nas spraw jest bar­dzo mała, pro­ku­ra­torzy IPN wyko­nują wszyst­kie czyn­no­ści samo­dziel­nie. Nie odwo­łują się do pomocy poli­cji i nie zle­cają jej, przy­kła­dowo, prze­pro­wa­dza­nia prze­słu­chań. Śledz­two w spra­wie śmierci stu­denta, który zgi­nął w obcym mie­ście, nie rokuje więk­szych nadziei na wyja­śnie­nie wszyst­kich oko­licz­no­ści tra­ge­dii sprzed pra­wie czter­dzie­stu lat. Nie­mniej samo pod­ję­cie takiego zada­nia przy­nie­sie nam oczy­wi­ste, poli­tyczne i moralne, korzy­ści i będzie dosko­na­łym argu­men­tem w spo­rze z prze­ciw­ni­kami IPN, któ­rzy naj­chęt­niej roz­wią­za­liby Insty­tut, a przy­naj­mniej zli­kwi­do­wa­liby jego pion pro­ku­ra­torski.

Zgod­nie z pra­wem, mam trzy mie­siące na wyda­nie posta­no­wie­nia o wsz­czę­ciu śledz­twa. Pierw­szym kro­kiem w postę­po­wa­niu spraw­dza­ją­cym, które zwe­ry­fi­ko­wa­łoby podej­rze­nie o popeł­nie­nie zbrodni komu­ni­stycz­nej, będzie prze­słu­cha­nie Janu­sza Wiśniew­skiego i zapo­zna­nie się listami jego tra­gicz­nie zmar­łego brata. Nie jestem przy­go­to­wany do takiej roz­mowy. Nie wiem nawet, o co miał­bym zapy­tać autora listu.

Odszu­kuję w smart­fo­nie numer tele­fonu kolegi z archi­wum oddzia­ło­wego. Piotr jest histo­ry­kiem nie tylko z wykształ­ce­nia, lecz także z pasji. Zna ostat­nie lata PRL lepiej niż ja kodeks karny. Bar­dzo mi pomógł w spra­wie Haw­ry­luka. Łączą też nas podobne zapa­try­wa­nia poli­tyczne, cho­ciaż Piotr, jak mi się wydaje, poszedł tro­chę zbyt daleko w prawą stronę. Nie­które z jego pomy­słów znaj­duję jako nad­mier­nie rady­kalne i, na wszelki wypa­dek, coraz rza­dziej poka­zuję się na spo­tka­niach naszego klubu „Prawo i sumie­nie”, który kie­dyś chcie­li­śmy nawet prze­kształ­cić w par­tię poli­tyczną.

– Cześć, Pio­trek. – W słu­chawce tele­fonu sły­szę szum świad­czący, że mój roz­mówca znaj­duje się w jakimś hała­śli­wym miej­scu. – Alek­san­der. – Przed­sta­wiam się, nie mając pew­no­ści, czy w tym zgiełku roz­po­zna mój głos.

– Witaj, Olek. Co u cie­bie? Dawno się nie odzy­wa­łeś.

– Wszystko w nor­mie. Słu­chaj, mam do cie­bie prośbę. Wspo­mi­na­łeś mi kie­dyś, że byłeś na stażu dzien­ni­kar­skim w Moskwie…

– Kiedy to było! Koń­cówka lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Ubie­gły wiek.

– No tak, ale orien­tu­jesz się w tym śro­do­wi­sku. Czy znasz może kogoś, kto na prze­ło­mie sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych lat stu­dio­wał w Moskwie? Albo pra­co­wał w naszej amba­sa­dzie?

– Olek, zro­bisz wielką karierę. Jesteś dobrym śled­czym i masz nie­sa­mo­wite szczę­ście. Tra­fi­łeś bez­błęd­nie. Moim sze­fem w Moskwie, gdy się tam sta­żo­wa­łem, był Jacek Długi. Wiem, że na pewno stu­dio­wał w Moskwie, ponie­waż sam mi o tym nie­jed­no­krot­nie mówił. Znasz go na pewno, dość czę­sto pro­du­kuje się w tele­wi­zji.

Nazwi­sko dzien­ni­ka­rza brzmi zna­jomo. Gdzieś je sły­sza­łem lub dostrze­głem na stro­nie jakiejś gazety, ale na pewno nie widzia­łem go w tele­wi­zji. Ale to, że już druga osoba w ciągu ostat­nich godzin pro­ro­kuje mi wielką karierę, skła­nia do ostroż­no­ści. Gdy wszy­scy wokół biją ci brawo, należy się zatrzy­mać i przy­pa­trzeć sobie w lustrze; nie­chyb­nie bowiem albo idziesz w nie­wła­ściwą stronę, albo masz roz­pięty roz­po­rek.

– Jakoś nie koja­rzę. Z tego, co mówisz, wynika, że wciąż pozo­staje w zawo­dzie. Masz do niego jakiś kon­takt?

– Spraw­dzę. Powi­nie­nem mieć. Wyślę ci SMS-em. A co cię tak zain­te­re­so­wała Moskwa lat sie­dem­dzie­sią­tych? Piszesz książkę? Czy też…

– Raczej to „czy też” – wcho­dzę mu w słowo.

– To zaj­mu­jące! Mogę się przy­dać?

– To jest wła­śnie druga sprawa, z jaką do cie­bie dzwo­nię. Ale o tym wolał­bym pomó­wić w cztery oczy i ofi­cjal­nie.

– Rozu­miem. Będę cze­kać. O, mam kon­takt do Dłu­giego. Już ci wysy­łam. Ode­zwij się. A może się wybie­rzemy w pią­tek do Miło­ści albo na Mazo­wiecką?

Lubię wpaść w pią­tek czy sobotę na parę godzin do któ­re­goś z klu­bów, ale nie uśmie­cha się mi wie­czór w towa­rzy­stwie Pio­tra. Mia­łem już oka­zję prze­ko­nać się, że swoim przy­nu­dza­niem o histo­rii potrafi zepsuć każdą imprezę i odstra­szyć nawet naj­bar­dziej chętne dziew­czyny. Trudno zresztą ocze­ki­wać, aby pięć­dzie­się­cio­letni gawę­dziarz wzbu­dzał zain­te­re­so­wa­nie dwu­dzie­sto­la­tek.

Nie chcę jed­nak zra­żać star­szego kolegi odmową, tym bar­dziej że liczę na jego pomoc. Odpo­wia­dam więc:

– Chęt­nie. Dam znać. Myślę, że wkrótce będziemy mieli oka­zję do bar­dzo czę­stych spo­tkań.

Długi odbiera tele­fon, gdy już zaczy­nam tra­cić nadzieję, że podany przez Pio­tra numer jest aktu­alny.

– Dobry wie­czór panu. Alek­san­der Wojt­kow­ski z pionu śled­czego oddziału IPN w War­sza­wie – przed­sta­wiam się.

– Taaak?

W gło­sie Jacka Dłu­giego nie sły­szę ani cie­nia zanie­po­ko­je­nia, raczej lek­kie zacie­ka­wie­nie. Więk­szo­ści Pola­ków IPN koja­rzy się z roz­ko­py­wa­niem gro­bów i lustra­cją, a pro­ku­ra­tor z IPN pra­wie z poli­cją poli­tyczną. Sta­ty­styczny oby­wa­tel ma prawo czuć się zde­ner­wo­wany, gdy zain­te­re­so­wa­nie nim wyka­zuje nawet zwy­kła pro­ku­ra­tura. Osta­tecz­nie, pro­ku­ra­tor raczej nie jest zwia­stu­nem dobrych wie­ści.

– Panie redak­to­rze, chciał­bym popro­sić pana o spo­tka­nie – zaczy­nam i, aby mój roz­mówca nie zin­ter­pre­to­wał nie­wła­ści­wie mojego zapro­sze­nia, uzna­jąc je za wezwa­nie na prze­słu­cha­nie, jed­nym tchem dodaję: – w dogod­nej dla pana porze i miej­scu. Cho­ciaż, jeśli nie sprawi to panu trud­no­ści, pro­sił­bym o roz­mowę moż­li­wie jak naj­szyb­ciej.

Głos redak­tora Dłu­giego pozo­staje nie­zmą­ce­nie spo­kojny, jakby leniwy czy zmę­czony.

– Koń­czę dyżur w redak­cji około sie­dem­na­stej. Jeśli bar­dzo się panu spie­szy, spo­tkajmy się o sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści w kawiarni Szparka przy Placu Trzech Krzyży. Wie pan, gdzie to jest? Odpo­wiada panu?

Odno­to­wuję w myślach, że dzien­ni­karz bły­ska­wicz­nie podej­muje decy­zje i pro­po­nuje spo­tka­nie na zna­nym sobie tere­nie, gdzie czuje się bez­piecz­niej. Nie umyka mojej uwa­dze i to, że nie zapy­tał, w jaki spo­sób się roz­po­znany. Naj­pew­niej uznał, że skoro to ja pro­szę o spo­tka­nie, to powi­nie­nem sam się o to zatrosz­czyć. A może uważa, że nie wypada nie znać redak­tora Dłu­giego? Dzien­ni­ka­rze mają o sobie bar­dzo wyso­kie mnie­ma­nie.

– Zna­ko­mi­cie, nie spóź­nię się. Bar­dzo panu dzię­kuję. Do zoba­cze­nia.

Sta­ram się być grzeczny i lako­niczny zara­zem.

– Do zoba­cze­nia – odpo­wiada i się roz­łą­cza.

Przed wyj­ściem z biura tele­fo­nuję jesz­cze do Bartka Jało­chy, zna­jo­mego dzien­ni­ka­rza pisma i por­talu „W Matni”. Czę­sto się kręci w naszym archi­wum, nie­kiedy wyko­rzy­stu­jemy go, jeśli trzeba coś nie­ofi­cjal­nie puścić do prasy. Z uwagi na jego mikrą postać i lisią mordkę nazy­wamy go Szczu­rek. Jest nie­szko­dliwy dla nas, a nie­kiedy i nawet bar­dzo przy­datny.

– Długi? Jacek Długi? Oczy­wi­ście, że go znam. Stary komuch.

Redak­tor Jało­cha pozo­staje wierny swoim prze­ko­na­niom i jed­no­znacz­nej kla­sy­fi­ka­cji ludzi według jasnego kry­te­rium: Nasi – patrioci. Nie nasi – komu­chy, ubecy, zaprzańcy i zdrajcy. Dzi­siaj jest to dla mnie infor­ma­cja nie­wy­star­cza­jąca.

– A jeśli coś wię­cej? On zaj­muje się Rosją?

– No, jeśli po praw­dzie, to Długi jest chyba naj­więk­szym w kraju spe­cja­li­stą od Rosji. Wie o niej wszystko lub pra­wie wszystko. Ale wie pan, pro­ku­ra­to­rze, on spę­dził tam tak wiele lat, że zatra­cił dystans i umie­jęt­ność wła­ści­wej oceny sytu­acji. Może nawet jest ukry­tym śpio­chem.

