Polscy poszukiwacze złota - Mateusz Będkowski - ebook
Opis

Nieopowiedziana dotąd historia polskiej gorączki złota!

 

XIX-wieczna gorączka złota do dziś rozpala wyobraźnię. Jej fenomen nie ominął także Polaków, którzy mimo iż pozbawieni własnego państwa, aktywnie uczestniczyli w eksploracji ówczesnego świata. Tym, co wyróżniało ich na tle innych poszukiwaczy przygód, było doskonałe wykształcenie, niezwykła zaradność oraz przeważnie powstańcza przeszłość.

 

Podążając tropem polskich zesłańców, emigrantów i podróżników, którzy w  XIX wieku znaleźli się na złotonośnych obszarach Syberii, Kalifornii, Australii, Nowej Zelandii i Afryki Południowej, autor przedstawia dokonania Polaków, którzy dali się porwać temu szaleństwu. Zdarzali się wśród nich typowi awanturnicy, ale w większości byli to wytrawni globtroterzy lub przedsiębiorcy wysyłani  na polecenie władz do badań geologicznych i eksploatacji. Mało znany jest wkład wielkiego odkrywcy Pawła Edmunda Strzeleckiego w poznanie złotodajnych terenów Australii. Inni byli świadkami niecodziennych wydarzeń - Sygurd Wiśniowski brał udział w koronacji lokalnego króla na Fidżi, a Eugeniusza Żmijewskiego gościł tajemny przywódca buddyjskich Buriatów.

 

Wiedli pełne niebezpieczeństw i wyrzeczeń życie, ciężko pracując na poprawę swojego losu. Do nielicznych fortuna się uśmiechnęła, kilku zostało uznanymi naukowcami, wielu zostawiło po sobie fascynujące wspomnienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 448

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PRZEDMOWA

W dzisiejszych czasach przeciętna wiedza o polskich podróżnikach z XIX wieku jest niewielka. Do tych słabiej poznanych i mniej spopularyzowanych należą niewątpliwie uczestnicy gorączek złota. Jako dowód tego stwierdzenia świadczyć może fakt, że nie znalazłem żadnego opracowania, które by w całości poświęcone było Polakom biorącym udział w tych wydarzeniach. Jest zatem możliwe, że moja książka porusza to zagadnienie jako pierwsza.

Bynajmniej nie oznacza to, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nie były wydawane żadne wspomnienia rodaków zajmujących się poszukiwaniem złota w okresie zaborów ani że nie powstawały na ich temat biogramy, artykuły czy nawet książki o charakterze biograficznym. Jest to jednak zaledwie przysłowiowa kropla w morzu w kontekście całego tematu, któremu brakuje ujęcia holistycznego. Bardzo niewiele jest też polskich publikacji o samych gorączkach złota: ich przebiegu, uczestnikach i sprzęcie, którym się posługiwali. Przy pisaniu w znacznej mierze posługiwałem się więc literaturą anglojęzyczną.

Dokonując oczywiście pewnego uproszczenia, możemy wyróżnić trzy główne kategorie ludzi zajmujących się pozyskiwaniem złota w XIX wieku. Do pierwszej z nich należały osoby, które po ukończeniu odpowiednich studiów — geologicznych i górniczych — zatrudniane były przez prywatne firmy albo władze lokalne (często kolonialne), czy też centralne, m.in. w celu badania i poszukiwania surowców mineralnych, w tym interesującego nas żółtego metalu. Zaliczyć można do niej m.in. wybitnego geologa Pawła Edmunda Strzeleckiego, którego dokonania zostały już w znacznym stopniu poznane i opracowane przez badaczy, oraz inżyniera górnictwa Modesta Maryańskiego, obecnie postać raczej zapomnianą.

Drugą kategorię stanowili pracownicy kopalni, którzy za swoją pracę otrzymywali wynagrodzenie. Mogli to być zwykli robotnicy bezpośrednio zajmujący się pozyskiwaniem żółtego kruszcu albo też pracownicy wyższego szczebla (kierownik, rzeczoznawca — obie funkcje również pełnił wyżej wspomniany Maryański). Wydobywane złoto nie należało jednak do nich. Na temat większości z tych osób nie posiadamy niestety zbyt szczegółowych informacji.

Trzecią grupą, której starałem się poświęcić najwięcej miejsca w tej książce, byli indywidualni poszukiwacze złota pracujący na własny rachunek i ponoszący wszelkie ryzyko związane ze swoim fachem, często dla zwiększenia efektywności łączący się w kilkuosobowe spółki, zazwyczaj nieformalne. Wielu z nich posiadało fascynujące życiorysy i pozostawiło po sobie istotne dla nas relacje ze swoich przygód, podróży i pracy. Co ciekawe, na ogół, przystępując do poszukiwań, nie mieli oni żadnej fachowej wiedzy w tym zakresie. Spośród nich wymienić możemy m.in. Feliksa Pawła Wierzbickiego, Seweryna Korzelińskiego, Bolesława Dolańskiego i Sygurda Wiśniowskiego.

W nieco odmiennej sytuacji znajdowali się poszukiwacze złota na Syberii, m.in. dlatego, że większość z nich znalazła się w tej krainie wbrew swej woli. Niektórzy z nich z górnictwem wiązali się zaraz po przybyciu, ponieważ odbywali pracę przymusową w kopalniach. Inni podejmowali ją, by zarobić na swe utrzymanie w tym obcym dla nich miejscu. Zatrudniali się wówczas u rosyjskich przedsiębiorców jako zwykli robotnicy albo pracownicy administracji należących do nich firm. Najsłynniejszy polski zesłaniec powiązany z wydobyciem złota na Syberii — Eugeniusz Żmijewski — miał jednak trochę inną posadę. Dla różnych rosyjskich spółek kierował on ekspedycjami mającymi na celu wyszukanie nowych złóż tego kruszcu albo poprawienie eksploatacji już istniejącej kopalni. Opisane przez niego przygody z tamtego okresu bardziej przypominają doświadczenia poszukiwaczy przebywających w zachodnich państwach i ich koloniach niż życie typowego zesłańca na wschodnich krańcach Rosji w XIX wieku.

Poza wyżej wymienionymi kategoriami na łamach tej publikacji pojawiają się również osoby niezwiązane z poszukiwaniem i wydobyciem żółtego metalu, będące jednak świadkami ówczesnych gorączek złota, na temat których zostawili bardzo ciekawe relacje. Są to literaci Henryk Sienkiewicz i Aleksander Hołyński, a także geobotanik Antoni Rehman. Przy kilku okazjach wspominam również o właścicielach lub współwłaścicielach kopalń złota — niektórzy z nich byli po prostu bogatymi przedsiębiorcami, którzy również z samodzielnym pozyskiwaniem kruszcu nie mieli wiele wspólnego.

Spośród wszystkich wymienionych wyżej podróżników w swoich artykułach miałem już okazję opisać czterech. Reportera Sygurda Wiśniowskiego i powstańca Seweryna Korzelińskiego przedstawiłem wcześniej w znacznie krótszej formie. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku Pawła Edmunda Strzeleckiego i Antoniego Rehmana, których sylwetki omówiłem tutaj tylko fragmentarycznie, by zbyt nie oddalać się od wyznaczonego przez siebie tematu pracy. Jeżeli ktoś chciałby lepiej poznać życiorysy dwóch ostatnich Polaków, odsyłam do zbioru moich tekstów zatytułowanego Polacy na krańcach świata: XIX wiek (Warszawa 2018).

Przejdźmy teraz do omówienia podziału treści w niniejszej książce. Jej najistotniejsza część zawiera się w ośmiu rozdziałach; każdy z nich opisuje inny obszar (lub obszary) świata, na którym miała miejsce gorączka złota. Pierwszych siedem zostało ułożonych chronologicznie, według początku wspomnianych zjawisk. Dla lepszego zrozumienia przedstawianych regionów każdy z nich zawiera wprowadzenie geograficzno-historyczne wzbogacone o różne ciekawostki. W celu poprawy czytelności tekstu wszystkie rozdziały, z wyjątkiem ostatniego, posiadają przewodniego bohatera lub bohaterów, których losy będziemy śledzić. Ponadto w opisie każdej gorączki złota starałem się przedstawić jej przebieg, zakończenie, a także jej skutki — pozytywne i negatywne. Ósmy rozdział, który jest najkrótszy ze wszystkich, zawiera różne wzmianki i mniej lub bardziej pewne informacje dotyczące aż trzech regionów świata, które ciężko omówić chronologicznie. Nie udało mi się też znaleźć dla nich żadnego istotnego i dobrze opracowanego polskiego poszukiwacza. Między innymi z tych powodów zdecydowałem się umieścić ten rozdział jako ostatni.

Przed zasadniczą częścią tekstu znajduje się Wprowadzenie, które zawiera podstawową definicję żółtego metalu, a także pobieżną historię jego wydobycia, przetwarzania i zastosowania aż do XIX stulecia i wreszcie opisy podstawowych urządzeń wykorzystywanych przez poszukiwaczy złota wieku pary. Na Zakończenie składa się ostateczne podsumowanie, pobieżne omówienie skutków, jakie wywarły na świecie XIX-wieczne gorączki złota, a także wnioski do całej pracy. Na samym końcu książki umieściłem bibliografię do całości przedstawionego materiału, z podziałem na źródła historyczne, opracowania i strony internetowe.

W całej książce znajduje się też całkiem sporo informacji dotyczących rdzennych mieszkańców opisywanych przeze mnie krain. Po pierwsze dlatego, że sami polscy poszukiwacze często zwracali na nich uwagę w swoich publikacjach i odnosili się do ich aktualnego położenia. Po drugie, gorączki złota wywarły ogromny wpływ — głównie negatywny — na życie wielu tubylców, o czym moim zdaniem warto pisać i wiedzieć.

