Połączeni. Jak lepiej żyć w społeczeństwie globalnym - Karmapa Ogyen Trinle - ebook
NOWOŚĆ

Połączeni. Jak lepiej żyć w społeczeństwie globalnym ebook

Karmapa Ogyen Trinle

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Siedemnasty Karmapa – duchowy przywódca jednej z najstarszych linii buddyzmu tybetańskiego, pochodzący ze skromnej rodziny nomadów – łączy ponadczasową mądrość z etyką, szczególnie potrzebną współczesnemu światu.

Zawsze byliśmy i zawsze będziemy ze sobą powiązani – poprzez rodzinę, wspólnotę i nasze człowieczeństwo. W czasach, gdy planeta szybko się zmienia, a świat wydaje się mniejszy niż kiedykolwiek, nie wystarczy jedynie dostrzegać tych powiązań. Jako współzależne jednostki powinniśmy razem aktywnie tworzyć lepsze, globalne społeczeństwo.

Autor jest dobrze przygotowany, by być naszym przewodnikiem w tym procesie. Dzięki wieloletniemu treningowi buddyjskiemu oraz głębokiemu zaangażowaniu społecznemu pokazuje, jak przejść od intelektualnego rozumienia do realnego doświadczenia współzależności. Uczy, że dopiero wtedy, gdy zaczynamy żyć w duchu tej świadomości, możemy skutecznie wprowadzać prawdziwe zmiany – zarówno etyczne, jak i społeczne.

Karmapa prowadzi nas krok po kroku: od rozwijania wrażliwości i świadomości więzi między ludźmi, aż po praktyczne działania, które zmieniają sposób gospodarowania zasobami Ziemi i nasz rozwój społeczny. W klarowny sposób łączy ze sobą pozornie odległe tematy – kulturę konsumpcyjną, samotność, ochronę zwierząt czy samodzielność – pokazując, że wszystkie one wynikają z tego samego źródła. Jego przesłanie pomaga wyjść poza teorię i wkroczyć na drogę praktycznej, pozytywnej zmiany.

W dzisiejszych czasach jesteśmy tak bardzo współzależni, że w naszym własnym interesie leży wzięcie pod uwagę całej ludzkości. Pokładam wielkie nadzieje w pokoleniu należącym do dwudziestego pierwszego wieku. Jeśli wyniesie naukę z przeszłości i stworzy odmiennąprzyszłość, w drugiej połowie tego stulecia świat będzie mógł stać się bardziej szczęśliwy, pokojowy i stabilny ekologicznie. Bardzo mnie cieszy, że w tej książce Jego Świątobliwość Karmapa bierze na siebie rolę przewodnika, pokazując nam praktyczne sposoby osiągnięcia tego celu.

Jego Świątobliwość Dalajlama

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 292

Data ważności licencji: 12/12/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dostrzegając połączenie

Roz­dział 1

Nasz współzależny świat

Świat w XXI wieku jest mniej­szy niż daw­niej. Człon­ko­wie roz­pro­szo­nych spo­łecz­no­ści są w bliż­szym kon­tak­cie ze sobą niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej i – co rów­nie ważne – wszy­scy jeste­śmy bar­dziej świa­domi tej bli­sko­ści. W epoce infor­ma­cji zarówno eks­perci, jak i zwy­kli obser­wa­to­rzy dostrze­gają wiele sytu­acji, w któ­rych dzia­ła­nia podej­mo­wane w jed­nym zakątku świata skut­kują daleko idą­cymi kon­se­kwen­cjami dla całej pla­nety. Wzra­sta świa­do­mość, że żyjemy w świe­cie, w któ­rym zarówno my wszy­scy, jak i cała ota­cza­jąca i utrzy­mu­jąca nas przy życiu przy­roda jeste­śmy ze sobą powią­zani w wyjąt­kowo głę­boki i rady­kalny spo­sób.

To wza­jemne połą­cze­nie od dawna okre­ślane było w bud­dy­zmie jak „współ­za­leż­ność”. Ter­min ten obec­nie sta­nowi ele­ment dys­ku­sji daleko wykra­cza­ją­cych poza kon­tekst bud­dyj­ski. Spe­cja­li­ści z róż­nych dzie­dzin coraz czę­ściej uznają współ­za­leż­ność za ważny kon­tekst, który wyja­śnia to, co obser­wują. Naukowcy zaj­mu­jący się śro­do­wi­skiem natu­ral­nym dostrze­gają jego zna­cze­nie w zro­zu­mie­niu eko­sys­te­mów, eko­no­mi­ści sto­sują go w han­dlu mię­dzy­na­ro­do­wym, a teo­re­tycy spo­łeczni wyko­rzy­stują do zobra­zo­wa­nia sys­te­mów, które pod­trzy­mują nie­rów­no­ści rasowe czy płciowe, aby wymie­nić tylko nie­które.

Współ­za­leż­ność może być sto­so­wana do wyja­śnie­nia całej gamy sys­te­mów, zaczy­na­jąc od rela­cji pomię­dzy zja­wi­skami natu­ral­nymi, a koń­cząc na rela­cjach pomię­dzy gru­pami ludzi czy naro­dami – innymi słowy: ota­cza­ją­cego nas świata. Ja jed­nak wie­rzę, że zro­zu­mie­nie naszych głę­bo­kich powią­zań może przy­nieść dużo wię­cej. Współ­za­leż­ność nie jest tylko jakąś teo­rią czy inte­re­su­jącą filo­zo­fią. Codzien­nie wywiera wpływ na nasze życie. Poprzez pogłę­bie­nie świa­do­mo­ści wza­jem­nego połą­cze­nia możemy stwo­rzyć dużo bar­dziej har­mo­nijne i zdrowe spo­łe­czeń­stwo, a zara­zem pro­wa­dzić bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące życie. Aby tak się stało, w naszych ana­li­zach nie możemy poprze­stać tylko na pozio­mie współ­za­leż­no­ści świata fizycz­nego. Ludz­kie serce i umysł – to, co nazy­wamy świa­tem wewnętrz­nym – sta­no­wią inte­gralną część tej sieci współ­za­leż­no­ści.

