Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Spokojną do tej pory Tymianową, malowniczą wioską położoną w Beskidzie Niskim, wstrząsają kolejne skandale. Coś złego czai się w pobliskich lasach, chyża Tekli nadal jest zagrożona, a mieszkańcy wsi, skłóceni przez nowego proboszcza, przestają czuć się bezpiecznie. W dodatku do Marty przyjeżdża pewien niezapowiedziany gość, który samą obecnością oraz złym słowem psuje wszystko, co udało się zbudować właścicielce prowadzonej samotnie Wolnej Chaty Bukowiny. Nadia wraz ze swymi przyjaciółmi szykuje się do bardzo ważnego wydarzenia, spajającego łemkowską społeczność. Ale to nie jedyne wyzwanie, jakie przed nią stoi...
Tymczasem na Watrę przybywają dawni mieszkańcy okolicznych wiosek, ściągając z najodleglejszych zakątków kraju i zagranicy. Rudowłosa Matylda będzie miała okazję poznać całą galerię osobowości i zaprzyjaźnić się z ludźmi o równie splątanych rodzinnych historiach, jak jej własna. W Chyży Łania odbywa się kurs pisania ikon, gromadząc ludzi zafascynowanych sztuką Wschodu, złaknionych oddechu z dala od miejskiego pędu, a także pragnących odnaleźć własną drogę w życiu. Wśród kursantów znajduje się pewien zarozumiały malarz, obok którego nie sposób przejść obojętnie... Czy Marcie uda się odegnać stare demony i odzyskać spokój? Czy Nadia znajdzie w sobie siłę, by pokierować ludźmi w wyjątkowo trudnym dla siebie czasie? I jaką rolę odegrają w tym wszystkim Jadźka oraz jej siostrzenica?
Trzeci tom cyklu "Pogranicze" rozpali w czytelniku emocje gorące jak łemkowska watra – ogrzeje ciepłem bliskich relacji i wspomnień snutych w blasku płomieni, ale też przypomni, że ogień ma również niszczycielską moc…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 278
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tom 1: Bosorka
Tom 2: Powiertucha
Tom 3: Watra
Tom 4: Moroz
Tom 5: Nadija
Tom 6: Kyczera
Tom 7: Rodyna
Redakcja i korekta
Anna Seweryn
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna Slotorsz
Ilustracje na okładce
© Kathrine Andi | stock.adobe.com
Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.
Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.
Wydanie I, Katowice 2026
tekst © Natalia Przeździk, 2026
© Wydawnictwo Dobre Strony
ISBN 978-83-68689-89-1
Wydawnictwo Dobre Strony
ul. Uniwersytecka 13
40-007 Katowice
+48 884 666 213
Tym, którzy mają odwagę nie gasić ledwo tlących się knotków nadziei.
I tym, których skazano na życie w ciemności.
Ten ogień zbolały
spopielona pamięć
jaśnieje od nowa
duszę tysięcy scali
co nie ogrzani
niesyci jutra
od wczoraj
trwają solnymi słupami
bo nie zapomnieli
odwrócić głowy
jeszcze raz zapłonie
Zapłonie ogień trzykroć
na rozstajach dróg
na drodze
gdzie tylko barwinki
pasą się
jak owce
Władysław Graban, Łemkowska watra
Pamiętam dobrze tamten dzień. Mroźne lutowe popołudnie. Wracałam ze szkoły z ciężkim plecakiem. Wydawało mi się wtedy, że waży więcej, niż jestem w stanie unieść. Ledwo powłócząc nogami, dotarłam pod nasz szary blok z wielkiej płyty. Klatka schodowa pachniała schabowym i smażoną kapustą. Poczułam, że kiszki skręcają mi się z głodu. Wspięłam się na trzecie piętro, otworzyłam drzwi zgrabiałymi z zimna rękami. Mieszkanie było puste, dzięki Bogu! Szybko odgrzałam sobie obiad zostawiony w lodówce przez mamę. Wyjęłam z szafki ulubiony, wyszczerbiony talerz z kwiatowym wzorkiem. I łyżkę z lekko wygiętym końcem. Tę, którą matka chowała przede mną na dno szuflady.
Siedziałam przy stole z nogami podkulonymi pod siebie i garbiąc się niemiłosiernie (nikt nie patrzył), siorbałam zupę jarzynową. Nie lubiłam jej i zawsze wybierałam na bok podejrzane żółtozielone elementy. Ale musiałam przyznać, że rozgrzewała. I przywracała siły, mocno nadwątlone po kolejnym kiepskim dniu w klasie.
Już na pierwszej lekcji okazało się, że znów dostałam jedynkę ze sprawdzianu z matematyki. Byłam pewna, że po powrocie usłyszę dobrze znaną litanię, zakończoną nieśmiertelnym: „A Iza ma same piątki!”.
Później było równie ciekawie. Na przyrodzie pani wywołała mnie do odpowiedzi. Lubiłam te zajęcia, ale zdołowana nie byłam w stanie wykrzesać z siebie nic poza półsłówkami.
– To chyba nie jest twój najlepszy dzień – skwitowała nieco rozczarowana nauczycielka i wpisała mi dwójkę.
Na przerwie Aśka z Zośką jak zwykle mi dokuczały i wyzywały mnie od oślic. Kiedy w końcu wyprowadziły mnie z równowagi i po prostu im wlałam, ktoś doniósł o tym pani. Dostałam naganę, a tamte zostały zaprowadzone do higienistki. Gdy wróciły, obnosiły się z plastrami po zadrapaniach, jakby to były ordery.
– I co, oślico? Głupio ci? – skwitowała pogardliwie Maryśka z ławki pod oknem.
Wyprostowałam się z dumą.
– Oślice nie drapią. Takie rany zadają tylko lwice – warknęłam i podreptałam na swoje miejsce, starając się nie wybuchnąć płaczem.
Na ostatniej lekcji odkryłam, że chłopcy siedzący tuż za mną wrzucili mi do plecaka zgniłe jajko. Kiedy wyjęłam je razem z zeszytem, wszyscy dokoła skrzywili się, jakbym trzymała bombę biologiczną.
– O rany, Marta, co to za syf? – jęknął ze zgrozą wymuskany i zawsze porządny Filip.
Obrzydliwy fetor dotarł też do nauczycielki. Odwróciła się, spojrzała na mnie i uniosła brwi.
– Próbowałaś wyhodować z niezjedzonego śniadania nowe formy życia?
Chciałam wyjaśnić, że to nie ja… ale zabrakło mi sił. Na oczach śmiejącej się klasy poszłam wyrzucić cuchnący pakunek do kosza.
Tak, to nie był dobry dzień. Ale prawdziwe piekło miało się dopiero rozpętać, gdy wróci mama. I gdy będzie próbowała wplątać w to ojca. A on jak zwykle nie zareaguje. Nie obchodziłam go ani ja, ani ona, ani nasze wojenki.
Po skończonym posiłku poszłam do pokoju. Zerknęłam na zegarek. Miałam jeszcze pół godziny względnego spokoju. Szkoda tylko, że na myśl o rodzicach czułam się już, jakbym toczyła walkę. Życie potrafi być naprawdę koszmarne, kiedy się nie ma nikogo, kto staje po twojej stronie.
Skuliłam się na łóżku stojącym w kącie pokoju, bezmyślnie wpatrując w szafki znajdujące się naprzeciwko. Nagle mój wzrok padł na zdobioną świecę, którą dostałam w prezencie na urodziny. Była piękna. Głęboka zieleń, delikatne wzorki w choinki, zapach przywodzący na myśl góry i las. Nie zapalałam jej. Niszczenie czegoś tak ślicznego wydawało mi się bluźnierstwem. Aż do tamtego momentu.
Wstałam, zdjęłam świecę z półki i postawiłam na biurku. Przyniosłam z kuchni zapałki. Z bijącym sercem potarłam pierwszą z nich, a gdy zabłysła, zbliżyłam do knota. Zajął się jasnym płomieniem. Przycupnęłam na trzeszczącym biurowym krzesełku i wpatrywałam się w migocący płomyk. Przez chwilę miałam wrażenie, że robi mi się cieplej. Nie tak, jak po posiłku, kiedy rozgrzewało się ciało. To było coś zupełnie innego, jakby ogień docierał gdzieś głębiej. I dawał coś, czego wtedy nie umiałam nazwać… Nadzieję.
Pokój wypełnił się przyjemnym aromatem. Wosk zaczął się zmieniać w ciepłą kałużę. Moja świeca rozpoczęła proces powolnego znikania. Ale z jakiegoś powodu nie było mi jej żal. Gdy stała bezużytecznie na półce, cieszyła oczy, teraz dawała radość także sercu. Dotknęłam opuszkami palców szmaragdowozielonych ścianek, rozświetlonych od środka. Wyobraziłam sobie, że jestem gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie nikt nie patrzy na mnie z pogardą. Gdzie nie jest tak zimno. Gdzie mam chociaż jedną osobę, którą mogę nazwać przyjacielem. Nie sądziłam, by kiedykolwiek się to spełniło, ale miło było tak pomyśleć.
A potem usłyszałam znajomy wrzask:
– Jezus Maria, dziewczyno, co ty znowu wyprawiasz?! Straciłaś rozum?!
Wzdrygnęłam się. Mama! Zatopiona w marzeniach, nawet nie zauważyłam, kiedy weszła.
