Porcelanowa pozytywka - Paweł Prusko - ebook + książka

Porcelanowa pozytywka ebook

Prusko Paweł

0,0

Opis

Pełna namiętności i licznych zwrotów akcji opowieść o dorastaniu, próbie odnalezienia samego siebie, a także… zagadkowej melodii pochodzącej z porcelanowej pozytywki.

Jeremy Bingley nie potrafi otrząsnąć się po stracie ukochanej siostry bliźniaczki. Czuje się odtrącony i nierozumiany nawet przez najbliższą rodzinę. Pewnego dnia, w nadziei na poprawę samopoczucia, wyrusza na wycieczkę w góry ze szkolnymi przyjaciółmi. Niestety, podczas zjazdu na nartach dochodzi do wypadku. Wydarzenie to wyzwala lawinę zdarzeń, które na zawsze odmienią życie Jeremy’ego. Zostaje uratowany przez grupę ludzi oraz zmuszony do zamieszkania w tajemniczej posiadłości Andrei Sorel’a. Czy bohaterowi uda się w końcu rozprawić ze swoimi rozterkami i odnaleźć to, czego szuka?

Porcelanowa pozytywka jest wzruszającą historią o zagubionym chłopcu, który staje się mężczyzną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka

Strona tytułowa

Paweł Prusko

Porcelanowa pozytywka

Strona redakcyjna

REDAKCJA: Małgorzata Nowak

KOREKTA: Aleksandra Tykarska

OKŁADKA: Wiola Pierzgalska

SKŁAD: Novae Res

© Paweł Prusko i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7942-297-5

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja do formatu EPUB/MOBI:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

Rodzinie

Najważniejsze jest by gdzieś istniało to,

czym się żyło: i zwyczaje, i święta rodzinne.

I dom pełen wspomnień. Najważniejsze by żyć

dla powrotu.

Antoine de Saint-Exupéry

Prolog

4 lutego 1899 roku, Włochy, Aosta

Harmider – tak mógłbym określić dzisiejszy, wołający o pomstę do nieba, okropny dzień. Tak, to z pewnością byłoby świetnie użyte słowo. Od kiedy moi rodzice dowiedzieli się o przyjeździe starego wujaszka Herberta, coś w nich wstąpiło – szczególnie w ojca. Zrobił się nie do zniesienia, ale czuję, że najgorsze jeszcze przede mną. Niestety, najprawdopodobniej jutro nastąpi kulminacja jego kiepskiego nastroju. O godzinie piątej po południu mamy odebrać z dworca wyczekiwanego gościa. Modlę się tylko, aby z pociągiem było wszystko w porządku, bo w przeciwnym razie tata dostanie białej gorączki.

Tak więc do tego czasu mogę być świadkiem niepohamowanych napadów złości. Oczywiście po przybyciu wuja ojczulek zapewne odegra swoją ulubioną rolę i przez jakiś czas będę miał do czynienia z nadzwyczaj spokojnym i pogodnie usposobionym człowiekiem. Zazwyczaj nie wytrzymuje tak długo, dlatego w końcu zagląda do naszej fabryki lalek, gdzie daje upust gotującym się w środku negatywnym emocjom.

Na szczęście nie będę musiał tego oglądać, ponieważ za kilka dni wyjeżdżam na narty. To najlepsze, co mogło mnie teraz spotkać. Nareszcie jakiś mały uśmiech losu w tym szkaradnym życiu.

Starszego brata George’a również mam dość. Wiecznie coś mu nie pasuje. Ciągle gapi się na mnie tymi wyłupiastymi oczami, szukając zwady. To, że jest silniejszy, wcale nie daje mu prawa do fundowania mi siniaków czy guzów. Kiedyś to się zmieni i wszyscy to zobaczą.

Gdyby tylko żyła ukochana siostrzyczka bliźniaczka, moja druga połowa. Bardzo mi Ciebie brakuje, Maggie. Wciąż nie mogę się otrząsnąć po tym makabrycznym wypadku. Jedynie w Tobie miałem prawdziwe oparcie. Byłaś najwspanialszym plastrem miodu na każdą ranę – nawet tę najgłębszą. Teraz nie mam wyboru i muszę jakoś funkcjonować w tym nie do końca dla mnie zrozumiałym świecie.

Na tym zakończę dzisiejszą notatkę. Jest dość późno, a trzeba się dobrze wyspać. Całe szczęście, że trzy tygodnie temu dotarł do naszej dzielnicy prąd i mamy elektryczne latarnie. W starych nazbyt często gasł płomień, szczególnie zimą. Tak więc tym miłym akcentem kończę wpis do mojego skrzętnie ukrywanego przed całym światem pamiętnika.

Jeremy Bingley

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ 1 Stara miedziana śrubka

Od samego rana w domostwie panował okropny zgiełk. Szaleńczy popłoch odbijał się na twarzach skołowaciałych mieszkańców.

Na początku zostałem barbarzyńsko wyrwany ze snu przez ulubionego braciszka George’a, który jednym ruchem swojej muskularnej ręki zmiótł ze mnie pościel. Zdenerwowałem się, ponieważ niewiele brakowało, a lecąca z wielką prędkością kołdra strąciłaby spoczywającą na szafce porcelanową pozytywkę, jedyną pamiątkę po drogiej siostrze bliźniaczce. Maggie dostała ją w prezencie od rodziców na piętnaste urodziny – pół roku przed śmiercią. Do dziś zachowałem w pamięci szczegółowy przebieg owej szampańskiej uroczystości.

Zaproszono na nią wielu gości. Oprócz najbliższej rodziny pojawił się także lokaj Alessio wraz z małżonką oraz gromadką urwisów: najmłodszą Lorenzą, starszą Susanną, a także niesfornym Marcello. Nie zabrakło również bliskiego przyjaciela naszej familii – zacnego pana Francesco Abbracciavento, ale on niestety przybył sam. Chociaż nawiedzał nas często, bez kłopotu mogę policzyć na palcach jednej ręki te dni, w których towarzyszyła mu jego upiorna żona Veronica.