Spi­skowe teo­rie redak­tora o uśpio­nych szpie­gach Putina pozo­sta­wiam na razie na mar­gi­ne­sie. Sprzyja mi szczę­ście – tra­fi­łem w dzie­siątkę. Mówiąc szcze­rze, Piotr przy­niósł mi to tra­fie­nie na srebr­nej tacy. Przed opusz­cze­niem biura poświę­cam kilka minut, by wygu­glo­wać krótką notkę o Dłu­gim, zapa­mię­tać wygląd dzien­ni­ka­rza i odno­to­wać, że jest auto­rem wielu arty­ku­łów na tematy zwią­zane z Rosją. Rze­czy­wi­ście, nie przy­nosi mi chluby, że nie znam Jacka Dłu­giego.

* * *

Sie­dzący w rogu sali męż­czy­zna, który pod­nosi się, gdy macham mu ręką, powi­nien nazy­wać się nie Długi, lecz Potężny. Wiel­kie chło­pi­sko, pew­nie dwu­me­trowe, sze­roki w barach i z wydat­nym brzu­chem. Przy­po­mi­nałby byłego zawod­nika sumo, gdyby nie spo­kojne, prze­ni­kliwe spoj­rze­nie sza­rych oczu, cechu­jące raczej pie­kiel­nie inte­li­gent­nych ana­li­ty­ków niźli spor­tow­ców na eme­ry­tu­rze. Takie spoj­rze­nie ma mój ojciec. W mil­cze­niu podaje mi rękę, uprzej­mym gestem wska­zuje miej­sce. Czuje się gospo­da­rzem spo­tka­nia w pełni kon­tro­lu­ją­cym sytu­ację. Pew­ność sie­bie potwier­dza pyta­niem:

– Czego się pan napije? Zamó­wi­łem sobie kawę i koniak. Dzień był dość męczący.

Tymi trzema krót­kimi zda­niami prze­ka­zuje mi, że nie ma zbyt wiele czasu, ale jest otwarty na roz­mowę.

Kiwam ręką na kel­nerkę, pro­szę o czarną gorzką her­batę i cia­sto mar­chew­kowe.

– Bar­dzo panu dzię­kuję za spo­tka­nie – zaczy­nam. – Nie zajmę zbyt wiele czasu. Popro­si­łem pana o spo­tka­nie, bo jest pan wybit­nym spe­cja­li­stą od Rosji…

Nie widzę po nim, aby kupił mój nie­wy­szu­kany kom­ple­ment.

– … Pro­wa­dzę obec­nie sprawę, która jest w pew­nym sen­sie zwią­zana z Rosją. Pan tam stu­dio­wał, prawda?

Chyba poło­ży­łem zbyt silny nacisk na ostat­nie słowa. Długi przy­gląda mi się uważ­nie, jak ento­mo­log na rzadki, egzo­tyczny gatu­nek owada.

– Czy minio­nej nocy Sejm uchwa­lił, a pan pre­zy­dent nad ranem pod­pi­sał jakąś ustawę, o któ­rej nie wiem? A według któ­rej stu­dia w Rosji mia­łyby być czy­nem karal­nym?

Ton głosu redak­tora Dłu­giego jest nie­zmien­nie spo­kojny, leniwy, ale reto­ryczne pyta­nie zawiera w sobie zgryź­liwą iro­nię, agre­sję i odrzu­ce­nie. Nie tak i nie w tym momen­cie roz­mowy sfor­mu­ło­wa­łem to pyta­nie.

– Tak, stu­dio­wa­łem angli­stykę i ger­ma­ni­stykę w Moskiew­skim Insty­tu­cie Języ­ków Obcych imie­nia Tho­reza – odpo­wiada jed­nak dzien­ni­karz i bez­li­to­śnie zadaje dwa ciosy: – Skoro zaj­muje się pan Rosją, to zna pan zapewne ten insty­tut. No a kim był Mau­rice Tho­rez, oczy­wi­ście pan wie.

Mam popro­wa­dzić śledz­two w spra­wie tra­ge­dii, która wyda­rzyła się w Moskwie. Nie znam moskiew­skiego Insty­tutu Języ­ków Obcych. I nie pamię­tam w tej chwili, kim był Mau­rice Tho­rez. Fatal­nie zaczyna się ta roz­mowa, a mój prze­śmiewca zaczyna budzić we mnie iry­ta­cję i nie­chęć. W ten spo­sób nie dowiem się niczego. Prze­ły­kam wraz z kęsem cia­sta ura­żoną dumę i wła­sną igno­ran­cję.

– Panie redak­to­rze, potrze­buję pań­skiej pomocy. Rzecz jest nastę­pu­jąca. Pro­szę o zatrzy­ma­nie tych infor­ma­cji dla sie­bie. W 1981 roku w Moskwie zgi­nął tra­giczną śmier­cią stu­dent z Pol­ski. Jego rodzina uważa, że nie był to wypa­dek, lecz mor­der­stwo. Zgod­nie z kodek­sem kar­nym prze­stęp­stwo zabój­stwa ulega przedaw­nie­niu po upły­wie trzy­dzie­stu lat. Zatem, jeśli byłoby to zabój­stwo, to jedy­nym obec­nie spo­so­bem pod­ję­cia śledz­twa w tej spra­wie pozo­staje zakwa­li­fi­ko­wa­nie czynu do zbrodni komu­ni­stycz­nej, któ­rej karal­ność, w tym wypadku, usta­nie w 2021 roku.

– Kiedy dokład­nie zgi­nął stu­dent? I jak się nazy­wał? Jeśli to nie tajem­nica, oczy­wi­ście. – Redak­tor Długi przy­biera już rze­czowo neu­tralny ton.

– Pro­szę tylko tego nie ujaw­niać. To był stu­dent poli­tech­niki stali i sto­pów, Tomasz Wiśniew­ski. Zgi­nął w paź­dzier­niku 1981 roku pod kołami pociągu w metrze. Sły­szał pan coś może o tym?

– Misis…

– Nie rozu­miem, jaka „misis”?

– Raczej „jaki”. Moskow­skij Insti­tut Stali i Spła­wow, w skró­cie – MISIS. Jeśli pro­wa­dzi pan taką sprawę, powi­nien pan poznać te abre­wia­tury: EMGEU, INJAZ, MGIMO, MADI, MIFI, MIFT, MAFI… To nazwy moskiew­skich uczelni. Bez obaw, pro­szę. Nie zaj­muję się spra­wami kry­mi­nal­nymi, lecz mię­dzy­na­ro­do­wymi. Co nie zna­czy, natu­ral­nie, że mię­dzy­na­ro­dowe nie są kry­mi­nalne. Ale nie każda kry­mi­nalna staje się mię­dzy­na­ro­dową. A ta sprawa taką stać się może, nie­praw­daż? – Jacek Długi ma dzien­ni­kar­ską zdol­ność ujmo­wa­nia istoty danej kwe­stii krót­kimi zda­niami. – Panie pro­ku­ra­to­rze, więc rze­czy mają się tak. Stu­dio­wa­łem w Moskwie w latach 1977–1982. Nie przy­jaź­ni­łem się z Wiśniew­skim, co zro­zu­miałe, bo w samej Moskwie było ponad pół­tora tysiąca stu­den­tów z Pol­ski, ale o tym wypadku sły­sza­łem. Dużo się o nim mówiło się w naszym śro­do­wi­sku. W tym cza­sie Moskwa była bez­piecz­nym mia­stem, zwłasz­cza dla bied­nych cudzo­ziem­ców. Śmierć stu­denta z Pol­ski, nawet przy­pad­kowa, to było coś unpre­ce­den­ted, nie­spo­ty­ka­nego. I na pewno została pod­dana skru­pu­lat­nemu śledz­twu.

– Pół­tora tysiąca stu­den­tów z Pol­ski, powie­dział pan. Aż tylu?

– Może nawet wię­cej, nie umiem powie­dzieć. Ale da się to łatwo spraw­dzić w archi­wach Mini­ster­stwa Szkol­nic­twa Wyż­szego. Ponadto, może pan też skon­tak­to­wać się bez­po­śred­nio z ówcze­snymi pra­cow­ni­kami pol­skiej amba­sady, któ­rzy zaj­mo­wali się stu­den­tami.

– Pamięta pan może ich nazwi­ska?

– Pamię­tam radcę Kalic­kiego, ale on już nie żyje. Poszu­kam w domu. Jeśli odnajdę, prze­każę panu na tele­fon, z któ­rego pan dzwo­nił. Pełne dane o pra­cow­ni­kach wydziału nauki i wydziału kon­su­lar­nego na pewno są dostępne w archi­wach Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych.

– Dla­czego aż tak wielu Pola­ków wyjeż­dżało na stu­dia do Związku Sowiec­kiego? Co pana, przy­kła­dowo, skło­niło, aby stu­dio­wać w Moskwie?

Na twa­rzy redak­tora czy­tam roz­ba­wie­nie.

– Wie pan, co powie­działa pewna Ame­ry­kanka, gdy w Auschwitz poka­zano jej baraki więź­niów? „Dla­czego nie dzwo­nili do swo­ich praw­ni­ków?!” Suge­ruje pan, że mógł­bym tak po pro­stu wyjąć pasz­port z szu­flady, wysłać mailem apli­ka­cję do Oxfordu czy Sor­bony?… Prze­cież to pra­wie taka sama odle­głość jak do Moskwy, nie­praw­daż? Cho­ciaż… cie­szę się, że pana poko­le­nie jest tak dale­kie od rozu­mie­nia daw­nych cza­sów. Bo ozna­cza to, że już bar­dzo odda­li­li­śmy się od tam­tych realiów. Stu­dia w Związku Radziec­kim były nie tylko bez­płatne, otrzy­my­wa­li­śmy także zupeł­nie przy­zwo­ite sty­pen­dia od pol­skiego rządu. Stwa­rzały także oka­zję do nauki rosyj­skiego i pozna­nia obcego kraju. Czy zna pan taki kie­ru­nek stu­diów w Pol­sce, nawet dzi­siaj, który da panu trzy języki obce, i to na dobrym pozio­mie, i jed­no­cze­śnie zna­jo­mość dużego, sąsied­niego kraju? Pol­scy stu­denci uczyli się nie tylko w Moskwie, lecz we wszyst­kich więk­szych mia­stach, od Tasz­kentu do Tal­linna. Już nie wspo­mi­nam o tym, że w Pol­sce nie­któ­rych kie­run­ków po pro­stu nie było, a poziom na wybra­nych radziec­kich uczel­niach był naprawdę nie­zły.

– I przy oka­zji urzą­dzano wam pra­nie mózgów.

Ta uwaga z mojej strony nie ma nic wspól­nego z pro­fe­sjo­na­li­zmem. Pre­zen­tuje sobą bar­dziej poziom bazaru. Nie wiem, co mnie pod­ku­siło. Zapewne pozy­tywna opi­nia Dłu­giego o pozio­mie stu­diów sowiec­kich. Jeśli chcia­łem wyrwać roz­mówcę z bańki nie­zmą­co­nego spo­koju, jakim się oto­czył, to otrzy­ma­łem mierny rezul­tat.

Dzien­ni­karz pierw­szy raz otwar­cie oka­zuje emo­cje. Uśmie­cha się. Jakby z iro­nią i pobłaż­li­wo­ścią.

– Zapewne takie cele rów­nież przy­świe­cały i ówcze­snym naszym decy­den­tom poli­tycz­nym, i gospo­da­rzom. – Zga­dza się. – Ale na temat pra­nia mózgów w róż­nych epo­kach histo­rycz­nych i jego skut­ków mogli­by­śmy pro­wa­dzić dłu­gie dys­ku­sje.