Każdy z nas jest zło­żoną kon­ste­la­cją spo­strze­żeń, idei, uczuć i inten­cji, które wza­jem­nie na sie­bie wpły­wają. Nasz wewnętrzny świat wcho­dzi w inte­rak­cję z warun­kami zewnętrz­nymi, by kształ­to­wać świat zewnętrzny. Reagu­jemy na zewnętrzne oko­licz­no­ści, ale także je two­rzymy. Innymi słowy, nasze wewnętrzne światy oraz świat zewnętrzny są ze sobą bli­sko powią­zane, a to wza­jemne powią­za­nie jest rów­nież czę­ścią współ­za­leż­no­ści. Dostrze­że­nie peł­nego zakresu tej współ­za­leż­no­ści dopro­wa­dzi do fun­da­men­tal­nego prze­my­śle­nia, co ozna­cza bycie jed­nostką ludzką i jaki jest nasz udział w kre­owa­niu świata.

Świat wewnętrzny zatem odgrywa klu­czową rolę w kon­tek­ście doko­ny­wa­nia praw­dzi­wej zmiany w świe­cie, który jest naszym wspól­nym domem. Ani spra­wie­dli­wość spo­łeczna, ani ta zwią­zana ze śro­do­wi­skiem natu­ral­nym nie będą moż­liwe bez wpro­wa­dze­nia istot­nych zmian w naszych posta­wach i inten­cjo­nal­nych zacho­wa­niach, które się z nich biorą. Prze­obra­że­nie naszego spo­łecz­nego i mate­rial­nego świata musi zacząć się od nas samych.

To inte­lek­tu­alne roze­zna­nie, które zdo­by­wamy na temat współ­za­leż­no­ści, jest waż­nym pierw­szym kro­kiem. Następny – klu­czowy – krok to uświa­do­mie­nie sobie współ­za­leż­no­ści na pozio­mie emo­cjo­nal­nym. Powin­ni­śmy czuć głę­bo­kie powią­za­nie, a nie tylko o nim wie­dzieć. Mamy w sobie sze­reg cech i wła­ści­wo­ści, które mogą pomóc nam pod­trzy­mać takie emo­cjo­nalne zaan­ga­żo­wa­nie. Posze­rza­jąc rozu­mie­nie współ­za­leż­no­ści o świat wewnętrzny, będziemy mogli tę zdol­ność lepiej w sobie roz­wi­nąć.

Kiedy tak się sta­nie, ta zako­rze­niona w emo­cjach świa­do­mość, którą zdo­by­li­śmy, głę­boko odmieni naszą więź z innymi i bycie w świe­cie. Zaczniemy dzia­łać w spo­sób, który auten­tycz­nie odzwier­cie­dli naszą współ­za­leż­ność. Gdy zro­zu­mie­nie współ­za­leż­no­ści prze­nie­sie się z głowy do serca i prze­jawi w dzia­ła­niach, nasze życie sta­nie się w pełni efek­tywne i pełne tre­ści.

Dlaczego (i w jaki sposób) współzależność ma znaczenie?

Wza­jemne powią­za­nia są istotne we wszyst­kich rela­cjach, ale także w każ­dym aspek­cie życia. Współ­za­leż­ność jest okre­śloną siłą w świe­cie. Ma dla nas wiel­kie zna­cze­nie. Dzięki niej możemy reago­wać na warunki zewnętrzne i dosto­so­wy­wać się do nich. Dzięki niej możemy się zmie­niać. Możemy osią­gać cele poprzez kształ­to­wa­nie warun­ków nie­zbęd­nych do ich osią­gnię­cia. Gdy­by­śmy nie byli współ­za­leżni, nie byli­by­śmy w sta­nie tego zro­bić. Zro­zu­mie­nie, jak te fun­da­men­talne zasady rzą­dzą naszym życiem, pozwala na świa­dome kie­ro­wa­nie naszym losem i zmie­nia­nie ota­cza­ją­cego nas świata.

Współ­za­leż­ność ozna­cza głę­bo­kie połą­cze­nie, ale także wyja­śnia, dla­czego i w jaki spo­sób do niego docho­dzi. Możemy zacząć od obser­wa­cji, że wszystko w życiu wyda­rza się na sku­tek zbiegu róż­nych przy­czyn i warun­ków. Współ­za­leż­ność odsła­nia głę­bo­kie impli­ka­cje tego pro­stego faktu. Poka­zuje, że wszystko, co ist­nieje, ma zdol­ność wpły­wa­nia na pozo­stałe zja­wi­ska i w rezul­ta­cie samo pod­lega ich wpły­wom, sta­no­wiąc część głę­bo­kiej i zło­żo­nej sieci związ­ków przy­czynowo-skut­ko­wych. Jako ele­ment tej sieci my sami jeste­śmy tym, co wywiera wpływ na innych. Ozna­cza to, że gdy sami się zmie­niamy, zmie­niają się też inni.

Możemy dostrzec, że nie tylko świat mate­rialny jest głę­boko wza­jem­nie powią­zany, lecz także sys­temy spo­łeczne są przed­mio­tem tej współ­za­leż­no­ści. Tak samo nasze życie emo­cjo­nalne, a także cała reszta świata mate­rial­nego i niemate­rial­nego. Kiedy zaczniemy się temu przy­glą­dać, znaj­dziemy współ­za­leż­ność wszę­dzie, gdzie tylko skie­ru­jemy wzrok: od naj­więk­szych sys­te­mów astro­no­micz­nych po sub­telne zmiany w naszym ciele. Współ­za­leż­ność ma prak­tyczne kon­se­kwen­cje dla pra­wie każ­dej sfery życia na tej pla­ne­cie. Tak naprawdę ma ona śro­do­wi­skowe, eko­no­miczne, spo­łeczne, psy­cho­lo­giczne i etyczne impli­ka­cje, które my – jako glo­balne spo­łe­czeń­stwo – dopiero zaczy­namy pozna­wać.