Jednocześnie starałem się nie powtarzać tych samych objaśnień do poruszanych zagadnień, m.in. związanych z wydobywaniem złota przez poszukiwaczy, dlatego też najwięcej z nich znajduje się we Wprowadzeniu i rozdziale pierwszym, dotyczącym Syberii, gdzie gorączki żółtego kruszcu różniły się w pewnym stopniu od analogicznych wydarzeń w krajach i koloniach świata zachodniego. W kolejnych rozdziałach przytaczałem przede wszystkim informacje nowe albo charakterystyczne dla danego regionu, dlatego też opisy pracy płuczkarzy i kopaczy są znacznie krótsze.

W celu uatrakcyjnienia swoich publikacji zawsze staram się umieszczać w nich jak najwięcej cytatów z wykorzystywanych przeze mnie źródeł historycznych. Ta zasada dotyczyła również tej książki. Jako że ma ona charakter popularnonaukowy, konieczne było moim zdaniem przeprowadzenie modernizacji przynajmniej części tekstów pochodzących z omawianej w niej epoki. Tak jak zawsze posłużyłem się przy tym ogólnie przyjętymi zasadami uwspółcześniania tekstów XIX-wiecznych, podanymi chociażby w Instrukcji wydawniczej dla źródeł historycznych od XVI do połowy XIX wieku Kazimierza Lepszego i Projekcie instrukcji wydawniczej dla źródeł historycznych XIX i początku XX wieku Ireneusza Ihnatowicza. Mam oczywiście świadomość, że zazwyczaj stosuje się je w publikacjach naukowych, przy obróbce większych fragmentów albo całości źródeł czy też ich zbiorów, uważam jednak, że część z przedstawionych tam zasad stanowi dobre wytyczne również dla tego typu prac.

W większości przypadków nie dokonywałem wielkich zmian w tekstach źródłowych, m.in. w obawie, by nie zmienić sensu przytaczanych słów. Skupiałem się głównie na uwspółcześnieniu ortografii i interpunkcji, ponadto na stosowaniu przyimków i przedrostków według obecnie panujących zasad, a także poprawieniu końcówek odmienianych wyrazów („rozmaitemi”, „wysokiemi”) i niektórych skrótów. Użycie w wyrazach liter „i”, „j” i „y” również zostało dostosowane do dzisiejszych norm. Zasada ta objęła też w pewnej mierze geograficzne nazwy własne („Daurya”, „Syberyi”), o ile nie wiązało się to ze zbyt dużą ingerencją w pierwotny zapis. Osobowych nazw własnych raczej nie modyfikowałem, zamiast tego przy niektórych z nich dodałem przypis informujący, o kim jest mowa w tekście. Dodatkowo w kilku przypadkach podwójne „s” zastąpiłem pojedynczym („rossyjskim”). Poprawiałem też drobne błędy językowe i oczywiste literówki, jeżeli nie miały one szczególnego znaczenia dla źródła.

Inną, istotną kwestią do omówienia są pojawiające się w tej książce nazwy geograficzne, siłą rzeczy, bardzo często. W tekście mojego autorstwa, czyli nie we fragmentach źródłowych, starałem się zapisywać je w jednolitej formie, według współcześnie przyjętej wersji w języku polskim. Gdy nie mogłem do takiej dotrzeć, np. w przypadku bardzo trudnych do zlokalizowania małych osad, posługiwałem się zazwyczaj zapisem obowiązującym w tamtejszym języku urzędowym (dla nazw rosyjskich oczywiście w alfabecie łacińskim). Jeżeli dane miejsce nosi obecnie zupełnie inną nazwę, starałem się podawać obie — tę historyczną, z omawianego okresu, i współczesną. Niekiedy obok nazw geograficznych umieszczałem również ich znaczenie w języku polskim. W przypadku nazw osobowych także starałem się stosować ich współczesne formy, występujące m.in. w opracowaniach.

Na zakończenie tej przedmowy chciałbym jeszcze podziękować Wydawnictwu Poznańskiemu za propozycję współpracy i wydanie tejże książki, a także mojej rodzinie i przyjaciołom za cierpliwość i wyrozumiałość podczas jej pisania. Bardzo dziękuję również Panu Profesorowi Krzysztofowi Marchlewiczowi z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu za kilka bardzo pomocnych rad i uwag odnoszących się do treści mojej pracy, z których starałem się w miarę możliwości skorzystać, dzięki czemu bez wątpienia publikacja ta stała się lepsza. Bycie pierwszym autorem, który podejmuje jakiś temat, wiąże się niewątpliwie z satysfakcją „przecierania szlaku”, ale jednocześnie z większymi trudnościami przy jej tworzeniu i brakiem punktów odniesienia. Oczywiście wszystkie informacje znajdujące się w tej publikacji starałem się przedstawić w możliwie najbardziej rzetelny sposób, za wszelkie ewentualne błędy z góry bardzo przepraszam.

Mam nadzieję, że książka ta okaże się przyjemna w odbiorze i zaciekawi swoją tematyką. W razie wszelkich uwag czy pytań związanych z moimi publikacjami zapraszam do kontaktu ze mną, najlepiej drogą elektroniczną.

Mateusz Będkowski

[email protected]

Warszawa, październik 2018

WPROWADZENIE

Czym właściwie jest złoto?

Złoto rozpalało ludzką wyobraźnię od wieków, dając nadzieję na łatwe wzbogacenie się i zdobycie sławy, a także stanowiło źródło inspiracji dla wielu mitów, legend i opowieści. Na dowód, że jest tak po dziś dzień, można podać znany w Polsce przykład tzw. złotego pociągu, rzekomo należącego do III Rzeszy, którego istnienia nigdy nie udało się nawet potwierdzić. Ostatnie dobrze zorganizowane próby jego odnalezienia miały miejsce w okolicach Wałbrzycha w latach 2015–2016 i towarzyszył im spory szum medialny, także poza krajem[1].

Poszukiwanie i wydobycie złota na przestrzeni dziejów pobudzało rozwój techniczny i naukowy, ale również ujawniało mroczną stronę natury ludzkiej, często przyczyniając się do oszustw, napadów, zabójstw, wojen, wyzysku czy też niewolnictwa. Kruszec ten mógł prowadzić zarówno do bogactwa, jak i do ruiny — pojedynczych ludzi, całych społeczności, a nawet krajów. Czy mamy jednak świadomość, co sprawia, że złoto jest tak wyjątkowe i dlaczego może skutkować tak różnymi wydarzeniami? Na to pytanie chyba najlepiej odpowiedzieć, przytaczając przynajmniej uproszczoną definicję tego metalu szlachetnego, jak i pobieżną historię jego pozyskiwania i wykorzystywania.

Zacznijmy od krótkiej charakterystyki. Złoto — po łacinie Aurum, od którego wywodzi się jego symbol chemiczny Au — jest ciężkim, żółtym i błyszczącym metalem szlachetnym. To ostatnie oznacza, że posiada wysoką odporność chemiczną — nie rdzewieje ani nie ciemnieje, jest również odporne na działanie wielu kwasów. Do wyjątków należy woda królewska, czyli mieszanina kwasów solnego i azotowego, która nazwę swą zawdzięcza właśnie roztwarzaniu złota, a także woda chlorowa i roztwór cyjanku potasu w obecności powietrza. Tak więc w sprzyjających warunkach złoto może zachowywać swój charakterystyczny wygląd i właściwości nawet przez tysiąclecia. Jednocześnie jest najbardziej kowalnym i ciągliwym ze wszystkich znanych metali (z 1 grama można uzyskać nić o długości powyżej 1 kilometra albo folię o powierzchni 1 metra kwadratowego), dzięki czemu już pierwotne plemiona mogły je w jakimś stopniu przetwarzać. Ponadto bardzo dobrze przewodzi prąd i ciepło, dlatego też obecnie stosuje się je w przemyśle, głównie elektronicznym.

Choć złoto rozsiane jest niemal po całym świecie, to jednak w przyrodzie występuje w małych ilościach — średnia zawartość tego kruszcu w skorupie ziemskiej wynosi 0,004 g/t, z kolei rozpatrując całościowo skład budowy ziemi, jest to zaledwie 0,000001% ogółu jej pierwiastków. Dla porównania: w przypadku aluminium jest to aż 7%, żelaza — 5%, wapnia i sodu — po 3%, a magnezu — 2%. Według niektórych szacunków ludzie wydobyli do tej pory około 160 tysięcy ton żółtego metalu[2]. Dla lepszej wizualizacji tej ilości można powiedzieć, że stanowi to mniej więcej objętość sześcianu o boku około 21 metrów lub 112 wagonów kolejowych wypełnionych czystym kruszcem.

Złoto występuje w dwóch typach genetycznych złóż: pierwotnych i wtórnych. Te pierwsze, stanowiące mniejszość, związane są z wytrącaniem się tego metalu z gorących roztworów w skałach, m.in. poprzez nagłe spadki ciśnienia i temperatury. W tej formie złoto występuje np. w żyłach kwarcowych. Złoża wtórne (rozsypiskowe, okruchowe) powstają zaś w wyniku wietrzenia (erozji) złóż pierwotnych. Przez wieki właśnie one miały największe znaczenie dla człowieka — głównie ze względu na ich dostępność. Często występują w formie blaszek lub ziaren (piaski złotonośne), które znaleźć można głównie w osadach piaszczysto-żwirowych rzek (tzw. osady aluwialne), poza tym w morenach lodowcowych, plażach morskich czy wydmach. Rzadziej można się na nie natknąć w postaci brył zwanych samorodkami, które stanowią marzenie każdego poszukiwacza. Większość z nich jest raczej niewielkich rozmiarów i ciężkości, choć rekordowe okazy ważą nawet po kilkadziesiąt kilogramów.