– Jak wyglą­dało życie stu­denc­kie w ówcze­snej Moskwie? – Chcę zała­go­dzić swoją głu­pią wypo­wiedź sprzed chwili.

– Nor­mal­nie. Dużo pracy, bar­dzo dużo. Ale też wiele roz­ry­wek. Dosko­nała fil­har­mo­nia, świetna opera i balet, dobry teatr kla­syczny. Dziew­czyny. Alko­hol…

– Dużo się piło?

– Tyle, co i na uczel­niach w Pol­sce, co zna­czy – nie­mało. W śro­do­wi­sku mówiło się, że tego wie­czoru, gdy zgi­nął, Wiśniew­ski był mocno napity. Podob­nie zresztą jak jego kole­dzy, któ­rzy razem z nim wra­cali z imprezy do aka­de­mi­ków.

* * *

Wra­ca­jąc póź­nym wie­czo­rem na swój Ursy­nów, nie mogę oprzeć się wra­że­niu, że pozor­nie otwarty redak­tor Długi nie powie­dział mi wszyst­kiego, co wie. Może roz­myśl­nie zawie­szał głos, pozo­sta­wia­jąc miej­sce do spe­ku­la­cji? Cho­ciaż w sumie był czło­wie­kiem mediów, jak okre­ślił go Piotr. Czę­sto wystę­po­wał w tele­wi­zji, a więc miał nawyk dra­ma­ty­zo­wa­nia opo­wie­ści. Nie­mniej, wyja­wił mi kilka waż­nych spraw. Przy­kła­dowo, że Wiśniew­ski nie był sam w chwili śmierci i że całe towa­rzy­stwo było nie­trzeźwe. Cie­kawe tylko, dla­czego te szcze­góły były dzien­ni­ka­rzowi Dłu­giemu znane.

Rozdział 2

Następny dzień poświę­cam na spo­rzą­dza­nie pism do urzę­dów, które mogłyby pomóc wyja­śnić oko­licz­no­ści śmierci stu­denta. Może wypłyną jakieś nazwi­ska, które okażą się przy­datne póź­niej, przy wła­ści­wym postę­po­wa­niu przy­go­to­waw­czym? Piszę do Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych, do Mini­ster­stwa Nauki i Szkol­nic­twa Wyż­szego i, po namy­śle, do Mini­ster­stwa Edu­ka­cji Naro­do­wej, gdyż nie mam pew­no­ści, który resort był odpo­wie­dzialny za pol­skich stu­den­tów za gra­nicą w latach osiem­dzie­sią­tych. Każde z pism opa­truję prośbą o udzie­le­nie odpo­wie­dzi moż­li­wie szybko, „z uwagi na wagę pro­wa­dzo­nego postę­po­wa­nia”. Zakła­dam, że papier fir­mowy Insty­tutu Pamięci Naro­do­wej w połą­cze­niu z tą „wagą” skłoni mini­ste­rial­nych urzęd­ni­ków do pośpie­chu w prze­szu­ka­niu archi­wów. Ina­czej będę ocze­ki­wał na infor­ma­cje do nowego roku.

Wysy­łam też pismo do Pro­ku­ra­tury Woje­wódz­kiej w Pozna­niu. W tym wypadku liczę bar­dziej na łut szczę­ścia, ponie­waż akta pro­ku­ra­tor­skie, zgod­nie z pra­wem, powinny zostać znisz­czone. O ile w ogóle w Pol­sce w 1981 roku wsz­czy­nano śledz­two w spra­wie śmierci Wiśniew­skiego. Dzwo­nię jesz­cze do poznań­skiego oddziału IPN, gdzie pra­cuje mój dobry kolega, i przed­sta­wiam mu pokrótce pro­blem, pro­sząc o odna­le­zie­nie kilku doku­men­tów.

Po połu­dniu wzywa mnie do sie­bie Kacz­ma­rek. Nie zapra­sza, abym usiadł przy sto­liku, przy któ­rym zazwy­czaj podej­mo­wał waż­niej­szych roz­mów­ców. Sado­wię się zatem na krze­śle przy jego biurku. Przy­kryty szkłem roz­le­gły blat biurka, nie­ska­zi­tel­nie czy­sty, lśni jak kon­tuar w luk­su­so­wym hotelu oddzie­la­jący szefa zmiany od klienta bez rezer­wa­cji, któ­rego nie spo­sób zigno­ro­wać, a który swoim poja­wie­niem się naru­sza spo­kój dostoj­nego recep­cjo­ni­sty. Na stole leżą rów­niutko uło­żone dwa sko­ro­szyty, a przed moim sze­fem teczka z doku­men­tami, którą natych­miast zamyka, gdy tylko wcho­dzę. Niklo­wana desi­gner­ska lampa biu­rowa odbija się w tafli blatu niczym w lustrze. Kacz­ma­rek jest upo­rząd­ko­wany, pre­cy­zyjny jak szwaj­car­ski zega­rek. I jak zega­rek prze­wi­dy­walny. Tym razem jed­nak mnie zaska­kuje.

– Zapewne się pan dziwi, że powie­rzy­łem panu tę sprawę? – Zadaje reto­ryczne pyta­nie. – Suge­ro­wano mi, że powi­nien zająć się nią ktoś bar­dziej doświad­czony. Ktoś, kto zna tamtą epokę z wła­snego doświad­cze­nia. Wła­śnie tego chcia­łem unik­nąć. Bo, widzi pan, niczego nie ujmu­jąc naszym star­szym kole­gom, oni wszy­scy są ska­żeni komu­ni­zmem. I ci, któ­rzy bro­nią PRL, i ci, któ­rzy z nią wal­czyli i wal­czą na­dal, cho­ciaż minęło pra­wie pół wieku… nazy­wam ich wszyst­kich, bez wyjątku, post­ko­mu­ni­stami. Gdyż w ich myśle­niu punk­tem odnie­sie­nia jest komu­nizm, czyli prze­szłość. Oni men­tal­nie pozo­stają w tam­tej epoce. A dzi­siaj mamy XXI wiek i zupeł­nie inną rze­czy­wi­stość.

To dość ory­gi­nalne stwier­dze­nie. Nie­mniej, jestem skłonny przy­znać Kacz­mar­kowi pewną część racji. Cho­ciaż w naszej pracy rze­czy­wi­stość sprzed pół wieku nie two­rzy zapi­sa­nych kart pod­ręcz­nika histo­rii, lecz pozo­staje note­sem z czy­stymi stro­nami, które należy dopiero zapeł­nić.

– Dla­tego zakła­dam – kon­ty­nu­uje naczel­nik – że pań­skie spoj­rze­nie, pozba­wione obcią­żeń men­tal­nych, wnie­sie do śledz­twa inną per­spek­tywę. Zapo­znał się pan z doku­men­tami? – Prze­nosi ogól­ni­kowe dywa­ga­cje na kon­kretny tor.

Doku­men­tami? No tak, prze­cież nie mógł powie­dzieć: „listem” czy „wnio­skiem”; to zabrzmia­łoby nie­wy­star­cza­jąco solid­nie, obni­ża­łoby rangę sprawy. Nie docze­kaw­szy potwier­dze­nia, Kacz­ma­rek pyta:

– Jak pan zamie­rza pro­wa­dzić postę­po­wa­nie? Może mi pan przed­sta­wić wstępny plan do końca bie­żą­cego tygo­dnia?

Aż korci mnie, by zadać pyta­nie, czy plan ma być opra­co­wany w for­mie tabeli i w jakich kolo­rach. No i dobór czcionki – to byłoby dopiero wyzwa­nie.

– Tak, panie naczel­niku. Przed­sta­wię w końcu tygo­dnia plan postę­po­wa­nia spraw­dza­ją­cego.

Kacz­ma­rek kiwa głową. Rozu­miem, że to nie plan moich dzia­łań miał być tema­tem roz­mowy.

– Zakła­dam, że sprawa będzie wyma­gała żmud­nego i dłu­go­trwa­łego śledz­twa…

Czyżby miał to być komu­ni­kat, abym się nie spie­szył? Że ważne jest, by gonić kró­liczka, a nie, by go zła­pać?

– Natu­ral­nie, kole­dzy z archi­wum pomogą panu… Ma pan jakieś pre­fe­ren­cje? Chciał­bym, by ktoś od nich ści­ślej z panem, czy może lepiej: dla pana, pra­co­wał.

– Piotr Mydlak. To wybitny spe­cja­li­sta od ostat­nich lat PRL-u. Jest też bar­dzo bie­głym archi­wi­stą.

– Dobrze. Ale myśla­łem o kimś, kto pomógłby panu w codzien­nej, także papier­ko­wej pracy. O kimś w rodzaju asy­stenta. Widzi pan – tutaj Kacz­ma­rek waha się przez uła­mek sekundy – zgło­siła się do nas na staż córka pro­fe­sora Moska­le­wi­cza, absol­wentka prawa na Uni­wer­sy­te­cie Wyszyń­skiego.

Moska­le­wicz! To duże nazwi­sko! Stały bywa­lec pierw­szego pro­gramu tele­wi­zji. Pro­fe­sor. Jeden z naj­bar­dziej wpły­wo­wych poli­ty­ków par­tii rzą­dzą­cej. Przy tym szczery patriota i nie­złomny orę­dow­nik rady­kal­nej odnowy w kraju. Córka naj­pew­niej wynio­sła z domu te same war­to­ści. Przy­naj­mniej nie będziemy mieli powo­dów do poli­tycz­nych utar­czek. Jeśli taki par­tyjny bonza kie­ruje swoją córkę na staż do IPN, to można zało­żyć, że zosta­nie u nas na dłu­żej. Pen­sje w pio­nie śled­czym IPN są nie­mal dwu­krot­nie wyż­sze niż w pro­ku­ra­tu­rze rejo­no­wej. Mając zaś za pod­władną córkę wpły­wo­wego poli­tyka, Kacz­ma­rek sta­nie się niczym pre­zy­dent elekt – nie­ty­kalny i z gwa­ran­cją kariery. Myślę o moim sze­fie z podzi­wem. A to skur­wy­sy­nek, niby taki przy­cze­sany i układny jak gor­liwy pierw­szo­kla­si­sta, a można mu pozaz­dro­ścić wyczu­cia chwili.

– Panna Moska­le­wicz będzie bar­dzo uży­teczna, gdyż per­fek­cyj­nie włada rosyj­skim, co w tej spra­wie jest nie­zwy­kle ważne. W dodatku, jak poin­for­mo­wał mnie jej ojciec, spe­cja­li­zuje się w pra­wie Fede­ra­cji Rosyj­skiej.

