97,99 zł
Przed nami ludzie, którzy nigdy nie weszli do historii.
Teraz po raz pierwszy wychodzą z mroku zapomnienia
Mieszczka Anna Molska odważnie staje przed sędziami i wie, że się nie podda.
Ludwik Skrzetuski tuż przed dokonaniem zajazdu na sąsiada klepie po karku swego wierzchowca i przypomina sobie, jak pierwszy raz ojciec posadził go na konia.
Michał Koźmian zakrwawioną i trzęsącą się dłonią chowa kawałek cukru do kieszeni.
Chłopka Marianna patrzy swoimi modrymi oczami zza kopki siana na pana Walentego Szomańskiego. Powoli dojrzewa między nimi miłość.
Od stawów pełnych ryb nad śląską granicą aż po bezmiar stepu, hen za Chortycę, największą wyspę Dniepru. Od nieba znaczonego mewami ponad bogatym, nadbałtyckim Gdańskiem, poza pełny szarych gołębi stołeczny Kraków, aż ku brzegom Morza Czarnego. Oto Rzeczpospolita Obojga Narodów, wyobrażona, nadwiślańska Sarmacja Polaków, Litwinów, Rusinów i innych nacji, istniejące przez kilkaset lat na równinach Europy środkowej imperium.
Niemal wszyscy są tu uzbrojeni, od szlachcianki i księdza po ostatniego parobka. Życie wisi na włosku i można zginąć każdego dnia.
Jakimś jednak cudem miliony ludzi urodzonych w Polsce sarmackiej między rokiem 1500 a 1800 nie pozabijały się, wytrwały w swej codzienności, dając nam w konsekwencji i życie, i języki, i kulturę.
Jaka była ta Polska naszych przodków? Mateusz Wyżga szuka jej tam, gdzie nikt nie szukał. W tym, co husarz robi, kiedy nie uczestniczy w bitwie, a chłopka, kiedy nie opiekuje się noworodkiem.
Przed nami historia zwykłych ludzi, utkana ze śladów, których nie zatarły upływające wieki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1416
Data ważności licencji: 11/17/2030
Projekt okładki
Kira Pietrek
Recenzje naukowe
dr hab. Piotr Guzowski, prof. UwB – Uniwersytet w Białymstoku
prof. dr hab. Adam Leszczyński – Uniwersytet SWPS
prof. dr hab. Wojciech Wrzosek – Uniwersytet im. Adama Mickiewicza
Redaktor inicjujący
Krzysztof Chaba
Opieka redakcyjna
Krzysztof Chaba
Magdalena Kowalewska
Opieka promocyjna
Karolina Domańska
Koordynacja procesu wydawniczego
Agata Błasiak
Opieka językowa
Agnieszka Mąka
Adiustacja
Kinga Kosiba
Korekta
Maria Zając
Joanna Kłos
Wybór ilustracji
Mateusz Wyżga
Krzysztof Chaba
Copyright © by Mateusz Wyżga
Copyright © for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2025
ISBN 978-83-8427-524-5
Znak Horyzont
www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2025
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Janowi, Radkowi i Justynie – dziękuję za wszystko
Gnōthi seauton (z gr. „poznaj samego siebie”),
napis nad wejściem do antycznej wyroczni w Delfach
Uśmiechnięci, współobjęci
Spróbujemy szukać zgody
Choć różnimy się od siebie
Jak dwie krople czystej wody
Wisława Szymborska
„Dawno, dawno temu…” Tak zacząłbym tę opowieść, gdybym był szanującym się bajkopisarzem. Ja jednak jestem historykiem, opieram się na dowodach i zacznę inaczej, bo to, co tu przeczytacie, wydarzyło się naprawdę: „Z pewnością by wszystką szlachtę wybili!”. Kto krzyczy te słowa? Gdzie jest? Wraz z otwarciem tej książki został aktywowany portal czasu. Ty i ja jesteśmy przybyszami z przyszłości. Nagle budzimy się w tym samym miejscu nad Wisłą, widzimy tę samą nazwę miejscowości, używamy podobnego języka i posługujemy się swoimi nazwiskami. Ale jest jakoś inaczej, ludzie wydają się trochę inni – jakby to był sen. Nasza kapsuła czasu, oszroniona w lodowatej czeluści, powoli ląduje na ziemi, z której ledwie przed chwilą się wzniosła. Nikt z obecnych tu, w wieczności, ludzi zaklętych w czasie przeszłym – nie widzi nas ani nie słyszy. A może właśnie żyją oni cały czas w swojej epoce, którą budzimy? Może właśnie czują, jakby ktoś ich obserwował? Przenika ich ciepło naszych dłoni trzymających tę książkę. Może my też miewamy podobne uczucia, bo obserwują nas z ukrycia przybysze z przyszłości, nasi późni potomkowie? Może już dawno zostaliśmy opisani?
Tymczasem to my jesteśmy obserwatorami. Przed nami ludzie, którzy nigdy nie weszli do historii, a teraz po raz pierwszy wychodzą z mroku zapomnienia. Mieszczka Anna Molska odważnie staje przed sędziami i wie, że się nie podda. Wyobraźmy sobie, jak Ludwik Skrzetuski tuż przed dokonaniem zajazdu na sąsiada klepie po karku swego wierzchowca i przypomina sobie, jak ojciec pierwszy raz posadził go na konia. Michał Koźmian zakrwawioną i trzęsącą się dłonią chowa do kieszeni kawałek cukru. Chłopka Marianna patrzy swoimi modrymi oczami zza kopki siana na pana Walentego Szomańskiego – powoli dojrzewa między nimi miłość. Czy to rodzice któregoś z nas? Ignacy Gałdek znów zachodzi do karczmy. Kogo wykopały z ziemi dzieci bawiące się za dębnym młynem w Krakowie? Dlaczego chłopi niemal do nieprzytomności pobili Kacpra Thyme, kata z miasteczka Poniec? Za kilka–kilkaset stron przyjdzie czas na nich wszystkich. Przed nami historia zwykłych ludzi.
„Z pewnością by wszystką szlachtę wybili!” Rozglądamy się teraz pilniej. Nad zamkiem w Sieradzu wstaje słońce. Dla wszystkich opisanych tu bohaterów, żyjących gdzieś tam w starej „Polszcze”, dawno przed naszym urodzeniem wzeszło już po raz ostatni. Blanki murów odbija spokojna tafla rzeki Żegliny. Żadna, nawet najmniejsza chmurka nie zakłóca głębokiego błękitu nieba. Ze szczytu jednej z wież miejskich, która wystrzela w niebo, widok niesie się daleko. Wszędzie dostrzegamy zwykłe życie. Mężczyźni w płóciennej odzieży wychodzą w pole z narzędziami rolniczymi na ramionach. Niektórzy prowadzą kolebiące się ociężale woły. Kobiety pochylają się nad pieloną kapustą, odznaczającą się niebieskawo w podłużnych grządkach, a w pobliżu dzieci wypatrują, czy to Baba Jaga skrzeczy w gęstych zaroślach. Na wieży zamku sieradzkiego widnieje krzaczaste bocianie gniazdo. Owo gniazdo wskazuje swej znajomej służąca piwowara. Śmieją się, mrużąc oczy pod wpływem mocnego słońca. Tego samego słońca co nasze. Sączy się przypołudniowy, senny czas. W kancelarii sądu grodzkiego, znajdującej się na terenie zamku, ledwie słychać skrobanie gęsiego pióra po chropawej kartce papieru czerpanego. Pismo jest ukośne, staranne, a ręka pisarza – pewna. Trwa właśnie rozprawa sądowa dotycząca brutalnego mordu. „Z pewnością by wszystką szlachtę wybili…”
Słowa te padły kiedyś w Polsce, w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, w wyobrażonej nadwiślańskiej Sarmacji Polaków, Litwinów, Rusinów i innych nacji, w imperium istniejącym przez kilkaset lat na równinach Europy Środkowej. W imperium nietypowym; w ojczyźnie małych ojczyzn; w państwie oddolnym o ziarnistej strukturze, odśrodkowym, w którym zwykły szlachcic na zagrodzie miał się za równego wojewodzie, a niektóry kmieć czy mieszczanin – za udzielnego pana swego obejścia. W państwie położonym między Zachodem a Wschodem, rozciągającym się od stawów pełnych ryb nad śląską granicą aż po bezmiar stepu, hen za Chortycę, największą wyspę Dniepru. Między Północą a Południem, od nieba znaczonego mewami ponad bogatym nadbałtyckim Gdańskiem, przez pełny szarych gołębi stołeczny Kraków, aż ku brzegom Morza Czarnego. Od Oceanu Sarmackiego, jak Jan Długosz nazywał Morze Bałtyckie, ku Górom Świętokrzyskim, które w opowieści naszego średniowiecznego kronikarza otrzymały miano Alp Sarmackich1.
Nie przywołaliśmy tu słów o lotnych jak bojowe drony Tatarach, ni o Szwedach czy o Kozakach. Wyrzekło je trzech panów Ostrowskich z ziemi sieradzkiej po śmierci swego brata. Śmierci zadanej z rąk plebejskich. Otóż – jak zapisano – pewien „chłop, zwaśniwszy się na szlachcica, onego zabił”2. Pod wielkimi wojnami Rzeczypospolitej toczyła się mała wojna zwykłych ludzi w obejściu domowym, po sąsiedzku i między osadami. Uzbrojony był niemal każdy – od szlachcianki, przez księdza, po ostatniego parobka. Cepy, szable, noże i pięści – na różne sposoby przekonywano się, jak nietrwałe są bariery stanowe; ciało zaś, czy to mieszczańskie, chłopskie czy jaśniepańskie, boli i krwawi tak samo. Życie wisiało na włosku i każdego dnia można było zginąć.
Jakimś jednak cudem miliony zwykłych ludzi, urodzonych w Polsce sarmackiej między 1500 a 1800 rokiem, wytrwały w swej codzienności, a w konsekwencji dały nam i życie, i języki, i kulturę, a razem z tym ogromną spuściznę materialną oraz piśmienniczą. Skoro się nie pozabijali, to trzeba zapytać – i jest to naczelna kwestia niniejszej książki – jak oni wszyscy się ze sobą dogadywali i współistnieli? Intrygę książki stanowi fakt, że mniej więcej co dziesiąty mieszkaniec zaliczał się do stanu szlacheckiego – to typowo polskie zjawisko. Oczywiście dysponujemy jedynie szacunkami. Ale jest to dużo, nawet jeżeli ostrożnie przyjmiemy jako minimum 5,5–6,5% szlachty na tle ogółu mieszkańców Rzeczypospolitej w XVII wieku3, a drugie tyle uznamy za ludzi będących w procesie zmiany społecznej, awansu, degradacji albo orbitujących na obrzeżu stanu szlacheckiego. Siłą rzeczy nie dla wszystkich starczyło miejsca przy pańskim stole i ludzie byli niejako skazani na współpracę. Tak wielka proporcja szlachty na tle plebejów oznacza, że procesy narodowotwórcze musiały – przynajmniej nieformalnie – postępować w najlepsze na bazie codziennych relacji społecznych. A zatem czy wszystkich naszych przodków łączyło coś poza byciem pod panowaniem jednego króla? Albo lepiej nawet spytać: Co nas łączyło? – bo w wielopokoleniowych ciągach genealogicznych wywodzimy się zarówno genetycznie, jak i kulturowo z tamtego społeczeństwa. I co nas dzieliło oprócz herbu? Jak oddolnie kształtowało się nasze społeczeństwo? Jak opisać to z poziomu zwykłych ludzi? Skoro zło tak łatwo można ukazać, bo samo pcha się przed oczy z każdej niemal sądowej zapiski archiwalnej, to jak zmierzyć i uwiarygodnić nawet nie tyle dobro, ile normalność? Jak w klinczu wiadomości niecodziennych i spornych – bo takie z reguły zapisywano – odtwarzać życie codzienne? To jest bowiem książka najzwyczajniej o relacjach międzyludzkich, międzystanowych, o których wciąż tak mało wiemy. A jednocześnie o poszukiwaniu ludzkiej sprawczości; własnej, odśrodkowej woli jednostki, realizowanej bez względu na społeczne i geograficzne miejsce urodzenia. O praktyce uważności i o woli życia, której my w jakimś sensie jesteśmy efektem.
