Porucznik Borewicz. 300 tysięcy w nowych banknotach. Tom 4 - Krzysztof Szmagier - ebook

Porucznik Borewicz. 300 tysięcy w nowych banknotach. Tom 4 ebook

Krzysztof Szmagier

0,0
3,15 zł

lub
Opis

Opowiadanie oparte na motywach scenariusza serialu „07 zgłoś się”. Z pewnością przypomni przygody przystojnego porucznika Borewicza, przed którym drżał świat przestępczy PRL-u.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 62




Strona redakcyjna

KRZYSZTOF SZMAGIER

Porucznik Borewicz

300 tysięcy w nowych banknotach

Opowiadanie na motywach scenariusza serialu „07 zgłoś się”

Tom 4

Warszawa 2012

ISBN978-83-62964-45-1

Copyright © Krzysztof Szmagier

Copyright © for this edition by AGOY.PL

AGOY.PL Piotr Cholewiński

www.agoy.pl

Wszelkie prawa, włącznie z prawem do reprodukcji tekstów w całości lub części, w jakiejkolwiek formie zastrzeżone.

300 tysięcy w nowych banknotach

Piętrowa willa stała trochę cofnięta od szosy, daleko za miastem. Wokół panowała cisza. Dalekie poszczekiwanie psa potęgowało nastrój pustki i odosobnienia. Andrzej stanął, rozejrzał się wokół nieco zaniepokojony.

– Diabeł tu mówi dobranoc – powiedział.

Jola spojrzała zaniepokojona, jakby bała się, że odejdzie.

– Chodź – wyszeptała, biorąc go pod rękę.

Furtka była otwarta.

Kiedy stanęli przy drzwiach, wyjęła klucz i przekręciła w zamku. Weszli do środka.

– Nie zapalaj światła - poprosiła cicho.

W hallu nie było mebli. Wnętrze ginęło w mroku. Dziewczyna skierowała się schodami w górę.

– Starajmy się nie obudzić gospodarzy – szepnęła do Andrzeja.

***

Po chwili w pokoju na pierwszym piętrze zapaliło się światło. To jedno rozjaśnione okno pogłębiało jeszcze wrażenie osamotnienia willi stojącej na pustkowiu. Z daleka zawarczał motor. Po chwili z bocznej drogi wysunął się samochód z wygaszonymi reflektorami. Minął willę i zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej. Za kierownicą siedział otyły, niski blondyn, o niesympatycznej kwadratowej twarzy. Za uchem widać było głęboką bliznę

***

Andrzej westchnął.

– Nie zawsze jest tak, jak mówisz – ciągnął. – Tak mi się zawsze składało, że wszystko miałem za późno. Wieczne pióro w klasie – ostatni, bo wszyscy mieli już długopis, wymarzony rower wtedy, kiedy modne były skutery, a dziewczyny, które mi się naprawdę podobały, mówiły „tak”, po pięciu latach, kiedy rozchodziły się po nieudanych małżeństwach.

Jola słuchała tego, co mówił, ale chwilami robiła wrażenie, że bardziej interesuje ją to, co się dzieje na dole.

***

W hallu wolno uchyliły się drzwi wejściowe i wsunął się niski otyły blondyn, ten, który siedział przed chwilą w samochodzie. Przez chwilę słuchał, co dzieje się na górze, po czym starając się nie robić hałasu, wszedł do kuchni.

***

– Siadaj – powiedziała cicho.

Andrzej z trudem łapał powietrze. Potarł czoło. Robił wrażenie, jakby ogarniało go zamroczenie. Zaczął wkładać płaszcz, z trudem trafiając w rękawy.

Jola wstała.

– Daj, powieszę. Przecież wiesz, że chciałam, żebyś tu przyszedł i... został.

Andrzej pozwolił odebrać sobie jesionkę i przez chwilę stał wpatrzony w Jolę. Dziewczyna rzuciła płaszcz na krzesło i patrząc na niego, wolno zaczęła rozpinać bluzkę. Pod spodem nie miała stanika.

