Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Poezja naszych dni” tom 7 to już kolejna edycja antologii poezji współczesnej, przyciągająca różnorodnością stylów i tematów. Ten zbiór poezji zawiera 260 wierszy, 66 autorów, prezentując współczesne głosy literackie z różnych części Polski.
Wiersze skupiają się na sprawach bliskich codziennemu życiu oraz na wyzwaniach definiujących dzisiejszy świat. Autorzy poruszają tematy miłości, relacji, natury i zmian społecznych. Dzięki temu książka trafia do odbiorców szukających aktualnych i wyrazistych utworów.
Seria „Poezja naszych dni” ukazuje się od 2020 roku i regularnie zyskuje nowych czytelników. Wydawnictwo Borgis wzmacnia jej rozpoznawalność, dbając o jakość każdego tomu.
Obecny, siódmy tom zbioru doskonale uzupełnia ofertę dystrybutorów wartościową literaturą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 142
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktor prowadzący
Monika Bronowicz-Hossain
Redakcja i korekta
Agata Czaplarska
Opracowanie graficzne i skład
Marzena Jeziak
Projekt okładki
Aleksandra Sobieraj
© Copyright to anthology by Borgis 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Wydanie I
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68768-01-5ISBN (e-book) 978-83-68768-02-2
Wydawca
Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis
Wydrukowano w Polsce
Druk: Sowa Sp. z o.o.
Od Wydawcy
Szymon Balcerek
Elżbieta Barczyk
Anna Bartoszewska
Maria Barylska
Bożena Białas
Katarzyna Chaja
Table of Contents
Cover
Jedyną rzeczą, która może uratować świat,jest odzyskanie świadomości o świecie.To właśnie czyni poezja.Allen Ginsberg
OOddajemy w ręce Czytelników książkę, która jest efektem wspólnej pracy ludzi wrażliwych na brzmienie i znaczenie słów. Dziś, kiedy naszą komunikację zdominowały krótkie, proste zdania wysyłane w mailach lub SMS-ach, poezja staje się sposobem na przywrócenie piękna dialogu z drugim człowiekiem, nawet jeśli rozmawiamy z kimś, kogo nie widzimy, kogo nie możemy dotknąć lub usłyszeć. Ale na tym polega wyjątkowość wierszy. Dzięki temu, że twórczość poetycka jest tak intymnym, osobistym i delikatnym sposobem wyrażania siebie, jesteśmy w stanie zaufać poetom, w których widzimy ludzi czujących i wiedzących więcej, chcących dzielić się z innymi swoimi emocjami i doświadczeniem.
Antologia „Poezja naszych dni” tom 7 to zbiór niezwykły: jego autorzy piszą o codzienności, eksplorują przestrzeń naszych wspólnych doświadczeń, w których pojawiają się najróżniejsze emocje ‒ te pozytywne, związane z nadzieją na lepszą przyszłość, ale też i takie, które odczuwamy wtedy, gdy nie wszystko układa się zgodnie z naszymi planami. Autorzy „Poezji naszych dni” dzielą się swoim życiem, budując ponadczasową przestrzeń wspólnej refleksji o świecie, przywracając tym samym poezji należyte miejsce w literackim dialogu o sprawach ważnych, bo dotyczących człowieka.
Wydawca
Szymon Balcerek urodzony 10 lutego 1996 roku w Kozienicach. W 2015 roku uzyskał dyplom instruktora teatralnego Ogniska Teatralnego „U Machulskich”. Uczęszczał do Akademii Dziennikarstwa i Realizacji Dźwięku w Warszawie. Obecnie kontynuuje naukę na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Dziennikarstwa i Medioznawstwa.
Pasjonuje się muzyką, poezją i sztuką. W 2023 roku wydał swoją pierwszą płytę pt. „Przedwiosna” z gatunku muzyki metalowej. Dodatkowo zajmuje się pisaniem recenzji muzycznych dla różnych portali. Na co dzień pracuje w dziale administracji w przychodni medycznej „Animed” w Kozienicach.