By pogłębić wrażenie czytelnika, że został od razu wrzucony niemal prosto między setki bohaterów pierwszoplanowych i wydarzenia tu opisywane, esej metodologiczny przeniosłem do tyłu, za główną narrację. Jajko schowało się za kurę4. Tymczasem przed wami nawałnica prostych ludzkich historii pozyskanych z materiału empirycznego, z archiwaliów, i dziesiątki miejscowości tworzące kalejdoskop całej Polski, widzianej zarówno spod karczmy na warszawskiej Pradze, jak i pagórkowatych okolic małopolskich Raciborowic, gdzie od setek lat kobiety zanoszą do małego wiejskiego kościółka polne bukiety na Matkę Boską Zielną, trzymając je na rękach podczas sumy jakby niemowolęta. Dawni ludzie będą często zabierać głos, chociażby nużyła nas aż tak bliskość tego wszystkiego, czego sami doświadczamy w codzienności. Choćby wydawało się, że ot, zamiast książki trzymacie w ręce katalog. Mam wrażenie, jakbym rzucił w tłum mikrofon. Każdy chce powiedzieć do niego przynajmniej kilka słów, po czym podaje go dalej5. Przy próbie syntetycznego ujęcia całej Polski sarmackiej pierwszeństwo oddaliśmy dawnym wydarzeniom, nie opiniom o nich ani historiografii. Cóż bowiem innego zostało nam po przeszłości, jeśli nie szczątki w postaci zapisek o zdarzeniach i niezmiażdżonych przez upływający czas budynków, przedmiotów życia codziennego? Cała reszta to sztuka opowieści. Wielokrotne studia przypadku są tu jak pozytywka, wciąż wygrywająca tę samą melodię codzienności. Możecie się zastanawiać, dlaczego historyk społeczny tak napastliwie poszukuje nieuchwytnej, minionej codzienności. Odpowiedź jest prosta: wydaje mi się, że to w niej odbywały się ludzki trening uważności, koncentracja na trwającym życiu, bycie tu i teraz, ot – rzeczywistość. Jeśli pojmiemy codzienność, pojmiemy sens życia i wolę istnienia, którym wszystko inne było poddane. I tego sami od dawnych ludzi możemy się uczyć, zatopieni coraz bardziej w iluzji cyfrowej.
Przed wami opowieści o ludziach takich jak my – zwykłych, ubogich i bogatych. Uczłowieczanie ludzi bez historii, nietypowy cherry picking – zrywanie z drzewa wisienek zarówno dojrzałych i słodkich, jak i robaczywych, pogniłych i zdziobanych przez ptactwo. Ludzi w kontuszu, często pocerowanym, albo w siermiędze; zaradnych i słabych, tęgich i szczupłych, ot – przodków naszych, poddanych porządkowi czasu. Historia zwykłych ludzi, sarmatek i sarmatów przez małe, średnie i duże „s”, przez których zmultiplikowane indywidualne losy możemy poznać źródła współczesnego społeczeństwa polskiego6. Czy okaże się, że czytamy o ludziach w jakiś sposób do nas podobnych? Niech umarli przemówią raz jeszcze przez swoje czyny oraz przez swoje słowa, zapisane dawno temu. Nam pozostaje robić wszystko, by nie wpaść w pułapkę uproszczonej interpretacji kolei ich życia. Tym bardziej że na początku będziemy pisać o rzeczach strasznych. Zejdziemy na samo dno ludzkiego piekła, jak ongiś włoski poeta Dante w Boskiej komedii. Potem zacznie się wspinaczka ku rzeczom zgoła normalniejszym.
Poniżej – z obowiązku – wprowadziłem wstęp merytoryczny, ponieważ książka ma pełnić zarazem funkcję naukową, jak i popularyzacyjną. Chcę cię wprowadzić, miły czytelniku, zarówno na salony, jak i do kuchni historii. Dotrzemy na przodek jednego z tuneli w kopalni czasu, jakimi historycy nawiercają skamienielinę zapomnienia. Tam wespół ze mną będziesz trzymać wiertło i wydobywać cenny kruszec – ludzkie chwile, godziny i dni. Wstęp ów znajdzie rozwinięcie w eseju metodologicznym (albo raczej metafizycznym) zamieszczonym na końcu niniejszej książki. Będzie zatem przypominać rozłupaną skorupkę jajka.
Jako regionalista wolałbym, by każdą monografię wsi, parafii, gminy czy miasta rozpoczynano od historii zwykłych ludzi i codzienności, a dopiero potem opisywano wszelkiego rodzaju podziały własności, świat ziemian (cóż za niezwykła analogia – szlachtę posiadającą nieruchomości nazywa się jak mieszkańców naszej planety; czyż plebeje mieliby pochodzić z Marsa?). Posmak tego wysiłku tu właśnie zaznaczam. Przeszłość nadchodzi.
Obszar geograficzny. Przestrzeń niniejszych badań w części pokrywa się z dawną Rzecząpospolitą, określaną jako Rzeczpospolita szlachecka, Rzeczpospolita Obojga Narodów albo – zwyczajnie – Polska. Analiza objęła przede wszystkim ziemie etnicznie polskie – „Polskę etnograficzną”, jak to ujmował przed laty Jan Rutkowski – zamieszkałe od wieków przez Słowian zachodnich, a w opisywanych czasach Koronę. Gdy będziemy zmierzać na wschód i północ, nasza koncentracja na życiu społecznym będzie się rozrzedzać, tak jak rzedło osadnictwo polskie w żywiole ruskim i litewskim Rzeczypospolitej7. Dlatego w tytule widnieje słowo „Polska”, a nie „Rzeczpospolita” czy „Korona” – nazwa zachodniej części tego państwa. Z kolei określenie „sarmacka” odnosi się zarówno do epoki staropolskiej, jak i do źródeł naszego narodowego charakteru, gdyż Polska szlachta chciała uchodzić za potomków walecznych antycznych Sarmatów, za których jeszcze Jan Długosz miał Polaków. A plebeje, zapatrzeni w swych panów, chłonęli tę kulturę. Mieszczanie również mówili o sobie, że są sarmaccy. A większość z nich wywodziła się ze wsi, z chłopstwa. Dlatego też podtytuł książki – Historia zwykłych ludzi – meandruje w kierunku szerokich mas społeczeństwa8. Zresztą legendy o początkach Polski i Polaków zlewają ze sobą wszystkie stany, wskazując nawet chłopskie korzenie herbów polskiej szlachty i że niektóre „prostość jakąś kmiecą obrazem swym pokazują”9. Jak będę się starał dowieść w tej książce, rozmaite uwikłania wszystkich stanów społeczeństwa staropolskiego – a zwłaszcza gospodarcze, społeczne i kulturowe – oscylowały wokół swoistej „sarmackiej” oryginalności zrodzonej nad Wisłą, określanej z czasem jako „sarmatyzm”. Bo o sarmackiej genezie naszego społeczeństwa mówiło się już w średniowiecznej Europie10.
Nie mogłem przepuścić tej książki przez żaden bardziej szczegółowy filtr analizy historycznej jak praca, rodzina czy przemoc. Sprawy, o których piszemy, mają zbyt szerokie pola znaczeniowe, dotykają codzienności i niecodzienności, mentalności, cielesności, godności czy sprawczości jednostki i grup lokalnych. Nie jest to zarazem synteza dziejów – raczej ich antysynteza. To podejście bliższe się zdaje nie tradycyjnej historii, ale antyhistorii, ponieważ poza epoką staropolską, wyznaczoną w przybliżeniu, czas został wywleczony na lewą stronę jak worek, w którym było zboże. Daty rozpierzchły się jak ziarna. A jednocześnie przestały przeszkadzać. Tak – witajcie w bezczasie historycznym, w wannie czasu, której brzegi ograniczają się do doby staropolskiej. Nic tu nie tyka, nie ma pośpiechu takiego, w jakim nas wychowano – pod dyktando sekund, pod bicz terminarza. Czas wyznaczają słońce, potrójne pianie kogutów i dzwon na wieży. A jednocześnie będę starał się wam pokazać, jak niewiele w nas samych ulega zmianie przez kolejne wieki. Może widać coś na zewnątrz: dżinsy zamiast kontusza, smartfon zamiast ryngrafu, ale w środku – co historykowi chyba najtrudniej przyznać, bo zajmuje się on uwikłaniem człowieka w czasie – wciąż jesteśmy niemal tacy sami.
W ramach poszukiwania genezy naszego narodowego i społecznego charakteru będę próbował stanąć w poprzek dwóch tendencji, które naprzemiennie wiją się w rodzimej nauce i kulturze – zwrotowi sarmackiemu (szlacheckiemu) i zwrotowi ludowemu. Jest to o tyle istotne, że udział liczbowy szlachty w społeczeństwie, większy niż na dawnych ziemiach czeskich czy węgierskich, odbijał się wieloma ciekawymi splotami.
Będziemy szukać polskiej duszy nie na mównicach i ambonach, nie w konstytucjach i pismach myślicieli, ale oddolnie – przez obserwowanie relacji społecznych napędzających codzienność i pracę, zwłaszcza relacji międzystanowych, a więc między chłopstwem, mieszczaństwem a szlachtą i duchowieństwem, tymi wszystkimi, o których dziś powiedzielibyśmy: „zwykli ludzie”, chociaż dzieliły ich bariery społeczne. Większość z nich była sobie bliska majątkowo i kulturowo: nie umiała pisać lub czyniła to z wysiłkiem, słuchała podobnej muzyki i pracowała fizycznie. Na razie nie ma tu miejsca dla magnatki. Pozwólmy jej mknąć dalej przez jej codzienność i patrzmy, jak w kurzu drogi oddala się jej pozłacana karoca. Interesuje nas bardziej ten, kto prowadzi pojazd.
Chronologia. Książka dotyczy nowożytnej historii społecznej ziem polskich, czyli XVI–XVIII wieku. Nie interesują mnie jednak zmiana w czasie, nadziewanie wydarzeń na rożen chronologii ani związki przyczynowo-skutkowe, lecz coś zupełnie przeciwnego – a mianowicie to, co pozostaje stałe, co jest uparte i właściwie nie przemija. Owo długie trwanie, powracające – wedle koncepcji Fernanda Braudela, wybitnego francuskiego historyka – niemal bezwiednie przez setki lat. Deszcz leci w dół, nie w górę, skapuje na nos zarówno w 1501 roku, jak i w 2025 roku, i powoduje określone zachowanie człowieka. Głód zmusza do zapchania żołądka, a zimno – do okrycia się i wzniecenia ognia. To jest czas cywilizacji. Na historię prawie nieruchomą nakłada się czas gospodarczy. To dopiero poruszane jego prądami, jakby w wodach morskich, zaistnieją historie wydarzeniowe – krótkie, głośne i efektywne, odchodzące w niepamięć tak szybko, jak nadeszły. To przychodzi nam na myśl, kiedy wspominamy, że ów znakomity badacz uczynił bohaterem swojej książki Morze Śródziemne, które w przekroju ma dno (niemal bezczas cywilizacji), głębiny (czas gospodarczy) oraz powierzchnię (czas wydarzeniowy).
