Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Antologia "Insekcje" zrodziła się rok temu na Coperniconie, kiedy to podczas wieczornych rozmów po rozdaniu nagród wracaliśmy do codzienności. Marta Sobiecka wspólnie z Pawłem Matuszkiem i kilkoma innymi autorami Dziewiątki, i nie tylko, wpadła na pomysł jednej z najdziwniejszych antologii fantastycznych ostatnich lat.
🐜Aleksandra Klęczar podsumowuje we Wstępie:
"Science fiction, space opera, fantasy dark i niekoniecznie, weird, groza, niesamowitość… Mordercze modliszki, ćmy prowadzące dusze i przechowujące pamięć, żuki-ocaliciele, owady żywe, mechaniczne i fantasmagoryczne. Klimaty od groteski po grozę. Dwanaście bardzo różnych tekstów, w których każdy czytelnik i czytelniczka fantastyki znajdzie coś dla siebie".
🐜A my specjalnie dla Was przygotowaliśmy z Wojtkiem Gunią coś ekstra 😉 Otóż nigdy nie spodziewaliście się u nas pewnie takiej kolorystyki i bardzo możliwe, że nigdy więcej ona nie zagości na naszych okładkach, dlatego będzie można w przedsprzedaży zamówić ściśle limitowaną edycję twardą w rażących kolorach. Limit będzie na tyle ścisły, że można zamówić go jedynie w przedsprzedaży, a my wydrukujemy tylko tyle sztuk, ile się sprzeda. Później, poza przedsprzedażą, książka w tej wersji nie będzie dostępna. Macie więc zagwozdkę.
🐜🐜🐜🐜🐜
Autorzy antologii:
Aleksandra Bednarska
Agnieszka Fulińska
Wojciech Gunia
Agnieszka Hałas
Dawid Kain
Aleksandra Klęczar
Marek Kolenda
Karol Ligecki
Szymon Majcherowicz
Paweł Matuszek
Magdalena Anna Sakowska
Wojciech Szyda
Mateusz Wyszyński
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 488
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Insekcje
Copyright © 2025
Aleksandra Bednarska, Agnieszka Fulińska, Wojciech Gunia, Agnieszka Hałas, Dawid Kain, Aleksandra Klęczar, Marek Kolenda, Karol Ligecki, Szymon Majcherowicz, Paweł Matuszek, Magdalena Anna Sakowska, Wojciech Szyda, Mateusz Wyszyński
Copyright © 2025 Wydawnictwo IX
Copyright for the cover art
© 2025 Wojciech Gunia
Redaktor antologii: Marta Sobiecka
Redakcja: Marta Sobiecka
Korekta: Wydawnictwo IX
Ilustracja na okładce: Wojciech Gunia
Opracowanie okładki, skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
ISBN 978-83-68257-83-0
All rights reserved.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, z wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.
Insekty wymierają.
Możemy nie kochać większości z nich, możemy wobec niektórych – owadów czy pajęczaków – odczuwać obrzydzenie czy niechęć (trzeba naprawdę chcieć sprowokować publiczność, by, jak pewien starożytny retor, wygłosić Pochwałę muchy), ale nasze i ich przetrwanie spojone jest w jeden, jak mówi, no, powiedzmy, poeta, wieczny życia krąg. Żywimy się sobą, czasem dosłownie, dzielimy przestrzenie, zależymy od siebie nawzajem. Nie ma i nie będzie ludzi bez insektów.
Ale nie, powyższa antologia nie powstała prymarnie w celu zwiększenia ekologicznej świadomości, choć podobne wątki też się w niektórych tekstach pojawiają. Być może jednak po jej przeczytaniu ktoś spojrzy na naszych robaczych sąsiadów nieco przychylniejszym okiem. I to niekoniecznie dlatego, że zawarte w antologii opowiadania skupiają się na sympatycznej stronie insektów. Prędzej ze względu na fakt, że pokazują je jako istoty ze wszech miar fascynujące.