Trzecim rodzajem złóż złota są złoża antropogeniczne, czyli znajdujące się w odpadach poeksploatacyjnych — sztucznie nagromadzonej, wydobytej lub przetworzonej substancji mineralnej. Mogą mieć one ogromne znaczenie w przyszłości, m.in. gdy dostępność tradycyjnych złóż znacznie się zmniejszy albo dzięki opracowaniu nowych technologii wydobycia i przetwarzania.

Warto zauważyć, że w naturze surowe złoto często zawiera inne metale, co może wpływać na jego kolor i właściwości. Dla przykładu, jeżeli posiada ono przynajmniej około 20-procentową domieszkę srebra, zwane jest elektronem[3]. Nazwa ta pochodzi od greckiego słowa ēlektron, które oznacza „świecący”, „błyszczący”, zaś w zlatynizowanej formie brzmi electrum. Metal ten jest jaśniejszy od bardziej czystego złota, posiada też charakterystyczną, jasnożółtą barwę, od której właśnie pochodzi jego nazwa. Jest również od niego twardszy i bardziej wytrzymały.

Co ciekawe, już w starożytności korzystano z metody, zwanej amalgamacją, oddzielania metali szlachetnych (w tym złota) z rud lub koncentratów hutniczych przy użyciu rtęci. Rtęć rozpuszcza te metale, tworząc stop zwany amalgamatem, natomiast nie zwilża pozostałych składników rudy, które dzięki temu można od niego odseparować. Następnie, po ogrzaniu amalgamatu, powoduje się odparowanie rtęci i wydzielenie metalu szlachetnego. Z metody tej korzystali często poszukiwacze złota, o czym będziemy wielokrotnie mówić.

Wspomnianą czystość złota, czyli zawartość tego kruszcu w stopie metali, można mierzyć m.in. w karatach (stosowane skróty: ct lubkr). Określenie to wywodzi się od greckiego słowa kerátion oznaczającego owoc karobu, czyli szarańczynu strąkowego. Według tej miary kruszec czysty, a więc teoretycznie bez zawartości innych metali (w praktyce zawsze występuje minimalna domieszka któregoś z minerałów), ma 24 karaty. Tak więc np. 14 karatów oznacza 58,(3)% zawartości złota. Inną metodą, obecnie powszechniejszą, jest podawanie ilości złota w tzw. próbach, czyli promilach. Dla przykładu: próba 999 (99,9%) odpowiada 24 karatom, 750 (75%) — 18 karatom, 585 (58,5%) — 14 karatom, a 333 (33,3%) — 8 karatom. Co ciekawe, niektóre mennice wypuszczają złote monety i sztabki o wyższej próbie niż 999. Najwyższy standard w tej dziedzinie ustanowiła mennica w Perth w Australii Zachodniej, która w 1957 roku wyprodukowała żółty kruszec o próbie 999,999.

Krótka historia żółtego metalu

Złoto było znane i cenione już w prehistorii. Z uwagi na swój kolor kojarzone było z bóstwami solarnymi, podobnie jak srebro z bóstwami lunarnymi. Najstarsze ślady obrobionego złota w Europie odkryto w 1972 roku w nekropolii znajdującej się obecnie na obszarze miasta Warna w Bułgarii. Szacuje się, że pochodzi ono sprzed ponad 6 tysięcy lat. Aktualnie można je podziwiać w tamtejszym Muzeum Archeologicznym. Pierwotnie obróbka tego kruszcu przeprowadzana była na zimno. Wytapianie i precyzyjne przetwarzanie pojawiło się dopiero około IV wieku p.n.e., kiedy to zastosowano dmuchawy do jego topnienia, co wymaga temperatury minimum 1064 st. C.

Złoto przez wieki zarezerwowane było dla władców wielkich i bogatych krajów (potem także dla ich najznamienitszych rodów). Liczne ozdoby wykonane z tego kruszcu nosili m.in. egipscy faraonowie, perscy królowie, rzymscy i bizantyjscy cesarze. Poza biżuterią złoto wykorzystywano również przy zdobieniu pałaców królewskich, grobowców, świątyń, posągów, ksiąg, a także przy tworzeniu przedmiotów rytualnych i luksusowych, a nawet w stomatologii.

Istotną innowacją było rozpoczęcie bicia monet ze złota, a właściwie ze wspomnianego wyżej elektronu, w drugiej połowie VII wieku p.n.e. w znajdującej się w Azji Mniejszej Lidii. W połowie VI wieku p.n.e. ich produkcję rozpoczęli również starożytni Grecy, zapewne jako pierwsi w Europie. W zależności od miasta, kraju i epoki istniały bardzo różne zasady wybijania, a także rozmiary, waga i ilość karatów tych monet. Do najsłynniejszych w historii należały m.in. lidyjskie statery, rzymskie aureusy, bizantyjskie solidy i późniejsze bezanty, arabskie dinary, genueńskie genuiny, florenckie floreny, weneckie dukaty, hiszpańskie dublony i angielskie gwinee. Obok złotych monet z reguły funkcjonowały również srebrne, które były znacznie powszechniejsze, ale i posiadały mniejszą wartość, służąc w codziennych transakcjach. System monetarny oparty na tych dwóch metalach szlachetnych nazywany był bimetalizmem i w niektórych krajach istniał aż do końca XIX wieku[4].

Skąd i jakimi metodami pozyskiwano złoto do wyżej wspomnianych celów? Najstarszym i najłatwiejszym sposobem było wypłukiwanie go z piasku rzecznego, co mieli już czynić starożytni Egipcjanie ponad 5 tysięcy lat temu. Wiele wieków później starożytni Grecy i Rzymianie, chcąc wyłowić drobiny złota, m.in. układali na dnie rzek skóry baranów[5]. Runo suszono następnie w słońcu, a złoty pył strzepywano przed ponownym zanurzeniem skóry w wodzie lub rozpuszczano rtęcią. Amalgamat destylowano albo wyprażano, zbierając stopiony metal.

Bardziej zaawansowaną metodą, praktykowaną przez Egipcjan od około połowy III tysiąclecia p.n.e., było kopanie szybów[6] i sztolni[7], czyli zakładanie kopalni głębinowych. Powstawały one w pobliżu Morza Czerwonego i, zwłaszcza w okresie Nowego Państwa (XVI—XI wiek p.n.e.), na Pustyni Nubijskiej[8]. W szybach osiągających głębokość 100 metrów w bardzo ciężkich i niebezpiecznych warunkach pracowali niewolnicy i skazańcy (w okresie hellenistycznym głównie ci drudzy). Oczywiście tego typu wydobywanie złota odbywało się pod ścisłą kontrolą władz.

Władcami epoki starożytnej, których sława dotrwała do naszych czasów choćby z uwagi na posiadane przez nich ogromne ilości żółtego kruszcu, byli: izraelski król Salomon (X wiek p.n.e.), którego słynne kopalnie miały się znajdować, według jednej z bardziej prawdopodobnych teorii, na obszarze dzisiejszej Arabii Saudyjskiej (pozyskiwano tam również srebro i miedź), frygijski monarcha Midas (VIII wiek p.n.e.), znany przede wszystkim z greckich mitów[9], i lidyjski władca Krezus (VI wiek p.n.e.), którego imię stało się synonimem bogacza. Zarówno Frygia, jak i sąsiadująca z nią Lidia pozyskiwały złoto z rzeki Paktolos.

Wspomniani wcześniej Grecy otrzymywali żółty kruszec na niewielką skalę na swoich wyspach — Krecie, Cyprze, Sifnos, Thasos, a także w masywie górskim Pangajon. Do innych ludów zamieszkujących Europę i wydobywających ten metal szlachetny należeli słynący z wysokich umiejętności metalurgicznych Celtowie (Galia, Śląsk, Półwysep Iberyjski). Bogate złoża w Macedonii i Tracji odkrył z kolei Filip II Macedoński w połowie IV wieku p.n.e., co bardzo ułatwiło jego synowi, Aleksandrowi Wielkiemu, stworzenie własnego imperium.

Warto dodać, że prawdopodobnie w Egipcie w okresie rządów dynastii Ptolemeuszy, czyli po śmierci Aleksandra Wielkiego, a przed jego zajęciem przez Imperium Rzymskie, narodziła się alchemia[10] — dziedzina łącząca protonaukę z elementami filozoficzno-mistycznymi. Jej głównymi celami były poszukiwania eliksiru zapewniającego nieśmiertelność, lekarstwa na wszelkie choroby (panaceum), a także kamienia filozoficznego, z którego pomocą można by przekształcać metale nieszlachetne w szlachetne, w tym złoto. Alchemia rozwijana była w średniowieczu przez uczonych muzułmańskich i choć nie udało się osiągnąć stawianych przed nią celów, doprowadziła do powstania chemii w XVII wieku. Później stopniowo traciła na popularności i właściwie przestała być praktykowana w XIX wieku.

Starożytni Rzymianie, do których odnosiłem się już wyżej, wydobywali złoto przede wszystkim na Półwyspie Iberyjskim, na Bałkanach i w Dacji (dzisiejsza Rumunia), podobnie jak Egipcjanie rękami niewolników i więźniów. Szacuje się, że w okresie imperium produkcja tego metalu sięgała 5–10 ton rocznie. Na terenie dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii początkowo pozyskiwali oni żółty metal z kopalń dochodzących nawet do 200 metrów głębokości. Osiągnięcie to w owych czasach było możliwe dzięki wynalezieniu i wprowadzeniu w kopalniach podziemnych kół wodnych do odprowadzania wody na powierzchnię. Wadą tego rozwiązania była konieczność wykuwania bardzo dużych komór, ponieważ koła miały średnicę ponad 4 metrów.