Są, rzecz jasna, niezwyczajne wydarzenia, które wywołały szok, a przez to wypaliły się na powierzchni naszej codzienności już na zawsze. Wystarczy przywołać dzień ataku na wieże WTC w Stanach Zjednoczonych albo dzień katastrofy prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Ileż nieważnych dotąd codziennych rytuałów wryło się w nas już na zawsze. Wiązany krawat, smak sałatki warzywnej, zapach proszku do prania akurat z tego dnia. Tak też gwałtowny i zaskakujący incydent odbija w sobie powidok nieuchwytnej codzienności, jakby okrywająca ją szata została gdzieś rozerwana i odsłoniła nagą skórę. Wydarzeniami odkształcającymi codzienność w mikroskali były właśnie tysiące drobnych historii zwykłych ludzi, zapisane w księgach sądowych. Niecodzienność i codzienność w wiecznym pościgu archiwalnym. A zarazem to, że zwykli ludzie wciąż pojawiają się w zapiskach sądowych, że nie tracimy ich spod szkiełka mikroskopu, stanowi dowód na ich sprawczość. Oni wiedzieli, że coś mogą ugrać, wybronić, zyskać. Choćby ktoś inny zapisał ich zeznanie, szukamy w nim ukrytego „ja” bohatera11.
To jest – jak śpiewa zespół Coma – ich „pierwsze wyjście z mroku”. Do wielkiej historii weszli oni kuchennymi drzwiami, są nieśmiali, wolno i cicho idą pustym teraz korytarzem, aż trafiają na wybłyszczony parkiet rozjaśnionej sali współczesności. Ich życie stoi teraz na półkach księgarskich obok różnorodnych popularnych, niecodziennych i nietuzinkowych książek. I tak idą przez ten owalny gabinet. Na ścianach portrety poważnych arystokratów, heroicznych bohaterów z pól bitew – to im zwykli ludzie gotowali strawę, cerowali bieliznę i podawali w boju kopie, poranionych ciągnęli do tyłu. Dalej zaś, na pociemniałych nieco obrazach, twarze bogatych rajców największych miast Rzeczypospolitej, duchowni i profesorowie. Gdy tak idą wskroś tego pomieszczenia, nasi mikrobohaterowie pytają jeden drugiego: „To tu teraz tak można? Tak bez plakietki VIP? Nas się tu teraz oczekuje?”. Zwykli ludzie na czerwonym dywanie. Zawsze, zawsze ich szukałem, zapomnianych. To były prawdziwe postacie. Czyż muszę ich więc na powrót uczłowieczać, czy muszę udowadniać ich sprawczość? Przecież większość z nas jest ich biologicznymi potomkami!
Chcę opisać wszystko to, co nie poddaje się chronologii ani zmianie w czasie; co jest trwałe jak odległości geograficzne czy sezonowość. Po latach analiz procesów ludnościowych, ujęć statystycznych i długofalowych procesów gospodarczych, których dokonywałem jako demograf historyczny, gdy mam już zgromadzoną w bazach danych całą tę wiedzę o wichrach życia, chcę drążyć jeszcze głębiej. Iść dalej niż polityka i zmiany koniunktury. Zająć się zwykłym człowiekiem – z szacunkiem dla jego indywidualności, sprawczości i podmiotowości, logiki i miejsca w świecie, który tylko pozornie minął. Poskładać pejzaż społeczny z ocalonych w zapiskach szczątek, napędzający się siłą odśrodkową, oddolną energią małych ojczyzn, wsi i miasteczek. Te drobne trybiki dopiero współtworzyły wielki proces dziejowy. W ten sposób od mikrohistorii, zwielokrotnionej przez przypadki jednostkowe i społeczności lokalne z różnych obszarów ziem polskich Rzeczypospolitej Obojga Narodów, pragnę dojść aż do państwa widzianego nie tyle odgórnie, ile z takiej perspektywy, jakby było ono jedną wsią, a król… jej sołtysem albo dziedzicem. Moja potrzeba szerokiego spojrzenia na społeczeństwo Rzeczypospolitej to zarazem próba poszukania odpowiedzi na „niepokojące problemy chwili” – jak pisał Fernand Braduel. To taka historia zaangażowana, świadoma swych obowiązków i zarazem ambitna, jest niezwykle ważna teraz nad Wisłą, w czasie kolejnego zwrotu ludowego i zarazem sarmackiego. Przykład francuskiego badacza pokazuje, że ukazanie różnorodnych aspektów życia ludzkiego jest atrakcyjne nie tylko dla historyków, chociaż jego płynność okazuje się tak trudna i ryzykowna w opisie. Cel jest jednak zbyt ważny, zbyt pożyteczny, by obawa przed ukazaniem szerokiego pejzażu staropolskiego społeczeństwa miała ten pokaz uniemożliwić12.
Daty zostały zepchnięte do narożnika przypisu źródłowego13, ponieważ w pulsie życia społecznego niewiele znaczą, a może bardziej zaburzają wywód. Historia społeczna był to bowiem spektakl bardzo powoli postępującej ewolucji, a nie rewolucji. Zamiast solistów prezentujemy chór, zamiast wirtuozów – symfonię. Z premedytacją mieszam w języku narracji czas przeszły i teraźniejszy, by jeszcze bardziej zbliżyć tamtych ludzi do nas, aż ich zobaczymy koło siebie albo zaczniemy przeczuwać, że sami trafiliśmy do ich świata.
Nasze podejście wyznacza historia społeczna, historia zwykłych ludzi i ich codzienności. Czy nasze wyobrażenia o przeszłości, o świecie płaszcza i szpady, Sienkiewiczowskiej Trylogii i serialu 1670 okażą się trwałe w zderzeniu z minionym zwykłym życiem, odbitym w zapiskach archiwalnych? Życie to zazwyczaj pozostawało niedostrzegane z powodu swej oczywistości i banalności14. To właśnie nazywam historią odśrodkową, w której w ramach poszukiwań genezy współczesnego narodu polskiego zagłębiamy się w ludzkiej jednostce, by przez lokalizmy oraz relacje rodzinne i sąsiedzkie zmierzać ku szerokim połaciom kraju15. Wchodzimy w ten świat najgłębiej, jak tylko pozwala nam – bądź co bądź – ograniczone pole manewru. Jednocześnie przyjęty styl narracji obnaża autora niewszystkowiedzącego (niechże czytelnik ma świadomość, że prócz niego jest tam, w zaświecie, jeszcze ktoś żywy), który idzie równym krokiem z czytelnikiem i bohaterami opowiadanych historii, zagląda do zaułków miasteczek i za zmurszały świerk w lesie, w osłupieniu poznaje koleje życia znędzniałej szlachcianki czy przedsiębiorczego kmiecia, nie może się nadziwić przeszłej rzeczywistości. Jest jak dziecko realizujące marzenia. Dla pisarza, jak wskazuje Frederick Forsyth, to praktyka nieodzowna, a pisarz i badacz historyczny nie jest tu wyjątkiem. Historyk społeczny winien zadurzyć się w otaczającej go współczesności, odczuwać nienasycenie społeczeństwem, pilnie je obserwować, mieć tam swoje zarazem laboratorium i terytorium łowieckie. A typowe i nietypowe zachowania i twarze jak gotowe formy życia odłożyć sobie do późniejszego wykorzystania w archiwum, drugiej przestrzeni swej pracy16. Chcąc zrozumieć właściwie i dogłębnie przeszłość zwykłego człowieka, przyglądam się dobrze współczesności.
Gdy badacz odrzuca wspomnianą naukową wszechwiedzę i doświadcza wraz z czytelnikiem spaceru po przeszłości, „musi zrezygnować z rozumienia, żeby zrozumieć więcej”17. Nie podzieliłem z góry ludzi na panów i poddanych, na głupich i mądrych, na leniwych i pracowitych. Poczekałem cierpliwie, aż przeszłość nadejdzie i sama zacznie się opowiadać. A ja będę jej trzymał przy ustach mikrofon – jak dziennikarz. Najbardziej ze wszystkiego chodziło mi o unikalne spojrzenie na przeszłość.
Pozostaje jeszcze jeden aspekt. Kiedy trzymam w ręce jakąkolwiek parafialną księgę zmarłych, mam głębokie przeświadczenie, że występuję w roli ducha wszechwładnego, demiurga, który zna datę końca życia człowieka. Mam na myśli kogoś, kogo wcześniej na podstawie innych źródeł umiałem zastać, kiedy ten jeszcze żył. Jakaż to władza, jaka świadomość: móc być zarazem organizatorem historycznego eksperymentu, obserwacji uczestniczącej czyjegoś istnienia, które się wciąż dzieje w zapisce archiwalnej, ale – w przeciwieństwie do bohatera historii – znać datę jego zgonu co do dnia, a niekiedy godziny. Mało tego – znać przyczynę śmierci i miejsce pochówku. To totalna, ponadrzeczywista władza nad pamięcią, życiem i ludzką jednostką. W historii pociąga mnie refleksja nad jej nieodwracalnością. Odwracalne i negocjowane są jedynie sądy o niej.
Przedmiot badań. Książka zwraca uwagę na zwykłych ludzi, niebędących jednostkami sprawczymi w historii podręcznikowej, ale już w swoim życiu i w lokalnej wspólnocie – owszem. Co więcej, to jednostki sprawcze w skali geografii swojego życia codziennego, w skali społeczności lokalnej. W ten sposób zwykły człowiek staje się w obszarze historii społecznej oddolnym „twórcą cywilizacji”18. Zajmują nas przede wszystkim mieszkańcy wsi, bo w pejzażu staropolskiego świata to wieś dominowała demograficznie i przestrzennie nad miastem. Mieszka tam głównie ludność chłopska, a wciąż wiemy o niej najmniej. Prócz niej na wsi żyje szlachta, nieliczne duchowieństwo i Żydzi. Razem tworzą oni już około czterech piątych ludności Rzeczypospolitej. Pozostały odsetek żyje w miastach. Ale nie są to jedynie mieszczanie cieszący się pełnią praw i obywatelstwem lokalnym. Sporo tam chłopstwa, które z mieszczanami łączą rozliczne więzi. Wymierające demograficznie miasta wciąż zasila dopływ ludności ze wsi. Poza tym ubożsi członkowie rozrastającego się stanu szlacheckiego poszukują tam szansy dla siebie, a szlachta bogata – magnaci – wznosi swoje rezydencje. Z drugiej strony i na wsi ciągle widzimy mieszczan robiących tam interesy, a także wszelkiej maści ludzi żyjących na obrzeżach społeczeństwa stanowego.
Nie miejsce teraz na potężne nazwiska ani daty wielkich zwycięstw czy porażek oręża polskiego, których zapamiętania wciąż się wymaga, a które i mnie ulatują z głowy. Ja sam zacząłem dogłębnie rozumieć historię dopiero wtedy, kiedy skupiłem się na studiach nad genealogią rodzinną, nad historią swojego domu, swojej miejscowości i swojego regionu, a nie na losie abstrakcyjnych królów i bardzo dawnych czasach. Podróż do wczoraj wolałem zacząć od wczoraj, a nie od X wieku. Bo jako dziecku i młodzieńcowi niewiele mi te odrealnione bohaterskie czy królewskie postaci i wydarzenia mówiły, nie umiałem im zaufać, nie przekonywały mnie, nie wyobrażałem sobie, jak pachną, jak kochają i jak cierpią. Przypominały sztukę teatralną albo film kostiumowy.
By określić istotę życia, ważniejszy dla nas jest szary, powszedni dzień, bo pozwala on lepiej zrozumieć istotę dziejów. Ponieważ uprawiam historię antyheroiczną, a nie tę opiewaną na pomnikach i w rotach, moi bohaterowie wygrywali swe bitwy przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Były to bitwy o zasoby, ziemię, żywność, opał, dobrą stawkę za pracę, czas wolny dla siebie i rodziny. Bitwy takie jak nasze. Zwycięstwo tych osób to nasze dzisiejsze życie, bo mimo wszystko z otchłani dziejów udało się przekazać do przyszłości jego puls, jego płomień. Dawni mieszkańcy ziem polskich nie wytrzebili wszystkich lasów, nie wyłowili wszystkich ryb – coś nam zostawili. Przekazali współczesności nie tylko żywą cząstkę siebie w naszej postaci, lecz także fragmenty swego świata, fauny i flory. Rzucamy na nich swój długi genealogiczny cień. Przedmiotem badań są więc ci wszyscy, którzy ciężko pracują na chleb, zamartwiają się, planują i starają się pogodzić to, co przynosi kolejny dzień, z własnymi siłami i możliwościami.