Wielość i zmienność świata insektów odbija się w charakterze tomu. Insekcje to zbiór zróżnicowany zarówno tematycznie, jak i pod względem obecnych w nim form i konwencji. Rozpoczyna go opowiadanie Dawida Kaina, prozaika, poety i eseisty, jednego z niekwestionowanych mistrzów polskiej literatury grozy, sięgającego jednak w swej twórczości także po konwencje takie jak bizarro czy groteska. To połączenie różnych stylistyk i podejść widać także w opowiadaniu z Insekcji, zatytułowanym „O długofalowych konsekwencjach przyspieszonej ewolucji insektów słowonaśladowczych, zwanych mimikami”. Pogrywa sobie w nim autor aluzjami literackimi – raz pojawia się badacz nazwiskiem Gregor Samsa, chwilę potem spotkamy jak najbardziej autentycznego pisarza, Jaspera Fforde – prezentując czytelnikom ideę mimika literackiego, stawonoga, który wykluwa się na kartach ksiąg i zmienia znaczenia zawartych w nich zdań i wyrazów. Dawid Kain nie zatrzymuje się jednak na samym tym zabawnym i pomysłowym koncepcie, zadając sobie w tekście znacznie bardziej niepokojące pytania i szybko prowadząc czytelników ku nieoczekiwanym i zdecydowanie ponurym wnioskom.
„Chłopiec, który lubił chrząszcze” Agnieszki Hałas to opowiadanie z nowego cyklu autorki – historii o trupie aktorskiej z Ponte Auria, podróżującej przez świat znany już z serii o czarnym magu Krzyczącym w Ciemności. W „Chłopcu…” patrzymy oczyma nastoletniej Finetty, podróżującej ze swoją aktorską rodziną i przeżywającej podczas pobytu aktorów w prowincjonalnym mieście Lys-Mithe pierwszą młodzieńczą fascynację spotkanym tam chłopakiem. Zennert, bo tak się ten młody człowiek nazywa, jest głęboko zafascynowany przyrodą, a przede wszystkim miejscowymi owadami. Ten fakt okaże się kluczowy dla dalszych losów Finetty i jej siostry Hanni. Opowiadanie, subtelne i nastrojowe, powinno podobać się nie tylko dotychczasowym fanom autorki.
Paweł Matuszek, autor science fiction mający już w dorobku liczne nagrody i nominacje (w tym Srebrne Wyróżnienie Nagrody im. Jerzego Żuławskiego za powieść Zejście49 w roku 2024), w opowiadaniu „Bóg, Anioł Zagłady i robaczywa dziewczyna” prowadzi nas z kolei przez świat rodem z science fiction bliskiego zasięgu. Jego główny bohater, Korneliusz Knot, już jako nastolatek fascynuje się dronami i wszystkim, co się łączy z tą technologią. Matuszek pokazuje nam jego dzieciństwo i młodość, pierwsze romanse i codzienne życie, wprowadzając jednocześnie w tę pozornie realistyczną narrację elementy grozy i niepokoju. Im dalej w tekst, tym bardziej motywy obyczajowe podporządkowane zostają fabule rodem z wojennego thrillera science fiction, z mocnymi odniesieniami do współczesnej sytuacji politycznej – wszystko to jednak przez cały czas podszyte jest coraz bardziej narastającą grozą i niesamowitością…
Zupełnie inną stylistykę wybiera Mateusz Wyszyński. To kolejne jego opowiadanie pojawiające się drukiem w antologiach – wcześniej publikował m.in. w Fantazmatowych Technofobiach i w antologii Wiedźmy (Fabryka Słów). Tekst, zatytułowany „Obcość to my”, najbliższy jest space opery: mamy w nim odległą przyszłość, w której ludzka cywilizacja nie jest już jednolita: mieszkańcy Ziemi, Marsa i post-ludzie z kosmicznej stacji zwanej Pałacem Słońca znacząco różnią się od siebie biologicznie, i nie zawsze łatwo im zrozumieć się nawzajem. Byli jednak w stanie wspólnie przygotować wyprawę na odległą planetę, Ladona, w poszukiwaniu śladów obcego życia – a tam czekają na nich nie tylko nowe, nieznane niebezpieczeństwa (w tym, jak nietrudno się domyślić – lokalne insekty), ale i bagaż tego, co zabrali ze sobą z rodzinnych stron…
„Psychocyd” Agnieszki Fulińskiej nie jest typowym tekstem tej autorki, kojarzonej przede wszystkim z fantastyką historyczną (opowiadania publikowała m.in. w „Nowej Fantastyce” i licznych antologiach). Tutaj mamy do czynienia z opowiadaniem niełatwym do zaklasyfikowania, choć najbliżej mu chyba do klimatów lekko weirdowych. Osadzone pozornie w tu i teraz, podczas jak najbardziej współczesnych wykopalisk na Cyprze, wkrótce odsłania przed czytelnikami tropy prowadzące w przeszłość. Co takiego znalazła na wykopaliskach bohaterka? Jak ma się to do jej wspomnień z dzieciństwa? No i jaką rolę odgrywają w tym wszystkim muchy, pszczoły, a zwłaszcza ćmy?
