Poganka - Narcyza Żmichowska - ebook
Opis

Narcyza Żmichowska, Poganka

Wstęp i opracowanie Grażyna Borkowska

Powieść romantyczną Narcyzy Żmichowskiej można czytać na różne sposoby. Nie pomylimy się, twierdząc, że tematem Poganki jest dojrzewanie emocjonalne głównego bohatera. Żmichowska pokazuje, jak kształtuje się wrażliwość Beniamina, i konfrontuje go z kluczowymi doświadczeniami ludzkiej egzystencji, zarówno w wymiarze jednostkowym, jak i społecznym. Ranga tych doświadczeń nie jest jednak taka sama. Miłość dominuje nad pozostałymi i urasta do roli właściwego tematu powieści.

Miłość okazuje się sztuką trudną i problematyczną – pisze we Wstępie Grażyna Borkowska. – Ogarniając zakochanego siłą namiętności, naraża go często na konflikt z otoczeniem i konflikt sumienia. Dla Aspazji Beniamin porzuca Dom i Rodzinę. To święte miejsce dzieciństwa blednie w obliczu rozkoszy ofiarowanych przez kobietę. Czy można pogodzić wartości domowe i erotyczne: w przestrzeni „mieszczańskiej” – tak, w przestrzeni „romantycznej” – nie.

Przed Żmichowską polska literatura nie miała takiej bohaterki: pięknej, inteligentnej, władczej, amoralnej, egoistycznej. Skąd się zatem wzięła Aspazja? Pierwszym źródłem jest oczywiście doświadczenie biograficzne autorki, jej burzliwy romans z Pauliną Zbyszewską, drugim zaś literatura.

Ze Wstępu Grażyny Borkowskiej

Narcyza Żmichowska (1819–1876) – powieściopisarka i poetka romantyczna, działaczka społeczna. Urodziła się w Warszawie, dzieciństwo spędziła na Podlasiu. Jako nastolatka podjęła naukę w warszawskiej szkole dla guwernantek. Była nauczycielką u Zamoyskich, z którymi wyjechała do Paryża, jednak ambicje i liberalne poglądy Żmichowskiej nie podobały się pracodawcom i po kilku miesiącach została zwolniona. W Paryżu słuchała wykładów, chodziła na koncerty i wystawy, pisała; nawiązała także kontakty ze środowiskiem emigracyjnym. Po powrocie do Polski skupiła wokół siebie grupę kobiet o liberalnych poglądach, tzw. Entuzjastek, które łączyły samokształcenie i dążenia emancypacyjne z działalnością niepodległościową, co doprowadziło do rozbicia grupy i aresztowań. Żmichowska spędziła ponad dwa lata w więzieniu, a kolejne trzy pod dozorem policyjnym. Jej najbardziej znana powieść, Poganka, ukazała się w 1846 roku. W 1861 roku pisarka uzupełniła ją o Wstępny obrazek, usunięty z pierwszego wydania dla zatarcia autobiograficznego kontekstu powieści. Okres powstania styczniowego spędziła w majątkach swoich sióstr na Mazowszu. Umarła w Warszawie w 1876 roku po miesiącach ciężkiej choroby.

Grażyna Borkowska (1956) – profesor w Instytucie Badań Literackich PAN, prezes Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza, redaktor naczelna „Pamiętnika Literackiego”. Zajmuje się literaturą XIX i XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem twórczości kobiet – Narcyzy Żmichowskiej, Elizy Orzeszkowej, Zofii Nałkowskiej, Marii Dąbrowskiej, którym poświęciła większość swoich książek i artykułów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 420

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


NARCYZA ŻMICHOWSKA
Poganka
Wstęp i opracowanie
GRAŻYNA BORKOWSKA
Wydanie trzecie
Zakład Narodowy im. OssolińskichWrocław 2013

BIBLIOTEKA NARODOWA

Wydawnictwo Biblioteki Narodowej pragnie zaspokoić pełną potrzebę kulturalną i przynieść zarówno każdemu inteligentnemu Polakowi, jak i kształcącej się młodzieży

WZOROWE WYDANIA NAJCELNIEJSZYCH UTWORÓW LITERATURY POLSKIEJ I OBCEJ

w opracowaniu podającym wyniki najnowszej o nich wiedzy.

Każdy tomik Biblioteki Narodowej stanowi dla siebie całość i zawiera bądź to jedno z arcydzieł literatury, bądź też wybór twórczości poszczególnych pisarzy.

Każdy tomik poprzedzony jest rozprawą wstępną, omawiającą na szerokim tle porównawczym, w sposób naukowy, ale jasny i przystępny, utwór danego pisarza. Śladem najlepszych wydawnictw obcych wprowadziła Biblioteka Narodowa gruntowne objaśnienia tekstu, stanowiące ciągły komentarz, dzięki któremu każdy czytelnik może należycie zrozumieć tekst utworu.

Biblioteka Narodowa zamierza w wydawnictwach swych, na daleką metę obliczonych, przynieść ogółowi miłośników literatury i myśli ojczystej wszystkie celniejsze utwory poezji i prozy polskiej od wieku XVI aż po dobę współczesną, uwzględniając nie tylko poetów i beletrystów, ale także mówców, historyków, filozofów i pisarzy pedagogicznych. Utwory pisane w językach obcych ogłaszane będą w poprawnych przekładach polskich.

Z literatury światowej Biblioteka Narodowa wydaje wszystkie te arcydzieła, których znajomość niezbędna jest dla zrozumienia dziejów piękna i myśli ogólnoludzkiej.

Do współpracy zaprosiła redakcja Biblioteki Narodowej najwybitniejszych badaczy naszej i obcej twórczości literackiej i kulturalnej, powierzając wydanie poszczególnych utworów najlepszym każdego znawcom.

Kładąc nacisk na staranność opracowań wstępnych i objaśnień utworów, Biblioteka Narodowa równocześnie poczytuje sobie za obowiązek podawać najdoskonalsze teksty samych utworów, opierając się na autografach, pierwodrukach i wydaniach krytycznych.

Fragment deklaracji z pierwszych tomów Biblioteki Narodowej

Poprzednie wydania Poganki ukazały się w Bibliotece Narodowej w latach 1930 i 1950 w opracowaniu Tadeusza Żeleńskiego (Boya).
Seria Biblioteka Narodowa ukazuje się pod patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Redaktor Biblioteki Narodowej: STANISŁAW BEREŚ Zastępca Redaktora Biblioteki Narodowej: PAWEŁ PLUTA
Redaktor tomu: ANNA SOKOLSKA
Redakcja techniczna: STANISŁAWA TRELA
Skład: JAROSŁAW FURMANIAK
Copyright © 2013 by Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Wydanie III, Wrocław 2013
ISBN 978-83-61056-54-6
Zakład Narodowy im. Ossolińskich ul. Szewska 37, 50–139 Wrocław e-mail:bn@znio.plwww.oss.wroc.pl
Konwersja:eLitera s.c.

WSTĘP

Kiedy ponad osiemdziesiąt lat temu Tadeusz Żeleński (Boy) pisał swój wstęp do wydania Poganki w serii „Biblioteki Narodowej”, uznał, że dwa najważniejsze fakty w życiu Żmichowskiej to powstanie listopadowe i atmosfera w kraju po upadku działań wojennych. Powstanie miało natchnąć dorastającą dziewczynkę trwałym poczuciem solidarności z dziejami ojczyzny utożsamianej z egzystencją tutaj, w kraju (i dla kraju), a nie na emigracji. Atmosfera zaś była szczególna i mimo klęski pełna ekscytujących wyzwań: dotkliwy ubytek sił męskich, pisze Boy, zrodził zjawisko duchowego matriarchatu. Kobiety, zdane na tę wymarzoną lub tylko „musową” emancypację, angażowały się szerzej niż kiedykolwiek w działania publiczne, tym bardziej że sprzyjały tym zachowaniom prądy „idące do nas od Zachodu”: teorie Saint-Simona, Enfantina, twórczość George Sand[1].

Rozpoznania Boya były trafne i pionierskie. I nie wszystko tłumaczy dostęp do źródła wiedzy bezpośredniej – opowieści matki badacza, Wandy Żeleńskiej, z domu Grabowskiej, przyjaciółki Narcyzy Żmichowskiej, która przekazała synowi nie tylko rozmaite materiały, listy (część z nich bezpowrotnie przepadła), lecz także jasny wizerunek Gabrieli. Boy z genialną intuicją wyłuskał z biografii Żmichowskiej rzeczy istotne: nowe położenie kobiet na tle zmian, jakie przyniosło przegrane powstanie. Trzeba było lat skrupulatnych badań, podjętych m.in. przez Mieczysławę Romankównę (zob. Bibliografia), by stwierdzenia te dobrze zrozumieć, podtrzymać i rozszerzyć.

I. DOM, DZIECIŃSTWO, RODZINA

Narcyza (Narcyza Kazimiera Józefa) Żmichowska urodziła się 4 marca 1819 roku. Jej rodzice, matka Wiktoria z Kiedrzyńskich, piękna i starannie wykształcona, ojciec – Jan Żmichowski – uczestnik powstania kościuszkowskiego, pochodzili z Wielkopolski. Ojciec objął najpierw posadę podsędka[2] w Rawiczu, a w momencie narodzin Narcyzy był pisarzem żupy solnej w Nowym Mieście nad Pilicą. Dziewczynka, dziesiąte dziecko w rodzinie, przyszła na świat w Warszawie, dokąd zawieziono matkę z powodu złego stanu zdrowia. Tam Wiktoria zmarła trzy dni po porodzie, osierociwszy dziewięcioro dzieci (jedno już nie żyło): synów Hiacynta, Erazma, Jana (Janusza) oraz córki – Wiktorię, Kornelię, Hortensję, Lilię, Wandę i oczywiście Narcyzę. Te imiona i postaci będą się przewijać przez całe życie Żmichowskiej, w setkach napisanych przez nią listów, w jej powieściach, w biografiach bohaterów. Braciom i siostrom będzie zawdzięczać pisarka ciepło domowe, opiekę, zainteresowanie, miłość. Żmichowska wiedziała, że bez tych atrybutów nie mogłaby rozwinąć się jako człowiek, istota ludzka, nie mogłaby żyć i funkcjonować. Czułość rodzeństwa (skontrastowana z niechęcią ojca, złamanego śmiercią żony i uprzedzonego do córki)[3] zastępowała przynajmniej częściowo matczyną miłość, którą pisarka – wyprzedzając psychologię swego czasu – uznała za klucz do dziecięcej, a później dorosłej osobowości, a jej brak za bolesną stratę.