Podstawa źródłowa i metody badań. Historycy od dawna podnosili, że tylko wejście w materiał empiryczny, w prawdziwe ludzkie życie i codzienne okoliczności może nas zbliżyć do faktycznego opisu rzeczywistości społecznej19. Ujęcie to pozwala nam przejść od oczekiwanych zachowań oraz norm prawnych i zwyczajowych do tego, jak były one realizowane. Dlatego, po pierwsze, całe społeczeństwo dawnej Polski jest bohaterem zbiorowym tej opowieści – nikomu nie daję forów. Jeżeli najwięcej zdarza się nam mówić o plebejach, to wynika to z prostego faktu, że statystycznie stanowili najliczniejszą grupę, a wciąż wiemy o nich najmniej. Chociaż w dokumentach to właśnie ich krzywd, trudów i problemów opisano najwięcej, nawet jeżeli zostało to wykonane przez ich feudalnych zwierzchników. W tym celu posłużyłem się przede wszystkim metodą mikrohistoryczną, która przez egzemplifikację konkretnych przypadków, chwytanie najdrobniejszych poszlak próbuje określić ich znaczenie, a przez to świat dawny nie tylko opisać, lecz również go zrozumieć i wyjaśnić. Ba, ów świat „utworzyć/odtworzyć”, a także – na ile to możliwe – zbliżyć się do sposobu myślenia naszych przodków20. Pogłębione przypadki konkretnych osób i zdarzeń zostały osadzone w tle podobnych historii, raptem zasygnalizowanych21. Rzeczywistość dawna była tak skomplikowana, że wciąż wymyka się naszym próbom całościowego jej ujęcia.
By pokazać prawdziwe ludzkie życie, bazuję na niewykorzystanych szerzej materiałach archiwalnych. Archiwa to miejsce, w których odkłada się czas miniony. Z punktu widzenia dnia dzisiejszego są one pełne śmierci i niepamięci – ale jakże jest to potrzebne żywym ludziom! Aby zobaczyć relacje międzystanowe, należy szukać źródeł, krojących społeczeństwo w poprzek, jak gorący nóż kroi tort. Takimi źródłami okazały się państwowe księgi grodzkie i ziemskie, a także parafialne księgi metrykalne. Mają one szeroką reprezentatywność regionalną, społeczną, rzeczową i chronologiczną. Te rękopisy, dokumentujące człowiecze trwanie, zalegają nazbyt jeszcze często w zapomnieniu na półkach archiwalnych. To one stanowią podstawę źródłową tej pracy. Znajdują się w nich sprawy dotyczące właściwie wszystkich stanów społecznych. Księgi sądów państwowych zawierają cały ogrom indywidualnych przypadków, niekiedy dokładnie opisanych, jak również wypowiedzi uczestników. Dzięki ich dobremu zachowaniu niemal na całym obszarze współczesnej Polski można komponować narrację wedle przyjętego układu rzeczowego, a jako punkt odniesienia mieć przykłady zewsząd. Dla porównania, w typowych dla społeczeństwa plebejskiego księgach sądowych, miejskich i wiejskich właściciel osady to bowiem na ogół wielki nieobecny. Dziedzic woli scedować drobniejsze problemy dotyczące codzienności mieszkańców na nich samych. Ale w sądach państwowych naprzemiennie widzimy stałą obecność różnych stanów społecznych. Dostrzegana tam aktywność procesowa plebejów owych to nic innego jak dowód ich sprawczości i podmiotowości. Z powodu swej lakoniczności dokumenty sądowe nie są wdzięcznym źródłem do analizy historycznej. Pełno w nich procesów niezakończonych, pełno przesadnych skarg, zeznań i opinii nie zawsze możliwych do weryfikacji, ale ich ogromna liczba pozwala wyciągnąć szersze wnioski na temat relacji międzyludzkich22. Mimo że wnikają w rzeczy etycznie i moralnie trudne, kontrowersyjne, ponure23. Tu jednak bliskość relacji międzyludzkich i międzystanowych potwierdzają wykorzystywane przeze mnie od dwóch dekad jako podstawa badań demografa historycznego parafialne księgi metrykalne. Ludzie tam wpisani żyli naprawdę, pojawili się u plebana w kancelarii, by ochrzcić dziecko, ustalić datę ślubu albo poprosić o pogrzeb bliskiej osoby24.
W przypadku akt sądowych trzeba wskazać, że obecnie nie da się dokładnie określić, ile sporów – jaka ich proporcja względem rzeczywistości społecznej – rozstrzygano w sądach wiejskich, miejskich albo grodzkich. Można to jednak rozumieć inaczej: trafiały tam te sprawy, które wykraczały poza pole negocjacji i zwyczajowe normy, oraz te, które powinny zostać zapisane. Innymi słowy: sprawy najważniejsze. Nie zapisywano tam wszakże fraszek na błogie chwile ludzkiego życia, nie wnoszono na ich cześć peanów. Zapytajmy od razu, którym źródłom zaufalibyśmy bardziej w kontekście odtwarzania życia codziennego ludu: fraszkom czy aktom sądowym? To przeciwstawne brzegi tej samej wanny z ludzkim życiem. Tych drugich jest jednak więcej i pisano je z potrzeby rzeczywistego załatwienia sprawy, nie w wyniku natchnienia uzdolnionego literacko rybałta czy szlachcica. Chociaż bywają trudne, są soczewką, w której skupia się codzienność tak nieuchwytna gdzie indziej. Żadne inne kategorie źródeł z okresu staropolskiego nie są chyba tak różnorodne, wielowymiarowe i tak bliskie zwykłemu człowiekowi, na ogół niepiśmiennemu – czy byłby to szlachcic, mieszczanin czy chłop.
Detaliczna i niestandardowa obserwacja pokazała różnorodne ludzkie zachowania, które kruszą nasze stereotypowe wyobrażenia o dawnych Polakach. Niestandardowa także w takim rozumieniu, że przy opisie niecodziennych sytuacji próbujemy uchwycić nieuchwytną codzienność, metody rozwiązywania problemów, komunikację międzyludzką i sposoby widzenia otaczającego świata.
Księgi sądowe grodzkie i ziemskie są na pewno specyficzne, momentami ich treść jest ponura, ale obejmują cały niemal obszar ziem polskich, rozmaite sprawy i wszystkie stany społeczne jako uczestników, świadków, ofiary albo powodów wszczynanych procesów. Kiedy słabnie jedność stanowa i szlachta skacze sobie przed sądem do oczu, donosi na siebie, pokazuje, jakim złem jest krzywdzenie ich poddanych, siłą rzeczy zyskujemy powidok czegoś, czego normalnie mieliśmy nie widzieć. Idealny obraz przeszłości pęka. Oprócz spraw karnych toczyło się też mnóstwo różnorodnych spraw cywilnych, a poza tym zawierano kontrakty i transakcje, sporządzano testamenty, zestawienia gospodarcze, opisy posiadłości ziemskich i miejscowości. Nadto chłopi ze wsi leżących w pobliżu urzędów grodzkich tam właśnie wnosili swe sprawy i nie prowadzili u siebie osobnej wiejskiej księgi sądowej25. Podobny zakres spraw dotyczący interesów ekonomicznych chłopstwa i podobną kontrolę ludności można dostrzec w księgach poszczególnych wsi czy majątków ziemskich, ale mają one wymiar lokalny i zachowały się wybiórczo – obejmują głównie teren Małopolski – co utrudnia zastosowanie metody porównawczej26. Podobnie nie każde miasto zachowało swe księgi urzędowe z okresu staropolskiego27.
Ta metoda stanowi jeden z głównych argumentów, by szukać podobnych sobie mikrozjawisk społecznych na dużym obszarze, wciągać w szerszy kontekst podejście mikrohistoryczne, które celuje w badanie zwykłego człowieka, dawniej niepiśmiennego, przede wszystkim na podstawie ksiąg sądowych, jak żadne inne źródło odbijających jego mentalność. Tu również należy zwrócić uwagę na fakt, że materiały sądowe trzeba czytać krytycznie. Oznacza to, że nie tyle dajemy wiarę opisanym zeznaniom, ile poszukujemy pewnych standardów ludzkich zachowań albo wyobrażeń o innych ludziach i relacji międzyludzkich, sprawczości zwykłych ludzi, tożsamości jednostki, realizując opis w nurcie historii kulturowej28. Czytanie akt sądowych wymaga nie tylko znajomości literatury przedmiotu, ale też stosowania dla przeciwwagi innych kategorii źródłowych. Tę funkcję pełniły przede wszystkim inwentarze dóbr ziemskich i zapiski kronikarskie oraz różne inne typy źródeł, dość dobrze już znanych i wykorzystywanych w nauce i publicystyce, takie jak instruktarze gospodarcze, akty normatywne, literatura piękna i ikonografia z epoki. Dlatego właśnie zdecydowałem się na oddanie roli przewodniej opisanym wyżej państwowym księgom sądowym – ich zawartość jest wciąż szerzej nieznana i wydobywa na światło dzienne nie to, jak być powinno, ale to, jak mogło być w istocie.
Opisy mikrohistoryczne osadziłem również na szerszym tle demograficznym i społecznym. Indywidualne, anegdotyczne wypowiedzi i zachowania zarejestrowane w ciągu trzech stuleci w aktach sądowych w postaci zmultiplikowanej przestrzennie pozwoliły ustandaryzować pełniejszy obraz. Na tym właśnie zasadza się warsztat badawczy historyka, że poszukuje on właściwych metod analizy dla podjętej problematyki, obejmujących zarówno krytyczne czytanie źródeł, jak i wysnuwanie racjonalnych wniosków.
Dużą pomocą w trakcie tej pracy była inwentaryzacja do dziejów wsi przeprowadzona z ramienia Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych w latach 1951–1953 przez około sześćdziesięciu archiwistów w archiwach na terenie całej Polsce. Badacze podjęli się wtedy bardzo trudnego wyzwania zmierzenia się z piętnastoma tysiącami wytworzonych przez kancelarie sądów państwowych ksiąg grodzkich i ziemskich, liczącymi łącznie miliony stron. Na boku pozostawiono wtedy źródła kościelne, ale obecnie, dzięki dynamicznemu podstępowi digitalizacji ksiąg metrykalnych, dało się obie kategorie źródeł skonfrontować. Ze zgromadzonej masy ksiąg sądowych wspomniani badacze wyodrębnili około dziewięciu tysięcy tak zwanych ksiąg relacji z różnymi wpisami, zeznaniami w sprawach prywatnych i publicznych29. Inwentaryzacja, określana też potocznie mianem kwerendy wiejskiej, pozostawiła tysiące drobnych, na ogół lakonicznych wypisów pojedynczych spraw w postaci kart inwentarzowych, podzielonych wedle ustalonego podziału z odesłaniem do ówczesnej sygnatury oryginalnego źródła (dziś nie zawsze łatwej, a wręcz możliwej do identyfikacji). Ale pozwoliło to zorientować się w zawartości materiału dotyczącego historii społecznej. Były to takie kategorie tematyczne jak testamenty szlacheckie i chłopskie, ucisk chłopów, sprzedaż chłopa bez gruntu, kredyt na wsi czy obyczaje na wsi, czary i zabobony30. Narracja niniejszej książki została ułożona w odmiennym porządku, według obecnego stanu wiedzy i aktualnych problemów badawczych, a także społecznego zapotrzebowania na wiedzę. Istotne jest to, że wykorzystałem te same materiały, których przed siedmioma dekadami użyli badacze tworzący swą narrację w duchu narzuconego marksizmu. Od przełomu lat 40. i 50. XX wieku w badaniach naukowych i dydaktyce historii istniał „szturm ideologiczny”. Priorytetowe znaczenie nadano historii społecznej, by dowieść wagi mas ludowych w historii Polski, a zwłaszcza „pogłębiającego się ucisku”. Ministerstwo Oświaty nalegało na wprowadzenie ideologii marksistowskiej w podręcznikach, by młodzież widziała miniony świat „w obiektywnym świetle historii walk społecznych, szczególnie wiekowej niedoli chłopskiej, źródeł zastoju i zacofania”. To zaś uprościło wizję dobra i zła. Chociaż wydobyte z archiwów fakty nie były przekłamaniem, jednak dobierano je starannie do forsowanej powszechnie wizji przeszłości Polski31.