Kolejne opowiadanie, „Uległość” Wojciecha Guni jest jednym z najciekawszych w zbiorze. Jak zwykle u polskiego mistrza weird fiction, dostajemy tekst ciężki, przesiąknięty melancholią i nieuchwytnym poczuciem zagrożenia. W rozpadającej się rzeczywistości, widzianej oczyma kogoś, komu kontakt z tąż rzeczywistością chyba trochę się urywa, pojawiają się upiorne (a opisane z niezwykłą i dość makabryczną plastycznością) zjawiska. To, co ludzkie, i to, co obce, animalne, owadzie, łączy się w całość rodem z koszmarów. Ten świat wydaje się pełen niewytłumaczalnej niesamowitości – ale czy na pewno tak jest? Czy te koszmary nie są przypadkiem nieco bardziej realne, niż chcielibyśmy przyznać?
Inne w nastroju jest opowiadanie Marka Kolendy Efekt synergii. Autor, znany z antologii i z publikacji w „Nowej Fantastyce”, wyróżniony w ostatnim konkursie literackim pisma, napisał do Insekcji tekst, osadzony w zasadniczo cyberpunkowych realiach, w którym zmodyfikowane owady wykorzystywane są przez ludzi do okrutnych (i dochodowych) walk. Napisałam powyżej owady, ale to nie do końca prawda – kwestia dopuszczenia do tych pojedynków innych zwierząt (przede wszystkim innych bezkręgowców) to jeden z problemów, wokół których tekst Kolendy jest zbudowany. Poniekąd przywodzi on na myśl arcydzieło fantastyki, jakim są „Piaseczniki” George’a R. R. Martina – ale nie ze względu na podobieństwa świata czy fabuły. Powodem jest raczej obecność podobnie niesympatycznego i nieprzyjemnego protagonisty-punktu widzenia, choć, przyznajmy, bohater Kolendy budzi jednak nieco więcej współczucia. W końcu w bezwzględnym świecie skomercjalizowanej brutalnej rozrywki jest, jako „operator” owadów-zabójców, niemalże na samym dnie hierarchii i niewiele, wbrew pozorom, trzeba, żeby spadł jeszcze niżej, w rejony, w których wyzwaniem staje się samo przeżycie… To ponury, ale efektowny tekst, z jednej strony kuszący czytelnika realiami dystopijno-cyberpunkowego świata, z drugiej – trzymający w napięciu dzięki szybkiej akcji.