– Zgłupiałaś całkiem?! Kto to widział, tak w mieszkaniu ogień palić! Wszędzie dym i smród! – Zamachała wypielęgnowaną ręką, jakbym miała świecę o zapachu kozich bobków, a nie świerkowego lasu. Potem pośliniła palce i zdecydowanym ruchem zgasiła płomień.
– Otwórz okno, trzeba tu wywietrzyć – wysyczała. – Niech no się ojciec dowie, co ty wyczyniasz…
Nie słuchałam. Po chwili przyjemnego pławienia się w świetle konfrontacja z ciemnością przypominało uderzenie o beton z dużej wysokości. Bolało.
A najgorsze, że nie było już żadnej nadziei. I tak miało pozostać przez bardzo długi czas…
Trzydzieści lat później
Sierpniowe słońce wlewało się przez okno do pokoju. Powietrze pachniało dojrzałym latem. Pogłaskałam łeb Biedy, która kolejny raz trącała mój policzek.
Obudziłam się już dawno, ale… bałam się wstać i zacząć nowy dzień. Zerknęłam na zegarek. Wskazówki pokazywały, że od kwadransa powinnam się krzątać po kuchni. Zamiast tego tkwiłam w pozycji embrionalnej pod kołdrą i odwlekałam to, co i tak musiało się stać.
Suczka zapiszczała ponaglająco. Westchnęłam i powoli, jakby moje ciało było dwa razy starsze niż w rzeczywistości, zsunęłam się z łóżka i podeszłam do drzwi. Wypuściłam psa na zewnątrz, przebrałam się (dla dodania sobie odwagi założyłam czerwoną sukienkę z falbanami) i zaczęłam szykować śniadanie dla letników.
Od pamiętnego wieczoru, kiedy to wróciłam do domu i zastałam nieoczekiwanego gościa (jak bardzo był nieoczekiwany, wiedziałyśmy tylko ja, Hala i Nadia), minęło kilka dni. Kilka bardzo trudnych dni… Mój w miarę poukładany świat zaczął się sypać jak domek z kart. Coś jeszcze się trzymało, ale wystarczył jeden nieostrożny ruch, by cała konstrukcja runęła. A ja po raz kolejny mogłam się znaleźć pośród ruin…
Włączyłam cicho muzykę, by odpędzić ponure myśli i skupić się na przygotowaniu posiłku. Nie miałam zamiaru podać jajecznicy słonej od łez i kanapek zaprawionych goryczą. Kojące dźwięki gitary Krzysztofa Pietruchy mieszały się z pięknym głosem Julii Doszny. A ja, słuchając, starałam się sobie przypomnieć, kim byłam. Nie zastraszoną dziewczynką, ale dojrzałą kobietą, która zapuściła korzenie w łemkowskiej wsi i przyjmowała gości w domu położonym u stóp bukowego lasu. Miałam swoje życie, od dawna dokonywałam własnych wyborów i ponosiłam ich konsekwencje. Nikt nie miał prawa mi niczego narzucać.
Cóż, łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Ciało reagowało po swojemu, tak jak zostało nauczone dawno temu.
Co rusz łapałam się na myśli, że przede mną jeszcze kilka godzin spokoju. Ona nigdy nie przychodziła wtedy, kiedy w domu znajdowali się inni ludzie. A już za chwilę mieli się tu zjawić uczestnicy organizowanego u Nadii kursu pisania ikon. Przerobiona z dawnej obory sypialniana część Chyży nie mogła pomieścić wszystkich. Ze względu na to część osób zakwaterowała się w dwóch moich domkach. W Szałwiowym cztery kobiety, a w Lawendowym trzech mężczyzn. Dom Tymiankowy zajmowała teraz babcia z nastoletnią wnuczką, a na poddaszu nadal mieszkała Matylda, cudem odnaleziona prawnuczka Łemkini Tekli. Kiedy o niej myślałam, wciąż nie mogłam wyjść z podziwu, że nieoczekiwanie udało mi się wykonać część zadania. Znalazłam rodzinę bosorki!
Tak, w myślach czasem nazywałam Teklę bosorką. Z całą świadomością tego, kim była naprawdę – zranioną przez los i ludzi kobietą, która przeżyła piekło na ziemi. Mimo to się nie poddała, walczyła o siebie i o innych, niosąc brzemię trudne do wyobrażenia. Dobrze wiedziałam, jak to jest stracić ukochane dziecko. Ona utraciła aż dwoje, choć w zupełnie inny sposób. I w przeciwieństwie do mnie nie miała możliwości odwiedzenia grobu, zmówienia modlitwy, bycia przy ukochanej osobie. Jej synek przyszedł na świat przedwcześnie i umarł zaraz po porodzie. Bezimienna mogiła znajdowała się gdzieś przy torach prowadzących na zachód, na Dolny Śląsk. Córka Anna z kolei została jej odebrana przez męża na Ziemiach Odzyskanych. Tekla wróciła do Tymianowej bez najbliższych, choć nie sama. Towarzyszyła jej równie połamana przez życie Jewdokia, Łemkini, której tragiczną historię udało mi się poznać w ciągu ostatnich tygodni.
Wspominając niedawne wydarzenia, nakrywałam do stołu. Policzyłam sztućce i skarciłam się w myślach. Znowu z przyzwyczajenie położyłam nakrycie dla Elwiry. Tymczasem ona od trzech dni mieszkała już z Jaśkiem. Co miało z tego wyniknąć? Czas pokaże. Ja kibicowałam im z całej siły. Było coś pocieszającego w tym, że czasem dwie osoby decydują się na związek nie tyle ze względu na porywające uczucie, co po prostu by towarzyszyć sobie we wspólnej biedzie.
W pokoiku na piętrze rozległo się szuranie. Po chwili łemkowska muzyka dobiegająca z głośnika w kuchni zmieszała się z dobrze mi już znanymi celtyckimi melodiami, które tak uwielbiała Matylda.
Lada moment w jadalni pojawią się goście. Musiałam zepchnąć swoje strachy w głąb siebie i znów stać się skupioną na innych gospodynią w Wolnej Chacie Bukowinie.
***
Pierwsza przyszła pani Danusia z wnuczką Miłką. Starsza z nich jak zawsze dostojna, owinięta w kaszmirowy szal, z którym chyba się nie rozstawała (raz widziałam, jak szła przez łąki w środku dnia, gdy panował największy skwar – niebieska tkanina osłaniała jej ramiona). Usiadła przy stole z gracją damy i, choć miała około siedemdziesięciu lat, wyglądała naprawdę pięknie w długiej szarej sukni, z naszyjnikiem wielkim jak gęsie jajo i pierścionkami zdobiącymi palce obu dłoni. Nalała do filiżanki herbaty, po czym piła ją powoli łyczkami. Zdążyłam już poznać ten rytuał. Najpierw herbata, później posiłek.
Żywiołowa Miłka zdawała się stanowić przeciwieństwo babci. Ostrzyżona na krótko, z ufarbowanymi na fioletowy kolor włosami i kolczykami w uszach oraz nosie. Ubierała się w poprzecierane, postrzępione na krańcach nogawek szorty i czarne podkoszulki z jaskrawymi napisami. Do tego markowe tenisówki i skarpetki – każda w innym kolorze. Trudno jej było usiedzieć w miejscu, więc nawet podczas posiłku nieustannie się wierciła, czasem coś rozlewała, innym razem produkowała tonę okruszków lądujących na obrusie. Była dość mrukliwa, zasłuchana w muzykę płynącą z bezprzewodowych słuchawek, które ściągała chyba tylko przed jedzeniem, i to na wyraźną prośbę babci.
Obie letniczki przyjechały tutaj z Łodzi. Starsza – by odpocząć od zgiełku miasta. Młodsza towarzyszyła babci. Jak przyznała podczas jednej z nielicznych rozmów, jakie miałyśmy okazję prowadzić, rodzice ją o to poprosili. Mieli nawet zapłacić jej za opiekę nad nobliwą panią. Jak było naprawdę, trudno dociec. Scenariusz, w którym to staruszka udawała wymagającą opieki przed wnuczką, był równie prawdopodobny. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby rodzice Miłki po prostu za wszelką cenę chcieli ją wysłać w góry, by mogła odetchnąć od spalin, i musieli uciec się do podstępu wobec opornej nastolatki. Zdarzały się i takie historie.
Nie oceniałam Miłki. W pewien sposób imponowało mi to, z jaką dbałością wykreowała swój wizerunek zbuntowanej dziewczyny. I chociaż ja też w jej wieku zaczęłam pokazywać rogi, to nigdy nie miałam dość odwagi, by zmienić kolor włosów, zafundować sobie tatuaż czy zakolczykować jakąś nietypową część ciała.
Niekiedy miałam ochotę wysłać do niej na korepetycje przebywającą nadal w odwiedzinach u Jadźki potulną Klarę. Inna sprawa, że na samą myśl o potencjalnej wymianie zdań dorosłej już, a mimo to nadal zapatrzonej w matkę i ciotkę dziewczyny, unikającej za wszelką cenę wszelkich oznak kobiecości czy po prostu oryginalności, i rzucającej się w oczy z daleka Miłki miałam ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. Nie, to nie miało prawa się udać.
Chwilę po nich zjawiło się towarzystwo z kursu.
Najpierw „dziewczyny”, jak je nazywałam w myślach, średnio przejmując się tym, że jedna z tych „dziewczyn”, Maria, miała jakieś sześćdziesiąt parę lat. Pozostałe trzy skutecznie zaniżały średnią wieku. Dwie studentki, Hania i Estera, oraz niewiele od nich starsza Kinga, która przyjechała nie tyle po to, by nauczyć się malować (czy też, jak to się mówi, „pisać” ikony), ale po prostu odpocząć od męczącej codzienności. Kinga na co dzień była pracownicą korporacji w dużym mieście. I wyglądała dokładnie tak, jak pokazuje się pracowników korporacji w memach. Mimo swoich trzydziestu lat wydawała się zupełnie wypalona. Ziemista cera, podkrążone oczy, włosy zebrane w niedbały węzeł na czubku głowy. W przeciwieństwie do ubranych w kwieciste sukienki młodszych towarzyszek wybrała luźny, powyciągany podkoszulek i sprane rybaczki. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby pewnego dnia przyszła w piżamie. Ludzie potrzebują odreagować szybkie tempo życia i niekończący się stres. Branie udziału w codziennym wyścigu szczurów sprawia, że człowiek starzeje się o wiele szybciej i w czwartej dekadzie życia może przypominać staruszka, może nie tyle pod względem wyglądu, ale stanu zdrowia, samopoczucia i ilości przyjmowanych leków.
Maria za to, chociaż w sumie niewiele młodsza od statecznej Danusi, temperamentem i sposobem bycia przypominała raczej zadowoloną z życia dwudziestolatkę. O ile w ogóle istniały dwudziestolatki zadowolone z życia. Moje obserwacje wskazywały raczej na to, że jest to czas niepokoju, niepewności i szukania własnej drogi, a radosna piosenka z tekstem: „ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat, przed nami siódme niebo” była żałosnym bullshitem. Ale może kiedyś było inaczej i Maciej Kossowski, który śpiewał słynne Dwudziestolatki, miał inne doświadczenia.
Mężczyźni jak zawsze przyszli później. Rozczochrani, niewyspani, jakby siedzieli do późna. Nie podejrzewałam ich o nadużywanie alkoholu. To był zupełnie inny typ ludzi niż trzej muszkieterowie – Ariel, Józek i Kewin – którzy tak bardzo namieszali podczas swojego turnusu. Tym razem, dla odmiany, gościłam artystów. I sama nie wiedziałam, czy na pewno jest to bezpieczniejsza opcja…
Najbardziej rzucał się w oczy gadatliwy ciemnowłosy Romek, student filozofii. Kiedy tylko się rozkręcił, potrafił godzinami nawijać, dzieląc się swoimi mądrościami. Skończył dwadzieścia dwa lata, co oznaczało, że poglądy miał szerokie i należycie ukształtowane (proszę wybaczyć drobną złośliwość). Nie, nie wątpiłam, że człowiek w tym wieku może być odpowiednio dojrzały. Tyle że to nie był ten przypadek.
„No i należy pamiętać, że to facet, a oni rozwijają się wolniej. Może osiągnie dojrzałość za dziesięć lat” – skwitowałam z sarkazmem, podając na stół kolejne porcje warzyw i wędlin i przysłuchując się wywodom Romka na temat uchodźców. Powiedzieć, że mijały się z moimi, to nic nie powiedzieć. One znajdowały się w zupełnie innej galaktyce. Ale nie miałam prawa otwarcie krytykować mojego gościa, więc milczałam.
Milczenia nie zachowała za to Matylda i dzielnie stawiała opór opiniom pachnącym nacjonalizmem na kilometr. Ona mogła sobie na to pozwolić. A nawet – biorąc pod uwagę jej pochodzenie – powinna. Niby przypadkiem postawiłam przed nią deskę z serami. Wiedziałam, że je uwielbia.
I zastanawiałam się, czy dałoby się umieścić Romka w naszej miejscowej szkole filozofów. Może pomogłaby mu poszerzyć horyzonty o wiele skuteczniej niż uniwersytet.
Obok Romka siedział Jarek. Ten był zupełnie inny, chociaż niewiele starszy od kolegi. Blondyn, raczej małomówny, choć jak już coś powiedział, to w punkt. Interesował się poezją, kilka razy byłam świadkiem, jak cytował fragmenty wierszy. Co ciekawe, często byli to poeci związani z naszym regionem. Nie miałam pojęcia, skąd u niego takie zainteresowania, ale podobało mi się to. Było bardzo prawdopodobne, że tworzy także własną poezję. Ale żeby było zabawniej, kończył właśnie studia o profilu niemającym nic wspólnego z humanistyką. Jesienią miał bronić pracę magisterską. Z fizyki.
Może tylko mi się wydawało, ale Matylda popatrywała na niego jakoś częściej niż na inne osoby. Przypadek? Wcale jej się nie dziwiłam. Gdybym była młodsza, może też dałabym się oczarować spojrzeniu błękitnych oczu i ładnie wykrojonym ustom, z których padało niewiele słów, ale jeśli już, to zazwyczaj była to czysta poezja. Jarek nie zwracał uwagi na gadaninę Romka. Pochłonięty jedzeniem, błądził myślami gdzieś daleko. A potem zaczął cicho deklamować, jakby na przekór toczącej się obok rozmowie. Do moich uszy dotarł zaledwie fragment:
Sierpień ptakiem
pije nektar cienia
w uścisku sosny
gałąź
ustami łona
oplata
krople żywicy
Przed nami
jeszcze jeden zmierzch
puls strumienia
jedna chwila
krótka…*
Kątem oku zauważyłam, że Matylda przerwała dyskusję i z uwagę zaczęła wsłuchiwać się w słowa.
– Piękne… – wyszeptała w końcu. – Czuć ulotność, ale też pełnię lata…
– I nie tylko lata – roześmiał się współlokator Romka i Jarka, pan Bogdan. Rówieśnik Marii i jej kolega z dawnego zakładu pracy. Radość z tworzenia odkrył dopiero będąc na emeryturze.
Uśmiechnęłam się, widząc rumieniec na bladej zwykle twarzy Matyldy, nadal uparcie proszącej o nazywanie jej Meridą, ze względu na ognisty kolor włosów i upodobanie do celtyckich klimatów.
– To utwór łemkowskiego poety i jednego z inicjatorów pierwszej Łemkowskiej Watry, pana Władysława Grabana. Porusza duszę, prawda? Jeśli chcesz, mogę ci potem zadeklamować inne wiersze.
– Bardzo chętnie! – ucieszyła się dziewczyna, nie zwracając uwagi na pełne dezaprobaty spojrzenie Romka, oburzonego, że przerwała rozmowę.
– Tylko wiesz… – zaczął Jarek, nagle zakłopotany. – Niektóre z nich są ściśle związane z trudną historią Łemków. Z przesiedleniami, doświadczeniem obozów, bezdomności. Może wydadzą ci się za smutne albo zbyt obce?
Wymieniłyśmy znaczące spojrzenia. Kto jak kto, ale ona miała praktykę w słuchaniu smutnych historii o wysiedleniach.
– Poradzę sobie, nie ma obawy – odparła spokojnie Matylda.
Po drugiej stronie stołu Hanna i Estera trajkotały o czymś radośnie. Maria przysłuchiwała się im i co chwilę dorzucała swoje trzy grosze, zaśmiewając się przy tym do łez.
Kinga milczała. Precyzyjnymi ruchami kroiła w drobną kosteczkę warzywa i kiełbaski zebrane na talerzu. Przypominała lekarza operującego skalpelem. Patrząc na nią, widziałam jedną z wielu przyjezdnych, których życie w mieście nauczyło dostosowania się do cudzych zasad i maskowania potrzeb. Kiedyś też taka byłam. Bojąca się odetchnąć, krzyknąć głośniej, zaśpiewać, przyznać do słabości. W takich momentach naprawdę się cieszyłam, że wszystko się zmieniło. Że mogę mieszkać w Tymianowej.
Może i co jakiś czas mieliśmy tu zbrodnie, przez lasy przelatywały trąby powietrzne, a czarownice przeklinały stare domy… ale przynajmniej nikt nam nie mówił, jak mamy żyć. A po godzinach mogliśmy po prostu odetchnąć przesyconym zapachem ziół i bukowego lasu powietrzem.
Nie chciałabym być nigdzie indziej.
***
Oczywiście to, że nie chciałabym przebywać nigdzie indziej, dotyczyło Tymianowej przed pojawieniem się pewnej osoby. A konkretnie mojej własnej matki.
Mogłam sobie o tym przypomnieć tuż po tym, gdy za gośćmi zamknęły się drzwi, a ja krzątałam się w kuchni, sprzątając po posiłku. Na szczęście najpierw tradycyjnie odwiedziła mnie Hala i pomogła odrobinę nastawić się psychicznie na to, co mnie czeka. Matka zatrzymała się u niej. Nie przyjęłam jej pod własny dach. Była na mnie wściekła, ale miałam dobrą wymówkę – wszystkie miejsca były zajęte. Po chwilowym załamaniu letnicy znów licznie zgłaszali chęć pobytu w Chacie. Nie odstraszała ich nawet niedawna wichura, która zniszczyła spory obszar leśny. A może właśnie to ich przyciągało? Może kierowani chęcią pomocy w ten sposób starali się nas wesprzeć? Nadia też zaobserwowała to zjawisko, jej skrzynka mailowa ciągle była przepełniona. Obie byłyśmy za to niezmiernie wdzięczne.
– Daj, dziecko, pomogę ci. – Zaczęła zbierać naczynia, jakby to był też jej obowiązek. Od dawna troszczyła się o mnie tak, jak powinna się troszczyć… mama.
Przyjęłam to bez protestów i zdziwienia. Kiedy podeszła bliżej, spojrzałam na nią z niemym pytaniem w oczach.
– Obudziła się już – potwierdziła. – I nie jest w dobrym humorze.
– A czy kiedykolwiek w nim była?
Pytanie było retoryczne. Nie przypominam sobie matki uśmiechniętej czy też zadowolonej z czegokolwiek. No, dobrze, zadowolona bywała – ale tylko wtedy, gdy mogła kogoś skrytykować albo na kimś wyładować swoje frustracje. Dawniej najczęściej byłam to ja. Aż do chwili, gdy wyjechałam z miasta.
Pamiętam tamtą ulgę. Wyruszałam w nieznane z małym dzieckiem i partnerem, z którym różnie się układało. Ale tłumaczyłam sobie, że może być tylko lepiej. I w pewnym sensie było. Tacy ludzie jak moja mama sprawiają, że człowiek może odkryć radość z życia dopiero wtedy, gdy znajdzie się w bezpiecznej odległości od nich. Czasem jest to kilkadziesiąt kilometrów, czasem kilkaset. A niekiedy trzeba przeprowadzić się aż do Australii czy innej Amazonii. Mnie wystarczyła mała wieś w Beskidzie Niskim. Aż do niedawna…
Jakiś czas później usłyszałam, że drzwi się otwierają. Miałam wrażenie, że temperatura w pomieszczeniach nagle obniżyła się o kilkanaście stopni. Czeremcha zasyczała i wyskoczyła przez uchylone okno. Bieda zapiszczała i położyła się pod stołem. Majster zniknął w moim pokoju – tam czuł się bezpiecznie. Hala zacisnęła szczęki i rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie.
– Co to za cisza? Umarli wszyscy czy co? – Usłyszałam znajomy głos, który nieodmiennie powodował szybsze bicie serca, niemające nic wspólnego z euforią czy zakochaniem.
Przyłożyłam dłoń do klatki piersiowej i starałam się nie zemdleć. Za drzwiami rozległo się głuche warczenie zawsze spokojnego Majstra.
– Kto to widział, trzymać w domu takiego kundla! Smród, brud i pchły!
Moja matka też potrafiła warczeć. Majster zamilkł.
Weszła do kuchni. Niewysoka, elegancka jak zawsze (dbała o to nawet wtedy, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w bloku, a gdy rodzicom udało się przenieść do gustownego mieszkania w wiekowej kamienicy, nie rozstawała się z odpowiednią do tego miejsca biżuterią), w dopasowanej sukni z ciemnego materiału i włosami spiętymi z tyłu ozdobną klamrą. Na uszach miała kolczyki z perłowej masy, na pomarszczonej szyi – naszyjnik, który tak dobrze pamiętałam. Mimo upływu lat prawie się nie zmieniła. Nawet twarz miała jakby wygładzoną, wyprasowaną – pewnie wstrzyknęła sobie to i owo, bo oczy wydawały się nieco bardziej skośne.
Kobiety nie lubią się starzeć. Nikt nie lubi tracić największego atutu, w tym wypadku urody. Nikt nie chce stawać się niewidzialny. No chyba że ma do zaoferowania coś o wiele bardziej wartościowego niż piękna buzia. Wtedy zmarszczki nie spędzają snu z powiek, podobnie jak siwizna na skroniach. Ale co niby miała do zaoferowania światu moja mama? Poza kolejną porcją kąśliwych uwag i wiecznym niezadowoleniem?
Poza tym zawsze łaknęła, by być w centrum uwagi, nieważne, w jaki sposób to osiągała. Ja byłam tylko smętnym dodatkiem do idealnej matki. Niestety w jej mniemaniu bardzo nieudanym, co dawała mi odczuć na każdym kroku. Teraz też… Dlatego chociaż widziałam na progu jedynie drobną postać, wyobraźnia podsunęła mi zupełnie inny obraz. Ten z oglądanego w licealnych czasach filmu Władca pierścieni, w którym ognisty potwór próbuje zniszczyć całą drużynę.
Zresztą właśnie wtedy w myślach zaczęłam nazywać moją matkę Balrogiem, od imienia owego stwora. Filmowy (a raczej książkowy, bo to była ekranizacja powieści) demon zostaje strącony w przepaść przez niepozornego, lecz bardzo silnego czarodzieja w nierzucającym się w oczy szarym stroju. Zawsze marzyłam, żeby ktoś taki pojawił się w moim życiu i uprzątnął moje demony. Niestety przez wiele lat byłam zupełnie sama. Teraz jednak coś się zmieniło… i chyba nawet matka to czuła, choć zwykle sygnały płynące z otoczenia do niej nie docierały. Była zbyt zajęta wysyłaniem własnych.
Mój niepozorny czarodziej, który nie bał się ognistego potwora, wycierał właśnie dzbanek po herbacie. Ubrany był chyba jeszcze bardziej skromnie, w niebieski fartuszek w kwiatki, jasną bluzkę i spłowiałą spódnicę sięgającą połowy łydki. Sznurek wiejskich korali zabawnie kontrastował z kolią mojej matki. A spokojne spojrzenie okolonych kurzymi łapkami oczu skutecznie wytrącało z równowagi osobę o zupełnie innym wyrazie twarzy, chłodnym i nieustępliwym.
Miałam ochotę schować się za plecami Hali, ale postanowiłam wytrwać. Oparłam się o blat kuchennej szafki i chwyciłam go z całej siły, by nie upaść.
– Dzień dobry – powiedziałam, ciszej i mniej pewnie niż bym chciała.
Matka uniosła brwi w wystudiowany sposób. Taki, który sugeruje, że ma pecha rozmawiać z osobą o ilorazie inteligencji zbliżonym do muszki owocówki.
Zawsze miała ładne brwi i delikatne rysy twarzy. Nawet teraz z powodzeniem mogłaby zagrać w filmie jakąś hrabinę czy inną damę.
– Żaden dzień nie jest dobry, kiedy własna córka traktuje mnie jak kogoś obcego – powiedziała z patosem.
Pomyślałam, że powinna przy tym chwycić się za serce teatralnym gestem i uronić kilka łez. Ale to nie było w jej stylu. Jej zimne jak lód oczy pozostały suche. I nie było w nich żalu. Tylko gniew i bezsilność.
Nie mam pojęcia, co sobie ubzdurała, przyjeżdżając tutaj. Czy naprawdę myślała, że jak gdyby nigdy nic rzucę wszystko i wrócę do jej domu? Po tylu latach milczenia? Bo tego właśnie ode mnie chciała. Powiedziała to już tamtego pierwszego wieczoru. „Oczekuję, że zmądrzejesz i zajmiesz wreszcie swoje miejsce. Przy mnie. Naprawdę sądzisz, że możesz zostawić starą matkę i żyć sobie beztrosko w tej dziurze, którą nazywasz domem?” – te słowa wracały do mnie jak bumerang, ale im dłużej nad nimi myślałam, tym mniej rozumiałam.
Dlaczego nagle zaczęło jej zależeć na moim powrocie? Nigdy nie była sama. Potrafiła zadbać o to, by otaczał ją wianuszek zafascynowanych jej charyzmą osób. I gdzie, u licha, podział się ojciec? Od dawna z nim nie rozmawiałam. Gdy przypominałam sobie dzieciństwo, dochodziłam do wniosku, że mogłam go nazwać raczej współlokatorem niż tatą. Teraz, gdy dorosłam, nie wiedziałam nawet, jaki ma numer telefonu. Gdybym chciała się z nim skontaktować, musiałabym to zrobić przez matkę. Ale nie miałam ochoty ani na jedno, ani na drugie. O ile relację z mamą mogłam określić mianem katastrofy, o tyle tę z ojcem… Nie, nie było o czym mówić. Z dwojga złego wolałam katastrofę niż pustkę, chociaż jej skutki bolały całe życie.
Próbowałam wycisnąć z mamy jakiekolwiek informacje, ale bezskutecznie. Każda próba zrozumienia jej sytuacji kończyła się tym, że słyszałam jakąś kąśliwą uwagę pod moim adresem. Pod tym względem nic się nie zmieniło.
Tyle tylko, że zamiast obrazić się i pojechać do domu, z podniesioną głową i miną urażonej królowej, matka nadal tkwiła w Tymianowej. W dodatku zgodziła się mieszkać u Hali, choć gardziła nią bardziej niż kimkolwiek innym. Między innymi dlatego, że wyczuwała dobrze łączącą nas więź. Cały czas dawała do zrozumienia, że czeka na moją decyzję powrotu. Nie była przesadnie namolna. Nieustanne nagabywanie też do niej nie pasowało. Po prostu była. I umiała sprawić, że nie dawało się zapomnieć o jej obecności.
Im dłużej to trwało, tym bardziej czułam się zaszczuta, choć właściwie nic takiego się nie wydarzyło. Ot, przyjechała dawno niewidziana matka. Nawet ze mną nie mieszkała. A ja ni z tego, ni z owego zaczęłam mieć coraz częstsze kołatania serca, nerwobóle i dziwnie sztywny kark. Piłam coraz więcej ziołowych mieszanek, które nie pomagały. I miałam ochotę sięgnąć po coś mocniejszego, by choć przez chwilę nie czuć nic i zapomnieć. Powstrzymywała mnie tylko świadomość, że nie chcę skończyć, siedząc obok Heńka i Tadzika na kamieniu i drżącą ręką sięgając po kolejną flaszkę. Nigdy nie byłam dobra z filozofii.
Zdaniem mojej matki w ogóle z niczego nie byłam dobra – ale zdążyłam już zmądrzeć na tyle, by wiedzieć, że to nieprawda. Nie byłam tym, za kogo mnie miała. Swoją drogą, zastanawiałam się, jakim trzeba być człowiekiem, by żyjąc przez lata z własnym dzieckiem, nie zauważyć tego, kim jest naprawdę. I widzieć tylko stworzony we własnej głowie, mocno wykrzywiony obraz. Czy da się po tylu latach przejrzeć na oczy? Bo, bądźmy szczerzy, to nie było tak, że nie zależało mi na jej akceptacji.
Pamiętam, jak będąc małą dziewczynką, marzyłam o tym, że mama za coś mnie wreszcie pochwali, przytuli, stanie w mojej obronie. Nie doczekałam się, więc marzenie odłożyłam na półkę z napisem „nie da się spełnić”. Ale przez te wszystkie lata nosiłam w sobie ledwo tlącą się nadzieję na to, że coś się zmieni. Że pewnego dnia odbiorę telefon i usłyszę upragnione słowo „przepraszam”. Że mama zauważy, jak bardzo się starałam.
Ta łaknąca pochwały dziewczynka ciągle gdzieś tam we mnie tkwiła i czekała na moment, w którym czyjaś ręka rozpali jej świecę i nie będzie gasić płomienia. A duża dziewczynka, czyli dorosła ja, starała się pogłaskać małą po głowie i zaopiekować nią na tyle, na ile to możliwe. Bo duża dziewczynka wiedziała, że nie ma co liczyć na pomoc. Przynajmniej nie od tej osoby, której jedyną zasługą było to, że przez dziewięć miesięcy nosiła mnie w brzuchu i łaskawie pozwoliła się urodzić.
Nie powiem, byłam za to wdzięczna. Mimo wszystko warto żyć. Ale szkoda, że to był w zasadzie jedyny dar od niej. A sama myśl o tym, że kiedyś byłam skazana na tkwienie w jej ciele i zdana na jej łaskę i niełaskę, nie wywołała poczucia ukojenia. Raczej obrzydzenie i zwierzęcy strach. To był czas, kiedy nie mogłam przed nią uciec i byłam na dobre związana pępowiną. Potem sznur łączący nasze ciała przecięto, ale matka i tak próbowała mnie skrępować inną, niewidzialną pętlą. I chociaż żyłam już cztery dekady, przeszłam niejedno i sama zdążyłam urodzić i pochować własne dziecko – nadal starała się zaciskać linę.
Każdego dnia stawałam przed wyborem. Dać się zadusić? Czy szczerzyć kły i konsekwentnie rozszarpywać widmową pępowinę, ryzykując uznanie za wulgarną i niewdzięczną? Wybierałam to drugie, ale nie było łatwo. Z moją matką nigdy nie było.
– Na bycie bliską też trzeba sobie zasłużyć – skwitowałam, starając się koncentrować na krawędzi blatu wbijającego mi się w ciało, a nie zimnym spojrzeniu kogoś, kto na dobre zburzył mój spokój.
– To masz mi do powiedzenia? Po tylu latach bezinteresownej miłości matki do dziecka spotyka mnie taka niewdzięczność? – Przekrzywiła lekko głowę, wpatrując się we mnie z uwagą. Dokładnie tak patrzyła czasem Czeremcha, gdy znalazła sobie ofiarę i zastanawiała się, kiedy uderzyć. I czy najpierw odgryźć głowę, czy rozpruć podbrzusze.
Nagle rozległ się huk. Hala postawiła trzymane w rękach naczynie z taką siłą, że prawie popękały szklane ścianki. Wzdrygnęłam się.
– Pani wybaczy, ale ja tu nie widzę żadnej miłości, a na pewno nie bezinteresownej. Tresuje pani tę biedną dziewczynę jak psa. A ja nawet dla psa miałabym więcej wyrozumiałości – powiedziała, krzyżując ręce na obfitych piersiach.
Matka zmrużyła oczy.
– Jeszcze nie poznałaś swojego miejsca, wieśniaro? Nie waż się mówić ani słowa w mojej obecności.
Tego było za wiele. Mogłam pozwalać na krytykowanie swojej osoby, ale nikt nie będzie ranił w mojej obecności Hali.
– To jest mój dom i Hala może w nim mówić, co chce i kiedy chce. Bo sobie na to zasłużyła – podkreśliłam. – Masz rację, miłość między matką a córką powinna być bezinteresowna. Ale między nami nigdy taka nie była i już nie będzie. I to nie jest moja wina.
Przewróciła oczami.
– Mój, moje, moja… Jak zawsze mówisz tylko o sobie. Widzę, że niczego teraz nie wskóram. W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać. – Odwróciła się na pięcie i wyszła.
Cisza, która temu towarzyszyła, wydawała się wręcz nie na miejscu. „Aż się prosi o złowrogą muzykę w tle, taką w stylu Marszu Imperialnego” – pomyślałam w przypływie czarnego humoru. Tylko on mógł mnie teraz uratować.
***
Godzinę później wylądowałam u Nadii. Zawsze lubiłam bywać w Chyży, ale ostatnio zaglądałam tu częściej niż zwykle. Hala była w tym względzie bardzo stanowcza.
– Wyszykuj mi to, co trzeba ugotować, a ja się tym zajmę. Ty idź przewietrzyć głowę.
Czasem zadziwiało mnie, skąd ta prosta i bardzo doświadczona przez los kobieta wiedziała, jak komuś pomóc. Moja własna rodzicielka w życiu by na to nie wpadła. Prawdopodobnie jak zwykle siedziała gdzieś i bolała nad swoim losem i niewdzięczną córką. I do głowy jej nie przyszło, że wspomniana córka ledwo żyje po kolejnym starciu.
Zajęcia z pisania ikon właśnie się zaczynały. Nadia upewniła się, że uczestnicy mają wszystko, czego im potrzeba, i wyszła do mnie, do sadu.
– No, kochana, wyglądasz, jakbyś przed momentem wstała z grobu – mruknęła, przyglądając mi się uważnie. – Nie chcę nic mówić, ale jak szanowna mamusia pobędzie tu jeszcze trochę, to zostaniesz nowym upiorem Tymianowej.
– Cudownie. Może wreszcie stwierdzi, że coś udało mi się osiągnąć – odburknęłam ponuro.
Nadia westchnęła i dotknęła mojego policzka.
– Zaparzę coś na wzmocnienie. Musimy o ciebie szczególnie zadbać w tym czasie.
– Nie przejmuj się mną, dam sobie radę – zaprotestowałam. – Nie chcę ci robić kłopotu.
– Właśnie o tym mówię. – Uniosła palec. – Już zaraziłaś się trucizną. Jeszcze kilka dni temu do głowy by ci nie przyszło, że możesz mi sprawić kłopot.
Przygryzłam wargi. Miała rację.
– Po prostu chciałam ci pomóc – szepnęłam. – Nie chcę się czuć bezużyteczna. Hala przejęła rządy w Chacie. Dla mojego dobra. Ale ja muszę się czymś zająć, bo oszaleję.
– Dobrze… Kiedy uczestnicy kursu zrobią sobie przerwę, wniesiemy poczęstunek i pokażemy, jak modlić się po łemkowsku nad posiłkiem. Możesz upiec razem ze mną ciasteczka i podać różaną herbatę, ususzyłam płatki z krzewu za Chyżą. Ale na razie zajmiemy się tobą. Jako zwłoki na nic mi się nie przydasz. Hali ani swoim gościom też nie.
Zgodziłam się niechętnie. Nadia kazała mi zostać i odeszła w stronę domu. Poruszała się szybko, jak to ona. Jej ulubiona spódnica, koloru barwinka, aż furczała przy każdym ruchu.
Wróciła po chwili, niosąc tacę, na której zobaczyłam dwie filiżanki z wymalowanymi kwiatkami fiołków – część zastawy, którą dostała w prezencie ślubnym – i dzbanek z herbatą. Obok na talerzyku leżały ciepłe tosty posmarowane marmoladą. I jeszcze coś…
– Świeca? – Zdziwiłam się, patrząc, jak Nadia stawia na stole pod jabłonią szklane naczynie. – Po co palić świece w sierpniu?
– Dla zapachu – odparła i wyjęła z kieszeni spódnicy zapalniczkę. – I dla widoku. Płomień zawsze pomaga wrócić do równowagi.
Odżyło dawne wspomnienie. Dotknęłam palcami ścianki i zapatrzyłam się w pełgający płomyk. Poczułam się jak wtedy, bardzo dawno temu. Ale choć znów wisiało nade mną widmo matki, byłam o wiele spokojniejsza. Teraz miałam przy sobie ludzi, którzy dbali, by nikt mnie „nie zgasił”.
Nadia miała rację. Pachnąca miodem świeca pasowała do końcówki lata. Choć dni nadal były ciepłe, to wieczory robiły się chłodniejsze. Na łąkach i przy drogach rosły kępy coraz wyższych nawłoci. Lada dzień zakwitną i zamienią się w żółte pióropusze, zwiastując nadchodzącą jesień.
Nalałam herbaty do filiżanki. Miała ciekawy kolor.
– Co tym razem zaparzyłaś? – spytałam, bo wiedziałam, że to nie był zwykły napój. Ogród Nadii był pełen ziół, z których korzystała chętnie i często. – Lawendę czułam z daleka…
– Uznałam, że ci się przyda – przyznała rozbrajająco. – Poza tym kwiat lipy, melisa i kilka szyszek chmielu. Powinno pomóc, a na pewno nie zaszkodzi. Wybacz szczerość, ale w tym stanie częstowanie cię nalewkami uważam za wysoce niewskazane.
– Dlaczego?
– Dlatego że masz bardzo dobry powód, by nie przestawać pić. A ja nie chcę mieć cię na sumieniu. Musimy to przetrwać.
– Dziękuję…
Skosztowałam łyka. Przymknęłam oczy. Lawendowy aromat otulał fioletową kołdrą i szeptał dobre słowa o życiu z dala od problemów i trosk. Sięgnęłam po kawałek tosta i nadgryzłam.
– Pomarańcza? – zdziwiłam się. – Imbir?
Nadia uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
– Wiem, powinnam zadbać o coś bardziej lokalnego, ale zrobiłam z myślą o jesiennej wyprawie na południe.
– To jest pyszne! Skąd wzięłaś przepis?
– Znalazłam w internecie. – Roześmiała się. Mimo przywiązania do tradycji nie bała się eksperymentów. – Przyznaj, że poprawia nastrój, prawda?
– I to jak! – Z uznaniem pokiwałam głową. – Czuję się, jakbym znalazła się w pomarańczowym gaju gdzieś daleko stąd i od mojej matki dzieliły mnie tysiące kilometrów. Jest idealnie!
Kiedy przyszedł czas zajęcia się uczestnikami kursu, wyglądałam już o niebo lepiej i mogłam wyjść do ludzi bez obawy, że wezmą mnie za łemkowskiego upiora. Nadia miała niebywały talent do leczenia duszy i rozpalania nadziei. Może to była zasługa jej imienia, a może po prostu kwestia temperamentu i zamiłowania do bycia z innymi.
Nic dziwnego, że stała się inicjatorką jednej z łemkowskich imprez kulturalnych, czyli watry w Tymianowej. Może nie było to tak duże przedsięwzięcie, jak ta słynna, w Zdyni, czy inne, na terenie Ziem Odzyskanych, ale miało w sobie coś niezwykłego. Kameralna atmosfera służyła nawiązywaniu relacji, śpiewane przy ogniu pieśni brzmiały wyjątkowo przejmująco u schyłku lata, a płonący ogień dawał nadzieję na to, że siedzący przy nim ludzie przetrwają nie tylko zimne miesiące, ale także wszystkie życiowe zawirowania i wyjdą z nich silniejsi.
Sama coraz częściej łapałam się na tym, że chociaż nie jestem Łemkinią, to czekam na watrę. Zresztą Nadia zawsze powtarzała, że jesteśmy zaproszeni wszyscy. To była watra naszego pokiereszowanego pogranicza. Miała łączyć i przyjmować każdego, bez względu na pochodzenie i poglądy. A ja potrzebowałam jej bardziej niż kiedykolwiek.
***
Podczas gdy zmęczeni tworzeniem goście Nadii zajadali się podanymi przysmakami, ja ciekawie zaglądałam do izby, którą na potrzebę kursu przekształcono w coś w rodzaju sali lekcyjnej. Podłużne stoły były ułożone w kształt podkowy i otoczone krzesłami. Przy każdym znajdowała się deseczka z nieskończoną jeszcze ikoną (na razie właściwie było to coś w rodzaju szkicu) i przybory. Pędzelki, pojemniczki z barwnikami… Zmarszczyłam nos. Zapach był specyficzny. Podeszłam bliżej i spojrzałam prosto w delikatnie zarysowane ołówkiem migdałowe oczy anioła. Nieoczekiwanie pozazdrościłam uczestnikom. Też chciałabym móc się teraz zająć malowaniem. Może nie usunęłoby to moich problemów, ale na pewno pomogłoby poukładać myśli. Poza tym Daniel zawsze powtarzał, że tworzenie ikony jest modlitwą. Nawet jeśli sama nie umiałabym się modlić, to może tworząc anielski wizerunek, wykrzyczałabym swój ból.
– Sprawdza nas pani? – Nagle usłyszałam za sobą lekko zachrypnięty głos. Odwróciłam się gwałtownie.
W drzwiach stał sporo starszy ode mnie mężczyzna ubrany w nieco poplamiony szary podkoszulek i dżinsy. Krótkie siwe włosy sterczały jak szczecina, a ciemne oczy, okolone siateczką zmarszczek, spoglądały z rozbawieniem zza szkieł okularów. Mógł mieć około pięćdziesięciu lat. Pachniał jakimiś drzewnymi perfumami. Było w nim coś, co przypominało odrobinę naszego miejscowego artystę, Wieśka. Tyle że Wiesiek miał o wiele łagodniejsze spojrzenie. W tym nieznajomym od razu wyczułam coś, co przywodziło na myśl myśliwego.
– Skoro tak się natrudziłam, przygotowując słodkości, to muszę się upewnić, że było warto – zażartowałam.
– I jak pani ocenia nasze dzieła? – Podszedł bliżej, przygryzając ciasteczko z różanym nadzieniem. Zdawało się, że swoją osobą wypełnia całe pomieszczenie. Miałam ochotę się wycofać, jednak wytrwałam.
– Na razie trudno stwierdzić. Ale mogę obiecać, że jutro też zatroszczymy się o poczęstunek – powiedziałam, starając się nie krzywić. Zapach perfum był zbyt intensywny.
– Postaram się, żeby była pani zadowolona – mruknął, spuszczając wzrok i zerkając na rząd ledwie rozpoczętych ikon.
– To pan prowadzi kurs? – Zdziwiłam się. Chociaż bywałam tu ostatnio bardzo często, nie miałam przyjemności go poznać.
Roześmiał się.
– Ja? Nie, skądże! Ja jestem za mało uduchowiony. Prowadzi go Kosma. To ten wysoki zarośnięty facet, który właśnie zajada się w najlepsze szarlotką. Da pani wiarę, że to ksiądz?
– Naprawdę? – Spojrzałam z niedowierzaniem na niedźwiedzią sylwetkę.
Skinął głową.
– A pan? Skoro nie prowadzi pan kursu, to rozumiem, że jest pilnym uczniem? – spytałam z ironią.
– Staram się, jak mogę. – Mrugnął do mnie. – Ale mam łatwiej niż pozostali. Na co dzień i tak zajmuję się malarstwem. Ten wyjazd to dla mnie coś w rodzaju… eksperymentu.
– Mieszka pan w Chyży? – Zaczęłam współczuć jego ewentualnym współlokatorom. Facet miał ego wielkości Drogi Mlecznej.
– Wynajmuję jeden z domów za sklepem – wyjaśnił. – Właścicielka akurat wyjechała na wakacje i ucieszyła się, że ktoś taki jak ja będzie się nim opiekował.
– U Helenki? – skojarzyłam. – Zna pana?
Pierwszy raz udało mi się go naprawdę zaskoczyć.
– Oczywiście. A pani o mnie nie słyszała?
Zdumienie w jego głosie było tak wielkie, że z trudem powstrzymałam się od ryknięcia śmiechem. Przez chwilę zapomniałam nawet o mojej matce. Musiałam przyznać, że w pewien absurdalny sposób jego towarzystwo było dobrą odtrutką na smutki.
Odchrząknęłam.
– Coś mi się obiło o uszy, ale nie wypadało mówić. Przecież pan mi się nie przedstawił. – Odbiłam piłeczkę. Zmieszał się.
– Pani wybaczy. Igor Kamasz. – Wyciągnął rękę w moją stronę.
– Marta… – Odwzajemniłam uścisk.
Wtedy do izby weszła Pasia. Popatrzyła na nas zaciekawiona.
– Ciociu, mama pyta, czy możesz przynieść z domu drugą blachę szarlotki.
– Oczywiście – zreflektowałam się. Miałam pomagać, a tymczasem ucięłam sobie pogawędkę z jakimś zarozumiałym artystą. Zanim wyszłam, rzuciłam jeszcze: – Który z aniołów należy do pana?
Dopiero po chwili zorientował się, o czym mówię.
– Ten. – Wskazał jeden ze szkiców.
Zerknęłam na deskę i poczułam dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Jeśli istniały anioły szaleńców i psychopatów, to był właśnie ten przypadek. Jeszcze nigdy nie widziałam tak niepokojących oczu na żadnej postaci z ikon. Zmierzwione włosy wymykały się spod opaski, a usta nie były łagodnie zamknięte, ale wpółotwarte, jakby zamarły w niemym krzyku.
***
Nie zdążyłam dotrzeć z szarlotką do Chyży, bo część gości wyszła, by odetchnąć świeżym powietrzem. Był wśród nich niedźwiedziowaty Kosma. Wielki jak góra, stał oparty o pień starej śliwy i wystawiał twarz do słońca. Na widok ciasta rozpromienił się wyraźnie.
– Szamanko przyszło! – zawołał tubalnym głosem i odkleił się od drzewa, by zgarnąć od razu dwa kawałki ciasta.
Przyjrzałam mu się uważnie. Długie, splątane brązowe włosy, gęsta broda przypominająca szczotkę okalającą policzki i podbródek. Szeroka rumiana twarz. Oczy pogodne jak u dziecka. Mimo upału miał na sobie szarą bluzę z kapturem i ciemne spodnie z łatami na kolanach. Wyglądał raczej na jakiegoś hippisa niż księdza. Zaczęłam się zastanawiać, czy Igor ze mnie nie zakpił. Zwłaszcza że młodzi uczestnicy kursu zaczęli się przekomarzać z olbrzymem.
– Kosma, nie bądź taki, podziel się! – zawołała ze śmiechem Estera.
– Trzeba jeść, zanim nasz mistrz pochłonie wszystko – dodał Jarek i sięgnął po szarlotkę.
No cóż, nie tak zwykło się zwracać do duchownego.
Już miałam iść do Chyży i wygarnąć Igorowi za wprowadzenie mnie w błąd, gdy jedna ze starszych pań powiedziała:
– Proszę księdza, kiedy wracamy do pracy?
Zamrugałam powiekami. A więc jednak!
Tymczasem Kosma odwrócił się niezadowolony i ryknął:
– Proszę mi tu nie księdzować, bo czuję się jak kandydat na biskupa, a tego byśmy nie chcieli! Zaczniemy, jak zjemy. Nie można dopuścić, żeby takie dary Boże się zmarnowały!
Emerytka się zmieszała, ale widząc, że Kosma żartuje, uśmiechnęła się krzywo. Chyba średnio jej się podobała jego bezpośredniość. Młodsi natomiast byli zachwyceni.
Wyobraziłam sobie, co by było, gdyby poznać Kosmę z naszym Zbigniewem. Przypuszczałam, że prawdopodobnie, jeśli by zamknęło się ich na dłużej w jednym pomieszczeniu, prędzej czy później doszłoby do mordu. Ale wolałam nie wnikać, który z nich by przetrwał.
Nagle Jarek, który do tej pory zajęty był bez reszty pałaszowaniem ciasta, odwrócił się w stronę drogi i zaczął wymachiwać, jakby oganiał się od much.
– A tobie, chłopie, co się stało? – zdumiał się Kosma i powiódł za nim wzrokiem. Po chwili mruknął ze zrozumieniem. – Panna! I to jaka! No, przepadłeś!
Z góry schodziła Matylda. Ogniste włosy wyglądały wyjątkowo pięknie na tle przeplatanej złotem sierpniowej przyrody, w której – choć nadal królowała ciemniejąca zieleń – coraz więcej było żółci i czerwieni.
Na widok Jarka dziewczyna zatrzymała się i z wahaniem podeszła w naszą stronę.
– Przerwa w malowaniu?
– A tam – burknął Romek, który też wyszedł przed dom. – Najpierw kilka dni gadania, a teraz zamiast chwytać za pędzel, zaczęliśmy robić szkice ołówkiem.
Kosma uniósł wysoko krzaczaste brwi.
– Chciałeś brać się za pisanie ikon tak bez przygotowania?
Romek wzruszył ramionami.
– Mam przygotowanie. Dużo czytam.
– Być może…
– Poza tym myślałem, że będziemy tworzyć wizerunek Matki Bożej lub Jezusa, a nie aniołów. Nie powinno się do nich modlić.
Kosma otworzył usta ze zdumienia.
– Nie powinno się modlić do aniołów? A to dobre! Możesz mnie oświecić dlaczego?
– Ksiądz powinien sam to wiedzieć. Możemy modlić się tylko do samego Stwórcy, ewentualnie Maryi. – Romek uniósł oczy ku górze z taką miną, jakby oczekiwał, że zaczniemy szykować jego proces beatyfikacyjny jeszcze za życia.
„Ten za to dogadałby się ze Zbysiem aż za dobrze – jęknęłam w myślach. – Na szczęście za jakiś czas wyjedzie”.
Matylda ze złością łypnęła na chłopaka i już miała coś odpyskować, ale Jarek ujął ją za rękę i delikatnie odciągnął na bok. Nie było jednak nikogo, kto odciągnąłby Kosmę, więc Romek tak czy inaczej usłyszał kilka gorzkich słów na temat tego, jak szkodliwe jest bycie świętszym od papieża. Nie wydawał się przekonany.
– Myślałem, że to będą prawdziwie uduchowione warsztaty, a nie taka… wydmuszka! – syknął i czerwony ze złości wrócił do Chyży.
– Wszystkim nie da się dogodzić – skwitował Kosma, odprowadzając go wzrokiem, po czym sięgnął po kolejny kawałek szarlotki.
Potem otrzepał bluzę z okruszków, przeciągnął się, aż zatrzeszczały stawy, i zaczął zwoływać towarzystwo. Młodzi niechętnie opuszczali pachnące dojrzałymi śliwkami i kwiatami z pobliskiego ogrodu podwórze. Starsi podreptali do drzwi bardziej gorliwie. W pewnym momencie wydało mi się, że w jednym z okien mignęła mi czyjaś twarz. Zmrużyłam oczy i próbowałam rozpoznać rysy. I wtedy dotarło do mnie, że to Igor. Może to było złudzenie, ale wydało mi się, że patrzył prosto na mnie. Poczułam się nieswojo. Odwróciłam się do żegnającej się z Jarkiem Matyldy. Mogłoby się zdawać, że rozstają się na kilka miesięcy, a nie parę godzin. Nadia, która właśnie wyszła z Chyży dziarskim krokiem, poganiając przed sobą córeczki, spojrzała na nich bystro.
– Matylda, chodź do nas! Daj chłopakowi popracować.
Dziewczyna zaczerwieniła się tak, że nie tylko włosy przypominały płonący krzew. Mruknęła coś pod nosem i nie oglądając się na nikogo, odeszła w stronę drogi.
– Chciałam iść zobaczyć dom mojej prababci – usłyszałam tylko.
Zaintrygowana postanowiłam ruszyć za nią i zobaczyć, co jej chodzi po głowie. Ale najpierw pomogłam Nadii posprzątać po posiłku. Stary dom Tekli i tak będzie cierpliwie czekał. Jak zawsze.
***
Znalazłam Matyldę siedzącą przy chyży. Wsparta plecami o nagrzaną od słońca ścianę, patrzyła w zamyśleniu na zarośla po drugiej stronie drogi, nad potokiem. Podeszłam do niej, stąpając cicho po wysuszonej trawie.
– Mogę? – spytałam, a gdy skinęła głową, przycupnęłam obok.
Odezwała się dopiero po chwili.
– Nie musisz pytać o pozwolenie. To też twój dom – szepnęła.
– Należy do twojej babci – odparłam, mając na myśli Annę, córkę Tekli. Tę, której szukałam tak długo. I która teraz wydawała mi się równie pogubiona jak jej mama.
Nie rozmawiałyśmy jeszcze o tym, co Matylda zamierza zrobić w związku z odnalezieniem starego domu. Ona była zbyt oszołomiona, ja za to… Ja nagle musiałam zmierzyć się z własnymi problemami. Patrząc na historię rodzinną moją i Matyldy, dochodziłam do wniosku, że niewiele jest na świecie kwestii bardziej skomplikowanych i kłopotliwych od relacji matki z córką.
– Wiem. Ale myślę, że Tekla wybrała też ciebie. To miejsce wołało cię o wiele wcześniej niż mnie – wymamrotała, bawiąc się kosmykiem włosów.
Nie protestowałam. Czułam bijące od domu ciepło. Miałam wrażenie, że przytulam się do żywej istoty. Ciekawa byłam, czy Matylda ma podobne doznania, ale nie zapytałam. Mogłabym jej sprawić przykrość. Może jak dawniej nie czuła nic.
– Nie wiem, jak to sobie ułożyć w głowie – wyznała. – Wiedziałam o pochodzeniu babci Anny, ale nigdy nie przywiązywałam do tego wagi. Moim domem był Śląsk. I babcia Mathilde, chociaż zawsze ją krytykowałam. Jak to pogodzić? Kim ja właściwie jestem?
– A kim się czujesz?
Przygryzła wargę.
– Sobą. Meridą. Nie stamtąd i nie stąd. Ja nadal marzę tylko o wyjechaniu na Wyspy…
– Jesteś jeszcze młoda. – Może dopiero odkryjesz, że jesteś po trosze i Ślązaczką, i Łemkinią. I nic z tego nie przekreśla miłości do wyspiarskich klimatów.
– Naprawdę tak myślisz? – Spojrzała na mnie swoimi okrągłymi niebieskimi oczyma.
Uśmiechnęłam się. Wyglądała jak szkocka księżniczka. Nie dziwiłam się, że ciągnęło ją w tamte strony.
– U babci Mathilde wszystko było uporządkowane aż do bólu – powiedziała nagle. – Stabilne i bezpieczne. Nie było miejsca na magię i może dlatego tak bardzo ciągnęło mnie do celtyckich legend. Ale tutaj jest zupełnie na odwrót. Im więcej wiem, tym bardziej się boję.
– Chciałaś poznać prawdziwą ojczyznę babci Anny…
– Tak. Ale nie wiem, czy byłam gotowa przyjąć to, co tu zastałam.
Zastanowiłam się.
– Może to właśnie świadczy o twojej dojrzałości. Tylko głupiec by się nie bał.
– Może… – przyznała. A potem dodała, rumieniąc się lekko: – On nie wie, że moja babcia jest stąd.
– Kto? – Zdziwiłam się, ale po chwili zrozumiałam. – Jarek?
Przytaknęła.
– Jego rodzina pochodzi z jednej z pobliskich miejscowości. Jarek mieszka w wielkim mieście razem z rodzicami i dziadkami, ale jest totalnie zajawiony na łemkowską kulturę. Ciągle coś nuci, rzuca cytatami z wierszy, pokazuje w telefonie obrazy. Przyjechał tu nie tyle ze względu na ikony, co żeby pobyć na swojej ziemi. Zastanawiam się, jak to jest… być jak on i… nie uciekać od siebie.
„Może dlatego tak cię przyciąga – dotarło do mnie. – Jest tym, kim ty chciałabyś być. Kimś pogodzonym ze sobą”.
– Może kiedyś się tego dowiesz – pocieszyłam ją. – Ja też nie mam pojęcia, jak to jest nie uciekać.
Mocno uścisnęła moją dłoń. Parę razy była przypadkowym świadkiem wymiany zdań między mną a mamą. Rozumiała, z czym się muszę zmagać.
– Trochę jesteśmy takie same, prawda?
– Prawda…
Puściła moją rękę i wyjęła telefon. Przez chwilę szukała czegoś, muskając smukłym palcem ekran.
– Jarek przesłał mi piękny wiersz. Chcesz posłuchać?
Nie wiedziałam, dlaczego nagle zebrało jej się na poezję, ale skinęłam głową.
– To o Łemkowynie – mruknęła i zaczęła deklamować. Na początku dość nieporadnie i kalecząc słowa, ale potem coraz wyraźniej i z mocą.
Boże
wiedzieliśmy
że za dni pradawnych
osadziłeś naród nasz
w górzystej dziedzinie
z woli i światła swego
I żyli dziadowie ojców naszych
do końca dni
do zakończenia
tysiąclecia…
Aż wydałeś nas
jak ofiarę z koźląt
rozrzucając
pośród narodów świata
kości nasze za bezcen
A my
nie zapomnieliśmy o tobie
nie złamaliśmy przykazań
i jak dawniej
wznosimy świątynie
pośród zielonych dróg
W naszym życiu
nie było innego Boga
prócz ciebie
Boże…
prześladowana cerkiew nasza
za krzyż trójramienny
naznaczona cierniem stoi
na rozdrożu życia
bezmowna
Boże…
czemu nas opuściłeś
zapomniałeś
prawdy nasze
i groby przodków
Ty za dni pradawnych
posadziłeś nas
zielonym drzewem Beskidu
w Łemkowynie
Boże nasz**
Słowa padały na ziemię jak grad. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w każdą sylabę, przyjmując każdy wers. Wiersz brzmiał jak modlitwa i był nią – nosił wymowny tytuł: Psalm. Wcale nie miałabym nic przeciwko, gdyby dołączono go do świętej księgi. Był czymś więcej niż zgrabnie dobranym zlepkiem wyrazów.
Za moimi plecami chyża jęknęła cicho, wtórując ostatniemu wezwaniu. Ona też słuchała. Byłam o tym przekonana. Historia pogubienia mojego i Matyldy idealnie wpisywała się w inną, tę należącą do rozproszonego narodu, z którym połączyły nas niewidzialne nici…
***
Wracałyśmy bez pośpiechu, przystając co chwilę i muskając palcami gotowe do rozkwitu nawłocie i łebki przykurzonych jeżyn. Pobliski potok szumiał cicho, cierpki zapach zarośli na jego brzegach dochodził aż do drogi.
– Co będzie z chyżą? – spytałam cicho.
Matylda objęła się ramionami.
– Chcę ją odzyskać. Musi znaleźć się sposób. Nie mieli prawa jej zabrać.
– Będziesz potrzebowała dobrego prawnika – mruknęłam.
– Myślałam już o tym. Mama mówi, że zna odpowiednią osobę.
Zaskoczyła mnie.
– Rozmawiałaś o tym z mamą?
– Nie chciałam mieć przed nią dłużej tajemnic. Wystarczy, że okłamałam ją, mówiąc, że jadę nad morze.
– Była bardzo zła?
Wyobraziłam sobie, co zrobiłaby moja matka, gdybym wywinęła taki numer. Wzdrygnęłam się. Istniało prawdopodobieństwo, że po prostu nie przeżyłabym konfrontacji.
– Powiedziała, że rozumie. I że jest ze mnie dumna.
Potknęłam się na prostej drodze. Naprawdę istniały takie mamy?
Matylda wyglądała, jakby biła się z myślami, ale w końcu wyznała:
– Chciałaby tu przyjechać. Jeśli… jeśli nie masz nic przeciwko temu.
Znowu mnie zadziwiła.
– Oczywiście, że nie. Poddasze jest wasze.
– Mama rozmawiała z babcią Anną… Nie było łatwo, ale przywiezie tu dokumenty i pełnomocnictwo. Nawet babcia zgadza się na ratowanie chyży.
– Wie o listach Tekli i o tym, co się wydarzyło?
Potrząsnęła głową.
– Nie chce wierzyć. Mówi, że parę wyrwanych z kontekstu papierów to za mało, żeby ją przekonać.
– W takim razie dlaczego…?
Matylda uśmiechnęła się złośliwie.
– Bo to jej dom. I powiedziała, że żaden obcy nie będzie go dotykał swoimi paluchami.
Gwizdnęłam przeciągle.
– Ostra babeczka. Ciekawe po kim ma charakterek? – zażartowałam.
– Nie mam pojęcia. W naszej rodzinie wszyscy są tacy łagodni – podjęła żart.
Naszą rozmowę przerwały czyjeś dzikie wrzaski. Dochodziłyśmy już do placu między cerkwią i sklepem Mańki. Był zamknięty, a jego właścicielka stała na środku pokrytej pyłem drogi i krzyczała wniebogłosy. W sumie wcale jej się nie dziwiłam. Naprzeciwko niej z rękami wspartymi na biodrach wydzierała się Jadźka. Obie były czerwone ze złości i przypominały dwa wściekłe indyki, które lada chwila rzucą się na siebie z dziobami.
– Odszczekaj, coś powiedziała, ty ruda małpo!
– Sama sobie odszczekuj, pyskata cholero!
Po chwili przeszły od słów do działania. Przystanęłyśmy i z zainteresowaniem przyglądałyśmy się szarpiącym się kobietom. Przycupnięci pod leszczyną Heniek i Tadzik stanowili drugą część widowni.
– Jeszcze trochę i zaczną się targać za włosy – skwitowała Matylda z przekąsem.
– Masz zadatki na prorokinię – mruknęłam parę sekund później, gdy obie kobiety zgodnie przystąpiły do gwałtownej zmiany wizerunku.
Mańka szarpnęła mocno i ze zdumieniem stwierdziła, że w ręce został jej dorodny pukiel doczepianych włosów. Jadźka chwyciła się za głowę, dotknęła wyraźnie przerzedzonego miejsca i sycząc z wściekłości jak kot, próbowała oderwać loki sklepikarce. Ta, niestety, miała jedynie własną czuprynę, więc skończyło się na zdobyciu jednego, żałośnie chudego pasemka.
– Manieczka, jak chwycisz z drugiej strony, to Jadźka będzie łysa! Dawaj! – dopingował Heniek.
W tym momencie z plebanii wyszedł ksiądz Zbigniew i ujrzawszy niecodzienny widok, otworzył usta ze zdziwienia.
– W imię Ojca i Syna, co tu się wyprawia?!
Jadźka na dźwięk jego głosu oprzytomniała nagle. Z zawstydzeniem spojrzała na trzymaną w ręku garść i schowała ją za plecami. Mańka przeciwnie, stała dumnie z puklem sztucznych loków, niczym Indianin chwalący się zdobytym skalpem.
– To ona winna! Niestworzone rzeczy wygaduje! Lepiej, żeby ksiądz nie wiedział! – wymamrotała wzburzona Jadźka, dygocąc ze złości.
– Ksiądz już tam swoje wie. – Mańka splunęła z pogardą. – A ja samą prawdę mówię. Jak żeś głupia, to nie wierz. Ale potem nie narzekaj, że już za późno.
To powiedziawszy, odwróciła się z godnością i poszła otworzyć sklep, co spotkało się z głośną aprobatą kucających w cieniu tymianowskich filozofów.
– Pani Jadwigo, co tu się wydarzyło? – Ksiądz Zbigniew splótł dłonie i starał się wyglądać jak wcielenie świętego oburzenia.
Jadźka sapała jak rozwścieczony borsuk, a widząc spojrzenie ukochanego proboszcza, poczerwieniała jeszcze bardziej. Szczerze mówiąc, zaczęłam się obawiać, że zaraz umrze na zawał.
– To ona, to jej wina! – powtarzała. – Takie głupoty mówić o mojej Klarze! A niech ją…
Mamrocząc pod nosem, odeszła w stronę domu. Zbigniew patrzył za nią z dziwnym wyrazem twarzy.
– Chodźmy już. – Chwyciłam Matyldę pod łokieć i skłoniłam do ruszenia w drogę. Jeszcze tego brakowało, żeby uwaga proboszcza skupiła się na nas.
Ale ksiądz nawet na nas nie spojrzał. Zmarszczył brwi, obrócił się na pięcie i wrócił na plebanię, łopocząc sutanną.
– Co ich ugryzło? – spytała cicho dziewczyna.
– Nie wiem i nie chcę wiedzieć. To nie nasza sprawa. Lepiej trzymać się z daleka – odparłam.
To była naprawdę świetna rada. Szkoda, że nie dane mi było z niej skorzystać.
* Władysław Graban, Sierpień. Ten i pozostałe fragmenty poezji Grabana za: http://www.beskid–niski.pl/index.php?pos=/lemkowie/kultura/poezja [dostęp: 7.02.2026].
** Władysław Graban, Psalm.
Okładka
Strona tytułowa
Cykl
Strona redakcyjna
Dedykacja
Cytat
Prolog
Rozdział 1
Okładka
Strona tytułowa