Szczegółowe analizy wybranych przypadków umożliwiły mi sprawdzenie, jak ten sam materiał, na którym oparło się niemało badań w ostatnich kilku dekadach, pozwala odsłaniać inne połacie przeszłej rzeczywistości. Pogłębionymi studiami danych osób i zdarzeń z doby staropolskiej powstrzymywałem nawałnicę rozmaitych drobnych ludzkich przypadków, które znajdują się na niemal każdej stronie ksiąg sądowych i dowodzą, jak urozmaicone było życie. Mnóstwo cytowanych przypadków służy zapobieganiu wrażenia czytelnika, że malowany tu obraz przeszłego życia dociera do ramy, za którą już nic nie ma. Wszak w minionej rzeczywistości nie było nijakiej ramy, a życie toczyło się na okrągło, tak jak kula ziemska.
Tym sposobem – przez modelowanie wielozmienne i osadzanie ludzkich losów w rozmaitych kontekstach – w swoim laboratorium czasu minionego raz używałem lunety, a raz mikroskopu, przesuwałem się jak wahadło zegara od ujęcia masowego do mikrohistorii. Na to dodatkowo nałożyło się doświadczenie pracy w regionalizmie i genealogii, które wraz z demografią historyczną i mikrohistorią dało mi szersze spojrzenie na społeczeństwo staropolskie, od jednostki ludzkiej i tożsamości lokalnej do szerokich zjawisk społecznych – nazwałem to historią odśrodkową. Mikrohistorie ukazałem jednocześnie na tle pociągniętego delikatnym pędzlem „globalnego obrazu […], by czytelnik nie zagubił się w gąszczu dowodów i dyskusji”32.
Moja uwaga skupiła się też na nietypowych sytuacjach, na zdarzeniach wymykających się ówczesnemu pojęciu i odstających od przyjętych, oczekiwanych norm. To wtedy przeszłość nieświadomie odsłania swoje prawdziwe oblicze. Oblicze, którego ludzie nie chcieli nam pozostawić. Są to nieprawdopodobne przypadki, takie jak podjęcie przez szlachcica pracy u bogatego kmiecia. Takie zdarzenia musiały się nieść szeroko, bo pokazywały dziury w barierach stanowych. Widzimy, jak struktury świata feudalnego w czasach nowożytnych zaczynały się rozszczelniać, a jednocześnie rozpoczynał się proces tworzenia protonarodu. Tysiące spraw we wspomnianej inwentaryzacji przekroczyły możliwości pojedynczego badacza. Niemożliwe było przyjrzenie się każdej z nich szczegółowo, bo – jak pisał Fernand Braudel – aby „zbadać te zadziwiające bogactwa, kopalnie tego, co najpiękniejsze czy historyczne, nie jednego życia, lecz dwudziestu, to znaczy trzeba by dwudziestu badaczy, z których każdy poświęciłby temu całe swoje życie[…]”33. Historia zawsze pozostaje pewnym wyborem, ale wymaga od badacza poszukiwania osi dawnej rzeczywistości, nieustannego przywracania symetrii minionego życia.
Ograniczenia niesie również wciąż niedokończona digitalizacja ksiąg sądowych. Praca nad książką wymagała ode mnie wyjazdów na kwerendy do różnych archiwów państwowych w różnych miastach Polski w poszukiwaniu oryginałów ksiąg oraz śladów opisywanej inwentaryzacji. Nie wszystkie księgi są też udostępniane – z racji złego stanu lub trwającej konserwacji. Nie wszystkie dawne sygnatury oznaczone w inwentaryzacji udało się odnaleźć po przeszło siedemdziesięciu latach zmian i reform w archiwach.
Kiedy w poszukiwaniu codziennego życia analizuje się źródła archiwalne o charakterze sądowym, odnosi się wrażenie, że tego typu dokumenty są jak opis nocy, gdy szukamy dnia. Ale w przedświcie można już dostrzec zapowiedź dnia. O przebiegu i skutkach zajazdu dowiadujemy się z relacji ludzi, którzy go przeżyli, byli jego uczestnikami bądź obserwatorami, względnie – jego ofiarami. To rzutuje na odtworzenie przebiegu zajścia.
W poszukiwaniu zwykłych ludzi, społeczeństwa staropolskiego złożonego z chłopstwa, mieszczaństwa i szlachty, ludzi różnorodnych wyznań religijnych, etnosów i języków, nieustannie inspiruje nas – tak jak kiedyś zainspirował Bernta Engelmanna, autora książki My poddani. Antypodręcznik historii Niemiec – wiersz Berta Brechta Pytania czytającego robotnika:
Kto wybudował siedmiobramne Teby?
W księgach podają tylko imiona królów.
Czyżby królowie sami dźwigali głazy?
[…] W ów wieczór, gdy chiński mur był ukończony,
dokąd poszli murarze?
[…] Hiszpański Filip płakał, kiedy jego flota zatonęła.
Czy płakał ktoś jeszcze?
Fryderyk Drugi zwyciężył w wojnie siedmioletniej.
Kto oprócz niego?
Co kraj to zwycięstwo.
Kto przyrządzał uczty dla zwycięzców?
Co dziesięć lat wielki człowiek.
Kto pokrywał koszty?
Tyle przekazów.
Tyle pytań34.
Zadaniem tej książki było zasypanie czarnej dziury wiadomościami o zwykłych ludziach. A zarazem danie impulsu do badań. Mnóstwo ludzi i spraw zostało tu bowiem jedynie wspomnianych, stanowi niejako ujęcie słownikowe, katalogowe wypustki źródłowe pozostawione do dalszych studiów szczegółowych. Są jak iskry pochodni wrzuconej w ciemną studnię. W studnię czasu. Mam wrażenie, że przez ostatnie lata mentalnie nie wychodziłem z tej studni, a na salonach współczesności gościłem jedynie ciałem. Doświadczałem pulsu staropolskiej codzienności, życia w jej mikrospołecznościach, wśród umarłych czułem się jak antropolog Bronisław Malinowski prowadzący badania wśród rdzennych mieszkańców na Wyspach Trobrianda albo jak Jacek Olędzki, który z powodzeniem kontynuował metodę obserwacji uczestniczącej Malinowskiego w mazowieckiej wsi Murzynowo nad wiślanym brzegiem35.
Od razu dodajmy, że jako autor za wszelką cenę pragnąłem być jak najbliższej szerokiej publiczności czytelniczej i współczesności. Jako historyk i jako reprezentant największej grupy społecznej na świecie – umarłych – mam świadomość wielkiej odpowiedzialności; wiem, że jestem mostem między przeszłością a współczesnością. Ważnymi elementami szeroko pojętego życia naukowego (oprócz prac analitycznych i dydaktyki) są kontakt badacza ze społeczeństwem, promocja wiedzy oraz jej wyjaśnianie. Przez lata przygotowywania tej książki odwiedziłem z odczytami nie tylko wiele uniwersytetów w kraju i za granicą, ale również szkoły, remizy, domy ludowe, biblioteki miejskie i wiejskie, brałem udział w spotkaniach z mieszkańcami i pasjonatami historii, udzielałem wywiadów mediom oraz uczestniczyłem w szeroko pojętej kulturze popularnej. Bohaterów niektórych historii „ożywiałem” drobnymi narracjami w social mediach, gdzie odbiorcy komentowali ich zachowanie i życie. Mnie to doświadczenie dawało siłę do dalszej pracy badawczej. We wszystkich tych przestrzeniach obecność historyka jest niezwykle potrzebna.
Niniejsza książka jest więc hybrydą między pracą naukową a popularną. Ale chce ciążyć – nawet bardziej, niż na to wygląda – ku nauce. Moim zamiarem jako badacza było bowiem zabrać czytelnika do swojego laboratorium, między niewidzialne próbówki i alembiki kopcące dymem reakcji historycznej i refleksji nad człowiekiem oraz człowieczeństwem. W tej książce czytelnik pozna dolę i niedolę naukowca, zobaczy jego wątpliwości, doświadczy momentów, w których przerasta go gmach czasu minionego. Zastanie go w chwilach bezradności, kiedy wypuszcza z siebie masy drobinek źródłowych, by przynajmniej w ten sposób zmniejszyć swoją frustrację.
Problem dotyczący wiadomości o zwykłych ludziach z czasów staropolskich polega na tym, że na ogół opisano ich zachowania albo słowa, kiedy działy się najważniejsze wydarzenia w ich życiu, jak ślub czy chrzest dziecka, kiedy coś przeskrobali albo kiedy ich skrzywdzono. Jak czytelnik zauważy, zgromadziłem przede wszystkim nośne casusy, materiały anegdotyczne, w których narracja naukowa zdaje się jedynie wątłym klejem, polepą między historyjkami w skali mikro. Tak jak u Jaroslava Haška możemy dostrzec społeczną historię Czech w literackim ujęciu, ledwie spojoną niemrawą, senną podróżą dobrego wojaka Szwejka. Osadzona momentami w realizmie skłaniającym się ku metafizyce i magiczności – chociaż w moim zamierzeniu na wskroś historyczna – narracja tej książki chce na każdym kroku rozsadzać granice metody i poznania naukowego. To nieco eksperymentalne podejście w historiografii, empatyczne, w którym „ciekawe opowieści” – jak wskazuje Tomasz Wiślicz przy omówieniu mikrohistorii – są wybrane przede wszystkim dla ciebie, drogi czytelniku, by wciąż przyciągać twoją uwagę niczym kolorowe kwiecie wabi pszczołę, angażować twoje emocje i twoją wyobraźnię, by pomóc ci zrozumieć naszych przodków i samego siebie36. Kwiat i owad – jedno drugiemu pozwala żyć. Z założenia zebrany materiał archiwalny, tu i tam, zdawałoby się, dopiero zapisany gęsim piórem, nie został wykorzystany przyczynkarsko, jak pstrokacizna odpustowa. Jeżeli świat nauki zmierza ku historii globalnej, tysięcznych danych, to zwrot ów próbuje nie zagubić człowieka indywidualnego w całym jego bogactwie. Jak pisze Piotr Kowalski, historia może być „opowieścią, którą badacz pieczołowicie konstruuje. Fakty są plastycznym tworzywem, które zyskują kształt i sens tylko dzięki temu, że historyk powołuje je do życia: przedstawia je, opisuje, wyjaśnia i szereguje”. Piotr Kowalski dodaje, że „narracja historyczna potrzebuje anegdot, by nadać im status zdarzenia-znaku”37. Zgromadziłem te wszystkie historie, w których widać, jak było, a nie – jak być powinno. A było przeróżnie. To gorąca, żywa i elastyczna rzeczywistość, z którą dopiero się idzie do sądu, by przygiąć ją do oczekiwanej normy. Zwykli ludzie nie umieli pisać, nie przelewali swoich myśli na papier. Przelewano je za nich i w ich imieniu. Pismo to nazwanie i utrwalenie rzeczywistości, a zatem w jakimś wymiarze władza nad drugim człowiekiem. To mogło rzutować na sposób zapisu o ludziach niepiśmiennych. Wychodzimy temu naprzeciw, dlatego mieszamy miejsce i chronologię, aż z odmętów czasu minionego wyłania się dość spójny obraz rzeczywistości. Byle tylko dostrzec zwykłego człowieka. W przenośni taki człowiek w historii to Ikar niknący gdzieś w tle obrazu przypisywanego Peterowi Brueglowi starszemu Pejzaż z upadkiem Ikara.