W szer­szym uję­ciu dobro­stan naszej pla­nety zależy od dostrze­że­nia, w jaki spo­sób współ­za­leż­ność działa w świe­cie przy­rody, a szcze­gól­nie jak dzia­łal­ność czło­wieka – wzmoc­niona wie­loma tech­nicz­nymi osią­gnię­ciami – wcho­dzi w inte­rak­cję z tymi siłami. Na pozio­mie jed­nostki nasza zdol­ność do znaj­do­wa­nia trwa­łego szczę­ścia także zależy od zro­zu­mie­nia, jak działa współ­za­leż­ność w obrę­bie życia oso­bi­stego i rela­cji z innymi ludźmi. W skró­cie rzecz ujmu­jąc, zarówno dobro­stan spo­łe­czeń­stwa, jak i nasze wła­sne szczę­ście zależą od tego, czy nauczymy się żyć w peł­nym dostro­je­niu do współ­za­leż­no­ści.

Aby dostrzec współ­za­leż­ność w naszym wewnętrz­nym i zewnętrz­nym świe­cie, musimy zadać sobie kilka pod­sta­wo­wych pytań. W jaki spo­sób zmie­ni­łoby się nasze podej­ście do innych, gdy­by­śmy zaczęli czuć nasze wza­jemne powią­za­nia? Jakie ludz­kie war­to­ści wysu­nę­łyby się na pierw­szy plan, gdy­by­śmy zaak­cep­to­wali współ­za­leż­ność zarówno na płasz­czyź­nie emo­cjo­nal­nej, jak i inte­lek­tu­al­nej? Jak wyglą­da­łoby glo­balne spo­łe­czeń­stwo, gdyby w pełni przy­swo­iło ideę współ­za­leż­no­ści? Co my ze swo­jej strony możemy zro­bić, aby pomóc w stwo­rze­niu takiego spo­łe­czeń­stwa?

Co jest naprawdę „Twoje”?

W bud­dy­zmie pogląd o współ­za­leż­no­ści pro­wa­dzi do bada­nia natury jaźni, a także pod­waża spo­sób, w jaki postrze­gamy sie­bie w rela­cjach. Taka ana­liza zmie­nia nasze inte­rak­cje z innymi, zarówno na pozio­mie emo­cji, jak i dzia­łań.

Możemy zacząć od obser­wa­cji wła­snych doświad­czeń. Patrząc z poziomu współ­za­leż­no­ści, spró­bujmy dostrzec, że nasze rela­cje z innymi nie mogą zostać odcięte. Nasze szczę­ście i cier­pie­nie oka­zują się tak bli­sko powią­zane ze szczę­ściem i cier­pie­niem innych, że są jakby nie­roz­dzielne. To ozna­cza, że żadna jed­nostka nie jest w pełni nie­za­leżna i odizo­lo­wana od innych.

Aby spraw­dzić, czy tak jest naprawdę, warto roz­wa­żyć, co mamy na myśli, mówiąc „ja” lub „moje”. Praw­do­po­dob­nie odkry­jemy, że myślimy o sobie jako o czymś trwa­łym i oddziel­nym, jako o praw­dzi­wie nie­za­leż­nym bycie. Ale czy jest coś takiego? Gdy­by­śmy zostali zapy­tani, co kon­kret­nie mamy na myśli, kiedy mówimy „ja”, bez wąt­pie­nia wska­za­li­by­śmy na swoje ciało. Bo na cóż mie­li­by­śmy wska­zać? Ale to ciało pocho­dzi od innych. Ciało powstało z mate­riału komór­ko­wego pozy­ska­nego od bio­lo­gicz­nych rodzi­ców. To dzięki nim powstało.

Kiedy te komórki zaczęły się dzie­lić, nasze ciało się ufor­mo­wało i rosło za sprawą wszyst­kich skład­ni­ków odżyw­czych, które otrzy­my­wa­li­śmy. Fizyczna forma, jaką mamy w tym momen­cie, jest efek­tem tego, co otrzy­ma­li­śmy w łonie matki, oraz posił­ków, które spo­ży­wa­li­śmy przez całe swoje życie. Te posiłki w więk­szo­ści zostały przy­go­to­wane przez innych na bazie skład­ni­ków, które pocho­dzą z zewnątrz, takich jak rośliny czy zwie­rzęta. Jako że nie ist­nieje żaden żywy orga­nizm, który mógłby się roz­wi­jać bez udziału czyn­ni­ków zewnętrz­nych, ani także żadna ludzka istota nie powsta­łaby bez swo­ich rodzi­ców, Twoje ciało nie jest tak naprawdę osob­nym „Tobą”. Pocho­dzi od innych. Ciało zawdzię­cza swoje ist­nie­nie wielu czyn­ni­kom, które uwa­żamy za różne od nas samych. Zatem to nie do końca trafne, gdy nazy­wamy je „naszym” cia­łem. Ale zara­zem nie jest ono wła­sno­ścią nikogo innego.

Mój ojciec nosi imię Karma Don­drup, a matka to Lolaga. Z wyglądu nieco ich przy­po­mi­nam, gdyż moje ciało pocho­dzi z połą­cze­nia ich DNA. Tak naprawdę zosta­łem przez nich stwo­rzony jak wyrób wypro­du­ko­wany w fabryce. Można nawet powie­dzieć, że noszę ich znak fir­mowy. W odróż­nie­niu od pro­duktu fir­mo­wego nasi rodzice nie ozna­czyli nas żadną ety­kietą ani metką, nawet jeśli cza­sami zacho­wują się tak, jakby posia­dali wyłączne prawa do nas!