Wiersze:
Tryptyk (narodziny, życie, śmierć)
Parasolki
Wiórki
Nocny spacer
Tryptyk (narodziny, życie, śmierć)
Dusza wlewa się w ziemię
zanim zajdzie słońce
Płaszcz z mchu
wielki duch przykrył już wszystko
Zabłysnął piorun kulisty
dla tego ostatniego tchu
Biegną przed siebie
Dalej, dalej!
Totalne pustkowie, nowe spustoszenie
Po wszystkim spokój
Ucichł wiatr i deszcz
Malutkie krople zjeżdżają z parapetów i doniczek
Jałowa ziemia, jałowa dusza
Głuchy eter
Skrusz! Wypełznij! Zniszcz! Zacznij od nowa!
Co wziąłeś, oddajesz!
Wieczna otchłań dla wszystkich stworzeń
Kosmiczny tercet!
Zgasł!
Odrodzi się poza przestrzenią, poza pustką!
Już bez bólu, bez cierpienia
wsłuchaj się w puls Ziemi!
Poczuj, jak oddycha
Dotknij jej, gdy ona czuje
Zamilcz, gdy ona milczy
Zrozum trochę więcej
Doceń!
Już nie niszcz!
Jesteście ostatni, jesteśmy ostatni
jestem ostatni!
Ona jedna, ona sama – z milionami serc
z milionami błąkających się dusz
Ciąg dalszy nie nastąpi
Przytul drzewo
Przytul ziemię
Złapmy się za ręce nocą i połączmy energię jedną linią
Nie wygasła jeszcze iskra życia, nie zgasła – spowić mgiełką o zachodzie słońca
Wiatr szumi wśród topoli, moja dusza tylko ryczy.
Parasolki
Dziś ma nie padać, tak napisali wczoraj w gazecie.
Rzeczywiście jest słonecznie, ciepło i bezwietrznie.
– Wszystko jest w porządku, mój aniołku!
Spoglądam z mojego pokoju przez okno na ludzi, nad nimi ani jednej czarnej chmury.
Wychodzę na spacer i jednak zaczyna padać.
– Ehhh, nie wziąłem parasolki.
Wróciłem się po nią, a mimo to ciągle czuję, że moje policzki są mokre.
Spoglądam do góry.
– Ahhh tak, zapomniałem, to parasol Olki…
Wiórki
W pieśń słońca zanurz się głęboko
Nieme formy, głuche formy.
Proklamacja gwiazd, płacz deszczu
Bezkształtne wizje, senne pejzaże
W opuszczonym wagonie we mgle zamykam drzwi
Na czynniki pierwsze rozkładam się pod oknem
A może należę do tych drugich?
Los! Stop!
Nadjeżdża przyszła struktura, nadjeżdża przeszła struktura
Witaj, stary duchu, w nowym ciele.
Nocny spacer
Moje miasto oddycha głośno, karmiąc się wieczorną ciszą.
Dwadzieścia lat przeżyte w biegu, pięć lat w spokojnym truchcie.
Idąc górą przez most, mijam przejeżdżającą pode mną ciuchcię.
Podsłuchuję stare kamienice o zapachu szczęścia i krzyku, rozmawiam ze słupem energetycznym i lampami ulicznymi, w tle słysząc muzykę o elektronicznym bicie.
Dróżki i alejki tak dobrze mi znane,
wszystkie po tysiąc razy odwiedzane – wirują w swoim splendorze.
Dopiero za tysiąc pierwszym razem spostrzegłem przez malutkie okienko
w święcącym się od żarówki pokoju mojego sąsiada,
że na jednej ze ścian nad łóżkiem wisi plakat z Marilyn Monroe.
Kręcę się po tym moim miasteczku w koło, myśląc o niczym.
Jestem tylko malutką figurką na tej makiecie.
Każdy kąt i każde podwórko jest tylko skrytką dla kosmicznych rozrachunków.
Elżbieta Barczyk urodzona 18 lutego 1987 roku. Mieszkanka urokliwej wsi Gołaczewy położonej kilkanaście kilometrów od nazywanego „srebrnym miastem” Olkusza usytuowanego na historycznym szlaku Warowni Jurajskich. Absolwentka studiów wyższych na kierunkach Zarządzanie oraz Pedagogika na Społecznej Akademii Nauk w Łodzi. Od 2009 roku pracownik administracji budżetowej w Urzędzie Skarbowym w Olkuszu na stanowisku pracownik biurowy w Referacie Wsparcia.