Chociaż w duchu mikrohistorii pracowałem przede wszystkim z materiałami sądowymi, nie miałem wątpliwości, że tak trzeba. Jako demograf historyczny wcześniej inaczej patrzyłem na ludzkie instynkty. Kiedy zgromadziłem kilka tysięcy danych o urodzeniach w konkretnej parafii, wystarczyło cofnąć ich daty o dziewięć miesięcy, by zrozumieć postawy prokreacyjne ludności. Gdy pojąłem mechanizmy ruchu naturalnego, uznałem, że akta sądowe mogą być co najmniej tak ważne jak ówczesne wspomnienia czy literatura. Może to czynnik jeszcze bardziej optymalizujący, równoważący dane statystyczne niż swoboda myśli i wypowiedzi literackiej czy pamiętnikarskiej? Tu rządzą schludność i rzeczowość normatywu stosowanego, ale i zapisana wypowiedź ludzi, którzy pisać sami nie umieli. Pojawiała się jednak możliwość kombinowania, upiększania siebie i swojego postępowania w zeznaniach. Uznałem wobec tego, że sprawy sądowe, przykre i straszne, są jak maksymalne wychylenia cieczy w wannie pędzącej na strusich nogach przez ludzki czas. Tak wygląda jeden z obrazów Zdzisława Beksińskiego, którego olejną kopię namalowałem niegdyś – gdy byłem sołtysem – w domu ludowym w Dziekanowicach, między mieszkańcami zgromadzonymi na zbiórkę podatku.
Wydarzenia najgorsze z możliwych – to głównie je zapisano – stanowią ranty tej pędzącej wanny. Wyobrażam sobie, że zanurzam się w głębię tej wanny, by znaleźć tak trudny do uchwycenia puls zwykłego życia zwykłych ludzi. Jak napisał Carlo Ginzburg, klasyk historii oddolnej, o swej drodze badawczej, która: „doprowadziła [go] do mikrohistorii: badania anormalnych przypadków, czytanych między wierszami”38. Ja sam zrozumiałem, że gdzieś tam w historii między ludźmi była głęboka, niewerbalna relacja, podobna do tej łączącej bohaterów filmu Między słowami Sofii Coppoli. A ja za wszelką cenę dążę do tego, by ją poznać i opisać.
Za mną, czytelniku. W lasach Woli Błędowej słychać czyjś krzyk…
Wojna wszystkich przeciwko wszystkim
Nawałnica cepów i szabel – Bicie – Źródła przemocy – Napady i zajazdy – Inwazja pana Skrzetuskiego – Bójki między gromadami – Prawo i sądy – Szlachcic w sądzie – Plebej w sądzie – Zagłada domu Gorączkiewiczów – Kara
Nawałnica cepów i szabel. Wyobraźmy sobie, że zostajemy wrzuceni w sam środek bitwy pod Grunwaldem, tak sugestywnie odmalowanej pędzlem Jana Matejki i piórem Henryka Sienkiewicza. Wokół nas dźwięczą uderzenia metalu o metal, słychać ludzki krzyk, jęki konających, końskie rżenie. Widzimy, jak krew i wydzieliny z rozerżniętych trzewi tworzą szkaradne błocko. Licznik śmierci bezustannie nabija nowe wartości. Podobnie można opisać pierwsze wrażenie, jakie stwarzają zapiski sądowe ze staropolskiej Sarmacji. A takich przeszłość pozostawiła nam chyba najwięcej, bo – jak już wspomnieliśmy – sprawy ważne albo kontrowersyjne należało spisać. Oto przed nami odsłania się cała paleta przemocy psychicznej i fizycznej, jakiej dopuszczali się wobec siebie bliźni w Europie Środkowej, bez względu na granice stanowe, miejsce urodzenia, wyznanie czy język. Do przemocy dochodzi bowiem wzdłuż i w poprzek stanów społecznych.
Ciosy padają z samego dołu drabiny stanowej. Niejakiego pana Sadowskiego poraniło sześciu chłopów w lasach we wsi Wola Błędowa1. W Płocku miała miejsce sprawa między zaatakowanym dziedzicem osady Leszczyno (dziś zapewne Leszczyn Szlachecki) a jego poddanym, sprawcą pobicia2. Ksiądz Stanisław Kurzelowita nie chciał wymierzyć sprawiedliwości swym poddanym z Trątnowic, choć mieli oni poturbować dwóch szlachciców. A jeszcze w zadufaniu prychnął: „bito ich i jeszcze będą bić”3. Gromada ze wsi Poręba za Bieczem napadła na dwór Romerów w Radlnej, poraniła właściciela, a na koniec porzuciła przed domostwem zwłoki innego człowieka4. Pewien chłop miał znaleźć się w grupie, która dokonała najścia na miejscowy dwór i raniła żonę oraz syna administratora. Kiedy pan domu i wsi doprowadził w końcu winowajcę przez sąd grodzki, oskarżony bezczelnie wszystkiemu zaprzeczył. Gdzie indziej jadący drogą szlachcic został napadnięty przez chłopów z pobliskiej osady. Oczami wyobraźni możemy zobaczyć, jak krew pobitego szlachcica wsiąka w ziemny trakt, którym w obu kierunkach podążają chłopskie furmanki. Jak poranionego mężczyznę mijają domokrążcy zwani szotami, dźwigający na barkach swój towar, a tu i ówdzie przemyka służąca wysłana przez gospodynię po sprawunki. Nieszczęsnemu szlachcicowi zabrano konia, ubiór, pieniądze i broń. Ograbiony pociągnął do odpowiedzialności sądowej chłopskich zwierzchników – zarówno dziedzica, jak i dzierżawcę wsi. To scenariusz, który wciąż się powtarza.
Nie tylko przy drogach publicznych agresywne uzbrojone grupy plebejów czyhały na „herbowych”. W ciemności nocy szlachcic goszczący u Żyda arendarza stracił swój dobytek, a inny – zapewne w stanie upojenia alkoholowego – został dokumentnie pobity przy karczmie. Oto szlachcic Domaradzki we własnej karczmie w Bielawach odniósł rany z rąk chłopów z Psar5. Gdzieś na Mazowszu, w karczmie prowadzonej przez szlachciankę i jej męża chłopa, pobito dziedzica innej wsi. Znamy też przypadek oberżysty zasadzającego się ze wspólnikami w lesie na szlachcica. Wiele jaśniepaństwa zostało napadniętych w swych – zdawałoby się – bezpiecznych dworkach albo pośród pól.
Zapisał kronikarz miasta Żywiec: „pana Andrzeja Biberstyna Starowiejskiego, w Starej Wsi, poddani w gaju zabili i na grunt pisarzowski do wody zanieśli i tam go wrzucili”. Ciało szlachcica znaleziono po czterech dniach, a następnie pochowano w jego dziedzicznej osadzie, na terenie drewnianej świątyni, która istnieje do dziś6. Wynika z tego, że dla niepoznaki zwłoki dziedzica wyniesiono poza wieś i utopiono w jednym z jezior oblewających Pisarzowice, oddalone o kilka kilometrów od Starej Wsi. W innej sprawie z wyroku sądu tego miasta został poćwiartowany ręką kata Jędrzej Krajowski sługa szlachcica Jana Myszkowskiego. Zabił on wraz z innymi poddanymi swojego pana, którego podziurawił puginałem, a któremu jeszcze potem poderżnął gardło. Wszystko za to, że Myszkowski nadgorliwie bił swoją czeladź i poddanych7.
W królewskiej wsi Brąszewice zdarzyła się – wspomniana we wstępie – zbrodnia na panu Stanisławie Ostrowskim. Jan, Wawrzyniec i Walenty Ostrowscy, bracia pozostali przy życiu, oskarżyli o morderstwo chłopów Jana Drzazgę z Klonowa i Macieja Czekaja z Brąszewic, a także starostę tych królewskich osad – Stanisława Tarnowskiego, kasztelana sandomierskiego. Może chłopska buta wynikała z faktu, że wspomniani plebeje byli poddanymi zacnego pana senatora i nieraz widzieli, jak pomiata się pomniejszymi figurami szlacheckimi na szachownicy stanowej, przez co sami nabierali wigoru. Sprawa wlokła się dotąd, aż odbił ją naczelny sąd trybunalski w Lublinie, i w końcu trafiła przed sąd wiejski w Brąszewicach. Rozgoryczeni panowie Ostrowscy pozwali dzierżawcę królewszczyzn za niewymierzenie poddanemu sprawiedliwości. Co więcej, nazwali małodusznością to, że jeden z oskarżonych, który był skłócony z ofiarą, jeszcze próbował się wymigać. Padło stwierdzenie, że niedobry to przykład, „aby chłop, zwaśniwszy się na szlachcica, onego zabił, a […] wyprawiwszy, odwiódł się, pro certo [łac. z pewnością] by wszystką szlachtę wybili, gdyż to genius rusticarum [łac. duch wieśniaków] zawsze infensum nobilibus [łac. zły na szlachtę] właśnie, by Niemiec Polakowi”. Obaj oskarżeni szli w zaparte, że „tego nie są winni uczynku”. Ów duch w nich okrzepł był8.
W sporach używano też broni palnej. Gajowy Jan, poddany Teresy Zakrzewskiej ze wsi Książ koło Kościana, miał znieważyć szlachcica Krzysztofa Starzeńskiego i grozić mu strzelbą9. Czasem dziedzic posiłkował się sądami po to, by w ten sposób wpłynąć na poddanego, którego się bał. Piotr Sucharzewski, właściciel wsi Strzeszkowo pod Gnieznem, ostrzegał pisemnie swego dzierżawcę Stanisława Mieleckiego, że chłop „Wach Zmyślak nazwany, kmieć z Strzeszkowa, dobrze osiadły, zapewne bierze się zrobić precz […], narzekając na ciężkie roboty i częste drogi do miasteczek różnych”. Przenikliwy dziedzic albo sam zauważył, albo mu doniesiono, że „ten Zmyślak sposobił się na niezwyczajne jemu szaty albo suknie z falendyszu przedniego oraz na wóz warowny i w kilka sztuk strzelby, w konie świeże gotowe w drogę, i w kilka połci mięsa wieprzowego”. Prawdziwy sigma chłop. Nic dziwnego, że pan Sucharzewski wolał osobiście nie wdawać się w dysputy z uzbrojonym i wściekłym gospodarzem10. Takich obaw nie miał już właściciel wsi Skibice, który chłopa Fabiana Petrycego, noszącego się z myślą ucieczki z powodu ucisku, najzwyczajniej wtrącił do dworskiego więzienia11. Broń palna była dość powszechna wśród plebejów, używana dla obrony (albo ataku), jak i na wiwat. W Tenczynku, wsi między Krakowem a Chrzanowem, rodzina Wilków miała chałupę, która „zgorzała w samo południe, w kiermaszną, zda mi się niedzielę, swawolnie strzelając spalili ją […], szkoła też w ten czas zgorzała, bo blisko niej była”, jak podaje jeden ze świadków wydarzenia12.
Pomysły na dopieczenie jaśniepanu poddani mieli niezwykłe. Chłopi z osady Kobylany na Lubelszczyźnie w trakcie potopu szwedzkiego zrabowali z miejscowego dworu przedmioty o wartości czterech tysięcy złotych. Jan Krzysztofek, Świrgolik, Jędrzejek, Banaś, Kuźma, Grzela i kilku innych przebrali się za żołnierzy szwedzkich i w czasie grabieży naśladowali ich mowę i obyczaje. Wystraszony szlachcic Wojciech Szymański zbiegł ze swego domostwa, pozostawiwszy za sobą wszystko – myślał wyłącznie o ratowaniu życia13. Różnie wykorzystywano zamieszki wojenne – byle zadbać o własny interes. Kiedy pan Dobrogost Poniński „podczas teraźniejszej wojny szwedzkiej” rezydował w swej osadzie Manieczek, szlachcic Stanisław Żółtowski, „przybrawszy do siebie różnych ludzi, tak szlacheckich, jako i [stanu plebejskiego] z armatą”, najechał i zajął Ponin, inną osadę Ponińskiego, pokonawszy czeladź domową14.