Jeśli nie możemy wska­zać na swoje ciało jako na „moje”, to co z innymi rze­czami, o któ­rych myślimy jak o „swo­jej” wła­sno­ści? Na przy­kład ubra­nie, które nosimy. Zostało wyko­nane przez innych. Zanim było „nasze”, musie­li­śmy albo je kupić od kogoś, albo ktoś musiał nam je poda­ro­wać. Nikt z nas nie uro­dził się już ubrany. Bawełna jest surow­cem roślin­nym, wełna pocho­dzi od owcy, od któ­rej musiała być pozy­skana przy uży­ciu siły, a syn­te­tyczne tka­niny są pro­du­ko­wane w fabry­kach. Wiele innych istot ludz­kich i zwie­rząt przy­czy­niło się do powsta­nia ubrań, o któ­rych myślimy jak o „swo­ich”. Za każ­dym razem, kiedy wkła­damy ubra­nie lub cie­szymy się fili­żanką her­baty czy tale­rzem jedze­nia, jeste­śmy świad­kami tej gry współ­za­leż­no­ści, ponie­waż wszystko zostało przy­go­to­wane i dostar­czone nam przez innych, czy to bez­po­śred­nio, czy pośred­nio.

Wszystko to, co uwa­żamy za „ja” lub „moje” – nasze ciało, ubra­nia, jedze­nie i wszyst­kie dobra mate­rialne – pocho­dzi od innych. Gdzie zatem jest to „ja”, które jest wyłącz­nie mną? Wydaje się, że nie mamy nic, co mogłoby być tylko nasze. Jed­nak wciąż mówimy „ja”, kiedy powinno być jasne, że 99 pro­cent tego, co nazy­wamy „mną”, w rze­czy­wi­sto­ści tym nie jest. Jest tym, co zwy­kle nazy­wamy „innym”.

Ten 1 pro­cent, co do któ­rego się spie­ramy, to nasza świa­do­mość. Trudno byłoby pole­mi­zo­wać z tezą, że nasze myśli są cał­ko­wi­cie nie­za­leżne od innych, chyba że wszyst­kie byłyby cał­ko­wi­cie ory­gi­nalne i myśle­li­by­śmy w języku, który sta­no­wiłby wyłącz­nie naszą mowę. Nie tylko idee, ale też spora część naszego życia emo­cjo­nal­nego i por­tretu psy­cho­lo­gicz­nego jest bar­dzo sil­nie zde­ter­mi­no­wana przez innych i przez ota­cza­jący nas świat.

Nawet gdyby nasza pod­sta­wowa świa­do­mość była rze­czy­wi­ście wyłącz­nie nasza, a pozo­stałe 99 pro­cent nie, to i tak myśląc o „ja”, nie mamy na myśli tego 1 pro­centa. Kiedy mówimy „ja”, myślimy o całym zło­żo­nym zbio­rze ciała i umy­słu. Odno­simy się wtedy do całego pakietu, z któ­rego 99 pro­cent jest tym, co nor­mal­nie nazy­wamy „innym” – pocho­dzą­cym od roślin i zwie­rząt oraz głę­boko powią­za­nym z innymi ludźmi. Pomyślmy o tym w ten spo­sób – z punktu widze­nia współ­za­leż­no­ści – i spy­tajmy sie­bie, czy jest coś takiego jak cał­ko­wi­cie nie­za­leżne „ja”.

To, co nazy­wamy i do czego lgniemy jako do „ja”, jest tak naprawdę wytwo­rem innych: wiele przy­czyn i warun­ków zło­żyło się na jego powsta­nie. Ale samo dostrze­ga­nie tej zależ­no­ści to za mało. Zro­zu­mie­nie współzależ­no­ści na pozio­mie inte­lek­tu­al­nym nie dopro­wa­dzi do prze­miany naszego doświad­cze­nia. Jed­nak głę­bo­kie prze­my­śle­nia na ten temat mogą być punk­tem wyj­ścia dla pogłę­bia­nia naszego poczu­cia łącz­no­ści z innymi.

Cho­dzi o to, aby­śmy naprawdę poczuli, do jakiego stop­nia inni ludzie są ważni i inte­gral­nie z nami powią­zani, a także roz­wi­nęli emo­cjo­nalną świa­do­mość tego, że w grun­cie rze­czy ni­gdy nie jeste­śmy od nich oddzie­leni. Inne istoty są czę­ścią nas, tak samo jak my jeste­śmy czę­ścią nich. Ist­nie­jemy w powią­zaniu z innymi. Kiedy to zoba­czymy, zro­zu­miemy także, że nasze szczę­ście i nieszczę­ście zależą też od nich. Myśle­nie tylko o sobie i wła­snym szczę­ściu po pro­stu nie skut­kuje i niczego nam nie daje. Nie ma szczę­ścia bez udziału innych.

Kiedy głę­boko poczu­jemy, że „ja” i „inni” to nie są dwie roz­dzielne sfery – że nie jeste­śmy tak naprawdę oddzie­leni – może to przy­nieść dużą zmianę. Odkry­jemy głę­boką więź z innymi, a także – pełni wdzięcz­no­ści i dobrej woli – zoba­czymy, jak wiele wno­szą w to, kim jeste­śmy. Zoba­czymy i poczu­jemy, że po pro­stu musimy brać pod uwagę ich dobro.

Cud oddechu

To poczu­cie intym­nego powią­za­nia możemy roz­sze­rzyć na nasze śro­do­wi­sko natu­ralne. Zwróćmy uwagę na naj­bar­dziej pod­sta­wowy waru­nek naszego życia na Ziemi – powie­trze, któ­rym oddy­chamy. To oczy­wi­ste, że nie możemy zostać oddzie­leni od naszego fizycz­nego śro­do­wi­ska. Nawet jeśli mogli­by­śmy prze­żyć przez jakiś czas bez jedze­nia i ubra­nia, bez powie­trza nie prze­trwamy dłu­żej niż kilka minut. Ist­nieje wiele czyn­ni­ków, które muszą zaist­nieć jed­no­cze­śnie, aby zapew­nić cią­głą podaż tlenu nie­zbędną dla naszego prze­ży­cia, jed­nak my sami nie wyko­nu­jemy żad­nych świa­do­mych wysił­ków, aby ten pro­ces pod­trzy­mać.