Sprawiała wrażenie kobiety oderwanej od rzeczywistości i porzuconej gdzieś pomiędzy samotnymi planetami. Zaczynała opowiadać historię na jeden temat, a kończyła na zupełnie inny lub po prostu przerywała ją w samym środku. Potrafiła nagle wstać od stołu podczas spożywania wspólnego obiadu. Na początku siedziała z gracją, przysłuchując się prowadzonym rozmowom. Zupełnie nic nie wskazywało na nadchodzący wybuch śpiącego wulkanu. Jednak wraz z upływem kolejnych popołudniowych minut jej spokojna twarz zaczynała przybierać zdecydowanie odstręczające kształty. Kąciki wąskich ust spływały w stronę wyciągniętego w przód podbródka, a osadzone głęboko bladoniebieskie oczy puchły, wypełniając się łzami. Wówczas odsuwała krzesło i zabierając ze sobą chusteczkę, uciekała na zewnątrz. Siadała pod oddaloną od domu sędziwą jabłonką, czekając na przybycie pana Francesco.

Choć gościła w naszych progach zaledwie kilka razy, ta ekscentryczna dama na dobre utkwiła mi w pamięci. Jegomość Abbracciavento musiał mieć z nią ciężkie życie. Nic dziwnego, że zabierał ją ze sobą tak rzadko.

Na moment przed zgaszeniem świeczek na urodzinowym torcie spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Nie wiem, jak to opisać, lecz w chwilach takich jak ta po prostu czułem się z Maggie jedną istotą, tą samą duszą uwięzioną w dwóch ciałach. Nie mam pojęcia, skąd bierze się u bliźniąt tak ogromne poczucie jedności, ale zdałem sobie sprawę, że potrzebuję jej w identyczny sposób jak ona mnie. Po krótkiej chwili siostrzyczka uśmiechnęła się, ukazując moim oczom bialutkie jak płatki śniegu ząbki, zaciągnęła się majowym powietrzem i zdmuchnęła z tortu swoją część tlących się delikatnym płomykiem świeczek. Nie pozostałem jej dłużny i wziąwszy równie głęboki wdech, dopełniłem urodzinowego obowiązku.

– Wszystkiego najlepszego, braciszku – powiedziała, chwytając moją dłoń.

– Tobie również wszystkiego najlepszego, Maggie... ale za rok to ja będę pierwszy! – odparłem, posyłając jej łobuzerski uśmieszek.

– Oj Jeremy, nie bądź tego taki pewny! – uzupełniła, grożąc palcem.

Niestety, wówczas jeszcze nie miałem bladego pojęcia, że w następnym roku urodzinowe świeczki zgaszę sam – barbarzyńsko okradziony z połowy duszy, porzucony jak młode pisklę w ciemnym lesie.

Następnie wszyscy goście jednomyślnie postanowili zaśpiewać wiecznie żywe Tanti auguri a te. Huk melodii niósł się po całym domostwie. Nawet drzemiący na ganku bernardyn rozpoczął koncert, wydobywając z siebie niezgrabne psie odgłosy. Razem z siostrą uważnie słuchaliśmy wspaniałej piosenki, co raz spoglądając na twarze zaproszonych. Po gromkich brawach podeszli do nas rodzice. Prezentowali się dość osobliwie: tata był wysokim otyłym blondynem z przerzedzonymi, zaczesywanymi na bok włosami, natomiast mama – niską, drobną kobietką o kruczoczarnych kręconych włosach i perłowej skórze.

Przed osiedleniem się we Włoszech ojciec wyglądał o niebo lepiej. Nosił ubrania mniejsze o przynajmniej dwa numery, cerę pokrywała stanowczo mniejsza liczba głębokich rys, a ułożony z chirurgiczną precyzją włos lśnił na miedzianym słońcu. Po przyjeździe do Aosty i zakupieniu tego bogato urządzonego domu tatko szybko rzucił się w śmiertelnie niebezpieczny wir pracy. Upiorny stres odbił na nim swoje piętno. Ojciec stopniowo pogrążał – zdawałoby się – niezniszczalne ciało. Palił coraz więcej tytoniu, a wieczna chmura siwawo-niebieskawego dymu trwale wpisała się w jego wizerunek. Wszelkie posiłki połykał w zastraszającym tempie, jednakże największą ilość pożerał tuż przed snem. Pochłaniane jedzenie uspokajało wzburzony codziennymi trudnościami umysł, dając szansę na lekki sen.

– Billy, zostaw tę spiżarkę i choć do łóżka! – grzmiała notorycznie mama.

Leżąc w sypialni, dostrzegała skradający się cień szperającego w kuchni nabzdryngolonego ojczulka.

Tak, alkohol był jego drugim motorem na krótkiej drodze do samozniszczenia. Podobnie jak tytoniu czy jedzenia, używał go w niebagatelnych ilościach. Zazwyczaj zaczynał po powrocie z fabryki, a kończył późnym wieczorem, tuż przed oddaniem się w objęcia zdradzieckiego Morfeusza.

Rodzice pochwycili nasze klaszczące ręce i złożyli zaskakująco poruszające życzenia.

– A teraz zamknijcie oczy – poprosili, chowając coś za sobą.

Nie chciałem tego zrobić i wbiłem wzrok w skrywane za ich plecami pakunki, lecz zniecierpliwiona siostra szturchnęła mnie w żebra.

– No dalej, głuptasie, zrób, co ci każą – wyszeptała.

Nie miałem wyboru, dlatego przymknąłem niespokojne powieki. Rodzice powtórnie złapali nasze dłonie i powiesili na nich zagadkowe paczuszki.

– Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, moje kochane bliźniaki! – powiedziała mama, całując nas w policzki. Tata, targając nasze ciemne czupryny, także dołączył się do życzeń.

W chwilach takich jak ta na nowo poznawałem w nim starego dobrego ojczulka. Manufaktura zmieniła go mocno, jednak wciąż wierzyłem, że kiedyś wróci do nas taki tata, jakiego znałem za czasów życia w San Francisco. Nie wiem, czy było to głupie szczeniackie marzenie, ale tak podpowiadało mi synowskie przeczucie.

Kiedy ponownie otworzyłem oczy, na moich rękach spoczywał tajemniczy pakunek. Kształtem przypominał nieco większą cegłę. Widząc, z jaką prędkością Maggie przebija się przez kolejne warstwy papieru, uczyniłem podobnie. Moim szeroko rozwartym ślepiom ukazała się wielgachna księga, której tytuł pamiętam do dziś: Podstawy mechaniki urządzeń. Pośpiesznie zerknąłem na ojca i po chwili wiedziałem, że była to jego sprawka. Na tak nikczemny pomysł nie mógł wpaść nikt inny, tylko on. Z absolutnie niewiadomych powodów postanowił zrobić ze swoich synów prawdziwych inżynierów – według niego ludzi przyszłości w tym rozwijającym się świecie przemysłu. Moja twarz przybrała purpurowy kolor, a potępiona książka zatrzęsła się w rozgorzałych od napadu cichej furii dłoniach, lecz widząc rozanielone lico stojącej obok siostry, zdołałem schować całą raptownie zgromadzoną złość w sobie.