Chłopi, niebędący pod względem stanowym równi szlachcie, w ostateczności po swojemu wymierzali sprawiedliwość, kiedy ich godność, honor i interesy zostały nadwyrężone, bo nie szły w parze z interesami pańskimi. Gdy jaśniepan próbował z konia dyktować warunki poddanym, był zeń zrzucany i bity do krwi. By tego dokonać, krzywdziło się najpierw zwierzęta. Po uderzeniu traciły one równowagę bądź niosły dziko jeźdźca, aż ten boleśnie upadał. Potem ofiary napaści okazywały przed sądami rozmaite zranienia, tak jak szlachcic Dionizy Brzostowski, któremu chłop Stanisław Koszka uciął rękę, a który potem, wymachując kikutem, domagał się przed sądem w Krakowie sprawiedliwości15. Trudno oprzeć się wrażeniu, że śledzimy zapiski sądowe przypominające raport dzienny ze szpitalnego oddziału intensywnej terapii.
Brutalna przemoc fizyczna stanowiła domenę płci męskiej, bez względu na pochodzenie społeczne, ale też właśnie mężczyźni najczęściej padali jej ofiarami, jakby sprawcą krzywdzenia ludzi wszystkich stanów społecznych był nie człowiek, ale testosteron. Powody miały jednak przede wszystkim naturę gospodarczą i wynikały z trosk życia codziennego. Herbowe ofiary napaści okradano z pieniędzy, szat i broni, jakby w ten sposób chciano sobie powetować zapłatę za niewynagrodzoną lub nadprogramową pracę, zarówno pańszczyźnianą, jak i najemną.
O ile w wypadku mężczyzn rzucającą się w oczy przyczyną nagłych zgonów były burdy, bitwy i wypadki, o tyle w wypadku kobiet tę proporcję wyrównywała śmierć okołoporodowa, skoro, jak się przekonamy, umrzeć mogła z tego powodu nawet mniej niż co dziesiąta z nich. Nie oznacza to jednak, że kobiety były bardziej powściągliwe. Znamy sprawę szlachcianki poranionej nożem przez młodą chłopkę we wsi Kurzajama albo pobitego przez poddaną nieletniego syna pana Zdzienickiego z Daszyna w ziemi łęczyckiej16. Prości mężczyźni nie wahali się podnieść ręki na kobietę z wyższego stanu. Na Pomorzu pani Dorota Wallenrodtowa domagała się od pani Teresy Kruszyńskiej, kasztelanowej gdańskiej, wydania chłopów, braci Dawida i Jana Szperlingów. Ci bowiem, kiedy wracała z Dzierzgonia do pobliskich Prakwic, wraz z towarzyszami mieli ją na drodze publicznej znieważyć, pobić, zawlec do pobliskiej rzeczki i podtapiać. Ich działanie było próbą wymuszenia uwolnienia żony jednego z chłopów, uwięzionej przez szlachciankę w Prakwicach za długi. Mimo aresztowania Szperlingów i skazania ich na ciężkie więzienie oskarżeni zbiegli i nikt nie wiedział dokąd17. A jeżeli mamy wiedzę o gwałtach dokonanych przez szlachciców na chłopkach, to trzeba też zaznaczyć gwałty, których plebeje dopuszczali się na szlachciankach.
W ostateczności rozwścieczeni chłopi nie tylko zabijają dziedzica, dzierżawcę i ich szlachecką służbę, pana z sąsiednich dóbr czy postronnego szlachcica, lecz także podpalają dwór, folwark (będący podstawą szlacheckiej gospodarki rolnej i hodowlanej) albo zabudowania poddanych. Skarżyli się w lubelskim sądzie grodzkim Jan i Andrzej Krasuscy ze Stępkowa, że chłop Stanisław Kruk miał spalić ich siedliszcze i zamordować ich ojca18. Ziemianin Kazimierz Girtler pisał, że zupełnie nie rozumie, dlaczego co roku płoną zabudowania we wsi Wróżenice, skoro „pan Józef Wodzicki był dobrym panem”19.
W ziemi krakowskiej, na pozór spokojniejszej niż wschodnie tereny Rzeczypospolitej, miał miejsce wymowny chłopski samosąd nad szlachtą. Widzimy niejako z „zaświatów”, albo ze światów, które mają dopiero nadejść, jak w Nowej Wsi, należącej do pana Stanisława Oraczowskiego, płonie stodoła. Dzierżawcą osady był Marcin Kącki. Oto miejscowi poddani wzniecili ogień pod jednym ze swych budynków gospodarczych, w którym na nocleg zatrzymało się kilkoro szlachty. Panowie bracia, którzy wybrali stodołę na nocleg, uratowali się z wielkim trudem, ponieważ chłopi zatarasowali wrota. Uciekając, ci pierwsi zostawili na żer płomieni cały dobytek. Później w sądzie wymieniali szkody, które ponieśli z rąk plebejów w nocnym ataku. Stodoła należała do kmiecia Błażka, będącego zresztą pierwszym podejrzanym. Wydarzenia miały miejsce w sierpniu, ziemia w całej okolicy zapewne była sucha jak pieprz. Jak wyjaśniano w skardze, pożar „z szczególnej złości poddanych tamecznych o jedenastej przed północkiem stał się z soboty na niedzielę”. Jan Koniecpolski, wojewodzic bełski, jeden z kilku mężczyzn zgromadzonych w stodole, stracił w ogniu między innymi „kontusz rozmarynowy francuskiego sukna nowy ze złotymi potrzebami” i inne szaty purpurowe i różowe, dwie pary czerwonych butów, grzebień z kości słoniowej, zwierciadło i obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej na blasze miedzianej. Z kolei pan Paweł Gadomski wymieniał wśród swoich zniszczonych przedmiotów skrzynię podróżną, a w niej dokumenty procesowe swego zwierzchnika i jego rodziny przeciw różnym osobom, czarny kontusz na lato z wielkimi złotymi guzikami i diamentami, dwa żupany, nową czapkę podszytą futrem sobola, dwa pasy jedwabne, pościel, dwie pary spodni, buty i szablę w srebrnej oprawie, turecki grzebień i wrocławskie ręczniki. Trzecim nieszczęśnikiem był Aleksander Grabowski, który stracił kilka siodeł wojskowych, ptasią rusznicę z prochownicą i dwa pistolety, kańczug oraz mieszek ze złotymi monetami. Wreszcie Michał Sznitowski, będący jeszcze chłopcem, skarżył się o parę noży francuskich, buty i dziecięcą szablę. Był tam z nimi również chłop Grzegorz Łagowski, woźny sądowy.
Woźnym sądowym mógł zostać i chłop, i mieszczanin, i szlachcic. Na wyrost nazywano woźnego „generałem”, który paradował uroczyście – niby szlachcic – w kontuszu i miał prawo do czynienia swych urzędowych procedur w asyście szlachty. Kandydatów na woźnych (wożących pisma) wskazywały sejmiki. Rekrutowano ich spośród ludzi o nieposzlakowanej opinii i osiadłych. Zamożniejsi plebeje pełniący funkcje urzędnicze przejmowali wzorce i gesty szlachty20. Taki urząd była to niełatwa praca o charakterze służby i polegała na dostarczaniu pozwów i innych dokumentów sądowych, uczestnictwie w kontrolach czy obdukcjach ofiar, składaniu relacji, ogłaszaniu publikacji urzędowych. Woźni występowali masowo na lokalną skalę i dlatego rekrutowali się głównie z chłopstwa21. Tak oto plebej, obrósłszy w urzędowe piórka, patrzył szlachcie na ręce i do kieszeni – i robił to w imię prawa, skoro występował jako urzędnik państwowy w sprawach rozliczeń międzyszlacheckich. Ba, patrzył i oceniał naganne postępowanie jaśniepaństwa, kiedy do sądu grodzkiego zgłaszano stosowaną przezeń przemoc. Ale też ryzykował życie, tak jak szlacheccy urzędnicy sądowi i ich pachołkowie. Aparat policyjny był słaby i niedoinwestowany. Prawo pospolite rządziło po swojemu. Podczas swej pracy znajdowali się oni między młotem a kowadłem. Sporo ryzykowali, kiedy musieli dostarczyć pismo procesowe o niekorzystnym brzmieniu krewkiemu sarmacie, ponieważ pierwszy gniew pozwanego mógł spaść właśnie na nich22. Zdarzało się, że woźni sądowi byli przeganiani, bici, więzieni przez zadziornych adresatów przesyłek; niekiedy do nich strzelano albo najzwyczajniej nakazywano dostarczony pozew… zjeść23.
Dalsza część w wersji pełnej
Wstęp
1 J. Kowalski, Sarmacja. Obalanie mitów. Podręcznik bojowy,Warszawa 2016, s. 36.
2 Archiwum Główne Akt Dawnych [dalej: AGAD], Księgi ziemskie i grodzkie sieradzkie, sygn. 1/56/0/1/52, k. 36v, 37 (1585 r.).
3 M. Markiewicz, Historia Polski 1492–1795, Warszawa 2004, s. 138. Dane orientujące w liczbie szlachty dałoby niezwykle mozolne liczenie, ile w danej parafii w danym czasie urodziło się jej dzieci. Przykładowo w mojej parafii Raciborowice na prawie 10 tys. chrztów w latach 1604–1795 jedynie 1,76% to chrzty szlachty. Na kilkanaście duchownych wsi tylko jedna była szlachecka. Oprócz jej dziedziców rodziły się dzieci szlachcie administrującej dobrami kościelnymi oraz rodzinom szlacheckim, które w okolicy Raciborowic były przejazdem lub na jakiś czas (np. chroniąc się przed zarazą w swojej okolicy); M. Wyżga, Parafia Raciborowice od XVI do końca XVIII wieku. Studium o społeczności lokalnej,Kraków 2011, s. 192, 193, 295–302.
4 Podobne ujęcie zob. A. Leszczyński, Ludowa historia Polski. Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania, Warszawa 2020, s. 533–572.
5 Zob. C. Ginzburg, Czytać między wierszami. Lektury, szkice, noty, tłum. J. Ugniewska, Gdańsk 2023, s. 67, 68.
6 T. Wiślicz, Upodobanie. Małżeństwo i związki nieformalne na wsi polskiej XVII–XVIII wieku. Wyobrażenia społeczne i jednostkowe doświadczenia,Wrocław 2012,s. 17; J. Korczak-Siedlecka, Przemoc i honor w życiu społecznym wsi na Mierzei Wiślanej w XVI–XVII wieku, Toruń 2021, s. 9–19.
7 H. Litwin, Napływ szlachty polskiej na Ukrainę 1569–1648, Warszawa 2000; Z. Kuchowicz, Człowiek polskiego baroku,Łódź 1992, s. 8, 9.
8 M. Kurkowska-Budzan, Historia zwykłych ludzi. Współczesna angielska historiografia dziejów społecznych, Kraków 2003.
9 J. Kowalski, Sarmacja…, s. 24, 25, 28, 43, 44.
10 Tamże,s. 35.
11 S. Roszak, Historia społeczna i historia kulturowa epoki nowożytnej. Doświadczenia oraz perspektywy ukrywania i odkrywania jednostki, „Historyka. Studia Metodologiczne” 2017, t. 47, s. 83, 84; Zob. na temat sprawczości oddolnej, ludowej: T. Lindenberger, A. Ludtke, Eigen-Sinn. Praktyki społeczne i sprawowanie władzy. Wprowadzenie, [w:] Eigen-Sinn. Życie codzienne, podmiotowość i sprawowanie władzy w XX wieku, wyb. T. Linden, A. Ludtke, tłum. A. Górny, K. Kończal, M. Zielińska, Poznań 2018, s. 7–46.