W I wieku p.n.e. na terenie dzisiejszej Hiszpanii zastosowano metodę wypłukiwania złota zwaną ruina montium (z łaciny „niszczenie góry”), którą dokładnie opisał Pliniusz Starszy w swym dziele pt. Naturalis Historia (Historia naturalna)[11]. Było to kruszenie skał potężnymi strumieniami wody pochodzącej ze zbiorników znajdujących się nad miejscem wydobycia, doprowadzonej tam przy pomocy akweduktów. Woda wlewana była w specjalnie do tego celu wydrążone tunele. Po przejściu przez wzgórze płynęła przez tzw. kanały odpływowe, których dna wyłożone były dużymi kamieniami, łodygami, gałęziami lub wrzosem. Miało to na celu zatrzymywanie ziaren złota. Metoda okazała się skuteczna — roczna produkcja tym sposobem dochodziła do 6,5 tony — jednak w znacznym stopniu niszczyła tamtejsze góry, doprowadzała też do zamulania pobliskich rzek i pól uprawnych. Stosowano ją do II wieku naszej ery.

Wyczerpywanie się eksploatowanych złóż złota, liczne bunty niewolników pracujących w kopalniach, ataki barbarzyńców i szerzenie się propagującej ubóstwo religii chrześcijańskiej wpłynęły na gwałtowny spadek produkcji i znaczenia tego kruszcu u schyłku Cesarstwa Zachodniorzymskiego. Istniejące dalej Cesarstwo Wschodniorzymskie — Bizancjum — kontynuowało co prawda w średniowieczu wydobycie złota na Bałkanach, w Egipcie, a także w Anatolii i Armenii, jednak działalność ta zmniejszała się wraz ze stopniową utratą tych terytoriów (od VII wieku pozyskiwanie żółtego kruszcu w Egipcie kontynuowali Arabowie).

Szacuje się, że na początku średniowiecza wydobywano w Europie zaledwie około 1 tony żółtego metalu na rok. Górnictwo złota zaczęło się powoli odradzać od X wieku, jednak produkcja nadal była znacznie mniejsza niż w szczytowym okresie Imperium Rzymskiego. W 1400 roku pozyskano na Starym Kontynencie nie więcej niż 4 tony. Jednymi z ważniejszych ośrodków eksploatacji złota w Europie pełnego i późnego średniowiecza były Czechy (Zlaté Hory, Przybram, Igława i Kutná Hora) i północne Węgry (dzisiejsza Słowacja — Kremnica i Bańska Szczawnica).

Warto wspomnieć, że między XI a XVI wiekiem także na Dolnym Śląsku prowadzono stosunkowo spore wydobycie żółtego metalu. Największe znaczenie na tamtym obszarze miały złoża w Złotym Stoku. Ślady eksploatacji datuje się tam już na X wiek (metodami górniczymi od XIII wieku). Poza złotem znajdowały się tam także znacznie bogatsze złoża arsenu, z którego również pozyskiwano cenny kruszec. Okres świetności przypadł dla tamtych kopalń na XVI wiek. Produkcja złota przekraczała wówczas nawet 100 kilogramów rocznie, co stanowiło około 8% ówczesnej europejskiej produkcji. W ciągu całego stulecia wyniosła ona około 7 ton[12].

Drugim istotnym miejscem na Dolnym Śląsku dla dziejów pozyskiwania złota jest Złotoryja nad rzeką Kaczawą. Szacuje się, że między XI a XIII wiekiem wydobyto w okolicach miasta łącznie ponad 5 ton cennego kruszcu (rocznie do 50 kilogramów). Pod koniec XII wieku osiedlili się tu w celu jego pozyskiwania niemieccy górnicy. Niestety już w XIV stuleciu eksploatacja złóż stała się nieopłacalna[13].

Wszystkie powyższe ośrodki górnicze nie mogły jednak sprostać rosnącym wymaganiom coraz szybciej rozwijającej się Europy. Pod koniec XV wieku główne regiony dostarczające ten metal szlachetny w ilości 5–8 ton rocznie znajdowały się już poza kontynentem. Zaliczano do nich Afrykę Zachodnią, zwłaszcza Złote Wybrzeże, należące do dzisiejszej Ghany.

Niedostatek złota stanowił jeden z głównych powodów rozpoczęcia epoki wielkich odkryć geograficznych. W 1492 roku Krzysztof Kolumb na czele hiszpańskiej wyprawy, kierując się na zachód, dotarł do Antyli. Kontynentalną część Ameryki osiągnął sześć lat później w czasie swej trzeciej ekspedycji. Był to początek eksploracji i kolonizacji tej części globu przez białych ludzi. Niestety dla ludów Nowego Świata, nieznających żelaza, broni palnej ani koni, wykorzystujących złoto do wyrobu przedmiotów użytkowych, przybycie żądnych bogactw i sławy Europejczyków okazało się katastrofą.

W latach 1519–1521 Hernán Cortés z oddziałem 500 hiszpańskich żołnierzy podbił państwo Azteków w Ameryce Środkowej. Na jego miejscu została utworzona Nowa Hiszpania (od 1535 roku wicekrólestwo), którą początkowo rządził on sam. Z kolei w latach 1531–1536 osłabione wewnętrznymi konfliktami imperium Inków w Ameryce Południowej zostało unicestwione przy użyciu podstępu i przemocy przez bez mała 200 konkwistadorów dowodzonych przez Francisco Pizarro. Władca Inków, Atahualpa, został zwabiony i uwięziony przez Hiszpanów, którzy ponoć zażądać mieli za niego okupu w wysokości ponad 6 ton złota i ponad 12 ton srebra. Mimo dostarczenia metali szlachetnych przez Inków Atahualpa po sfingowanym procesie został zabity przez swych oprawców w 1533 roku. Ponieważ władca zgodził się przed śmiercią przyjąć chrzest, spalenie na stosie zamieniono na uduszenie. W tym samym roku Hiszpanie zajęli stolicę kraju — Cuzco. W 1544 roku na zgliszczach imperium powstało wicekrólestwo Peru. Swoje oszałamiające zwycięstwo Hiszpanie zawdzięczali nie tylko przewadze technicznej i podstępnemu działaniu, ale także aktywnemu wsparciu ze strony tysięcy Indian, którzy chcieli oswobodzić się spod władzy ciemiężących ich Azteków i Inków.

Niedługo po Hiszpanach do Ameryki dotarli Portugalczycy. W 1500 roku wyprawa, którą dowodził Pedro Álvares Cabral, dopłynęła do dzisiejszej Brazylii. Pierwszą stałą osadę założono na jej obszarze dopiero w latach trzydziestych XVI wieku, jednak już wtedy jej przetrwanie opierało się na pracy indiańskich niewolników. Ich chwytaniem, a także poszukiwaniem złota, w głębi lądu zajmowali się bandeirantes.Poza Portugalczykami w skład tych oddziałów wchodzili Metysi, wyzwoleńcy i wcześniej złapani indiańscy niewolnicy. Szczyt ich działalności przypadł na XVII wiek. Na swe wyprawy wyruszali z powstałego w połowie tamtego stulecia São Paulo.

Wielu europejskich konkwistadorów, badaczy i awanturników przybywało do Ameryki Południowej w celu odszukania Eldorado (z hiszpańskiego El Dorado — „pozłocony”), legendarnego miasta lub krainy obfitującej w złoto i kamienie szlachetne. Miejsce to lokalizowane było zwykle gdzieś w dorzeczu Orinoko lub górnego biegu Amazonki, czyli na obszarze dzisiejszej Gujany, Wenezueli, Kolumbii, Ekwadoru albo Peru. Jego poszukiwania trwały od XVI do XVIII wieku. Choć Eldorado oczywiście nigdy nie istniało, swój początek wzięło z opowieści usłyszanej na początku XVI wieku przez pierwszych Europejczyków przybyłych na teren dzisiejszej Kolumbii, o „człowieku ze złota” — wodzu jednego z tamtejszych ludów, który raz do roku obsypany żywicą i złotem zanurzał się w jeziorze. Jak się później okazało, faktycznie tak kiedyś wyglądała koronacja władcy ludu Czibcza na jeziorze Guatavita oddalonym o około 50 kilometrów od założonej przez Hiszpanów Bogoty — stolicy obecnej Kolumbii. Rytuału tego zaprzestano jeszcze przed przybyciem pierwszych Europejczyków do Ameryki.

Od początku XVI wieku rdzenni mieszkańcy Ameryki Środkowej i Południowej masowo ginęli nie tylko w wyniku starć zbrojnych z najeźdźcami, ale także, a może i przede wszystkim, co charakterystyczne dla wielu regionów kolonizowanych przez białą ludność, z powodu przywleczonych przez nią chorób zakaźnych, do których należały ospa, grypa, odra i tyfus. Sytuację tubylców pogarszał fakt, że zabierano im najlepsze ziemie, które następnie przeznaczano m.in. pod hodowlę bydła rogatego i owiec. Ponadto wielu Indian zmarło w wyniku pracy przymusowej narzuconej przez Europejczyków w tamtejszych kopalniach złota[14] i srebra, w zakładach produkcyjnych i na plantacjach (trzciny cukrowej, tytoniu, bawełny, kukurydzy, owoców, ryżu itp.), a także na różnego rodzaju budowach. Cały proceder usprawiedliwiano m.in. rzekomymi skłonnościami Indian do kanibalizmu, a także ich niezdolnością do korzystania z własnej wolności.