– Spójrz, co dostałam! – wykrzyknęła podekscytowana prezentem, unosząc na rękach małą porcelanową pozytywkę.

Po nakręceniu pokrętłem, umiejscowionym na spodzie zabawki, biały aniołek zaczął obracać się wokół własnej osi, wydając z siebie dźwięki nieznanej kołysanki.

Maggie powoli położyła podarunek na kredensie, aby móc się dalej rozkoszować melodią. Miękkie, hipnotyzujące brzmienia wypełniły cały salon, wprawiając gości w stan dziecinnej błogości.

– Przecież ja to znam! – wybuchnęła, pogrążona dotąd w zadumie. Na jej twarzy zagościł grymas, a wysokie czoło wypełniły zmarszczki zdradzające wielkie skupienie. – Tylko nie wiem skąd... – dodała.

Niespodziewanie przeszły mnie ciarki. Zdałem sobie sprawę, że ja również gdzieś słyszałem tę kołysankę.

Od tamtej pory magiczna melodia towarzyszyła większości wspólnie spędzanego czasu. We dwoje przystąpiliśmy do rozwikłania tajemnicy śnieżnobiałego aniołka. Niestety, jak pokazał czas, zagadkę byłem zmuszony rozwiązać sam.

Tak więc o mały włos wspomniana pozytywka rozbiłaby się o podłogowe belki za sprawą skretyniałego brata George’a.

– Uważaj, bałwanie!

– Bo co?! – odkrzyknął, stojąc nad łóżkiem.

– Nie widzisz? Jeszcze chwila i stłukłbyś jedyną pamiątkę po Maggie!

– Daj już spokój tej przeklętej zabawce! We dwoje ubzduraliście sobie, że skądś znacie tę wyklętą przez świat melodię! – wyrzucił z siebie. – Robisz się zdziwaczały, wiesz o tym? Całe szczęście, że niebawem wyjeżdżasz na narty, może tam pójdziesz po rozum do głowy i w końcu zmądrzejesz.

George z poirytowaniem godnym zniechęconego tresera w cyrku popatrzył na mnie jeszcze przez moment, po czym w złości opuścił pokój. Natomiast ja nie miałem innego wyjścia jak zebrać się w garść i zejść na śniadanie.

Ku mojemu zdziwieniu, a właściwie oburzeniu, nic mnie tam dobrego nie czekało. Na początku badawczo rozejrzałem się po parterze. Flegmatycznym krokiem przemierzyłem kolejne rozbudzone bystrymi promykami pomieszczenia. W domostwie panował chłód, więc moje ruchy były ociężałe. Pożałowałem, że nie włożyłem na siebie czegoś cieplejszego. Nieprzytomne oczy otworzyły się szerzej, w nosie poczułem charakterystyczne swędzenie, a szczęki uderzyły o siebie z taką siłą, iż stojąc w hallu usłyszałem odbijający się od ścian pogłos.

Kiedy wstąpiłem do salonu, ujrzałem kuriozalną scenę. Zobaczyłem szczupłą postać, jedynie opuszkami palców stojącą na miniaturowym stołku. Wpadające prosto przez okno iskierki zimowego słońca skutecznie uniemożliwiały mi trafne rozpoznanie sylwetki. Zasłaniając się dłońmi, w końcu zidentyfikowałem znajome kształty. Zagadkową istotą okazała się mama, która właśnie wieszała świeżo wyprane firanki.

– Choć tu i mi pomóż! – zawołała, tańcząc na taborecie niczym baletnica. – No, nie gap się jak cielę na malowane wrota!

Podszedłem bliżej i skostniałymi rękoma przytrzymałem fruwające po pokoju firany. Zadowolony z siebie grzecznie spytałem o śniadanie, ale tu także czekał mnie zawód.

– Nic z tego, synku. Dziś nie mamy na to czasu, musisz poradzić sobie sam. Przecież jesteś już dużym chłopcem i wiesz, gdzie jest kuchnia – spuentowała, wskazując odpowiednie miejsce.

Ponieważ kiszki grały mi defiladowego marsza, nie mogłem zrobić nic innego, jak dać dyla do spiżarni. Pośpiesznie ukroiłem trzy kromki chleba, a następnie kilka plastrów żółtego sera, z których dwa cieńsze połknąłem od razu. Postawiłem czajnik na ogień i nie marnując czasu, rozpocząłem posiłek. Czekając na wrzątek, dorobiłem kolejne kanapki – tym razem z szynką. Kiedy po kuchni rozeszła się ciepła mgiełka pary wodnej, wstałem i zalałem herbatę, po czym z powrotem usadowiłem się na krześle, aby kontynuować delektowanie się rozkoszną strawą.

Jak mogłem się spodziewać, mój stan błogości nie trwał długo. Przez tylne drzwi wpadł otulony w kożuch George. Na rękach trzymał pocięte drzewo. Przyjemny zapach świerkowej żywicy szybko opanował pomieszczenie. Chwilę później pojawił się oszroniony śniegiem ojczulek.

– A ty jeszcze tu? – rozpoczął dowcipnie, strząsając zalegające na głowie alabastrowe płatki. – Ubieraj się i wyskakuj na podwórko!

– Zaraz, tato – odrzekłem, przełykając gorący napar.

– Trzeba porąbać i nanosić jeszcze tyle drzewa! Wstawaj, bierz kanapki, dokończysz je na zewnątrz!

Po raz kolejny zostałem zmuszony do niepotrzebnego wysiłku. Do tego, niefortunnie oberwałem chrustem po nogach. Założyłem buty i kopnąłem w róg kuchni kawałek sosnowej gałęzi upuszczony przez brata.