Cały Kacz­ma­rek! Któż dzi­siaj mówi o nie­za­męż­nej kobie­cie „panna”? Dobrze, że nie powie­dział „panna Moska­le­wi­czówna”. I nie omiesz­kał pod­kre­ślić, że ma układy na samych szczy­tach wła­dzy. Mógłby daro­wać sobie to wtrą­ce­nie: „Jej ojciec poin­for­mo­wał mnie”; wystar­czy­łoby prze­cież powie­dzieć: „Spe­cja­li­zuje się w pra­wie Rosji”. Moska­le­wicz czy Moska­le­wi­czówna, jedna dru­giej równa – lecę w myślach Sien­kie­wi­czow­skim Radzi­wił­łem, zasta­na­wia­jąc się, czy aby jakaś inna histo­ria, na przy­kład miło­sna, nie kryje się za pro­mo­wa­niem panny Moska­le­wicz. Natych­miast jed­nak odrzu­cam tę myśl. Pro­ku­ra­tor Kacz­ma­rek jest rów­nie daleki od roman­sów, i w ogóle od jakich­kol­wiek emo­cjo­nal­nych pory­wów, które mogłyby zabu­rzyć jego karierę, jak ja od udziału w pocho­dach pierw­szo­ma­jo­wych.

Chyba jakiś siódmy zmysł każe mi sko­ja­rzyć córkę Moska­le­wi­cza z boha­terką Potopu. Gdy obja­wia się bowiem w czwar­tek w drzwiach mojego gabi­netu, wpro­wa­dzona przez panią Wie­sławę, co już samo w sobie świad­czy o pozy­cji sta­żystki, gdyż nie po każ­dego gościa Kacz­ma­rek wysyła swoją sekre­tarkę, odno­szę wra­że­nie, że widzę młod­szą kopię Mał­go­rzaty Brau­nek. Tyle że gor­szą – kon­sta­tuję w myślach z roz­cza­ro­wa­niem, poma­ga­jąc Moska­le­wi­czów­nie-Bil­le­wi­czów­nie zdjąć płaszcz. Zazwy­czaj nie nad­ska­kuję kobie­tom, ale nie będę prze­cież aż tak nie­roz­sądny. Skoro naczel­nik ją hołubi… Zmy­liła mnie jej wiotka postać, duże szare oczy i jasne włosy, buj­nymi lokami spa­da­jące na poli­czek.

Z bli­ska wygląda znacz­niej mniej korzyst­nie. Bez maki­jażu, z bladą, jakby cho­ro­witą cerą. I nosi się jak zakon­nica lub uczen­nica insty­tutu dla szla­chet­nie uro­dzo­nych dzie­wic. Szary płaszcz, sukienka bez koloru i bez kształtu, a w dodatku te bez­sen­sowne wiel­kie oku­lary w czar­nej oprawce. A może roz­myśl­nie wło­żyła dzi­siaj ten strój, wyobra­ża­jąc, że IPN to coś pośred­niego mię­dzy pro­ku­ra­turą a domem pogrze­bo­wym.

– Dorota Moska­le­wicz – popi­skuje nie­pew­nym gło­sem i wyciąga do mnie rękę.

Dłoń ma cie­płą i suchą, a uścisk wręcz sta­now­czy. Może pozory mylą?

– Będę miała przy­jem­ność przejść staż u pań­stwa.

Głos w sumie przy­jemny, ale mogłaby mówić gło­śniej. „Będę miała przy­jem­ność…” Panna szla­chet­nie uro­dzona. Że też takie cuda jesz­cze się ucho­wały. Ale powie­działa „przejść staż”, a nie „odbyć staż”, jak uczy­ni­łoby dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent urzęd­ni­ków, co już świad­czy dobrze o jej wyczu­ciu języka.

– Witam panią ser­decz­nie. Alek­san­der Wojt­kow­ski. – Szcze­rzę zęby w uśmie­chu. Jeśli jej tatuś jest zna­nym i wpły­wo­wym poli­ty­kiem, to grzecz­no­ści ni­gdy nie za wiele. – Rów­nież się cie­szę, że zade­kla­ro­wała pani goto­wość do współ­pracy ze mną. Przy­go­to­wa­li­śmy dla pani miej­sce pracy w moim pokoju. – Przy­pi­suję sobie zasługę w star­ciu kurzu z biurka, od mie­sięcy bez­pań­skiego. Pani Wie­sia rzuca mi iro­niczne spoj­rze­nie i bez słowa wycho­dzi.

Panna Dorota posłusz­nie, niczym uczen­nica, siada przy wska­za­nym jej sto­liku. Aby dziew­czę nie wyobra­żało sobie zbyt wiele, od razu posta­na­wiam poka­zać, kto jest kto.

– Podobno zna pani rosyj­ski i spe­cja­li­zuje się w pra­wie rosyj­skim. Przez te kilka mie­sięcy, które pani z nami spę­dzi, będziemy zaj­mo­wali się sprawą, która jest zwią­zana z Rosją. Tak więc pani umie­jęt­no­ści bar­dzo się przy­da­dzą przy opra­co­wa­niu doku­men­tów. Oczy­wi­ście, tylko nie­kla­sy­fi­ko­wa­nych.

– Moja bab­cia ze strony mamy jest Rosjanką. To zna­czy, miesz­kała w Związku Radziec­kim, w Rydze. Naprawdę z pocho­dze­nia jest na poły Łotyszką, na poły Żydówką. Od niej nauczy­łam się rosyj­skiego. Skoń­czy­łam też rusy­cy­stykę. A na temat naj­now­szych zmian w pra­wie Fede­ra­cji Rosyj­skiej tro­chę pisa­łam.

Dziew­czyna wydaje się nie­bez­piecz­nie gada­tliwa, a może tylko sygna­li­zuje goto­wość do zbu­do­wa­nia rela­cji cie­plej­szych, niż zapo­wia­dały się po pierw­szej wymia­nie spoj­rzeń i zdań. Jeśli jed­nak chciała zro­bić na mnie wra­że­nie, to jej się udało. Kto spo­śród absol­wen­tów prawa w War­sza­wie mówi płyn­nie po rosyj­sku i spe­cja­li­zuje się w pra­wie Rosji? Mój rosyj­ski, na któ­rego opa­no­wa­nie nale­gał ojciec, nie jest zły, ale prze­cież nie można go porów­nać z pozio­mem nie­mal native spe­akera. Ale już moje wyobra­że­nia o Rosji są bar­dziej mgli­ste niż nasy­cony smo­giem dzień za oknem. Chyba wta­jem­ni­czę panią Dorotę w te szcze­góły śledz­twa, które można prze­ka­zać uprzy­wi­le­jo­wa­nej sta­ży­stce. Przez moment myślę nawet, czy aby nie zabrać jej ze sobą na pierw­szą roz­mowę z Wiśniew­skim. Natych­miast jed­nak się reflek­tuję. Pomi­ja­jąc już, że lubię podró­żo­wać w samot­no­ści, a panna Moska­le­wi­czówna naj­wy­raź­niej nale­żała do gatunku osób szczo­drych na słowa, to wspólny wypad gdzieś pod Poznań z młodą dziew­czyną ścią­gnąłby na mnie nie­chyb­nie gniew Elizy i podejrz­liwe plotki w oddziale.

Losy babci, która była Żydówko-Rosjanko-Łotyszką, inte­re­sują mnie nie bar­dziej niż nazwa sklepu z odzieżą second hand, bo chyba w takim panna Dorotka nabyła swój płaszcz. Sta­ram się jed­nak być grzeczny i wyka­zać jakieś zain­te­re­so­wa­nie:

– Jak tra­fiła do Pol­ski?

– O, to długa i roman­tyczna histo­ria… – na te słowa ogar­nia mnie strach, że Moska­le­wi­czówna zechce mi ją teraz opo­wie­dzieć – …ale bar­dzo oso­bi­sta, rodzinna.

Dziew­czyna kre­śli zde­cy­do­waną gra­nicę mię­dzy tym, co służ­bowe, a co odnosi się do spraw pry­wat­nych, dając mi jed­no­znacz­nie do zro­zu­mie­nia, że ta druga sfera pozo­staje dla mnie cał­ko­wi­cie zamknięta.

Wzru­szam ramio­nami. Nie jestem cie­kawy ani rodzin­nych histo­rii rodziny Moska­le­wi­czów, ani oso­bi­stych pro­ble­mów pani Doroty.

Rozdział 3

Moja nowa kole­żanka, sta­żystka, asy­stentka – jeśli mam poważ­nie trak­to­wać słowa Kacz­marka – i współ­lo­ka­torka gabi­netu w szkla­no­zie­lo­nym biu­rowcu, wygląda jak sie­dem nie­szczęść, zwłasz­cza wów­czas, gdy zmo­czona i zzięb­nięta wcho­dzi w swoim wor­ko­wa­tym płasz­czu, wyciera nos i czy­ści oku­lary z kro­pli desz­czu pada­ją­cego obfi­cie w ten mar­cowy pora­nek, a kolejne sie­dem nie­po­wo­dzeń roz­siewa wokół z każ­dym kich­nię­ciem. Wraz z jej poja­wie­niem wszyst­kie, nawet naj­prost­sze, sprawy zaczy­nają się wypię­trzać w hima­laje kło­po­tów.

Naj­pierw Piotr, któ­rego pro­si­łem, aby pod­rzu­cił mi jakieś książki, raporty lub zesta­wie­nia na temat stu­den­tów pol­skich z ZSRR, odpo­wiada mi po kilku dniach, że cze­goś takiego nie ma.

– Wpraw­dzie ist­nieje opra­co­wa­nie ana­li­ty­ków z Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego, które czę­ściowo doty­czy tematu, lecz poświę­cone głów­nie gru­pie „Wisła”, która dzia­łała przy amba­sa­dzie PRL w Moskwie. A to zupeł­nie co innego.

Piotr opo­wiada mi przez kil­ka­na­ście minut, czym była „Wisła”: Ofi­cjalne przed­sta­wi­ciel­stwo pol­skiego Mini­ster­stwa Spraw Wewnętrz­nych przy sowiec­kim KGB, two­rzone przez kilku ofi­ce­rów wywiadu i kontr­wy­wiadu, ulo­ko­wa­nych głów­nie w amba­sa­dzie PRL w Moskwie, ale także w jed­nym z rejo­no­wych oddzia­łów KGB w Moskwie. Grupa zaj­mo­wała się przede wszyst­kim ochroną kontr­wy­wia­dow­czą pol­skich pla­có­wek dyplo­ma­tycz­nych i pol­skich oby­wa­teli, prze­by­wa­ją­cych w ZSRR. I, natu­ral­nie, pro­wa­dziła ope­ra­cyjną dzia­łal­ność wywia­dow­czą.

– Prze­ciwko Związ­kowi Sowiec­kiemu?! – pytam, nie kry­jąc zdzi­wie­nia.

Piotr śmieje się. Jego śmiech gło­śnym echem odbija się w słu­chawce i w mojej gło­wie.

– Żar­tu­jesz chyba…

Odno­to­wuję w myślach, że muszę spraw­dzić ten trop. Jeśli esbecy śle­dzili pol­skich oby­wa­teli, to na pewno weszli w posia­da­nie infor­ma­cji o róż­nych wyda­rze­niach i incy­den­tach. Śmierć pol­skiego stu­denta nie mogła umknąć ich uwa­dze.

Pro­szę Pio­tra, aby posta­rał się odna­leźć kogoś z byłych funk­cjo­na­riu­szy grupy „Wisła”, pra­cu­ją­cych w Moskwie na prze­ło­mie sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych.