Co wię­cej, sami sta­no­wimy część tego obszer­nego sys­temu sym­bio­tycz­nej wymiany. Tak jak drzewa i rośliny wchła­niają pro­mie­nie sło­neczne i dwu­tle­nek węgla, aby wypro­du­ko­wać tlen, któ­rego tak despe­racko potrze­bu­jemy, my sami wytwa­rzamy dwu­tle­nek węgla, który następ­nie jest wyko­rzy­sty­wany przez rośliny do pro­duk­cji tlenu. Kiedy bie­rzemy wdech, tlen jest nie­siony przez krew do komó­rek całego ciała. Możemy zatem powie­dzieć, że drzewa i rośliny, a także słońce są obecne w każ­dej komórce naszego ciała. I podob­nie nasz oddech jest obecny w komórce jakiejś rośliny.

Patrząc w ten spo­sób na nasze miej­sce w świe­cie, możemy peł­niej zro­zu­mieć, że wszystko, dzięki czemu powsta­li­śmy, a także wszystko, co wyko­rzy­stu­jemy do zde­fi­nio­wa­nia, kim jeste­śmy, oraz wszystko nie­zbędne do prze­ży­cia zależy od innych i od czyn­ni­ków, które znaj­dują się na zewnątrz nas. Na tej samej zasa­dzie my sami także jeste­śmy zaso­bami, któ­rych inni potrze­bują, aby prze­trwać. To – kim i czym jeste­śmy – jest nie­ro­ze­rwal­nie i wza­jem­nie powią­zane z innymi.

Utrzy­my­wa­nie tej świa­do­mo­ści może nam pomóc w wykro­cze­niu poza wyłącz­nie inte­lek­tu­alne rozu­mie­nie współ­za­leż­no­ści. Kiedy ten spo­sób patrze­nia na świat obej­mie więk­szą część naszego doświad­cze­nia, świa­do­mość prze­nie­sie się z głowy do naszego serca i wtedy zaczniemy doświad­czać sie­bie samych jako współ­za­leż­nie powią­za­nych. Nasze obser­wa­cje staną się pod­stawą nowego zro­zu­mie­nia i nowych odczuć. To z kolei może zaini­cjo­wać fun­da­men­talną reorien­ta­cję naszego sto­sunku do innych oraz naszego miej­sca we współ­za­leż­nym świe­cie.

Dbając o świat

Aby opi­sać rela­cje pomię­dzy nami a innymi isto­tami i śro­do­wi­skiem natu­ral­nym, w bud­dyj­skich tek­stach wyko­rzy­stuje się pewną ana­lo­gię. Pomaga ona dostrzec głęb­sze następ­stwa współ­za­leż­no­ści. Świat przy­rody jest opi­sy­wany jako naczy­nie, a wszyst­kie istoty jako jego zawar­tość. Ta ana­lo­gia pod­kre­śla nie­roz­łączną więź łączącą ludzi, zwie­rzęta i śro­do­wi­sko natu­ralne. Nasza pla­neta nas pod­trzy­muje i karmi. Bez niej dosłow­nie wszystko by się roz­pa­dło.

Kiedy myślimy o jakimś pojem­niku lub naczy­niu, czę­sto umyka nam fakt, że jego zawar­tość w roz­ma­ity spo­sób może na niego wpły­nąć – np. ogrze­wa­jąc go lub chło­dząc, pla­miąc lub odpla­mia­jąc, roz­cią­ga­jąc czy wzmac­nia­jąc, a nawet osta­tecz­nie nisz­cząc. Tybe­tań­skie słowo „zawar­tość” w tej ana­lo­gii dosłow­nie zna­czy „skład­niki odżyw­cze”, więc to tak, jak­by­śmy sami nie­jako byli takimi skład­ni­kami odżyw­czymi dla zamiesz­ki­wa­nego przez nas świata. I fak­tycz­nie, tak jak wspo­mnia­łem, dwu­tle­nek węgla, który wydy­chamy, odży­wia rośliny i drzewa, a nasze ciała po śmierci tra­fiają do ziemi i ją użyź­niają. Śro­do­wi­sko natu­ralne, dla odmiany, odży­wia nas i zapew­nia nam warunki do życia. Świad­czy to o tym, że więzy naszej współ­za­leż­no­ści ze świa­tem są głęb­sze i w więk­szym stop­niu oparte na wza­jem­no­ści, niż zwy­kle nam się wydaje.

Dzięki tej ana­lo­gii nie­zbity fakt współ­za­leż­no­ści może stać się dla nas bar­dziej żywy – i pomóc nam prze­kro­czyć wyłącz­nie kon­cep­cyjne jej poj­mo­wa­nie i uczy­nić z niej coś, co możemy poczuć i czym możemy żyć i oddy­chać. To ważne, gdyż współ­za­leż­ność nie jest tylko teo­re­tyczną moż­li­wo­ścią – jest naszą rze­czy­wi­sto­ścią.

Wszystkie relacje są obustronne

Rela­cja zależ­no­ści ludzi od pla­nety nie jest wyłącz­nie jed­no­stronna, choć przez wiele stu­leci zda­wa­li­śmy się ten fakt prze­oczać. Kiedy myślimy o trzę­sie­niach ziemi, śnie­ży­cach czy powo­dziach, łatwo dostrze­gamy, że te natu­ralne zja­wi­ska wywie­rają na nas silny wpływ. Mniej oczy­wi­ste jest jed­nak to, że my także wywie­ramy wpływ na naszą pla­netę i że nasze dzia­ła­nia mogą jej albo zaszko­dzić, albo przy­nieść poży­tek.