Autorka kolejnego opowiadania, Magdalena Anna Sakowska, to również uznana już pisarka, w roku 2023 nominowana do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla za Fugę. Powieść polifoniczną, a ostatnio wyróżniona w konkursie literackim „Nowej Fantastyki”. Jej „Sennowłóctwo w Weltiven” najbliżej jest chyba dark fantasy, choć widać w nim i wpływy innych konwencji i literackich zjawisk, w tym przede wszystkim – elementy grozy, ale i motywy rodem z klasycznej opowieści kryminalnej. W miasteczku Weltiven, pod upiornym niebieskim księżycem, źle się dzieje: dorośli nie mogą spać, a dzieci – znikają. Ćma i Światełko, obdarzone para-magicznymi mocami czerpania z eteru, przybywają do Weltiven, by rozwiązać zagadkę zaginięć, co, jak można się domyślić, nie będzie łatwe… Sakowska bardzo umiejętnie kreuje tu klimat i buduje skomplikowany świat przedstawiony, nie raz zaskakując czytelnika przyjętymi rozwiązaniami i literackimi pomysłami.
Z nastrojem opowiadania Sakowskiej kontrastuje „Karaczan” Szymona Majcherowicza. Nie jesteśmy w dziwnym fantastycznym świecie eteru, tylko w dzisiejszej Warszawie, a bohater-narrator mówi do nas współczesnym korpo-slangiem, opisując świat, który wielu z nas zna aż za dobrze: nietrudno identyfikować się ze zdaniem Sobota po tygodniu zasuwu to powinien być czas dekompresji… Realistyczna, lekko opisana historia dwójki młodych ludzi, urządzających swoje pierwsze mieszkanie, prędko jednak skręca w znacznie bardziej niesamowite rejony, kiedy główny bohater, Mikołaj, spotyka dawno niewidzianego kumpla ze szkolnych lat i jego dosyć, hmm, egzotyczną partnerkę… Dalej mamy już tylko jazdę bez trzymanki i grozę mieszającą się w niemal równych proporcjach z absurdem i groteską, jak w upiornej i niewiarygodnej miejskiej legendzie.
Z współczesnej Warszawy przeskakujemy wprost na Daleki Wschód, a zabiera nas tam w swoim opowiadaniu „Gra w zielone” Aleksandra Bednarska. Autorka, choć młoda stażem, ma już za sobą literackie sukcesy i liczne publikacje. Nadal jednak pozostajemy we współczesności. Tym razem naszą przewodniczką-narratorką jest wykładowczyni, kobieta sukcesu, siostra gamera-nieudacznika Zhiminga. Historia zaczyna się jak rasowy kryminał: Zhiming nie żyje, jego siostra usiłuje czegoś się dowiedzieć, a komisarz Wang, wyznaczony do rozwiązania tej sprawy, doskonale zdaje sobie sprawę, że to nie pierwsza i nie jedyna taka zagadkowa śmierć w mieście… Tyle że ten kryminalny trop to nie wszystko – bo są w tym wszystkim jeszcze gry, w które Zhiming grywał, a i stara opowieść o ptakach i owadach okaże się nie bez znaczenia. Bednarska prowadzi nas przez skomplikowany świat, trochę rodem z grozy, trochę chwilami niemal jak z cyberpunku, z grami, w których gra toczy się o zdecydowanie wyższą stawkę, niż bohaterom się początkowo wydaje…
Niewątpliwie najbardziej skomplikowanym tekstem zbioru jest „Triptych Insektorum” Wojciecha Szydy, pisarza od lat z sukcesami obecnego na polskiej scenie literackiej. Jak często ostatnio w swoich tekstach, Szyda tworzy coś w rodzaju złożonego, wielowarstwowego literackiego palimpsestu, gdzie gry z tradycją i kulturowe odniesienia są co najmniej tak samo ważne, a może wręcz – znacząco ważniejsze, niż tradycyjnie rozumiana fabuła. W „Triptychu…” dostajemy trzy meandrujące opowieści, obracające się wokół kulturowej roli owadów, ale rysujące też, mimochodem, alternatywny wobec naszego, dziwny świat, będący czasami jego odbiciem w może nie całkiem krzywym, ala na pewno zmieniającym rzeczywistość zwierciadle. Przyjemności czytelników pozostawiam rozszyfrowywanie smaczków i podążanie za skojarzeniami autora – a ci, którzy to lubią, mają w „Triptychu…” sporo do odkrycia.
Tom Insekcje zamyka opowiadanie „Ikadel” autorstwa Karola Ligeckiego, młodego stażem pisarza, którego teksty coraz częściej pojawiają się w antologiach. Ligecki wrzuca nas w środek efektownej opowieści science fiction, opartej wyjściowo na klasycznym motywie pierwszego kontaktu: oto pan Kowalski, zatrudniony na niezbyt prestiżowym stanowisku nadzorcy wydobycia marmuru w Nowej Grecji, odkrywa wewnątrz marmurowego bloku insektoidalnego Obcego. Martwego, co prawda, ale ewidentnie mamy do czynienia z Pierwszym Kontaktem, który wkrótce przyniesie Kowalskiemu sławę i pieniądze… a przynajmniej tak mu się wydaje. Tytułowy „Ikadel” to kosmiczny statek eksploracyjny, który ma sprawdzić to odkrycie – a jak większość fanów science fiction wie aż za dobrze, połączenie korporacji i tajemniczych Obcych nie wróży nic dobrego… No, w tym przypadku może wróżyć dobre wrażenie czytelników, lubiących takie klimaty, bo opowiadanie Ligeckiego jest sprawne i efektowne.
Science fiction, space opera, fantasy dark i niekoniecznie, weird, groza, niesamowitość… Mordercze modliszki, ćmy prowadzące dusze i przechowujące pamięć, żuki-ocaliciele, owady żywe, mechaniczne i fantasmagoryczne. Klimaty od groteski po grozę. Dwanaście bardzo różnych tekstów, w których każdy czytelnik i czytelniczka fantastyki mogą znaleźć coś dla siebie.
Owady nie tylko na rozmaite sposoby naśladują każdą rzecz, jaka występuje w naturze, ale i bez wielkiej przesady można je uznać za symbole istot nadnaturalnych. (…) Niektóre z nich budzą lęk za sprawą licznych rogów i kolców sterczących w odrażających szykach z ich głów i odnóży, inne zaś straszą groźnymi szczękami przerażającej długości, uzbrojonymi w srogie kły. Gdy z kolei rozważamy posępne barwy i demoniczny wygląd, którymi wyróżniają się jeszcze inne, ich pogrążone w ciemności legowiska, nieczyste pożywienie, drapieżne nawyki i okrucieństwo, sieci, które rozpinają, i jamy, które wykopują, aby złowić nieprzezornych, trudno nam oprzeć się wrażeniu, że dość udatnie symbolizują one złe demony, nieprzyjaciół człowieka, bądź duchy nieczyste za swe występki i zbrodnie wygnane ze strefy świetlistej w domenę ciemności i kary.
Robert Pucek, Sennik ciem i motyli
Do dziś nikt nie ma stuprocentowej pewności, w której książce doszło do pierwszego „wyklucia się” mimików. To dylemat w typie tego z jajkiem i kurą, a przecież ów nowy gatunek mógł równie dobrze istnieć już wcześniej, od lat czy dekad, imitując tak udanie przedmioty zupełnie niezwiązane z jakimkolwiek tekstem, że nikomu nawet przez myśl nie przeszło, iż ma do czynienia z kopią danej rzeczy, nie zaś rzeczą samą w sobie.
Ci, którzy koniecznie chcą przyszpilić mimika, nowy gatunek owada, do określonego czasu i miejsca, w większości wskazują wypożyczony w zakopiańskiej bibliotece w połowie września 2023 roku egzemplarz Biblii Insektów Sebastiana Hintona (2022, wydanie pierwsze, Wydawnictwo XI, Kraków). To właśnie w tej książce pragnący zachować anonimowość czytelnik odkrył – jak sam to określił – „niepasujące do reszty treści słowa i zdania, które dotknięte palcem zwijały się w spirale, by po chwili rozprostować się, przybierając formę zupełnie innych słów i zdań”. Gdyby nie fakt, że ten zarazem poruszony i przerażony czytelnik miał w rodzinie cenionego małopolskiego doktora entomologii Grzegorza Samsę, być może odkrylibyśmy istnienie mimików dopiero wiele miesięcy – jeśli nie lat – później.
W tym miejscu pragnę zwrócić uwagę na zdarzenie, do którego doszło w połowie 2024 roku, ledwie kilka tygodni po niesławnym wystąpieniu Samsy w programie Good Morning America – gdy niechcący wysypał na głowę prowadzącej garść martwych mimików, wywołując u niej atak paniki – a które można po czasie uznać za zapowiedź późniejszych, z jednej strony tragicznych, z drugiej też do pewnego stopnia komicznych zdarzeń. Otóż mieszkający w Londynie pisarz fantastyki Jasper Fforde po obejrzeniu wywiadu z Samsą, prawdopodobnie nie do końca rozumiejąc, że poruszany temat nie jest opisem fabuły lecz faktem, zarzucił autorowi Biblii Owadów, Sebastianowi Hintonowi rozmyślne popełnienie plagiatu. Autor ten uznał, że pojawiające się w publikacji Hintona mimiki są oczywistą kopią gramasożytów/książbaków, które Fforde zaprezentował czytelnikom w swoich powieściach o perypetiach literackiej detektyw Thursday Next. Jego robaki książkowe żywiły się słowami, przez co zainfekowane publikacje stawały się ubogie językowo i po prostu nudne. Śmieszność całej sytuacji wynikała w tym wypadku z tego, że pan Fforde pomylił fikcję z rzeczywistością, powieść z tytułem popularnonaukowym, a owady fizycznie występujące na kartach publikacji z wymyślonymi przez siebie literackimi pasożytami. To, że akurat w Biblii Insektów znaleziono mimiki, nie znaczyło przecież, że stanowiły one treść tej właśnie publikacji, że ich pojawienie się było skutkiem jeśli nawet nie plagiatu, to działania wyobraźni twórcy. Mimiki w ogóle nie były żadną treścią ani żadną formą, tylko zupełnie nowym gatunkiem stawonogów, który z jakiegoś powodu wykluwał się na kartach książek. W tamtym momencie był już zresztą prawdziwą plagą księgarń, bibliotek i domowych kolekcji. W setkach tysięcy tomów na całym świecie zmianie ulegały poszczególne słowa, zdania, akapity, a nawet całe strony. I gdy wszyscy myśleli, że gorzej już nie będzie, gdy WHO w ramach prewencji zaleciło czytelnikom palenie wszystkich książek, jakie posiadają, a zarobaczone biblioteki, księgarnie i antykwariaty poddawano panicznej dezynsekcji, całe zdarzenie niespodziewanie przeniosło się – można powiedzieć – na zupełnie nowy poziom, w zupełnie inny wymiar.
Nie wiadomo, czy stało się to w wyniku przedziwnego ewolucyjnego skoku, czy też okrutnego żartu jakiegoś informatycznego geniusza, w każdym razie – mimiki zaczęły infekować już nie tylko fizycznie istniejące książki, lecz także ebooki, audiobooki, czy szeroko pojmowane publikacje internetowe (od wpisów w mediach społecznościowych po prace naukowe). Nikt już nie potrafił bez cienia wątpliwości stwierdzić, czy zdanie, które właśnie czyta, jest prawdą, fikcją, czy udającym ciąg wyrazów insektem.
Mniej więcej w tym samym okresie Grzegorz Samsa przeżył coś w rodzaju załamania nerwowego. Ogłosił na swoim youtubowym kanale, że zawsze był owadem, nie człowiekiem, a jego kariera entomologa stanowiła zaledwie wymysł zmagającego się z antropocentrycznymi urojeniami i niską samooceną stawonoga. Dwa dni później oświadczył, że wcale nie nagrywał poprzedniego klipu, że musiało to być dzieło nowego pokolenia mimików, a następnie wyskoczył z okna swego mieszkania na czternastym piętrze, ginąc na miejscu.
Co stało się później wiemy wszyscy, choć tak naprawdę nie wie nikt. Po przepoczwarzeniu internetu jak i wszelkich form słowa pisanego w jedno gigantyczne gniazdo mimików – rozrastające się w nieskończoność siedlisko fałszywych zdań, podrobionych wyrazów i ciągów nieprawdziwych tekstów, z których wykluwały się tysiące kolejnych, tak jak fałszywa przesłanka daje plon stokrotny w postaci wypaczonych i szkodliwych konsekwencji – nowy gatunek wykonał kolejny ewolucyjny skok wiary. Okazało się, że nie jest już potrzebny fizyczny ani nawet cyfrowy obiekt, za który mimiki musiałyby się podawać. Stały się zdolne do fałszowania informacji jako takiej, wpływania na myśli jeszcze przed ich werbalizacją. To był koniec tego, co dotąd nazywaliśmy cywilizacją homo sapiens, a nawet całej „bańki realności”, w której wcześniej mieliśmy szczęście egzystować.
Obecna sytuacja jest tylko pokłosiem kolejnego naturalnego kroku na przyspieszonej ewolucyjnej ścieżce tego jakże specyficznego gatunku insektów, choć bardziej adekwatne byłoby nazwanie ich metafizycznymi pasożytami. Zdolne do przekształcania każdej informacji w coś zupełnie innego, bez trudu nadpisujące rzeczywistość, modyfikujące historię, w pełni kontrolują rzeczywistość w każdym znaczeniu tego słowa. Nie możemy już ufać naszej wiedzy, nie potrafimy uwierzyć w przeszłość, ani dostrzec przyszłości. Ci, którzy pamiętają jeszcze jakieś strzępy informacji z epoki przedmimicznej czasem zadają sami sobie absurdalne pytania: czy Jezus naprawdę był stawonogiem, który po trzech dniach w kokonie dostąpił przebóstwienia, usiadł po prawicy królowej i powtórnie przyjdzie z tysiącem jej młodych, by uwolnić żuki gnojowe z odwiecznego jarzma? Czy Bitwa pod Żukwaldem rzeczywiście była starciem bohaterskich motyli i ciem z pajęczym Zakonem Krzyżaków, które skończyło się spaleniem wszystkich gniazd wroga z wyjątkiem twierdzy w Chitynborku? Czy amerykański Biały Dom był kiedyś czymś innym niż jest obecnie, czyli największym na świecie kokonem, każdego dnia rodzącym tysiące mimików zdolnych do przyjmowania każdej, nawet ludzkiej postaci? Wszystkie te wątpliwości D-3-3-3-3–> pozostaną już na zawsze nierozwiane…
Cóż mogę w@@@m> zalecić?
Strzeżcie się własnych słów i myśli, jest bowiem wysoce prawdopodobne, że one już wcale nie są wasze, Q—CCCcccccc-}> a to, co uznajecie za prawdę, jest tylko uplecionym z ciał mimików fałszem. Otworzycie usta, na zewnątrz czmychnie stawonóg. Wyobrazicie coś sobie, insekt zacznie wić wygodne gniazdko w waszej głowie.
Wszystko zresztą staje się kwestią przyzwyczajenia do zupełnie nowych realiów. Pamiętam swój lodowaty spokój, gdy kilka dni temu wyciągnęłam przed siebie rękę, by po coś sięgnąć, c)----Xxx-[[[>, nie wiem już nawet, po co, rozum do głowy czy żyletkę, by wreszcie to skończyć, a dotknęłam jedynie gęstej, miękkiej sieci oplatających mnie lepkich, białych włókien. Nie zdziwiłam się nawet, widząc ile stawów ma moje odnóże, ani jak ciasny stał się mój lśniący, chitynowy pancerz. Nie mogłam już myśleć o śmierci ani innych rozwiązaniach. To był teraz także mój świat.
Wiedziałam, że gdy tylko wyjdę
wykluję się
rozwinę skrzydła
będę musiała uwolnić myśli z mimicznego kłębowiska i t0—ccc> do w@@@s napisać,
nie ma lepszego sposobu,
na początku jest sł0vv0.