Póź­niej oddzwa­nia dyrek­torka z depar­ta­mentu czy biura archi­wum w Mini­ster­stwie Spraw Zagra­nicz­nych. Bar­dzo kom­pe­tentna i miła, chce uści­ślić, jakich mate­ria­łów naprawdę potrze­buję, gdyż nie wynika to z mojego pisma. Dopy­tuję, czy można zna­leźć infor­ma­cje o skła­dzie oso­bo­wym amba­sady PRL w Moskwie w roku 1981 i jak szcze­gó­łowe są doku­menty prze­sy­łane przez służby kon­su­larne. Urzęd­niczka obja­śnia, że listę pra­cow­ni­ków amba­sady w 1981 roku prze­śle, nato­miast doku­men­ta­cji kon­su­larnej nie prze­cho­wuje się tak długo, poza spra­woz­da­niami rocz­nymi, dość ogól­nymi.

Dzięki Bogu i za to. Choć liczy­łem, że wydo­będę z archi­wów naszej dyplo­ma­cji wię­cej infor­ma­cji.

– Bar­dzo pani dzię­kuję. Jeśli można, to wolał­bym oso­bi­ście po nie pod­je­chać. Jeżeli cze­goś nie zro­zu­miem, od razu popro­szę o obja­śnie­nia.

Jakby tego było mało, Wiśniew­ski, do któ­rego wresz­cie udaje się mi dodzwo­nić, mówi, że nie może mnie gościć w naj­bliż­szą nie­dzielę, gdyż wyjeż­dża z żoną na chrzciny wnuka sio­stry.

– Niech pan przy­je­dzie za dwa tygo­dnie, w sobotę lub nie­dzielę – zapra­sza. Wyja­śnia, że w robo­cze dni jest mocno zajęty i miałby czas dopiero w póź­nych godzi­nach wie­czor­nych. Potem mil­czy chwilę i dodaje, jakby z waha­niem: – Wie pan, dzwo­nił do mnie jakiś dzien­ni­karz z War­szawy, pro­sząc o roz­mowę. Pogna­łem go. Śmierć mego brata to nie jest temat na pierw­szą stronę szma­tław­ców.

Nie jestem szcze­gól­nie zasko­czony infor­ma­cją o tym, że prze­ję­cie przez IPN sprawy śmierci Wiśniew­skiego wycie­kło już do prasy. Nie­for­malna i skry­wana współ­praca Insty­tutu z nie­któ­rymi dzien­ni­ka­rzami jest drogą dwu­kie­run­kową. Podej­rze­wam, że prze­ciek nastą­pił, nim jesz­cze pro­ku­ra­tor Kacz­ma­rek prze­ka­zał mi teczkę z doku­men­tem. Nie popra­wia mi to nastroju.

Uznaję, że spo­so­bem na odwró­ce­nie złej passy może być prze­ku­pie­nie panny Doroty, aby nie roz­sie­wała zaraz­ków i złych flu­idów. Następ­nego dnia zba­czam z głów­nej trasy z domu do pracy, z poświę­ce­niem prze­ma­czam buty i zja­wiam się w biu­rze z torbą sło­dy­czy od Wedla. Moska­le­wi­czówna pogryza cze­ko­ladki, ale nie zaprze­staje dobrze zama­sko­wa­nego sabo­tażu, ponie­waż nie­szczę­ścia sypią się na­dal. Szef wzywa mnie i obar­cza kolej­nym zada­niem – jako że kolega zasmar­kał się i roz­cho­ro­wał, mam do ponie­działku napi­sać za niego spra­woz­da­nie.

– Sprawa jest pilna. Wszyst­kie nie­zbędne dane i zesta­wie­nia są już zebrane, należy jedy­nie nadać im przy­zwo­itą, przej­rzy­stą formę spra­woz­da­nia. Jestem prze­ko­nany, że przez week­end zdąży pan to zro­bić.

Wydaje mi się, że naczel­nik Kacz­ma­rek uśmie­cha się zło­śli­wie. Nie chcę dać mu jesz­cze więk­szej satys­fak­cji, pró­bu­jąc wyja­śnić, że nie mogę poświę­cić week­endu, ponie­waż już umó­wi­łem się z Elizą na wypad do Spały z nią i grupą jej przy­ja­ciół. Eli­zie bar­dzo zależy na tym wyjeź­dzie. Chce się pochwa­lić kole­żan­kom „swoim męż­czy­zną”, bo tak mnie nazywa w roz­mo­wach z nimi. Na Nowy Rok jeź­dzi­łem z inną grupą jej zna­jo­mych do nowo otwar­tego, szpa­ner­skiego spa w Kazi­mie­rzu. Roz­ka­pry­szone, zara­bia­jące po kil­ka­dzie­siąt tysięcy towa­rzy­stwo, kosmo­po­li­tyczne i nie­doj­rzałe poli­tycz­nie. Nie­zbyt dobrze czu­łem się w roz­mo­wach, które doty­czyły kursu akcji, per­spek­tyw bit­co­ina, kolej­nej wtopy czy prze­krętu kogoś z rządu, życia gwiaz­dek war­szaw­skiego światka tele­wi­zji i mody oraz zalet nowego bmw, które mona­chij­ski kon­cern wła­śnie wypu­ścił na rynek.

Eliza obraża się, co było nie­trudne do prze­wi­dze­nia. Demon­struje swoje nie­za­do­wo­le­nie, prze­ry­wa­jąc roz­mowę i moje nie­zdarne wysiłki wytłu­ma­cze­nia sytu­acji. Kilka minut póź­niej dzwoni ponow­nie.

– Udało się ci prze­ko­nać szefa?

Nie pró­bo­wa­łem prze­ko­ny­wać szefa. Nawet nie podej­mo­wa­łem z nim roz­mowy na ten temat. Byłoby to zupeł­nie bez­ce­lowe.

– Nie­stety, nie udało mi się…

Eliza ponow­nie się roz­łą­cza, aby za kil­ka­na­ście minut zadzwo­nić raz jesz­cze i zako­mu­ni­ko­wać, że w takim razie poje­dzie beze mnie. Wzru­szam ramio­nami i teraz ja z kolei odkła­dam słu­chawkę. Nie żebym się obra­ził. Po pro­stu nie mam nic do powie­dze­nia.

Moska­le­wi­czówna nie słu­cha lub udaje, że nie słu­cha moich roz­mów. Pochy­lona nad biur­kiem, z wło­sami, które osy­pują się z głowy, two­rząc kur­tynę odci­na­jącą ją od świata zewnętrz­nego, któ­ryś dzień z rzędu stu­diuje doku­menty o IPN – ustawy, regu­la­miny, orze­cze­nia, spra­woz­da­nia, debaty sej­mowe… Sądzę, że zna je teraz lepiej ode mnie.

W sobotę z tru­dem wstaję z łóżka. Boli mnie głowa, mam dresz­cze i czuję się tak, jak­bym wypadł spod cepów mecha­nicz­nej mło­carni. Pochy­lam się i przy­glą­dam sobie w lustrze. Muszę któ­re­goś dnia zawie­sić je wyżej. Naj­wi­docz­niej, poprzedni wła­ści­ciel miesz­ka­nia nie miał moich 185 cen­ty­me­trów. Trzy­dniowy zarost dzi­siaj przy­daje mi wyglądu nie tyle męskiego, ile dzia­dow­skiego. Popi­jam kawę wodą, w któ­rej musują dwie tabletki fervexu, owi­jam szyję sza­lem i na prze­mian to szczę­ka­jąc zębami z zimna, to zgrzy­ta­jąc nimi ze zło­ści na Elizę, szefa i na cały świat, dojeż­dżam na Insty­tutu. Jedy­nym pocie­sze­niem jest to, że dzi­siaj w wago­nie metra mogę usiąść, a tram­waj jest zupeł­nie pusty.

Widok panny Moska­le­wicz, która przy­po­mina roz­czo­chraną kuro­pa­twę w desz­czu albo wiel­kiego, sza­rego wró­bla, któ­remu po dłu­giej walce w kałuży udało się wyrwać kotu, a teraz stoi przed drzwiami gabi­netu, zaska­kuje mnie, ale nie popra­wia nastroju, co dobit­nie dowo­dzi mojej złej kon­dy­cji. Gdy­bym był w for­mie, par­sk­nął­bym zapewne śmie­chem, patrząc na tę komiczną, godną współ­czu­cia postać.

– Nie mam upraw­nień, by wejść do pokoju – wyja­śnia.

– Zapo­mniała pani cze­goś? – Przy­kła­dam iden­ty­fi­ka­tor do zamka i, jak praw­dziwy dżen­tel­men, prze­pusz­czam ja przed sobą.

– Wczo­raj nie wyglą­dał pan naj­le­piej, a dzi­siaj w ogóle pan nie wygląda. Pomy­śla­łam, że pomogę panu w tym spra­woz­da­niu.

Nie bar­dzo wiem, jak zare­ago­wać, więc mówię tylko:

– Bar­dzo dzię­kuję. To miłe z pani strony.

Moska­le­wi­czówna nie na próżno pil­nie stu­dio­wała przez ostat­nie dni posta­no­wie­nia i spra­woz­da­nia. Naj­pew­niej była też pry­mu­ską i ma łatwość for­mu­ło­wa­nia popraw­nych, pre­cy­zyj­nych zdań. Ze sterty doku­men­tów, przy­go­to­wa­nych przez pro­ku­ra­tora, któ­rego tak nie­for­tun­nie dla mnie dopa­dła grypa, spraw­nie odnaj­duje potrzebne dane, zakre­śla je poma­rań­czo­wym mar­ke­rem i pod­suwa mi pod nos. O czter­na­stej wypra­co­wa­nie, zwane spra­woz­da­niem, jest gotowe. Dru­kuję je w dwóch egzem­pla­rzach, czy­tamy je ponow­nie, popra­wiamy kilka sfor­mu­ło­wań. Wydruk final­nego pro­duktu wkła­dam do koperty.

– Mam do pani prośbę. Naj­pew­niej w ponie­dzia­łek nie będę w sta­nie przyjść do pracy. Może je pani prze­ka­zać naczel­ni­kowi?

– Oczy­wi­ście, zro­bię to.

Kiedy wycho­dzimy z gma­chu, deszcz, który z rana tylko sią­pił, zacina mie­sza­niną wody i śniegu, smaga twa­rze zama­rza­jącą breją. Otrzą­sam się niczym pies wyrzu­cony z cie­płej budy i cia­śniej owi­jam szyję. Zży­mam się, że nie przy­je­cha­łem autem.

– Wzię­łam samo­chód. Pod­wiozę pana do domu. Miesz­kamy przy Wila­now­skiej, to pra­wie po dro­dze – pro­po­nuje dziew­czyna.

Albo papa Moska­le­wicz jest sknerą, albo nie­praw­dziwe są krą­żące o nim plotki, że potrafi umie­jęt­nie pogo­dzić rolę pra­wie ofi­cjal­nego ide­ologa par­tii rzą­dzą­cej z nie­zwy­kle docho­do­wym zasia­da­niem w radach nad­zor­czych kilku spółek pań­stwo­wych. Panna Dorota nie jeź­dzi ostat­nim mode­lem bmw, o któ­rym roz­pra­wiali przy­ja­ciele Elizy, a mocno sfa­ty­go­waną toyotą auris.

– Miesz­ka­cie pań­stwo na Wila­now­skiej? – zadaję pyta­nie bar­dziej po to, aby zacząć roz­mowę i prze­rwać nieco kło­po­tliwe mil­cze­nie, bo prze­cież Moska­le­wi­czówna już mnie o tym poin­for­mo­wała.

Dziew­czyna odpo­wiada po dłuż­szej chwili, jakby zasta­na­wiała się, czy zasłu­guję na zaufa­nie, aby mi powie­rzyć infor­ma­cję o swoim miej­scu zamiesz­ka­nia.

– Rodzice mają dom na Moko­to­wie. Ja opie­kuję się bab­cią, która mieszka przy Wila­now­skiej.

Teraz ja mil­czę, gdyż w tym pro­stym komu­ni­ka­cie zawiera się jakaś inna prawda, głęb­sza od pro­stego zna­cze­nia wypo­wie­dzia­nych słów. Czuję, że nie powi­nie­nem drą­żyć tego tematu. Szu­kam bez­piecz­niej­szego obszaru.

– Może pod­je­dziemy gdzieś na obiad? Chciał­bym jakoś pani podzię­ko­wać za pomoc. Bez pani nie skoń­czył­bym pew­nie tego do jutra.

Panna Dorota jest znów zasad­ni­cza niczym pru­ski pro­ku­ra­tor. Przyj­muje podzię­ko­wa­nie bez słowa komen­ta­rza i odrzuca moje zapro­sze­nie.

– Dzię­kuję. Dzi­siaj nie mogę. Obie­ca­łam babci, że pomogę jej z obia­dem.

Dziew­czyna pew­nie, ale bez bra­wury, pro­wa­dzi auto po śli­skiej jezdni, na któ­rej pobo­czach wyra­stają pierw­sze wałki mazi, żło­bio­nej przez pojazdy. W mar­cowe sobot­nie popo­łu­dnie War­szawa jest pusta i smutna. Pla­sti­kowa palma na skrzy­żo­wa­niu Jero­zo­lim­skich i Nowego Światu tonie w sza­rej plu­sze. Jest niczym bez­sen­sowna deko­ra­cja, którą pozo­sta­wił na pla­nie sza­lony reży­ser krę­cący w Nor­we­gii film o tro­pi­kach. W brud­nej, śnież­nej sce­ne­rii plac Trzech Krzyży z kościo­łem świę­tego Alek­san­dra, dziw­nym połą­cze­niem rzym­skiego pan­te­onu z cer­kwią, przy­wo­łuje z pamięci oglą­dany kie­dyś wido­czek z Peters­burga. Dojeż­dżamy na Ursy­nów w nie­spełna trzy­dzie­ści minut. Zasta­na­wia mnie przez moment, skąd zna mój adres, nim przy­po­mi­nam sobie, że w wewnętrz­nym infor­ma­to­rze oddzia­ło­wej Komi­sji można zna­leźć pełne dane każ­dego z nas, łącz­nie z adre­sami i nume­rami tele­fo­nów.

Kiedy zatrzy­mu­jemy się naprze­ciwko wej­ścia do mojej klatki, raz jesz­cze dzię­kuję i pochy­lam się w jej stronę, aby – jak mam w zwy­czaju – poca­ło­wać dziew­czynę w poli­czek. Jej oczy patrzą jed­nak na mnie badaw­czo, wręcz surowo i znie­chę­ca­jąco. Kiwam więc tylko dło­nią i wycho­dzę. Odjeż­dża powoli, uważ­nie manew­ru­jąc, aby nie potrą­cić samo­cho­dów zapar­ko­wa­nych wzdłuż domu. Może dla­tego nie ogląda się za sie­bie.

Całą nie­dzielę spę­dzam w łóżku. Nie odbie­ram tele­fo­nów. Odży­wiam się ferve­xem i odna­le­zio­nym w zaka­mar­kach lodówki serem, który naby­łem kie­dyś pod nazwą edam­ski, a dzi­siaj ma twar­dość par­me­zanu, ale i tak jest bar­dziej miękki niż kupione przed kil­koma dniami bułki. Po namy­śle posta­na­wiam pozo­sta­wić pie­czywo na czarną godzinę i dać się oszu­kać kawał­kowi sera, potrak­to­wać go rze­czy­wi­ście jak par­me­zan, roz­cie­ra­jąc na tarce nad ugo­to­wa­nym maka­ro­nem. Nie mam sił, by zejść do osie­dlo­wego skle­piku. Nie chce mi się nawet wyką­pać. Wyłą­czam tele­fon i zasy­piam wraz z nadej­ściem zmierz­chu.

Kil­ku­krot­nie się budzę, śnię jakieś kosz­mary. Ucie­kam przed ojcem czy też ści­gam go uli­cami Moskwy. Skra­dam się po Placu Czer­wo­nym, w zaspach śniegu, póź­niej przez jakieś tory, któ­rymi sunie nie pociąg, lecz jakiś gigan­tyczny pająk z czer­woną gwiazdą na grzbie­cie… Budzę się ponow­nie. Zmie­niam mokrą piżamę i pogrą­żam się w cięż­kim śnie, w któ­rym sowieccy żoł­nie­rze w spi­cza­stych czap­kach-budio­now­kach gonią mnie z cięż­kim stu­ko­tem bucio­rów po nabrzeżu jakiejś rzeki, jeziora czy morza.

Kiedy ran­kiem w ponie­dzia­łek zwle­kam się z posła­nia i przy­glą­dam sobie przy gole­niu, przy­znaję rację Doro­cie – w ogóle nie wyglą­dam. Nie zdzi­wił­bym się nawet, gdy­bym w lustrze nie zoba­czył żad­nego odbi­cia, lecz jedy­nie białą, roz­ma­zaną plamę. Bo tak też się czuję. Dzwo­nię do Cześka, który podobno leczy ludzi, ponie­waż ma dyplom aka­de­mii medycz­nej, pra­cuje w pobli­skiej przy­chodni na Romera i posiada moc wypi­sy­wa­nia zie­lo­nych dru­ków L-4.

– Wie­czo­rem będziesz jesz­cze żył? – Przy­ja­ciel jest zatro­skany, sły­sząc mój głęb­szy o oktawę głos. – Masz czym się leczyć?

– Pro­chy mam, ale nie bar­dzo mam czym je popić. Ostat­nia butelka whi­sky dawno mi się skoń­czyła, a nie jestem pewien, czy woda nie zaszko­dzi. Bo wiesz, w wodzie mogą się zalę­gnąć kijanki…

– Kijanki? Oczy­wi­ście, mogą się zalę­gnąć w żołądku – zga­dza się Cze­sław.

– Prze­cież ty nie znasz się na zoo­lo­gii – opo­nuję. – A tylko na medy­cy­nie czło­wie­ków, ale i to jest sprawą dość sporną.

Wiem, że Cze­sław ma w godzi­nach ran­nych, w ponie­dzia­łek, urwa­nie głowy. A jesz­cze przy takiej pogo­dzie… Nie­trudno mi sobie wyobra­zić kory­ta­rze pełne kasz­lą­cych, pry­cha­ją­cych i smar­ka­ją­cych ludzi róż­nego wieku, płci, wagi i wzro­stu, więc koń­czę roz­mowę. Docho­dzi dzie­siąta. Cze­sław przyj­muje od ósmej, a zna­jąc jego odda­nie pracy, nie zdzi­wił­bym, gdy­bym się dowie­dział, że przy­cho­dzi godzinę wcze­śniej. Cze­siek obie­cuje, że wpad­nie pod wie­czór i wów­czas przy­nie­sie zwol­nie­nie i medy­ka­menty.

– Chcesz coś jesz­cze? Masz co jeść? – pyta tro­skli­wie.

– Nie, dzię­kuję. Wszystko mam.

Tego by jesz­cze bra­ko­wało, aby po ośmiu godzi­nach pracy cho­dził do mar­ketu kupo­wać mi jedze­nie.

Dzwo­nię do Komi­sji, infor­muję panią Wie­sławę, że poja­wię się w biu­rze zapewne dopiero za tydzień.

– Tak, wiem. Pani Dorota uprze­dziła, że zbiera się panu na cho­ro­wa­nie. Pro­szę się nie przej­mo­wać. Pół biura cho­ruje. Sezon na grypę, co się pan dziwi?

Cze­siek chyba posta­no­wił zaj­rzeć do mnie po dro­dze do szpi­tala, gdzie miał drugi etat, gdyż po pięt­na­stej dzwo­nek inter­komu budzi mnie ze stanu zawie­sze­nia mię­dzy drzemką a odrę­twie­niem, z któ­rego nie jest w sta­nie mnie obu­dzić nawet gło­śna muzyka. Nie mogę czy­tać ani oglą­dać tele­wi­zji, ponie­waż bolą mnie łza­wiące oczy. Leżę więc na kana­pie i słu­cham Straussa w nadziei, że monu­men­talny Zara­tu­stra doda mi wigoru i przy­wróci chęć życia. Czła­pię w kap­ciach w stronę wej­ścia, przy­ci­skam kla­wisz domo­fonu i uchy­lam drzwi do miesz­ka­nia, aby nie wsta­wać ponow­nie.

– Właź! – wołam do mikro­fonu. – Chyba jesz­cze żyję, ale nie jestem tego pewien. Trze­cie pię­tro, pamię­tasz?

Wra­cam na kanapę i przy­kry­wam się kocem. Nie zamie­rzam odgry­wać przed kolegą roli umie­ra­ją­cego boga, ale tro­chę mną trzę­sie. Naj­pew­niej z powodu Straussa, który aku­rat w tym momen­cie wszyst­kim skrzyp­com i bęb­nom naka­zał grać forte, nie sły­szę, jak wcho­dzi i dopiero, gdy staje nie­pew­nie w progu, wyłą­czam CD i zry­wam się, zapo­mi­na­jąc, że stara piżama nie jest stro­jem spe­cjal­nie reko­men­do­wa­nym do przyj­mo­wa­nia mło­dych dam. Zwłasz­cza kiedy skła­dają wizytę po raz pierw­szy.

– Puka­łam – mówi nie­śmiało – ale drzwi były uchy­lone, i ta gło­śna muzyka…

Jest wyraź­nie zakło­po­tana, czy to z powodu mego wyglądu i ubra­nia, czy też wła­snej odwagi, że zde­cy­do­wała się przy­je­chać.

W dżin­sach i kurtce panna Moska­le­wicz pre­zen­tuje się o niebo lepiej niż w tych swo­ich dzi­wacz­nych sukien­kach do pół łydki. Włosy zebrane w ogon odsła­niają regu­larną, ładną twarz ze zgrab­nymi uszami. Dzi­siaj zde­cy­do­wa­nie bli­żej jej jed­nak do Brau­nek. Zakła­dam pospiesz­nie szla­frok (trzeba będzie go kie­dyś uprać), wzu­wam kap­cie i zapra­szam sze­ro­kim gestem ręki.

– Dzień dobry, pani Doroto. Ależ mi przy­jemną siur­pryzę pani uczy­niła… Pro­szę, niech pani powiesi kurtkę.

Poma­gam jej zdjąć wierzch­nie okry­cie. Obci­sły swe­ter pod­kre­śla zgrabną syl­wetkę z sek­sow­nie zary­so­waną pupą i wyso­kimi pier­siami. Czy nie mogłaby się tak ubie­rać do pracy?