***

Za oknem było szaro. Na podłodze stał szczur. Patrzył przez chwilę. Nagle z głośnym piskiem pobiegł między nogami krzesła i znikł pod tapczanem. Poniżej białego rantu pościeli zwisała bezwładnie ludzka ręka. Nieruchoma.

W świetle dnia pokój wyglądał okropnie. Zakurzony. Z zaciekami na ścianach i obłażącą miejscami tapetą. Wiało pustką i chłodem. Nic nie wskazywało, że dopiero co była tu kobieta, i na to, że pokój był w ogóle zamieszkany. Na środku stał jedynie tapczan, na którym leżał na brzuchu Andrzej. Spodnie i sweter były rozrzucone na podłodze.

Nieprzytomny, zaspany Andrzej usiadł na tapczanie. Wracała mu świadomość. Rozejrzał się zdziwiony.

– Jola! – zawołał.

Przez chwilę nasłuchiwał. Nie było odpowiedzi. Zerwał się z łóżka. Zakręciło mu się w głowie. Z trudem utrzymał równowagę. Zaczął się ubierać.

***

Hall willi był ciemny. Drzwi na górze uchyliły się wolno. Na schody padło trochę światła. Na półpiętrze w drzwiach stanął Andrzej. Na dole na wieszaku wisiał jego płaszcz.

– Jola! – zawołał jeszcze raz.

W opustoszałym domu zabrzmiało to złowieszczo. Ciszę przełamał nagle trzask niedomkniętego okna. Przeciąg wionął przez hall, zaszurał papierami i zatrzasnął drzwi w pokoju, z którego wyszedł. Schody skrzypiały przy każdym kroku, kiedy mężczyzna schodził w dół. Na dole drzwi prowadzące do czterech pokojów nie miały klamek. Andrzej stanął, nasłuchując. Pchnął pierwsze z brzegu. Była to łazienka. Brudna. Od lat nie używana. Cofnął się. Sięgnął do płaszcza i sprawdził kieszenie. Wyjął rękawiczki, położył je na stoliku i już miał włożyć płaszcz, kiedy pod drzwiami z prawej strony, zauważył przesuwający się po podłodze cień. Zrobił krok do przodu i zatrzymał się przy drzwiach. Usłyszał nagle pisk i przez uchylone drzwi wymknął się ogromny szczur. Andrzej stał jak zahipnotyzowany.

– Jola! – zawołał nerwowo.

Pchnął drzwi. Była to kuchnia. Tak samo zaniedbana i nieużywana od lat jak cała willa. Już miał się cofnąć, kiedy coś przykuło jego uwagę. Zza kredensu ustawionego w poprzek kuchni wystawała ludzka ręka. Wszedł głębiej. Spojrzał za kredens i zamarł w przerażenia. Wiatr poruszył włosami leżącego na ziemi mężczyzny. Prawą rękę miał zaciśniętą na nodze od taboretu. Na karku czerwieniła się duża plama zakrzepłej krwi. Mężczyzna leżał na brzuchu, tak że nie było widać twarzy. Andrzej podszedł do leżącego i odwrócił go na wznak. Ręka zaciśnięta na taborecie przewróciła krzesło. Wystraszony odskoczył o krok. Spojrzał na twarz zabitego. Na podłodze leżał otyły blondyn z kwadratową twarzą.

Firanka wzdęła się poruszona przeciągiem. Podmuch trzasnął drzwiami do kuchni. Andrzej rzucił się do przedpokoju. Dopadł do drzwi wejściowych i szarpnął za klamkę. Nie ustąpiły. Odciągnął zasuwkę. Drzwi uchyliły się, ale nie do końca. Były zamknięte od zewnątrz na łańcuch. Andrzej przerażony stanął tyłem do drzwi.

 – Jest tu kto? – krzyknął zdławionym głosem.

Na tle drzwi prowadzących do kuchni, w smudze padającego światła pojawiła się ciemna postać. Mężczyzna machnął ręką w stronę Andrzeja. Kuchnia znikła. Na Sali zrobiło się widno. Mężczyzna machający ręką usiadł na fotelu. Na Sali projekcyjnej było kilka osób.

***

– I tu właśnie kończy się muzyka, silnym, rozbudowanym akordem. który będę wprowadzał w momentach zagrożenia. Dalej masz z głowy. Cały film idzie na efektach.

Kruczkowski mówił do siedzącego tuż przy pulpicie Sucheckiego, szczupłego, wysokiego, mocno szpakowatego mężczyzny. Przystojny, o dużych błękitnych oczach, siedział zamyślony, jakby nie słuchając, co mówił Kruczkowski.

– A co dalej? – powiedział po chwili, podnosząc oczy na reżysera.

– Dziewczynę szantażują. Żądają pieniędzy. Przejeżdża jej dziecko. Doprowadzają ją do tego, że robi, co chcą, a końcu i tak traci wszystko.

Suchecki spojrzał na Kruczkowskiego zamyślony. Nie wiadomo, czy zajęty był tym, co mówił reżyser, czy myślał o czymś zupełnie innym.

– Taki bardziej rozrywkowy?

– No wiesz, stary, taka trochę karykatura kryminału

Suchecki wykrzywił się.

– Uważaj, Kaziu. Ktoś kiedyś powiedział, że karykatura to jedyny hołd, jaki miernota składa geniuszowi. Chociaż ciebie o to nie posądzam.

– Na kiedy chcesz to mieć? – zapytał Suchecki.

– Na wczoraj. Możliwe, że ten sam motyw wprowadzę w każdej sytuacji, w której bohater będzie zagrożony. Dlatego chciałbym ciąć obraz pod muzykę. Umowę masz normalną, więc nic na tym nie tracisz.

Suchecki lekceważąco machnął ręką. Wstał. Liczył coś w myśli.

– W przyszłym tygodniu jadę na dwa dni do Barcelony, w jury mam coś tam robić. Do wyjazdu nie zdążę... Kończę jeszcze taki koncert – wyliczał. - Myślę, że do końca miesiąca mogę ci to zrobić.

Wychodzili z sali. Kruczkowski z zapałem omawiał dalej projekt muzyki. Suchecki szedł, niby słuchając tego, co mówił reżyser, ale myślami był gdzie indziej. Mechanicznie odpowiadał na ukłony znajomych. Doszli do baru. Suchecki podziękował za kawę.

 Z krzesełka podniosła się Irena Jantar. Wyglądała prześlicznie. Nie było osoby, która by na nią nie spojrzała, przechodząc obok.

– Dzień dobry! – powiedziała.

Suchecki dopiero teraz zauważył piosenkarkę.

– Jestem z panią umówiony? – zapytał z niepokojem.

– Tak. Ale na jutro – uśmiechnęła się.

– Aha – odetchnął uspokojony. – O czwartej, tak?

– Tak.

Pożegnał ją z szacunkiem i wyszedł z budynku. Stanął z boku, zastanawiając się nad czymś głęboko. Spojrzał na zegarek. Sięgnął do kieszeni. Wyjął pomiętą kopertę i gładko złożony w czworo kawałek białego lnianego materiału. Rozwinął. W środku na papierze widać było wycięte z gazety litery.

Na delikatny dźwięk klaksonu schował odruchowo wszystko do kieszeni. Siedząca, w zaparkowanym w pobliżu zielonym fiacie dziewczyna dawała sygnał światłami. Miała może osiemnaście, dziewiętnaście lat. Drobna, z bardzo krótko obciętymi włosami, prawie po męsku, w dużych okularach – była właściwie brzydka. Suchecki uśmiechnął się i skierował do wozu.

– Hej – usiłował się ucieszyć, siadając za kierownicą.

– Cześć, tatku – dziewczyna cmoknęła go w policzek.

– Nie pachniesz – powiedziała zdziwiona. – I nieogolony – przeciągnęła ręką po policzku. – Oj, zaniedbujesz się. Co powie narzeczona?

Suchecki zapalił silnik.

– Zaczynasz? – starał się, aby jego spojrzenie było surowe.

– Jedź, jedź! Ona