Mimo niskiej temperatury zimowy poranek zadziałał na mnie pokrzepiająco. Młode płuca wypełniło krystalicznie czyste i nieustannie krążące po układzie oddechowym powietrze. Z sinych ust co chwilę buchały kłęby pary, a niosący się z pobliskich dachów śnieg nieprzyjemnie smagał chłopięcą twarz. Lazurowe niebo zadziwiało potęgą wszechobecności. Bystry wiatr przenosił hałdy spoczywającego śniegu. Formował je w coraz to nowsze bajeczne kształty. Był jak szlachetny artysta, ciężko pracujący w swoim gigantycznym ziemskim warsztacie.

We trójkę podzieliliśmy się obowiązkami: tata w szopie rąbał drzewo, George woził je pod drzwi, a ja – układałem pod kuchennym okienkiem. Czułem się jak paskudny bandyta odbywający wyrok gdzieś na końcu świata. Palce zesztywniały mi po pierwszej godzinie. Stojąc opatulony dostępnym odzieniem, przypominałem starożytny posąg, który budził się co kilka minut, aby wykonać powierzone mu zadanie, i ponownie zapadał w antyczny sen.

– Chłopcy, chodźcie do środka! – zawołała mama. – Zrobiłam wam gorącą czekoladę, ogrzejcie się trochę, przecież jest tak zimno!

– Za moment, Wendy! – podjął rozmowę wyłaniający się z szopy ojciec. – Zostało nam za mało, żeby teraz to przerywać. Niedługo przyjdziemy! – odkrzyknął, a potem ponownie zniknął w niszczejącej drewutni.

– Mów za siebie... – burknąłem bezgłośnie.

Trwająca istną wieczność męka zakończyła się, gdy ucichły odgłosy uderzającej w wysuszone pieńki siekierki. Zmarznięci niczym sople lodu wstąpiliśmy do kuchni. Tak jak mogłem domniemywać, czekolada była już chłodna. Wspaniała mama przygotowała nam kilka smakowitych kanapek, które spożyliśmy w błyskawicznym tempie. Bałem się wygodniej rozłożyć na krześle – czułem, że pech mnie dziś nie opuści. Niestety, miałem rację. Ledwie zacząłem tajać i gubić płatki śniegu, tatko wstał od stołu i przeszedł do salonu. Stercząc przy zegarze wahadłowym, zamarł w milczeniu. Przyglądając się jego twarzy, zauważyłem niewielkie ruchy warg. Sprawiał wrażenie osoby liczącej jakiś tajemny rachunek. Kiedy tylko przyzwyczailiśmy się do tego widoku, ojczulek odwrócił się i prześwidrował nas wzrokiem.

– Słuchajcie. Dochodzi pierwsza po południu. Jak wszyscy doskonale wiemy, o piątej przyjeżdża wujek Herbert. Mama dokończy prace domowe, a my pojedziemy teraz do fabryki. Zobaczymy, jak idzie produkcja i czy aby na pewno wszystko jest w porządku, bo jutro nie będziemy mieli do tego głowy – stwierdził, po czym odpłynął myślami w niewiadome miejsce.

Wyruszyliśmy w stronę naszej manufaktury. Służący Alessio dostał dziś wolne z powodu grypy szalejącej w jego domu. Musieliśmy więc sami przygotować sanie. Czekała nas długa droga, do której należało się odpowiednio przygotować. Powtórnie odziani w masywne kożuchy, opuściliśmy przytulny domek.

Na ulicach Aosty panował duży ruch. Co chwilę mijaliśmy jakichś zziębniętych mieszkańców. Ich sanie zostawiały za sobą pelerynę drobnego, wbijającego się w twarze i ubrania pyłu, dlatego też staraliśmy się unikać takich bliskich spotkań.

– Dzień dobry, panie Bingley! – krzyknął jeden z przechodniów, lecz nie zdążyliśmy go rozpoznać.

Pilnując pędzących koni i obserwując panoramę rynku, jechaliśmy dalej.

– Moje uszanowanie, panie Bingley! – ukłonił się inny mężczyzna, stojący przy sklepie cukierniczym.

Tym razem poznaliśmy mijanego człowieka. Był nim Fabio Esposito – miejscowy zegarmistrz. Mówiono, że jego zegarki działają nawet pod wodą, ale żadna ze znanych mi osób nigdy nie chciała tego sprawdzić, zresztą... przecież to niemożliwe.

Przejechawszy wokół uśpionego parku, dotarliśmy do ratusza. Z trudem zadarliśmy do góry zastygłe głowy, aby spojrzeć na zegar znajdujący się na centralnej wieży. Tamtego dnia wyglądał nad wyraz posępnie, a siedzący na dłuższej wskazówce szpak potęgował to antypatyczne wrażenie. Na najbliższej krzyżówce skręciliśmy w lewo i dobrnąwszy do drukarni przemysłowca Carlosa Bolardo, wykonaliśmy zgrabny skręt w prawo. Powoli wydostawaliśmy się z najbardziej zatłoczonej dzielnicy Aosty. Teraz czekał nas prosty odcinek, na którym nieco przyśpieszyliśmy. Zmęczone konie sapały coraz częściej, wydając z siebie nieznośne dźwięki. Jechaliśmy dalej.

Gdy trafiliśmy do fabryki, karmazynowe słońce rozpoczęło wyprawę za odległe górskie szczyty. Oblało drzemiące niebo narkotycznym rubinem. Monstrualne przestworza obezwładniały tryskającym szkarłatem. Zbliżał się wieczór.

Sfatygowani podróżą zeszliśmy z sań. Zalegający śnieg miło skrzypiał pod naszymi nogami. Weszliśmy do środka i skierowaliśmy się do głównej hali produkcyjnej, stanowiącej najważniejsze pomieszczenie w rodzinnej manufakturze.

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego tata wybrał akurat tę branżę. Tłumaczył to dużym zainteresowaniem na włoskim rynku. Należy wspomnieć, że pomijając kukiełki, produkowaliśmy również rozmaite domy dla lalek. Ku naszej uciesze, towar rozchodził się w sąsiadujących miejscowościach jak świeże bułeczki. Najbardziej satysfakcjonujące wyniki uzyskiwaliśmy w czasie świąt Bożego Narodzenia. Wtedy to we współpracy z lokalnymi artystami wytwarzaliśmy domowe szopki neapolitańskie. Przeważnie wykonywane były z malowanej terakoty lub z morskich muszli. Scenerię stanowiły okolice Neapolu. Historia przedstawiona na nich odwoływała się do scen z życia codziennego. W centrum umieszczaliśmy Świętą Rodzinę, a trochę dalej – całe grono innych postaci: pasterzy, tkaczy, rzeźników, winiarzy czy kowali. Jako wątek przewodni wykorzystywaliśmy czas spożywania posiłków. Rozmaici goście przynosili małemu Jezuskowi i jego matce Maryi różnorodne podarunki. Były to bochenki chleba, kosze ryb, owoców albo miski pełne ugotowanego makaronu.