12 F. Braudel, Morze Śródziemnie i świat śródziemnomorski w epoce Filipa II, t. 1, tłum. G. Majcher, S. Meller, T. Mrówczyński, M. Ochab, Warszawa 2020, s. 24–27.
13 Podobnie zob. J. Korczak-Siedlecka, Przemoc i honor…
14 Por. T. Wiślicz, Upodobanie…, s. 16–18. O ludowym sarmatyzmie: P. Czapliński, Plebejski, populistyczny, posthistoryczny. Formy polityczności sarmatyzmu masowego,„Teksty Drugie” 2015, nr 1, s. 21–45.
15 O tym napięciu między „jednostkowym a społecznym” pisze, na podstawie prac Arona Guriewicza, Wojciech Wrzosek: tenże, Wycinanki. Zbiór felietonów,t. 2, Poznań 2024, s. 122, 123.
16 F. Forsyth, Outsider. Autobiografia autora kultowych bestsellerów „Dzień szakala”, „Akta Odessy” i „Psy wojny”,tłum. H. Shen, Warszawa 2024, s. 12, 13.
17 C. Ginzburg, Czytać między wierszami…, s. 67–70.
18 Zob. M. Kurkowska-Budzan, Historia zwykłych ludzi…, s. 12, 13, 16, 37–41.
19 J. Rutkowski, Poddaństwo włościan w XVIII wieku w Polsce i niektórych innych krajach Europy,Poznań 1921,s. 8–10.
20 T. Wiślicz, Posłowie do wydania polskiego,[w:] C. Ginzburg, Ser i robaki. Wizja świata pewnego młynarza z XVI wieku, tłum. R. Kłos, Warszawa 2025, s. 282, 286.
21 W podsumowaniu badań nad chłopskimi budżetami Piotr Guzowski apelował o zbliżenie analiz gospodarczych i społecznych, zwłaszcza w wypadku braku dobrych źródeł, ponieważ „najlepszym sposobem badań są pogłębione studia o charakterze mikrohistorycznym, zarówno na podstawie ksiąg sądowych, jak i różnego rodzaju inwentarzy”; P. Guzowski, Chłopi i pieniądze na przełomie średniowiecza i czasów nowożytnych,Kraków 2008, s. 159.
22 Z. Rymaszewski, Kmieć przed sądami publicznymi w świetle krakowskich ksiąg sądowych z XIV–XV wieku, „Studia z Dziejów Państwa i Prawa Polskiego” 2006, t. 9, s. 129.
23 T. Wiślicz, Smak archiwum i zapach krwi. Dwa poziomy badań terenowych historyka,[w:] Obserwacja uczestnicząca w badaniach historycznych. Zbiór studiów, red. B. Wagner, T. Wiślicz, Zabrze 2008, s. 117, 118.
24 O potencjale i metodach pracy nad staropolskimi księgami metrykalnymi: C. Kuklo, Staropolska rejestracja ślubów, chrztów i pogrzebów w warsztacie badawczym historyka, [w:] Człowiek w teatrze świata. Studia o historii i kulturze dedykowane Profesorowi Stanisławowi Grzybowskiemu z okazji osiemdziesiątych urodzin, red. B. Popiołek, Kraków 2010, s. 38–52; P. Miodunka, Chłopi południowej Małopolski wobec kryzysów żywnościowych od XVII do połowy XIX wieku, Kraków 2024, s. 34–40; M. Wyżga, Homo movens. Mobilność chłopów w mikroregionie krakowskim w XVI–XVIII wieku,Kraków 2019, s. 65–73.
25 J. Łosowski, Dokumentacja w życiu chłopów w okresie staropolskim. Studium z dziejów kultury, Lublin 2013; tenże, Kancelaria grodzka chełmska od XV do XVIII wieku: studium o urzędzie, dokumentacji, jej formach i roli w życiu społeczeństwa staropolskiego, Lublin 2004.
26 T. Wiślicz, Katalog małopolskich ksiąg sądowych wiejskich XV–XVIII w., Warszawa 2007.
27Księgi miejskie z obszaru Królestwa Polskiego (do roku 1600). Katalog, red. Z. Noga, B. Drzewiecki, Warszawa–Kraków 2024.
28 S. Roszak, Historia społeczna…, s. 77–88.
29 W. Maciejewska, Przewodnik po kartotece do dziejów wsi, Warszawa 1959, s. 3–7; taż, Inwentaryzacja materiałów do dziejów wsi w latach 1951–1953 i jej wyniki, „Archeion” 1995, t. 24, s. 59–73. Wykorzystał je m.in. J. Deresiewicz: Transakcje chłopami w Rzeczypospolitej szlacheckiej (w. XVI–XVIII), wyd. J. Deresiewicz, Warszawa 1959, s. XXIV–XXV. Potrzebę większego wykorzystania potencjału kwerendy wiejskiej jako swoistej bazy danych zgłaszał Piotr Guzowski (tenże, Chłopi i pieniądze…, s. 25). Ostatnio: R. Lolo, Chłopi w dobrach kościelnych w XVI–XVIII wieku. Zarys problematyki, [w:] Chłopi polscy na przestrzeni wieków,red. M. Wyżga, J. Załęczny,Warszawa 2021, s. 59.
30 P. Guzowski, M. Wyżga, Inwentaryzacja do dziejów wsi przeprowadzona przez archiwa państwowe a nowe możliwości badawcze, „Miscellanea Historico-Archivistica” 2004, t. 31, s. 230–232. Podobny charakter mają oparte na kartotekach z wypisów źródłowych hasła poszczególnych miejscowości i obiektów fizjograficznych w częściowo już wydanym Słowniku historyczno-geograficznego ziem polskich w średniowieczu, red. T. Jurek; T. Jurek, Wprowadzenie, w: tamże, on-line: www.slownik.ihpan.edu.pl/intro.php (dostęp: 14.08.2025).
31 C. Nowarski, Chłopi polscy w podręcznikach historii 1945–1980, Kraków 2005, s. 1–12; B. Popiołek, Dobrzy chłopi i źli panowie: kwestia opieki nad poddanymi w korespondencji Elżbiety Sieniawskiej, kasztelanowej krakowskiej, [w:] Epistolografia w dawnej Rzeczypospolitej, t. 6: Stulecia XVI–XIX. Nowa perspektywa historyczna i językowa, red. P. Borek, M. Olma, Kraków 2015, s. 265.
32 F. Braudel, Morze Śródziemne…, s. 372, 373; C. Kuklo, O historii społecznej z perspektywy demografa historycznego słów kilka, „Historyka. Studia Metodologiczne” 2019, t. 49, s. 301–328.
33 F. Braudel, Morze Śródziemne…, s. 23, 24.
34 B. Engelman, My poddani. Antypodręcznik historii Niemiec,tłum. B. Jodkowska, Poznań 1976, s. 13 (przekład wiersza B. Brechta: A. Kaska).
35 B. Malinowski, Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji. Miłość, małżeństwo i życie rodzinne u krajowców z wysp Trobrianda Brytyjskiej Nowej Gwinei, przedmowa E. Havelock, Warszawa 1957; J. Olędzki, Murzynowo. Znaki istnienia i tożsamości kulturalnej mieszkańców wioski nadwiślańskiej XVIII–XX w., oprac. Ł. Smyrski, Warszawa 2016.
36 T. Wiślicz, Posłowie do wydania…,s. 288, 289.
37 P. Kowalski, Świat Andrzeja Komonieckiego, kronikarza Żywca. Studia z antropologii historycznej,Wrocław 2010, s. 71; G. Gajewska, Maski dziejopisarstwa. Współczesne formy reprezentacji przeszłości,Gniezno 2002,s. 126.
38 C. Ginzburg, Czytać między wierszami… Gdańsk 2023, s. 16.
Rozdział 1. Wojna wszystkich przeciwko wszystkim
1 AGAD, Księgi grodzkie łęczyckie, sygn. 1/67/0/4/197, k. 189, 189v (1722 r.).
2 AGAD, Księgi grodzkie płockie, sygn. 1/24/0/1/86, k. 109v (1586 r.).
3 ANK, Księgi grodzkie krakowskie, sygn. 29/5/0/2/654, s. 1052, 1053 (1584 r.).
4 ANK, Księgi grodzkie bieckie, sygn. 29/4/0/1/23, k. 971, 972 (1589 r.).
5 AGAD, Księgi grodzkie łęczyckie, sygn. 1/67/0/4/95, k. 255v (1646 r.).
6 A. Komoniecki, Chronografia albo Dziejopis żywiecki,wyd. S. Grodziski, Żywiec 1987, s. 110 (1601 r.); Stara Wieś, online: https://parafiawstarejwsi.pl/index.php/o-parafii/ (dostęp: 23.05.2025).
7 A. Komoniecki, Chronografia…, s. 114 (1608 r.).
8 AGAD, Księgi ziemskie i grodzkie sieradzkie, sygn. 1/56/0/1/52, k. 36v–37v (1585 r.).
9 Archiwum Państwowe w Poznaniu [dalej: APP], Księgi sądu ziemskiego w Kościanie, syg. 53/7/0/-/48, k. 292 (1765 r.).
10 APP, Księgi sądu i urzędu grodzkiego w Gnieźnie, sygn. 53/13/0/-/Gniezno Gr.140, k. 188v–190 (1650 r.).
11 AGAD, Księgi grodzkie brzesko-kujawskie, sygn. 1/71/0/5/52, k. 276, 276v (1779 r.).
12 Archiwum Kurii Metropolitarnej w Krakowie, Acta Officialia, sygn. 165, k. 998v (1713 r.); K. Zamorski, Pleban i wieś…, s. 153.
13 Archiwum Państwowe w Lublinie [dalej: APL], Księgi grodzkie lubelskie, sygn. 35/8/0/3/84, k. 495v–496v (1659 r.).
14 APP, Księgi sądu i urzędu grodzkiego w Kościanie, sygn. 53/18/0/-/Kościan GR.120, k. 4, 4v (1658 r.).
15 ANK, Księgi grodzkie krakowskie, sygn. 29/5/0/2/654, s. 473, 474 (1584 r.).
16 AGAD, Księgi grodzkie łęczyckie, sygn. 1/67/0/4/236, 237, k. 21 (1762 r.); Księgi grodzkie łęczyckie, sygn. 1/67/0/4/95, k. 807 (1696 r.).
17 Archiwum Państwowe w Gdańsku (dalej: APG), Sąd Grodzki w Kiszporku, sygn. 10/2/0/-/28, k. 365–369v (1733 r.).
18 APL, Inwentaryzacja do dziejów wsi (1673 r.).
19 K. Girtler, Pamiętniki z lat 1832–1857, t. 2, wyd. Z. Jabłoński, Kraków 1971, s.180 (1845 r.).
20 M. Bogucka, Staropolskie obyczaje w XVI–XVII wieku, Warszawa 1994, s. 95, 96.
21 R. Jop, Początki urzędu woźnego generalnego (ministerialis Regni generalis) w ziemi chełmskiej w ostatniej ćwierci XVI wieku,„Czasopismo Prawno-Historyczne” 2022, t. 74, 1, s. 141–157.
22 ANK, Księgi grodzkie bieckie, sygn. 29/4/0/2/177, s. 1630, 1631 (1649 r.).
23 M. Borucki, Temida staropolska,Warszawa 2001, s. 40–45; W. Nowosad, Woźny ziemski chełmiński i generał woźny ziemski chełmiński w XVI w., „Studia z Dziejów Państwa i Prawa Polskiego” 2008, t. 11, s. 50; W. Łoziński, Prawem i lewem. Obyczaje na Czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku, Warszawa 2005, s. 57–61.