– Usi­ło­wa­łam się do pana dodzwo­nić, ale nie odbiera pan tele­fonu. Już zaczę­ły­śmy mar­twić się z panią Wie­sławą, czy aby pan nie zasłabł lub coś takiego. Kupi­łam coś do zje­dze­nia, bo pew­nie nie zdą­żył pan zro­bić zaku­pów. W pracy nie dzieje się nic nad­zwy­czaj­nego, chyba pół biura cho­ruje, więc wyszłam dwie godziny wcze­śniej. Odda­łam pań­skie spra­woz­da­nie do sekre­ta­riatu…

Dziew­czyna mówi non stop, nie dając mi dojść do słowa. Rozu­miem, że sło­wami chce przy­kryć nie­pew­ność.

– Zawsze z pani taka sama­ry­tanka?

Tym pyta­niem, w które nie chcia­łem wło­żyć żad­nego pod­tek­stu ani iro­nii, chyba jesz­cze bar­dziej ją depry­muję.

– Mam dużą wprawę w opiece nad mało spraw­nymi oso­bami – robi zręczny unik. Choć tę nie­peł­no­spraw­ność mogła sobie daro­wać. – Jadł pan coś dzi­siaj?

– Jeśli szcze­rze, to kawę i fervex…

– To tro­chę mało pożywne.

Ku mojemu prze­ra­że­niu zmie­rza do kuchni. Nie lubię, kiedy ktoś obcy się w niej sza­ro­gęsi. Eliza chyba wyczu­wała mój nie­chętny sto­su­nek do widoku kobiet w tej czę­ści miesz­ka­nia, bo ni­gdy nie pod­jęła nawet próby upich­ce­nia cze­go­kol­wiek. Panna Dorota nie widzi mojego bar­dzo umiar­ko­wa­nego entu­zja­zmu, gdyż odwró­cona tyłem wyj­muje z torby wik­tu­ały, roz­kłada na bla­cie i zabiera się do goto­wa­nia.

Nie prze­czę, w kuchni ewen­tu­al­nie można też goto­wać. Kuchenny blat, sta­bilny i z zaokrą­glo­nymi kra­wę­dziami, wyko­rzy­sty­wa­li­śmy jed­nak z Elizą czę­ściej w spo­sób, który wyma­gał od nas zdol­no­ści innych niż kuli­narne. Przy­glą­dam się sto­ją­cej eius ad fide­lium, „tyłem do wier­nych”, Moska­le­wi­czów­nie i z wro­dzo­nym mi geniu­szem ana­li­tycz­nym docho­dzę do kilku wnio­sków naraz. Wszyst­kie są budu­jące: po pierw­sze, panna Dorota ma bar­dzo pocią­ga­jące kształty, po dru­gie, sam fakt, że czy­nię takie spo­strze­że­nia, świad­czy nie­zbi­cie o moim nie­od­le­głym powro­cie do zdro­wia oraz pełni sił. Po trze­cie, tabletki Cze­sława prze­stają być nie­zbędne, cho­ciaż wciąż potrzebne jest mi pod­pi­sane przez dok­tora zwol­nie­nie. Kiedy maka­ron pod­ska­kuje w bul­go­cą­cej wodzie, a zapach sała­tek i oliwy tru­flo­wej prze­bija się przez moje zapchane otwory nosowe, dzwo­nek do drzwi zwia­stuje przy­by­cie leka­rza.

Pierw­szy dzień tygo­dnia nie prze­staje zaska­ki­wać. W progu stoi bowiem moja mama. No tak, prze­cież dzi­siaj ponie­dzia­łek. Mama, jeśli przy­jeż­dżała do War­szawy, to w nie­dzielę wie­czo­rem szła do teatru lub fil­har­mo­nii, noco­wała w miesz­ka­niu na Moko­to­wie, w ponie­dzia­łek zała­twiała swoje sprawy w komi­sji w Mini­ster­stwie Nauki, a po obie­dzie spo­ty­ka­li­śmy się gdzieś na mie­ście, cza­sami wpa­dała do mnie. W jed­nej ręce trzyma torbę podróżną, w dru­giej wypchaną rekla­mówkę z car­re­fo­ura. Z rekla­mówki wyziera bagietka. Z oczu mamy – zdzi­wie­nie.

Oczy­wi­ście, nie dziwi jej widok kobiety w moim miesz­ka­niu. Mama jest zasko­czona wido­kiem Doroty w kuchni. Żadna z moich przy­ja­ció­łek nie wznio­sła się ni­gdy na wyż­szy poziom sztuki kuli­nar­nej niż usma­że­nie jajecz­nicy czy zamó­wie­nie pizzy przez tele­fon. Przed­sta­wiam sobie panie, bawiąc się ich wza­jem­nym zasko­cze­niem. Mama obja­śnia, że przy­je­chała do mnie, ponie­waż nie odbie­ram tele­fonów, a w biu­rze poin­for­mo­wano ją, że zacho­ro­wa­łem.

– Bałam się, że coś złego ci się przy­da­rzyło. Kupi­łam ci co nieco i wpa­dłam. Ale na krótko. – Mama mówi do mnie, lecz nie spusz­cza z oczu Doroty, która odce­dza maka­ron, dodaje wina do pod­sma­ża­nych owo­ców morza i kroi pomi­dora do mik­stu sałat, a wszystko to bez pośpie­chu i zbęd­nych ruchów. Wresz­cie mama daje wyraz swemu uzna­niu dla jej umie­jęt­no­ści:

– Świet­nie pani sobie radzi w kuchni. Jestem pod wra­że­niem. Gdzie się pani nauczyła tak goto­wać?

Panna Moska­le­wicz uśmie­cha się swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym, nie­śmia­łym uśmie­chem.

– Z oceną pro­szę się powstrzy­mać do spró­bo­wa­nia. Mam nadzieję, że zje pani z nami obiad.

Albo zupeł­nie nie znam się na kobie­tach i od początku źle oce­ni­łem Dorotę, albo dziew­czyna prze­szła jakąś meta­mor­fozę. Ow­szem, jestem chory i mam gorączkę. Nie na tyle jed­nak wysoką, abym nie doce­nił zręcz­nej wypo­wie­dzi nowej kole­żanki. Dwoma kró­ciut­kimi zda­niami zaskar­biła sym­pa­tię mamy i posta­wiła ją w sytu­acji bez wyj­ścia – nie może teraz odmó­wić przy­łą­cze­nia się do obiadu, gdyż byłoby to po pro­stu nie­grzeczne. Dziew­czyna roz­kłada sztućce, kiedy roz­lega się ponowny dzwo­nek do drzwi. – Oby to nie była Eliza – myślę – bo sytu­acja mogłaby nieco się skom­pli­ko­wać. Na szczę­ście to Cze­sław. Zzia­jany, z zaczer­wie­nioną twa­rzą i kosmy­kiem wło­sów ster­czą­cym jak skalp.

– Ach, jak prze­pysz­nie pach­nie. – Cze­siek pociąga demon­stra­cyj­nie nosem.

– Pro­szę usiąść razem z nami. Ugo­to­wa­łam cały gar, więc się podzie­limy. – Dorota zacho­wuje się jak pani domu. Prze­cie­ram oczy. Nie mogę uwie­rzyć, że ten wystra­szony szary wró­bel roz­sa­dza moich gości wokół mojego stołu w moim pokoju.

Lekarz kry­guje się nieco mówi, że mu spieszno, ale już chwyta wide­lec i zaj­muje miej­sce przy stole obok mojej mamy. Znają się dobrze i lubią. Kie­dyś mama przy­je­chała do War­szawy prze­zię­biona, roz­cho­ro­wała się i Cze­sław sta­wiał ją na nogi. Dorota podaje tale­rze z nało­żo­nym maka­ro­nem i owo­cami morza. Sala­terkę z sałatą sta­wia na środku stołu. Wiem, że powi­nie­nem jej pomóc, ale ze zdu­mie­nia dostaję wytrzesz­czu oczu i para­liżu koń­czyn. Dopiero bar­dzo jed­no­znaczne spoj­rze­nie mamy akty­wuje moje komórki mózgowe i przy­wraca spraw­ność odnó­żom. Nawet tak spóź­niona i wymu­szona nie­mym roz­ka­zem mamy próba wyka­za­nia się grzecz­no­ścią napo­tyka na zde­cy­do­wane prze­ciw­dzia­ła­nie mojej asy­stentki.

– Panie pro­ku­ra­to­rze – mówi ta zdraj­czyni – jest pan prze­cież chory. Pro­szę się nie faty­go­wać. Już podaję.

Sły­sząc słowa „panie pro­ku­ra­to­rze”, mama patrzy pyta­jąco na leka­rza, jakby szu­kała u niego pomocy w zro­zu­mie­niu sytu­acji. Cze­sław z otwar­tymi ustami zerka to na mamę, to na mnie, to na Dorotę i nie ma naj­mą­drzej­szego wyrazu twa­rzy. Panna Moska­le­wicz naj­wy­raź­niej nie dostrzega wymowy zasty­głej mizan­sceny.

– Smacz­nego – mówi. I naj­spo­koj­niej w świe­cie siada obok mnie, naprze­ciwko leka­rza.

Cze­siek uznaje, że trzeba oży­wić scenę i przejść do następ­nego kadru, więc gwał­tow­nie przy­stę­puje do zachłan­nej degu­sta­cji. Mama pró­buje niczym kapry­śna dama pod­czas wykwint­nej kola­cji, powoli i z rezerwą. Po chwili oboje roz­pły­wają się w pochwa­łach. Poczu­cie smaku mam przy­tę­pione cho­robą, jed­nak potra­fię oce­nić kru­chość ośmior­ni­czek i ich winno-tru­flowy aro­mat. Moja mama naprawdę gotuje świet­nie, lecz gdy sły­szę, jak pyta: „Pani Doroto, jestem pełna uzna­nia. Pro­ste, szyb­kie, a wyśmie­nite. Coś aku­rat dla mnie. Gdzie się pani nauczyła tak goto­wać?”, wiem, że to nie kur­tu­azyjny kom­ple­ment, a szczere uzna­nie.

Moska­le­wi­czówna rumieni się na twa­rzy. Zaczy­nam rozu­mieć jej naturę. Dziew­czy­nie naj­wy­raź­niej bra­kuje pew­no­ści sie­bie. Peszą ją kom­ple­menty, ale w obli­czu wyzwań mobi­li­zuje się, nabiera śmia­ło­ści i zde­cy­do­wa­nia.

Dzieli się z mamą sekre­tami żydow­sko-rosyj­sko-łotew­skiej kuchni. Cze­siek, z szyb­ko­ścią odku­rza­cza pochła­nia maka­ron, ośmior­niczki, muszelki oraz wszyst­kie resztki sałatki i, zazdro­śnie spo­glą­da­jąc na mój talerz, instru­uje, które tabletki, w jakiej ilo­ści i o jakiej porze mam łykać.

Jeśli ktoś z boku przy­glą­dałby się nam, byłby prze­ko­nany, że widzi szczę­śliwą rodzinę przy stole, a nie czworo sin­gli, któ­rych przy­pad­kowo zetknął los. Ludzie jak ćmy, garną się do cie­pła; trzeba tylko życz­li­wej dłoni, która zapali świa­tło.