Hiszpanie stworzyli w Nowym Świecie bardzo złożony system wykorzystywania formalnie wolnej tubylczej siły roboczej, a także różnego rodzaju danin, choćby w postaci produktów rolnych, składanych przez lokalne społeczności. Częściowo opierali się na rozwiązaniach rodzimych (europejskich), częściowo na zastanych w Ameryce — warto pamiętać, że niewolnictwo i praca przymusowa istniały tam także w epoce prekolumbijskiej, choć nie w tak ogromnym wymiarze. Na terenie hiszpańskich posiadłości do wspomnianych powinności można zaliczyć repartimiento, encomiendas i mita(pierwsze z nich stosowane było do początku XVIII wieku, pozostałe do początku wieku następnego). Z reguły dotyczyły one kilku procent miejscowej populacji; osoby te musiały pracować dla przybyszów z Europy przez kilka, kilkanaście miesięcy. Teoretycznie rdzenni mieszkańcy Ameryki otrzymywali w zamian opiekę, edukację i wiarę chrześcijańską. Nadużycia w tym systemie prowadziły do częstych buntów Indian, które, podobnie jak odmowa przyjęcia chrześcijaństwa i wykonania narzuconych prac, były wystarczającym powodem do uczynienia z nich prawdziwych niewolników. Warto dodać, że Hiszpanie także kupowali niewolników od lokalnych społeczności indiańskich, czasem też sami zniewalali ludzi, przeprowadzając własne zbrojne wyprawy.

Mniej więcej w połowie XVI wieku zdziesiątkowani już Indianie Ameryki Łacińskiej przestali być wykorzystywani do ciężkich prac w takim zakresie, co wcześniej, i coraz częściej stawali się po prostu tanią siłą roboczą (pełną wolność uzyskali dopiero na początku XIX wieku). Stopniowo zastępowano ich sprowadzanymi w coraz większej liczbie Afrykańczykami (pierwsi z nich zostali tam przetransportowani już pod koniec XV wieku, ostatni w XIX stuleciu). Najwięcej z nich — prawie 40%, czyli około 3–4 milionów osób — znalazło się w Brazylii. Niewolnictwo w niepodległych już krajach Ameryki Łacińskiej zniesiono ostatecznie w XIX wieku, najpóźniej właśnie w Brazylii — dopiero w 1888 roku.

Mimo iż biali kolonizatorzy nigdy nie odnaleźli swojego Eldorado, z zamorskich kolonii w Ameryce i Afryce, głównie za pośrednictwem Hiszpanii i Portugalii, w XVI i XVII wieku do Europy dostarczane były ogromne ilości złota i srebra. Szacuje się, że tylko pod koniec XVII wieku Europejczycy pozyskiwali tam około 10–12 ton złota rocznie. Spowodowało to w zachodniej części Starego Kontynentu ogromny wzrost akumulacji kapitału, ożywienie handlu i rękodzieła, rozwój przemysłu, ale także, według niektórych, wzrost cen. Jak na ironię w dłuższym czasie złoto z Ameryki zubożyło Hiszpanię, doprowadzając ją do trudności gospodarczych i finansowych[15].

Metody pozyskiwania złota przez poszukiwaczy w XIX wieku

W połowie XVIII wieku światowe wydobycie żółtego metalu wynosiło około 25 ton rocznie. W tamtym okresie najwięcej tego kruszcu dostarczała Brazylia. Ta wówczas jeszcze portugalska kolonia zawdzięczała ten fakt odkryciu złota i diamentów dokonanemu pod koniec XVII wieku w górach na terenie dzisiejszego stanu Minas Gerais przez wspomnianych wcześniej bandeirantes. Zapoczątkowało to chyba pierwszą na świecie ogromną gorączkę złota, w której brało udział wielu Europejczyków — głównie Portugalczyków (ponad 400 tysięcy), co nie powinno dziwić. Poza tym na terenach złotonośnych obecni byli m.in. Brytyjczycy, którzy posiadali już sporą wiedzę związaną z wydobyciem metali szlachetnych i organizacją pracy w kopalniach. Nie udało mi się niestety znaleźć informacji, czy w tym wydarzeniu brali udział jacyś Polacy. Zjawisko to osiągnęło swój szczyt w XVIII stuleciu, a trwało aż do wieku następnego. Oczywiście siłę roboczą w znacznej mierze stanowili niewolnicy z Afryki (około 0,5 miliona).

Mimo brazylijskiej gorączki złota światowe wydobycie tego kruszcu powoli spadało, na początku XIX wieku wynosiło już niecałe 20 ton na rok. Dlatego też często nieoczekiwane i przypadkowe odkrycia złóż tego metalu szlachetnego, które następowały począwszy od lat czterdziestych XIX stulecia[16] w kolonizowanych od jakiegoś czasu przez Europejczyków regionach świata — przede wszystkim na Syberii, w Ameryce Północnej, Australii i Afryce Południowej — wzbudzały ogromną sensację na całym globie, gwałtownie ściągając w te miejsca wielu śmiałków i awanturników chcących szybko i łatwo zdobyć fortunę. Większość z nich była zupełnie nieprzygotowana do poszukiwań złota i nie miała żadnej fachowej wiedzy na ten temat.

Zanim jednak przejdziemy do omawiania poszczególnych gorączek złota, w których brali udział Polacy, powiedzmy sobie jeszcze kilka słów o charakterze tych zjawisk, jak i o przedmiotach i urządzeniach, które służyły opisanym w tej książce poszukiwaczom do pozyskiwania upragnionego kruszcu.

Warto zauważyć, że odkrywcami ogromnych złóż żółtego metalu, które doprowadziły do wybuchu gorączki złota, często nie byli wcale geolodzy pracujący dla lokalnych władz (choć oczywiście i tacy się zdarzali), tylko osadnicy, żołnierze, podróżnicy — czyli tak naprawdę przypadkowe osoby, które nie miały żadnej wiedzy z tej dziedziny i nie musiały prowadzić żadnych specjalistycznych badań. Dosłownie natykali się na ten kruszec w okolicach rzek, jezior, na wzgórzach, w górach i w innych miejscach.

We wczesnych okresach gorączek złota XIX wieku poszukiwaniami zajmowały się zazwyczaj liczne grupy kilkuosobowe — z reguły od dwóch do sześciu osób — w których każdy miał konkretne zadanie do wykonania. Wielu z nich pracowało po kolana w zimnej wodzie lub w głębokich dołach przez kilka—kilkanaście godzin dziennie. Złoto zbierano do przytroczonej do pasa skórzanej torby. Na obszarach złotodajnych panowały często bardzo ciężkie, wręcz pionierskie warunki. Płuczkarze i kopacze spali w namiotach lub szałasach narażeni — w zależności od obszaru i pory roku — na ulewne deszcze, susze, lawiny i śnieg. Musieli też często sami gotować, prać i polować, nawet jeżeli wcześniej nigdy tego nie robili. Podczas pracy, odpoczynku i transportu złota narażeni byli na napady ze strony swych konkurentów albo bandytów, którzy wyspecjalizowali się w tego rodzaju operacjach. Wielu poszukiwaczy nosiło więc przy sobie również broń białą i palną dla własnej ochrony, a także posiadało psy, które odstraszały niepożądane osoby.

Poszukiwacz złota w Kalifornii. „Harper’s New Monthly Magazine” nr 119 z 1860 roku

W miejscach poszukiwań powstawały na ogół prymitywnie urządzone osady, posiadające własne sklepy, bary z alkoholem, szulernie, domy publiczne, a niekiedy nawet redakcje gazet. Z reguły towary i usługi świadczone w nich były bardzo drogie. Niektóre obozowiska przekształciły się w istniejące do dziś metropolie, inne stały się miastami-widmami (z angielskiego ghost towns).

Oczywiście ciężka praca, wiedza i doświadczenie nie dawały żadnej gwarancji sukcesu. Sporo zależało od zwykłego szczęścia i sprzyjających okoliczności. Większość śmiałków ponosiła porażkę albo ledwo wiązała koniec z końcem, będąc zmuszona kupować po wysokich cenach zaopatrzenie i niezbędne pozwolenia na kontynuowanie swej pracy. Dodatkowo wielu z tych, którym się powiodło, traciło swój dopiero co zdobyty majątek na różnego rodzaju uciechy — alkohol, prostytutki i hazard. Prawdziwych zwycięzców było więc bardzo mało.

Poszukiwacze złota w interesującej nas epoce korzystali z bardzo licznych i różnorodnych przedmiotów i przyrządów do wydobywania cennego kruszcu na własną rękę. Do najbardziej oczywistych i niewymagających dodatkowych opisów należał oczywiście taki sprzęt jak: kilof, łom górniczy (kruszenie i rozdrabnianie skał), łopata (przesypywanie ziemi), wózek oraz taczka (wożenie ziemi do płukania). Inny, służący do płukania i przesiewania złotodajnego piasku, zwłaszcza ten wspominany w dalszej części książki, warto pokrótce przedstawić.

Jednym ze starszych i zarazem najbardziej uniwersalnych przedmiotów na wyposażeniu niemal każdego poszukiwacza była metalowa miska (z angielskiego pan) o głębokości kilku centymetrów, średnicy około 30–50 centymetrów i o lekko podniesionych brzegach. Poszukiwacz wsypywał do niej garstkę mokrej ziemi i trzymając naczynie lekko pochylone w wodzie, wprowadzał je w ruch obrotowy. Woda wypłukiwała najlżejsze cząstki, a znacznie cięższe złoto (ziarnka i samorodki) i najgrubszy żwir opadały na dno miski. W ciągu jednego dnia sprawdzano w ten sposób około metra sześciennego ziemi — dokładna wartość zależała oczywiście od siły i zdrowia poszukiwacza, a także jakości sprzętu i dostępności wody.

Opisana wyżej praca była prosta do nauczenia się (jeśli nie najprostsza spośród wszystkich sposobów poszukiwań), ale i mało efektywna, a także bardzo wycieńczająca fizycznie — zwłaszcza że wykonywano ją w skłonie. Jak już wyżej wspomniałem, woda, w której stali po kolana płuczący, często była zimna, dodatkowo latem roiło się dookoła od komarów. Poza samym pozyskiwaniem złota metoda ta mogła także służyć do próby oszacowania ilości kruszcu występującego na danym obszarze. Miski stosowane są przez poszukiwaczy również współcześnie, z tym że często wykonywane są z dużo lżejszego od metalu plastiku.