Nie tylko wpły­wamy na cały świat, ale też naj­wy­raź­niej spra­wiamy, że będzie on nie­długo nie­zdatny do zamiesz­ka­nia. Być może nie­któ­rzy z nas nie dostrze­gają, że możemy dbać o naszą pla­netę, jed­nak coraz trud­niej zaprze­czyć, że bar­dzo jej szko­dzimy. Kiedy zawar­tość pojem­nika koro­duje, pojem­nik ulega znisz­cze­niu. Utrzy­mu­jąc w pamięci ana­lo­gię pojem­nika i jego zawar­to­ści, być może łatwiej przy­znamy, że współ­za­leż­ność zawsze działa w obie strony. Cho­ciaż wiele osób obec­nie zdaje sobie z tego sprawę, ta reflek­sja nie dopro­wa­dziła nas jesz­cze do następ­nego zasad­ni­czego kroku – do takich zmian w naszym zacho­wa­niu, dzięki któ­rym prze­sta­niemy szko­dzić i zaczniemy two­rzyć warunki pro­wa­dzące do uzdra­wia­nia Ziemi.

Oczy­wi­ście nie jeste­śmy tak zupeł­nie ślepi wobec faktu pod­sta­wo­wego powią­za­nia z naszą pla­netą. To bar­dziej kwe­stia ogra­ni­czo­nej per­spek­tywy. Zie­mia jest tak ogromna, że trudno nam dostrzec skutki naszych dzia­łań. Ale jed­nost­kowe uczynki nie­ustan­nie skła­dają się na daleko idące pro­cesy przy­czy­nowe. Po pro­stu powin­ni­śmy roz­wi­jać odmienny spo­sób widze­nia, pogłę­bia­jący świa­do­mość naszej współ­za­leż­no­ści zarówno na mniej­szą, jak i więk­szą skalę.

Rela­cja wpływa na wszyst­kie zaan­ga­żo­wane strony. Samo bycie w związku z kimś lub czymś spra­wia, że zaczy­namy sta­no­wić część tego cze­goś. Ta prawda doty­czy wszyst­kich rodza­jów współ­za­leż­no­ści, poczy­na­jąc od sys­te­mów pla­ne­tar­nych, a koń­cząc na naszych naj­bar­dziej intym­nych i oso­bi­stych rela­cjach. Weźmy za przy­kład rela­cję dzieci i rodzi­ców. Oczy­wi­ście, rodzice przede wszyst­kim pło­dzą dzieci, ale to wła­śnie posia­da­nie dzieci czyni ich rodzi­cami. Możemy nawet stwier­dzić, że sta­jemy się rodzi­cami, kiedy na świat przy­cho­dzi nasze pierw­sze dziecko. Zanim na świat przy­szło ich pierw­sze dziecko, kobieta i męż­czy­zna nie byli jesz­cze matką i ojcem. W tym sen­sie dzieci spra­wiają, że ich rodzice stają się „rodzi­cami”. Współ­za­leż­ność łączy nas na wielu pozio­mach i zawsze działa w obie strony.

Przyroda to nie sceneria

Dostrze­że­nie naszej głę­bo­kiej zależ­no­ści od śro­do­wi­ska natu­ral­nego pozwala uznać jego praw­dziwą war­tość i je doce­nić. Miesz­kańcy miast powinni cią­gle sły­szeć o wadze dba­nia o pla­netę mię­dzy innymi dla­tego, że nie wyro­śli w poczu­ciu bez­po­śred­nich z nią związ­ków. Dla nich przy­roda jest czymś, co podzi­wiają, idąc do parku lub wyjeż­dża­jąc na wieś. Jeżeli wycho­wa­li­śmy się w mie­ście, nasze poczu­cie związku ze śro­do­wi­skiem natu­ral­nym jest nikłe, ponie­waż rzadko doświad­cza­li­śmy fun­da­men­tal­nej zależ­no­ści od niego. Przy­roda wydaje się pięk­nym tłem naszego życia, czymś co upięk­sza sce­ne­rię, ale w grun­cie rze­czy mogli­by­śmy się bez niej obejść. Trudno nam zoba­czyć, że śro­do­wi­sko natu­ralne jest niczym scena, na któ­rej roz­grywa się nasze życie. Bez tego, co ofe­ruje nam nasze zewnętrzne oto­cze­nie, zupeł­nie nic nie mogłoby się wyda­rzyć.

Uro­dzi­łem się i spę­dzi­łem więk­szą część dzie­ciń­stwa w odlud­nym zakątku Wyżyny Tybe­tań­skiej. Byli­śmy rodziną noma­dów i dosto­so­wy­wa­li­śmy nasze życie do rytmu pór roku. Miesz­ka­li­śmy w namio­tach w cią­głym kon­tak­cie z zie­mią. Kiedy po raz pierw­szy opu­ści­łem rodzinne strony, pamię­tam, że przez długi czas doświad­cza­łem fizycz­nej tęsk­noty, aby powró­cić i na nowo nawią­zać z nią kon­takt, ponow­nie poczuć zie­mię pod sto­pami i ode­tchnąć świe­żym gór­skim powie­trzem. Co wię­cej, niebo we wschod­nim Tybe­cie jest bez­kre­sne, a wszę­dzie wokół widać prze­strzeń. Obec­nie, kiedy prze­by­wam w śro­do­wi­sku miej­skim, gdzie ulice przy­po­mi­nają wąskie kaniony, czuję się odro­binę tak, jakby budynki wokół napie­rały. Na doda­tek doświad­cze­nie spa­ce­ro­wa­nia po wybru­ko­wa­nych chod­ni­kach jest cał­ko­wi­cie inne niż to, kiedy cho­dzimy po gołej ziemi.