Zanim otoczono Narcyzę opieką braci i sióstr, zajęli się nią, najserdeczniej jak można, stryjostwo Tekla z Raczyńskich i Józef Żmichowscy. W dzieciństwie Narcyza nie miała swego miejsca na ziemi i nie miała go też później – przejściowo mieszkała wraz ze stryjostwem u brata Hiacynta w Siodle, a także u wujostwa Józefów Kiedrzyńskich w Kuflewie (obie wsie położone niedaleko Mińska Mazowieckiego), gdzie zaczęła regularną naukę pod kierunkiem siostry Wiktorii (według innych źródeł – Kornelii). W roku 1826 siedmioletnia Narcyza, podobnie jak wcześniej trzy jej siostry, rozpoczęła edukację na pensji Zuzanny Wilczyńskiej, krewnej Kiedrzyńskich, w Warszawie. Wspomnienia z tego okresu doskonale pokazują osobowość dziewczynki – jej wrażliwość, dumę, zdolności, wyobraźnię[4]. W roku 1829 zakład Wilczyńskiej został włączony do rządowego Instytutu Guwernantek jako szkoła ćwiczeń[5]; Żmichowska opuściła mury Instytutu w grudniu 1833 roku z dyplomem uprawniającym do prowadzenia własnej pensji. Niedługo potem dziewczyna trafiła do domu wujostwa, Marii ze Skojewskich i Józefa Kiedrzyńskich w Mężeninie (powiat łomżyński). Chociaż wujostwo obiecali wspomóc dalszą edukację zdolnej krewnej, nie miało to żadnych praktycznych skutków. Dziennik Narcyzy pisany w latach 1835–1837 jest pełen skarg na nudę, a także sprawozdań z lektur i przeprowadzonych rozmów. Cóż, kiedy te rozmowy dotyczyły głównie kwestii gospodarczych (kury, kaczki, woskowanie podłóg). Brak własnych funduszy utrudniał nawet korespondowanie: opłaty pocztowe były zbyt drogie, by często i bez ograniczeń wysyłać listy. Tak więc zjazdy rodzinne, organizowane wcześniej w Nowym Mieście, a po wyjściu Wiktorii za mąż za bogatego ziemianina, Ludwika Lewińskiego, w Rzeczycy (dawniej powiat rawski; dzisiaj gmina w województwie łódzkim, w powiecie tomaszowskim) – stanowiły największą rozrywkę[6]. Czasami Narcyza wpadała do Dobroch (w powiecie łomżyńskim), gdzie mieszkała inna jej siostra, Kornelia, żona Karola Glogera. Ważne wydarzenie stanowił ślub, rychłe wdowieństwo i powtórne zamążpójście Hortensji primo voto Kellerowej, secundo voto Duninowej. Dobre stosunki łączyły Narcyzę z Lilią, po mężu Zaleską, a także z Wandą, po mężu Redlową, piękną i starannie wykształconą dziewczyną, która pełniła w młodości niewdzięczną funkcję guwernantki w arystokratycznym domu Tytusa i Celestyny Działyńskich, narażając się na plotki z powodu afektów pracodawcy i oszczerstw jego żony. Siostry urodziły dziewięciu chłopców i dziesięć córek. Z większością z nich Żmichowska miała bardzo dobre stosunki; była dla nich nauczycielką, przyjaciółką, doradczynią. Mieszkała w ich domach, grzała się ciepłem rodzinnym, dzieliła rodzinne kłopoty i nieszczęścia.

Z pozostającymi w stanie bezżennym braćmi – Jankiem i Erazmem – kontakty Narcyzy były równie serdeczne, ale szczególnie ważną rolę odegrali oni nieco później, w okresie dojrzałym, kiedy młoda kobieta, już nie dziecko, poszukiwała mocniejszych więzi intelektualnych. Nawet skromny Hiacynt, dzierżawca Siodła, Ossówna i Kałuszyna, administrator Mieni, majątku warszawskiego szpitala Świętego Ducha, udzielał siostrze schronienia i gościny, najdłużej w roku 1862, kiedy przeciwna powstaniu Narcyza, skłócona ze swymi przyjaciółmi Karolem Ruprechtem (1821–1875) i Edwardem Jurgensem (1824–1863), działaczami obozu „białych”, przebywała poza Warszawą od lata do późnej jesieni.

II. PARYŻ PO RAZ PIERWSZY[7]

W roku 1838 Żmichowska, zarekomendowana przez Zuzannę Wilczyńską ordynatowi Konstantemu Zamoyskiemu i jego żonie Anieli, została nauczycielką ich córki Pelagii. W lipcu tego roku wyjechała z nimi do Paryża. Współpraca z chlebodawcami od początku układała się źle, a listy kierowane do mieszkającego w Reims Erazma Żmichowskiego pełne są opisów upokarzających sytuacji[8]. 1 stycznia 1839 roku Aniela Zamoyska wypowiedziała Narcyzie Żmichowskiej umowę o pracę. Co było tego przyczyną? Obustronne rozczarowanie i obustronna niechęć. Zamoyskim z trudem mieściło się w głowie, że uboga guwernantka może zabierać głos w salonie, bronić swoich i cudzych racji, mieć jakieś pozazawodowe zainteresowania i ambicje, wychodzić w czasie wolnym na spotkania, czytać ambitne książki. Narcyzę raził poziom intelektualny i etyczny chlebodawców, ze zdziwieniem przyjęła zakaz spotkań z emigrantami (z góry niewykonalny zważywszy, że emigrantem był również brat Żmichowskiej), zakaz lektury dzieł Mickiewicza i Mochnackiego. Niewiarygodnie wręcz brzmiała opinia Anieli Zamoyskiej, która Biblię uznała za książkę nieprzyzwoitą, a swoją wiarę opierała na katechizmowych nakazach i zakazach. Raziły Narcyzę stwierdzenia wypowiadane w zaciszu domowym, wskazujące na skąpstwo chlebodawców, egoizm, powierzchowność, skłonność do plotkarstwa[9].

Mimo niepowodzenia z Zamoyskimi trudno przecenić wagę pobytu w Paryżu. Szczególnie te osiem i pół miesiąca, które dzielą otrzymanie wypowiedzenia od powrotu do kraju, spędziła Narcyza bardzo pracowicie. Przez pewien czas mieszkała u brata w Reims, resztę czasu przebyła w stolicy, czytając, pisząc, słuchając wykładów organizowanych przez Akademię Francuską, chodząc do galerii, na koncerty, spotykając się z Francuzami i z polską emigracją. Żadne z tych zajęć w wykonaniu dwudziestoletniej samotnej dziewczyny nie było oczywiste ani konwencjonalne[10]. Przeciwnie, każde z nich ocierało się o skandal i przyjmowane było z niedowierzaniem. Jeszcze większe zdziwienie mogła budzić lista lektur Żmichowskiej. W Bibliothèque Nationale i w zaciszu domowym Narcyza czytała m.in. Filozofię życia[11] Friedricha Schlegla, Słowa wieszcze orazLe Livre du peuple rewolucyjnego księdza Hugues’a Félicité Roberta de Lamennais’go[12], Le mie prigioni Silvia Pellica[13], dzieła Eugène’a Sue i inne utwory powieściowe opublikowane w tym czasie, prace Gottfrieda Wilhelma Leibniza, Immanuela Kanta, Johanna Gottlieba Fichtego, Friedricha Wilhelma Josepha von Schellinga i po wielekroć Pismo Święte. Poznała prawdopodobnie też pracę De la Démocratie en Amérique Alexisa de Tocqueville’a (1835), błyskotliwą i w jakiejś mierze do dziś aktualną analizę zasad i aporii, fundamentalnych dla społeczeństwa demokratycznego. Studiowała francuską prasę.

Nie sposób stwierdzić, czy wszystkie te lektury przebiegały z pełnym rozumieniem czytanego tekstu, ale właściwie nie ma to żadnego znaczenia, bo w tym czasie liczył się przede wszystkim gest przekroczenia, złamania tabu. Żmichowska pokonała niewidoczną barierę, dzielącą kobiety od biblioteki[14], weszła w przestrzeń, którą kultura zarezerwowała dla mężczyzn. W Paryżu dokonała też innych symbolicznych przekroczeń: zaczęła pisać już nie dziennik, lecz prozę beletrystyczną. Być może wtedy również próbowała swoich sił w dramacie. Co ciekawe, pisała po francusku. Zachowane autografy są zaledwie fragmentami planowanych dzieł i trudno wnioskować o ich kształcie oraz poziomie literackim. W każdym razie wiele wskazuje na to, że Narcyza (podobnie jak młody Słowacki) widziała dla siebie przez chwilę rolę pisarki francuskojęzycznej, przekładającej na realia dostępne cudzoziemskiemu czytelnikowi egzotykę wschodniej kultury, np. słowiański folklor (Une veillée des fileuses) albo słowiańską dumę. Wydaje się, że także bardziej osobiste doznania ubierała w obcą mowę, jak w utworze Anne et Louise[15]. W sierpniu lub wrześniu 1838 roku posłała swoje francuskie „wprawki” Erazmowi do Reims:

Dlaczegóż ci je posyłam? Oto tak, dlatego, bo napisane i bo mi się zdaje koniecznie, że ja coś lepszego potrafię, a to jest na tymczasem. Zresztą zdarzenie opisane prawie prawdziwe, a prawda nie zawsze zajmująca. Jeżeli mi szczerze napiszesz, że to nic nie warto, to nie rozgniewam się, a nawet odwagi nie stracę[16].

Nie wiemy, czy do Reims trafiły wszystkie fragmenty, czy jeden. Jeśli jeden, to który[17]? Tego też nie wiemy. Wydaje się jednak, że te fragmenty francuskie musiały być napisane i musiały być pokazane. I że nie o oceny literackie chodziło tu przede wszystkim, lecz o sygnał intelektualnych i emocjonalnych potrzeb autorki. O mały coming out. Na razie w przestrzeni domowej.

III. PODRÓŻE PO POLSCE. POZNAŃ. WARSZAWA

Pisarka zdecydowała się na samotny powrót do domu. We wtorek 17 września 1839 roku Narcyza Żmichowska dotarła do Poznania. Wkrótce potem wybrała się do Objezierza, pięknego majątku położonego niedaleko Obornik, pragnąc oddać listy przekazane jej w Paryżu przez Faustyna Dobrzyńskiego. Przy okazji tych peregrynacji poznała rodzinę ze strony matki (Słupeckich i Krzykoskich) oraz dwie kobiety, które w przyszłości staną się, jeśli nie do grobowej deski, to na długie lata przyjaciółkami i towarzyszkami – Wielkopolankę Teklę Dobrzyńską oraz Helenę Turnową, bogatą ziemiankę, żonę Wincentego Turny, matkę czworga dzieci, z których dwoje znajdzie się w latach 1844–1845 pod opieką nauczycielską Narcyzy. Niewykluczone, że w końcu lat trzydziestych poznała też Bibiannę Moraczewską, pisarkę i publicystkę, siostrę Jędrzeja Moraczewskiego, jednego z najwybitniejszych działaczy politycznych tego okresu, bliską sobie współpracownicę i korespondentkę[18].