W połowie XIX wieku w Kalifornii wynaleziono łatwe do własnoręcznego skonstruowania urządzenie określane mianem kołyski — faktycznie było do niej podobne (po angielsku nazywano je rocker — co oznacza m.in. „bujany fotel”, albo cradle — czyli „kołyska” lub „kolebka”). Kołyski nie miały z góry ustalonych wymiarów (przykładowe: 90 centymetrów długości i 40 centymetrów szerokości), mogły być też wykonane z różnych materiałów. Urządzenie to miało podobne działanie, co miska — przy użyciu wody, dawniej nalewanej na ogół z wiadra lub nakierowanej ze strumienia, pomagało oddzielić złoto od piasku i żwiru.

Kołyska zbudowana była z otwartego pudła, umocowanego na połówkach koła, które pozwalały jej się huśtać, a także z odpowiedniego sita na nadbudówce. Poszukiwacze łopatą nabierali do tego sita ziemię, którą następnie polewali wodą i wprawiali kołyskę w ruch, pozbywając się w ten sposób większych grudek i kamieni. Woda zmieszana z resztą ziemi przepływała przez całe urządzenie, po czym wypływała przez specjalny otwór znajdujący się na dole pudła. Tymczasem złoto i inne minerały, blokowane przez specjalne płótno i boczne listwy, zostawały na jego dnie. Pozostały w kołysce materiał należało następnie oddzielić w wyżej opisanej misce.

Kołyska. Autor: Henry Sandham. „The Century illustrated monthly magazine”, styczeń 1883 roku

Urządzenie obsługiwać mogła jedna osoba, ale także — przy odpowiednim podziale obowiązków — dwie lub więcej. Dzięki tej metodzie dziennie można było przeszukać do 3–4 metrów sześciennych materiału skalnego — w zależności od poszukiwacza, dostępności wody, a także jakości i wielkości sprzętu. Kołyska musiała być czyszczona minimum co 2–3 godziny. Obecnie istnieją zmechanizowane wersje tego urządzenia, których nie trzeba ręcznie wprawiać w ruch.

Bardzo charakterystyczną z wyglądu, dłuższą wersją kołyski był wymyślony w tym samym okresie, również w Kalifornii, Długi Tom (The Long Tom). W odróżnieniu od kołyski przyrząd ten musiał być nieustannie zasilany wodą, przez co konieczne było ulokowanie go blisko rzeki, od której prowadzone były do niego specjalne kanały wykonane z drewna. Z reguły nie wymagał za to kołysania.

Długi Tom miał kilkadziesiąt centymetrów szerokości i nawet 4 do 6 metrów długości. Składał się z dwóch otwartych części. Pierwsza kończyła się rozszerzonym, zamkniętym sitem. Przedostająca się przez nią rozdrobniona ziemia spływała wraz z wodą do drugiej, większej części maszyny. Tam listwy, podobnie jak w kołysce, zatrzymywały cząstki złota i inne ciężkie drobinki, a uwalniały lżejsze materiały. Choć Długi Tom był skuteczniejszy od wcześniej przedstawionych wynalazków, wymagał do obsługi kilku osób (najlepiej czterech). Trzeba było bez przerwy poruszać płukaną ziemią i ponownie podnosić jej grudki do źródła wody, by je rozpuścić i nie zatkać sita. Najdrobniejszy materiał wyjmowano z maszyny dwa razy dziennie i przesiewano ręcznie za pomocą miski (czasem w celu sprawniejszego pozyskania złota stosowano także rtęć). Urządzenie to było w stanie przerobić 6 metrów sześciennych materiału skalnego dziennie.

Jeszcze inny ciekawy, płaski, długi na kilka metrów i otwarty od góry wynalazek nazywany był płuczką, płucznią, korytkiem lub korytem (po angielsku sluice box). Był to jeden z bardziej efektywnych przyrządów służący do wydobywania złota z osadów aluwialnych na małą skalę. Montowano go często bezpośrednio w płytkiej rzece lub strumieniu, zgodnie z nurtem. By nie odpłynął, dociskany był czasem kamieniami. Podobnie jak kołyski, płuczki mogły mieć różne rozmiary. Bywało nawet, że dla zwiększenia ich skuteczności łączono je w dłuższe koryta. Wykonywane były z drewna.

Do płuczki wrzucano łopatą osad z dna rzeki, choć lepiej było go wstępnie przesiać przez sito, by gruby żwir nie blokował przepływu — zwłaszcza w mniejszych strumieniach. Po spłynięciu osadu na dnie płuczki pozostawały drobiny złota i inne ciężkie minerały, tuż za specjalnymi progami lub pułapkami, wykonanymi np. z desek, albo na rozłożonym na dnie płótnie. Podczas pracy nieustannie trzeba było kontrolować siłę strumienia — zbyt silny mógł zmyć z pułapek złoto. W przypadku zaś zbyt słabego nurtu lub oddalenia płuczki od źródła wody stosowano drewniane kanały, a nawet zapory własnej konstrukcji. Po wykonanej pracy koniec płuczki należało umieścić w misce i delikatnie przemyć od góry wodą, by zachować zgromadzony materiał. Również i w tym przypadku pomagano sobie niekiedy rtęcią.

Płuczki stosuje się do dziś. Obecnie wykonywane są z karbowanego metalu i plastiku. Niekiedy montuje się na nich także specjalne nadbudówki, do których pompy (elektryczne lub benzynowe) wlewają wodę — urządzenia te zwie się wówczas highbankersluice box albo po prostu highbanker. Dzięki temu nie trzeba ich umieszczać bezpośrednio w nurcie rzeki.

Kolejne interesujące urządzenie, które chciałbym tutaj przedstawić, znane jest w języku angielskim jako puddling tub lubpuddling machine. Po raz pierwszy skonstruowano je w australijskiej kolonii Wiktoria w 1854 roku. Stosowane było do oddzielania płatków złota od gliny. Był to rodzaj kadzi różnej wielkości, zbudowanej z grubych i mocnych desek. W przypadku tych mniejszych, które stawiano na ziemi, najpierw umieszczano w nich glinę, a następnie wlewano przy pomocy wiadra wodę. Potem zawartość kadzi mieszano łopatą lub drągiem celem rozdrobnienia gliny. Przy odpowiednim podziale obowiązków do pracy przy tym wynalazku wystarczyły dwie osoby.

Poszukiwania złota z użyciem drewnianych koryt. Autor: Henry Sandham. „The Century illustrated monthly magazine”, styczeń 1883 roku

Kadzie pokaźniejszych rozmiarów (np. szerokości 3 metrów i wysokości 1 metra) były bardziej rozbudowane i wymagały użycia większej siły. Wkopywano je równo z ziemią. Pośrodku urządzenia znajdował się słup, do którego przymocowana była poprzeczna belka o długości przekraczającej krawędzi maszyny. Do jednego końca belki przywiązany był koń, który obracał nią, jeżdżąc dookoła kadzi. Glina, do której dolewano wodę, mieszana była przez skierowane do dołu drewniane lub żelazne zęby zamontowane na belce. Do obsługi całego przyrządu potrzebnych było trzech ludzi i koń, dodatkowo dowożeniem gliny zajmował się jeden poszukiwacz na konnym wozie — a więc łącznie w tej pracy uczestniczyło nawet czterech ludzi i dwa konie.

Zarówno w mniejszym, jak i w większym wariancie tego urządzenia w wyniku mieszania na wodzie zaczynała unosić się rozwodniona glina, którą usuwano. Na dnie pozostawały cięższe elementy i złoto, które następnie odsiewano przy użyciu miski lub kołyski. Według szacunków w małej kadzi można było wymyć około 150–160 kubłów gliny, podczas gdy w dużej nawet 600–700 kubłów. Główną wadą obydwu był fakt, że mogły je łatwo zniszczyć lub zalać gwałtowne deszcze. Wynalazek ten stosowano również w XX wieku.

W regionach suchych — m.in. tam, gdzie kiedyś była woda, która naniosła wtórne złoża złota — popularną metodą na pozyskanie tego kruszcu było korzystanie z urządzenia do przesiewania ziemi zwanego po angielsku drywasher, co można przetłumaczyć jako przyrząd do „suchego płukania”. Wyglądem przypominał współczesną płuczkę z nadbudówką (highbanker), zaś efektywnością i częściowo także sposobem obsługi, zbliżony był do kołyski.

Złotodajny piach wsypywano do tej maszyny przez sito, które znajdowało się na górze. Dzięki sile grawitacji materiał powoli przesuwał się w dół, po pochyłym, otwartym pudle zawierającym progi na wzór płuczki. Pod tym pudłem znajdował się miech, który dzięki sile ludzkich mięśni tłoczył w zsuwający się materiał powietrze. Lżejsze elementy, w tym piasek, pod wpływem podmuchów i spowodowanych przez nie wibracji, wypadały z urządzenia, podczas gdy złoto i inne cięższe minerały, blokowane dodatkowo przez progi, zsuwały się do pojemnika na samym dole, gdzie znajdowało się płótno. Po skończeniu pracy materiał zgromadzony w pojemniku mógł zostać przemyty w misce — o ile poszukiwacz miał dostęp do wody. Urządzenie mogło być obsługiwane przez jedną lub dwie osoby. Cała konstrukcja posiadała jednak poważną wadę. Gdy na przeszukiwany obszar spadł deszcz, trzeba było poczekać do całkowitego wyschnięcia ziemi.

W tamtych czasach cała opisana powyżej maszyna posiadała drewniany szkielet; obecnie może być skonstruowana z różnych materiałów, a także posiadać odmienny kształt. Ponadto sam miech (albo wentylator) jest z reguły poruszany mechanicznie, np. przy użyciu silnika spalinowego. Dzięki niemu całe urządzenie wprawiane jest również w wibracje.

Z reguły po kilku, kilkunastu latach od wybuchu gorączki złota opisanych wcześniej poszukiwaczy zaczynali zastępować przedsiębiorcy z dużym kapitałem, zakładający firmy wydobywcze i ogromne kopalnie. Zatrudniali też liczne grono pracowników, którzy posługiwali się nowoczesnym sprzętem, by dotrzeć do coraz trudniej dostępnych złóż. O tym powiemy sobie jeszcze w dalszej części pracy.

Wyczerpaliśmy już wszystkie tematy przewidziane na to wprowadzenie do interesującego nas zagadnienia. Przejdźmy teraz do chronologicznego omówienia XIX-wiecznych gorączek złota, w których brali udział Polacy.

Rozdział I

SYBERIA

Przy omawianiu obszarów objętych gorączkami złota w XIX wieku często pomijana jest Syberia. Jest to zapewne spowodowane tym, że zjawisko to różniło się w pewnej mierze od analogicznych wydarzeń w Ameryce Północnej czy Australii. Dla zachodnich autorów nie bez znaczenia musi pozostawać też fakt, że większość źródeł dotyczących tego obszaru spisana została oczywiście w języku rosyjskim i obecnie nie jest łatwo dostępna. Polakom z kolei ta piękna, rozległa i wciąż słabo zaludniona kraina kojarzy się w sposób oczywisty z innymi wydarzeniami z naszej historii. Warto jednak przyjrzeć się syberyjskim gorączkom złota, jako że stosunkowo spory udział mieli w nich również Polacy, którzy za Uralem często przebywali nie z własnej woli.

Więzienie bez dachu

Według najszerszej, w sensie geograficznym, definicji, a zarazem najczęściej przyjmowanej w polskiej literaturze, Syberia zajmuje całą azjatycką część Rosji — z zachodu na wschód od Uralu do Oceanu Spokojnego i z południa na północ od stepów Azji Środkowej i Ałtaju, a także połączonych z nimi masywów górskich, do Oceanu Lodowatego. Obszar ten wynosi około 13 milionów kilometrów kwadratowych, co stanowi większość terytorium Rosji. Do dziś jest stosunkowo słabo zaludniony i charakteryzuje się piękną przyrodą — lasami (tajgą), rzekami (wzdłuż których ciągnęły się główne szlaki handlowe) i pasmami górskimi.

Ponadto Syberia kojarzona jest często z silnymi mrozami — choć nie można tego odnieść do całej krainy, to faktycznie jej północna część posiada klimat okołobiegunowy (większość tego regionu znajduje się jednak w strefie klimatu umiarkowanego chłodnego). Warto też zauważyć, że w miejscowości Ojmiakon w Jakucji odnotowano jedną z najniższych temperatur w historii dla całorocznie zamieszkałego przez człowieka miejsca: –71,2°C w 1926 roku. Ziemie za Uralem charakteryzują się także bogatymi zasobami naturalnymi — płodami rolnymi (zwłaszcza zbożem), metalami szlachetnymi i paliwami kopalnymi. Dawniej występowała tam również ogromna ilość zwierząt, m.in. soboli, lisów i bobrów, na które polowano w celu pozyskania ich futra.

Rosyjski podbój Syberii miał miejsce od końca XVI wieku. Zasadnicze aneksje tej krainy zakończyły się w XVIII wieku, kiedy to władzy carskiej podporządkowane zostały Kamczatka i Półwysep Czukocki na północno-wschodnich krańcach Azji, choć współczesną granicę na Dalekim Wschodzie Rosja osiągnęła dopiero w 1945 roku. W przeciwieństwie do podboju kolonizacja ziem zauralskich nie szła Imperium Rosyjskiemu tak sprawnie. Pierwszymi przybyszami z Europy byli żądni zysku wolni myśliwi, handlarze i kozaccy rozbójnicy, a następnie szukający lepszego losu i uciekający przed różnymi konfliktami rosyjscy chłopi. Byli oni jednak stosunkowo nieliczni.

Z problemem tym próbowano sobie poradzić chociażby poprzez przymusowe zaludnianie ziem zauralskich — aż do końca lat osiemdziesiątych XIX wieku była to główna metoda zasiedlania Syberii. Samo zesłanie, jako forma kary i środek prewencji dla tzw. przestępców politycznych (pretendentów do tronu i ich stronników, przeciwników politycznych, spiskowców i buntowników) i religijnych (przedstawicieli nieuznawanych odłamów Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej — m.in. staroobrzędowców, zwanych także starowiercami lub raskolnikami), stosowane było w państwie moskiewskim od początku XVI wieku. Wówczas kierowano skazanych do znajdującej się w Europie północnej części kraju. Miejscem zsyłki dla samych Rosjan, przynajmniej formalnie, Syberia stała się już pod koniec XVI wieku. Wtedy też pojawiło się rozróżnienie zesłania, które mogło trwać od kilku lat do dożywocia, i cięższej od niego katorgi (od greckiego kateirgon — zmuszać), która wiązała się przede wszystkim z pozbawieniem wolności osobistej i przymusową pracą fizyczną — najczęściej w kopalni (ta uznawana była za najcięższą), twierdzy (w służbie karnej) albo zakładach przemysłowych. Katorga mogła trwać od kilku do dwudziestu lat, po niej skazaniec musiał zazwyczaj odbyć jeszcze karę zesłania.

W rzeczywistości istniało bardzo wiele form zesłania i katorgi, niektóre z nich są dość ciężkie do rozróżnienia. Wiele przepisów w rosyjskim prawie dotyczących tego zagadnienia było sprzecznych i właściwie martwych. Sami zesłani nie zawsze wiedzieli, do której kategorii należeli. Ich omawianie wykracza poza zakres tej książki. Wystarczy jeszcze dodać, że skazanym mogły również towarzyszyć kary chłosty, piętnowania, okaleczania (obcięcie palca, ucha, wyrywanie nozdrzy), utraty szlachectwa i majątku. Z drugiej strony długość kary niejednokrotnie skracano poprzez amnestie i ukazy. Warto też zauważyć, że sporo katorżników stawało się zwykłymi więźniami na skutek braku pracy lub niezdolności do jej wykonywania. Osoby wykształcone, znające języki, zamiast pracy fizycznej mogły otrzymywać posady nauczycieli albo inne prace umysłowe.

Za przestępstwa kryminalne za Ural zaczęto zsyłać dopiero w połowie XVII wieku, co znacząco zwiększyło liczbę przymusowych osiedleńców. Pospolitymi przestępcami byli głównie Rosjanie z warstw niższych, choć zdarzali się także Polacy z zaboru rosyjskiego. Skazywani byli za włóczęgostwo, bójki, morderstwa, fałszowanie pieniędzy i prostytucję. Oczywiście kryminaliści stanowili znaczną większość przesiedlanych w ten sposób ludzi.

Pierwsi obywatele Rzeczypospolitej Obojga Narodów zsyłani byli na Syberię od przełomu XVI/XVII wieku — najpierw były to dość niewielkie, kilkunasto-, kilkudziesięcioosobowe grupy (szacuje się, że w całym XVII stuleciu łącznie mieszkało na Syberii kilka tysięcy Polaków). Trafiali tam przede wszystkim w charakterze jeńców wojennych, przyłączani do lokalnych garnizonów (część z nich — poprzez zachęty albo przymuszanie — przyjęła prawosławie i przeszła na służbę rosyjską), choć zdarzali się też dobrowolni przybysze. Niektórzy pełnili nawet ważne funkcje administracyjne. W kolejnym stuleciu na Syberię kierowano także przeciwników ingerencji Rosji w sprawy coraz słabszej i bardziej zależnej od wschodniego sąsiada Rzeczypospolitej.

Pożegnanie Europy. Malował: Aleksander Sochaczewski, 1894 rok

Znacznie większe grupy Polaków zsyłano z powodów politycznych począwszy od konfederacji barskiej (lata 1768–1772). Warto zauważyć, że Polacy od tego momentu aż do lat osiemdziesiątych XIX wieku stanowili najliczniejszą za Uralem grupę tej kategorii zesłańców. Ciężko jest podać ich dokładną liczbę. Z pewnością samych konfederatów, powstańców, działaczy patriotycznych, żołnierzy i spiskowców wysłano w tym okresie łącznie dziesiątki tysięcy — najwięcej po powstaniach listopadowym i styczniowym. Część z nich zmarła w drodze na miejsce zsyłki, inni już tam zostali. Wielu jednak powróciło na ziemie polskie. Zdarzało się również, że jedną osobę zsyłano na Syberię parokrotnie.

Wielu z nich zajmowało się tam rolnictwem, przemysłem, handlem, medycyną, naukami przyrodniczymi czy etnograficznymi, w ogromnym zakresie przyczyniając się do zasiedlenia, poznania, a także rozwoju cywilizacyjnego, gospodarczego i kulturowego Syberii. Niektórzy próbowali swego szczęścia przy poszukiwaniu i wydobywaniu złota.

Konspiracja

Spośród polskich poszukiwaczy złota na Syberii warto wspomnieć przede wszystkim zapomnianego dziś Eugeniusza Żmijewskiego. Urodził się on w rodzinie szlacheckiej 17 maja 1817 roku w Żmijewie w powiecie mławskim, znajdującym się wówczas w zależnym od Rosji, utworzonym decyzją kongresu wiedeńskiego, Królestwie Kongresowym. Był synem Feliksa, byłego komisarza Komisji Województwa Augustowskiego, i Karoliny z Broniewskich. Miał wychowywać się wśród myśliwych i polować od wczesnej młodości.

Przyszły poszukiwacz złota uczył się w gimnazjum w Łomży, a następnie w Sejnach. Przez rok studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, znajdującym się wówczas w Wolnym Mieście Krakowie pozostającym pod kontrolą Rosji, Prus i Austrii. Według niektórych opracowań w latach 1832–1835 miał pracować jako aplikant Rządu Gubernialnego Augustowskiego w Suwałkach[17], choć jeszcze wtedy (do 1837 roku) Królestwo Kongresowe podzielone było na województwa, a nie na gubernie. Tak więc, jeżeli lata i funkcja się zgadzają, mógł ją wykonywać co najwyżej w Komisji Województwa Augustowskiego.

W 1835 roku Żmijewski przebywał u swej ciotki, Marcjanny Chrząstowskiej (zm. 1852), w Szczepanowicach pod Tarnowem. Chrząstowscy byli właścicielami tamtych włości już od końca XV wieku, a w latach trzydziestych XIX wieku w ich dworze miała miejsce ożywiona działalność konspiracyjna mająca na celu wyzwolenie Polski i uwłaszczenie chłopów. Tam właśnie w październiku roku następnego Żmijewski miał wstąpić do utworzonego rok wcześniej w Wolnym Mieście Krakowie, m.in. przez weterana powstania listopadowego Szymona Konarskiego, Stowarzyszenia Ludu Polskiego, którego celem było prowadzenie akcji edukacyjnej i propagandowej wśród inteligencji miejskiej, zwłaszcza młodzieży (idee uwłaszczenia chłopów, równouprawnienia stanów, wolności wyznania itp.), a w końcu wywalczenie niepodległej Polski. Obrał sobie wówczas pseudonim „Józef Rembajło”, choć znany był również jako „Obuch”.

Zimą 1836/1837 roku Żmijewski przybył do Warszawy, skąd już po dziesięciu dniach wysłany został do Suwałk z nominacją na sekretarza Zboru Obwodu Augustowskiego i sołtysa (stał na czele gminy, która podlegała zborowi obwodowemu). Warto zauważyć, że utworzenie komórki spiskowej w Suwałkach było pierwszym udanym krokiem konspiratorów w kierunku rozszerzenia spisku na prowincję Królestwa Kongresowego.

Niestety, w 1838 roku na terenie (już) guberni augustowskiej Żmijewski, podobnie jak około 1000 innych działaczy niepodległościowych w Królestwie Kongresowym, na tzw. Ziemiach Zabranych, a nawet w Galicji (władze austriackie wydały Rosji tych konspiratorów, którzy nie byli obywatelami monarchii habsburskiej), został aresztowany i oddany pod sąd wojskowy.

Poza członkami SLP — tzw. konarszczykami — do konspiratorów należeli także członkowie Zboru Ziemskiego Stowarzyszenia Ludu Polskiego i Konfederacji Powszechnej Narodu Polskiego. Pierwsza z tych organizacji została założona w 1836 roku w Warszawie jako filia SLP, jej potoczna nazwa — świętokrzyżcy — pochodziła od miejsca zebrań spiskowców w domu należącym do warszawskiej parafii Świętego Krzyża. Działała także w Łomży i Kielcach. Druga, zwana również Związkiem Mazurskim, powstała w 1837 roku w wyniku secesji z SLP działaczy krakowskiego Zboru Głównego. Działała w zachodniej części Galicji. Głosiła radykalne hasła społeczne, postulowała szybkie powstanie z udziałem ludności wiejskiej, której obiecywała uwłaszczenie i prawa wyborcze. Ziemianom nieprzystępującym do powstania grożono nawet konfiskatą majątków.

Spośród sądzonych w 1839 roku na Syberię zesłano łącznie 78 osób, z czego 45 na katorgę (jeszcze kilkudziesięciu spiskowców rozproszono po europejskich guberniach i na Kaukazie). Samego Konarskiego rozstrzelano 27 lutego tego roku w Wilnie. Żmijewski został skazany na pięć lat ciężkich robót w Zakładach Nerczyńskich oraz na późniejsze osiedlenie na Syberii.

Katorżnicy przewiezieni byli kibitkami, czyli pojazdami czterokołowymi wykorzystywanymi m.in. do transportu więźniów, przez Moskwę do Tobolska, około 3000 kilometrów w linii prostej. Stamtąd musieli przejść ponad drugie tyle do Irkucka. Grupa, w której znajdował się Żmijewski, dotarła tam w styczniu 1840 roku. Następnie około trzydziestu Polaków — w tym nasz bohater — skierowanych zostało za Bajkał, najstarsze i najgłębsze jezioro świata, do Zakładów Nerczyńskich.

Katorga nerczyńska

Należący do dóbr rządowych Nerczyński Okręg Górniczy, znajdujący się na górzystym Zabajkalu przy granicy z Chinami (obecnie również z Mongolią), był jednym z istotniejszych regionów, gdzie posyłano polskich katorżników, choć akurat w tamtym okresie przebywało ich tam zaledwie kilkudziesięciu, byli to m.in. powstańcy listopadowi. Sam Nerczyńsk — centrum administracyjne okręgu — założony został w połowie XVII wieku jako ośrodek handlu futrami między Rosją a Chinami. Pierwsze kopalnie, srebra i ołowiu, zaczęto zakładać tam pod koniec XVII wieku. W latach trzydziestych XIX wieku rozpoczęto również wydobycie złota (np. w dorzeczach Kary i Szyłki). Wiadomo, że pozyskiwanie surowców w państwowych zakładach było na Syberii mało efektywne i stało na bardzo niskim poziomie technicznym.

Początkowo Zakłady Nerczyńskie opierały się na pracy wolnych robotników najemnych — głównie chłopów pańszczyźnianych, jednak szybko zaczęło ich brakować (mieli oni niewiele lepsze warunki życia i pracy od przymusowych robotników). Od XVIII wieku zastępowano ich właśnie katorżnikami. W połowie XIX wieku pracowało ich w całym okręgu 3100, z czego tylko niecałe 150 osób było zakutych w kajdany — byli to skazańcy z najcięższymi wyrokami i ci, którzy próbowali stamtąd uciekać. Pozostali mieli znacznie większą swobodę poruszania się.

Żmijewskiego i kilku jego kompanów skierowano do pracy w Zakładzie Gazimurskim znajdującym się przy rzece Gazimur. Był to zakład hutniczy, zajmujący się wytapianiem srebra i ołowiu z pobliskich kopalń. Polak przebywał tam przez półtora roku. Wraz z kolegą mieszkał u Fiodora Piotrowicza Pawłuckiego, dobrowolnego pracownika pobliskiej kopalni ołowiu. Przez pierwszy rok uczył się podstaw języka rosyjskiego.

W swych wspomnieniach katorżnik nie napisał nic o samej pracy, którą wykonywał, ale wydaje się, że nie była ona zbyt ciężka. Zesłańcy polityczni mieli pod tym względem z reguły znacznie lepiej niż kryminalni — chyba że próbowali uciekać albo jawnie łamali przepisy. Sytuację tę Polak zawdzięczał też prawdopodobnie postawie miejscowego naczelnika, którego uważał za porządnego człowieka. Żmijewski miał nawet czas na zwiedzanie okolicy i kilkudniowe polowania. Za swą pracę dostawał co miesiąc 2 ruble, co było bardzo skromną pensją, oraz 2 pudy (32,76 kilograma) mąki żytniej, a od gospodyń — codziennie kaszę jęczmienną z łojem wołowym. Dostawał również chleb i ryby.

W sierpniu 1841 roku Żmijewski otrzymał list od mieszkającego w okolicy pobliskich Wielkich Zakładów Nerczyńskich (ros. Bolszoj Nerczynskij Zawod — centrum katorgi) doktora medycyny Józefa Beaupré (1800–1872), również zesłanego za działalność patriotyczną na Syberię. Lekarz zapraszał w nim swego kolegę z konspiracji do zamieszkania w jego domu. W tym celu przyszły poszukiwacz złota wyrobił sobie urlop w swoim miejscu pracy.

Beaupré pochodził z mieszanej, polsko-francuskiej rodziny. Był absolwentem Liceum Krzemienieckiego i Wydziału Lekarskiego Cesarskiego Uniwersytetu Wileńskiego. Przez jakiś czas pracował jako lekarz wolnopraktykujący w Krzemieńcu. Za działalność patriotyczną był dwukrotnie zsyłany. Pierwszy raz w 1831 roku za sprzyjanie powstaniu listopadowemu. Skierowano go wówczas do Kurska. Po kilku latach wrócił do Krzemieńca. Za przynależność do SLP (miał pseudonim „Tojad”, pełnił funkcję sołtysa i sekretarza na Wołyń) aresztowano go po raz kolejny, w 1838 roku. W 1839 roku zesłany został do kopalń nerczyńskich. Początkowo odbywał karę w kamieniołomie i przy budowie dróg, wkrótce jednak zwolniono go z robót przymusowych i zezwolono na zajmowanie się praktyką lekarską. Żmijewski przedstawił go jako dobrego człowieka i doktora (biednych miał leczyć za darmo), znanego i poważanego w całym Kraju Zabajkalskim, także przez tamtejszych lekarzy. Razem z zesłańcem Karolem Podlewskim (1814–1880), członkiem SLP i Związku Mazurskiego, Beaupré zakupił chutor (folwark), obok którego zbudował dom mieszkalny i budynki gospodarskie. W swoich włościach miał podobno jako pierwszy na Syberii uprawiać pszenicę.

Jak pisał Żmijewski, większość powierzchni domu — zwanego przez zesłańców „Domem Polskim” — przeznaczona była dla Polaków, którzy nie posiadali środków na własne utrzymanie. „Każdy wprawdzie miał szczerą chęć pracować, aby nikomu nie być ciężarem; ale okrąg górniczy nie był krajem bogatym i nie każdy z nas mógł sobie na razie znaleźć zajęcie, zwłaszcza przy małej jeszcze znajomości języka”[18]. Zdarzało się, że na obiedzie przebywało kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu gości. Obchodzono też wspólnie święta, jak np. Boże Narodzenie.