Jak napomknąłem wcześniej, produkowaliśmy także zwyczajne lalki. Dawno temu, jeszcze na początku wieku, wyrabiano je z wosku. Później wyparła go chińska porcelana. Obecnie do wyrobu głów stosujemy kauczuk, natomiast do korpusów używamy gutaperki – tworzywa, które w wyższych temperaturach daje się swobodnie kształtować. Mimo to największym impulsem pozwalającym wyrabiać lalki na większą skalę był papier mâché. W skład tego magicznego materiału wchodziły woda, mąka, jajka i inne bardziej specyficzne składniki, których pochodzenie okrywała łuna tajemnicy, ponieważ każdy gatunek nowego tworzywa ściśle podlegał danemu patentowi. Wtedy właśnie rozpoczęliśmy produkcję seryjną. Ojczulek, jako wykształcony inżynier, zawsze szedł z duchem czasu i wykorzystywał coraz to nowsze perełki świata techniki. Mnóstwo pieniędzy inwestowaliśmy w wyposażenie manufaktury, lecz zabieg ten tylko pomnażał wciąż wzrastające zyski.

– Witam, panie Bingley – wymamrotał półgłosem Francesco Abbracciavento, dawny przyjaciel rodziny, pisząc notatkę.

Jeszcze nie tak dawno był częstym gościem w naszym domostwie. Jego powóz godzinami sterczał pod bramą wjazdową. Kilka lat temu opuściła go mroczna żona Veronica. Jeśli wierzyć plotkom, perfidnie zdradzał ją z inną kobietą. Poznawszy gorzką prawdę, wyniosła się z mieszkania i nigdy już tam nie wróciła. Wielu ludzi sądziło, że taki obrót spraw wyjdzie tylko na dobre porzuconemu Francescowi, wszak jego żona była istotnie diabelską damą. Cała dzielnica, w której żyli, doskonale znała jej nikczemną naturę. Stało się jednak inaczej. Osamotniony pan Abbracciavento wpadł w pułapkę czterech ścian pustego mieszkania. Sukcesywnie zrywał wszelkie kontakty z przyjaciółmi i rodziną, a potem z całym światem zewnętrznym. Ojciec mógł zwolnić go już dawno temu, jednakże uznał to za czyn haniebny, więc pozostawił wyalienowanego kierownika na swoim stanowisku.

– Kłaniam się, panie Francesco – odpowiedział tatko. – Jak idzie dziś praca?

– Wszystko przebiega zgodnie z planem – zapewnił go Francesco, po czym złożył zapisaną kartkę papieru i podrapał się po głowie. – Ale mamy małą awarię...

– Po prostu powiedz mi, co się znowu stało.

– Ujmę to tak: zaciął się jeden z podajników. Zajrzałem do środka i jestem pewien, że coś bardzo małego wcięło się między żelazne tryby i zablokowało ich obrót. Niestety, nie jestem pewien co robić, nie chcę niczego popsuć.

– Spokojnie, Francesco, pokaż mi tę awarię – poprosił statecznym tonem tata.

We czworo podeszliśmy do uszkodzonej taśmy. Z obudowy dochodziły tępe odgłosy walczących ze sobą stalowych elementów. W pomieszczeniu dotrzymywały nam towarzystwa leżące wszędzie lalki: większe, mniejsze, o czuprynach bujnych i tych skromniejszych, o cerze śniadej i piegowatej.

Ojciec ostrożnie zbliżył się do warczącej maszyny i przystawił do niej ucho.

– To tu! – stwierdził.

Wziąwszy śrubokręt, odkręcił awaryjną klapkę, a następnie zanurzył się w industrialnych ciemnościach. Chciałem go ostrzec, ale przypomniałem sobie, iż nie przepada za takimi uwagami, więc gryząc się w język, powstrzymałem siedzący w przełyku okrzyk.

– Aha! – wybuchnął, robiąc wrażenie pozbawionego głowy. – Już widzę przyczynę naszych problemów! To stara miedziana śrubka. Musiała wypaść z obudowy i trafić między koła zębate – zapewnił, zachwycając się bystrością własnego umysłu.

Natomiast ja byłem zwyczajnie zdegustowany. Od lat ojciec uważał siebie za najbardziej błyskotliwego mężczyznę w okolicy – prawdziwą złotą rączkę. Nie dopuszczał myśli, że ktoś inny może mieć równie inteligentne pomysły.

– Teraz spróbuję wyciągnąć to małe diabelstwo – zakomunikował, posyłając w mechaniczne mroki jedną rękę. – Już prawie... mam! – huknął.

Podajnik wypluł z siebie ostatnie brudne dźwięki, a zaraz potem taśma ruszyła do przodu.

– Ojej! Szybko! Wyciągnijcie mnie stąd! – zdążył krzyknąć, nim bestialskie tryby wciągnęły jego palec i zmiażdżyły kość wraz z okalającymi ją tkankami.

Szybko chwyciliśmy go i ułożyliśmy na podłodze.

– A niech to szlag! – jęknął pałającym złością tonem.

Palec momentalnie przybrał barwę intensywnej purpury, a na ziemi pojawiły się pierwsze plamy krwi.

– Nie ruszaj się, tato, zaraz coś wymyślimy!

– George, która godzina? – zapytał, zwijając się z bólu.

Brat roztrzęsionymi rękoma z trudem wyjął kieszonkowy zegarek.

– Prawie czwarta po południu – odrzekł zlękniony.

Tata lekko skinął głową.

– Słuchajcie mnie. Francesco zabierze mnie do domowego lekarza Victora, a wy musicie pojechać na dworzec i odebrać Herberta. Poradzicie sobie, przecież jesteście moimi synami.

Jedynymi wskazówkami, które dostaliśmy, były daleko posunięty wiek wujka, potężna postura, a także długie bokobrody i sumiaste wąsy.