Dok­tor, dogry­za­jąc chleb, któ­rym zbie­rał sos po reszt­kach sałaty, spie­szy na dyżur w szpi­talu. Ści­ska mi dłoń, pusz­cza oko, kiwa z uzna­niem głową. Naj­wi­docz­niej posma­ko­wały mu mor­skie żyjątka. Obej­muje mamę i, zapewne wciąż pod wra­że­niem obiadu, powta­rza ten sam manewr z Moska­le­wi­czówną. Dziew­czyna sztyw­nieje, ale nie pro­te­stuje.

Gdy tylko Cze­siek opusz­cza miesz­ka­nie, panna Dorota oznaj­mia, że na nią też czas – bab­cia czeka. Mama zerka na zega­rek, pyta dziew­czynę, czy jedzie w stronę cen­trum.

– Zdą­ży­ła­bym jesz­cze na pociąg o dzie­więt­na­stej.

– Natu­ral­nie, pod­wiozę panią na dwo­rzec. – Moska­le­wi­czówna natych­miast ofe­ruje jej pomoc.

Ona naprawdę uważa, że żyje po to, aby poma­gać innym. No pro­szę, kolejna Matka Teresa.

Moje podzię­ko­wa­nia za pomoc, obiad i tro­skę brzmią nie­wy­raź­nie i bez prze­ko­na­nia. Dziew­czyna odpo­wiada zapew­nie­niem, że pamięta o mojej dele­ga­cji w Wiel­ko­pol­skie i zadba, aby do piątku szef ją pod­pi­sał. Mama patrzy na mnie tro­chę podejrz­li­wie, tro­chę z wyrzu­tem. Wycho­dzą razem, niczym nie­orzłączne przy­ja­ciółki od lat.

Zmy­wam naczy­nia, łykam garść pro­chów i zasy­piam.

Póź­nym wie­czo­rem dzwoni Eliza. Pytam z grzecz­no­ści, jak udał się wyjazd.

– Faj­nie było. Żałuj, że nie poje­cha­łeś z nami – odpo­wiada. – Co u cie­bie?

– Wszystko w porządku. Tylko tro­chę przy­cho­ro­wa­łem.

– Coś poważ­nego?

– Nie, zwy­kle prze­zię­bie­nie. Będę żył.

Eliza zapo­wiada, że przy­je­dzie do mnie jutro, gdyż dzi­siaj za późno na odwie­dziny.

– Słusz­nie – zga­dzam się. – Jesz­cze się zara­zisz ode mnie jakimś bak­cy­lem.

Ale nie przy­jeż­dża we wto­rek. Prze­syła krótki SMS, że zatrzy­mała ją pilna praca w biu­rze. Poja­wia się dopiero wie­czo­rem w czwar­tek. Opo­wiada o spa, sau­nie, masecz­kach z alg, masa­żach i awan­sie, któ­rego się spo­dziewa.

– Ciężko na to pra­co­wa­łaś. Ponadto, jesteś dobra w tym, co robisz. – Chęt­nie uznaję jej zasługi dla firmy, cho­ciaż nie potra­fię powie­dzieć, na czym dokład­nie polega jej praca. Wiem, że jej wielka mię­dzy­na­ro­dowa firma zaj­muje się robie­niem dużych pie­nię­dzy. Ale czym kon­kret­nie zaj­muje się Eliza, nie wiem. Opi­niuje pro­jekty? Ana­li­zuje rynek pod kątem zapo­trze­bo­wa­nia na dany pro­dukt finan­sowy? Czy oce­nia przy­czyny, z któ­rych powodu nie udało się odnieść suk­cesu satys­fak­cjo­nu­ją­cego kor­po­ra­cję? Eliza jest naprawdę pra­co­wita i ambitna. Podej­muje się nawet takich zadań, które – jak sądzę – prze­ra­stają jej moż­li­wo­ści, ślę­czy do póź­nych godzin w biu­rze, zaci­ska zęby, bie­rze pracę do domu. I wyko­nuje pro­jekt. Podej­rze­wam, że gdyby jej zle­cono zba­dać, dla­czego Algie­ria nie chce kupo­wać pia­sku, przed­sta­wi­łaby prze­ko­nu­jący plan eks­portu z Pustyni Błę­dow­skiej na Saharę.

Dziew­czyna kiwa głową, patrzy na mnie badaw­czo, jakby ze współ­czu­ciem. Fak­tycz­nie, muszę wyglą­dać fatal­nie. Eliza kocha ele­gan­cję, ma klasę i jako kobieta z dobrym gustem nie cierpi zaro­stu u męż­czyzn. Nie goli­łem się od czte­rech dni, a mój szla­frok niczym nie­prany od tygo­dnia śli­nia­czek dla dzieci prze­cho­wuje ślady wszyst­kich pospiesz­nie jedzo­nych śnia­dań.

– Alek, musimy poważ­nie poroz­ma­wiać, ale ponie­waż jesteś chory, może prze­ło­żymy to na inny dzień?

Sły­szę w gło­sie przy­ja­ciółki nie­znane mi odcie­nie. Intry­gują mnie.

– Nie, dla­czego? Jestem pra­wie zupeł­nie zdrowy. W ponie­dzia­łek mam zamiar pójść do pracy.

– Jeste­śmy razem już cztery mie­siące…

– Cztery mie­siące bez ośmiu dni – uści­ślam.

– Jest faj­nie, zabaw­nie. Ale ni­gdy nie roz­ma­wia­li­śmy poważ­nie o przy­szło­ści.

Eliza fak­tycz­nie wybrała na taką roz­mowę zde­cy­do­wa­nie nie­od­po­wiedni dzień. Już nie cho­dzi o to, że boli mnie głowa i chce mi się spać. Nie jestem przy­go­to­wany do roz­mowy o wspól­nej przy­szło­ści. Nie myśla­łem o tym wcze­śniej. A to, że Eliza pod­nosi temat trzy dni po swoim powro­cie z week­endu beze mnie, budzi we mnie nie­po­kój. Prze­bie­gają mnie dresz­cze. Otu­lam się szczel­niej szla­fro­kiem, jak­bym wbi­jał się w kokon. Wzru­szam ramio­nami. Dziew­czyna bie­rze to za znak lek­ce­wa­że­nia przeze mnie tematu roz­mowy i mówi:

– No widzisz… Dla cie­bie ten temat nie ist­nieje. A ja mam już dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. I muszę pomy­śleć o przy­szło­ści, rodzi­nie, dzie­ciach.

Jest mi coraz chłod­niej. Chyba nie­po­trzeb­nie wie­trzy­łem miesz­ka­nie przed jej przyj­ściem. Mil­czę. Bo już wiem, co Eliza powie. Mogłaby wła­ści­wie już nic nie mówić. Sam potra­fił­bym napi­sać ciąg dal­szy roz­mowy.

– Pozna­łam kogoś pod­czas tego wyjazdu do Spały. Myślę, że to może być coś poważ­niej­szego. Nie gnie­waj się, pro­szę. Nie obra­żaj.

Zawsze impo­no­wała mi otwar­tość i bez­po­śred­niość Elizy. Gdy kocha­li­śmy się, a robi­li­śmy to czę­sto i wszę­dzie, kiedy i gdzie mie­li­śmy ochotę, mówiła wprost, czego ode mnie ocze­kuje, pod­po­wia­dała. Teraz rów­nież pozo­staje wierna swo­jej bez­względ­nej praw­do­mów­no­ści. Tak okrutne w swo­jej szcze­ro­ści bywają tylko dzieci.

Moja nie­uzna­jąca kłamstw i pół­cieni kochanka wydaje się zanie­po­ko­jona tym, że mil­czę, bo pospiesz­nie zapew­nia:

– Tak będzie lepiej dla nas dwojga. Prze­cież i tak spo­ty­ka­li­śmy się raz, naj­wy­żej dwa razy na tydzień. Ni­gdy nie pro­po­no­wa­łeś, żebym z tobą zamiesz­kała. Pozo­sta­niemy przy­ja­ciółmi. Będziesz moim przy­ja­cie­lem?

Kiwam głową, uśmie­cham się.

– Oczy­wi­ście, pozo­sta­niemy przy­ja­ciółmi. Naj­lep­szymi – zapew­niam z całą żar­li­wo­ścią, jaką tylko potra­fię zagrać.

Elizo, moja Elizo. Moja nie­wierna przy­ja­ciółko. Może jed­nak nie­kiedy powin­naś być mniej szczera? Tro­chę uda­wać? Patrząc mi tro­skli­wie w oczy, spo­koj­nym ruchem uci­nasz palce u rąk, jedo­cze­śnie mówiąc: zro­bię ci na to zimny okład. Opa­trzę cię. Z taką ręką też zupeł­nie dobrze wyglą­dasz. Jeste­śmy przy­ja­ciółmi. Pój­dziemy razem na spa­cer? Jak ci się tro­chę dłoń zagoi, oczy­wi­ście.

Ona też się uśmie­cha. Z wyraźną ulgą, że ma za sobą tę trudną dla niej roz­mowę, że wszystko wyja­śniła i że jej słowa spo­tkały się z akcep­tu­ją­cym zro­zu­mie­niem. Nie przy­była po to, aby swo­imi pyta­niami skło­nić mnie do zło­że­nia dekla­ra­cji lub wymu­sić decy­zję. To nie w stylu Elizy. Przy­szła, aby mi zako­mu­ni­ko­wać, że nasz świat nie dotrwał ośmiu dni do czwar­tej mie­sięcz­nicy. Płód w takim wieku nie jest zdolny do samo­dziel­nego życia.

Ponie­waż mil­czę i tylko głu­pawo się uśmie­cham, otu­la­jąc szla­fro­kiem jak małe dziecko, które odgra­dza się od świata za mat­czyną spód­nicą, Eliza mówi:

– Pójdę już. Musisz się wyspać, aby wró­cić do zdro­wia. Dobra­noc.

Całuje mnie w poli­czek, po raz pierw­szy nie zwra­ca­jąc uwagi na zarost, i wycho­dzi. Nie zapo­mina pozo­sta­wić klu­czy na półeczce przy gar­de­ro­bie.

Uśmie­cham się. Siłą woli roz­cią­gam mię­śnie ust, by wykrzy­wiły się w uśmie­chu, cho­ciaż nikt prze­cież nie doceni moich sta­rań. Sły­szę stu­kot jej obca­sów na kory­ta­rzu, szczęk drzwi do windy, póź­niej odgłos rusza­ją­cego dźwigu. Cisza staje się zbyt cicha. Roz­wija się dłu­gim bia­łym płót­nem, na któ­rym wykwi­tają pul­su­jące żyłki ner­wów, niczym małe okrwa­wione robaczki. Okła­ma­łem Cześka. Nie wszyst­kie butelki są puste. Została jesz­cze nie­na­po­częta butelka Glen­mo­ran­gie, gift od ojca na ostat­nie uro­dziny. „To dobra whi­sky – powie­dział. –Warto spró­bo­wać, a szkoda, abyś wyda­wał swoją kasę. Książki ci nie kupi­łem, bo nie wiem, co teraz czyta się w twoim śro­do­wi­sku. Jeśli cokol­wiek czy­ta­cie”. Włą­czam Wagnera, sior­bię dwu­na­sto­letni tru­nek, zapa­lam papie­rosa. Pokój wypeł­nia się dymem, dźwię­kiem kotłów i rogów oraz zapa­chem paru­ją­cego alko­holu. Już nie jest tak pusto.