Pisarka i poetka. Autorka powieści fantasy pt. „Idis. Na przekór czasom” wydanej w lipcu 2024 roku, a także czterech powieści opublikowanych w 2025 roku: „Śledztwo na czwórkę z plusem”, „Ktoś tu ściemnia”, „Przewodnik dusz” i „Cierń w mroku”.
Pasjonatka historii, głównie II wojny światowej. Autorka bloga historycznego pt. „Na tropie prawdy, czyli o historii trochę na opak”.
Miłośniczka filmu, literatury, muzyki rockowej i kultury Azji.
Wiersze:
Gdy miłość odchodzi
Spacer w chmurach
Codzienność
F***
Gdy miłość odchodzi
Miłość odeszła cicho i niezauważenie
Tak jakby nigdy jej między nami nie było
Miłość odeszła, szeleszcząc bezszelestnie skrzydłami
Tak jakby wstąpiła tutaj tylko na chwilę
Miłość odeszła. „Tak się zdarza” – powiedziałeś
Zostały pustka i stos zamarłych na ustach słów
Zostały niewypowiedziane szeptem obietnice
Zostały wykrzyczane namiętnie wyznania
Przed nami dalsze życie bez nas
Bez wspólnie spędzonych dni
Bez sennych marzeń w nocy
Bez planów wspólnego jutra
Miłość odeszła, ale my pozostaliśmy
Jak cienie tułające się po świecie
Miłość odeszła i nie ma już nas
Zostaliśmy tylko ty i ja
Jak dwa samotne okręty obierające przeciwny kurs.
Spacer w chmurach
Wędrując razem z zawistnymi ludźmi
Milczę, choć żółć zawiści ich dręczy
Nie słucham, chociaż ich ostre języki ranią moją nieskalaną duszę
Nie myślę o zawistnych ludziach, mimo że nie dają o sobie zapomnieć
Codziennie, dzień po dniu i noc po nocy
Spadają na moją jasną głowę gromy złych słów
Codziennie, godzina po godzinie i minuta po minucie
Walczę z nonsensem i bezwstydem
Lejącym się z czerwonych od kłamstw ust
Codziennie, sekunda po sekundzie i tchnienie po tchnieniu
Spaceruję w chmurach skąpanych w ostrym świetle porannych złośliwości
Codziennie i z każdym biciem serca
Na nowo uczę się żyć w świecie pełnym żółtej, niewinnej zazdrości.
Codzienność
Tańczę wśród cieni wczorajszego dnia
Wiruję z okruchami przyszłych lat
Tak bardzo teraźniejsza jak dziś
Po palcach depcze mi przebrzmiała muzyka
W pięty uwiera mnie struna przyszłości
A ja wciąż tkwię w dzisiejszym dniu
Przede mną mgła zapomnienia
Za mną pustka niewiedzy
Dookoła przerażająca codzienność
Odpychająca swoją brutalnością
Jak magnes przyciągająca rozbitków
Z dużego statku o nazwie „Życie”
Stoję na czele armii przegranych
Ze złą przeszłością i wątpliwym jutrem
Dowodzę gromadą ludzkich szkieletów
Bez tego, co było i tego, co będzie
Dla których pozostaje tylko to, co jest.
F***
Podałam ci rękę, ale jej nie przyjąłeś
Oddałam ci serce, ale go nie chciałeś
Zajęłam twoje myśli, ale tylko na moment
Z ironicznym uśmiechem
Odrzuciłeś to, co oferowałam
Kiedy tak stałam przed tobą
W ciemnym, zimnym pokoju hotelowym
Pełna pokory i zawstydzenia
Ubrana w ciemność
Drżąc z zimna
Czując pod stopami szorstkość dywanu
Pełnego plam czerwonych od krwi
Roześmiałeś mi się w twarz
Kiedy własnym ciałem próbowałam kupić twoją litość
Przystawiłeś mi pistolet do skroni
Kiedy sztywna ze strachu padłam na kolana
Odchodząc, obejrzałeś się
Kiedy zostawiłeś mnie żywą wśród umarłych
I umarłą dla żywych.