Z takim zamazanym opisem stanęliśmy na peronie. Zatrzymujące się pociągi buchały rozgrzaną parą. Wypuszczały spod obracających się kół zawiesiste kłębowiska białego dymu. Ludzie witali się i żegnali, płakali ze szczęścia i ze smutku. Staliśmy w samym środku tętniącego życiem dworca i wiernie czekaliśmy na pociąg prosto z miejscowości portowej Genovy, który miał przybyć za parę minut.

Przypatrując się fascynującej okolicy, usłyszeliśmy gwizd hamującej lokomotywy. Kolejne wagony migały nam przed oczami. Na jednym z nich odczytałem w końcu napis: „di Genova”. Szturchnąłem brata, oznajmiając mu, że to jest właściwy pociąg. Na jego twarzy początkowo zagościł uśmiech, lecz po chwili brwi nacierające na gałki oczne obwieściły zmartwienie.

– Ale czy my go poznamy? – zapytał zafrasowany.

– Nie mam pojęcia – odrzekłem.

Nie wiedzieliśmy, że to on odnajdzie nas. Lustrując mijanych ludzi, poczułem, iż moja głowa puchnie, a żyłki przy skroni uderzają coraz mocniej. Cały świat zaczął kręcić się dookoła i straciłem grunt pod nogami. Z koszmarnego snu wyrwało mnie niewielkie klepnięcie.

– Dobry wieczór! – obudził mnie nieznajomy mężczyzna przechodzący obok.

Był to właśnie wuj Herbert. Wszystkie części z opisu taty zgadzały się co do joty.

– Pewnie mnie nie znacie, ale ja was szybko rozpoznałem. Jesteście bardzo podobni do Billa. Pozwólcie, że się przedstawię. Nazywam się Herbert Bingley i jestem kuzynem waszego ojczulka – Billa Bingleya, od strony jego taty – Charlesa Bingleya, który z kolei był rodzonym bratem mojego ojca – Arthura Bingleya.

– Przepraszam, czy wuj byłby łaskaw raz jeszcze to powtórzyć? – poprosił roztrzepany braciszek.

Wujek Herbert zaśmiał się donośnie, objął George’a swoją niedźwiedzią łapą i po raz kolejny przystąpił do kreślenia rodzinnego drzewa genealogicznego.

Kiedy wróciliśmy do domu, elektryczne latarnie skutecznie rozpraszały nachalne ciemności zimowych wieczorów. W ich świetle tańczyły malutkie płatki śniegu. Przyglądaliśmy się temu wykwintnemu przedstawieniu z uwagą. Idąc wzdłuż uliczki, można było ujrzeć całą masę najrozmaitszych spektakli. Wszystkie posiadały własną scenę. Na jednej z nich drobni śnieżni aktorzy brali udział w zimowych wyścigach, na innej – niesieni na skrzydłach przyjacielskiego wiatru – wzbijali się w powietrze, a jeszcze na innej rozgrzani blaskiem latarni skakali do przydrożnej kałuży.

Wujek Herbert kilkakrotnie zapukał do drzwi. Nie czekając długo, powtórzył ową czynność.

– Już idę, chwila! – odezwała się mama, otwierając przymrożone drzwi.

Poczułem błogie uderzenie domowego ciepła, a ze środka przyfrunęły rozkoszne zapachy jedzenia.

– Witaj Wendy, kopę lat, co? – rozpoczął wujaszek.

– Ach! Wchodźcie do środka, nie stójcie na zewnątrz! – nakazała mama.- Jak miło cię widzieć, Herbercie. Nie zmieniłeś się nic a nic. Zawsze towarzyszy ci dobry humor – powitała przybyłego z dalekich stron gościa.

Zdjęliśmy z siebie kożuchy, przemoczone buty i obraliśmy za cel lśniący czystością salon. Na rozstawionym stole brylowały apetyczne potrawy oraz parujący alkoholem cynamonowy grzaniec. Wspaniałe dania prędko pobudziły do działania nasze ślinianki i żołądek.

– A gdzie jest Billy? – zapytał wujek, rozsiadając się na miękkiej sofie.

– Tutaj, kolego – uciął wchodzący do pokoju tatko. Wyglądał na wyssanego z energii starszego pana. Ostrożnie podszedł bliżej i dosiadł się do przykrytego obrusem stołu. – Nie tak to miało wyglądać... Przepraszam cię, Herbercie – oznajmił pokonanym głosem.

– Daj spokój, kuzynie – odparł wuj. Stanął przy ojcu, położył dłonie na opartych o fotel barkach, po czym zapadł w krótką zadumę, jak gdyby próbował odczytać jego myśli. – Twoi synowie George i Jeremy opowiedzieli mi o dzisiejszym wypadku.

– Rzeczywiście – skinął głową ojczulek. – Straszna sprawa. Odwiedziłem już lekarza, opatrzył ranę, dał odpowiednie lekarstwa i kazał dużo wypoczywać. Zasrane tryby... zmiażdżyły mi palec! – zagrzmiał rozżalonym tonem. – Przepraszam, ale wrócę do łóżka, mam wysoką gorączkę, więc i tak tylko majaczę...

Starannie przygotowaną kolację spożyliśmy bez jego towarzystwa. Podczas wieczornego posiłku panowała dziwaczna atmosfera. Z jednej strony radość z okazji przybycia wujka, z drugiej – zmartwienie niepokojącym stanem zdrowia taty.

Tak jak reszta domowników, zaraz po przyjemnym uczuciu sytości poczułem nieodpartą chęć położenia się do snu. Niestety, pomimo tego nie zdołałem zażyć snu. Bez ustanku coś mnie z niego wyrywało. Raz były to odgłosy nocnej dorożki, a innym razem uderzenia nikczemnych gałęzi w okna pokoju.

W końcu dałem za wygraną i wstałem, aby napić się wody. Idąc do kuchni, zauważyłem smugę światła z pokoju gościnnego. Zdecydowałem zobaczyć, kto je zapalił, dlatego zakradłem się bliżej.

– Wejdź, serdecznie zapraszam – usłyszałem potulny głos wujaszka Herberta. – Usiądź no, śmiało. Pewnie zastanawiasz się, co tutaj robię o tak później porze. No cóż, ja również nie mogłem zasnąć. Pozwól, że coś ci opowiem. Otóż twój ojciec był kiedyś zupełnie innym człowiekiem. Niestety, czasy szybko się zmieniają, a wraz z nimi ludzie... – oświadczył, biorąc solidny łyk brandy.

