Opis

To nie jest zwykła książka o dzieciństwie w peerelu. To obyczajowa powieść o dwóch narracjach: jednej - współczesnej czterdziestoparoletniej sfrustrowanej aktorki i drugiej - jej samej jako dwunastoletniej dziewczynki żyjącej w 1982 roku. Obie pisane są w pierwszej osobie, pełne swady, humoru, pikanterii, opisujące światy wewnętrzne jak i zewnętrzne bohaterek. Czasami też dwie bohaterki ze sobą rozmawiają, ta duża Marta z małą, każda będąc w swoim czasie. Można powiedzieć, że to rozmowa z wewnętrznym dzieckiem w sobie. Dorosła Marta zżyma się z kryzysem w związku i stagnacją w karierze, a jedenastolatka przeżywa męki dorastania. W tle u dużej - współczesny świat celebrytów pokazany w krzywym zwierciadle, a u małej - pełen przygód świat dzieciństwa w peerelowskim bloku. Jest to opowieść o czasie, o rodzinie, o relacjach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 247

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WydawcaJoanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzącyIwona Denkiewicz

KorektaSylwia Ciuła Ewa Grabowska Marzenna Kłos

Copyright © by Kinga Dębska, 2018 Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2018

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamaniePiotr Trzebiecki

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected], tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9222-8

Skład wersji elektronicznej

Premiera

Stoję w świetle fleszy aparatów, wśród krzyczących paparazzi, wyglądam jak milion dolarów w eleganckim dopasowanym garniturze z pokaźnym dekoltem, w czerwonych szpilkach i uśmiecham się swoim uśmiechem numer pięć, niezbyt szerokim, żeby nie odsłaniał dziąseł, ale wystarczającym, żeby pokazać, jaka jestem fajna.

– Marta do mnie! Do mnie! Jeszcze ja! Ten sam uśmiech.

Schodzę ze ścianki i natychmiast przestaję się uśmiechać. Syczę do dziewczyny od PR-u:

– Wody. Albo wina. Zaraz umrę.

Dziewczyna, wystraszona moim tonem, dyga i toruje mi drogę przez tłum.

– Tak, oczywiście. Poprawimy jeszcze makijaż.

– Mam w dupie makijaż. Chcę wina!

– Ale jeszcze dwa wywiady pani Marto, czekają na panią.

Znów zakładam uśmiech tego samego gatunku, jak na ściance, ale mniej szeroki, na widok znajomej, która najwyraźniej coś sobie zrobiła z twarzą, jakieś majstrowanie było.

– Cześć, kochana! Sto lat! Tak się za tobą stęskniłam! Świetnie wyglądasz.

Znajoma aktorka stara się uśmiechnąć, ale przy takiej ilości jadu kiełbasianego w policzkach i ustach nie jest to proste. Krzywi się, imitując uśmiech. Zerkam na dziewczynę od PR-u, która spuszcza wzrok, żeby nie pokazać, co myśli. Znajoma nie przebiera w słowach:

– Marta! Ty stara ruro! Co się nie odzywasz? Miałyśmy razem jechać na ten detoks.

– Kochana, jestem zarobiona, ale nadrobimy to. Świetnie wyglądasz. A jaka cera.

– Muszę cię kiedyś wziąć. Mega jest ten detoks.

Odchodzę, ponaglana przez asystentkę. Przeciskamy się przez premierowy tłum ludzi, którzy suną masowo, bo to fantastyczna okazja, żeby nie tylko za darmo obejrzeć film, który może być kolejną żenadą roku, lecz także zobaczyć, jak na żywo wyglądają gwiazdy Pudelka oraz napić się za darmo wina czy whisky. Wystrojone jak na komunię paniusie i panowie zupełnie zwyczajnie polscy, w cienkich puchówkach nałożonych na nieświeże koszule, brudnych butach i zaskakująco dobrych zegarkach.

Wywiad z podobnym do wróbla spoconym dziennikarzem jest dla mnie przykrym obowiązkiem. Asystentka przynosi wodę, a dźwiękowiec podpina mi dźwięk z obleśnym uśmiechem zboczeńca. Jestem do tego przyzwyczajona.

– Pani Marto, czy może nam pani powiedzieć, o czym jest film? Kogo pani gra?

Zerkam złowieszczo na asystentkę.

– Przepraszam, czy widział pan film?

– Chciałem, ale musiałem zawieźć dzieci do lekarza, grypa panuje i…

Wzdycham. Asystentka stoi za kamerą i składa ręce jak do modlitwy, prosząc, żebym jednak udzieliła tego wywiadu i żebym była miła.

– W moim wieku bardziej szanuje się role, szczególnie główne role. A praca z reżyserem, jakim jest Mirosław Wasiluk, to wielka przyjemność. On kocha aktorki. Cóż, nie odkryję Ameryki, jeśli powiem państwu, że… to film o miłości. Po raz pierwszy gram z Markiem Litewką, który jest wspaniałym aktorem i kolegą.