Anna Bartoszewska urodzona 13 lipca 1970 roku w Płocku. W 1997 roku ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, a w 2005 roku Państwową Wyższą Szkołę Zawodową w Płocku na kierunku język angielski. Od 20 lat mieszka w Siedlcach, pracuje w edukacji. Nie publikowała wcześniej swoich utworów.
Wiersze:
Do terapeuty
Rachunek zmyślenia
Szkolne opowieści
Trafność znaczenia
Do terapeuty
Jakże wyraziście w twojej świadomości
oddzielają się od siebie znaczenia wszystkich pojęć,
jaka płynie z nich pewność własnej tożsamości!
Gdy w mojej postrzępione miewają krawędzie
oblicza ich na przemian – to gęstnieją, to rzedną
raz nasycone kolorem, innym razem bledną
ich rozchwiane jestestwa podają sobie
dłonie w utajonej kolaboracji, a potem
spływają w akord cierpienia, zachwytu i drwiny
i zanika kontrast między nienawiścią a miłością,
zwycięstwem a porażką, przyjaźnią a wrogością…
i ogarnia mnie niemoc ułożenia prostej instrukcji życia.
Rachunek zmyślenia
Drobne epizody i znaczniejsze zdarzenia –
Wszystko obejmuje mój rachunek zmyślenia!
Jednak to nie kłamstwa… nie mistyfikacja…
Co najwyżej może… fikcja literacka.
Czy maskę zakładam na życzenie losu,
Czy sama bywam maską wewnętrznego głosu,
Jakakolwiek się na niej pojawi w końcu mina,
Nie będzie ona nigdy twarzą libertyna
I ktokolwiek w mym imieniu cię w niej spotka,
Nie będzie to nigdy zakłamana dewotka.
Szkolne opowieści
Jeszcze do niedawna tak Ci się zdawało,
Że coś szło ku Tobie, chociaż nie istniało.
Pełzło niewidzialne, błogość lejąc w duszę,
Ogarniając myśli spazmem nagłych wzruszeń.
I całego Ciebie we władanie brało
Słodkie i potężne, chociaż… nie istniało!
Idąc w upojeniu za Twych kroków biegiem,
Żądne wiedzy o nim, jakby było szpiegiem,
W zgiełku ludzkich spojrzeń oczu Twych szukało,
By się z Tobą zbratać, chociaż… nie istniało.
Omam – wciąż rebusów pełen i zagadek –
Kupić chciał Twą bliskość za garść czekoladek.
Czy o duszę szło mu bardziej niż o ciało?
Jeszcze do niedawna tak Ci się zdawało…
Wciąż się to gdzieś kłębi i czai do skoku,
Eksplodując czasem w nagłym łez potoku.
Ciągle w kimś dojrzewa, w kimś budzi nadzieję,
Chociaż tak w zasadzie… wcale nie istnieje!
Trafność znaczenia
Każde słowo dwugłowe lub podwójnie twarzowe
Ciągnie język w różne strony żmijowato rozdwojony.
Tu się stwarza byt z twarzą i tam nie bez twarzy,
Aby w zdradzie wzajemnej począć duet miraży.
W tej się pierwszy, na wstępie, jako sens przejawia,
W tamtej znowu, na końcu, jako demon zjawia!
Gdzie się kłamstwo ukrywa i prawda z pozoru,
Jeśli trafność znaczenia bywa kwestią wyboru?
Maria Barylska urodziła się 26 lat temu i mieszka w podwarszawskim Józefowie z rodzicami, labradorem Stefanem i kotką maine coon – Kalią. Pisanie jest jej pasją od zawsze, natomiast wierszami zajęła się na poważnie dopiero parę lat temu. Od tej pory nie może przestać tworzyć. Jest debiutującą autorką. Od jakiegoś czasu próbuje swoich sił w dłuższych formach, czego efektem są dwie z poniższych prac. Na Instagramie można znaleźć jej konto z wierszami, które dopiero zaczyna się zapełniać: @niebieskakalia.poezja.
Wiersze:
Nieprawda, nieprawda (nie żal mi)
Dookoła roku
Księżyc nad Wiedniem I
Nieprawda, nieprawda (nie żal mi)
Nieprawda, nieprawda… wcale nie żal mi,
że zamiast świerków mam nad głową palmy,
lecz serca, co kiedyś było jak stal.
Tego! Tak, tego mi żal!
I wcale – nic, a nic – nie jest mi szkoda,
że to przede mną to jest morska woda,
nad którą nie rosną stokrotki, kaczeńce…
bo tak naprawdę… to ja żadnych nie chcę!
I wcale nie tęsknię (przysięgam na wszystko)
za bladą firanką… głuchą i przejrzystą
tak, że całe niebo było zza niej widać.
Nie! Bo ono mi się nie przyda…
Wiecie… ja w połowie ani nawet w ćwierci
aż tak przeraźliwie nie boję się śmierci
co pewnych dni – takich dni, przejrzałych
od przesolonych łzami słów,
od chwil, w których ręce drżały,
a zanim opadły, wołały ustom: „Mów –
mówcie nareszcie, na litość boską…”.
To w hołdzie ich nieusłyszanym racjom
tak samo opadam dziś z rezygnacją,
to dla nich dziś jestem troską…
Nie tęsknię, bo złe jest słowo tęsknić…
Tęskni to się za starym pokojem
lub za swobodą, gdy jest się niebieskim
ptaszkiem… A ja się bardziej boję…
Nie tęsknię, bo tęskni się prawdziwie,
tak, że inni to czują… A co ja mam w głowie,
to aż się czasem sama temu dziwię…
Dlatego teraz, słowo po słowie,
wypisuję takie rozmaite brednie
i, prawda, bawię się przy tym przednie,
lecz przede wszystkim tak grzebię w rozumie,
by wygrzebać coś takiego
i posklejać tak,
żeby przyszły rozum umiał to zrozumieć
(choć pewnie wyjdzie wspak).
I biorę na przykład taką tęsknotę,
jak wędkę rzucam słowo, gonię się jak z kotem,
aż potknie się, przewróci
i na miękkie trach!
Pęknie i wyleje się z niej cały mój strach…
Toczy się kłębek jak pociąg po szynie,
ciągle czekamy, kiedy się rozwinie
i gdy tak w środku uparcie siedzi –
wtedy wystarczy bredzić!
To co, że bez sensu? Potrzeba tak pisać,
aż nitka z kłębka zacznie zwisać,
a wtedy byle podmuch niech pociągnie
kłębek… i już koniec! Biała chorągiew,
poddaje się myśl jak bury kocur…
Nieprawda, nieprawda, wcale mi nie żal
wiejskich sadów, drzew pełnych owoców,
ani, trochę dalej, wietrznych górskich hal,
owiec i oscypków – nie jest mi żal!
Nie brakuje mi też, chociażby czasami,
żadnej z przerw pomiędzy szkolnymi dzwonkami,
gdzie były i góry,
i sady,
i palmy,
nie brakuje mi ich wcale, nie żal mi.
Nie, aż tak bardzo, bardzo mi nie żal!
Żadne z nich mi smutków aż tak nie uśmierza
co wspomnienie serca, gdy było jak stal.
Oj, tak! Jego mi żal!
Dookoła roku
Minęło od ciebie tyle czasu,
lecz czuję, że tylko ja upływam…
A jesień w kwiatach się zaszywa,
łypie smutnym okiem z ogrodów, tarasów.
Wybacz… minęło tak niewiele czasu,
a wszyscy o tobie jakby zapomnieli,
kolejne uczucie, na pozór z atłasu,
kolejne serce ścieli.
Jakiś szaleniec pod oknem przygrywa
melodię pod moje wiersze,
gotowy do tego, by bez tchu się zakochiwać,
gdy przecież ty byłeś pierwszy?
Jakiś szaleniec pod oknem przygrywa
i jesienny listek mu na głowie tańczy,
nade mną wieczorne niebo dogorywa,
niebo w kolorze krwawej pomarańczy…
Minęło od ciebie tyle nocy,
tyle kłótni i niedopowiedzeń,
więc czas, by pomówić z tobą w cztery oczy,
zwierzyć się jak koledze…
Przyszedłeś, zrobiłeś mi nadzieję,
że może się jeszcze w całość ułożę,
tu przyszedł październik i się ze mnie śmieje,
aż pęka, przelewa się w zorze…
A wiatr szaleniec pod oknem przygrywa
melodię pod ten śmiech,
niedawno byliśmy tylko ty i ja,
a teraz jest ich trzech –
wiatr szaleniec, październik i wieczór.
Zakochany grajek uciekł,
od zawsze wiedziałam, że nic do mnie nie czuł.
Skąd? Cóż, jesienne przeczucie…
A pozostałe pory czekają
na swoją kolej, pstrykają palcami…
Każda ma fikuśne upięcie na głowie,
suknię jak aksamit…
Włosy się plączą, suknie szeleszczą, pory
chwytają za ręce
i świat się kręci, tak jak zwykle zresztą…
I tylko ja się kręcę
od dawien dawna, za dnia i po zmroku,
kręcę się dookoła roku,
w tęsknocie za nieuchwytnym domem
uwijam się
w odwrotną stronę…
I wydaje mi się, że jestem niczyja,
jakby mnie nie było… a jednak mnie mija,
choćby na opak, podwarszawskie miasto,
co by mnie chciało na własność…
W drodze do miejsca, gdzie mnie czeka spokój,
kręcę się niezdarnie dookoła roku
i od miesięcy zacieram dłonie,
licząc, że w końcu się dogonię…
Jeszcze wiele razy sama świat oblecę,
nim się znajdzie jakiś…
Miejcie go w opiece,
tego, co by chciał tak w kółko za mną latać
w przeciwną stronę do świata!
Księżyc nad Wiedniem I
Ty głupia różyczko, narzekasz na ciało,
kiedy sama jesteś zakochana w niebie,
lecz to je niebo tej nocy ubrało w księżycowy blask,
nie ciebie!
Czy widzisz, jak się pięknie świeci?
Pora w całość się pozbierać,
dopilnować ciała – jeszcze ci odleci,
zabierze ci je księżyc sknera!
Bożena Białas idealistka poszukująca nowych sensów w niekiedy skomplikowanej rzeczywistości współczesnego świata. Ukończyła pedagogikę wczesnoszkolną oraz filologię angielską. Okazjonalnie występuje w roli tłumacza. Jest czynnym egzaminatorem OKE w Krakowie. Doświadczona wychowawczyni w liceum ogólnokształcącym oraz pedagog szkolny. Posiada kwalifikacje do nauczania muzyki, prowadzi założone przez siebie szkolne zespoły wokalno-instrumentalne. Sprawuje opiekę nad szkolnym klubem wolontariatu. Od lat nieodmiennie podziwia kreatywność młodzieży, co staje się też inspiracją do jej własnej twórczości.
Pisanie traktuje jako formę autoterapii, odskocznię od codziennych problemów, stąd też zainteresowanie psychologią, która pomaga jej w docieraniu do ukrytych pokładów świadomości. W swoich wierszach próbuje oddać świat emocji i wrażeń, dobierać słowa tak, aby podkreślać malarskość przedstawianych przestrzeni.
Wiersze:
Zapomnij
Dorastanie
Szaruga
Prośba
Zapomnij
Nie przysyłaj już kartek
Ze swoimi życzeniami
Nie szukaj gorączkowo
Wczorajszych gestów
Nie ma już tej kawiarni
Ze stolikiem pod oknem
Za którym jesion pstrokaty
Zrzucał liście powoli
A chwila sączyła się słodko
Ostatniej melodii nie słyszą
Kolejni goście mijający
Rozgwieżdżone wystawy
Skuleni chyłkiem patrzący
W rozchwiane płyty chodnika
Ja czytam twoje listy
Pamiętam nasze miejsca
Codziennie wydeptuję
Kruche ścieżki pamięci
Ale ty mnie zapomnij
Bo musisz żyć dla innej
Ale ty mnie zapomnij
Bo trzeba wreszcie przerwać
Ten korowód cieni
24.11.2024 r.