ROZDZIAŁ 2 Szanowny pan Bingley

Billy urodził się w 1851 roku w średniozamożnej rodzinie jako pierwsze i jedyne dziecko państwa Bingleyów. Nieszczęśliwa para starała się o nie bardzo długo, jednak po wielu latach prób i nieustannych narzekań ze strony obojga rodziców, na świat przyszedł wyczekiwany potomek. Niestety, podczas porodu wystąpiły poważne komplikacje, w wyniku których życie dziecka było zagrożone. Mały Billy zbyt mocno kopał nóżkami i niefortunnie zaplątał się w pępowinę, dlatego nie potrafił opuścić łona czekającej na jego przyjście wycieńczonej mamy. Leżąc na łóżku, żarliwie modliła się do Boga, aby to zakończył. W tym momencie nastąpił przełom i malutka główka niemowlęcia nieśmiało przywitała nowy świat.

– Cieszę się, że w końcu zdecydowałeś się wyjść – wyszeptała do przytulonego synka.

Jej mąż, a twój dziadek, Charles, wyczekując w drugim pokoju razem z moim tatą Arhurem, co chwilę wstawał i siadał, wychodził na zewnątrz, a zaraz potem wracał. Kiedy usłyszał o szczęśliwym rozwiązaniu, natychmiast wyciągnął z kredensu specjalnie przygotowaną na tę radosną okoliczność butelkę whisky, nalał w dwie szklanki i wzniósł płynący prosto z serca toast.

– Wypijmy zdrowie mojego wspaniałego syna, młodego następcy rodu Bingleyów! – wykrzyknął, uderzając swoją szklanką w drugą, trzymaną przez mojego ojca.

Mały Billy rósł jak na drożdżach. Był uśmiechniętym chłopcem, który każdą wolną chwilę spędzał na świeżym powietrzu. Zatroskani rodzice martwili się jednak o jego dobre wychowanie. Pragnęli, aby wyrósł na pełnego wigoru i zapału do pracy inteligentnego mężczyznę.

Od najmłodszych lat wpajali mu, co to znaczy mieć dobry zawód. Charles zajmował się układaniem szyn kolejowych. Jeżeli miał jakąś fuchę w mieście, niejednokrotnie zabierał ze sobą małego Billy’ego. Systematycznie oswajał go z widokiem ciężkiej pracy, a także przyuczał do roli porządnej głowy rodziny. Będąc synem pierworodnym, chłopak padł ofiarą eksperymentów swoich rodziców, którzy niewątpliwie chcieli dobrze, lecz nazbyt poważnie potraktowali rolę życiowych przewodników w świecie zagubionego dziecka.

– Coś strasznego – stwierdziłem, słuchając historii opowiadanej przez wujaszka Herberta.

– Tak – zgodził się. – A więc, chcąc nie chcąc, twój tata już za młodu stał się dojrzałym człowiekiem, któremu nie były obce trudy dnia powszedniego. Chodząc do szkoły, nie miał wielu przyjaciół w swoim wieku. Kolegował się ze starszymi. No cóż, może jego rodzice już wtedy przeczuwali, co ich spotka? – podsumował, wydobywając z zamierzchłej przeszłości bolesne fakty. Zmizerniał, a jego oblicze przybrało anemiczny, blady kolor. Na twarzy i szyi pojawiły się niewidoczne przedtem zmarszczki. Zamilkłszy, ponownie zmoczył usta w brunatnym alkoholu.

– Coś się stało, wujku? – zapytałem niepewnie.

– Nie, wszystko w porządku. Może po prostu niepotrzebnie przywołuję stare dzieje, może już najwyższa pora odstawić je na półkę i nigdy więcej nie odkurzać? – kontynuował melancholijnym głosem, jak gdyby żałował wypowiedzianych słów.

– Proszę, opowiedz mi coś jeszcze.

– Nie wiem, czy powinienem.

– No dalej, nie daj się prosić, wujku. Jestem siedemnastolatkiem i mam prawo dowiedzieć się czegoś więcej o mojej rodzinie!

– Dobrze, ale mów ciszej, bo zaraz wszystkich obudzisz i wtedy nici z opowieści – rozkazał. – Pamiętam wakacje, kiedy dorastający Billy przyjechał z rodzicami do naszej posiadłości w Troy w stanie Nowy Jork. Jako że na co dzień mieszkali w Albany, a odległość między naszymi miastami była niewielka, dość często odwiedzaliśmy się nawzajem – w końcu nasi ojcowie byli braćmi. Kuzyn, choć wyglądał młodo, zachowywał się dużo poważniej.

Pewnego razu leżąc na kocach, odpoczywaliśmy po sytym obiedzie. Zapytałem go, czy wybrałby się z nami, to znaczy z moimi przyjaciółmi, na zabawę w podchody w pobliskim lesie. Z urzędową miną odparł, że woli zostać i pomóc mojemu tacie dokończyć obijać deskami właśnie wybudowaną szopkę. Zafundowana mi odpowiedź brzmiała w jego ustach naprawdę kuriozalnie. Pomyślałem sobie: „Skąd u diabła u takiego chłopca rodzą się tak dziwne pomysły? Przecież to nienaturalne!”. Ale cóż miałem począć? Mój ojciec Arthur tylko wyniósł go pod niebiosa, iż wyrośnie z niego wspaniały kawaler, natomiast mnie porządnie zrugał, ponieważ uważał, że jestem zwykłym obibokiem, któremu tylko zabawa w głowie. Staruszkowie uważali Billy’ego za prawdziwy diament i cud natury. Muszę przyznać, że kuzyn był bardzo inteligentny i nierzadko miały miejsce sceny, kiedy to pomagał tacie w podjęciu właściwej decyzji, zwłaszcza po zamieszkaniu u nas na stałe...

– Jak to?

– Powoli, wszystko po kolei – zganił mnie wujaszek. – A więc jak wspomniałem, twój ojciec wykazywał ponadprzeciętne zdolności, szczególnie jeśli chodziło o nauki ścisłe. Jak na swój wiek, potrafił szybko rachować i błyskawicznie wykonywać w głowie skomplikowane obliczenia. Liczył właściwie wszystko: wydawane pieniądze, dachówki niezbędne do pokrycia dachu, przybijane do płotu sztachety lub kroki potrzebne do przejścia danego obszaru. Niekiedy było mi go naprawdę żal. Widziałem starego człowieka w młodzieńczej skórze, nieszczęśliwe dziecko, któremu bezwzględnie zabiera się dzieciństwo i okrada z okresu jedynej w swoim rodzaju wolności ducha. Jeszcze większej dramaturgii przysparzał fakt, że Billy nawet tego nie dostrzegał, ponieważ autentycznego dzieciństwa nie doświadczył nigdy.

– Billy, czy myślałeś o tym, aby po zakończeniu szkoły kontynuować naukę w innej, wyższej placówce? – zapytałem podczas którychś odwiedzin, jeśli dobrze pamiętam było to Święto Dziękczynienia.

– Nie mam pojęcia, Herbercie, nie wiem, czy będą mnie chcieli – odrzekł nieśmiało.

– Co ty opowiadasz, bracie! Przecież jesteś mądrzejszy od większości uczniów w swojej szkole.

– Ale to tylko mała szkoła w Albany, są dużo większe...

– Oj, nie przesadzaj – zakończyłem, widząc wzrastający niepokój Billy’ego. – Chodź, porzucamy piłką.

– Ale wujku – przerwałem. – Opowiedz mi, jak to się stało, że zamieszkaliście razem.

– Właśnie do tego zmierzam, po prostu słuchaj i wykaż odrobinę więcej cierpliwości – skarcił mnie wuj Herbert. – Rok 1865 był dla twojego ojca najgorszym okresem w jego życiu. Wszystko zaczęło się na jesieni, gdy wuj Charles dostał niezwykle dochodowe zlecenie. Jego firma miała ułożyć spory kawałek szyn pod pociąg towarowy. Buchający parą pojazd miał przewozić ścięte drzewo do miejscowości, która swą nazwę zawdzięczała dwóm finezyjnie płynącym przez jej środek strumykom. Twin Brooks, tak właśnie nazywało się owo miasteczko... miasteczko, w którym zmarł twój dziadek.

Pod koniec września wujek Charles wypoczywając w rodzinnej Albany, podczas wieczornego posiłku poinformował zebraną familię, czyli Billy’ego oraz ciocię Jane, o nowej pracy, dzięki której będą mogli odłożyć trochę pieniędzy na remont podstarzałego domu. Jedyny feler polegał na tym, że przez prawie trzy miesiące byliby w rozłące, gdyż kontrakt wymagał wyjazdu w surowe tereny Stanów Zjednoczonych.

– Ale tato, czy naprawdę musisz wyjeżdżać na tak długo? – zapytał zmartwiony Billy.

– Przykro mi, ale nie mam innego wyjścia – odrzekł chłodnym tonem wuj.

Pomimo że był trzymany żelazną ręką i często karcony, Billy bardzo szanował swojego ojca. W przyszłości pragnął być taki jak on... zresztą wszystko na to wskazywało.

– To znaczy... kiedy masz zamiar do nas wrócić? – zapytała ciocia Jane, sprzątając ze stołu.

– Przełożeni obiecali, że wrócimy na święta – zapewnił.

W następną niedzielę, po porannej wizycie u Najwyższego w miejscowym kościele, a następnie uroczystym obiedzie, Billy wraz z matką, stojąc na dworcu, żegnali odjeżdżającego stalowym monstrum wujka Charlesa. Płakali słonymi łzami i machali do niego, ile tylko mieli sił w rękach.

– Pamiętaj, pisz do nas! – krzyknęła łkająca Jane.

– Nie bój się, nie zapomnę! – zdążył odpowiedzieć, nim zniknął w ciemnym tunelu, pozostawiając za sobą ślepo obijające się o ściany echo.

Tej jesieni Billy bardzo zmężniał. Oprócz wypełniania szkolnych obowiązków musiał także przygotować całe domostwo na nieuchronnie zbliżającą się zimę. Codziennie po odrobieniu prac domowych ruszał do szopki, gdzie zaszywał się na kilka godzin. Szykująca wieczerzę mama wielokrotnie słyszała z otwartego okna dźwięki trzaskającego drzewa. Rada z przykładności syna, sumiennie umieszczała swoje spostrzeżenia w listach wysyłanych do pracującego ciężko męża:

Drogi Charlesie,

jak idzie Tobie praca? Czy nie przesilasz się za bardzo? Proszę Cię, uważaj na swój kręgosłup. Wielokrotnie na niego narzekałeś, tak więc musisz być ostrożny. W Albany wszystko w porządku. Tegoroczna jesień jest wyjątkowo ciepła i słoneczna, dlatego nie mamy prawa na nią narzekać. Wczoraj byłam na rynku i kupiłam owoce na przetwory. Kiedy wrócisz do domu, będziesz mógł ich spróbować. Zrobiłam czternaście dużych słoików, więc myślę, że wystarczy nam na całą zimę. Billy mówi, że dżemy są za mało słodkie, ale wiesz, że w tych sprawach nie można na nim polegać – przecież zawsze był takim łasuchem. Mówiąc o nim, chciałabym go pochwalić. Mocno się przejął rolą jedynego mężczyzny w domu i nie ma chwili wytchnienia. Codziennie znajduje sobie jakieś przydomowe prace i krząta się po podwórku do samego zmroku. Ostatnio łatał płot i uszczelniał okna. W szkole radzi sobie bardzo dobrze. Jest najlepszym uczniem w klasie. Niekiedy przychodzą do nas jego koledzy i proszą, aby wytłumaczył im rachunki z matematyki. Wierzę, że zostanie kimś wielkim. Jeżeli chodzi o mnie, to trzymam się jakoś, choć bez Ciebie wszystko zdaje mi się tracić sens. Bardzo tęsknię za Tobą i nie mogę się doczekać Twojego powrotu do Albany, Kochanie. Czekamy na Twój list.

Kochająca żona Jane

P.S. Czy wiedziałeś, że nasz sąsiad Rudolf Meisi ma brata? Wczoraj go widziałam i muszę przyznać, że są jak dwie krople wody. Gdyby Rudolf nie pomachał do mnie ręką, na pewno nie wiedziałabym, który z nich jest tym właściwym.

Wysyłała je co tydzień, natomiast twój dziadek nie był tak wylewny i wysyłał krótkie wiadomości raz na miesiąc. Myślę, że ciocia Jane traktowała to jako dobry sposób na wylanie z siebie leżących na sercu przemyśleń. Musiała się przecież przed kimś wyspowiadać, a w otoczeniu obcych ludzi była raczej nieśmiała i nieskora do prowadzenia dialogów.