Żmichowska żyje intensywnie i napawa się atmosferą intelektualną oraz do pewnego stopnia wolnością polityczną, z jakiej korzysta w tym momencie historycznym wielkopolskie ziemiaństwo. Dojrzewają bowiem zmiany. Nowy król pruski, Fryderyk Wilhelm IV, jest z wielu powodów zwolennikiem liberalnego kursu także na gruncie polskim: odwołuje Eduarda Heinricha Flottwella, wrogiego Polakom nadprezydenta Wielkiego Księstwa Poznańskiego, i mianuje na to stanowisko Adolfa Arnima, potrafiącego porozumieć się z miejscową arystokracją. Łagodzi cenzurę, rozszerza zakres języka polskiego w szkołach i urzędach. Działacze poznańscy umiejętnie wykorzystują zmianę kursu, uaktywniają się – w środowisku mieszczańskim działa organicznik doktor Karol Marcinkowski, w ziemiańskim zaś koło Gustawa Potworowskiego. Najważniejsza jest jednak aktywność poznańskiego komitetu Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, na którego czele stanął Karol Libelt, filozof i pedagog[19]. Tutaj krystalizuje się myśl o powstaniu w nieodległej przyszłości.

Pierwszy pobyt Żmichowskiej w Wielkopolsce był wolny od wyraźnych akcentów obywatelskich i politycznych znajomości. Narcyza spędzała czas na rozmowach, wizytach, zabawach. To, co pisze w kilka miesięcy po opuszczeniu Objezierza do Heleny Turnowej, nie jest tylko czczym komplementem: „Mam żal do Państwa; zostawiliście mi w sercu taką skalę do mierzenia innych, że teraz wszyscy za mali rozumem, sercem, uprzejmą grzecznością”[20]. Turnowie mogli naprawdę zachwycać swoją otwartością, horyzontami intelektualnymi, patriotyzmem (to oni przed laty gościli Mickiewicza podążającego leniwie w stronę granicy z Królestwem Polskim). I to nie tylko na prawach kontrastu z podszytym ostrożnością konserwatyzmem ordynata Zamoyskiego.

U progu lat czterdziestych listy pisane do Turnowej są jeszcze bardzo oficjalne; wyczuwa się w nich dystans do nowych znajomych. Nawet podpis jest inny niż zwykle: Kazimiera Żmichowska, tak sygnuje Narcyza pierwszy list do Heleny Turnowej. Z czasem atmosfera emocjonalna tej korespondencji zagęściła się; Narcyza zwierzała się Turnowej ze swoich marzeń: planowała podróż do Francji, chciała z większą śmiałością realizować plany literackie. W roku 1842 pani Wincentowa Turnowa jest już „kochaną Heleną”, a w listach pojawiają się roztrząsania bardzo osobiste (z ducha Mickiewiczowskie, choć sam poeta jest często bête noir jej wypowiedzi), dotyczące filozofii własnej pisarki, prymatu uczucia nad rozumem, głosu nad literą, serca nad konwenansami[21].

Po trzyipółmiesięcznym pobycie w Wielkopolsce Żmichowska dociera do domu, zatrzymuje się u siostry Wiktorii Lewińskiej w Rzeczycy. Próbuje odnaleźć się w nowej sytuacji, tzn. nie stracić rozpędu, którego nabrała za granicą. Ale – jak wynika z listu do Turnowej:

[...] ani sposób – przy siostrach bezczynnie cały czas mi schodził, nic nie robiąc w rozpaczy już byłam, że zapewne nic robić nie umiem, zwątpiłam o własnych siłach. Kiedy jakby na pociechę i zachętę – a kto zna przyszłość? może na pokusę – nędzny urywek pióra Gabrielli literacka publiczność warszawska tak dobrze przyjęła, że nie tylko zbudziła się odwaga, nadzieja, ale zbudził się ten dawny czarcik lat dziecinnych, który zamiast dyktowania profesora i ochmistrzyni szeptał mi do ucha niestworzone rzeczy, despotycznie do pisania ich zmuszał, czasem na kary i łajania narażał, a zawsze był przeze mnie z uległością i zaślepieniem słuchany[22].

Publikacja w „Pierwiosnku”, periodyku wydawanym przez Paulinę Krakowową, wiersza Żmichowskiej Szczęście poety, a szczególnie bardzo pochlebna recenzja tego utworu, zamieszczona w „Bibliotece Warszawskiej”[23], miło połechtały próżność autorki, ale nie rozwiązały jej spraw życiowych. Żmichowska jest wyraźnie sfrustrowana brakiem warunków do pracy. Jej impressions de voyage są w tym czasie raczej surowe i bezwzględne: wyjazd z wujenką do Druskiennik stanowi pretekst do wychwalania nadniemeńskich krajobrazów oraz do krytyki Litwinów, którzy według niej ubierają się, jedzą i odnoszą do służby z sarmacką fantazją anachronicznych posesjonatów. I do narzekań na własną sytuację.

Żmichowska wyraźnie tęskni za Wielkopolską, za jej atmosferą kulturalną, ludźmi, docenia wyjątkowość chwili, która pozwala mieszkańcom Poznańskiego na samoorganizację i działania wspólnotowe. Sama jednak przyjmuje na dwa lata (1841–1843) posadę nauczycielki w domu bogatych ziemian Kisielnickich z okolic Łomży, stając się z czasem przyjaciółką ich córki Anny. W 1843 roku wraca do Warszawy, opłakuje śmierć brata Janusza, włącza się w ruch pomocy aresztantom uwięzionym w Cytadeli. Przyjmuje się, że bierze udział także w szeroko rozumianym ruchu konspiracyjnym, a rok później, unikając być może kłopotów ze strony coraz aktywniejszej policji, a także realizując swoje wcześniejsze pragnienia, wyjeżdża do Objezierza jako nauczycielka dzieci Turnów (czerwiec 1844 – luty 1845)[24]. Oprócz pracy pedagogicznej zajmuje się tam intensywnie samokształceniem, dużo czyta, bierze udział w debatach politycznych. Bywa w salonie prowadzonym przez Moraczewskich w Poznaniu na Berlińskiej 22, odwiedza mieszkanie Edwarda Dembowskiego, który zagrożony aresztowaniem przeniósł się wraz z żoną Anielą do Wielkopolski. Spotyka się z Władysławem Bentkowskim (sympatykiem ruchów wolnościowych), Władysławem Kosińskim (działaczem lewego skrzydła poznańskiego komitetu), z co najmniej równie radykalnym Henrykiem Kamieńskim, z poetami Ryszardem Berwińskim, Lucjanem Siemieńskim, Romanem Zmorskim i – oczywiście – Karolem Libeltem.

Karol Libelt miał zaproponować Żmichowskiej otwarcie pensji żeńskiej w Poznaniu, zorganizowanej według wspólnie wypracowanych zasad, wychodząc zresztą naprzeciw jej własnym planom. I tutaj mit otwartej, demokratycznej Wielkopolski starł się z rzeczywistością. Na tę rzeczywistość poglądy i zachowania Narcyzy Żmichowskiej okazały się, jak można się domyślać, zbyt radykalne. Nie dziwi, że szczególnie niechętny młodej pisarce był ojciec Wincentego, ziemianin Adam Turno. Ale zgody na pedagogiczną działalność Żmichowskiej nie było także wśród jej przyjaciół i rówieśników, którzy nie udzielili pisarce swego poparcia, a Libelt ostatecznie wycofał się z propozycji. W literaturze przedmiotu pojawiają się dwa mało przekonujące objaśnienia tej porażki: brak zgody ze strony władz na otwarcie pensji, konflikt z Adolfem Doliwą, prywatna awantura, która rzekomo naraziła Żmichowską na utratę społecznej wiarygodności[25]. Warto jednak pamiętać o tym, co znalazło się w korespondencji, do której miał dostęp Aleksander Kraushar. Otóż pisarka miała zeznać przed (rosyjską) komisją śledczą, iż uważała, i nie kryła się z tym, że prawa nadane Księstwu Poznańskiemu przez konstytucję pruską były korzystniejsze dla ogółu mieszkańców niż stare uregulowania („zabytki przeszłości”)[26]. Chodziło tu prawdopodobnie Żmichowskiej o podkreślenie wagi nowoczesnego liberalnego ustawodawstwa dla procesów modernizacyjnych, o upodrzędnienie wolności politycznej w stosunku do działań na rzecz edukacji itd. Zaskakuje jednoznaczność, ostrość jej stanowiska. Patriotyzm staje się dla pisarki wartością opartą na innych zasadach niż te, które dominowały w polskim dyskursie publicznym. Będzie to miało wpływ na jej społeczną pozycję. Miejsce Żmichowskiej „wyosobnia się”, a także – nieuchronnie – marginalizuje. Ponieważ wiek XIX sprowadza patriotyzm do jednego wzoru: niechęci do wroga, postulatu walki zbrojnej, prymatu racji wspólnych, przewagi wolności politycznej nad wolnością indywidualną, a Żmichowska przeciwnie – szuka, z jednej strony, podstaw i oparcia dla koniecznych zmian społecznych, z drugiej zaś – mocnej podmiotowości, bogatego życia uczuciowego, upatrując w nim rękojmi dojrzałości, ta osobność staje się kłopotliwa i w związku z tym jest często zacierana: przez rodzinę, przyjaciół pisarki, także przez historyków literatury. Gdyby Żmichowska wbrew zdrowemu rozsądkowi nawoływała do kolejnego powstania, byłaby doceniona. Skoro zachęcała do pracy nad sobą i do uczenia się rzeczy dobrych od wszystkich, także od wroga, przyglądano się jej z podejrzliwością. Powrócimy jeszcze do tej sprawy.

To zacieranie właściwego (chciałoby się powiedzieć: prawdziwego) wizerunku pisarki dotyczy też innych treści. W 1843 lub 1844 roku Narcyza poznała Paulinę Zbyszewską, niepospolitą, egzaltowaną, kapryśną ziemiankę z Lubelszczyzny[27]. Połączyło je na krótko gorące uczucie, zakończone jednak dramatycznym zerwaniem. Mało wiemy na temat tej namiętności, nie zachowały się listy do Zbyszewskiej ani listy Zbyszewskiej do Żmichowskiej – oprócz tych paru fragmentów (wyimków właściwie), które przytaczał m.in. cytowany Kraushar oraz Boy we wstępie do powieści[28]. Pierwsi edytorzy korespondencji Żmichowskiej, a ściślej mówiąc pierwsze edytorki (najprawdopodobniej Julia Baranowska, Matylda Natansonowa i Izabela Zbiegniewska) poddały retuszom wydawane listy, usuwając z nich wszystko to, co mogło wskazywać na zachowania społecznie nieakceptowane. Gest przemilczenia będzie stosowany wobec Żmichowskiej również później, obok innych strategii: skandalizującej, hagiograficznej, oskarżycielskiej.

Tymczasem Narcyza znów jest w Warszawie. Kolejne lata (1845–1846) wypełniają jej praca literacka i gorąca działalność publiczna, polityczna. Pisarka wiąże się w tym czasie ze środowiskiem znakomitego „Przeglądu Naukowego”, którym współkierują – wybitni, każdy na swój sposób – Edward Dembowski, rewolucyjny publicysta, teoretyk i krytyk literacki, działacz polityczny i społeczny, oraz Hipolit Skimborowicz, bibliotekarz, redaktor doskonały. Tutaj w 1846 roku Żmichowska drukuje Pogankę.

IV. GŁÓD UCZUĆ I PRACA INTELEKTUALNA.PISANIE „W NAWIASACH”. ENTUZJASTKI

Kiedy Czesław Latawiec pisał w odniesieniu do Żmichowskiej o kompleksie wygłodzonego szczenięcia, to – co do meritum – miał rację. Narcyza cierpiała od dzieciństwa do śmierci na głód uczuć. Nawiązywanie i podtrzymywanie bliskich relacji, rozmowa, przyjaźń, miłość stanowiły te wartości, które w jej prywatnej hierarchii liczyły się najbardziej. Powodów do takiego uporządkowania otaczającego świata było bardzo wiele: sieroctwo, presja romantycznych wzorów zachowań, sfeminizowanie kręgu rodzinnego i przyjacielskiego. Ale gdyby cała sprawa sprowadzała się do znanych i oczywistych wątków, nie byłoby powodów, by o niej mówić. Tymczasem mówić trzeba.

Już jako dziecko i dorastająca dziewczyna doznawała presji silnych uczuć, którym usiłowała stawić czoła, przelewając skrajne nastroje na papier, prowadząc dziennik i bogatą korespondencję. Dążyła do przyjaźni, nadawała znaczenie więzom rodzinnym i koleżeńskim, odsłaniając osobowość ekstrawertyczną, ale lubiła też samotność oraz „noc, księżyc, cichość i dumanie”[29]. Wydawałoby się, że wizerunek ten nie odbiega od przeciętnych zachowań młodej kobiety, nastawionej na siebie, ale tęskniącej do świata. Z jednym wszak wyjątkiem – intensywności uczuć. Narcyza podlega ciągłej huśtawce emocjonalnej. Słowa „szczęśliwa”, „nieszczęśliwa” padają równocześnie, tak jak wybuchy łez i śmiechu, tak jak plany na życie splątane z planami „na śmierć”. Rozdygotana Narcyza podejmuje bowiem w szesnastej wiośnie życia myśl o samobójstwie. Czy jest aż tak nieszczęśliwa i samotna, by chcieć umrzeć? Wydaje się, że pociąga ją raczej graniczność samej sytuacji, oswajanie śmierci, wprowadzanie jej w krąg życia. Samobójcze myśli nie są paradoksalnie w tym przypadku sygnałem załamania lub eskapizmu, lecz dowodem żywotności, pragnieniem zmierzenia się z tajemnicą istnienia, która jest także tajemnicą śmierci.

Podobna intensywność uczuć, prowokowanie sytuacji „granicznych” ujawniają się także w projektowanych i rozwijanych przez Narcyzę przyjaźniach. Opublikowane razem z dziennikiem listy do koleżanki z pensji lub – jak twierdzi Waleria Marrené – młodej nauczycielki w Instytucie Guwernantek[30], Ludwiki Michałowskiej, balansują na granicy przyjacielskiej korespondencji i miłosnego wyznania[31]. Żmichowska doskonale zdaje sobie sprawę z tego napięcia. Przypuszczając, że Ludwika mogła znaleźć sobie inną przyjaciółkę, lamentuje:

Gotowam być zazdrosną; na litość, nie czyń tego, moja kochanko, moja małżonko (daję ci te nazwy, ponieważ mówią, że zazdrość może tylko istnieć pomiędzy kochankami lub małżonkami; skądże więc bierze się u mnie, która nawiasem mówiąc, nie jestem ani jednym, ani drugim?)

i dodaje:

Czy wiesz, że nasza korespondencja nabiera podobieństwa do korespondencji kochanków[32].

Podobną „grę” toczy później z Erazmem. Balansuje tym razem na granicy miłosnych eksklamacji i uczuć siostrzanych. Żartem dystansuje się wobec pozorów, które sama stwarza:

Śmiać mi się chciało nawet, jak wujenka Józefowa opowiadała mi historię w guście René Chateaubrianda, by mnie przestrzec nieznacznie, że siostra w bracie pokochać się może. Ja temu bynajmniej nie przeczę i gdybym miała tylko jednego z was bratem, tobym już głowę za nim z miłości traciła; lecz ja mam trzech takich, a o każdym z osobna mogłabym przysiąc, że go najlepiej kocham, i o każdym prawdę bym powiedziała[33].

Nuta erotyczna, rodzaj emocjonalnego nierozstrzygalnika, zawieszonego między przyjaźnią a miłością, pojawia się w jej listach do Anny Kisielnickiej, Bibianny Moraczewskiej, Heleny Turnowej, Wandy Grabowskiej i wielu innych korespondentek.

Skąd ta emocjonalna nadproduktywność i niepokojący naddatek uczuć? Wydaje się, że ze sposobu pojmowania miłości, który wykłada Żmichowska w jednym z listów do Bibianny Moraczewskiej, zatrącającym o sprawę rozwodu wspólnej przyjaciółki, Zofii Węgierskiej:

Dziwna to rzecz jest, ile tylko poznałam kobiet więcej na sercu lub umyśle wykształconych, tyle ich zawsze słyszałam skarżących się na niewolnictwo uczucia w świecie zwyczajów i foremek; każda czuje, że miłość jako miłość nie jest wyzwolona jeszcze, że dlatego tak zimno, martwo, pusto wśród tłumów ludzi. [...] więc biorę jako dogmat w całej tej sprawie, że serce swoje kobieta wyemancypować powinna, że jej musi być wolno kochać. Bibianno, pamiętasz lub domyślasz się przynajmniej, że kochać – to jest mieć w pełni objawienie Boga ku doskonałości i szczęściu, inaczej nie rozumiem kochania[34].

Cóż za szczególny program etyczny: emancypować się dla (do) miłości, uczyć się kochać. Jak można przypuszczać, chodzi nie tyle o odwagę łamania konwenansów, ile o samą odwagę kochania, odwagę dzielenia siebie z innymi po to, aby nie było na świecie „zimno, martwo, pusto”. To najważniejsza życiowa umiejętność, najtrudniejsza do osiągnięcia, jeśli – oczywiście – pojmować ją tak ambitnie i bezkompromisowo, jak to robiła na papierze i w rzeczywistości sama Żmichowska. Pisarka uznawała, że z wielu powodów (historycznych i zaktualizowanych w konkretnym miejscu i czasie) więcej szans na prawdziwą emancypację uczuć miały kobiety. Dla nich miłość była wciąż niezmiennie ważna, jeśli oczywiście nie pozwoliły się podporządkować cudzej woli, jeśli się nie dały ogłupić konieczności pospiesznego wyjścia za mąż. Kobiety są inspiratorkami miłości, projektantkami uczuć; mężczyźni raczej naśladowcami uczuciowego ruchu wszczętego przez kobiety, dysponentami czegoś, co do nich nie należy:

Rzeczą jest niezaprzeczoną, że w antropologicznym stosunku mężczyzny z kobietą pierwszy dzisiaj coraz rzadziej i słabiej w swoim zdobywczym charakterze występuje. Został mu tylko zaborczy. Zabierze wszystko, co mu dadzą; wyzyska twoją szlachetność, dobroć, pracę twoję i szczęście twoje, gdy go pokochasz, lecz pokochania wystarać się, znaleźć, zasłużyć nie umie; zwykle przypadkiem jak diamentową szpilkę pod nogami i łaskaw jest, podniósłszy, krawat nią swój ozdobić. Nie wiem, czy trzy lub cztery pamiętam przykłady, w których mężczyzna zdobył miłość kobiety, wywołał ją, stworzył w jej głuchej, nieskalanej duszy[35].

Skąd się wzięło to rozpoznanie? Z romantycznej wrażliwości? Bynajmniej. Romantyzm stawiał w roli kochanka raczej mężczyznę, to jemu przypadała rola buntownika, to on umiał pogodzić erotyczne pragnienie z wysoką etyką. To on umierał z miłości. To on, jak tytułowy bohater prozy Chateaubrianda, gotów był na łamanie konwencji. Kobietę emancypować „do miłości” zaczęli dopiero saint-simoniści, wymieniony w cytowanym liście Enfantin, a także Pierre Leroux[36] i inni. Czy więc miał rację Czesław Latawiec, gdy zarzucał Żmichowskiej rehabilitację świata zmysłów, kult ciała i gloryfikację miłości w duchu (cieszących się dwuznaczną sławą) Saint-Simona i George Sand[37]? Pisarka poznała francuską filozofię i literaturę drugiej ćwierci XIX stulecia, ale była daleka od bezkrytycznej akceptacji. Ceniąc te inspiracje, dystansowała się jednocześnie od deprecjacji rodziny jako naturalnego środowiska socjalizującego jednostkę i dającego jej poczucie miłości i bezpieczeństwa, od braku dyscypliny moralnej. W liście do Moraczewskiej pojawia się wątek istotny i przemilczany właściwie przez Latawca: Żmichowska uznaje miłość za uczucie obdarzone sankcją boską. I niekoniecznie musimy przyjmować, jak to czyni krytyk, że sakralizacja miłości ma swe źródło w pismach George Sand. Równie ważnej inspiracji dostarczała Żmichowskiej Biblia, powzięte w czasie jej lektury przekonanie, że nie tylko miłość jest Bogiem, ale przede wszystkim Bóg jest miłością. Pamiętajmy, że w czasie, w którym Narcyza pisze list do Moraczewskiej, ma za sobą nie tylko lektury francuskie z kręgu Saint-Simona, lecz także – znacznie świeższej daty – kontakt z hermeneutyką niemiecką, której wyznawcy badają człowieczy aspekt figury Jezusa i traktują chrześcijaństwo jako religię miłości[38].

A jeśli tak pojmuje się miłość, jako świętość, to czy można jej stawiać granice? Płci, statusu społecznego, więzów krwi? Czy można ją ograniczyć nieistotnym „nie wypada”, „wstyd”, „inni tak nie postępują”? Dlatego tak trudno jest odpowiedzieć na pytanie, które pojawia się we współczesnym dyskursie literaturo- i kulturoznawczym: czy Żmichowska uprawiała miłość homoerotyczną? Powściągliwość przy rozważaniu tych kwestii nie jest podyktowana dyskrecją wobec pisarki ani elegancją wywodu (choć byłyby to powody godne rozważenia), lecz – excusez le mot – troską o prawdę. Dla Żmichowskiej sprawą zasadniczą była emocjonalna rewolucja decydująca o jakości życia, moment uczuciowej komunii z Innym lub Inną. Czy wysoko oceniała emocjonalizm kobiet, bo odczuwała ku nim skłonność seksualną? Czy odwrotnie; dlatego miała tę skłonność, że w przestrzeni kobiecej mogła pełniej zrealizować swój głód miłości? Te pytania, jak dylemat pierwszeństwa kury czy jajka, muszą pozostać bez odpowiedzi.

Natomiast uczucia adresowane do braci podkreślały transgresyjną naturę miłości, a ponadto stwarzały warunki do realizacji androgynicznej pełni, łącząc naturalnie bliskie sobie postaci dodatkowymi więzami; stwarzały pokusę osiągnięcia ideału. W wykonaniu Żmichowskiej był to jednak tylko projekt, odkryta możliwość, a nie – spełnienie. Warto też zwrócić uwagę na wywrotowy (subwersywny) stosunek pisarki do romantyzmu. Żmichowska dokonywała redefinicji podstawowych dla epoki założeń ideologicznych i stylów zachowań. Ceniła miłość, ale lokowała jej idealne wcielenia w innej przestrzeni niż pozostali twórcy. Ceniła działania artystyczne, ale szukała ich pełnej realizacji w innych obszarach niż czysta literatura, wybierając raczej głos niż literę, raczej rozmowę niż pisanie (jej listy pełne są westchnień opłakujących niedoskonałości porozumienia przez słowo[39]). Podziwiała ludzi zaangażowanych w sprawy publiczne, ale przejawiała uzasadnioną rezerwę w stosunku do aktywności konspiracyjnej, do czego wrócę później. Wszystkie te kwestie ułatwiają, mam nadzieję, zrozumienie tego, kim były Entuzjastki[40].

Była to grupa przyjaciółek skupiona wokół Żmichowskiej, mająca co najmniej dwie legendy, z pozoru odmienne i zwalczające się nawzajem: literacką i konspiracyjną[41]. Przyjęto uważać, iż literacki rodowód Entuzjastek stworzyli Hipolit Skimborowicz[42] i Piotr Chmielowski[43], utrzymujący, iż czynnikiem integrującym grupę były artystyczne i ideowe ambicje kobiet skupionych wokół Narcyzy. Pierwszy podkreślał inspiracje płynące z „Przeglądu Naukowego”, którym sam kierował; drugi zaś – nie kwestionując zasług wymienionego tytułu, kierunek zmian zapoczątkowany przez pisma kobiece, m.in. „Pierwiosnek” Pauliny Krakowowej. Zauważmy jednak, że Chmielowski (Skimborowicz zresztą również) bardzo nieprecyzyjnie charakteryzuje Entuzjastki („dusze wrzące namiętne, żądne wiedzy i prawdy uczucia”), przedstawia ich poczynania jako „samodzielniejsze dążności od grona »pierwiosnkowego«”[44], unika jednak wszelkich etykiet, zasłania się formułami bardzo ogólnymi, więc w gruncie rzeczy teza o jego udziale w uformowaniu literackiej genezy Entuzjastek jest naciągana i mocno przesadzona. Wyraźna niechęć Chmielowskiego do jasnego stawiania sprawy ma swe źródło, jak dzisiaj sądzę, w obawie, by akcentowana wyjątkowość Entuzjastek nie przysporzyła im wrogów[45].

Mieczysława Romankówna odczytała jednak rzecz inaczej: była gotowa wybaczyć potknięcia kronikarzowi tamtych czasów Hipolitowi Skimborowiczowi, za to z całą surowością zarzuciła bałamucenie czytelnika Piotrowi Chmielowskiemu. I w jednej kwestii miała rację: słusznie zawęziła grupę Entuzjastek do kilkunastu kobiet, które łączyła przyjaźń w latach czterdziestych XIX stulecia. To była ta szczególna chwila, „moment koronacyjny”, jak później napisze Narcyza. Entuzjastki nie mogły mieć kontynuatorek sensu stricto, bo nie da się powtórzyć splotu miłości i przyjaźni, wiary i zapału. Można powtórzyć tylko hasła, ale nie ludzi. Dlatego słusznie wykluczyła Romankówna z grona Entuzjastek np. Julię Baranowską, bliską przyjaciółkę Żmichowskiej, spotkaną wszakże w innej fazie jej życia[46]. Trudno jednak zaakceptować dalsze ustalenia badaczki: przyjęła ona, że Entuzjastki to grupa kobiet prowadzących pracę konspiracyjną na terenie Królestwa Polskiego i innych zaborów w okresie poprzedzającym Wiosnę Ludów. Konspiracja miała być więc tym, co łączyło kobiety „przy kominkowym ogniu” zebrane. Romankówna jest tak konsekwentna i tak pewna swego, iż wbrew autorce wyłącza z grona Entuzjastek, niezwiązaną z konspiracją, Zofię Mielęcką--Węgierską, przyjmując, iż obecność Zofii we Wstępnym obrazku do Poganki wynika z dawnego zamieszania wokół jej osoby (rozwód!) i jest zupełnie przypadkowa.

Konspiracyjny rodowód Entuzjastek nie jest sprawą prostą i łatwą do zakwestionowania. Warto jednak choć trochę osłabić podtrzymywane przez dziesięciolecia przekonanie, iż Żmichowska była oddaną krajowi konspiratorką. Wiemy na pewno, że już we wczesnych latach czterdziestych Narcyza wraz z przyjaciółmi pomagała ludziom uwięzionym w Cytadeli i skazanym na zsyłki: zbierała pieniądze, odzież, żywność. Odprowadzała więźniów na rogatki miasta, szczególnie tych, którzy nie posiadali rodzin lub nie mieli ich w Warszawie. Wiemy ponad wszelką wątpliwość, że uległa gorączce poprzedzającej Wiosnę Ludów, że jeździła nielegalnie do Wielkopolski i ziem zaboru austriackiego, że pomagała w kontaktach między emigracją a komitetami krajowymi. Ale z czym tam jeździła, jakie stanowisko reprezentowała, co mówiła, tego już nie wiemy. Świadectwa zachowane w korespondencji wskazują raczej na sceptycyzm wobec konspiracyjnych działań[47]. Wątpliwości, czy konspirowanie to dobra droga do wolności, Żmichowska wyrażała w okresie poprzedzającym powstanie styczniowe, czego dowodem są wspaniały retorycznie i odważny list do Seweryna Elżanowskiego[48], próby odwiedzenia Ruprechta i Jurgensa od idei czynnej walki z wrogiem, co mogło zagrozić ich wspólnej przyjaźni, a wreszcie posępne wnioski z obserwacji represji władz wobec drobnych i niczym niezagrażających potędze caratu spiskowców. Nie konspirowanie, ale pomoc poszkodowanym i represjonowanym była dla niej najważniejsza. Co do tego nigdy się nie wahała. Czy jednak można uwierzyć, iż wcześniej w okresie Wiosny Ludów była zwolenniczką walki zbrojnej, że rozmowie z Libeltem domagała się natychmiastowego wkroczenia Mierosławskiego do Królestwa, że widziała się z wodzem na kilka dni przed bitwą pod Miłosławiem[49], że woziła pieniądze potrzebne do zakupu broni, że mobilizowała do czynnej walki środowiska intelektualne wszystkich zaborów?[50]

A jeśli Żmichowska nie była spiskowcem, to także Entuzjastki nie mogły być zakonspirowaną grupą walczących kobiet[51]. Owszem, większość z nich konspirowała w podstawowym znaczeniu tego słowa: tzn. źle znosiła niewolę i wożąc nielegalne książki, ucząc włościańskie dzieci, myśląc swobodnie, pomagając więźniom, wyrażała swój stosunek do rzeczywistości politycznej. Ale ku kontaktom wzajemnym, spotkaniom, wymianom listów, planom i dyskusjom wiodła je nie polityka, lecz idea, dla której nie było (i być może dalej nie ma) w polskich słownikach stosownej, a na pewno jednej (definitywnej) nazwy: idea wspólnoty kobiet, dialogu, współbycia, samorealizacji, miłości, wspólnej pracy, boskiego natchnienia[52]. Właśnie tak. Spotykały się, żeby rozmawiać, cieszyć się sobą, wolnością myślenia, doznawać radości, budować przyjaźń i miłość, uczyć siebie i innych nie tylko konkretnych umiejętności, ale również sztuki życia. Robiły to, ponieważ zrozumiały, że to jest właściwa praca u podstaw: zbudowanie silnej podmiotowości, pielęgnowanie uczuć, otwartość wobec siebie i świata, dająca radość praca dla innych (także w zastępstwie nieobecnych mężczyzn). Program taki nie był w polskiej kulturze projektem banalnym. Przeciwnie, brzmiał rewolucyjnie i niecodziennie. Tak rewolucyjnie i tak niecodziennie, że weń nie uwierzono, a stosunkowo jasne sformułowania Żmichowskiej zignorowano[53]. Najbliższy tej prawdy był Boy: „Bo entuzjastki to nie był żaden związek, żadna organizacja. To były po prostu pokrewne dusze, związane wspólnością ideału i poniekąd działania”[54].

V. „WSTĘPNY OBRAZEK” JAKO DIALOG

Wstępny obrazek pojawił się jako przedmowa do Poganki dopiero w edycji z roku 1861. W związku z tym badaczy literatury nurtowały dwie kwestie: czy Żmichowska dopiero po latach napisała tę część powieści i dlaczego pominęła przedmowę w edycji na łamach „Przeglądu Naukowego”, jeśli ta powstała wcześniej. Ewentualnie można dorzucić pytanie trzecie: dlaczego po latach zdecydowała się opatrzyć powieść wstępem.

Ślady zachowane w tekście głównym Poganki pozwalają stwierdzić, iż w roku 1846 istniała jakaś rama narracyjna, przypominająca znany nam Wstępny obrazek. Raczej na pewno nie był to tekst, który odnajdujemy w późniejszej edycji. Przedmowę z roku 1861 cechuje dystans wobec wspólnoty zasiadającej przy kominkowym ogniu. W 1846 roku Narcyza Żmichowska takiego dystansu z pewnością nie odczuwała. W latach pięćdziesiątych, przygotowując powieść do druku, była pełna rezerwy wobec ludzi i spraw, które absorbowały ją kilkanaście lat wcześniej.

Dlaczego zrezygnowała w roku 1846 z narracyjnej ramy? Przyjmuje się na ogół wyjaśnienie polityczne: nie chciała identyfikacji opisanych osób. Ale tłumaczenie to jest pozbawione logiki. W tekście Poganki nie ma niczego, co wskazywałoby na polityczną działalność przyjaciół Żmichowskiej. Rozpoznanie nie musiało oznaczać zagrożenia. W grę wchodziły zatem inne przyczyny: zakładam, że Żmichowska nie chciała, aby postaci przedstawione we Wstępnym obrazku, łatwe do rozszyfrowania jako grono jej przyjaciół, tworzyły wyraziście osobisty kontekst historii Aspazji i Beniamina. Innymi słowy: nie chodziło o samą identyfikację kominkowego grona, lecz o to, by zidentyfikowane postaci nie wpłynęły na automatyczne, natrętne rozszyfrowanie Beniamina i Aspazji jako Narcyzy Żmichowskiej i Pauliny Zbyszewskiej. Po latach autorce mogło się wydawać (mylnie zresztą), że plotkarski aspekt powieści nie będzie już interesował czytelnika, i zamieściła wstęp, gruntownie przepracowany, oddający jej stosunek do czasów młodości.

Znacznie ciekawsze jest jednak inne pytanie: skąd w ogóle wzięła się potrzeba Wstępnego obrazka? Jaką pełnił funkcję w odniesieniu do powieści? Jaki jest jego wzór gatunkowy?

Wstępny obrazek to rozmowa, dialog. W historii i teorii literatury rozmowa funkcjonuje w dwu znaczeniach – jako odrębny gatunek i jako forma podawcza pojawiająca się w innych rodzajach literackich: epice, dramacie i – rzadziej – w liryce. Rozmowa w znaczeniu gatunkowym wywodzi się z tradycji ustnej, retorycznej czy raczej filozoficzno-retorycznej i służy roztrząsaniu ważnych kwestii światopoglądowych, teoretycznych, naukowych, a także politycznych i etycznych[55]. Rozmowa w dramacie i w powieści jest – pomimo mimetycznego ukształtowania – naśladowaniem sytuacji komunikacyjnej, która w mniejszym lub większym stopniu realizuje cele artystyczne, wynikające z budowy całego utworu. Tak rozumianą konwersację chętnie określilibyśmy terminem „dialog”, pozostawiając termin „rozmowa” dla znaczeń gatunkowych.

Tradycje rozmowy (w znaczeniu gatunku) są długie i sięgają czasów starożytnych. Podręczniki wymieniają trzech wielkich twórców rozmów starożytnych, Platona, Lukiana i Cycerona, i trzy sposoby realizacji wzorów gatunkowych rozmowy[56]. Spośród tej trójki Lukian z największą swobodą traktował zobowiązania w stosunku do rzeczywistości historycznej. Jako twórca satyryczny wprowadzał do swoich dialogów postaci komediowe: mówiące zwierzęta, rozmaite personifikacje, nimfy, bóstwa morskie, wreszcie zmarłych. Postaci historyczne, jeśli nawet znalazły się w dialogu Lukianowskim, traciły odniesienie do rzeczywistości. Były raczej znakami pewnych postaw czy charakterów ludzkich, jak np. Sokrates, który uosabiał typ filozofa, niż faktycznymi bohaterami z krwi i kości.

Inna różnica dzieliła Platona i Cycerona. Obaj w roli interlokutorów obsadzali postaci historyczne, obdarzone własną biografią. Cyceron wybierał jednak na bohaterów osoby znane, obdarzone autorytetem, dające gwarancję, że cały proces argumentacji przebiega poprawnie. Jak pisze Virginia Cox, tych pozawerbalnych, pozaretorycznych argumentów nigdy nie używał Platon, który przekonywał słuchacza (czytelnika) siłą wywodu, a nie funkcjami publicznymi lub wysokim pochodzeniem swoich rozmówców. Francuski badacz kultury starożytnej, Pierre Grimal, przenosi różnice między autorami na cechy obu kultur: grecka, wywodząca się z tradycji polis, jest demokratyczna; rzymska, znacznie bardziej zhierarchizowana, poddaje się władzy oligarchów[57].

Rozmowy polskie, rozkwitające w Oświeceniu, inspirowane były przez wzory obce, „czerpane – jak pisze Zofia Sinko – zarówno bezpośrednio ze starożytności, jak i piśmiennictwa [...] francuskiego, wywodziły się jednak również z tradycji staropolskiej – opartej na wzorach antyku i przykładach średniowiecznych dysput. Ich źródłem były też rozmaitego typu polemiki i dyskusje religijno-społeczne w XVI wieku oraz publicystyka stulecia XVII i czasów saskich, która w dobie zamętu politycznego i wynikających na tym tle sporów posługiwała się właśnie rozmową (w okresie staropolskim zwano ją również rozprawą lub dyskursem)”[58]. Rozmowy w Oświeceniu (polskim i europejskim), a więc w okresie bezpośrednio poprzedzającym działalność artystyczną Narcyzy Żmichowskiej, dotykały materii filozoficznej i spraw publicznych; prawie zawsze też miały wyraźny odcień dydaktyczny. Zdarzają się jednak zaskakujące próby przełamywania tej tradycji. Ignacy Krasicki publikuje pod koniec XVIII wieku swoje Rozmowy zmarłych, które wbrew temu, co piszą niektórzy historycy literatury[59], nie są wzniosłą zapowiedzią trudnego okresu niewoli politycznej, lecz pogodną apologią codziennego trwania mimo niesprzyjających okoliczności historycznych i napierającej zewsząd absurdalności życia.

Wstępny obrazek to dialog bliski wzorom platońskim[60], parafraza antycznej formy gatunkowej, przepracowana przez Żmichowską i dostosowana do jej niekonkluzywnego, otwartego sposobu pisania. We Wstępnym obrazku autorka realizuje dwa cele artystyczne; charakteryzuje swoich przyjaciół, grono Entuzjastek i Entuzjastów, dystansując się częściowo wobec młodzieńczego zauroczenia ówczesnymi przyjaźniami. I jednocześnie prowadzi debatę na temat miłości, sposobów jej pojmowania, miejsca uczuć w codziennej egzystencji. Nie lekceważyłabym żadnego z tych celów ani też żadnemu z nich nie dałabym pierwszeństwa. Jak słusznie zauważa Gabriel Korbut w polemice z Zygmuntem Wasilewskim, Wstępny obrazek nie jest pamiętnikiem Żmichowskiej, lecz mieszaniną prawdy i zmyślenia (Dichtung und Wahrheit)[61], literacką parafrazą doświadczeń wczesnej młodości. I choć możemy znaleźć dla przedstawionych postaci pozaliterackie pierwowzory, powinniśmy zachować umiar w tych poszukiwaniach, tj. pamiętać, że obraz nie musi zgadzać się we wszystkim z modelem i że stwierdzenie, iż Emilia to Anna, a Felicja to Bibianna jest zaledwie sygnałem przybliżenia, a nie znaku równości. Kierowała bowiem Żmichowską nie logika kopiowania, ale artystyczny zamysł wykraczający poza konkretną historię konkretnych ludzi[62].

Jednocześnie jednak nie można tracić z oczu sposobu uprawiania literatury przez Żmichowską, jej przywiązania do tych form literackich, które pozwalają na stały kontakt z rzeczywistością, doświadczeniem, przeżywaniem, biografią. Nie należy więc definitywnie uchylać historycznego kontekstu Wstępnego obrazka; nie można wykluczyć, że autorka liczyła się z sytuacją konfrontowania przedstawionych wizerunków z oficjalną wiedzą na temat postaci, szczególnie wtedy, kiedy postać ta miała już rangę historyczną. Portrety Żmichowskiej dotykały biosu kultury, a nie jejlogosu, jeśli można sparafrazować Berenta[63], subtelnych sytuacyjno-psychologicznych motywacji, a nie generalnych rozstrzygnięć ideologicznych. Na poziomie logosu Edward Dembowski pozostaje niesłychanie utalentowanym i odważnym działaczem rewolucyjnym, ale oglądany od strony codziennych zachowań, nieuporządkowanego potoku energii, egzaltacji i uporu, jest uzurpatorem, mistrzem mistyfikacji, egocentrykiem. Trzeba koniecznie rozróżnić te poziomy, bo inaczej może się wydać, iż Żmichowska konfabuluje, oczernia lub prowadzi wywód niezależny od przedstawionych postaci i doświadczeń[64]. Tymczasem zamysł Żmichowskiej polega właśnie na włączeniu w „historyczny” opis – faktów i spraw z reguły pomijanych, „zaokrąglanych”, uznanych za drugorzędne. Na pokazywaniu biosu kultury czy – może po prostu – na pisaniu biografii, czyli uprawianiu takiej formy narracyjnej, która aktualizuje płaszczyzny pomijane w dyskursie historycznym i powieściowym[65].

Wstępne charakterystyki postaci stanowią majstersztyk narracyjny. Żmichowska potrafi jednym słowem postawić barierę (lub rozsnuć niewidzialną nitkę) dzielącą ją od opisywanej osoby. W przypadku Emilii czyli Anny Skimborowiczowej[66], opiewanej jako świecka święta i anioł dobroci, tym małym znakiem zapytania jest słówko chyba, wtrącone w opis. Emilia byłaby wyrozumiała nawet dla Judasza, gdyby pragnął zostać zbawiony. Chyba? – chyba że co? Nie próbujemy nawet zgadywać. Wiemy, że przyjaźni zaszkodziła coraz bardziej dogmatyczna religijność Skimborowiczowej. Czy jednak tego dotyczyło zastrzeżenie autorki, nie sposób orzec. Felicję, czyli Bibiannę Moraczewską, los niezwykle bogato wyposażył (była piękna, bogata, starannie wykształcona, miała kochającą matkę i wybitnych braci), uwierzyła więc w swoją siłę i wyjątkowość. Seweryna, czyli Tekla Dobrzyńska, karmiona w młodości szyderstwem i nienawiścią, okazywała miłość, ale miała zbyt mało wiary w siebie, by przyjąć ją od innych. Pozostawała więc uosobieniem nieszczęścia i cierpienia. Tekla, czyli Wincenta Zabłocka, chciała cały obraz świata zamknąć w spokojnych etycznych miarach. Jadwiga, czyli Kazimiera Ziemięcka, z pozoru praktyczna, w głębi serca ulegała namiętnościom i najbardziej kochała „pierwszą chwilę własnego pociągu” do coraz to nowych zajęć i obiektów. Augusta, czyli Zofia Mielęcka-Węgierska, zapisała się w pamięci Żmichowskiej jako utalentowana i piękna kapryśnica, niespokojna i jednocześnie ślepo podporządkowana kochanka. Anna, czyli Faustyna Morzycka, jak chce Skimborowicz, a może Stefania Dzwonkowska, jak twierdzi autorka, z usposobienia matka i opiekunka, jednocześnie samowystarczalna w swej doskonałości, budziła raczej respekt niż pożądanie.

A panowie? Albert-Filozof, czyli Jan Majorkiewicz, był erudytą, pozbawionym kontaktu z rzeczywistością. Henryk-Zapaleniec to Edward Dembowski, znakomitość. Inteligentny, wykształcony, odważny, ale jednocześnie Żmichowska nazywa go egoistą, bo zaspokajanie własnych marzeń stanowiło bodaj najsilniejszą dla niego motywację. Widzi w nim także nowożytnego Alcybiadesa, bogatą osobowość, pełną sprzeczności, ambicji, siły życiowej[67]. Leonowi-Metodyście, który według wypowiedzi autorki nie odpowiada żadnej konkretnej postaci, każe Żmichowska żyć w zgodzie z własnymi uczuciami, a nie z opinią ogółu. Teofil-Dzieciak, czyli Hipolit Skimborowicz, to niesforny i trochę nieodpowiedzialny gaduła. Edmunda-Mistyka, którego utożsamiano a to z Karolem Balińskim, a to z Teofilem Lenartowiczem, a to z Edmundem Chojeckim, a nawet z Norwidem, nazwała Żmichowska „giętką i powiewną trzciną”: tak często i lekko zmieniał poglądy, ulubione doktryny, tak łatwo asymilował się do okoliczności zewnętrznych.

Czy to są portrety ludzi bezkrytycznie uwielbianych? Nie. Żmichowska pokazuje postaci bogate, o wielu pozytywnych cechach, naznaczone wszak zawsze jakimś brakiem lub błędem. Wstępny obrazek nie jest nostalgicznym wspomnieniem młodości, lecz pewnym zadaniem; wysiłkiem przekształcania śladów pamięci i doświadczenia w nową Ucztę, w debatę filozoficzną na temat miłości. Taką wszakże, która nie odrywa materii teoretycznej od realiów życia praktycznego, intelektu od charakterów. Każdy więc z uczestników spotkania mówi w zgodzie z sobą: Augusta pragnie miłości, nazywa ją skarbem. Tekla uważa, że jedynym antidotum na troski serca jest praca. Seweryna zachowuje daleko posuniętą ostrożność: miłość wydaje się jej niebezpieczna; jej zdaniem, Beniamin może jedynie odstraszać głębią swego upadku. Felicja domaga się, by Beniamin sam dorósł do ofiary na rzecz innych. Henryk zapala się i pozwala popłynąć szeregowi metafor. Uważa, iż nie ma sprzeczności między życiem wygodnym, mieszczańskim, a miłością, miłością bliźniego. Wreszcie podsuwa Beniaminowi nowy dogmat, patriotyczny: „Gdybyś ty miał matkę!...”. Albert teoretyzuje i porządkuje dyskusję, utrzymuje, że miłość jako taka nie ma wartości, jest natomiast próbą charakteru dla doznających jej osób. Anna upomina się o chrześcijańską definicję miłości, o miłość „niezjednostkowioną”, której źródłem jest Bóg. Leon nie widzi związku między miłością a szczęściem. Felicja kpi. Gabriela – żartuje.

Debata nie kończy się żadną konkluzją. Żadne stanowisko nie zyskuje przewagi. Nie zyskuje też jej żaden rozmówca. Rama narracyjna, wewnątrz której Beniamin opowie swoją historię, okaże się dogodnym pretekstem do spotkania osób połączonych sytuacyjną wspólnotą. Można by powtórzyć za Ursulą Phillips, że Żmichowska obala wiele dogmatów i stereotypów dotyczących miłości, np. ten mówiący o ofierze i poświęceniu, gdyby nie pewien fakt: Felicja, dokonująca rozbratu z ideologią cierpienia, nie jest całkowicie bezinteresowna i wiarygodna. Jak inni zresztą. Stać ją na siłę. Siła jej służy, więc odrzuca chrześcijański stereotyp. Czy są poglądy wolne od naleciałości charakterologicznych i sytuacyjnych? I czy odpowiedź negatywna – nie ma – osłabia ideologiczną wymowę sformułowanych stanowisk? Czy są w ogóle jakieś stanowiska, czy tylko ludzie, którzy je głoszą?

VI. HISTORIA BENIAMINA: DOM I DZIECIŃSTWO

Skoro wymiana zdań między uczestnikami spotkania przy kominkowym ogniu nie przyniosła żadnych rozstrzygnięć, pozostaje liczyć na to, że rozstrzygnięcia dostarczy opowiedziana w pierwszej osobie historia Beniamina.

Beniamin, młodzian (w chwili spotkania przy kominkowym ogniu) dwudziestosześcioletni, urodził się w rodzinie licznej, ubogiej i szczęśliwej jako dziewiąte, najmłodsze dziecko. Jego przyjście na świat przyjęto z miłością i serdecznością, a mała siostra Teresia zaproponowała imię dla braciszka – Beniamin (nie wiedząc, że Benoni znaczy także „syn boleści”). Rósł w atmosferze miłości, którą go otaczano, całym sobą chłonąc uczucia, którymi członkowie rodziny obdarzali siebie nawzajem, innych ludzi, ziemię i zwierzęta.

Żmichowska z genialną intuicją psychologiczną przedstawia kolejne wtajemniczenia Beniamina w świat, kolejne inicjacje, które dokonują się poprzez kontakt z poszczególnymi członkami rodziny. Tych obrazków z przeszłości, wspomnień opisanych z fotograficzną dokładnością, jest kilka. Wszystkie mają wartość dokumentów psychologicznych, których nie sposób przecenić. Julcia w duszny pochmurny dzień siedzi na ławce, schylona nad szyciem i śpiewa ulubione ukraińskie dumki. Beniamin tuli się do jej nóg i z niewiadomych dla siebie powodów zaczyna płakać. Julcia na chwilę przerywa, przygląda się chłopcu, potem powraca do śpiewu. Głaszcze Beniamina, który dalej płacze, czując przy tym lekkość i ulgę. Jaką lekcję odebrał Beniamin tego dnia? Czy uczył się empatii wobec smutku, ołowianych chmur wiszących na niebie, opiewanych przez siostrę postaci? Tak, wydaje się, że tego dnia doświadczył współodczuwania ze światem, a jego siostra, kierując się intuicją, a nie wiedzą psychologiczną, pozwoliła mu wejść w to doświadczenie. Nie pocieszała chłopca, nie chwyciła go na ręce, nie obsypała pocałunkami, lecz cierpliwie, z uwagą pozwoliła mu odczuć cudze nieszczęście, które znalazło ujście w swobodnie płynących łzach.

Inny obrazek: Waleria, narzeczona Adama, czyta w gronie rodzinnym poezje Zaleskiego. Po skończonej lekturze Adam na oczach wszystkich całuje ją w usta. Dziewczyna, nieco zawstydzona, tuli się mimowolnie do siedzącej obok matki Adama. Ta daje znak synowi, by schylił się ku niej, i składa pocałunek na jego czole. Nikt się nie śmieje, nie żartuje. Jakiej sceny Beniamin był świadkiem? Jakiej wiedzy dostarczył mu ten niemy teatr? Była to wiedza potwierdzająca świętość miłości, pokazująca także tę prawdę, którą expressis verbis wyłoży Żmichowska w swojej następnej powieści, że matka uczy kochać, że oddajemy światu tyle uczuć, ile od niej otrzymaliśmy[68], i że dobra rodzina stwarza zasoby uczuciowe, z których korzysta się w dorosłym życiu.

Kontakt z Ludwinią daje Beniaminowi wyobrażenie nieskończoności i przeczucie śmierci, rozmowy z Bronisią – pierwszy zarysowy obraz Boga. Szczególną wartość przypisałabym dwóm kolejnym wspomnieniom, w których role główne odegrali bracia Beniamina – Józef i Karol. Józef, urodzony gospodarz, sadzając brata na szczycie wozu zapełnionego zbożem i pokazując mu jego królestwo, nazwał „żyto – srebrem, pszenicę – złotem, czerwieniejącą tatarkę – purpurą”. Powraca w tym wspomnieniu doświadczenie konstytutywne dla osoby dorastającej, stojącej u progu życia: akt zdobycia świata. Bez wiary we własne siły, bez królewskiej pewności siebie, którą daje nam kochająca rodzina, inicjacja w świat, w dorosłość nie jest możliwa.

Jeszcze subtelniejsze elementy podobnie działającego mechanizmu przedstawia wyprawa z Karolem. Zastrzelenie w lesie wilka; czyn, który pozornie (lub częściowo) spełnił Beniamin, dał mu poczucie satysfakcji: „Przez całą drogę rozmawialiśmy, jakie to śliczne z tego wilka będzie futro pod nogi dla matki, rozmawialiśmy o wielu innych rzeczach, tylko jeden wyraz żadnemu z nas do ust się nie przyplątał – wyraz »bojaźń«”. Beniamin przeszedł próbę ognia, przeszedł ją dzięki mądrości brata, który pozwolił mu wykazać się odwagą. I nigdy nie zapytał, czy Beniamin się bał. Bali się zresztą obaj, ale stając oko w oko z niebezpieczeństwem, musieli przezwyciężyć strach i zrobić po prostu to, co trzeba.

W epizodycznej migawce z udziałem Józefa prezentuje Żmichowska język figuratywny: Józef tworzy metafory jak Vicański poeta pierwotny[69]. Historia wyprawy z Karolem jest inna; poddaje się logice baśniowej paraboli poprzez wydobycie archetypów[70] wpisanych w jej strukturę: wilk uosabia zło, które trzeba zwalczyć; Moloch i Zitta – sojuszników w pokonywaniu przeszkody; Karol, starszy brat jest przewodnikiem prowadzącym Beniamina na bezpieczny brzeg.

W przestrzeni archetypicznej należałoby umieścić również figurę ojca i matki. Ojciec Beniamina uosabiał mądrość, wiedzę, piękno, łagodność. Budził respekt samą swoją obecnością, zachowaniem, spokojem, godnością. Gdy zasiadał do lektury, dzieci instynktownie milkły, chcąc uszanować jego pracę. To on wprowadzał Beniamina w świat słowa pisanego, w świat książki, w świat symboliczny. Matka jest aniołem dobroci, tkliwości. Lekcja czytania prowadzona przez ojca pokazuje wyraźnie różny status obojga rodziców: „Pamiętam, kiedy pierwszy raz dał mi do złożenia te słowa: »Mama cię kocha«, to mi potem odebrał elementarz, kazał oczy zamknąć i wyobrazić sobie mamę w tej chwili, gdy nad moim łóżeczkiem schylona, budzi mnie pocałowaniem na dnia dobrego życzenie”. Ojciec jest po stronie kultury symbolicznej, Prawa, Historii, Wiedzy, Abstrakcji. Matka – po stronie ciała, kontaktu bezpośredniego, bliskości.

Ta pierwotna błogość rodzinna zostaje zakłócona powrotem, chorobą i niepokojącą opowieścią Cypriana, artysty malarza. Obie sytuacje są równie naturalne i standardowe; integralność rodziny i naruszenie jej porządku. Żmichowska posługuje się w Pogance zarówno archetypem Domu, jak i archetypem Świata. Dom jest otoczony przez Świat, z Domu wyrywamy się do Świata. Im bezpieczniejszy Dom, tym więcej stwarza zachęt do samodzielnych poszukiwań podejmowanych w Świecie. W przypadku Beniamina dodatkową siłę odśrodkową zrodziła opowieść Cypriana, rojenia artysty, który namalował przed bratem obraz nieziemskich doznań i nieziemskiego szczęścia, jakie może mu dać kobieta o imieniu Aspazja:

Pierwej żyłem tym, co mi samo przez się z życiem nadpłynęło, teraz roztworzyłem chciwe ręce i sięgałem na wszystkie strony po marzenia, po objawy, po wiedzę. Pierwej, gdy co nie było ukochaniem moim, to mijałem bez uwagi, bez myśli; pierwej świat mój był najcudniejszym zaiste światem, ale światem maleńkim, światem, od którego odpadła dla mnie w niebyłość cała jego resztująca masa; teraz nic obojętnym, nic czczym, teraz z wszystkiego ja muszę coś wziąść, muszę wycisnąć chwilkę przyjemności, zajęcia, nauki, a jeśli nie, to dopiero ciskam z oburzeniem i odznaczam sobie uczuciem wstrętu, gniewu, pogardy; a martwego nic nie ma dla mnie. Dostał mi się świat nowy, świat drugi, zupełny [...].

Mamy więc trójkąt: Dom, Świat i Sztukę. W powieści Żmichowskiej, tak jak w innych jej wypowiedziach, sztuka jest na cenzurowanym, a Beniamin wygłasza filipikę potępiającą artystę, który:

Czasem tworzy okropnymi sposobami. Żeby odmalował konającą twarz Chrystusa, przybija do krzyża żywego człowieka i bok mu włócznią śmiertelnie rani. Żeby wyśpiewał piosenkę miłości, kładzie spokojne ucho na wzburzonej piersi, nastraja do gry krwawe żyły cudzego serca i przebiera po nich marmurowymi palcami dopóty, dopóki mu artystycznego nie wydadzą dźwięku[71].

To są już przemyślenia wynikające z pewnych doświadczeń. Młodziutki Beniamin gorąco pragnie skonfrontować swoje pragnienie innego (intensywnego) życia – z rzeczywistością i z inspirowanymi sztuką marzeniami.

VII. ASPAZJA: FANTAZMAT MIŁOŚCI I DOŚWIADCZENIE MIŁOŚCI

Przed Żmichowską polska literatura nie miała takiej bohaterki: pięknej, inteligentnej, władczej, amoralnej, egoistycznej. Skąd się zatem wzięła Aspazja? Pierwszym źródłem jest oczywiście doświadczenie biograficzne autorki, jej burzliwy romans z Pauliną Zbyszewską[72], drugim zaś literatura. Tadeusz Sinko zwraca uwagę na analogie łączące Pogankę i legendę Tannhäusera (operę Wagnera wystawiono po raz pierwszy w roku 1845, a więc dokładnie wtedy, kiedy Żmichowska pisała swą powieść[73]). Jeszcze bardziej prawdopodobne są powinowactwa z literaturą francuską; Żmichowska czytała powieści Chateaubrianda, Eugène’a Sue, Frédérica Souliégo, Jules’a Janina, Bernardina de Saint-Pierre’a, Balzaka[74], Victora Hugo, George Sand, Alfreda de Musseta, być może również, jak twierdzi Sinko[75], Théophile’a Gautiera[76]. Znała więc bohaterki stworzone według innego wzorca: namiętne, wolne, odważne, dążące do samorealizacji.

Można też rozważać, jak czyni to Sinko, jaki wpływ na kształt Poganki wywarł neohellenizm niemiecki przełomu XVIII i XIX wieku, a więc zwrot do antyku pod wpływem dzieł Johanna Joachima Winckelmanna, Johanna Gottfrieda Herdera, Gottholda Ephraima Lessinga, Christopha Martina Wielanda, Johanna Jacoba Wilhelma Heinsego i Friedricha Schlegla. Właśnie Schlegel w powieści Lucinde (1799) przedstawia wykształconą, uzdolnioną artystycznie, namiętną kobietę jako wzór małżonki[77]. Tego dzieła nie przetłumaczono dotąd na język polski, gdy tymczasem w roku 1844 w Wilnie zostaje wydany przekład Wielandowych Geschichte des Agathon pióra J. Warakomskiego[78], powieści filozoficznej, poświęconej zagadnieniu przyjemności (szczęścia), przedstawiającej w jednym z epizodów Aspazję i Alcybiadesa. Zdaniem Sinki, Poganka mogłaby stanowić ogniwo łańcucha łączącego Agathona (1765) z Panną de Maupin Gautiera (1836), utworem, w którym apoteoza antyku wiąże się z krytycyzmem w stosunku do chrześcijaństwa i jego ideałów (wstydliwości ciała, ascezy)[79] oraz grą wobec różnicy płci (postać Teodora alias Magdaleny de Maupin). Sinko zadaje też inne pytania, dociekając, dlaczego ta epoka i ta estetyka zainteresowały Żmichowską. Według badacza, tym spoiwem mógł być sposób życia Janusza Żmichowskiego, który – jak spora część jego rówieśników – tracił zdrowie w rozpasanych zabawach przypominających rzymskie saturnalia. Uzupełniając stanowisko Sinki, należy dodać, iż wpływ Gautiera nie ogranicza się do nawiązań do jego najsłynniejszej powieści. Wiele wskazuje na to, że Żmichowska znała także inne dzieła francuskiego pisarza, przede wszystkim utwór La Morte amoureuse, opublikowany na łamach opiniotwórczego pisma „La Chronique de Paris” w roku 1836, którego bohater, Romuald (imię to pojawi się później w Książce pamiątek), opowiada w stylu przypominającym relację Beniamina historię swego związku z piękną kurtyzaną, Klarymondą[80].

Dodatkowy kontekst wprowadzają współczesne badania nad epoką Goethego. Otóż wynika z nich, iż w kulturze niemieckojęzycznych elit przełomu XVIII i XIX wieku ujawniły się wspierane cichą akceptacją władz (Fryderyk Wielki) wzory i praktyki na poły jawnych kontaktów homoseksualnych. Winckelmannowskie powroty do antyku i podróże do Włoch[81], korespondencja prywatna wymieniana między kochankami i czytana w szerszym kręgu przyjaciół, intymne grupy przyjacielskie, Wielandowy Agathon, który uznaje znak równości między sztuką uwodzenia uprawianą przez kobiety a popisami retorycznymi sofistów, znosząc różnice między ciałem a tekstem i troszcząc się o męską przyjemność lektury[82] – wszystko to wypływa z uprzywilejowania miłosnej gry homoseksualnej, raczej męskiej, choć wzbogacanej przez zaznaczające się w tym samym czasie relacje intymne między kobietami[83].

Kultura ta umarła wraz z kampanią napoleońską. Czy jej ślady i echa mogły dotrzeć do Wielkopolski trzydzieści lat później? Czy dotarły do Żmichowskiej i grona jej poznańskich przyjaciół? Trudno weryfikować wątki biograficzne i trudno uznać komparatystyczne analogie za wystarczające do zrozumienia tekstu tak bogatego i wielowątkowego, jak Poganka. Musimy przyjąć, że jak w każdym wielkim dziele te ewentualne precedensy mieszają się ze sobą, nie stanowiąc wyłącznej inspiracji, i podporządkowują zagadnieniu głównemu: (w tym przypadku) problemowi miłości lub – mówiąc jeszcze ogólniej – problemowi życia i miłości, miejsca miłości w życiu jednostki, relacji między miłością a innymi typami aktywności i wzorami zachowań, między samorealizacją a zachowaniami wspólnotowymi. Tak byśmy chcieli interpretować Pogankę – jako powieść zanurzoną w doświadczeniu biograficznym, ale oderwaną od osobistych realiów, snującą (również) inną historię niż historia własna autorki.

Ogólnie rzecz biorąc, miłość okazuje się sztuką trudną i problematyczną. Ogarniając zakochanego siłą namiętności, naraża go często na konflikt z otoczeniem i konflikt sumienia. Dla Aspazji Beniamin porzuca Dom i Rodzinę. To święte miejsce dzieciństwa blednie w obliczu rozkoszy ofiarowanych przez kobietę. Czy można pogodzić wartości domowe i erotyczne: w przestrzeni „mieszczańskiej” – tak, w przestrzeni „romantycznej” – nie. Miłość namiętna, „wielka”, domaga się ofiar, wyborów, zmiany sposobu życia, zerwania z przeszłością. Czuła to matka Beniamina, gdy swoim wejściem do pokoju synów zapobiegła rozpakowaniu obrazu przedstawiającego Aspazję. I czuł to Beniamin, traktując całe zdarzenie jako odroczenie wyroku, jako psychomachię, jako walkę o duszę:

jeśli z was kto ma jaką skłonność do mistycyzmu, niech sobie wystawi, że w tej chwili dwa duchy walczyły o całą przyszłość moję. Duch ciemny, niekształtnie jeszcze uwinięty w owe grube pakunkowe płótno, potrącony ręka brata, z wolna toczył się po ziemi jak gad plugawy, co by niechętnie miejsca ustępował; a duch jasny, kobieta, matka spokojnym uśmiechem, tkliwym słowem ścierała jego potęgę, zabierała mu chwile po chwili życia mojego i odepchnęła go wreszcie daleko, przynajmniej na czas jakiś odepchnęła jeszcze.

Część historyków literatury podkreśla też inną zdradę, której dopuścił się Beniamin. Bohater porzucił nie tylko Dom, lecz także i Ojczyznę. Zapomniał o obowiązkach patriotycznych, podważając polski etos obywatelski[84]. Co najmniej od XVI wieku „matka” należy bowiem nie tylko do pola semantycznego rodziny, lecz stanowi również symbol Ojczyzny. To stwierdzenie jest, oczywiście, banałem, niebanalnie natomiast brzmi odpowiedź na pytanie, jaki jest stosunek Żmichowskiej do potknięć i grzechów Beniamina, a nawet: jaki jest jej stosunek do postaci Aspazji, jej decyzji i zachowań.

Mimo