Dorastanie
Pozwalasz mi dojrzewać powoli
Czekasz cierpliwie, aż odpowiem
Na twoje pytanie
Dajesz swobodę pozbierania myśli
Przeczekujesz wybuchy rozlanych emocji
Jestem jak źrebię, co biega po łące
Jak pisklę kawki, a może kukułki
Nie chcę widzieć rozczarowania w twych oczach
Nie chcę zostawać w tyle – życiowy outsider
Nie chcę łańcuchów, co mnie zatrzymują
Nie chcę, choć muszę pokonywać siebie
I tak codziennie spieram się ze sobą
Spieram się ze światem, swoim przeznaczeniem
Czy wiem już, kim jestem
Czy wiem, co potrafię
Czy wiem, dokąd zmierzam
24.11.2024 r.
Szaruga
Na kroplach tęsknoty jesiennej odpływam
Gdy patrzę, jak drzewa obdarte okrutnie
Tak dzielnie trzymają i fason, i linię
Lecz grają na wietrze niemrawo i smutnie
To okno na pola niezmiennie zwrócone
Wciąż wabi mnie swoją przejrzystą nagością
I patrzę, i patrzę, jak niebo się zmienia
I dalej odpływam z jesienną szarością
Czy jesteś ukryty w tym wietrze rozdartym
Wśród trawy przywiędłej, zamokłej do głębi
Czy jesteś w tych ugrach i umbrach zamknięty
Barw ciepłym powiewem, co trwoży i ziębi
18.11.2024 r.
Prośba
Chcesz, bym płakała
Nie mając od ciebie
Żadnego słowa
Choćby najlichszego
Chcesz, bym wzdychała
Nie wiedząc, co robić
Szukając w myśli
Gestu najprostszego
Tych kilka strofek
Niech ci dziś wystarczy
Powiedz, czy jestem
Z tarczą czy na tarczy
9.11.2023 r.
Katarzyna Chaja z wykształcenia psycholog, z zamiłowania podróżnik. Studiowała w USA, mieszkała w Indiach, odwiedziła wiele krajów. Wędruje do miejsc dalekich i bliskich oraz… do zakamarków ludzkiej duszy i tego, co skrywane głęboko w podświadomości. Pobierała nauki u szamanów, joginów, lamów i sufich. Interesuje się językami antycznymi i mistycznym przekazem ukrytym w świętych księgach różnych religii. W życiu kieruje się zasadą, że każde napotkane: osoba, miejsce, zdarzenie są zwierciadłem, w którym widać to, co w nas samych wymaga uzdrowienia.
Dwukrotnie nagrodzona przez Ambasadę Chin za eseje dotyczące Państwa Środka.
Wiersze:
Obłąkanie
Przebudzenie
Przełamywanie
Odzwierciedlenie
Obłąkanie
Czyż nie jest szaleństwem
Część siebie zobaczyć poza sobą
I nadać jej formę, która nie istnieje?
Ja to zrobiłam
Wyrzuciłam siebie poza własny umysł
I nazwałam to Tobą
Pragnę teraz Twego powrotu
Byś znów stał się mną
Pragnę swego powrotu
Bym była sobą
Dosyć szaleństwa
Przebudzenie
Znowu tam byłam
Nasze umysły zjednoczyły się
By wybudzić nas ze snu o ciemności
Słyszysz?
Woła Cię Twoja Jaźń. Moim głosem
Przebudź się i obudź mnie
Zabierz mnie tam, dokąd ja Cię zabieram
Światło czeka
Przełamywanie
Poczułam Twój ból w moim sercu
Przytuliło Cię, byś spoczął w miłości
I choć bardzo chciałam płakać
Musiałam spojrzeć poza Twą troskę
Ku Prawdzie, ku Twej Sile
Nie mogłam przecież zabrać Ci życia wiecznego
Odzwierciedlenie
Czekałam na Ciebie od początku czasu
I choć to tylko ułamek sekundy
Czekałam bardzo długo
Jesteś teraz zwierciadłem
W którym odbijają się moje myśli
Mogę zobaczyć w nim to, co sobie wyobrażam
Jeśli zechcę, zobaczę odbicie Prawdy