Oczy­wi­ście nawet jeśli nie pocho­dzimy z tere­nów wiej­skich, możemy uczyć się doce­nia­nia świata przy­rody. Możemy poszu­ki­wać oka­zji do wej­ścia w bez­po­średni kon­takt z naturą, wącha­jąc zie­mię, słu­cha­jąc szem­rzą­cych stru­my­ków czy doty­ka­jąc kory drzewa. Wiele można powie­dzieć o sen­so­rycz­nych doświad­cze­niach jako spo­so­bie bez­po­średniego, żywego doświad­cza­nia naszego oso­bi­stego powią­za­nia ze wszyst­kim. Kiedy zmy­sły się otwie­rają, poru­szają nasze serce. To bez­po­średnie doświad­cze­nie wywo­łuje miłość i poczu­cie bli­sko­ści, co w natu­ralny spo­sób dopro­wa­dza do chęci trosz­cze­nia się o naszą pla­netę.

Zosta­łem zain­spi­ro­wany do podej­mo­wa­nia wysił­ków na rzecz śro­do­wi­ska i zde­cy­do­wa­nie przy­pi­suję ten fakt bli­sko­ści z przy­rodą, jakiej doświad­cza­łem w dzie­ciń­stwie. Moje zaan­ga­żo­wa­nie w ochronę przy­rody także zmniej­sza poczu­cie odda­le­nia od natu­ral­nego śro­do­wi­ska, w któ­rym się wycho­wa­łem. To doświad­cze­nie pozwala mi uwie­rzyć, że oddzie­le­nie od przy­rody można osła­bić poprzez odważne wysiłki dba­nia o śro­do­wi­sko natu­ralne jako całość.

Efekt kręgów koncentrycznych

Współ­za­leż­ność obej­muje przy­czy­no­wość – spo­sób, w jaki coś się wyda­rza na sku­tek zbiegu pew­nych przy­czyn i warun­ków. Im głę­biej doce­niamy przy­czy­no­wość, tym sku­tecz­niej możemy osią­gać upra­gniony rezul­tat – czy będzie nim lep­sza kon­dy­cja naszej pla­nety, bar­dziej spra­wie­dliwe spo­łe­czeń­stwo, czy szczę­śliw­sze życie.

Nie­które sytu­acje, któ­rych doświad­czamy w życiu, są bez­po­śred­nim skut­kiem naszych wysił­ków, ale mają na nas wpływ także inne czyn­niki, które nie wyni­kają z naszego wyboru. Łatwiej dostrzec swoją rolę w świe­cie, gdy inten­cjo­nalne czyny skut­kują natych­mia­sto­wymi rezul­ta­tami. Trud­niej nato­miast to zro­bić w przy­padku rezul­ta­tów nie­bez­po­śred­nich. Mał­żeń­stwo czy wybór zawodu – to czyn­niki, które kształ­tują nasze życie i które w spo­sób świa­domy i bez­po­średni two­rzymy sami. Ale nasze czyny mają wiele kon­se­kwen­cji, któ­rych nie spo­sób prze­wi­dzieć.

Nasze dzia­ła­nia wpły­wają na innych, pośred­nio lub bezpośred­nio, ale także rodzą kon­se­kwen­cje, któ­rych potem nie­uchron­nie doświad­czamy sami, czy tego chcemy, czy nie. Zna­le­zie­nie się w sytu­acjach, do któ­rych nie dąży­li­śmy, a które poja­wiły się na sku­tek naszych poprzed­nich dzia­łań, to po pro­stu jesz­cze jeden aspekt życia w sieci przy­czy­no­wo­ści, który zwy­kle igno­ru­jemy ze szkodą dla samych sie­bie.

Żyjąc w tym świe­cie, ini­cju­jemy długą serię zda­rzeń, z któ­rych jedno wywo­łuje kolejne. Poje­dyn­cze dzia­ła­nie zwy­kle wywiera szer­szy wpływ, niż jeste­śmy tego świa­domi. Nasze dzia­ła­nia wywo­łują efekt domina wykra­cza­jący poza bez­po­śred­nie rezul­taty, które zwy­kle odbie­ramy i roz­po­zna­jemy jako kon­se­kwen­cje naszych dzia­łań. W bud­dy­zmie czę­sto sto­su­jemy okre­śle­nie „karma”, aby opi­sać rela­cję pomię­dzy inten­cjo­nal­nymi dzia­ła­niami a peł­nym wachla­rzem ich skut­ków. Nie jest jed­nak konieczne sto­so­wa­nie takich ter­mi­nów, aby zro­zu­mieć, że z powodu współ­za­leż­no­ści wszystko, co robimy, nie tylko wywiera wpływ na nas i nasze bez­po­śred­nie oto­cze­nie, ale też wykra­cza o wiele dalej.

Posze­rze­nie naszych zdol­no­ści postrze­ga­nia jest nie­zbędne, jeśli chcemy w pełni zro­zu­mieć i doce­nić bar­dziej sub­telne prze­jawy przy­czy­no­wo­ści. Nasza pier­wotna optyka może obej­mo­wać bez­po­śred­nie oto­cze­nie i spo­sób, w jaki współ­za­leż­ność oso­bi­ście dotyka nas jako jed­nostkę. Ale żeby w pełni doce­nić rolę współ­za­leż­no­ści w kształ­to­wa­niu naszego świata i spo­sobu jego doświad­cza­nia, musimy roz­wi­nąć świa­do­mość przy­czyn i skut­ków, akcji i reak­cji, w dużo szer­szym zakre­sie.

Szersze widzenie

Posze­rze­nie hory­zontu widze­nia jest nie­zbędne dla naszego prze­trwa­nia zarówno jako spo­łe­czeń­stwa, jak i jed­nostki. Wiele pro­ble­mów rodzi się z tego, że ogra­ni­czamy nasze spoj­rze­nie do wąskiej per­spek­tywy sku­pio­nej na nas samych. Samo­lub­stwo działa jako rodzaj cia­snej ramy ogra­ni­cza­ją­cej i wypa­cza­ją­cej obraz rze­czy­wi­sto­ści.