– A jakieś historie z planu? Najlepiej pieprzne?

Wbijam wściekłe spojrzenie w dziennikarza, przenoszę je na asystentkę, która tym razem kiwa się w przód i w tył ze złożonymi rękoma jak zagubiony w przestrzeni muzułmanin.

– Z historiami z planu jest tak, że one są śmieszne lub pieprzne na planie i tylko dla ludzi, którzy znają plan. Jesteśmy jak rodzina, a w rodzinie, jak wiadomo, bywa różnie.

– Podobno jest w filmie ostra scena seksu. – Dziennikarz uśmiecha się lubieżnie.

– No i? Jest. To moja praca i jeśli jest to naprawdę potrzebne, nie bronię się przed takimi scenami w filmie. Ważny jest jednak komfort i profesjonalizm. Tu było jedno i drugie. Ale myślę, że to już ostatnie podrygi ostrygi, scenarzyści nie chcą rozbierać aktorek w moim wieku, żeby oszczędzić widzom przykrych widoków.

Dziennikarz bezgłośnie śmieje się ptasim śmiechem.

– Pani jest piękną kobietą. Ulubioną aktorką w ostatnim plebiscycie naszych widzów. Co to dla pani oznacza?

– Widzowie są dla mnie zbyt szczodrzy. Aktor nie istnieje bez widzów, więc bardzo jestem państwu wdzięczna za to, że wciąż chcecie mnie oglądać, choć wokół tyle piękniejszych, młodszych i zgrabniejszych koleżanek. Może to moje zmarszczki mają swoich fanów?

Asystentka pokazuje dziennikarzowi, że czas się skończył. Mężczyzna udaje, że nie widzi.

– A jak się pani pracowało z Ewą Lorańską? Podobno iskrzyło między wami.

– Proszę pana, aktor to też człowiek. Nie każdy każdego lubi. Nie musimy się przyjaźnić, żeby ze sobą pracować. Wystarczy szacunek i profesjonalizm. Ale akurat z Ewą bardzo się lubimy. Dziękuję bardzo.

– Proszę jeszcze pozdrowić widzów naszego programu, błagam. Do czołówki. Przedstawić się i pozdrowić. Okej?

Zakładam uśmiech numer pięć.

– Witam państwa. Nazywam się Marta Makowska i zapraszam państwa serdecznie na Zdrady nie od parady. Będzie się działo!

Dźwiękowiec odpina dźwięk, zdjęłam już swój markowy uśmiech i mam minę, jakby coś mi śmierdziało pod nosem. Odchodzę z asystentką.

– Ja pierdolę. Co za matoł! Jeszcze coś?

– Została jeszcze pani z portalu modowego, ale nie mamy już czasu, bo zaraz wchodzimy na scenę.

– I całe szczęście. Boże, jak ja nie cierpię dziennikarzy… Może jak będę stara i brzydka, przestaną się mną interesować. Wtedy będę sobie spokojnie grała stare wariatki i czarownice.

Asystentka odbiera telefon.

– Pani Marto, jeszcze redakcja Koturn, mamy z nimi deal reklamowy…

– No, nie…

Wspomnienia

Pamiętasz tę gorycz w ustach? To drgające powietrze wokół ludzi, którzy na ciebie patrzą i nie mówią prawdy, ale ty doskonale o tym wiesz. Czułaś się kiedyś obco? A może czujesz się obco teraz? Tak? To witaj w klubie!

Takie dziwne uczucie. Kiedy coś stworzysz, wydobędziesz z siebie, i czekasz, jak świat na to zareaguje, z jednej strony masz wszystko gdzieś, bo twoje dzieło jest dla ciebie czymś najważniejszym w danym momencie. A z drugiej strony potrzebujesz potwierdzenia, że jesteś coś warta. Że nie znalazłaś się na zupełnym dnie, mimo że masz za sobą wielkie sukcesy. Wciąż potrzebujesz tych potwierdzeń, jak mały dzieciak, który co chwilę się budzi, żeby sprawdzić, czy mama jest w pobliżu. Skąd we mnie to poczucie niższości? Skąd ta potrzeba potwierdzania, że jestem okej? Przecież tak naprawdę zupełnie mnie to nie obchodzi. Jestem, jaka jestem. Lubisz mnie albo nie, spoko. Nie jestem idealna i bardzo się z tego powodu cieszę. Moje życie jest dalekie od ideału, ale jest moje. Tak. Chyba wiem, znalazłam się na rozstaju dróg. Albo będę tu i teraz, będę miała, posiadała, osiągała. Albo… Albo pójdę inną drogą. Odrzucę to wszystko.

*

Dzisiaj cały czas chce mi się płakać. Nawet nie to, że chce, ja po prostu płaczę. Jakiś kurek ze łzami się odkręcił w środku. I lecą, i umiaru nie mają. A ja przecież zagrałam w świetnie przyjętym filmie, mówią, że jestem jedną z najlepszych polskich aktorek, fanklub na Facebooku hula, agentka opędza się od nowych propozycji, a ja płaczę. Co jest ze mną nie tak? Przecież w domu wydaje się wszystko okej. Może ja potrzebuję być nieszczęśliwa? Może moje przeszłe pokolenia kobiet trzymają mnie w szachu i nie pozwalają podskoczyć ponad nie, bo one zawsze były nieszczęśliwe? Może mam takie DNA? A może mam depresję? Może jednak ten debil psychiatra miał rację?

*

– Jak się czujesz, mała? Bo mi smutno. Czuję się nikomu niepotrzebna. Kiedy nikt do mnie nie dzwoni, czuję się niepotrzebna. Też tak masz?

– Nie dzwoni? Czym nie dzwoni?

– Normalnie, telefonem. Albo na fejsie nie oznacza, nie lajkuje.

– Nie rozumiem. U nas jest telefon w przedpokoju, ale tam dzwonią tylko jacyś ważni ludzie, do mnie jeszcze nikt nigdy nie zadzwonił. Fajnie mieć telefon?

– Tak. Nie. Raczej nie. Chyba wolałabym żyć w epoce listów. Chociaż sytuacja kobiet teraz jest nieco lepsza niż w czasach, kiedy pisałyśmy listy. Nic sensownego dziś ze mnie nie wyciśniesz. Zapomniałam, że ty nie wiesz, co to jest komórka, Facebook, Messenger. Zapomniałam, że ty nie zaczynasz dnia od Pudelka.

– Pudelka?

– Taki portal plotkarski, którym wszyscy gardzą, ale każdy go czyta. Jak ktoś jest na Pudelku, to znaczy, że jest gwiazdą. Ja ostatnio prawie w ogóle tam nie bywam, bo nie chodzę na żadne pokazy mody ani otwarcia sklepów, to jest dla mnie trochę żenujące. A i na premierach już nie jestem atrakcyjną zwierzyną. Teraz na topie są inni. I naprawdę nie są to aktorzy czy wokaliści, jak jeszcze niedawno, ale ludzie, których zupełnie nie znam, bo w zasadzie nie korzystam z mediów internetowych. Są to jacyś youtuberzy, vlogerzy, jakieś celebrytki znane z tego, że są znane, młode dziewczyny starszych kolegów aktorów. Nie znam ich i wcale mi się ich znać nie chce. A mimo to co rano wchodzę na Pudelka. A nuż się poprawi. A nuż dowiem się, że Angelina Jolie wróciła do Brada. Trochę się tego wstydzę, ale cóż, takie są fakty.

– A co to Facebook?

– Facebook to też taki złodziej czasu, na którym ludzie piszą, co się akurat u nich dzieje, bez względu na to, czy to ma sens, czy nie, bo bez obecności na Facebooku, jak mówi moja agentka, się nie istnieje. Trzeba więc mieć swoje profile, ktoś to musi prowadzić, trzeba istnieć, błyszczeć, być fajnym, dowcipnym, ślicznym, młodym, wesołym. Facebook nie lubi smutnych ludzi i smutnych historii. I jeszcze wszystko musi być zwięzłe i krótkie, żeby w kilka zdań dało się opowiedzieć.

Ja do dziś nie rozumiem, choć nie jestem wolna od oczekiwań na lajki, tych facebookowych urodzin i wzruszeń, że dostało się tyle życzeń. Przecież to nie jest naprawdę. To jest zamiast. To nie są prawdziwe życzenia, nawet jak telefoniczne czy listowne, czy osobiste twarzą w twarz. Facebook zastąpił spotkania i co dał w zamian? Namiastkę bliskości. Zwiększyła się za to podaż, mogę się założyć, antydepresantów i innych chemicznych substancji podnoszących nastrój. Bo takie facebookowe urodziny, kiedy się jest samym w domu i nie ma do kogo otworzyć ust, to jest przerażająco smutna sprawa. Sorry, zagadałam cię. Opowiedz mi lepiej o sobie. O swoim domu.

– Co ci mam opowiadać, pamiętasz to przecież. Mieszkam w wielkim i pięknym czteropiętrowym bloku. Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy rosną jabłonki. Latem wyglądają ślicznie, a potem jemy z nich jabłka. To są kosztele, moje ulubione. Lubię siedzieć na jabłoni. W naszym bloku mieszkają różni sąsiedzi, na przykład pan Peszek jest ciągle pijany, a pani Bartosowa nie nosi stanika. Pan Burski ciągle siedzi przed blokiem i próbuje naprawić swój motor, ale robi to już dwa lata.

– Duże macie mieszkanie?

– Nie udawaj, że nie pamiętasz. Mamy dwa pokoje, duży jest rodziców, a mały to pokój mój, Kasi i babci. Babcia śpi pod oknem na tapczanpółce, a my z Kasią na rozkładanej wersalce. No i największe nieszczęście: ja mam mniejszą część łóżka, a jestem większa.

– Wow! To rzeczywiście tragedia.

– Nie śmiej się! Kaśka jest wredna i głupia. Wyobraź sobie, że ona bierze kiełbasę do łóżka i chowa sobie pod poduszkę, żeby w nocy miała, jak zgłodnieje. I rzeczywiście ją zjada. Szlag mnie wtedy trafia. I wszystko jej rodzice wybaczają, bo jest malutka. Nienawidzę jej!

– A babcia? Jezu, trzy osoby na piętnastu metrach kwadratowych, to przypomina mi książkę o rodzinie, która dzieci trzymała w szufladach, tyle ich było.

– Tapczanpółka to też stół świąteczny. Dzięki temu, że jest zarazem łóżkiem, stołem i półką, zmieściło się w pokoju jeszcze biurko, szafa, i dywan. I zabawki. Wśród nich moja ukochana Donia.

– Biedactwo, twoje dzieciństwo jest bardzo biedne.

– Tak sądzisz? Ja tak nie uważam. Raz nawet tata przyniósł z pracy szynkę w puszce. Była pyszna, szczególnie ta galaretka. Dlaczego się ze mnie śmiejesz?

– Nie, no nie śmieję się. Tylko tak sobie myślę, na kogo byś wyrosła, gdybyś była dzieckiem dzisiaj i przez cały wolny czas nawalałabyś w gierki. Albo chodziła na zajęcia z baletu.

– Nie wiem, co ty do mnie mówisz. Nawalała w gierki? Co to znaczy?

– W sensie grałabyś w jakieś idiotyczne gry, które rozpuszczają mózg, chodziłabyś na milion zajęć pozalekcyjnych i musiałabyś być dobra we wszystkim.

– Ale ja jestem dobra. Mam same piątki. I proszę rodziców, żeby mnie zapisali na angielski, ale na razie nie chcą. Uważają, że to moja fanaberia, bo po co mi angielski. Nie znają nikogo, kto mówiłby po angielsku, więc po co się uczyć. A ten pan, który uczy angielskiego, jest bardzo ładny. Taki ma zarost… Chciałabym.

– Tobie się już faceci podobają? Ejże, mała, masz dwanaście lat!

– O jeny, oczywiście, że mi się podobają. Już nawet miałam narzeczonego. Nie chciałam go, ale przed całą klasą powiedział, że jest moim chłopakiem i wszyscy już się śmiali, że Sitek ze mną chodzi.

– A wiesz, że Sitek został księdzem.

– Nie! Serio? Ale w sumie to się nie dziwię, bo on zawsze był taki świętojebliwy.

*

Ja duża i ja mała. Zupełnie różne osoby, zupełnie różne światy. A jednak to jedna ja. Czasami mam wrażenie, że przeżyłam wiele żyć, tak bardzo te okresy różnią się od siebie. I zupełnie do siebie nie pasują, że to są fragmenty żyć różnych osób. Jak by wyglądała rozmowa między nimi? Może gdyby ze sobą pogadały, w końcu dopasowałyby się i złożyły w całość? Może wreszcie wszystko wskoczyłoby na swoje miejsce, i poczułabym się szczęśliwa i spełniona?

Przemiany, które targają moim życiem najbardziej są widoczne podczas Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Kiedyś święta były cudownym czasem spokoju, prezentów albo śmigusa-dyngusa, całej rodziny w domu, kuchni pełnej zapachów i gwaru, dalszej rodziny, która przyjeżdża z wiktuałami. A dziś? Dziś muszę przygotowywać święta sama. Zagonić do współpracy córkę, zaprosić siostrę i jej rodzinę, która niekoniecznie ma ochotę ze mną być.

Muszę być mamą, babcią, wszystkimi kobietami w jednej. A nie chcę. Nie umiem. A jednak to robię, jakieś przyzwyczajenie każe mi wlec się po sklepach, kupować tony produktów, piec, kroić, układać, dekorować.

W imię czego? Co ja chcę osiągnąć przez to papugowanie kobiet z mojej rodziny? Chcę być do nich podobna? Przecież to niemożliwe, bo jestem zupełnie inna. Ale jednak piekę, kroję, męczę się, ręce mnie bolą, manikiur się niszczy. Bo są święta. I ma być wszystko, i ma być dom. Zapachy mają być i gwar, i śledzie w cebulce z cukrem, i ryba w pomidorach. Bo tradycja.

*

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.