Lgnię­cie do tego, co jest „mną” i „moim”, two­rzy bariery, które powo­dują, że zawę­żają się gra­nice naszego świata. Jak­by­śmy byli krót­ko­wi­dzem patrzą­cym na świat przez wąskie okno.

Nic dziw­nego, że ogar­nia nas poczu­cie wyob­co­wa­nia i samot­no­ści. Otwar­cie się na pogląd współ­za­leż­no­ści może nam pomóc w prze­ła­ma­niu barier wznie­sio­nych przez wła­sny ego­cen­tryzm i wyło­nie­niu się z ciem­nej i cia­snej nory, w któ­rej sami się zatrza­snę­li­śmy.

Mądrość, która pojawi się, kiedy w pełni zro­zu­miemy naszą współ­za­leż­ność, jest siłą potra­fiącą oba­lić mury odgra­dza­jące nas od innych. Współ­czu­cie czy altru­istyczne postrze­ga­nie mogą wywo­ły­wać ten sam efekt. Mądrość i współ­czu­cie rodzą się ze świa­do­mo­ści, że wszy­scy jeste­śmy sobie równi w naszym pra­gnie­niu szczę­ścia i w potrze­bie unik­nię­cia bólu i cier­pie­nia. Każda istota, która jest w sta­nie odczu­wać ból, zasłu­guje na sza­cu­nek i tro­skę.

Uświa­do­mie­nie sobie tej wspól­nej potrzeby może obu­dzić w nas tro­skę o inne istoty. Kiedy zaczniemy to odczu­wać w pełni jako część nas samych, to w natu­ralny spo­sób będziemy łago­dzić ból innych i przy­czy­niać się do ich szczę­ścia. W takim przy­padku jasna świa­do­mość, że wszyst­kie istoty są cał­ko­wi­cie równe w pra­gnie­niu szczę­ścia, może oka­zać się klu­czowa w prze­orien­to­wa­niu naszego spo­sobu życia na oparty w więk­szym stop­niu na współ­za­leż­no­ści.

Zatem naj­pierw musimy posze­rzyć swoją świa­do­mość. Zasad­ni­czym celem tej książki jest pomoc w obu­dze­niu jej w sobie i prze­kształ­ce­niu w uczu­cia, które dopro­wa­dzą do dzia­ła­nia. Aby naprawdę odczu­wać współ­za­leż­ność, potrze­bu­jemy auten­tycz­nej prze­miany serca. Samo zbie­ra­nie infor­ma­cji o naszych oso­bi­stych pro­ble­mach oraz spo­łecz­nych bolącz­kach przy­nosi jedy­nie ogra­ni­czone korzy­ści. Tak samo jest w przy­padku ostrze­żeń wydru­ko­wa­nych na pacz­kach papie­ro­sów. Na pudełku wyraź­nie napi­sano, że pale­nie papie­ro­sów zabija, jed­nak ta wie­dza nie znie­chę­ciła miliarda ludzi na świe­cie do się­ga­nia po tytoń. Tak wła­śnie się dzieje, kiedy nasza wie­dza spro­wa­dza się wyłącz­nie do przy­swo­je­nia zwy­kłej infor­ma­cji, bez głę­boko odczu­wa­nego wglądu czy tro­ski.

Ludzie czę­sto argu­men­tują, że pale­nie to kwe­stia indy­wi­du­al­nego wyboru, ponie­waż pala­cze szko­dzą tylko samym sobie. Ale kiedy bada­cze bli­żej przyj­rzeli się efek­tom pale­nia, odkryli, że pala­cze szko­dzą także ludziom dookoła, któ­rzy palą w spo­sób bierny. Ogra­ni­czona per­spek­tywa spra­wia, że cał­ko­wi­cie oddzie­lamy sie­bie od innych. Spró­bujmy ją posze­rzyć. Wtedy zoba­czymy, że nasze dzia­ła­nia wpły­wają na innych, a dzia­ła­nia innych wpły­wają na nas.

Pomagać czy szkodzić

Współ­za­leż­ność uczy, że nasze dąże­nia do reali­za­cji celów mogą albo poma­gać, albo szko­dzić innym w spo­sób pośredni lub bez­po­średni. Za sprawą współ­za­leż­no­ści wszyst­kie dzia­ła­nia bez­sprzecz­nie wpły­wają na innych i mogą przy­czy­nić się do ich pomyśl­no­ści albo przy­nieść odwrotny sku­tek. W pogoni za wła­snym szczę­ściem powin­ni­śmy uwzględ­niać wpływ naszych czy­nów na dobro innych.

Może pamię­ta­cie okropny wypa­dek, który wyda­rzył się w Ban­gla­de­szu w 2013 roku, kiedy to zawa­lił się budy­nek fabryki. Podobne tra­ge­die zda­rzają się na całym świe­cie, ale ten miał miej­sce pod­czas spo­tkań, które dopro­wa­dziły do powsta­nia tej książki, służy mi więc jako żywa ilu­stra­cja. Dzień po dniu śle­dzi­li­śmy, jak liczba ofiar śmier­tel­nych rośnie, kiedy ratow­nicy despe­racko prze­szu­ki­wali gruzy. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku ponad 1100 osób stra­ciło życie. Ludzie w tym budynku pro­du­ko­wali ubra­nia dla dużych firm mię­dzy­na­ro­do­wych. Więk­szość ofiar sta­no­wiły kobiety, a czę­ści z nich pod­czas pracy towa­rzy­szyły dzieci. Kon­struk­cja budynku oka­zała się przede wszyst­kim źle zapro­jek­to­wana, a ponadto nie była odpo­wied­nio remon­to­wana z uwagi na oszczęd­no­ści i chęć zysku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki